środa, 23 marca 2016

Marek Jamroz - „Słowa jak pociski, sama przeciw wszystkim” – Karabin, nowy album Marii Peszek

Marek Jamroz - Muzyka była w jego domu od zawsze, ale zawsze gdzieś w tle. Rodzice nie kupowali płyt, tylko słuchali radia, a to co muzycznego działo się w pokoju jego starszej siostry, było tajemnicą. Na szczęście, choć dorastał w typowo śląskiej rodzinie, rodzice nie katowali go słuchaniem jakże popularnych wśród sąsiadów, niemieckich szlagierów i tyrolskich polek. Pierwsze utwory jakie Marek pamięta to piosenki z niedzielnego Koncertu Życzeń takich wykonawców jak Irena Jarocka, Urszula Sipińska Jerzy Połomski i nieśmiertelna Mireille Mathieu z przebojem Santa Maria. Po słusznie minionym okresie Fasolek i Zająca Poziomki, jego pierwszą dojrzałą muzyczną fascynacją była twórczość Jeana Michelle Jarre'a. Po skutecznej próbie przedarcia się do pokoju siostry, Marek po raz pierwszy usłyszał jego Equinoxe, Marka Bilińskiego, The Beatles i Andreasa Vollenweidera. Marek zawsze był wzrokowcem - i jak miał nie trafić po latach do Polskiego Wzroku - i prezentowane Przez Krzysztofa Szewczyka w programie Jarmark klipy "Money for Nothing" Straitsów, "Take on Me" A-HA wbijały go w fotel. W późniejszych latach osiedlowa telewizja kablowa emitowała piracko MTV (to prawdziwe, gdzie kiedyś puszczano muzykę). Marek chłonął każdy gatunek - pop, rap, rock, metal, wszystko co brzmiało. Słuchał Trójki i listy w każdy piątek, kupował "pirackie oryginały", jakby chciał się tym wszystkim udławić. Nigdy nie identyfikował się z żądną subkulturą. Jako jeden z niewielu na podwórku lubił Guns'n'Roses i nikt nie wiedział jaka przyczepić mu łatkę. W szkole średniej zaczął słuchać muzyki bardziej świadomie. Wsłuchiwał się w teksty polskich wykonawców i nieudolnie starał się tłumaczyć tych anglojęzycznych. Wtedy to kolega pożyczył mu album Meddle Pink Floyd i tak zaczęła się jego wielka przyjaźń z muzyką brytyjskiej czwórki (a później trójki). Pojawiły się też kolejne fascynacje - Metallica, Biohazard, Smashing Pumpkins, Type O Negative, Sepultura, Dżem, Ira, Kazik, Piersi, Hey ale i Turnau, Grechuta, Soyka i Grupa pod Budą. Dżem był mu zawsze bliski, bo to lokalny patriotyzm i przy ognisku śpiewało się Whisky i Wehikuł Czasu, a porem namacalnie odczuł tragedię śmierci Pawła Bergera, gdy wykonywał napis na jego płycie nagrobnej pracując jako liternik w zakładzie kamieniarskim. Później przyszedł czas emigracji. Marek wyjechał na trzy miesiące w listopadzie 2005 roku i... ten kwartał ciągnie mu się do dziś. Największą pasją Marka jest robienie zdjęć. Zaczynał, gdy jeszcze nikomu nie śniło się o aparatach cyfrowych, a na wywołanie zdjęć (o ile nie miało się własnej ciemni) czekało się parę dni. Łapanie momentów upływającego czasu i zamiana ich w obrazy zawsze było dla niego jakimś rodzajem magii. Oprócz fotografowania lubi stare polskie filmy, absurdalny humor, historię i książki. W wolnym czasie czyta co popadnie i sprawia mu to nieznośną frajdę. Jakiś czas temu zupełnie przypadkowo poznał pewnego mechanika samochodowego, który najpierw okazał się całkiem fajnym gościem, a później gościem z ogromną wiedzą muzyczną. Tym mechanikiem jest Kuba Mikołajczyk, który wraz z Mateuszem Augustyniakiem założyli portal Polski Wzrok, dzięki któremu Marek w tempie pędzącego ekspresu dostał się w sam środek najważniejszych polskich wydarzeń kulturalnych na Wyspach. Zaczął fotografować dla portalu na koncertach, co sprawia mu wielką przyjemność i dzięki czemu poznaje wielu ciekawych ludzi.


Już od tygodnia jestem w posiadaniu najnowszego krążka Marii Peszek Karabin. Próbowałem usiąść i wysłuchać albumu od „A” do „Z” ale za każdym razem coś. A to telefon, a to ważna wiadomość, zaległa praca do wykonania, marnie. W końcu się udało, płyta do odtwarzacza, ja na sofę i zaczęło się. Może najpierw o stronie aranżacyjnej. Jest dość oszczędnie, elektronika i fortepian, żadnych rewolucji w świecie brzmień. Klimat podobny jak na poprzednim albumie Jezus Maria Peszek, co pewnie jest też zasługa producenta, Michała FOXA Króla. Muzyka brzmi po prostu miło dla ucha, czasem schodząc wręcz do minimalizmu. Jeżeli ktoś będzie chciał słuchać Karabinu dla melodii w tle, to raczej zły wybór. Wydawnictwo to bowiem naprawdę wymaga uwagi. Tak doszedłem to warstwy tekstowej. Przekaz Karabinu jest, jak to u Peszek, szczery do bólu. Autorka po prostu łapie za mordę, wbija wzrok w twarz odbiorcy i strzela mu w głowę słowami, których czasem trudno słuchać bez ciężkiego przełykania śliny. Tak smakuje prawda. Gorzko, wstydliwie, niejednokrotnie boleśnie.

fot. Monika S. Jakubowska
fot. Sławek Orwat
Album zaczyna się dość niewinnie, piosenką „Gwiazda”. Peszek śpiewa tam, że jej słowa to szept, nie krzyk. Jest to jakby zapowiedź tonacji całego albumu. Autorka odnalazła sposób, by odciskać piętno w świadomości odbiorcy za sprawą treści, zaś w mniejszym zakresie za pomocą formy. Właściwie trudno mi recenzować poszczególne piosenki nowego wydawnictwa Marii Peszek. Karabin jest całością i czymś kompletnym. Są tam obawy, o niespokojne czasy i o nastroje społeczeństwa. Artystka śpiewa o krwi na ulicach, w telewizji i w Internecie. Jest to wykład o tym, jak obywatele pędzeni medialnymi sensacjami z łatwością wydają wyroki w każdej sprawie. Dwie piosenki: Krew na Ulicach i Modern Holocaust, zdejmują z polskiego społeczeństwa woal samouwielbienia i przekonania o nieskazitelności. Słowami „W moim kraju palą tęczę, jak kiedyś ludzi w stodole…” Maria Peszek zdziera powłokę, pod którą chowamy wstydliwe sprawy, oraz grzechy przeszłości i teraźniejszości. Staliśmy się zapatrzonymi w duchy przeszłości, zakłamanymi przed samymi sobą osobnikami nienawidzącymi wszystko i wszystkich.

fot. Artur Grzanka
Autorka Karabinu podejmuje też tematy społeczne. Miłość dwóch dziewczyn w piosence „Jak Pistolet” nie kończy się happy endem. Być może tekst Peszek jest kroplą drążącą skałę nietolerancji, ale jest niezmiernie potrzebny. Wciąż jesteśmy zamknięci, wciąż słowa „pedał” i „lesba” padają jak wyroki za zbrodnie. Zapewne słowa autorki, niczego nie zmienią w jeden dzień, ale są potrzebne. Podobnie jak na ostatnim albumie, tak i na najnowszym krążku Maria Peszek śpiewa o sobie. Piosenki „Ogień” i „Ej Maria” to właściwie opowieści o powstawaniu płyty, o braku zgody autorki na wszystko to, co jest złe. Peszek ma świadomość tego, że jej twórczość jest przysłowiowym kijem w mrowisko i w obydwu wspomnianych piosenkach wyraźnie o tym mówi. U Marii Peszek, w ogóle jest niewiele miejsca na domysły, jej przekaz jest jasny i miejscami brutalny do szpiku kości. Karabin wędruje na Olimp mojej półki z płytami, za bezpośredniość, wyrazistość i siłę ognia. Polecam go zdecydowanie wszystkim fanom Marii Peszek oraz tym osobom, które szukają ambitnego przekazu i dawno znudziły się serwowaną zewsząd komercyjną mielonką. Argumentem na podparcie mojej opinii niech będzie pierwsze miejsce utworu Polska A B C i D na liście przebojów Trójki.

Marek Jamroz

fot. Sławek Orwat
Tym czasem mamy dobra wiadomość dla wszystkich fanów Marii Peszek w Wielkiej Brytanii.Artystka wystąpi już 17 kwietnia w Londyńskiej Scali. Organizatorem wydarzenia jest Buch IP. Więcej szczegółów na stronie internetowej promotora, oraz na Facebooku.

Zapraszam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz