czwartek, 30 stycznia 2014

Czuję się jak dziecko, które dostało piątkę - Basia Trzetrzelewska w Ambasadzie RP w Londynie (Nowy Czas nr 199)

Basia Trzetrzelewska karierę wokalną rozpoczęła w zespole Astry. W latach 1972 - 1974 występowała w popularnej grupie Alibabki, natomiast od 1977 do 1979 roku związana była z późniejszą gwiazdą polskiego rocka - zespołem Perfect. W roku 1981 Basia postanowiła pozostać w Chicago. Ze Stanów dość szybko jednak trafiła do Londynu, gdzie nastąpił całkowity przełom w jej życiu artystycznym. Z zespołem Matt Bianco, a następnie już jako Basia stała się ogromnie popularna nie tylko w Wielkiej Brytanii, lecz także w USA i w niektórych krajach Azji. Najwięcej sukcesów piosenki Basi odniosły w Stanach Zjednoczonych i w Japonii. Jej utwory oscylują stylistycznie pomiędzy swingiem, popem, jazzem i muzyką latynoską. Obecnie można coraz częściej podziwiać Basię Trzetrzelewską na festiwalach jazzowych w Polsce. 20-go stycznia tego roku Basia otzrymała od władz państwowych Rzeczypospolitej Polskiej Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski oraz odznakę Zasłużony dla Kultury Polskiej. Redakcja i Czytelnicy Nowego Czasu składają naszej wspaniałej wokalistce gratulacje i życzą wielu kolejnych wspaniałych piosenek.

Przemówienie Ambasadora RP w Londynie
 
fot. Monika S. Jakubowska
Szanowni Państwo,
Basia Trzetrzelewska, wokalistka znana na świecie jako Basia, jest niewątpliwie jedną z najbardziej rozpoznawalnych i popularnych polskich piosenkarek na świecie. Najlepszym na to dowodem są międzynarodowe sukcesy, które udało się jej osiągnąć nie tylko dzięki ogromnemu talentowi, ale również dzięki ciężkiej pracy. Mam tutaj na myśli nie tylko współpracę pani Basi z Alibabkami, z Perfectem czy też z Matt Bianco, ale przede wszystkim karierę solową i albumy:

fot. Monika S. Jakubowska
Time and Tide, London Warsaw New York, The Sweetest Illusion, Basia on Broadway, It's That Girl Again czy też ostatni album koncertowy From Newport to London: Greatest Hits Live... and More. Czy wreszcie hity, które zawojowały nie tylko europejskie, lecz również amerykańskie listy przebojów i w ogóle w całym świecie: "Cruising for Bruising" czy "Time and Tide". Wieloletnia działalność artystyczna Barbary Basi Trzetrzelewskiej i jej obecność na światowej scenie muzycznej przyczyniają się do upowszechniania dobrego wizerunku Polski. Ona sama wspiera także polskich artystów realizujących się zawodowo za granicą. Wręczone jej dziś odznaczenia: Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski oraz odznaka Zasłużony dla Kultury Polskiej są hołdem dla jej wybitnych osiągnięć w pracy artystycznej, twórczej oraz wielkich zasług dla kultury polskiej i jej promocji w świecie. Raz jeszcze chciałbym podziękować pani Barbarze za to wszystko, co uczyniła Pani dla polskiej kultury, dla naszego Kraju, prosząc jednocześnie o kolejne utwory, kolejne muzyczne dowody Pani wielkiego talentu, które są jednocześnie źródłem inspiracji dla nas wszystkich.

Podziękowanie Basi Trzetrzelewskiej

fot. Monika S. Jakubowska
Dziękuję bardzo za wszystko. Za zaproszenie, za niesamowite odznaczenia, za nagrody, na które - nie wierzę - że zasługuję. Jestem Polką, która jest dumna ze swojego kraju i to próbuję zawsze przekazywać podczas pracy za granicą. Od Zachodu do Dalekiego Wschodu wszędzie spotykam Polaków i dochodzę do wniosku, że wszyscy jesteśmy dumni z naszego Kraju. Nie jestem jedyna. Akurat jestem w takiej dobrej sytuacji, że mogę reprezentować nasz Kraj w różnych miejscach. Muszę dodać, że wszystkie moje piosenki i moja praca zawodowa łączą się z moim partnerem Danny White'm, który jest tutaj obecny i on też zasługuje na uznanie. Cieszę się i naprawdę nie wierzę, że na to wszystko zasługuję. Żałuję tylko, że moi rodzice nie mogą być tu obecni. Oboje już nie żyją. Ucieszyliby się, że ich córka wyszła na ludzi i nie zmarnowała swojego życia, ale cieszę się, że przynajmniej brat z siostrą mogą tutaj być jak i moi przyjaciele z Jaworzna, rodzina, syn, mój narzeczony. Jestem bardzo szczęśliwa, że w takiej sytuacji się znalazłam i bardzo dziękuję za gościnę i za miłe słowa, których - naprawdę - aż za dużo.



fot. Monika S. Jakubowska


- Pani Basiu nazywam się Sławek Orwat i...

- O! Sławek...

Ciągle jeszcze trudno mi uwierzyć, że od takiej wymiany słów rozpoczęła się moja rozmowa z Basią Trzetrzelewską 20-go stycznia w Ambasadzie RP w Londynie. Z jedyną Polką, której udało się zdobyć światową popularność w dziedzinie muzyki pop (w czasach, gdy gatunek ten posiadał całkowicie inną wartość artystyczną, niż ma to miejsce obecnie), miałem okazję wymienić jesienią ubiegłego roku jedynie kilka maili, dzięki którym zrealizowałem wówczas z tą znakomitą wokalistką obszerny wywiad dla jednego z najlepszych polskich magazynów jazzowych. [z którym mozna zapoznać się tutaj - przyp. autora]. Nigdy wcześniej nie miałem okazji spotkać Basi osobiście i trudno się dziwić, iż wiadomość, że taka możliwość właśnie wkrótce się przydarzy, spowodowała u mnie gwałtowny wzrost adrenaliny.

- To ty mieszkasz w Anglii na stałe?

- Już prawie 10 lat.

- Niemożliwe. Myślałam, że jesteś z Warszawy!

- Nie. Tamten wywiad realizowałem z Panią stąd...

- Proszę mi mówić na Ty...

fot. Monika S. Jakubowska
Gdy blisko 30 lat temu po raz pierwszy usłyszałem "Half A Minute" w wykonaniu zespołu Matt Bianco, już od pierwszych taktów tej roztańczonej piosenki zauroczył mnie piękny, ciepły wokal nieznanej wówczas prawie nikomu polskiej wokalistki, której nazwiska nikt na Wyspach nie był zapewne w stanie wymówić. Już samo imię Basia w czasach gdy w UK nie było jeszcze tylu Polaków, jak ma to miejsce obecnie, musiało dla Brytyjczyków brzmieć egzotycznie, a wyjątkowa uroda naszej wokalistki była przez angielskich producentów muzycznych z premedytacją wykorzystana nawet w tytułowym kawałku z debiutanckiego krążka „Whose Side Are You On?” Mimo, iż Basia wykonuje w tym utworze jedynie krótki acz niezwykle chwytliwy refren, w teledysku do tej piosenki, to jej osoba przez cały czas przyciąga uwagę widzów i w zamierzony sposób jest pokazana jako pierwszoplanowa.

fot. Monika S. Jakubowska
- Basiu, to chyba pierwsza takie wyróżnienie?

- Tak

- Czujesz się dziś bardziej dziewczyną z Jaworzna, niż wielką damą piosenki z Londynu?

- Oczywiście, że tak. Mimo, że jestem coraz starsza, czuję się wciąż jak małe dziecko, które właśnie dostało piątkę w szkole (śmiech). To jest niesamowite, zwłaszcza, że moje koleżanki i przyjaciele przyjechali tu dla mnie specjalnie z Polski. Czuję się onieśmielona tą sytuacją i na pewno nie czuję się jak wielka dama.

fot. Monika S. Jakubowska
- To tylko świadczy o twojej skromności, ale powiedzmy szczerze... poza tobą nikomu wcześniej, ani później nie udało się odnieść takich sukcesów na arenie międzynarodowej w dziedzinie muzyki rozrywkowej. Owszem, było wielu jazzmanów, były sukcesy Urszuli Dudziak, ale te wszystkie piękne chwile dotyczą trochę innego rodzaju muzyki. Czy naprawdę jest dziś tak trudno polskiemu wykonawcy zrobić w świecie, podobną karierę do twojej?

- Mamy wiele talentów, wielu znakomitych wykonawców, a zwłaszcza muzyków. Mój Kevin jest nimi zachwycony. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżamy do Polski, z uwagą słucha polskich wykonawców. Po prostu trzeba nagrać płytę po angielsku i to jak najlepszą, która może troszeczkę by się różniła od tego, co właśnie jest na rynku. To dlatego wtedy nam się udało. Nagraliśmy płytę, która była trochę inna od tego, co było na przykład w Stanach. Wszyscy podawali sobie tę płytę jak coś dziwnego, bo było to takie nieamerykańskie, niepopularne, a jednak zdołało przefiltrować do popowych radiostacji.

fot. Monika S. Jakubowska

- Dzięki wywiadowi, jaki zrealizowaliśmy jesienią, nie tylko o wiele więcej o Tobie dziś wiem, ale po jego niedawnej lekturze zrodziły się w mojej głowie kolejne pytania (śmiech).

- Muszę Ci powiedzieć, że Marek Niedźwiecki powiedział mi, że z tego wywiadu dużo się o mnie dowiedział. Napisał mi nawet: "Od Sławka Orwata właśnie dowiedziałem się, że..." i tu padło kilka faktów.

Używając języka hazardzistów, w tym momencie nastąpiła w moim dziennikarskim życiu kumulacja. Nie dość, że właśnie rozmawiam z artystką, której piosenki od kilkudziesięciu lat uwielbiam i o której po raz pierwszy usłyszałem właśnie dzięki trójkowym audycjom Marka Niedźwieckiego, to na dodatek od niej samej dowiaduję się, iż legendarny "Niedźwiedź" poznaje nowe szczegóły z jej życia dzięki mojemu wywiadowi. Ten dzień mógłby już się właściwie dla mnie zakończyć, ale jak kumulacja, to kumulacja... Nie tylko szczęśliwie trwał nadal, ale przyniósł mi moc kolejnych wrażeń! Aby z nadmiaru szczęścia nie zwariować i nieco ochłonąć, zadałem Basi pytanie dotyczące dość odległych czasów.

fot. Monika S. Jakubowska
- Twoje piosenki zdobywały szczyty list przebojów nie tylko w USA czy Wielkiej Brytanii, ale także w takich krajach jak Japonia i Filipiny. Zanim jednak zostałaś słynną Basią, którą poznał niemal cały świat, byłaś kiedyś początkującą emigrantką z podobnymi problemami, z jakimi borykają się miliony rozsianych po całym świecie Polaków. Kiedy postanowiłaś przed laty pozostać w Chicago... czułaś strach, ekscytację, czy głęboką wiarę, że wszystko musi się udać?

- Przyjechałam do Chicago bardzo wystraszona. Czułam się trochę jak kopciuszek z mojego małego miasta, który został wrzucony w jakiś wariacki świat. To miasto było ogromne. Zbyt duże jak dla mnie. Nie powiedziałabym, że czułam się wtedy szczęśliwa. Wszystko wydawało mi się tak odległe od naszej europejskiej kultury, a zwłaszcza od Polski. Bardzo byłam wystraszona. Wiedziałam, że nic innego nie mogę robić, tylko zacząć gdzieś śpiewać i jak najszybciej nagrać taśmę demo. Wszystko rozpoczęło się w naszym klubie polonijnym. Potem wróciłam i przyjechałam do Chicago po raz kolejny. Znalazłam w końcu pracę w pewnym amerykańskim zespole, z którym jeździłam po Stanach, a zwłaszcza po Ilinois. Próbowali mnie zwerbować. Nie wspominałam o tym w tamtym wywiadzie, ale mówili mi wówczas,  że do niczego w Polsce nie dojdę - "zginiesz tam i nikt o tobie nie będzie wiedział". Próbowali mnie namówić, abym została w Stanach na stałe i pracowała z nimi. To wszystko było dla mnie jakieś obce. Dziś niektórzy z nich przychodzą na moje koncerty i czekają na mnie pod teatrami! Z kilkoma z nich do dziś utrzymuję kontakt. Jest to dla mnie niesamowite, że wszystko tak się odwróciło. Większość z nich zrezygnowała już z muzyki, a ja ciągle w tej muzyce jestem!

fot. Monika S. Jakubowska
- Jest tu dziś z nami Danny White, postać ogromnie ważna dla Ciebie osobiście, a także dla brytyjskiej muzyki rozrywkowej. Twoje początki na Wyspach to przecież Matt Bianco. Stanęłaś na angielskiej ziemi i nie pomylę się chyba, jeśli powiem, że wówczas nie marzyłaś, że to wszystko tak pięknie się potoczy. Sama zresztą opowiadałaś mi jesienią, że było to dla Ciebie prawdziwym szokiem, iż praktycznie od razu zaczęliście zdobywać szczyty tutejszych list przebojów?

- Oczywiście, że to był szok. Wszystko co dzieje się w moim życiu, jest właśnie takie jak wspomniałeś - szokujące (śmiech). Kiedy przyjechałam do Anglii po raz pierwszy, próbowałam znaleźć pracę w domach dziecka. Nie było w tym momencie żadnych szans, abym mogła robić coś w muzyce. Zaczęłam więc odpowiadać na ogłoszenia w gazetach. W ten sposób spotkałam Danny'ego. Pracowałam w zespole Bronze i to właśnie Danny tam był. Zaczęliśmy nagrywać i z początku wszystko zakończyło się fiaskiem.

fot. Monika S. Jakubowska

Mimo, że nasza muzyka była bardzo fajna, to nie dostaliśmy wtedy kontraktu i projekt rozpadł się. Potem Danny zaczął pracować z Markiem Railly i to były właśnie początki Matt Bianco. Do składu doszedł jeszcze brazylijski basista Kito Poncioni i wtedy Danny przypomniał sobie, że przecież i ja mogłabym się do nich przyłączyć. Na początku tylko nieśmiało robiłam chórki. Moja rola w zespole była coraz ważniejsza, odkąd zaczęłam nagrywać solowe piosenki. "Half A Minute" było dość sporym przebojem zwłaszcza w Niemczech, ale ja jednak ciągle siedziałam z tyłu. To oni byli najważniejsi...

- ...za to na teledyskach to ty byłaś gwiazdą.

- Właśnie! Wytwórnia płytowa powiedziała "Nie! Ona musi być z nami związana kontraktem, bo jest zbyt ważna". I w ten sposób moja rola w Matt Bianco nagle zmieniła się.




fot. Monika S. Jakubowska

- Bywasz coraz częściej w Polsce. Odwiedzasz rodzinę i... małą Amelkę, która jest Ci tak bardzo bliska, że napisałaś o niej swoją pierwszą piosenkę w języku polskim. Bywasz na jazzowych festiwalach, jak choćby na tym, który jakiś czas temu odbył się w Wadowicach. Nie będę ukrywał, że szczegółowo śledzę, to co obecnie robisz artystycznie...

I tu nasza rozmowa nagle urywa się. Otrzymaliśmy bowiem informację od kół zbliżonych do pana Ambasadora, iż społeczeństwo się żali, a tu... jak się okazało nie namawiając Basi zbyt usilnie do zwierzeń, udało mi się ją sprowokować do nich w stopniu, który zaskoczył nie tylko mnie samego, ale chyba najbardziej licznie zebrane grono dostojników państwowych. Nie pozostało mi więc nic innego, jak gorąco podziękować Basi za poświęcony mi czas i poprosić o podpisanie unikalnego wydania singla "Baby You're Mine" z roku 1990, w którego skład wchodzą: kaseta magnetofonowa, kaseta VHS, płyta analogowa i jedyny z całego zestawu nośnik do dziś powszechnie używany - płyta CD. Bez podpisu Basi zestaw ten już posiadał ogromną wartość kolekcjonerską. Obecnie wraz z jej osobistą dedykacją stał się dla mnie bezcenny.                             

30-go stycznia we Wrocławiu na jedynym koncercie w Polsce wystąpi Beasto Blanco


30 Stycznia w "Zaklętych Rewirach" we Wrocławiu zagra na jedynym koncercie w naszym kraju zespół Beasto Blanco. Dla "niewtajemniczonych", to autorski projekt CHUCKA GARRICA -  basisty ALICE COOPER band oraz Eric Singer Project. Grupa była główną gwiazdą ubiegłorocznego THANKS JIMI FESTIVAL. Wtedy jako goście kapeli wystąpli Bruce Kulick i John Corabi. Tym razem na scenie wraz z Beasto Blanco pojawi się Calico Cooper (córka Alice Coopera  od wielu lat występująca wraz z tatusiem na jego koncertach) oraz Tiffany Lowe także związana z Alice Cooper Band. Zespół promuje swój debiutancki materiał "Live fast die loud".




















Po bilet kolekcjonerski zapraszamy na IVp. 
w D.H. Feniks we Wrocławiu stoisko ROCKY

piątek, 17 stycznia 2014

IVAR i LECHU zapraszają! 17-go stycznia w pubie ROCKY zagra grupa Draw The Line

IVAR i LECHU zapraszają!
pub ROCKY na rogu ulic:
Gwiaździstej i Swobodnej
we Wrocławiu
17-01-14 piątek, godz. 21:00, 
wstęp wolny
DRAW THE LINE – hard rock



Nazywamy się Draw The Line. Gramy hard rocka w klimacie Guns n Roses, Led Zeppelin czy Pearl Jam, zarówno covery jak i swoje utwory. Powstaliśmy w lipcu 2013 we Wrocławiu. Mamy po 22 lata. Zagraliśmy dopiero kilka koncertów, ale zajęliśmy 2 miejsce na festiwalu Dobroblues oraz wyróżnienie dla najlepszego gitarzysty. Traktujemy naszą pasję jako najlepszą zabawę i cenimy sobie kontakt z publicznością. Nasza muzyka jest energiczna i pozytywna, chcemy żeby ludzie uśmiechali się słuchając jej.

18-go stycznia wielkie święto dla fanów reggae w londyńskim the Jamm: Gabinet Looster, Czapa, Space Cookies, Slapfish


IVAR i LECHU zapraszają! 18-go stycznia w pubie ROCKY wystąpi Piotr Bandi Pawelec

IVAR i LECHU zapraszają!
pub ROCKY na rogu ulic:
Gwiaździstej i Swobodnej
we Wrocławiu
18-01-14 sobota, godz. 21:00, 
wstęp wolny
PIOTR „BANDI” PAWELEC (feat. IVAR) 
- acoustic rock/blues



PIOTR „BANDI” PAWELEC – wokalista heavymetalowego zespołu Facing Hell oraz blues-rockowego trio Los Bandidos wystąpi z premierowymi utworami, które ukażą się na jego solowej płycie pt.: „Poezja gówniana”. Jest to muzyka okolic blues-rocka, delikatna, nastrojowa i w pełni akustyczna. Bandi zagra również zaaranżowane we własnym klimacie znane utwory rock’n’rollowe i bluesowe. Dodatkowo w niektórych utworach na elektrycznej gitarze kilka dźwięków doda IVAR.

czwartek, 16 stycznia 2014

Fryderyk Nguyen: Najlepsze zagraniczne albumy i piosenki 2013 roku

Fryderyk Nguyen to postać dobrze znana na wrocławskiej scenie rockowej. Fryderyk - pomimo młodego wieku -  ma już na swoim koncie pierwsze znaczące osiągnięcia. Kilka lat temu był współtwórcą nieistniejącego już zespołu The Riffers, a od ponad czterech lat z powodzeniem występuje w grupie Katedra, którą powołał do życia wraz z basistą Maćkiem Stępniem, klawiszowcem Michałem Zasłoną i perkusistą Pawłem Drygasem. Na przestrzeni ponad 4 lat istnienia, Katedra odniosła szereg sukcesów, które sprawiły, iż zespół jest dzis powszechnie rozpoznawalny i potrafi zgromadzić na swoich koncertach od kilkudziesięciu do kilkuset widzów. W roku 2011 muzycy znaleźli się na kompilacji firmowanej przez legendarnego dziennikarza Trojki Piotra Kaczkowskiego. Jego "Minimax pl 6" zawiera jeden z największych przebojow Katedry - "Kim jesteś?", który był pierwszym oficjalnym numerem 1 listy przebojów Polisz Czart we wrześniu 2012. Rok ubiegly byl dla Katedry rokiem przełomowym. Wiosną wrocławscy muzycy dotarli do finałowej dziesiątki programu Must Be The Music, a jesienią znaleźli się wśród najlepszych wykonawców prestiżowego Grechuta Festival. Wcześniej Katedra została doceniona przez wrocławskie Radio Luz, w siedzibie którego zarejestrowany został unikalny koncert tej grupy, do obejrzenia którego zapraszam tutaj. Wywiad z Katedrą można przeczytać tutaj, a z samym autorem poniższego zestawienia tutaj.




Już od jakiegoś czasu, zachęcany przez mojego Przyjaciela Sławka, przymierzałem się do napisania czegoś dla „Muzycznej Podróży”. Jako że Redaktor Naczelny tego nietypowego bloga, mieszkając za granicą, często pisze o polskiej muzyce, pozwoliłem sobie na mały rewanż, pisząc o muzyce zagranicznej 2013 roku z perspektywy polskiej. Zapraszam do przyjrzenia się albumom i piosenkom, które zwróciły moją uwagę w ostatnich dwunastu miesiącach.

ALBUMY


5. Daft Punk – Random Access Memories
Pamiętam, jak jadąc pod Zamość do Starej Huty, gdzie mieliśmy z Katedrą zagrać koncert w hipisowskim klubie „Szkoła 69”, Paweł razem z Michałem i Tomkiem (naszym przyjacielem-kierowcą) katowali nas tym albumem. Wydał mi się wtedy chłodny, a przetworzone komputerowo wokale, mimo ciekawych aranżacji, skutecznie mnie od niego odstraszały. Nazwa Daft Punk obiła mi się wcześniej o uszy, jednak wiedziałem o nich ledwie tyle, że tworzą muzykę elektroniczną, a na początku nowego tysiąclecia wydali podobno dobry album „Discovery”. Dziś wiem niewiele więcej, ale na pewno zmieniło się moje podejście do ich najnowszego dzieła.

Do „Random Access Memories” nie przekonałem się za sprawą granego wszędzie Get Lucky, które ma na płycie znacznie poważniejszych konkurentów. Pojawienie się jednak tej piosenki w tak szerokim obiegu każe z optymizmem patrzeć na rozwój tendencji we współczesnym popie. Okazuje się, że zapewnić sukces mogą dzisiaj nie tylko komputerowy beat i teledysk porno, lecz także dobra melodia i aranż. Takich dobrych melodii i aranżacji w stylu disco i popu z przełomu lat 70. i 80. jest tutaj sporo. Give Life Back to Music, The Game of Love, Lose Yourself to Dance mogłyby spokojnie królować na parkietach trzydzieści lat temu – tym dziwniejsze, że robią to dzisiaj. Lecz nie tylko piosenkami ten album stoi. „Random Access Memories” to płyta zaskakująco spójna, jeśli weźmie się pod uwagę różnorodność zastosowanych na niej środków wyrazu. Najlepiej obrazuje to Giorgio by Moroder, w którym ten sam motyw przetwarzany jest we wszystkich możliwych stylach muzycznych. Do orkiestry dołącza rockowa sekcja rytmiczna, jakby jej nieodłączny składnik, taneczne disco płynnie przechodzi w jazz, a wszystko poprzedza bardzo klimatyczny monolog Giorgia Morodera, przywodzący na myśl konceptualne zapędy Floydów. Na albumie roi się od niespodziewanych gości (osobiście cieszy mnie obecność Pandy Beara z Animal Collective). Najciekawsza jest chyba kooperacja z Paulem Williamsem w utworze Touch, gdzie po mrocznym wstępie pojawia się musicalowy rozmach, a następnie katartyczna, beatlesowska pointa: „Hold on if love is the answer you're home”.

Daft Punk zaskoczyli na „Random Access Memories” powrotem do korzeni muzyki tanecznej, ale także tym, że ten powrót okazał się wyjątkowo świeży. Mimo swej długości potrafi przykuć uwagę, nawet jeśli z początku wydał się „chłodny”.

4. Julianna Barwick – Nepenthe
Można powiedzieć, że twórczość Julianny Barwick śledzę od początku. Nie chodzi tu o idealny początek wszechrzeczy, jak ktoś mógłby pomyśleć, i byłoby to poniekąd uzasadnione w przypadku tej niezwykłej muzyki. Nie chodzi też o początek jej twórczości, ponieważ w przepastnych podziemiach Internetu nigdy nie dogrzebałbym się do pierwszej EP-ki z 2006 roku w momencie wydania. Śledzę zaś twórczość Julianny Barwick od momentu, kiedy stała się znana szumnie nazwanemu „Sieciowemu Audytorium Muzyki Alternatywnej”*, czyli od debiutanckiego albumu „The Magic Place”. „Nepenthe” jest zaledwie drugim długograjem artystki, więc czas mojego śledzenia nie wyda się Czytelnikom zbyt długi. Jednak biorąc pod uwagę coraz większe przyspieszenie życia wirtualnej rzeczywistości (i nie myślę tu o szybkości łącza), to, że nie zapomniałem o Juliannie Barwick przez dwa lata od wydania jej pierwszej płyty, każe zwrócić na nią szczególną uwagę. Zwłaszcza że muzyka, którą niosą ze sobą dwa dzieła artystki, budzi skojarzenia raczej z porządkiem idealnym, a co za tym idzie - wiecznym, niż z porządkiem rzeczy.

Właściwie trudno powiedzieć, czy Juliannie Barwick bliżej do mistycyzmu średniowiecznych kantyczek Hildegardy z Bingen, czy do mistrzów ambientu w rodzaju Williama Basińskiego. Podniosły nastrój, wielość głosów oraz mojego kochanego pogłosu każe rozpatrywać jej „pieśni” w odniesieniu do muzyki chóralnej, nie monofonicznej jednak, a polifonicznej. Lecz sytuacja, gdy takich „pieśni” nie wykonuje chór, a jedna osoba, korzystająca z efektu chyba najbardziej współczesnego, bo loopera, zwraca nas ku dzisiejszym osiągnięciom elektroniki, a idąc dalej tym tropem i biorąc poprawkę na łagodny i powtarzalny charakter fraz melodycznych, wchodzimy do królestwa ambientu. Właśnie to lubię w Juliannie Barwick – idealne (w obu znaczeniach) połączenie nowoczesnych osiągnięć techniki z klimatem utworów najstarszej znanej kompozytorki o udokumentowanej biografii.

Trudno tu pisać o poszczególnych fragmentach, bo cała płyta „Nepenthe”, zresztą podobnie jak debiut, mówi jednym głosem, mimo że na fakturę jej „pieśni” składa się ich bardzo wiele. A słowo „pieśni” daję w cudzysłów, ponieważ większość z nich nie zawiera słów znanych w ludzkich językach. Wszystkie są właściwie jednym Słowem.

* ułożył się tu ciekawy skrót „SAMA”.

3. Julia Holter – Loud City Song
Muzyka Julii Holter nieodparcie kojarzy się z muzyką Julianny Barwick; z jednej strony na zasadzie podobieństwa, z drugiej – przeciwieństwa. Na pierwszy rzut oka podobne są oczywiście imiona: Julia i Julianna. Obie są artystkami, które stały się znane w kręgach „Sieciowego Audytorium Muzyki Alternatywnej” w podobnym czasie i wydały swoje debiutanckie albumy w 2011 roku. Do tego zawsze znajdują się wśród „podobnych wykonawców” na last.fm, a we współczesnych internetowych kryteriach to nie byle jaki argument. Różnica jest natomiast jedna: Julianna z użyciem minimalistycznych środków (wokal, pianino, czasem instrumenty strunowe) osiąga nastrój wręcz „kosmiczny”, Julia natomiast, posługując się znacznie bardziej poszerzonym instrumentarium, jest raczej kameralna.

Oczywiście nie zawsze. Drugi na płycie Maxim's I ma charakter wyraźnie podniosły. Mimo to można go potraktować jako wizytówkę całego albumu, bo jest w nim wszystko, co świadczy o stylu, jaki teraz prezentuje Julia: przestrzeń wypełniona przez elektronikę, tu i ówdzie pianino, smyczki, jazzująca perkusja traktowana miotełkami, a przede wszystkim głos – niby łagodny, ale zdecydowany, momentami aktorski, czasem szepczący, melorecytujący, zbliżający się momentami do rapu... Z pewnością znalazłoby się tysiące wokalistek o lepszej emisji, dysponujących większą liczbą oktaw, ale drugiego takiego głosu znaleźć nie sposób. Zresztą nie ma takiej potrzeby – po co taki głos, które nie śpiewałby takich piosenek. Cichutki i przejmująco smutny otwieracz World, albo wprowadzający w klaustrofobiczny nastrój Horns Surrounding Me, albo jazzowo-popowo-hip-hopowy z wpływami Kate Bush In the Green Wild, albo kołyszący do snu, a przy tym pełen ekspresji He's Running Through My Eyes, czy wreszcie zwiewne i trochę retro This Is a True Heart. No i jeszcze jeden utwór, ale o nim później. Piosenki ubogacają czasem ładnie wkomponowane partie dęciaków – raz łagodne, raz groźne niby trąby jerychońskie. 

Z tego opisu ktoś mógłby wnioskować, że album jest niespójny. W żadnym wypadku. Wszystko spaja głos głównej bohaterki zapraszający nas na kolejne etapy podróży po tytułowym mieście, którego cisza jest tylko pozorna...

2. Pond – Hobo Rocket
Tytuł nowej płyty australijskiego bandu, którego połowa członków to muzycy ulubionego zespołu Katedry (oczywiście Tame Impala), nawiązuje do katastrofy promu Challenger z 1986, a przynajmniej tak chce teledysk do wieńczącego płytę kawałka Midnight Mass (At the Market Street Payphone). Trudno tu jednak szukać jakiegoś głębszego, tekstowego przesłania. Nie jestem pewien, ale na przykład Xanman z powtarzanym w nieskończoność wersem "Xanman, won't you understand you're not crying for your Xanman?" jest sensu raczej pozbawiony. Nawiązanie do promu nie ma więc chyba na tym albumie żadnego ukrytego znaczenia. Że niby tak samo jak jego lot jest krótki?

Powyższe zastrzeżenie nie zmienia natomiast tego, że jest to najlepszy gitarowo album minionego roku. Nie chodzi mi o ukochane przez masy "solówki", ale o osiągnięte tu niesamowite brzmienie, które tylko pozornie przypomina płyty z przełomu lat 60. i 70. Mieszanie różnych zwariowanych efektów grozi często chaotycznym - notabene - "efektem" końcowym. Tutaj to nie nastąpiło, a wszystkie modulatory dźwiękowe tworzą arcyciekawą i klarowną fakturę. Bardzo ciężkie i brudne sfuzzowane gitary, mimo że zazwyczaj kojarzą się z różnymi odmianami stonera, na nowej płycie Pond brzmią jak najbardziej oryginalnie. Prawdopodobnie dopalono je jeszcze jakimś generatorem dolnej oktawy (całkiem możliwe, że również bas), dlatego odnosimy wrażenie ich "grubości". Do tego charakterystyczny dla współczesnej australijskiej psychodeli phaser, prócz niego flanger, a w otwierającym płytę Whatever Happened to the Milion Head Collide? także tzw. Rainbow Machine - efekt spopularyzowany przez Omara Rodrigueza-Lopeza z The Mars Volta.

Rzecz jasna, nie na samej gitarze opiera się album - we wspomnianym Whatever Happened... pojawiają się na przykład crimsonowskie, mroczne dęciaki. Z kolei bezsensowny refren Xanmana jest mimo wszystko bardzo chwytliwy - i aż dziwne, że to nie on promował płytę. Pierwszym singlem (lub czymś w tym rodzaju) był Giant Tortoise z naprawdę świetnym riffem i łagodnymi, przestrzenno-kosmicznymi zwrotkami. Duże wrażenie robi pięknie zaaranżowany, trochę w stylu kawałków Harrisona z czasów Beatlesów, utwór O Dharma. Po nim nieoczekiwanie wchodzimy w klimaty bardziej brudne, sabbathowe (Aloneflameflower). Komiczny kawałek tytułowy z monologiem i podkładem z wpływami muzyki hinduskiej jest zaś wstępem do wieńczącego album Midnight Mass przypominającym w dużej mierze Floydów z okresu Pompei. Jak widzimy, nawiązań jest tutaj niemało, ale świeże brzmienie wyklarowane przez Australijczyków spaja je w spójną całość, której słucha się z przyjemnością wiele razy.

1. MGMT - MGMT
Być może trochę dziwi wymienienie tego albumu tego zespołu jako najlepszego w minionym roku. MGMT byli na topie dobre pięć lat temu dzięki hitom pochodzącym z tak bardzo różnej od tej płyty - "Oracular Spectacular", ale ich ostatnie dzieło przeszło w zasadzie bez echa. I chyba to jest właśnie powód, dla którego warto o nim wspomnieć, bo zostało przemilczane w środowiskach audiofilskich zupełnie niesłusznie.

Powodów może być kilka. Jednym z nich jest pewnie odmienny styl niż ten zazwyczaj kojarzony z Amerykanami. Zamiast chwytliwych hooków, syntezatorowych melodyjek z reklam, nowa płyta MGMT przyniosła muzykę bardziej awangardową, skomplikowaną, jednym słowem - trudniejszą. Drugi powód tkwi w tym, że do tego albumu trzeba się przekonać. Muzyczne wdzięki kryją się często pod grubą warstwą szumów i zwariowanych odgłosów. Cała przyjemność polega na odkrywaniu smaczków, na dochodzeniu "o co tak właściwie chodzi" i "co autorzy mieli na myśli". Tak samo bywa przecież z płytami Radiohead, których jednak nikt przez to nie pomija. Do twórczości tychże mamy tu zresztą nawiązanie, szczególnie wyraźne w utworze Astro-Mancy z chłodną i udziwnioną partią perkusji elektronicznej (albo automatu), elektronicznym tłem i melancholijnymi, choć lekko "znudzonymi" wokalami, co razem tworzy wrażenie ukrytej między wierszami grozy. Podobny nastrój panuje w A Good Sadness. Komputerowe dźwięki ulegają w nim postępującym przeobrażeniom, które powoli wynaturzając wokal prowadzą do jego zaniku i w końcowych taktach pozostają tylko one same - jak w świecie zdominowanym przez maszynę. Taki zdehumanizowany charakter ma także Cool Song No.2, ale tam pojawiają się stanowiące element "uczłowieczający" dźwięki pianina. Utwór ten ma też całkiem przyjazną uchu melodię z zaśpiewami w stylu lat 60. - nie jest to jednak bezwzględny hit. Jeśli gdzieś szukać dawnego MGMT, to tylko w singlowym Your Life Is a Lie, ale i tak będzie to zaledwie powrót do psychodelicznego "Congratulations", a nie do przebojowego "Oracular...".

Płyta dzieli się z grubsza na dwie części, obie po pięć utworów. Pierwsza jest bardziej piosenkowa, choć różnorodne aranżacyjne zabiegi skutecznie wykluczyły jej nośność. MGMT zrekompensowali to artystycznie. Czy weźmiemy na pół nowoczesny, a na pół retro cover Introspection, otwierający album Alien Days, czy przejmujący Mystery Disease, wszędzie znajdziemy antyprzebojowe dodatki. A to śpiew dziecka i rozstrojony syntezator, a to zmodulowane wokale, organy, czy wreszcie sample, m.in. z piosenki Weekend Lover Odyssey. Druga część płyty jest już pójściem na całość i wymaga od słuchacza jeszcze więcej uwagi. Cierpliwość zostaje jednak wynagrodzona. Bardzo zaimponowała mi kompozycja utworu I Love You Too, Death, gdzie powtarzany właściwie ten sam motyw melodyczny wyłania się z chaosu przez cały czas trwania piosenki w bardzo powolnym tempie. Po nim mamy surf rockowy Plenty of Girls in the Sea, obowiązkowo udziwniony, a na koniec dostojny An Orphan of Fortune - doskonałe zwieńczenie albumu, którego rolę można porównać do Eclipse z "Dark Side of the Moon". Podobnie zresztą całą płytę. "MGMT" oczywiście nie jest nawet w połowie tak epokowym dziełem jak wspomniane, ale to właśnie jeden z albumów w tym stylu - rozwijających się, opowiadających jakąś historię, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, którą nie sposób pomylić z inną.

PIOSENKI

5. Foxygen - San Francisco 


Nie jestem wielkim entuzjastą chwalonego wszędzie, trzeciego albumu Kalifornijczyków, noszącego tytuł jednoznacznie kojarzącym się z pewnym okresem w muzyce rozrywkowej: "We Are the 21st Century Ambassadors of Peace & Magic". Za bardzo to dla mnie pastiszowe, przesadzone. Muszę jednak przyznać, że ta piosenka im wyszła. Melodia jest nie tylko stylowa, ale i chwytliwa. A już urocze rymy w refrenie tylko zwiększają rogala na twarzy ("That's okay, I was born in L.A.").

4. Arcade Fire - Reflektor


Do tego dwupłytowego współczesnego "arcydzieła" przekonam się pewnie po czasie albo i się nie przekonam, lecz jego utwór tytułowy, po początkowej konsternacji, muszę jednak zaliczyć do najświetniejszych kompozycji minionego roku. Złożona struktura, mnóstwo niebanalnych melodii, charakterystyczny teledysk, a przede wszystkim bogactwo tzw. smaczków wpisują go już dzisiaj do klasyki. Zwracam Waszą uwagę szczególnie na conga przypominające dźwięki powiadomień z Windowsa 7 i francuskojęzyczne partie wokalne Régine Chassagne (miód dla uszu!). 

3. Julianna Barwick - Forever


O Juliannie Barwick pisałem trochę już wcześniej, a to nagranie po prostu trzeba zobaczyć. W czasie nagrywania zeszłorocznej płyty artystka przeżyła śmierć swojej babci - nic dziwnego, że jeden z jej utworów nosi tytuł Forever.

2. Edward Sharpe & Magnetic Zeros - Better Days


Bardzo liczny kolektyw pod wodzą enigmatycznego Edwarda Sharpa, który, podobnie jak Sgt. Pepper, wcale nie istnieje. Przypadek ten różni się jednak tym, że Edward Sharpe ma swoją własną historię, wymyśloną przez lidera grupy - Alexa Eberta, dysponującego bardzo ciekawą barwą głosu. Sama piosenka, otwierająca trzeci już album grupy, to jedna z najradośniejszych kompozycji minionego roku, a przy okazji współczesny hymn slumsów (choć w teledysku wykorzystane są fragmenty z filmu "Breakin' 2: Electric Boogaloo z 1984 roku). 

1. Julia Holter - Hello Stranger


Zbliżyliśmy się do końca, ale po takiej piosence wstyd będzie słuchać czegokolwiek prócz dojmującej ciszy. Rok 2013 dobiegł końca, a ten cover (bo jest to cover - i to właśnie jeden z tych niewielu, które przebijają oryginał) wydaje się już wystarczającym powodem, by uznać go za muzycznie wartościowy. Dziękuję z tego miejsca wszystkim muzycznym Przyjaciołom za nowe odkrycia, a w tym przypadku Michałowi z Katedry, który pewnego razu, podczas podróży z Podlasia w stronę Świnoujścia i FAMY, wpadł na pomysł zapoznać mnie z tym utworem..

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Artyści Polisz Czarta i Muzycznej Podróży podarują swój talent Dzieciakom i zagrają podczas WOŚP 2014

Oto Wykonawcy związani z audycją Polisz Czart i blogiem Muzyczna Podróż, którzy w roku 2014 zagrają dla Dzieciaków podczas WOŚP:

Aleks Gala - Hull (UK)
Czapa - Hull (UK)
El Grey - Dublin
Fairy Tale Show - Crewe (UK)
GoodWay - Lisewo
Half Light - Ciechocinek
Human Control - Hull (UK)
Instytut - Wrocław, Strzelin, Bardo
Katedra - Wrocław, Milicz
Luiza Staniec - Londyn
Lynchpyn - Hull (UK)
Megatona - Hull (UK)
New Way - Lipno
oFF kultura - Opole
Ola Lepa - Łódź
Poparzeni Kawą Trzy - Londyn
PowerHorse - Łowicz
Radioaktywny Świat - Tłuszcz
Reszta Pokolenia - Płock
Stara Szkoła - Barcin
Statyści - Łódź
Syndrom Kreta - Hajnówka
The Hussars - Leeds
Tom Ussher - Hull (UK) 
Vis Maior - Hrubieszów
Zgiełk - Miastko 
Ziemia Zakazana - Hull (UK)
Zdrowa Woda - Wałcz





W roku ubiegłym lista wykonawców, 
którzy zagrali podczas WOŚP 2013 
wyglądała następująco:



Adam Bałdych - Gorzów Wielkopolski
Dell Arte - Żychlin
Division by Zero - Bytom
Free Men - Miastko
GoodWay - Lisewo (12.01)
           oraz Łysomice i Drzonówko (13.01)
Half Light - Toruń
Highlanders - Rabka-Zdrój
Katedra - Miastko
Konrad Marecki Band - Prusice
   (Konrad jest połową duetu Kontownia)
Stara Szkoła - Inowrocław
VernisagE - Sieradz
ViNATi Marius Zolkievka  - Warszawa
Zdrowa Woda - Aleksandrów Kuj. i Lipno
ZGON - Rogo

WOŚP w Hull pod patronatem Polisz Czart i Radia Alter Ego. Wizytówki wykonawców - Robert "Furi" Furman


Wszystko zaczęło się 5-go listopada. Wystosowałem wówczas następujące zapytanie do kilkunastu wykonawców związanych z audycją Polisz Czart następującej treści:

Hej,
Otrzymaliśmy prośbę ze strony organizatora WOŚP w angielskim Hull. Jest możliwość uczestnictwa w ich WOŚP i jeśli jesteście tym zainteresowani, piszcie proszę do Magdaleny Litwin i już bezpośrednio z Magdą ustalcie wszelkie warunki ewentualnego Waszego występu. Jeśli wszystko dopniecie na ostatni guzik i Wasz występ będzie pewny, od siebie poproszę tylko o informację o tym, abym mógł zrobić promocję tego wydarzenia.
Sławek

Największym entuzjazmem z wszystkich Adresatów mojego maila okazał się być nasz nieodżałowany Robert Furman, którego zaangażowanie i ogrom pomysłów związanych z tym przedsięwzięciem z mojego nieśmiałego zapytania przekształcił WOŚP w Hull w prawdziwie rockandrollową inwazję na to Miasto. Niech o zaraźliwym optymizmie Furiego świadczy ten oto mail, jaki otrzymaliśmy wówczas od szefowej sztabu z Hull - Magdy Litwin

Moi Kochani,
Ślicznie chciałam Wam podziękować za tak szybką i pozytywną reakcję. Cieszę się że chcecie pomóc i zagrać u nas w finale. (...) Powiem szczerze, koncepcja zmieniła się po rozmowie ze Sławkiem i Robertem. Jestem bardzo szczęśliwa, że mamy tylu wspaniałych muzyków, że możemy zorganizować prawdziwy rockandrollowy koncert w Hull. Patronem jest Radio Alter Ego i program Polisz Czart. Koordynatorem ze strony wykonawców jest Robert Furman z zespołu Lynchpyn i do niego proszę się zgłaszać, jeśli chcecie przyłączyć się do grania w Hull. (...) Koncert odbędzie się 12 stycznia okolo godz 18. (...)
Pozdrawiam
Sie ma
Magda
Teraz nastąpi trzymana przeze mnie w tajemnicy niespodzianka, która - jak sądzę - dla wielu z Was - podobnie jak i dla mnie - będzie szczególnym przeżyciem. 14-go listopada ubiegłego roku otrzymałem następującej treści maila od... Roberta Furmana:

Witam Sławku
Dołączam moje wypociny - folder

Dziś specjalnie dla Was po raz pierwszy publikuję sylwetki wykonawców wykonane własnoręcznie przez Roberta. Zamieszczam je (za wyjątkiem prezentacji Toma Usshera, którą przygotowałem dla Was osobiście) w formie oryginalnej i w najmniejszym stopniu niezmienionej - tekst i zdjęcie oraz projekt wizytówki każdego z wykonawców wykonał osobiście Furi.

18:00 - 18:30
18:40 - 19:10




Tom Ussher - brytyjski wokalista i gitarzysta heavy-metalowego zespołu Tyrian oraz perkusista hard core punkowego bandu The Cockrockets. Niedawno wydał swoją pierwszą solową płytę. Mieszka w Londynie. Ostatnie dziesięć lat spędził na tworzeniu i wykonywaniu muzyki. Około rok temu odkrył w sobie potrzebę pokazania się jako solista, gdzie mógłby w szczery sposób wyrazić swoje artystyczne ego. Pewnego dnia zabrał więc do studia swoją ulubioną gitarę, bass, perkusję, pianino oraz... swój niezwykle charyzmatyczny wokal i nagrał bardzo osobisty album, jaki od dawna drzemał w jego muzycznej wyobraźni. Podobnie jak wielu miej lub bardziej znanych osobowości rocka, także i Toma do tworzenia muzyki popchnęła złość i stan przygnębienia oraz podobnie jak dla wielu z nich, także i dla niego muzyka stała się remedium na różnorakie dolegliwości wrażliwej duszy. Tom metaforycznie nazywa moment swoich muzycznych narodzin wypuszczeniem „potwora” z klatki po to, by opowiedzieć o sprawach, których nie można wyrazić w inny sposób „Latami za agresywną muzyką skrywałem swoje emocje. Nigdy więcej chowania się. To co czuję i wszystko co jest we mnie już zawsze pragnę wyrażać poprzez rock, metal, gitarę akustyczną i fortepian, a także poprzez słowo mówione...


19:20 - 19:50



20:00 - 20:30



20:40 - 21:10


21:25 - 21:55


22:10 - 22:55


niedziela, 12 stycznia 2014

W Płocku w ramach WOŚP wystąpi bliska nam kapela Reszta Pokolenia oraz Lipali


W ramach WOŚP w Lisewie zagra zwycięzca ostatniego ubiegłorocznego notowania Listy Przebojów Polisz Czart - zespół GoodWay


Half Light zagra dla Dzieciaków w Ciechocinku


Magda Litwin - szefowa Sztabu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Hull

Nazywam się Magda Litwin i od 4 lat jestem szefem sztabu WOŚP w Hull. Prywatnie jestem szczęśliwą mamą 4-letniego Teosia. Zawodowo – nauczycielką, egzaminatorem i okazyjnie wykładowcą, choć wiem, że nie brzmi to ani zachęcająco, ani rock’n’rollowo. Jestem maniaczką Gombrowicza. Z Wielką Orkiestrą to było bardzo spontanicznie. Pewnej listopadowej nocy 2010 roku obudziłam się o godzinie 2 i postanowiłam założyć sztab. I tak już się to potoczyło... Każdego roku robimy coś nowego, coraz więcej życzliwych i pełnych energii ludzi się do nas przyłącza. Co roku od października do stycznia biegam, nie śpię i załatwiam, a moja cierpliwa rodzinka częściej widzi mnie na zdjęciach i filmach promujących WOŚP, niż w rzeczywistości.  Jaka jestem? Hmm... to chyba najtrudniejsze pisać o sobie. Zapytałam Dale’a, mojego partnera, powiedział: bossy, joyful, optimistic and full of energy (władcza, radosna, optymistyczna i pełna energii). Wydaje mi się, że jego słowa chyba najlepiej opisują moją osobę. 

Lubię postawić na swoim, wiem czego chcę i do tego dążę. Jednak zawsze myślę o potrzebach innych i nigdy nie odmawiam pomocy. A jako nauczycielka? Oh, strach się bać... Jestem sarkastyczna i nie cierpię hałasu. Od najmłodszych lat wychowana byłam na rocku, bluesie i jazzie. Pochodzę z Tychów, a jak wiadomo tam rządzi Dżem. Przeszłam przez fazę punka (włącznie z irokezem na głowie), kiedy to namiętnie słuchałam Dezertera, Włochatego, Zielonych Żabek, TSA, Pidżamy Porno. Uwielbiam Kult i Kazika Staszewskiego, którego utwory często pojawiają się na moich lekcjach.




Niełatwo wybrać utwory na listę polskich piosenek wszech czasów. Łatwiej byłoby wybrać zespoły, ale oto moja lista:

Dżem - Wehikuł czasu, 
Dżem - List do M.
Raz, Dwa, Trzy - Trudno Nie Wierzyć W Nic
Kult - Baranek
Kult - Do Ani
Kazik Staszewski - Burbon Mnie Wypełnia, DD, Konsument,
T. Love – King, Na samym dnie
HEY- Moja i Twoja Nadzieja, Sic!, Chyba
Perfect - Kołysanka Dla Nieznajomej
Czesław Niemen – Dziwny jest ten świat