poniedziałek, 13 maja 2019

Jestem normalnym chłopakiem z Sulęcina - z wokalistą zespołu 5 Rano Łukaszem Łyczkowskim rozmawia Sławek Orwat

Z Łukaszem Łyczkowskim na wrocławskim Rynku 1 maja 2019
Daxa
15 czerwca 2014 roku na Muzycznej Podróży pojawił się pewien gościnny artykuł napisany przez sympatyczną Warszawiankę Dagmarę "Daxę" Karbowską, którą - jak mogę przypuszczać, biorąc pod uwagę jego wrodzony szacunek dla swoich wiernych fanów - niespełna 30-letni wówczas Łukasz Łyczkowski powinien doskonale pamiętać z licznych koncertów, na których pojawiał się w roli wokalisty i frontmana aż dwóch zespołów. Dziś po prawie pięciu latach od opisywanych przez Daxę wydarzeń, postanowiłem ów artykuł w całości ponownie udostępnić i potraktować go jako niezwykły - jak sądzę - zarówno dla ówczesnych jak i obecnych fanów Łukasza wstęp do rozmowy, która prawdopodobnie by się nie odbyła, gdyby nie sam... Łukasz Łyczkowski, który rozpoznał mnie w tłumie Wrocławian w dniu 1 maja 2019 podczas załatwiania przeze mnie formalności akredytacyjnych na tegoroczne bicie gitarowego rekordu Guinnessa.

Dawno, dawno temu...
Tytuł artykułu wymyśliła sama autorka, a brzmi on "Sold My Soul - Złodzieje dusz". Przenieśmy się zatem na moment do roku 2014 i oddajmy głos Dagmarze, a następnie zapraszam do lektury mojej rozmowy z jednym z najlepszych polskich wokalistów - Łukaszem Łyczkowskim.

"Moja podróż muzyczna to Mazury i Bieszczady pełne odkryć, zawodów, rozczarowań i uniesień. Dorastać w latach 90' i nie zbłądzić, było wyzwaniem. Przyznaję... błądziłam. Jako nastolatka poznałam co to miłość do Michaela Jacksona, Madonny i innych mniej okazałych gwiazd popu, lecz kiedy dziewczyna dorastać zaczyna… Najbardziej w duszy grał mi rock i blues z małymi porywami do gotyku. Pokonywanie kilometrów, by naładować muzyczne i energetycznie akumulatory, nie stanowi dla mnie problemu. Jest to raczej kolejne wyzwanie. Etat zobowiązuje mnie do odpowiedzialności i obecności w pracy na czas. Wsparcie dla podopiecznych fundacji, w której jestem wolontariuszem, też wymaga poświecenia. Dlatego nieustannie brakuje mi czasu. Aby naładować baterie na kolejnym koncercie, w logistycznych wyzwaniach przechodzę często samą siebie. Te wydarzenia, które są na mojej liście, oddalone są zazwyczaj o setki kilometrów. Ostatnią moją podróżą chcę się z wami podzielić. Moje odkrycie nastąpiło jakieś cztery lata temu [rok 2010 - przyp. autora]. Szukając muzyczki do posłuchania, wędrując po kanale internetowym, wpadła mi w ucho grupa 5 Rano i jej kawałek „Dobry chłopak”.


Pamiętam ten stan euforii... co za charyzma i głos taki brudny, rockowo-bluesowy. Bomba! I wokalista Łukasz „Łyczek” Łyczkowski, wtedy jeszcze taki… po prostu „dobry chłopak”. W tym roku 5 Rano obchodzi 10-lecie działalności [2014 - przyp. autora]. Koncertują i zdobywają rzesze fanów, grając blues-rock, klasyczny rock, rock psychodeliczny, rock’n’roll.

... za górami, za lasami...
To oczywiście tylko pobieżna mapa gatunków chłopaków z 5 Rano. Na koncie mają Grand Prix przeglądu zespołów rockowych na Festiwalu Miłośników Fortyfikacji w Boryszynie i na Lubuskim Derby Muzycznym. Zajęli trzecie miejsce na Spring Rock Festival w Nowej Soli, a Łukasz Łyczkowski uzyskał indywidualną nagrodę dla wokalisty na Las Woda i Blues w Radzyniu. W 2011 roku ukazała się ich pierwsza oficjalna płyta W drugą stronę. Niestety nigdy nie było mi dane wyjść z ram YT i usłyszeć ich na żywo. Łukasz to ambitna bestia. Dwa lata temu [rok 2012 - przyp. autora] można było się o tym przekonać w Chorzowie podczas festiwalu „Ku przestrodze” pamięci Ryszarda Riedla, gdzie 5 Rano wystąpiła na jednej scenie z Leszkiem Cichońskim.

Miło było przekonać się po koncercie, że Łukasz to młody, wesoły i wrażliwy, kochający bluesa i rocka facet, który bez muzyki nie potrafi egzystować i nie potrafi przestać o niej mówić. Dlatego też nie zdziwił mnie kolejny jego projekt. Obecnie [rok 2014 - przyp. autora]  jego wokal można usłyszeć w zespole który skradł moją duszę. W roku 2013 zwyciężyli w konkursie zespołów na Festiwalu RR w Chorzowie. Byli bezkonkurencyjni, absolutnie niewiarygodni, pełni emocji, scenicznej dzikości i podkręconych przez założyciela grupy Smoka Smoczkiewicza dzikich gitarowych solówek i... ta buzująca energia na scenie w takim upale, że stopy przyklejały się do ziemi przez obuwie. Tak... występ Sold My Soul skradł moją duszę. Panowie byli jedynymi, dla których zniosłam skwar na tej patelni, jaką było miejsce koncertu, gdzie nawet aparat fotograficzny się pocił.


I tu zaczyna się podróż… Koncert charytatywny dla mojego przyjaciela w Katowicach. Mimo tak ważnych na początku kariery i drogi scenicznej własnych celów, zespół podobnie jak mój idol, który śpiewał, że „zawsze warto być człowiekiem”, pokazał, że potrafi dostrzec potrzeby innych ludzi i za to zawsze mam do muzyków dużo serca i uznania. Słów uznania i zachwytu nie kryło także wielu moich znajomych i przyjaciół. „Daxa... co za grupa! Jaki performance! Wspaniali muzycy! Mają płytę?” Wiedziałam, że tak będzie. Epidemia ruszyła. Ludzie zaczęli zarażać się muzyką Sold My Soul od Festiwalu. Wraz z przyjaciółmi z Poznania Desą i Łukim uważnie śledzimy losy grupy. W sieci pojawiła się informacja o wydaniu pierwszej płyty. 3-go maja w Krapkowicach w województwie opolskim

Sold My Soul miał swój wielki dzień. Muzycy zaprezentowali swoją debiutancką płytę. Jest plan… Oni są z Poznania., ja z Warszawy. Punkt spotkania Chorzów. Miejsce docelowe Krapkowice. Warszawa - Katowice - Chorzów - Krapkowice - Wrocław - Warszawa. Byłam tam mimo tych wszystkich kilometrów, mimo zimna i deszczu. Proponuję abyście sami sprawdzili, dlaczego przebywałam ponad 11 godzin w podróży, aby przeżyć jedną godzinę koncertu. Na płycie słychać inspiracje ostrym, rasowym rockiem (Black Sabbath, Zaak Wylde, AC/DC). Album jest prawdziwym zbiorem z wrażliwością zaśpiewanych emocji. Słuchając go, czujesz, że nikt tam niczego nie udaje, falujesz od delikatnych drżeń w głosie po porywający wrzask rockowego poweru i czujesz jak ciary przechodzą ci przez kręgosłup.

... żył sobie pewien... dobry chłopak z Sulęcina.
Płyta jest dopieszczona, nagrana z impetem, ostro podkręcona, o europejskim standardzie. Nie może zostać nie zauważona ciężka praca nad warsztatem muzyków. Krążek jest świetnie zagrany, dziki, nieugłaskany, nieodegrany pod publiczkę. Dźwięki pochodzą z duszy, a gitarowy i perkusyjny talent z deserem w postaci niezapomnianego wokalu aż unosi. Nie jestem osobą, która muzycznie zadowoli się szybko. Długo szukałam grupy, która będzie moim zwrotnikiem w muzycznych podróżach. Liczę na to, że uda mi się zarazić ich muzyką chociaż kilkoro z Was. Wiem, że znacie się na rocku i wyczujecie te zagrane z dziką energią, wypływające prosto z duszy emocje.


A jak już zarazicie się… zapraszajcie ich do siebie na przeróżne festiwale i imprezy. Kiedy zejdą ze sceny, będziecie mieli niedosyt, a wiem to z własnego doświadczenia. Dawno nie byłam tak energetycznie naładowana. Dziękuję Wam Sold My Soul, że doceniacie gusta polskich fanów muzyki, Dziękuję za wspaniały koncert. Gratuluję płyty, bo wiem ile Was kosztowała poświęcenia i pracy. Dziękuję wszystkim tym, którzy dali Wam szansę, bo dzięki nim i mi dane było Was poznać i usłyszeć. Jesteście prawdziwi, a prawda i talent obronią się same. Na płycie znajduje się 12 utworów - 3 w języku polskim i 9 w angielskim."
Dagmara "Daxa" Karbowska
-  Blisko 15 ostatnich lat spędziłem w Anglii...

- ...czyli tyle samo, ile istnieje zespół 5 Rano, wraz z którym w piosence "To jest mój Rock & Roll" ubolewam, że tacy ludzie jak ty musieli tam wyjeżdżać. Byli nawet tacy, którzy zarzucili mi wtedy tekstowy populizm, a ja nieustająco zapraszam ich na moją ziemię lubuską, aby naocznie przekonali się, jaka naprawdę jest rzeczywistość, o której ten tekst traktuje.



- Z jakiego miasta pochodzisz?

- Z Sulęcina w województwie lubuskim.

- I cały czas tam mieszkasz?

Herb Sulęcina
- Tak.

- Kiedy po raz pierwszy zorientowałeś się, że posiadasz talent?

- Zawsze uważałem, że mam więcej serca niż talentu i nie jest to wcale fałszywa kurtuazja. Wszystko po prostu wzięło się stąd, że zawsze było mi lżej na sercu, jak sobie pokrzyczałem.

- Ile miałeś lat, kiedy po raz pierwszy wyszedłeś na scenę?

- 19, choć tak naprawdę z pierwszego koncertu ze strachu uciekłem. Po raz pierwszy odważyłem się nie zwiać ze sceny dopiero rok później. Moi koledzy i koleżanki z klasy maturalnej byli w totalnym szoku, ponieważ poza moją mamą nikt tak naprawdę nie miał bladego pojęcia, że śpiewam.

- Miałeś już wówczas własne teksty?

- Geneza moich pierwszych tekstów wywodzi się jeszcze z mojego rozkochania w muzyce hip-hopowej. Można powiedzieć, że mam w sobie coś w rodzaju rozdwojenia jaźni czy konfliktu interesów. Urodziłem się w takim czasie, że kiedy dorosłem, Jarocina nie było, przez co nie miałem w swoim życiu okresu punk rocka, a przecież jakoś trzeba było się buntować. Jedyną formą buntu, jaka wtedy była u nas dostępna był hip-hop, który dumnie stawiał czoła otaczającej nas rzeczywistości. Należę do pokolenia, które przeżyło wybuch hip-hopu i stąd, kiedy mówimy, że w wieku 19 lat po raz pierwszy znalazłem się na scenie, to było to rapowanie, a nie śpiew w tej postaci, z jakiej dzis mnie znasz. Jednocześnie gdzieś tam przecież była też Nirvana, w MTV leciało "Enter Sandman" i wszystko to zaczęło we mnie wchodzić niejako podskórnie i oto masz dziś naprzeciw siebie długowłosego Łyczka rockandrollowca


- Twoja wzmożona popularność datuje się od momentu, kiedy zdecydowałeś się na udział w pewnym programie telewizyjnym. Co to było i jaki wynik wtedy osiągnąłeś?

- Voice of Poland - drugie miejsce.

- Ile miałeś wówczas lat?

- Byłem starym 32-letnim koniem.

 

- Jak sądzisz, czy byłbyś dzis w tym samym miejscu bez udziału w tym programie?

- Niestety, w naszym kraju jest tak, że obecnie jest to w zasadzie jedyna możliwość skupienia na sobie uwagi ludzi i nie będę ukrywał, że w obliczu tej rzeczywistości był to z mojej strony akt desperacji. Nie, na pewno nie byłbym dzis w tym samym miejscu bez tego programu.

fot. Agnieszka Smelka
- Co muzycznie robiłeś pomiędzy 20, a 32 rokiem życia?

- Wpadłem na pomysł, że będę rockowcem i będę miał zespół. W tym roku mija 15 lat od momentu, kiedy to na pięknej ziemi lubuskiej stworzyliśmy uroczy, familijny skład zwany 5 Rano. Nie pytaj mnie o genezę tej nazwy, ponieważ winien jej jest nasz gitarzysta.

- Czyżbyście o tej porze rozeszli się z imprezy?

- (dłuższa konsternacja plus śmiech towarzyszącej Łyczkowi ekipie) Skubany trafił... Długo szukaliśmy nazwy, a że była to wyjątkowo upojna noc, więc w pewnej chwili stwierdziłem - słuchajcie jest 5 rano i ja mam to wszystko już gdzieś. Idę spać.

- Przyznaj się lepiej, że specjalnie czekaliście od czwartej do piątej, bo "Czarny blues o czwartej nad ranem" już był (śmiech).

- I właśnie wtedy gitarzysta głosem nie znoszący sprzeciwu powiedział - i dokładnie tak będziemy się nazywać. To znaczy jak - spytałem. A on, że 5 Rano. Ty chyba głupi jesteś - wypaliłem. Po krótkim śnie rozjechaliśmy się do domów, a za dwa tygodnie zobaczyłem plakaty z napisem... 5 Rano. A teraz ze względu na pragmatyzm sytuacji po"voice"owej nazywamy się jeszcze bardziej beznadziejnie - Łukasz Łyczkowski i 5 Rano.


- Podsumujmy. Byłeś sobie początkującym raperem i nagle strzeliło ci do głowy, że będziesz rockandrollowcem?

- Tak i ten stan chorobowy trwa do dziś. A dziś jesteśmy w miejscu, które na pewno dużo mi w życiu dało oraz blisko osoby, która wywindowała mnie w trochę inne rejony muzyczne, a mianowicie blisko Leszka Cichońskiego, który jest na tyle szalonym człowiekiem, że w 2011 roku podczas Lubuskich Derbów Muzycznych, na których wraz z zespołem 5 Rano startowałem w konkursie, dostrzegł mnie i wpadł na szalony pomysł, że będzie wraz ze mną nagrywał płytę, a ja na tej płycie będę jego wokalistą. No i zaczęło się... Olsztyńskie Noce Bluesowe, Przystanek Woodstock itd...

- Czyli śmiało można powiedzieć, że Leszek Cichoński jest dla ciebie takim muzycznym "ojcem"...


- Tak, Leszek jest moim muzycznym tatą i zresztą często tak do niego mówię, bo to dzięki niemu miałem zaszczyt obcowania z tak wybitnymi muzykami jak Wojciech Karolak, Jorgos Skolias, Tomek Grabowy i wielu innych.

- Ile masz na swoim koncie wydawnictw płytowych?

- Popełniłem kilka płyt zarówno z 5 Rano jak i z zespołem Sold My Soul (demo i pierwsza płyta), z którym nasze drogi rozeszły się w roku 2015. Smok jest tak intensywną osobą, że - owszem - na początku były między nami iskry, ale tak naprawdę poległem ze względu na odległość geograficzną. Dystans Opole - Województwo Lubuskie z czasem zaczął być już dla mnie katorgą i nastąpiło z mojej strony zmęczenie materiału. Odszedłem w związku z moimi problemami ze zdrowiem (wtedy była to akurat operacja kolana), ale poza tym nie wytrzymałem już dłużej tego rozchwiania - tu oficjalna żona, czyli 5 Rano, a tam kochanka, czyli Sold My Soul i w końcu uznałem, że nie mogę na dłuższą metę tak żyć.


- Kiedy ukaże się twoja kolejna płyta?

- Celujemy w rok 2020 rok, bo w związku z tym, że w tym roku obchodzimy 15-lecie istnienia, to na koncertach chcemy jeszcze pograć to wszystko, co na ten czas się składa.

- Tak naprawdę to poznaliśmy się na Facebooku podczas jednej z gorących dyskusji na temat obecnej formuły festiwalu, który kiedyś nosił nazwę Przystanek Woodstock i który przez długie lata był dla mnie wydarzeniem, przed którym do dziś zdejmuję czapkę i kłaniam się nisko. W tej dyskusji ośmieliłem się jednak wyrazić dość krytyczną i zarazem nieco odmienną od hurra zachwytu sporej części rozmówców opinię. 


I nagle nie wiadomo skąd na forum pojawił się niejaki Łukasz Łyczkowski, który postanowił murem stanąć za mną i wyraził o tym wydarzeniu bardzo podobne do mojego zdanie, dzięki czemu hejt, jaki właśnie wszystkimi sieciowymi rynsztokami wylewał się na moją głowę, w jednej chwili zdecydowanie zelżał. I w tym momencie zrodziło się we mnie pytanie - kim jest Łukasz Łyczkowski?


- Jestem starym ,,woodstokowiczem” od ostatniego festiwalu w Żarach w 2003 roku. Niestety latami obserwowałem jego przepoczwarzenie w wielki festiwal, który zatracił swój klimat i w jakiś sposób i ideały tego ,,prawdziwego” Woodstocku z 1969 roku. Wiem, że wszystko się zmienia, młodzi inaczej patrzą na to wszystko. Niestety ja z moimi poglądami, szukający hippisowskiej muzyki i tego typu klimatów nie odnajduję już tego w tym festiwalu. Fasadowe emanowanie pacyfką mnie nie interesuje i wymagam czegoś więcej. Szukam i marzę by w Polsce powstały festiwale wolne od dążenia do zysku, sponsorów bez jakiejkolwiek indoktrynacji. Rock'n'Roll musi, naprawdę musi być od tego wszystkiego czysty. Wiem, że się narażam z takim myśleniem i wiele tracę, ale muszę żyć w zgodzie z sobą.

- Najsmutniejsze w takich dyskusjach jest to, że jeśli ktoś ośmieli się o obecnej formie tej imprezy wyrazić jakąkolwiek negatywną opinię, to natychmiast oblewany jest nie popartym jakimikolwiek argumentami hejtem. I dlatego ogromnie sobie cenię, że nie pojawiłeś się w mojej świadomości jako Łukasz Łyczkowski - finalista Voice of Poland, tylko że zmaterializowałeś się akurat w takim miejscu, w którym opinia takich ludzi jak ty jest niezbędna i pożądana.

- Bo ja nie jestem Łukaszem Łyczkowskim z Voice of Poland. Ja jestem normalnym chłopakiem z Sulęcina.


- Z kilku innych dyskusji, w jakich obaj braliśmy udział, wyczuwam, że posiadasz też bardzo zbliżone do moich poglądy na temat polskiego rynku muzycznego.

- Ja nawet nie nazwałbym tego zjawiska rynkiem. Mówimy tu o dobrze zorganizowanej grupie trzymającej władzę, która w sposób wolny od jakiejkolwiek kontroli spokojnie się rozrasta i bez poczucia winy konsekwentnie blokuje utalentowanym artystom dostęp do dużych mediów i tym samym bezkarnie hamuje ich rozwój. Są to kliki, które wzajemnie się adorują i są to radia, które muszą być opłacane, aby czyjaś sztuka została na ich falach wyeksponowana. Wiesz... kiedy słyszę, że młodzi ludzie mają rzekomo w tych czasach łatwiej, to chce mi się parsknąć śmiechem, ponieważ - i jest to mój największy smutek - nawet w czasach komuny można było o wiele łatwiej dotrzeć do mediów masowych niż ma to miejsce dziś. Poza tym obecnie odpada też selekcja naturalna. Każdy może dziś sobie nagrać płytę, co z drugiej strony jest pozytywem, ale w takim razie nasuwa się pytanie - dlaczego na piedestale jest muzyczny chłam? Ostatnio chciałem nawiązać kontakt werbalny z moją 15-toletnią chrześnicą i zatopić się w tym, czego ona słucha i... jestem przerażony. Należę do pokolenia, któremu w młodości nieobcy był walczący hip-hop, który miał jakiś wyraźnie słyszalny przekaz, natomiast to, co słyszę w muzyce popularnej obecnie, najzwyczajniej mnie przeraża.


- Niedawno od kogoś usłyszałem, że ponoć tylko dwóch wokalistów w Polsce posiada tak silne fan cluby, że jeśli tylko zechcą, to są w stanie spowodować wielomiesięczną dominację swojego idola na jakiejkolwiek liście przebojów. Wiesz o jakie fan-cluby chodzi? Michała Szpaka i Łukasza Łyczkowskiego.

- Tak, mój fan-club to są terroryści! Raz, że serwer ci rąbnie, dwa, że będziesz miał nękanie, spamowanie i groźby karalne... (śmiech)

- Jak udało ci się zorganizować tak sprawnie działającą grupę przestępczą? (śmiech)


- Musisz kiedyś poznać moją mamę i mojego tatę. Wtedy zrozumiesz z czego wynika Łyczek, a Łyczek po różnych przykrych doświadczeniach jako fan stojący przed swoim Panem Muzykiem, do którego wzdychał i miał jego wszystkie płyty i... przez którego został zlekceważony, gdyż nie nastąpił tzw. shake-hand. Jeśli ten brak jakiejkolwiek uwagi i szacunku Pana Muzyka w stosunku do fana, czyli do mnie zdarzył mu się kilkukrotnie, to ja pomyślałem sobie, że jeśli będę kiedyś miał zespół, to nigdy z mojej strony nie może zdarzyć się podobna sytuacja.

Od 15 lat nawet wtedy, kiedy jestem totalnie zmęczony, albo chory, zawsze staram się znaleźć choćby sekundę, aby z moim fanem zamienić przynajmniej kilka słów i nie jest to nigdy sekunda kurtuazyjna. Staram się wtedy chociaż przez chwilę takiej osobie popatrzeć w oczy i podziękować za to, że przejechała aż tyle kilometrów, aby zobaczyć mnie na scenie. Ja dystans z moim fanem skracam do minimum...


- Siła rażenia twojego fan-clubu jak i to, co zauważyłem tuż po twoim występie pozwala mi mieć przekonanie, że z każdym dniem na tych schodach popularności znajdujesz się coraz wyżej.

- Chcę, żebyś wiedział, że ja naprawdę tego nie odczuwam i proszę, abyś nie wziął mnie teraz za jakiegoś zgrywusa, który robi wielkie oczy. Mój status popularności jest obecnie taki, że stoję sobie na jednym z pierwszych stopni tych schodów do nieba. Nie uczestniczę w Męskim Graniu, nie puszcza mnie żadne duże radio, nie chce mnie żadna czołowa wytwórnia, a koncerty załatwiam sobie sam, bo żadna agencja się mną nie zainteresowała.

- Czym zajmujesz się zawodowo?

- Jestem instruktorem terapii zajęciowej w Domu Pomocy Społecznej w Tursku.

- Chciałbyś żyć tylko z muzyki?

- Obecnie na koncertach zarabiam mniej, niż muzyk na weselu. Jeśli traktowałbym muzykę jako sferę ekonomiczną, czyli czysto zarobkowo, to na pewno by mnie to deprymowało, ale w związku z tym, że muzyka jest dla mnie najpiękniejszą formą sztuki, czyli najpiękniejszą formą wyrażania siebie, to cała ta sytuacja nie wpływa aż tak negatywnie na moje samopoczucie. Kiedy 15 lat temu powstawał zespół 5 Rano, już wtedy założyłem sobie, że tu u nas na tym padole łez prawdopodobnie nigdy nie będę mógł żyć z muzyki, dzięki czemu dziś szok jest mniejszy i smutek też.


- Z jednej strony doskonale dostrzegasz to całe zło. Z drugiej strony nie zamierzasz wyjeżdżać za granicę, co notabene bardzo mi się podoba, bo świadczy o twoim przywiązaniu do rodziny i ojczyzny. Rodzi się więc pytanie - jak znaleźć ten złoty środek, czyli w jaki sposób pokonać tę niemoc, która niczym złośliwy nowotwór od lat toczy umysły ludzi, którzy zamiast powiedzieć "stop!", w imię sławy i prostego rachunku ekonomicznego godzą się na artystyczną prostytucję, twórczą bylejakość i na bezkrytyczne podporządkowanie choremu systemowi.

- Od jakiegoś czasu próbuję bić się z tym systemem, szukać jego słabych punktów i o tym wszystkim śpiewać. Jednocześnie mam świadomość, że walczę z czymś, w czym sam w dużym stopniu tkwię. Niejeden raz zadawałem sobie pytanie - dlaczego tyle lat walczę z tą hydrą i nadal jeszcze w tym jestem. Z jednej strony ten system osacza człowieka po to, by poprzez różne kredyty bankowe i inne uzależnienia trzymać go na uwięzi. Z drugiej strony tak bardzo kocham moich bliskich, że nie zamierzam ani na chwilę spuścić ich z oczu i dlatego też nigdy nie przeniosłem się do dużego miasta jak Wrocław, Warszawa czy Gdańsk, choć wielokrotnie miałem taką możliwość.


- Jakie jest największe marzenie Łukasza Łyczkowskiego?

- Budzić się rano i nie iść do pracy niezwiązanej z muzyką, aby móc całkowicie poświecić się komponowaniu i pisaniu tekstów.

- Czego najbardziej ci życzyć?

- Zdrowia i tego, aby moja muzyka była zawsze szczera.

niedziela, 12 maja 2019

Wojtek Olejniczenko zaprasza 25 maja do wrocławskiego klubu Czasoprzestrzeń na koncert wrocławskich kapel ostrego łojenia: Crimson Valley, Issel i Panzerhund oraz James Button Band ze Szczecinka!





Dla mnie zawsze najważniejszy był człowiek - z kamiennogórską malarką Bernadetą Nowak rozmawia Sławek Orwat

Moje spotkanie z Bernadetą Nowak w kamiennogórskiej restauracji "U Leszka"







Kamienna Góra i okolice to rodzinna ziemia oraz miejsce pracy twórczej artystów wielu dziedzin. To tu mieszka i tworzy zwycięzca jednej z edycji Must Be The Music - zespół Sachiel, to właśnie w Kamiennej Gorze możemy na co dzień spotkać sympatycznych młodych ludzi z zespołu Porażeni, a jest to  jedynie "wierzchołek góry lodowej" tego wszystkiego, co artystyczny świat Kamiennej Góry ma do zaoferowania. O twórczości Bernadety Nowak dowiedziałem się dość przypadkowo. Wskutek przeróżnych dziwnych kolei losu, 17 września pojawiłem się w Polsce, a ściślej  mówiąc w Karkonoszach. Aby co nieco dowiedzieć się o środowisku muzycznym regionu, zacząłem regularnie kupować wychodzący w Kamiennej Górze (nieistniejący już) Regionalny Tygodnik Informacyjny (RTI). Bernadeta Nowak zaciekawiła mnie najbardziej faktem, iż pośród wielu innych swoich wspaniałych dzieł, jest też autorką niezwykłego cyklu "Moje Fascynacje Muzyczne", w którym ta urocza artystka uwieczniła twarze największych herosów jazzu i rocka - w tym przede wszystkim tego oldskulowego. Tyle tytułem wstępu, a teraz już z radością zapraszam do lektury.


- Nieprzypadkowo rozpocząłem nasze spotkanie od lampki wina. Powiedziałaś kiedyś, że impreza nie jest dobra bez ludzi z poczuciem humoru i... dobrego wina.

- Święta prawda (śmiech), ale przede wszystkim jednak bez ludzi z poczuciem humoru.

- Twoją maksymą jest cytat z książki Romaina Rollanda "Colas Breugnon".

- Moja ukochana!

- "Nie ma smutnych czasów, są tylko smutni ludzie."

- Tak, to prawda.

- A czy nie uważasz, że widzi się dziś coraz więcej smutnych ludzi? Nie wypominając nam wieku, w czasach naszej młodości chyba więcej radości było w ludziach pomimo, że czasy łatwe przecież nie były?

- Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że współcześni ludzie tak naprawdę nie mają się czym smucić. Zdrowie mają, pieniądze mają, a jak tak dokładniej się przyjrzeć, to najbardziej cieszą się życiem ci, którzy mało mają, ale coś ich tam kręci. Jeżeli życie się jakoś układa, jest zdrowie, rodzina, są dzieci, wnuki, jeśli można realizować swoją pasję i cieszyć się tym, to czego jeszcze nam trzeba?

- Pamiętasz swój pierwszy sprzedany obraz "Senne żeglowanie"?

- Ojoj! To jeden z pierwszych, jakie w ogóle namalowałam.

- W dobre ręce trafił?

- W dobre, za nieduże pieniądze, ale rozpierała mnie radość...

- Czym różniła się tamta twoja zabawa w malowanie od tego, co robisz teraz?

- Były to początki mojego szaleństwa. Wszystko zaczęło się około 10 lat temu tak całkiem na hurra! Spotkałam na portalu Nasza Klasa moją dawną koleżankę, świetną kanadyjską artystkę o międzynarodowej renomie Krysię Sadej, która podobnie jak ja, także pochodzi z Krynicy i tak od słowa do słowa opowiedziałam jej, że od niedawna maluję do szuflady. Ona na to: to pokaż. Wysłałam jej zdjęcia, a ona: rany boskie, rewelacja! I zrobiła mi stronę, gdzie umieściłam moje wszystkie pierwsze obrazy, w tym także "Senne żeglowanie".

- Jak on wyglądał?

- Szczegółowo już nie pamiętam. Był na papierze i był jak sen, jak marzenie. Patrząc na niego czułbyś się, jakbyś skoczył w morską toń.


- Nigdy wcześniej nie malowałaś?

- Zawsze coś tam malowałam, ale wiesz... praca dom, rodzina a przede wszystkim dzieci, które zawsze były dla mnie najważniejsze. Potem to już jakoś samo poszło... Boże kochany... dzień i noc.




- Przeczytam ci pewien tekst. Ciekaw jestem, czy zgadniesz, co to jest.

- (śmiech)

Jesteś dzieckiem księżyca i wkrótce,
Mam wrażenie, że sprawię że uśmiechniesz się na zawsze
Po prostu daj mi znak, a ja pokażę ci mój plan.

Jesteś smutnym dzieckiem, prawdziwym dzieckiem
Postaram się pomalować niebo na zawsze na niebiesko,
Po prostu daj mi znak, a ja pokażę ci mój plan.

Powiedz mi, dlaczego jesteś taka smutna?
Czas przelatuje jak ziarna piasku,
Po prostu powierz swoją przyszłość w moich rękach.


- Nie wiem, co to jest.

- Jest to tłumaczenie utworu "Moonchild" Rory Gallaghera.

- O Boże! To był mój pierwszy obraz z serii wielkich mistrzów rocka.

- To wiem z twojej biografii, ale wiesz, co mnie najbardziej zastanawia? Nie znałaś wcześniej tego tekstu po polsku, nigdy go sobie nie próbowałaś przetłumaczyć, a zauważ, co w nim jest. Jest o malowaniu, jest o smutku, o którym mówiliśmy na wstępie, a teraz padnie pytanie, które nasuwa się samo: co pomimo nieświadomości znaczenia tego tekstu, który dotyka przecież i twojej wrażliwości i samego malarstwa sprawiło, że zaczęłaś swoje fascynacje muzyczne właśnie od Gallaghera?

- Ja kocham rocka we wszystkich jego odmianach, ale z Gallagherem to był jakiś rodzaj impulsu. Usłyszałam "Moonchild" i od razu sobie pomyślałam: muszę go namalować! Ja w ogóle maluję bardzo spontanicznie, więc siadłam i tak się to wszystko zaczęło. Wiesz... to była taka jazda, że potem przez dwie noce w ogóle nie spałam. Zawsze tak mam po namalowaniu obrazu z serii Moje Fascynacje Muzyczne, bo to jest jedna, wielka emocja. Muzyka głośno gra, farby się mieszają, toczę dialog z artystą...

Rory Gallagher - obraz autorstwa Bernadety Nowak
- Gdzie ten obraz teraz wisi?

- Dokładnie teraz do końca stycznia wisi na wystawie w Jeleniej Góry w Domu Kultury Muflon.

- Znasz biografię tego muzyka?

- Wiem tylko, że był samotny i szybko umarł.

- Zmarł w wieku 47 lat w Londynie, a urodził się w niewielkim miasteczku Ballyshannon w najbardziej na północ wysuniętej części Irlandii. Był chyba jednym z najbardziej niedocenionych gitarzystów. Chociaż nigdy nie zbliżył się do popularności takich wirtuozów "wioseł" jak Eric Clapton, czy Jeff Beck, to o jego klasie niech świadczy fakt, że po odejściu Ritchiego Blackmore’a z Deep Purple, właśnie on dostał propozycję dołączenia do tej legendy i co ciekawe... z tego daru losu nie skorzystał.

- Czyli, że był aż takim indywidualistą?

- Można tak to ująć. Z relacji osób, które miały szczęście słuchać jego gry na żywo wynika, że posiadał niesamowitą swobodę w poruszaniu się po skalach oraz ogromną łatwość improwizowania, co predestynowało go - gdyby tylko chciał - do zrobienia kariery jazzowej. Podobno o ile pod względem wirtuozerii Gallagher słusznie porównywany był do Blackmore’a, o tyle pod względem wrażliwości i bluesowego feelingu znacznie go przewyższał, a jego wielkość i wyjątkowy talent najlepiej można było usłyszeć właśnie podczas koncertów, które stanowiły kwintesencję jego życia.


- Kiedy tak słucham tego, co mówisz, to po raz kolejny uświadamiam sobie, że nasze pokolenie posiada szczególną wrażliwość słuchania i delektowania się tymi wszystkimi drobnymi smaczkami, do których współcześni muzycy chyba nie przywiązują aż takiej wagi. Z drugiej jednak strony, być może cechujemy się po prostu wiernością pewnym ideałom i bezkrytycznie hołdujemy tamtym mistrzom, bo przecież i dziś są artyści, którzy tworzą dobrą muzykę, a to, że my słyszymy coś więcej w grze tamtego pokolenia, zwyczajnie może wynikać z naszego sentymentu do młodości chmurnej i durnej, jak i do tego, że tamto pokolenie przecierało w muzyce kompletnie nowe szlaki, wyznaczało nieznane dotychczas kierunki i po prostu stawiało fundamenty rockowego grania i towarzyszącej mu buntowniczej ideologii.

- Rozpoczęłaś od Rory Gallaghera, a potem to już wszystko poszło niejako za ciosem. Czym kierowałaś się wybierając właśnie te, a nie inne postaci i na przestrzeni ilu lat to trwało?

- Półtora roku, niecałe dwa lata...

- Tak krótko i aż tyle wspaniałych portretów!?

- One zawsze powstawały pod wpływem jakiegoś impulsu. Siedzę sobie kiedyś na przykład z moim kolegą - wielkim fanem Pink Floyd, który opowiada mi, że Waters tak świetnie teraz wygląda i daje wspaniałe koncerty, że koniecznie muszę obejrzeć jego koncert. Obejrzałam i... padłam z wrażenia. 72 lata, a taka w nim piękna, młoda energia.


- Ale zauważyłem, że z reguły wolisz malować twarze z czasów ich młodości.

- Nie wszystkich. To zależy. W różnych momentach ich maluję i nie zawsze musi być młody, żeby mnie zafascynował. Coś musi być w jego spojrzeniu i czymś musi mnie ująć. To chyba w Meksyku był ten koncert "Ściana" oczywiście już bez Floydów i wtedy nadszedł ten impuls...

- Wśród tych wszystkich wielkich muzyków bohaterami twoich obrazów są również artyści jazzu... 

Louis Armstrong - obraz autorstwa Bernadety Nowak
- Ja kocham jazz. Zawsze, gdy chcę się trochę wyciszyć, kiedy już zanadto trzymają mnie emocje, to dla ich złagodzenia często włączam właśnie jazz.

- Pamiętam portret Billie Holiday.

- Uwielbiam ją i to tak dzięki synowi trochę, bo on w różnych kierunkach oscyluje muzycznie.

- Jest też Ella Fitzgerald, jest Luis Armstrong, jest nawet Cesaria Evora, którą trudno zaszufladkować gatunkowo.

- Uwielbiam Cesarię Evorę! To jest kobieta - balsam dla duszy, normalna, wspaniała kobieta! Nie mogłabym jej nie uwiecznić. Pozwól, że ci się czymś pochwalę. Odezwała się do mnie pewna pani, która napisała książkę o Cesarii. Kiedy przyjechała do Polski, napisała do mnie maila, w którym było stwierdzenie, że gdyby Cesaria zobaczyła swój portret mojego autorstwa, to na pewno by się jej spodobał i by go kupiła. Chwilę później zapytała, czy mogę jej go sprzedać. Nie zgodziłam się, bo jakoś nie mogę się zdobyć na sprzedawanie moich muzycznych obrazów i przede wszystkim chciałam je powystawiać, pokazać ludziom. Czuję także do nich jakiś szczególny sentyment, a muszę ci powiedzieć, że mają one szczególne branie. Stawiam na razie tak zaporowe ceny, że ludzie dość szybko rezygnują (śmiech).


- Czytelnicy by mi nie wybaczyli, gdybym nie spytał, jaka to jest ta twoja zaporowa cena.

- Z reguły jest to 5000 zł.

- No... powiem ci, że znam ludzi, a może bardziej środowiska, które - kto wie? - mogłyby wysupłać te 1300 funtów, powiesić sobie na przykład Micka Jaggera nad łóżkiem i poczuć ogromną satisfaction (śmiech).

- To daj mi na nich namiary (śmiech). Tu w Polsce jest inaczej. Wielu ludzi myśli kategoriami, że siedzi sobie kobiecina, macha tym pędzelkiem i potem za stówkę, czy za 50 zł. opchnie te swoje malowidła. A to są tak nieopisane emocje i takie odczucia, że nie możesz tego tanio sprzedać. Najpierw obcujesz z tym człowiekiem, gdzieś tam w środku rozmawiasz z nim, słuchasz tej jego muzyki od lewa do prawa, od prawa do lewa... Podobne emocje i odczucia są przy malowaniu przeze mnie obrazu każdej innej treści.

- Patrząc na te wszystkie portrety, można zauważyć, że obok tych muzyków, którzy odeszli już na "Drugą Stronę", wielu z bohaterów twoich dzieł szczęśliwie ma się świetnie, jak choćby Robert Plant, Eric Clapton, James Hetfield, Ian Gillan, wspomniany Mick Jagger, czy Tina Turner. Myślałaś kiedyś, aby wysłać im zdjęcia ich portretów, które wyszły spod twojego pędzla i poczekać na ich reakcję?

- A pomożesz mi znaleźć te kontakty?

- Postaram się. Niedawno mój radiowy kolega z irlandzkiego Dublina Tomasz Wybranowski przeżył niesamowitą ucztę muzyczną w postaci koncertu Roberta Planta, który również jest w twojej kolekcji rockowych herosów.

- A zaczęło się od "Pieśni imigranta", kiedy to wspominałam sobie, jak to chciałam kiedyś wyjechać do Stanów i nie dano mi dwukrotnie wizy... a zresztą może i dobrze.


- "Po prawdzie wielce fascynującą osobą nie jestem... pochodzę z Krynicy Górskiej, gdzie jako dziecko miałam okazję przypatrywać się jak tworzył Nikifor." - napisałaś mi kiedyś o sobie. Popełniłbym poważny grzech zaniedbania, gdybym o ten wczesny etap twojego życia cię nie zapytał bardziej szczegółowo. Spotkać oko w oko człowieka, który nie tylko znał osobiście tego wybitnego artystę, ale jeszcze na dodatek dane mu było go podpatrywać podczas pracy twórczej, to - sama przyznasz - wyjątkowy dla mnie dar losu. Ile miałaś wtedy lat?

- Byłam małą dziewczynką.

Nikifor Krynicki, właściwie Epifaniusz Drowniak
polski malarz łemkowskiego pochodzenia
- Jak to jest obcować z kimś takim jak Nikifor?

- Wówczas była to dla mnie taka postać trochę egzotyczno-dziwaczna. Mieszkał przez jakiś czas na tej samej ulicy, co ja, a była to ul. Kościuszki, w willi Orlęta. Opiekował się nim wtedy krynicki artysta malarz Marian Włosiński, z którego córką Alą chodziłam do szkoły. No cóż... on siedział i - pamiętam - rysował nam różne obrazki, które przynosiłam potem z koleżankami do domu, a ojciec darł się i je wyrzucał do kosza, bo Nikifor miał gruźlicę i wiadomo - ojciec bał się zarazków. Z żadnej artystycznej rodziny się nie wywodzę, w związku z czym nikt w domu nie miał tego czuja, żeby wiedzieć, czy to jest coś warte, czy nie. Nieraz śmiejemy się z koleżankami, że gdybyśmy wtedy zatrzymały chociaż kilka tych obrazków, nasze portfele byłyby o wiele zasobniejsze...

- Czy wspominasz jakieś konkretne rozmowy z Nikiforem?

- Wiesz, on miał problemy z prawidłowym artykułowaniem.

- Trudno mu się w zasadzie dziwić, skoro jego mama, która go samotnie wychowywała, była osobą głuchoniemą.

- Poza tym dodatkowo miał jakieś anatomiczne problemy z narządami mowy.


- W tej owianej mgłą tajemnicy biografii Nikifora najbardziej zainteresował mnie wątek, który - jak przypuszczam - mógł mieć wpływ także i na twoje malowanie. Twórczość Nikifora odkryta została w 1930 roku przez ukraińskiego malarza Romana Turyna, który zapoznał z nią polskich i ukraińskich malarzy kapistów przebywających wówczas na emigracji w Paryżu, którzy przede wszystkim zwracali wówczas uwagę na jego bezbłędne operowanie kolorami. Kiedy patrzę na twoje obrazy, właśnie kolor jest tym elementem, który najbardziej przykuwa moją uwagę. Czy podglądanie Nikifora mogło mieć nieświadomy wpływ na twoje malarstwo w tym konkretnym znaczeniu?

Nikifor podczas pracy
- Ciężko mi jest na to pytanie odpowiedzieć. Podobno albo ktoś się rodzi kolorystą, albo nie. Ja mam takie odczucie, że jak kładę kolory i coś mi w nich nie pasuje, robi mi się niedobrze. Po prostu patrzę i wiem...

- "Czucie i wiara silniej mówi do mnie...

- ...niż mędrca szkiełko i oko"...

- Jak radził sobie Nikifor w tym szarym, codziennym, pozaartystycznym życiu?

- Kojarzę, że niedaleko mojej babci była taka rodzina, która przyjmowała go na zimę. Kiedy się u nich pojawiał, to niejednokrotnie rozcinano na nim ubranie, bo jak powszechnie wiadomo Nikifor był bardzo zaniedbany, nie mył się, przez kilkanaście lat nie zmieniał odzieży, a potem... nagle okazało się, że rozsławił Krynicę na cały Świat.

- No właśnie... Jakie masz odczucia z perspektywy tych kilku dziesięcioleci, kiedy wspominasz tę niezwykłą postać? Czujesz się wyjątkowa, że miałaś okazję z nim tak blisko obcować?

- Czy wyjątkowa? Chyba nie jest to dobre słowo. Ja po prostu cieszę się tym, że dane mi było przebywać z człowiekiem, który tyle obecnie znaczy dla naszej kultury.

- Gdybyś miała sama określić, jaki wpływ tamten niezwykły czas miał na twoje malarstwo i czy w ogóle miał, to czy odnajdujesz coś? 


- Jego wpływ na mnie to chyba najbardziej idea, że można coś robić na przekór wszystkiemu i wszystkim. To jest tak, jak z tym bacą, który "jak mo cas, to myśli, a jak ni mo, to ino myśli". I ja właśnie tak sobie nieraz siądę i myślę (śmiech)... A tak poważnie, to... bardzo trudne momenty miałam nieraz, różne przykrości, ktoś tam próbował złamać moją wartość, obśmiać i skierować mnie na zupełnie inne, obce mi tory. I właśnie w takich chwilach inspiracja Nikiforem dawała mi najwięcej sił do wytrwania. Uparłam się, że będę robiła swoje na przekór wszystkim, którzy chcieliby mnie widzieć inaczej. Przychodziłam do domu, brałam farby, płótna, robiłam i głęboko czułam, że to jest właśnie to, że to jest to moje szczęście i że życia już sobie bez tego nie wyobrażam. Ja się podczas malowania bardzo uspokajam. Nawet mąż i synowie zadają mi nieraz pytanie, gdy długo nie maluję: co się z tobą dzieje? A ja wtedy odpowiadam: odpoczywam.

Obraz autorstwa Bernadety Nowak
- "Jestem mamą, babcią, a od maja szczęśliwie na emeryturze - szczęśliwie bo myślałam, że dostanę rozdwojenia jaźni od tej mieszaniny - pasja i praca w sanepidzie... Nijak nie konweniowało" - zwierzyłaś mi się kiedyś.

- "Bigos i sernik w jednej szklance" - jak mawiał dziadek Poszepszyński (w tej roli Jan Kobuszewski) w humorystycznym słuchowisku radiowym, napisanym prze Macieja Zembatego i Jacka Janczarskiego...

- Pamiętam! Lata 80-te i codzienny bieg ze szkoły, aby koniecznie zdążyć na trójkową Powtórkę z rozrywki (śmiech).

- Pracując, malowałam przez te 10 prawie lat. Kiedy jednak opuszczałam jedno miejsce, aby znaleźć się w tym drugim, to dostawałam jakiegoś rozdwojenia jaźni. Zdarzało się, ze ktoś przychodził, coś ode mnie chciał, a ja właśnie w głowie malowałam obrazy. Na szczęście miałam w pracy świetną koleżankę, która niejednokrotnie mnie "ratowała". Jestem jej wdzięczna do dziś...

- Mam wrażenie, że w twoich obrazach często jest impresja, że nieustannie starasz się uchwycić będącą w nieustannym ruchu rzeczywistość. Chociażby ci fantastyczni muzycy, którzy podczas ich scenicznego szaleństwa zastygli na twoich obrazach w bezruchu, a jak doskonale wiesz, w przypadku artystów rocka, złapanie ich w jakiejś szczególnie atrakcyjnej dla widza pozie wymaga niesamowitych zdolności także w przypadku mistrzów obiektywu, a cóż dopiero złapać tę ulotną chwilę pędzlem.

- O to mi właśnie chodzi. Emocja u człowieka tak mnie zachwyca, że mogłabym nawet tłuc głową o ścianę, ale i tak pokaże ją światu. Nieraz siadam i płaczę, albo malując cały tydzień, potrafię nieraz zamalować cały obraz, jak mi coś nie wyjdzie i maluję go od nowa.


- "Kieruje mną tylko intuicja i wielka miłość do malowania." - powiedziałaś kiedyś.

- Tylko!

- Kiedy odkryłaś u siebie ten zew do malowania? Czy zanim po raz pierwszy wzięłaś do ręki pędzel, to już wiedziałaś, że będziesz to robić, czy był to impuls?

- Ja zawsze malowałam. Już w szkole podstawowej malowałam dzieciom zadane przez panią tematy na lekcji. Rodzice jakoś u mnie tego nie wyczaili, a jeżeli już, to nie traktowali tego poważnie. Kiedy chciałam iść do szkoły plastycznej w Zakopanem, do Kenara, to ojciec mi powiedział: "nie będziesz mi tu sklepów dekorować!". Poszłam wiec do technikum chemicznego, a po technikum znowu nie udało mi się pójść w tym kierunku, ponieważ tuz przed maturą trochę żeśmy z klasą narozrabiali (śmiech).

- Cóż takiego zmalowałaś? (śmiech)

- Poszliśmy nad Dunajec poskakać do wody, mieliśmy piwo i... zawiesili nas. Teraz nic by z tego nie było, ale wtedy czasy były inne i tolerancja także. No i tak oto pożegnałam się z marzeniami o szkole plastycznej, a miałam już nawet przygotowane pewne prace, które miały mi pomóc, aby się tam dostać. Pamiętam nawet przemówienie dyrektora: "w naszej szkole są wrzody! Ale my te wrzody poprzecinamy!" I zaraz potem poleciały nazwiska. Pamiętam też, że w ramach buntu ubrałam wówczas ojca GOPR-owski sweter i dżinsy sztruksowe, na których były "wyskubane" nazwy zespołów: Deep Purple i Black Sabbath. Było tam jeszcze ok 10 takich Wrzodów jak ja i wszyscy usłyszeliśmy od dyrektora: "my wam nie będziemy stać na przeszkodzie w zdaniu matury, ale droga na studia jest dla was zamknięta". Przez ten wilczy bilet prawie wszyscy ci ludzie niemal natychmiast powyjeżdżali i kiedy po latach wszyscy spotkaliśmy się, to właśnie to spotkanie klasowe było to dla mnie takim pierwszym impulsem do malowania portretów.


- Od kiedy mieszkasz w Karkonoszach?

- Od 30 lat. Cała młodość przypadła mi na Krynicę, ale zanim osiadłam w Kamiennej Górze, najpierw wyjechałam na Górny Śląsk. Wiesz dlaczego? Bo tam odbywały się fajne koncerty.

- Zauważyłem, że muzyka od zawsze musiała być istotnym elementem twojej codzienności. Kiedyś powiedziałaś takie słowa: kolory, światło, radość, smutek, zachwyt, oszołomienie urodą Świata sprawiają, że sięgam po pędzel próbując uwiecznić "muzykę mojego serca".

- No tak... kolory, smutek, radość, czyli to wszystko, co w danej chwili w duszy nam gra. Maluję, kiedy jestem szczęśliwa, maluję, kiedy jestem smutna, zawsze jest jakaś motywacja. Jak jestem radosna, to kolory wtedy same idą, a jak jestem smutna, to tak długo maluję, aż stanę się radosna.

- Częściej jesteś...

- Zdecydowanie radosna. Owszem, miewam czasem takie doły, że wygrzebać się z nich nie mogę i wtedy zawsze sobie mówię: Bernatka weź się zbierz się do kupy durna babo! (śmiech).

- "Wierzę, że na widok moich prac zaczynają patrzącym błyszczeć oczy i wypełniają się wzruszeniem" - napisałaś kiedyś. Często to widzisz?

- Tak i jest to dla mnie ogromna nagroda. Ważne dla mnie też jest, kiedy ktoś coś do mnie napisze. Ja bardzo potrzebuję dobrych słów. Bardzo mnie ranią złe słowa, chociaż teraz już znacznie mniej, niż kiedyś. Najgorsze jest mówienie oszczercze.

- Tak, hejt jest trudny do przyjęcia. Zawsze powtarzam, że jeśli ktoś ma coś do mnie, to zapraszam go do rozmowy na argumenty. Niestety, w dobie Internetu hejtowanie jest na porządku dziennym, a rzucanie oszczerstw i obrażanie kogoś jest praktycznie bezkarne. Dawniej istniało pozytywne zjawisko zwane krytyką. Ignacy Krasicki napisał w Monachomachii, że "prawdziwa cnota krytyk się nie boi". Dziś tę zdrową, rzetelną formę dysputy coraz częściej zastępuje ordynarny hejt i jest to rzeczywiście dramat naszych czasów.


- Nieraz trzeba by mieć słoniową skórę, żeby przejść nad tym do porządku dziennego.

- "Malowanie mnie uszczęśliwia i uskrzydla powodując, że staję się silna wewnętrznie i potrafię pokonać prawie wszystko co mnie zasmuca"- znalazłaś w końcu antidotum na zło tego świata.

- Czasami jest to zło, które nie dotyka bezpośrednio mnie. Nieraz wystarczy nawet, że obejrzę wiadomości i jestem czymś głęboko poruszona, a jeśli już coś złego dotyka moich najbliższych, to działa to na mnie okropnie, działa do bólu, chociaż zazwyczaj nigdy tego nie okazuję, bo po co im jeszcze mam dokładać. Kiedy przypomnę sobie nieraz moją śp. mamę, to ona też taka była. Nieraz słyszałam jak w nocy płakała. Była taką ostoją, wsparciem, a kiedy wchodziła do domu, to wszystkie problemy same znikały

- "Inspiruje mnie gwałtowne, chwilowe wzruszenie". Co najbardziej cię wzrusza?

- Ludzka twarz, z której wszystko można wyczytać. Jej malowanie to dla mnie swoista terapia. Uwielbiam wieczory i noce! Są bardzo inspirujące. Jest noc, siedzę szczęśliwa przed sztalugami, a kolory wirują mi w głowie.

- "Bach, Elvis czy Madonna Obojętnie. Byle 'wcisnęło w ziemię' i spowodowało chwilową utratę tchu". Jaka muzyka wciska cię najgłębiej?

- Przede wszystkim jest to głos. W głosie jest coś takiego, co mnie zatrzymuje. Czasem jak stanę zasłuchana w czyjś głos, to nie ma końca. Poza tym mimika twarzy wykonawcy podczas koncertu, w której odbija się każdy najdrobniejszy element przeżywania.

- Pierwsza wystawa twoich prac odbyła się w kamiennogórskiej Galerii "Lotos" w roku 2010 i chociaż z każdym kolejnym rokiem było ich coraz więcej, to miały one wciąż charakter lokalny. Jednak już w roku 2014 twoje prace pojawiły się po raz pierwszy w zakopiańskim Art Parku i we wrocławskiej Bibliotece Letniej.


- Koleżanka z Kanady, o której wspominałam ci na wstępie, miała wystawę w Zakopanem, którą zorganizowała jej zakopiańska artystka Ewa Bartosz-Mazuś pracująca w Centrum Kultury. Zaproszono mnie, pojechałam i pozmawiałam z dyrektorem galerii z panem Krzysztofem Jędrzejowskim. Krysia i Ewa zareklamowały mnie... Dyrektor zaproponował mi wystawę i tak to się wszystko zaczęło. Miałam w Zakopanem dwie wystawy. A jeśli chodzi o Wrocław, to kilka wystaw w tym okresie tam miałam. Nie pamiętam już dokładnie ile. Może 5, może 6. To było Dolnośląskie Stowarzyszenie Artystów Plastyków, to była Galeria "YPSOS" i "Promyk" oraz Dom Kultury "Bakara", dwie biblioteki i Klub 4 - Regionalnej Bazy Logistycznej...

- W 2016 twoje obrazy po raz pierwszy pojawiły się we Francji.

- Tak, nasze miasto współpracuje z francuskim Vierzon, a człowiek, który tam działa jest szefem organizacji La Palette du Monde (Paleta Świata), do której należą malarze z całego świata. Zostałam tam zaproszona na XXII Międzynarodowy Festiwal Sztuk - Salon Jesienny. Pomijając już, że zostałam wtedy zwerbowana do tej organizacji, to na dodatek moja praca "Akt w zieleni i fiolecie" otrzymała wówczas Drugie Grand Prix


- Tego samego roku była jeszcze Bawaria.

- Bawaria to był plener na Zamku w Adelsdorf. Wiesz... kiedy wchodzi się w ten świat, to dość szybko tworzy się taki łańcuch informacji i w błyskawicznym tempie poszerzają się możliwości promowania siebie i prezentowania swoich prac. Oczywiście jeżeli podobają się one organizatorom.

- Wspomniałaś rok 2016 i francusko-niemieckie sukcesy twoich obrazów, ale tak naprawdę po raz pierwszy poza granicami Polski twoja twórczość pojawiła się w roku 2015 w czeskim Lanckorun.

- Gdybyś o tym nie wspomniał, to - uwierz mi - umknęłoby mi to uwadze. W pewnym momencie nabrało to wszystko takiego tempa, że straciłam już trochę rachubę i rzeczywiście kojarzę teraz to wydarzenie. Muszę ci powiedzieć, że mieszkam na IV piętrze w bloku, a moje obrazy są dosyć duże i z każdym rokiem mam coraz mniej sił, w związku z czym coraz częściej proszę zainteresowane moimi pracami galerie o fizyczną pomoc w transporcie w obie strony. Mąż już zaczął nawet kiedyś z tego powodu żartować - weź ty zacznij w końcu pocztówki malować (śmiech).

- Co jest dla ciebie w malarstwie najważniejsze?

- Dla mnie zawsze najważniejszy był człowiek. Czasami maluję też portrety na zamówienie. Uwieczniłam już wielu ludzi z Kamiennej Góry w tym byłego Burmistrza, ludzi z Niemiec, Kanady, USA, Ukrainy, Włoch, Szwajcarii.

 - Gdzie i w jakich okolicznościach rozpoczęła się promocja twojej twórczości?

- Ten świat malarski zaczął się dla mnie od kamiennogórskiej kawiarni "Lotos" i jej właścicielki pani Bożenki Ziemiańskiej, która jest w naszym mieście szanowanym mecenasem sztuki. Tam mnie zarekomendowano, tam przyniosłam po raz pierwszy swoje prace i tam się ta moja przygoda tak naprawdę zaczęła. Konkluzja nasuwa się sama - bez ludzi nie ma nic.

- Napisałaś kiedyś, że Album "Moje fascynacje muzyczne" powstaje pod wpływem wspomnień, kontaktów z ludźmi, oczarowania poszczególnymi utworami i jeszcze z wielu innych względów. Przed i pomiędzy jest jeszcze trochę do opowiedzenia. Może na zakończenie tej naszej rozmowy zdradzisz te tajemnicze "inne względy", czyli to, co jest "przed i pomiędzy"?

- Przed i pomiędzy powstają nowe fascynacje i "świeże" oczarowania. Malowanie uczy mnie pokory. Im więcej maluję, tym bardziej widzę, jak wiele jeszcze nie umiem.

poniedziałek, 6 maja 2019

Nigdy nie pozwól nikomu powiedzieć, że czegoś nie możesz - z Mba Shakoorem, amerykańskim raperem z Los Angeles oraz jego małżonką i partnerką sceniczną - wrocławską wokalistką Anną Cymerman rozmawia Sławek Orwat

Mba Shakoor i Ania Cymerman na wrocławskiej starówce (fot. Sławek orwat)
- Kiedy odkryłeś, że muzyka jest twoją największą pasją?


Mba Shakoor (fot. Sławek Orwat)
Mba Shakoor: Gdzieś pomiędzy 10 i 12 rokiem życia.

- Jaki styl wykonujesz?

Mba Shakoor: Rap.

- Gdzie się urodziłeś?

Mba Shakoor: W nowojorskiej dzielnicy Brooklyn, czyli na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, ale większość życia spędziłem w Los Angeles, czyli na wybrzeżu zachodnim.

- Kiedy zmieniłeś miejsce zamieszkania?

Mba Shakoor: Około 1989,  może 1990 roku.

- Kto jest twoją największą muzyczną inspiracją?

Mba Shakoor: Głównie oldskul, czyli 2Pac, NWA, Snoop Dog i oczywiście Michael Jackson. Ponadto bardzo lubię muzykę lat 80-tych i 90-tych. Czuję, że w muzyce z tamtego okresu wszystko było bardziej szczere i prawdziwe niż obecnie, ponieważ każdy miał wówczas do opowiedzenia jakąś swoją historię. Lubię też rocka, ale przede wszystkim uwielbiam hip hop.

- Gdzie narodził się ten gatunek i dlaczego?



Mba Shakoor: Powszechnie uważa się, że hip-hop pojawił się w Ameryce, jednak tak naprawdę rap jako forma przekazu narodził się w Afryce, ponieważ ludzie zamieszkujący ten kontynent wszystkie swoje uczucia zawsze wyrażali poprzez słowo mówione, które z czasem stało się ich poezją i historią przekazywaną z pokolenia na pokolenie.

Anna Cymerman
W dzisiejszych czasach ich amerykańscy bracia również przekazują swoją historię poprzez słowo mówione, tyle że wplatają to słowo w muzykę, tworząc w ten sposób zupełnie nową formę sztuki, poprzez którą chcą przekazywać swoje doświadczenia młodszym pokoleniom, dzięki czemu mają do opowiedzenia niezliczone ilości spraw, które w ich życiu się wydarzyły, a przede wszystkim poprzez swoją melodeklamację opowiadają światu o swojej codziennej walce o byt. Ten rodzaj muzyki w szczególny sposób pomaga im lepiej radzić sobie z codzienna prozą życia.

- Twoje pokolenie nie sięga pamięcią ani do czasów niewolnictwa, ani do dramatycznego okresu walki o prawa dla Afroamerykanów. Skąd czerpiecie to silne poczucie kulturowej wspólnotowości?

Mba Shakoor: Myślę, że tym niewidzialnym spoiwem jest przekazywana z pokolenia na pokolenie wiedza życiowa, dzięki której młodzi Afroamerykanie mają dziś tak wiele do powiedzenia i dzięki czemu jest w nich aż tyle świadomości i determinacji, aby tę swoją historię opowiedzieć jak największej liczbie ludzi, a hip hop dzięki swej formie jest najlepszym środkiem wyrazu, aby tę misję realizować.


- Czy według ciebie rap spełnia dziś podobną rolę do tej, jaką kiedyś odgrywał blues i czy pojawił się on dlatego, że formuła bluesa wyczerpała się?

fot. Sławek Orwat
Mba Shakoor: Blues jest dziś zbyt delikatny w wyrażaniu opinii. Rap jest bardziej intensywny i wyrazisty. Nie mówisz w nim "czy mogę?" jak dzieje się to w bluesie, tylko bez ogródek stawiasz wymagania.

- Jeden z czołowych polskich bardów Jan Kondrak powiedział: "Hip hop jest ciekawą formą rytmiczno - literacką. Tam poezji jest bardzo mało, ale literatury bardzo dużo. [...] Tam są całe dramaty opowiadane, językiem prozy [...] Hip hop to piosenka literacka o zredukowanej linii melodycznej i podkręconym tempie."

Mba Shakoor: Całkowicie zgadzam się z panem Janem, że w rapie jest dużo elementów epickiej powieści, ale uważam też, że można się w nim również doszukać licznych metafor i dlatego w mojej opinii hip-hop to także rodzaj poezji, która w tym gatunku współistnieje w jedności z muzyką.

- Środowisko amerykańskich raperów dość często kojarzone jest ze światem przestępczym. Dlaczego?


Mba Shakoor: W Los Angeles najważniejszy dla raperów jest tzw. "street credit", czyli wszystko kręci się wokół pieniędzy, kobiet, sławy, narkotyków, a przede wszystkim władzy i żeby to wszystko osiągnąć, ludzie bardzo często zostają kryminalistami. O tym wszystkim raperzy otwarcie mówią w swoich utworach i zamiast się tego wstydzić, to się tym chełpią, dzięki czemu młodzież w Stanach takim modelem życia jest bardzo zafascynowana.

Wszyscy chcą być "cool", czuć "power" i mieć dużo "hajsu", a w młodych umysłach kreuje to negatywną drogę życia. Ja natomiast staram się, żeby moja muzyka była bardziej pozytywna. Nie piję i nie używam narkotyków. W Stanach, jeżeli chcesz być sławny, musisz reprezentować bardzo określony model postępowania, czyli nieustannie podkreślać z jakiego środowiska się wywodzisz i co robiłeś w przeszłości. To wszystko sprawia, że raperzy są do bólu realistyczni, czyli... im więcej dramatu było w twoim życiu, tym bardziej stajesz się sławny.

- W 2008 roku pojawił się twój pierwszy album zatytułowany Shock Treatment nagrany wspólnie z twoim bratem, który miał ksywę "DJ" i z którym wiąże się twój osobisty dramat.

Mba Shakoor: "DJ" pięć lat przed śmiercią miał wypadek. Uderzył go rowerzysta i od tego czasu pojawiły się w jego nogach zakrzepy, które z czasem zaczęły przemieszczać się w kierunku serca i mózgu. Pewnego dnia "DJ" w stanie ciężkim trafił do szpitala i zmarł.

- Jaki wpływ miał twój brat na twoją drogę artystyczną?

Mba Shakoor: To on mnie zachęcił, żebym połączył swoją poezję z pianinem, na którym gram.


- Jak poradziłeś sobie po tej ogromnej stracie?

Mba Shakoor: To było dla mnie bardzo trudne, ponieważ "DJ" był moją podporą, kochał moją muzykę i zawsze mnie inspirował. Był jedyną osobą, która wierzyła we mnie i w moją muzykę. Do dziś nie potrafię uwierzyć, że już go nie ma.

Kiedy jestem w studiu i piszę muzykę, to chociaż doskonale wiem, że fizycznie go nie ma, nieodparcie czuję jego obecność i trudne do opisania duchowe wsparcie.

- Jak oceniasz album Shock Treatment z perspektywy 11 lat?


Mba Shakoor: Myślę, że było to doświadczenie, dzięki któremu dużo się wtedy nauczyłem. Był to jeden z moich pierwszych projektów, przez co ta płyta jest bardzo surowa i nieoszlifowana, ale to byliśmy my! Ten album to bardziej underground, niż to, co gra się obecnie, ale ja nieustannie kocham ten krążek.

- Użyliście wówczas swoich własnych bitów?

Mba Shakoor: Mieliśmy producenta, ale wszystko było nasze. Album został nagrany bardzo szybko, bo tak bardzo chcieliśmy się wówczas pokazać. Nie było tam zbyt wiele obróbek technicznych. To była bardzo szczera płyta, która pokazywała nasze prawdziwe wnętrze. Kiedy rozpoczęliśmy ją nagrywać, akurat przenosiliśmy się z bratem do Los Angeles i mieliśmy nieodparte wrażenie, że to wszystko, co wtedy się działo, było jakimś nieprawdopodobnym snem na jawie. Żyliśmy z dala od rodziców, którzy nadal mieszkali w Nowym Jorku i ciężko walczyliśmy o przetrwanie, odkładając niemal każdego centa, żeby w końcu wejść do studia, nagrać materiał i wydać upragnioną płytę.

- Kiedy i w jakich okolicznościach poznałeś swoją obecną żonę i zarazem partnerkę artystyczną Anię Cymerman?

Mba Shakoor: To było jakieś dziesięć lat temu. Mieliśmy na Facebooku wspólnego znajomego, od którego dowiedziałem się, że Ania znakomicie potrafi tańczyć hip-hop. Do Stanów przyjechała jedynie na kilka miesięcy, ale po tym jak stała się moją główną wokalistką... została 10 lat! (śmiech) Ania bardzo mnie inspiruje, bo podobnie jak ja, ogromnie kocha muzykę.


- Aniu, czy wyjeżdżając z Polski miałaś jakieś doświadczenie wokalne?

Anna Cymerman: Swoja przygodę ze sceną zaczynałam od tańca hip hop. Śpiewanie przyszło dużo później. W Los Angeles znalazłam poprzez znajomych świetną vocal coach, która współpracowała z wieloma artystami pop i bardzo mi pomogła.

- Gdzie tak dobrze nauczyłaś się języka angielskiego?

Anna Cymerman: W Polsce studiowałam anglistykę, a potem była 10-letnia praktyka w Stanach.

- Kiedy zadecydowaliście, że będziecie wspólnie występować?

Mba Shakoor: Praktycznie od razu. Najpierw zobaczyłem Anię jak tańczy, a następnie po raz pierwszy poszliśmy razem do studia i już wtedy wiedziałem, że będzie świetną wokalistką.

- Ostatnimi laty coraz większą popularnością cieszy się schemat - "pan rapuje, pani śpiewa". W Polsce niemałą popularność osiągnął poruszający się w podobnym szablonie duet Sachiel. Z czego wynika ten trend? 

Mba Shakoor: Połączenie hip hopu i śpiewu to energia w czystej postaci. Tubalny rap i dodający melodyjności delikatny , dziewczęcy wokal, to dwa pozorne przeciwieństwa, które współistniejąc, tworzą harmonijną całość.

- Swój drugi album z roku 2012 zatytułowałeś Memory Glich, co w języku polskim można przetłumaczyć jako Usterka pamięci. Co chciałeś tym krążkiem przekazać swoim słuchaczom?


Mba Shakoor: Pod słowami Memory Glich kryje się wszystko to, co nie zostało zapisane w naszej pamięci, trochę podobnie jak dzieje się to w wyniku amnezji. Po śmierci brata bylem rozproszony, przestałem tworzyć, nie troszczyłem się o muzykę, ale pomimo wszystko bardzo chciałem ją ukończyć, żeby pozostawić po sobie zapis tamtych emocji.

- Trzecią płytę zrealizowałeś już wspólnie z Anią i opatrzyłeś ją tytułem Visual Paradox. Jakie jest przesłanie tego albumu?

Mba Shakoor: Płyta mówi o tym, że pomimo, że byłem obecny cały czas, ludzie nie chcieli dostrzec mojego prawdziwego ja i nikt nie traktował mnie poważnie.

- Czy dobrze rozumiem, że tym wydawnictwem pragniesz powiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych wciąż czujesz się artystą niedocenionym?

Mba Shakoor: Bardzo niedocenionym.


- USA to kolebka hip-hopu, a co za tym idzie liczba raperów, która walczy o ten rynek jest przeogromna i dlatego uważam, że twoja decyzja o tym, aby zamieszkać wraz z Anią w jej rodzinnym Wrocławiu może być dla ciebie strzałem w dziesiątkę. Jak sądzisz, czy Polska może być twoja niepowtarzalną szansą na upragniony sukces?

Mba Shakoor: Moja oryginalność polega na tym, że tu i teraz mogę opowiedzieć to wszystko, co przeżyłem tam w Stanach i czego byłem częścią. Dziś wielu raperów w USA udaje i opowiada... o alkoholu, zabijaniu, i narkotykach, bo jest to temat, który w tym gatunku dominuje. Ja o tym nie piszę, bo alkoholu nie piję, a narkotyków nie używam. Rapuję o tym, co znam, czyli o moim życiu, o moich sukcesach i o moich porażkach.

- Na swoim koncie masz trzy albumy: pierwszy nagrany wspólnie z bratem, drugi solowy i ostatni z Anią. Jak na ich podstawie oceniasz swój progres jako artysty?


Mba Shakoor: Myślę, że teraz piszę o wiele lepsze teksty, ponieważ o wiele bogatszy jest także mój bagaż życiowych doświadczeń, czyli tego wszystkiego, co wydarzyło się w ostatnim czasie w moim życiu i w mojej muzyce, w tym także szczególnie bolesne starty wielu bliskich oraz inne porażki. Co w takich chwilach jest dla mnie najważniejsze?

Trzeba zakasać rękawy, iść do przodu, nigdy się nie poddawać i zawsze wałczyć. Jestem bardzo uparty i będę walczył do końca. Chcę spełnić swoje marzenia, przekazać swoją historię ludziom, którym w życiu także nie było łatwo, zainspirować i podnieść ich na duchu poprzez moją muzykę, która powstawała w niesłychanie trudnych chwilach. Jeśli bowiem poddasz się, a potem umrzesz, to nikt nigdy nie usłyszy twojego przesłania! Ja i mój brat mieszkaliśmy kiedyś w aucie, byliśmy głodni i bezdomni, ale zawsze trzymaliśmy się razem z silną wiarą, że musi nam się udać, że przetrwamy i że w końcu zobaczymy upragniony sukces. W moim mniemaniu najważniejsze jest pozytywne myślenie. W dzisiejszych czasach każdy potrzebuje osoby, która będzie go wspierać w dążeniu do celu, bo jeżeli brakuje ci w życiu pozytywnej energii i dobrych ludzi, to ciężko będzie ci cokolwiek osiągnąć. Ja straciłem prawie całą rodzinę - brata, mamę, tatę, dwie siostry i... musisz być niesamowicie twardy, żeby taką lawinę dramatów przetrwać. To była dla mnie prawdziwa lekcja życia. Gdybym tego wszystkiego nie przeżył, nie mógłbym tego zawrzeć w swojej muzyce. Musisz podążać za swoimi marzeniami ale jednoczesne pozostać realistą i twardo stąpać po ziemi.


Zanim się zestarzeję, chce coś zostawić swojej rodzinie, żeby nie musiała przechodzić przez te same trudy życia, co ja. Chcę zawsze być blisko ze swoją rodziną i ją chronić, a ponieważ Bóg dał mi talent, nie chcę go zmarnować, tylko pokazać ludziom jak należy żyć po to, aby mogli się identyfikować z moją muzyką.

- Jak twoi znajomi i przyjaciele z USA przyjęli twoją decyzje o przeprowadzce do Polski?

Mba Shakoor: Kocham Amerykę, a moi znajomi doskonale rozumieją, że musiałem zrobić tak dlatego, żeby się rozwijać. A poza tym zamieniłem centrum mojego życia na wspaniały naród i kraj! Polska ma przecież tyle wieków historii i tak wiele ważnych miejsc, o które toczyła walki z najeźdźcami,  Polacy podobnie jak Afroamerykanie przeszli niezliczoną ilość krzywd i dramatów, co pozwala mi was lepiej rozumieć i personifikować.

- Spotkałeś się w Polsce z jakąkolwiek nieprzychylnością?

Mba Shakoor: Na całym świecie są dobrzy i źli ludzie.

- Jeśli twoi amerykańscy przyjaciele, zapytają cie kiedyś: "jacy są ci Polacy?", jak nas określisz?

Mba Shakoor: Bardzo rodzinni, mili, dużo dajecie innym ludziom i macie otwarte serca i umysły na nowe doświadczenia. W Polsce czuję się jak w domu.

- Czy chciałbyś, aby twoje przyszłe dzieci czuły się w tym samym stopniu Polakami jak i Amerykanami?

Mba Shakoor: Myślę, że najlepsze będzie dla nich podwójne obywatelstwo na wypadek, jeśli któreś z moich dzieci w wieku dorosłym będzie chciało wyjechać do Stanów.

-  W roku 2015 uczestniczyłeś w polskiej edycji Must Be The Music. Jak zostałeś wówczas oceniony przez jurorów?


Mba Shakoor: 4 x tak. Było to bardzo ekscytujące show. Chciałem dać ludziom coś interesującego, coś co poprawi im humor. Nie chcę się tu porównywać, ale moją inspiracją zawsze był Michael Jackson. Cokolwiek nie zrobił na scenie, wszyscy byli nim zahipnotyzowani i nie potrafili oderwać od niego oczu.

- Czy poznałeś jakichś polskich raperów? Jaka jest twoja opinia o polskim hip-hopie?

Mba Shakoor: Tak, miałem okazję poznać kilku. Nie rozumieniem słów i żeby coś powiedzieć o przekazie, musiałabym posiadać tłumaczenie, ale rym i bit mają świetny. Poza tym jest w tym waszym hip-hopie zawarta jakaś prawda, bo - tak jak już to wcześniej wspomniałem - Polacy dużo w przeszłości cierpieli i przechodzili różne dramatyczne momenty, w czym są bardzo podobni do mnie i moich braci i przez co ich przekaz jest niezwykle wiarygodny.

- Jak raper pochodzący z ojczyzny gatunku postrzega polskich i europejskich przedstawicieli hip-hopu, którzy na co dzień i na scenie próbują zachowywać się podobnie do was, ubierać się jak wy i wykonywać ruchy, które dla was Afroamerykanów są wrodzone i naturalne? Czy są takie chwile, że jest to dla ciebie sztuczne lub nawet zabawne?


Mba Shakoor: Ponieważ jestem stamtąd, doskonale mogę odróżnić rapera z prawdziwym przekazem od pozera. Prawdziwy raper nie musi udawać i zasłaniać się tym całym anturażem i tymi wszystkim gadżetami, tylko mówi o swoim prawdziwym życiu i opiera to na swoim doświadczeniu. Jeżeli wierzysz w swój przekaz, zawsze będziesz wyglądał naturalnie. Śmieszni są tylko ci ludzie, którzy udają.

- Mam pewien pomysł. Co sądzisz o tym, aby nagrać kiedyś płytę, na której wszystkie utwory byłyby twoimi duetami z czołowymi raperami polskiej sceny?


Mba Shakoor: To bardzo ciekawa propozycja i jeśli tylko będą mną kiedykolwiek zainteresowani, podejmę się takiego wyzwania z ogromną przyjemnością.

- Jakie jest twoje największe marzenie?

Mba Shakoor: Nie chcę być ani bogaty, ani sławny. Z natury jestem nieśmiały. Chciałbym zarobić wystarczającą ilość pieniędzy, żeby żyć wygodnie, żeby się nie martwić o życie i przyszłość swoich dzieci. Marzę, aby zawsze być ze swoją rodziną. Moi rodzice nie mieli pieniędzy, żeby mnie wysłać do koledżu i sam musiałem płacić za naukę. Mój tata całe życie musiał walczyć z trzema etatami i szóstką dzieci. Do dziś nie mam pojęcia, jak on sobie z tym radził i wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla niego. Pomimo tego codziennego zabiegania, znajdował jednak dla mnie czas i często mi powtarzał, że z jakiegoś powodu Bóg dał mi talent i że nie wolno mi tego daru zmarnować. Nigdy nie możesz pozwolić ludziom - mówił - żeby cię zniechęcili. Musisz tak długo walić w drzwi, aż ci je sami otworzą, ale równocześnie zawsze musisz mieć w sobie wiele pokory, bo żeby osiągnąć sukces artystyczny, trzeba być zawsze skoncentrowanym i pozytywnie myślącym, czyli głęboko wierzyć w to, co dyktuje ci serce oraz nieustannie rozwijać posiadane umiejętności. I najważniejsze... nigdy nie pozwól nikomu powiedzieć, że czegoś nie możesz.

Autor dziękuje Ani i Mba za pełne wrażeń spotkanie, które zaowocowało pierwszym polskojęzycznym wywiadem Artysty