czwartek, 31 sierpnia 2017

Na swój występ podczas Festiwalu Nowe Szaty Książki 2 i 3 września w sobotę w godz.13.40-14.00 i 16.20-16.45 i w niedzielę w godz. 14.50-15.10 i 17.20-17.40 w Łodzi zaprasza jedyna podwójna zwyciężczyni Polisz Czart - Julia Nykiś. Obiekt Startu Łódź ul. Św. Teresy 56/58


Wywiad z Julką do znajduje się tutaj

W dniach 31 sierpnia - 2 września w Odnozynie koło Starego Sącza odbędzie się 5.Pannonica Folk Festival!













MaxFloLab: nowy klip i pre-order płyty Drozdy

Singiel Nie zatrzymam zmian zwiastuje nowe wydawnictwo Drozdy Fot. Anna Dudar








29 sierpnia do sieci trafił nowy klip tzw. rekruta hip-hopu, Drozdy. Obraz towarzyszy utworowi pt. „Nie zatrzymam zmian”. Zwiastuje on „Bloga” – pierwszą długogrającą płytę rapera spod szyldu MaxFloLab. Pakiet wlep, niższa cena czy wysyłka na 2 dni przed premierą – to tylko niektóre z bonusów w pre-orderze na www.MaxFloSklep.pl „Blog” będzie pierwszym długogrającym albumem Drozdy wydanym w ramach inicjatywy MaxFloLab.

Na MaxFloSklep.pl ruszył już pre-order albumu BLOG rekruta
hip-hopu inicjatywy MaxFloLab, Drozdy. Autor okładki - Leny
Nie będzie to oczywiście pierwsza płyta artysty w ogóle. Pod tym samym szyldem w sierpniu ub.r. wydał on np. mixtape „Wylot z gniazda”. Najnowszy krążek „rekruta hip-hopu” zawierać ma 13 premierowych utworów. Jak mówi sam artysta, utwory utrzymane będą w dość mrocznym, a zarazem refleksyjnym klimacie. W pewnym sensie odegra on w nich rolę rapera-blogera. – Widząc, jak moja dziewczyna opisuje na blogu różne przeżycia i wydarzenia, stwierdziłem, że w zasadzie robię dokładnie to samo, tyle że w numerach. Stąd nazwa „Blog” – komentuje artysta. – W trakcie tworzenia sporo podróżowałem, m.in. do Włoch, co będzie można odczuć na albumie – dodaje. Stylistycznie płyta wpisywać ma się w nowoczesny nurt na polskiej scenie hip-hopowej. Na MaxFloRecTV pojawiła się już pierwsza wideoodsłona albumu. Teledysk towarzyszy singlowi pt. „Nie zatrzymam zmian”. Autorem zdjęć do klipu jest Enjoyment Studio. Za montaż odpowiada ENC Frame. Producentem bitu jest Bolt, odpowiedzialny zresztą za wszystkie podkłady na nowej płycie Drozdy.


Płytę „Blog”, z której pochodzi powyższy singiel, zamawiać można już w pre-orderze pod adresem www.MaxFloSklep.pl (w tym miejscu dokładny link). Premiera albumu przewidziana jest na 25.10. Wcześniejszy zakup to gwarancja niższej ceny i wysyłki płyty na 2 dni przed tą datą. Zamawiając „Blog” w przedsprzedaży, otrzymamy również autograf artysty i pakiet naklejek. Wydawcą krążka w formie fizycznej będzie sam Drozda. W wersji cyfrowej płyta ukaże się pod szyldem MaxFloLab. Wydawnictwo w całości dostępne będzie na kanale MaxFloRecTV w serwisie YouTube.

Tekst: Kajetan Balcer (MaxFloRec)

Antoni Malewski: Tomaszów Mazowiecki - Moje miasto w Rock’n’Rollowym widzie - CZĘŚĆ 5

14. Klub ZMS – Barlickiego 9

Ruiny Klubu ZMS przy ul. Barlickiego 9
Pan Marian Kotalski (dzisiejszy radny miasta) szybko awansował z dzielnicowej świetlicy w Starzycach na stanowisko I Sekretarza Związku Młodzieży Socjalistycznej, „zabierając” ze sobą na swego zastępcę mojego starszego kolegę ze świetlicy starzyckiej, Heńka Urbańskiego. Siedziba związku mieściła się przy ulicy Barlickiego 9. Doświadczeni wydarzeniami z wakacyjnego sierpnia, wielu z nas przeniosło się na ulicę Barlickiego 9 z myślą, że w lokalu ZMS nadal będzie można kontynuować „fajfy”, na wzór z kawiarni ”Literackiej”. Tak się też stało. Pan Kotalski zaczął od mocnego uderzenia, wprost i w przenośni, stworzył warunki, by w lokalu ZMS powstał rockandrollowy zespół muzyczny reprezentujący związek i „zabezpieczający” muzyczną stronę na młodzieżowe potańcówki.


To mu się udało, trafił na wspaniałych, zdolnych instrumentalistów: gitara prowadząca - Mietek „Hampus Starszy” Dąbrowski, gitara rytmiczna – Michał Holc, gitara basowa – Andrzej „Hampus Młodszy” Dąbrowski, perkusja i śpiew – Andrzej „Flegma” Kuźmierczyk oraz śpiew Romek „Zwierzu” Jędrychowski. Talent muzyczny gitarzysty Mietka „Hampusa” sprawił, że posiadaliśmy w mieście bardzo dobrą kapelę, grającą na czasie najlepsze utwory świata, na wysokim, muzycznym poziomie, z repertuaru takich asów muzycznych, jak The Shadows jak „Dance On”, „Midnight”, „Cosy”, Johnny&The Hurricanes, The Tornados, The Ventuares, Duane Eddy nieśmiertelne utwory, grane przez ówczesnych muzyków Shadoogie”, „Apache”, „Red River Rock”, „Geromino”, „Rebel Rouser”, „Peter Gunn Theme”, „Tequila” „Kon-Tiki”, ”Atlantis”, czy „Cannonball”.

od lewej; Romek Jędrychowski, Grzesiu Gajak, Andrzej Kłosiński, Kaziu Ceran, Marcin Wilczak, Andrzej Kuźmierczyk (tyłem), i ja Antoni z archiwum Czarka Francke. Zdjęcie II - od lewej; Janusz Godlewski, Marek Tarnowski, Michaj Burano z archiwum pana Janusza Koszycarza (artysta fotografik)
A nasi piosenkarze Romek „Zwierzu” czy Andrzej „Flegma”, również wykonywali światowe, wokalne aktualności; Romek - „Poetry In Motion” Johnny Tillitsona, „Young Ones” Cliffa Richarda, „Don’t Be Cruel” Elvisa Presleya a Andrzej z repertuaru Fatsa Domino „It Keeps Raining”, „Jambalaya” oraz trzy utwory, które wykonał w eliminacjach konkursu młodych talentów w kinie „Włókniarz”, organizowanych przez Czerwono-Czarnych; to „Blueberry Hill” i z repertuaru Marii Koterbskiej „Lunaparki” i „Parasolki”. Jesienią i zimą tłumy młodzieży „waliły” do lokalu ZMS by w każdą sobotę i niedzielę, czasem w tygodniu, szaleć przy dźwiękach tomaszowskich gitar.


Przychodziła tu inna młodzież, nie ta z kawiarni „Literackiej” czy dancingowej „Jagódki”. W większości byli to uczniowie szkół średnich ale trzon stanowili „oldboye”, którzy „przetarli szlaki” letniej przygody z rockandrollem. Dziś patrząc z dystansu czasu, stwierdzam, że założenia statutowe i ideologiczne ZMS musiały się „rozmydlić”, nie grzeszyły skutecznością, by w pełni osiodłać młodzież w „pęta” socjalizmu. Nie można połączyć wody z ogniem tak jak nie można połączyć Rock’n’Rolla z totalitarnym socjalizmem, chyba, żeby ponownie przegrodzi świat nową „żelazną kurtyną” a to jest nie do wykonania. Rozpoczętych procesów nie da się powstrzymać - „Przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia” (Adam Asnyk).

Żeby być sobą, trzeba być kimś.
Stanisław Jerzy Lec

15. Rodzina – „Literacka 62”

Współtwórcy fajfów w kawiarni „Literacka”. Od lewej: redaktor Radia FAMA, Edward Wójciak,
Jurek Dereń, Wojtek Szymański, Mirek Orłowski i autor Antoni Malewski
Nie pamiętam czy w tamtym czasie używaliśmy terminu „Literacka 62”, jedno mogę powiedzieć, że wszyscy ci, którzy uczestniczyli w pierwszych, pionierskich spotkaniach na tańcach, na „fajfach” i ci którzy dołączali w następnych latach, czuliśmy się jak jedna wielka rodzina. Wszelkiego rodzaju antagonizmy, różnice zdań, które doprowadzały nas, młodych do gorących spięć, nie kończyły się rękoczynem, ubliżaniem sobie czy kłótnią, a wręcz przeciwnie. Kawiarnia, parkiet, tańce i rock & roll, miały taką moc, że rozładowywały napięcia i emocje. Inne istniejące w naszym mieście restauracje, kawiarnie jak – „Jagódka”, „Klubowa”, „Błękitna”, „Tomaszowianka”, „Mazowianka”, „Ewa” czy „Zacisze” – nie posiadały w swych murach, ścianach tyle ciepła, tyle magnesu co „Literacka”.

W Literackiej. Wojtek „Szymon” i Marek Karewicz na Spotkaniu po latach
Nie wiem czemu to przypisać ale w „Literackiej” wszyscy byliśmy szczególni, inni. Wystarczyło tylko raz przekroczyć próg kawiarni, być na tańcach, „fajfach”, by skutecznie połknąć haczyk i pozostać na zawsze wiernym miejscu i osobom uczestniczącym w życiu lokalu. Najludniejsze i najpiękniejsze były okresy ferii zimowych i wiosennych. Zjeżdżająca na święta do rodzinnych domów młodzież, ucząca się i studiująca poza granicami miasta, tłumnie przybywała do swej „świątyni”. Przynosiliśmy z sobą najnowsze zdobycze muzyczne, płyty, taśmy magnetofonowe, które odtwarzane na kawiarnianym sprzęcie, wprowadzały obecnych w taneczny amok. Czas ferii, to czas koleżeńskich spotkań, wspomnień, to festiwal rockandrollowej muzyki. Mam przekonanie i świadomość, że różne trendy, mody prezentowane przez nas w „Literackiej”, przenoszone były na zewnątrz kawiarni, na ulicę, do szkół, zakładów, do innych miast, w których przyszło nam się uczyć, studiować czy pracować.

budynek byłego ZDK "Włókniarz"
Minęło ponad 45 lat od tamtych wspaniałych czasów, zatarło się w pamięci na zawsze wiele wydarzeń, miejsc i postaci. Dziś gdy retrospektywnie wracam do wspomnień z przeszłości, pojawia się obraz mojej – „Literackiej”, jej zatłoczone, zadymione wnętrze, zagłuszane rockandrollem rozmowy, dyskusje, parkiet zawsze pełen szalejących par. Każdorazowe moje przejście ulicą Mościckiego obok ZDK „Włókniarz”, wywołuje nostalgię i wzruszenie. Zawsze gdy wchodzę na salę kinową, do czytelni, biblioteki czy znajduję się na poczekalni kina, pokonując „westernowe” bujane drzwi, to wzrok mój odruchowo, podświadomie ucieka w lewo, na ogromne „wrota” z napisem „Literacka”. Wiele osób z naszej „rodziny” już nie żyje, wielu rozproszonych jest po kraju, po świecie ale gdy po latach przyjadą w odwiedziny do swoich bliskich, do ukochanego miasta, gdy się spotkamy na kawie, piwie w Galerii ARKADY, pada pytanie; Antek co tam słychać w „Literackiej”, czy jeszcze istnieje ten lokal, czy nadal tkwisz w Rock’n’Rollu?

Takie podniosłe chwile przeżyłem osobiście podczas spotkania Edka Wolskiego z Nowej Zelandii, Wojtka Szymańskiego z Nowego Jorku, Andrzeja Tokarskiego z Chicago, Czarka Francke z Gdańska. Wzruszyło mnie powitanie Edka Wójciaka, który po 20 latach przyjechał z Kanady. Wspominaliśmy osoby, które odeszły na zawsze, reanimowaliśmy epokę lat 60-tych, rock & roll a wszystko sprowadzało się do jednego miejsca, od którego nie da się uciec, do naszej ukochanej świątyni, do kawiarni „Literacka”. Nie jestem w stanie powiedzieć ilu nas pozostało w tym mieście. Wiem tylko, że ci, których mam okazję spotykać na co dzień, rozmawiać z nimi, są mi bliscy. Życie przez wiele lat utwierdzało mnie w przekonaniu, że ponad wszelką wątpliwość przetrwała i istnieje wciąż Rodzina Literacka - 62. Chyba tak już pozostanie do końca moich dni.

Dyktuj niewyraźnie, aby zostawić sobie decyzję,
Kto zrobił błąd
                                      Wiesław Brudziński

16. Muzyczne wakacje w Sławie Śląskiej

Centrum miasta Sława Śląska
W latach 1963/64 w siedzibie ZMS przy ul. Barlickiego 9 działał zespół muzyczny grający całą jesień, zimę i wiosnę dwa, trzy razy w tygodniu na „fajfach”. Często wprowadzał do swego repertuaru nowe utwory podnosząc tym samym poziom. Mógł zagrać koncert pełnowymiarowy w czasie 90 – 110 min., nie powtarzając utworu. Żelazny skład zespołu stanowili; Mietek i Andrzej Dąbrowscy - gitara prowadząca i basowa, Michał Holc - gitara rytmiczna, Andrzej Kuźmierczyk - perkusja i śpiew, Romek Jędrychowski - śpiew. W tym składzie zespół przetrwał do czasu, dopóki chłopcy nie poszli na studia a stało się to w październiku 1964r. Mietek dostał się na Wydział Prawa we Wrocławiu a Michał Holc na Uniwersytet w Łodzi, Andrzej „Flegma” i Romek podjęli pracę, natomiast Andrzej Dąbrowski znalazł się w klasie maturalnej.


Główną bazą szkoleniowo – wypoczynkową dla aktywu i członków ZMS starego (przed gierkowskim podziałem Polski) województwa łódzkiego, był ośrodek wypoczynkowy nad jeziorem Sławskim w Sławie Śląskiej, w woj. zielonogórskim. Ośrodek mieścił się poza miastem w lasach iglastych, nad brzegiem jeziora, od strony centrum miasta. Był „rajem” na ziemi dla młodzieży naszego województwa. Na cyplu wchodzącym w głąb jeziora stał duży, długi pawilon, zewsząd oszklony, z widokiem na piękne jezioro Sławskie i okoliczne lasy. Mieściła się w nim kawiarnia „Szklanka” z dużym parkietem tanecznym i małym podwyższeniem dla zespołu muzycznego, obsługującego dancingi, „fajfy” i inne imprezy, które miały zabezpieczać zetemesowskiej młodzieży „szkolącej się” i wypoczywającej, czas wolny przeznaczony na rozrywkę. Ośrodek ten był mi znany, bo rok wcześniej spędziłem tu dwa tygodnie na obozie żeglarskim, również organizowanym przez wojewódzki ZMS.

Jezioro Sławskie turystyczna atrakcja Sławy Śląskiej
Przyszedł czas by zespół tomaszowskiego ZMS mógł się sprawdzić i ze swoim programem, stylem muzycznym, wyszedł na zewnątrz i pokazał „światu” swą wartość. Przewodniczący, pan Marian Kotalski „załatwił” w wojewódzkim związku, że tego lata moi przyjaciele z zespołu będą „obsługiwać” dwa turnusy obozowe w Sławie Śląskiej. Wspólnie z kolegami muzykami, myśleliśmy co zrobić, by w tym zespole znalazło się miejsce dla mnie? Ja nie byłem muzykiem, nie grałem na żadnym instrumencie a więzy naszej przyjaźni były wielkie. Wszyscy chcieliśmy jak najwięcej z sobą przebywać, byłem facetem dobrze osłuchanym w aktualnościach muzycznych i służyłem zespołowi jako zdrowy krytyk, obiektywnie oceniając grę i dobór utworów, repertuaru. Mietek i Andrzej „Flegma” wystąpili z petycją do pana Mariana, że niezbędnym jest by w zespole znalazło się miejsce dla elektryka, by elektryczne gitary naszych muzyków były w pełnej gotowości do gry, dlatego wskazana jest profesjonalna obsługa niedoskonałych wzmacniaczy i całego nagłośnienia.


Przedstawiono mnie w dobrym świetle jako fachowca od elektryki. Zarekomendowany zostałem panu przewodniczącemu ZMS. Nagłośnienie w tamtym okresie było „piętą Achillesową” wszystkich zespołów muzycznych w kraju, nawet tych profesjonalnych. Choć nie byłem elektrykiem i z prądem nie miałem nic do czynienia, pan Kotalski wyraził zgodę na mój udział w zespole. Na tydzień czasu pojechaliśmy na obóz do Wiśniowej Góry koło Łodzi, trwał tam turnus szkoleniowo wypoczynkowy, między innymi młodzieży ZMS z Tomaszowa. Był to dobry pomysł i okres na tak zwane „dotarcie się” zespołu. Zespół miał zagrać dwa koncerty i obsłużyć kilka potańcówek. Było to również wyzwanie dla sprawdzenia moich „kwalifikacji zawodowych”. Oczywiście całą obsługą podłączenia sprzętu, instrumentów do wzmacniaczy i nagłośnieniem sali, zajęli się dobrze orientujący w temacie, Mietek i Michał Holc. Tak było przed każdym rozpoczęciem gry. Finalnie miałem tylko wejść na scenę włączyć przycisk główny wzmacniacza. Ten codzienny proceder obrazował kwalifikacje moje i odpowiedzialność za pracę.

W sławskiej kawiarni „Szklanka” przez całe lato były fajfy przy gitarowych zespołach
Podczas pierwszego, inauguracyjnego koncertu wydarzyła się rzecz, której nigdy nie zapomnę. Po zakończeniu śpiewania przez Romka hitu „Young Ones” z repertuaru Cliffa Richarda, zespół zagrał utwór, wówczas na topie, „Hava Nagila”. W pewnym momencie z głębi sali na scenę wbiega człowiek, jak się okazało później, student łódzkiego uniwersytetu z Cypru, przebywający gościnnie na obozie w Wiśniowej Górze z łódzkimi zetemesowcami. Wszyscy na scenie byli zaskoczeni i zszokowani. Nikt nie wiedział o co chodzi i w jakim celu, tanecznym krokiem, wtargnął na nią Cypryjczyk. Michał i Andrzej Dąbrowski nagle odskoczyli w bok, przerywając grę na gitarach. „Flegma” przestał uderzać w kotły perkusji, gotów nieść pomoc kolegom.


Tylko Mietek na swej prowadzącej, nadal uderzał w struny, wprowadzając tańczącego Cypryjczyka w ekstazę. Dobrze się orientował, że utwór jest pochodzenia wschodniego, cywilizacji islamo – judaistycznej, więc dołożył do „pieca” ile sił. Po chwili, już zorientowani o co chodzi, dołączyli Andrzej i Michał uderzając z sercem w swoje gitary. Cypryjczyk nadal szalał obok grających, w swym tanecznym amoku pociągnął za sobą swoją koleżankę, polską studentkę. Tańczący po chwili porwali resztę sali, zabawa nieopatrznie zrobiła się na całego, obłędny taniec udzielił się wszystkim i trwał blisko 10 minut. Po tym szaleństwie zrobiliśmy kilkuminutową przerwę, nie sposób było dalej koncertować. Muzyczna „dogrywka” już nie miała takiej emocjonalnej wymowy jak ta sytuacja z przed przerwy. Wszyscy na sali pozostali w dobrych nastrojach do samego końca naszego koncertowania.

HAVA NAGILA (Radujmy się) – to ludowa pieśń żydowska śpiewana na święta m.in. na Chanukę, pierwszy raz nagrał ją w 1915 roku Abraham Zewi Idelsohn w Jerozolimie a słowa uwspółcześnił w 1918 roku na znak zwycięstwa Brytyjczyków i utworzeniu w Palestynie państwa żydowskiego. Utwór ten wykonywały i miały w swoim repertuarze największe światowe gwiazdy piosenki; Bob Dylan, Connie Francis, Dalida, Scooter, Harry Belafonte, Justyna Steczkowska, Duane Eddy i zespoły instrumentalne jak The Ventures czy The Shadows. W latach 60-tych ubiegłego wieku, utwór „Hava Nagila”, ze względu na swoją cudowną linię melodyczną, stał się wielkim światowym przebojem. Muzyczne zgrupowanie w Wiśniowej Górze jak okazało się później było potrzebne. Zespół zgrał się i poczuł się pewny co do własnej wartości. Szczególnie ważne było to zgrupowanie dla piosenkarzy. Oprócz Romka i Andrzeja „Flegmy” do śpiewających dołączył gitarzysta, Michał Holc. Powstały śpiewające duety, Romek z Michałem, Andrzej „Flegma” z Romkiem czy Michał z „Flegmą”.


Gdy patrzę na okres ich świetności, to stwierdzam, że była to kapela grająca nowocześnie i na dobrym, wysokim poziomie. Również „angielszczyzna” była poprawna, szczególnie u Romka Jędrychowskiego, który dobrze władał tym językiem. Jego wcześniejsze dyskusje z Wojtkiem „Szymonem” w języku angielskim, były dobrym preludium, podczas śpiewania tekstów piosenek w tym języku.

Jezioro Sławskie
Do Sławy Śląskiej dojechaliśmy pociągiem, wczesnym rankiem. Zakwaterowanie mieliśmy w namiocie na terenie obozu młodzieżowego, choć nie podlegaliśmy bezpośrednio regulaminowi i obozowemu programowi, to apele (poranny i wieczorny) oraz posiłki obowiązywały nas tak jak obozowiczów. Już pierwszego dnia naszego pobytu, wieczorem, odbył się w kawiarni „Szklanka” wieczorek poznawczy. Po oficjalnych przemówieniach komendanta i kadry obozu, rozpoczęła się właściwa zabawa. Pamiętam utwór otwierający tańce, było to boogie – woogie, „Shadoogie” z repertuaru zespołu The Shadows. Od tego momentu, utwór ten stał się muzycznym LOGO zespołu i otwierał wszystkie imprezy, koncerty jakie odbyły się w okresie istnienia zespołu. Drugim utworem zagranym tego wieczoru, był utwór na motywach japońskiej muzyki, „Sukiyaki” (japońska potrawa z ryżu) z repertuaru zespołu Blue Diamonds, i od razu „bomba”. Utwór „Sukiyaki” stał się przebojem obozu, nucony był przez wszystkich w okresie trwania turnusu a na zabawach tanecznych bez przerwy bisowany.


Lato 64 zostało zdominowane muzycznie przez dwa utwory „Hava Nagile” i „Sukiyaki”. W tym okresie na terenach wokół jeziora Sławskiego, przebywało bardzo dużo młodzieży z Polski i zagranicy, na różnego rodzaju obozach, zgrupowaniach i polach namiotowych. Spotykałem wielu znajomych kolegów i koleżanek ze Skierniewic, bo sławskie wakacje wypadły w okresie mojej skierniewickiej edukacji. Bazą na spotkania była właśnie kawiarnia „Szklanka” i kawiarnia „Kormoran” w centrum Sławy, na rynku głównym. Na dojście z terenu obozowiska do miasta potrzebowaliśmy 10 minut. Chłopcy idąc do południa na „opalanki” brali z sobą gitary i na plaży ćwiczyli nowości muzyczne, traktując wypoczynek nad wodą jako próbę, choć właściwa próba miała miejsce codziennie po obiedzie w lokalu, w „Szklance” i trwała co najmniej godzinę. Byłaby to ciężka orka dla muzyków a nie wypoczynek gdyby w tym czasie w „Szklance” nie występował zespół, również gitarowy, z Poznania.

Jezioro Sławskie
Graliśmy na zmianę z poznaniakami co drugi dzień, dany czas wolny wykorzystywaliśmy na zwiedzanie miasta i okolic i na „podryw” dziewczyn, których na terenach obozowisk była mnogość. Jako grupie muzycznej przychodziło nam to łatwiej, bo wokół zespołu nagromadziło się wiele fanek. Chłopcy „obsługiwali” ogniska nie tylko w naszym obozie ale również w sąsiednich, co ułatwiło nam zawierać nowe przyjaźnie. Z poznańskim zespołem zaprzyjaźniliśmy się, nie tworzyliśmy niezdrowej konkurencji a wręcz przeciwnie, Mietek Dąbrowski wymieniał się muzycznymi doświadczeniami z liderem grupy poznańskiej, śpiewającym i grającym na gitarze prowadzącej. Dwa utwory The Shadows przejęliśmy od nich, to „Cosy” i „Midnight”, które stały się standardami w repertuarze zespołu. Największe kłopoty mieliśmy ze wstawaniem i obecnością na apelach porannych i wieczornych.


Nocne przygody, podboje miłosne, towarzyskie dyskusje zabierały cenny czas na wypoczynek, na spanie. Miało to duży wpływ na osłabienie obozowej dyscypliny. Kiedy przebywałem w Sławie do mojego domu w Tomaszowie zawitał mój szkolny przyjaciel, w tamtym czasie mieszkaniec Żychlina, nieżyjący Janek Ceglarz. W drugim tygodniu mojego pobytu na obozie, brat mój Tadek „przywiózł” do Sławy autostopem Janka Ceglarza. Wcześniej do Sławy przybyli autostopem nasi koledzy, Zygmunt Pietryniak i Mietek Chruścik” Więckowicz. Wynajęli domek letniskowy, zamieszkując w pobliżu naszego obozu. Tadka i Janka przyjęli do swojego kampingu przez co zmniejszyły im się koszty pobytu. Zacząłem przyjezdnym poświęcać więcej czasu co sprawiło, że zwiększyły się moje kłopoty z obozowym regulaminem. Janek Ceglarz nie przypuszczał, że wybierając się do mnie, do Tomaszowa, pokona w krótkim czasie 400 km dalej. Przyjechał w białej koszuli, pod krawatem, w dobrze skrojonym garniturze.

W kawiarni „Szklanka”
Na wyposażeniu miał tylko grzebień, lusterko, szczoteczkę do zębów, sprzęt do golenia i ręcznik. Janek w ogóle był zawsze szarmanckim chłopakiem, wielkim pedantem, z przysłowiowym pilniczkiem do paznokci w kieszonce. Przybywając na sławski teren, na którym znajdowały się pola namiotowe i obozowiska, wyglądał ekscentrycznie, delikatnie mówiąc, śmiesznie. Na plażę, tańce, szedł jak na przyjęcie do restauracji „Bristol” w Warszawie, na szczęście miał na sobie kąpielówki i będąc na plaży w negliżu, robił wrażenie odmienne.

 
Ponieważ był wysokim, zgrabnym, proporcjonalnie zbudowanym chłopakiem, dziewczyny za nim się oglądały. Posiadał umiarkowany, dobrze obliczony tupet i wielką umiejętność nawiązania konwersacji z dziewczynami. Dobrze tańczył, jednak na epokę w jakiej przyszło nam żyć, trochę „staromodnie”. Jednak nie było to przeszkodą, bo właśnie w tańcu Janek dokonywał największych sercowych podbojów. Jednak wizyta brata i moich przyjaciół na obozie w Sławie Śląskiej, musiała skończyć się dla mnie niepomyślnie, bo nie mogłem swojej lojalności wobec kolegów i obozowego regulaminu dzielić na pół. W takiej ambiwalencji nie da się długo żyć.

Sława Śląska
Na jednym z apeli wieczornych komendant obozu zadecydował, że elektryk zespołowi jest już niepotrzebny, zespół (otrzymał obozową naganę) będzie istniał a mnie podziękowano za poniesiony „wysiłek” i wydalono z obozu. Zamieszkałem w domku razem z bratem i kolegami, choć było ciasno to czułem się wolny, spadło ze mnie widmo dyscypliny regulaminowej. Przed końcem turnusu doszło w „Szklance” do wspaniałej konfrontacji zespołu z Tomaszowa i Poznania. Na pożegnalnym wieczorku do tańca przygrywali, jedną taneczną rundkę (5,6 utworów) chłopcy z Tomaszowa a rundkę kolejną zespół z Poznania, nie było odpoczynku, zabawa tylko dla maratończyków. Obie grupy wzbiły się na szczyt swoich muzycznych możliwości. Najwięksi sceptycy na sali nie mogli powiedzieć o muzycznych przestojach, wszyscy mieliśmy przesyt tańca, a ja czułem, że uczestniczyłem w wielkim, niepowtarzalnym spektaklu, muzyczno – tanecznym widowisku. Zakochany do bólu w cudownej Sławie Śląskiej, po dwóch wakacyjnych, kolejnych pobytach, kiedy wracaliśmy autostopem do domu, na moment nie pomyślałem, że w następne wakacje nie tylko nie przyjadę do Sławy lecz gorzej, będę odbywał służbę wojskową. Minęło 45 lat od opisywanych przeze mnie wydarzeń, trzykrotnie byłem blisko Sławy, raz służbowo we Wschowej i dwa razy w Zielonej Górze ale nigdy moja noga po raz trzeci nie stanęła na sławskiej ziemi. Czy w życiu moim się to jeszcze fizycznie wydarzy? Czy tylko ograniczę się do retrospektywnych wspomnień? Chciałbym ale….

Za młodu ledwo zipał,
Dziś udaje niewypał
Stanisław Jerzy Lec.



Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.

Antoni Malewski: Tomaszów Mazowiecki - Moje miasto w Rock’n’Rollowym widzie - CZĘŚĆ 4

11. Plac Kościuszki 17

Widok ogólny na północno wschodnią pierzeję Placu Kościuszki z jeszcze istniejącą gwiazdą
Plac Kościuszki zwany Rynkiem w centrum Tomaszowa podobnie jak inne tego typu place w większości miast w Polsce - to urbanistyczne wizytówki. Jak pamiętam z naszym placem zawsze były kłopoty co do zagospodarowania. Bywały długie okresy marazmu restauracyjnego, po czym następowały zrywy modernistyczne nie do końca realizowane. W konsekwencji doprowadzało to do zaniedbań w konserwacji architektonicznej budynków, przez co doszło w latach 80-tych do całkowitej rozbiórki południowej pierzei. Przez 10 lat nic się nie działo, a powstały prześwit odsłonił „uroki” ulicy Wschodniej. Dziś istnieją nowe budynki na miejscu rozebranych, o zmienionej architekturze, a jak to wygląda? Nie oceniam. A co zresztą domów okalających Plac Kościuszki? Odpowiedzi nie znam. Pamiętam nawierzchnię brukową placu. Na pierzei północnej był postój taksówek i tak jest dziś, a na pierzei południowej postój konnych dorożek (dziś przystanek autobusowy linii nr.14) a za postojem w stronę zachodniej pierzei rozbijane były namioty cyrkowe, wesołe miasteczka czy zwierzyńce (objazdowe ZOO). Jedyną wizytówką placu był piękny dla oka, środkowy pas między dwoma jezdniami gdzie usytuowane są dwie fontanny, przepięknie „okryte” cudownymi wierzbami płaczącymi. Efekty piękna zauważalne były gdy z fontanny w górę biła woda a na środku pasa stała gwiazda wdzięczności (symbol PRL-u), dziś rozebrana. Dzieliła ona odległość między fontannami na dwie części. Na końcu pasa w kierunku wschodnim stał i stoi pomnik Tadeusza Kościuszki. Na całej długości były trawniki, klomby kwiatów i wiele, wiele ławek służących do wypoczynku mieszkańcom miasta. A dziś !?

Nieistniejąca dziś fontanna na Placu Kościuszki z widokiem na aleję Józefa Piłsudskiego
Na Placu Kościuszki mieszkało i przesiadywało sporo chłopaków, którzy byli kolegami Wojtka z „ulicy” i szkoły, również przychodzili do niego na rockandrollowe spotkania. Byli oni awangardą pokoleniową miasta, że wymienię niektórych; Maciek Lewandowicz, Mirek Orłowski, Jacek Michalski z Jelenia, Leszek Batorski, Andrzej „ZEUS” Ronek, Jurek „Szczuku” Szczukocki i jego siostra Hanka, bracia Lutek i Reniek Szczepanikowie, Waldek Kondejewski, bracia Krzysiek i Radek Majchrzakowie, Wojtek Gruszczyński. Po drugiej stronie placu, w jego północnej pierzei, w zachodnim narożniku, w posesji nr. 17, (dziś sklep „Jarkpol”), w budynku wzniesionym przez Gustawa Bartke (zm.1912r), mieszkał na II piętrze Wojtek z babcią. Posiadali dużą kuchnię o powierzchni 25 – 30 metrów kwadratowych i duży pokój o zbliżonej powierzchni, dwa okna w zachodnim szczycie budynku. Śmiało mogę powiedzieć, że mieszkanie to, dla nas tomaszowian - przyjaciół Wojtka - było „mekką” Rock’n’Rollaa, synonimem wolności, mówię to z pełną świadomością i odpowiedzialnością. Naprawdę, gdy tylko przekroczyłem symboliczny próg mieszkania a był dosłownie wysoki, to znaczy przejście z kuchni do pokoju, oddychałem całkowicie innym, zdrowym powietrzem. Wszelkie troski i zmartwienia pozostawały na zewnątrz. Mieszkanie zawsze pełne było kolegów, przyjaciół i autentycznie przypadkowych osób, które „załapały” się z kimś, kto był kolegą Wojtka. Nie raz pod domem stali jacyś osobnicy, zainteresowani rockandrollem i czekali, prosząc kogoś znajomego by wejść z nim do Wojtka na górę. Przebywanie w pomieszczeniu, w którym bez przerwy „leciał Rock’n’Roll” było dużym wyróżnieniem, zaszczytem i nobilitacją do kolejnego przyjścia.

Fragment pierzei wschodnio południowej Placu Kościuszki po rewitalizacji
Do dobrego tonu należało by gdzieś w kuluarach jakiegoś lokalu, parku, ulicy czy kinowej poczekalni pochwalić się do znajomego np. „wiesz, byłem wczoraj u Wojtka „Szymona” ale leciała niesamowita muza, dostał nową płytę…”. W podwórzu posesji mieszkali państwo Suszkowie, oboje nauczali języka angielskiego ( w I i II LO). Mieli dwie córki Dorotę i Alinę, Dorota była koleżanką z liceum mojego, nieżyjącego przyjaciela, Andrzeja Tokarskiego. Andrzej podkochiwał się w Dorocie, była jego wielką, szkolną miłością. Dziś Dorota, znany stomatolog miasta, jest żoną mego przyjaciela Michała Marciniaka. Oboje uczestniczą w prawie wszystkich moich spotkaniach w Galerii ARKADY, są mi bliscy, często korzystam z ich opinii co do rockandrollowych moich „wypocin”. Tłumy kolegów przechodzili do pokoju Wojtka przez kuchnię, w której urzędowała niedosłysząca babcia. Wchodzący po cichutku, wykorzystywali to i ukradkiem przedostawali się do środka. Zdumiona liczbą gości, lekko zdenerwowana zaglądając do pokoju, babcia pytała,– „..a skąd tu was się tylu wzięło, jak tu weszliście?” Zakupionego alkoholu nigdy nie wnosiliśmy wprost do mieszkania. Na zewnątrz, na ulicy, wiązaliśmy torbę z zakupem właściwym i przygotowaną linką wciągaliśmy przez okno na górę, na II piętro.


Często dochodziło do tzw. muzycznych pojedynków, kiedy Cliff Richard był na topie i co niektórym jego fanom wydawało się, że jest zagrożeniem dla Elvisa, wówczas Wojtek brał zestaw nagrań, po trzy utwory (dwa szybkie jeden wolny) Presleya i Cliffa Richarda. Na przykład w zestawie Elvisa znalazły się: - „Jailhouse Rock”, „Love Me”, „Don’t Be Cruel” a w zestawie Cliffa; - „The Fourthy Days”, „Living Doll”, „Move It”. Pojedynek, a właściwie przekonywanie się wzajemne co do słuszności wyboru IDOLA odbywał się w gorącej atmosferze, nierzadko dochodziło do łapanie się za klapy ale kończyło się zawsze „happy endem”. Pojedynek, a właściwie przekonywanie się wzajemne co do słuszności wyboru IDOLA odbywał się w gorącej atmosferze, nierzadko dochodziło do łapanie się za klapy ale kończyło się zawsze „happy endem”. Do domów rozchodziliśmy się w zgodzie, by nazajutrz dobierać nowy „konkursowy” zestaw utworów by od nowa rozpocząć kolejny pojedynek. Ja osobiście zawsze byłem za Elvisem. To były piękne dni, szlachetne, czyste, kompromisowe. Jestem wdzięczny Bogu, swoim koleżankom i kolegom, że dane było nam żyć w cudownej epoce lat sześćdziesiątych, epoce Rock’n’Rolla.

Trudno mi odgadnąć, co pani w nim ceni?
Czy srebro na skroniach, czy złoto w kieszeni.
                                                      Jan Czarny

12. Autostop

„Autostop, autostop wsiadaj bracie no i … hop”
Jeżeli szukam pozytywów w tamtym socjalistycznym systemie, a znaleźć jest bardzo trudno, w szczególności w największej szarzyźnie za „panowania” Gomułki, niewątpliwie jednogłośnie, stawiam na przedsięwzięcie państwa, pod tytułem - AUTO-STOP. Autostop to wielka przygoda młodzieży polskiej w podróżowaniu i przemieszczaniu się prawie darmo po własnym kraju. Dokonując zakupu książeczki za 50 zł „ Auto-Stop” (format A6) w oddziale PTTK, kupujący otrzymywał, poza regulaminem zatrzymywania pojazdów dwuśladowych i obowiązkami autostopowicza, kupony-talony na 25.000 km.


Była to wystarczająca liczba kilometrów do podróżowania po kraju w jednym sezonie. Znałem przypadki, odkupywania talonów od innych autostopowiczów, od tych, którym wystarczało podstawowe 25.000 km, również w tej dziedzinie kwitł interes. Nie pamiętam natomiast i nie mogę się wypowiedzieć czy na jedno nazwisko można było dokonać zakupu dwóch książeczek tj. na 50.000 km. Akcja autostop ruszyła w 1959 roku i od razu stała się przebojem letniego wypoczynku polskiej młodzieży. Polska nie była już krajem dla bogaczy i prominentów partyjnych. Byłem jeszcze za młody by samemu decydować o tak szlachetnym przemieszczaniu się po kraju. Autostop stał się otwarty dla wszystkich, również i biednych.

Oryginalna książeczka Autostopu
Wystarczyło tylko ukończyć lat 16. Zaczynałem od „krótkich dystansów” nie mając jeszcze własnej książeczki, jeździłem z kolegą , do Łodzi, Piotrkowa czy Warszawy, „płacąc” podwójnie kuponami za przebytą trasę. Kupony miały nominały na 25 km, 50 km, 75 km, 100 km, 200 km. Kierowcy zbierali kupony, bo na koniec sezonu losowano nagrody. Ci którzy zebrali najwięcej kuponów (kilometrów), uczestniczyli w losowaniu nagród. Było to wydarzenie bardzo medialne, ogłoszenia w prasie, radio i telewizji. Główną nagrodą np. był motocykl SHL czy później WFM a także sprzęt AGD i inne drobniejsze nagrody, które niedostępne były w sklepach przez cały rok a jedynie można było kupić na tzw. talony. Towar w socjalistycznej Polsce był mocno reglamentowany. Moja pierwsza wielka przygoda autostopowa z własną książeczką odbyła się w lipcu 1962 roku na Wybrzeże. Miał to być mój pierwszy w życiu kontakt z morzem. Otrzymałem informację z Gdańska od przyjaciela, tomaszowianina Andrzeja Tokarskiego, (przyszłego chrzestnego mego syna, Daniela), który wyjeżdżał na wakacje do starszego brata, że w kinie „Leningrad” na Długim Targu odbędzie się za 6 dni premiera filmu „Rio Bravo”. Jedną z głównych ról w filmie grał Ricky Nelson. W tym czasie na topie światowych list przebojów był jego wielki hit „Hello Mary Lou” ”, któż nie chciałby jak najszybciej zobaczyć tego filmu? Zobaczyć Ricky Nelsona? Poszedłem z informacją do Wojtka „Szymona”, decyzja była krótka, JEDZIEMY.


Nie było forsy, jeszcze tego dnia, rano, Wojtek dał mi dwie płyty do sprzedania. Pojechałem autostopem do Piotrkowa Tryb., tu miałem rynek zbytu na płyty. Kolega piotrkowianin, Paweł Siennicki, który prowadził zakład naprawy sprzętu telewizyjno/radiowego. Na zewnątrz zakładu mógł odtwarzać muzykę i to przyciągało sporo fanów rockandrolla. Nie było problemu ze sprzedażą płyt, był tak potworny „głód płytowy” i rynkowy deficyt, że płyty sprzedawało się jak przysłowiowe bułeczki. Kiedy po sprzedaniu płyt wróciłem do Tomaszowa, Wojtek był już „w blokach startowych”, gotów do wyjazdu. Szybko dotarłem do domu, spakowałem swoje rzeczy, rodzice byli w pracy.

Nie zawsze było wygodnie i … pogodnie
Zostawiłem na stole kartkę z informacją,- pojechałem z Wojtkiem autostopem do Gdańska , do Andrzeja Tokarskiego. Napiszę kartę pocztową kiedy wrócę. Jeszcze tego późnego popołudnia wyruszyliśmy na Wybrzeże, do Gdańska. Najpiękniej o autostopie mówią słowa piosenki, gwiazdy zespołu „Czerwono – Czarnych”, Karin Stanek; - „Jedziemy autostopem, jedziemy autostopem, w ten sposób możesz bracie przejeżdżać Europę. Gdzie szosy biała nić, tam śmiało bracie wyjdź i nie martw się co będzie potem. Rusza wóz, rusza wóz, będzie wiózł nas dziś ten wóz. Cóż dla nas znaczy pociąg na spółkę z samolotem. Autostop, autostop wsiadaj bracie dalej, hop…”. Przemieszczanie się autostopem po Polsce nie zawsze było przyjemne. Częstotliwość jadących pojazdów była znikoma, nie porównywalna do czasów współczesnych. Co piąta ciężarówka posiadała plandekę, a drogi… „szkoda słów, pożal się Boże”. Niejednokrotnie przemoknięci w deszczu, prażeni słońcem, na otwartych skrzyniach rozklekotanych i zdezelowanych ciężarówkach „Star”. Nie liczyły się wygody w podróży, prosiliśmy Boga, by tylko dojechać do zamierzonego celu. Na kipie ciężarówki często walczyliśmy o przestrzeń z „legalnymi pasażerami” – świnie, owce, kozy, krowy, warzywa, ziemniaki, skrzynie, beczki z chemikaliami i inne, bliżej nieokreślone ładunki. Nie miało to znaczenia z kim, czy z czym mamy zaszczyt podróżować. Najważniejsze było zatrzymać samochód i „wybłagać” u kierowcy by nas zabrał w drogę. Zapamiętałem z autostopowej trasy takie wydarzenie z okolic Gniewu, kierowca podczas padającego deszczu, w środku nocy, zatrzymuje samochód, na kipie jest nas około 10 osób, - „Chłopcy wysiadać, mam za duże obciążenie, boję się o awarię samochodu, mogę nie dojechać na miejsce”.

Zespół Niebiesko Czarni
To była koszmarna noc i poranek, następny samochód złapaliśmy późnym popołudniem. Trzeciego dnia podróży, nad ranem, dotarliśmy do celu, do Gdańska. Andrzej już był w posiadaniu biletów na premierę ”Rio Bravo”. Po obejrzeniu filmu, któregoś słonecznego dnia poszliśmy z Wojtkiem plażą do Sopotu, wyszliśmy przy sopockim molo naprzeciw Non Stopu, w którym to lokalu codziennie od godz. 17.00 odbywały się tańce, z angielska zwane (five o’clock). Po raz pierwszy w pawilonie tanecznym sopockiego Non Stopu grał twistowy zespół „Niebiesko – Czarni”.


Podeszliśmy bliżej lokalu, na taras otwarty, na którym można było się czegoś napić czy przekąsić. Zobaczyliśmy ogłoszenie i napis PRZYJMUJEMY DO PRACY, zgłosiliśmy się. Jeszcze tego wieczoru pracowaliśmy. Praca polegała na tym, że ok. 15.30 – 16.00 otwarty taras odgradzaliśmy od ulicy, naciągając ciężkie plandeki z brezentu, tworząc swoistą ścianę tanecznego pawilonu, przeszkodę nie do pokonania dla chcącego wejść na gapę. Impreza kończyła się około 23.00, musieliśmy zdemontować brezentową ścianę, by nazajutrz wszystko zacząć ponownie.

Ulica Bohaterów Monte Casino w Sopocie wiodąca do pierwszego Non Stop
Na nocleg, do Gdańska wracaliśmy kolejką SKM, docieraliśmy po północy. Następnego dnia około godz. 10.00, opuszczaliśmy „bazę”, by następnie po śniadaniu wędrować plażą do Sopotu; i tak było codziennie. Pamiętam, że kiedy były dni deszczowe, wierzchnie ubrania zabezpieczaliśmy przed zmoknięciem w workach foliowych i w samych majteczkach pokonywaliśmy „piaskową trasę” do upragnionego celu, do Non Stopu. Pracowaliśmy około dwóch tygodni, za wykonaną pracę nam nie płacono, mieliśmy wejście za darmo, cena biletu wysoka - 15zł. W zamian za to, każdy z nas mógł wprowadzić na „fajf” jedną osobę towarzyszącą, otrzymując od kelnera zapłatę za wykonaną pracę w postaci dwóch szklanek z „kruszonem” (mieszanka alkoholu z miksowaną truskawką) na osobę, o pojemności 0,5 litra, każda. TO BYŁY PIĘKNE DNI. Mieszkaliśmy w Gdańsku, zawsze rano gdy szliśmy plażą do Sopotu, po drodze kąpiąc się w morzu, zalotnie zerkaliśmy na dziewczyny, by je poderwać. Mając w ręku tajną broń - tańce w Non Stopie - nie mieliśmy żadnych problemów z podbiciem serc niewieścich.


Myjcie się dziewczyny,
Nie znacie dnia ani godziny
Jan I. Sztaudynger

Tańce w Non Stopie to „towar” bardzo mocno reglamentowany. Marzeniem niejednego plażowicza z Polski było znaleźć się tam, choćby raz w turnusie. Pokazanie się w Non Stopie to wielka wakacyjna, nobilitująca przygoda i dużo wspomnień na cały rok, do następnych wakacji. A w środku pod namiotem Non Stopu wrzało, bo na małej scenie grupa najlepszych muzyków polskich, zespołu „Niebiesko – Czarnych”. Przygrywali do tańca, gitarzyści: Jerzy Kossela, Wiesław Bernolak, Henryk Zomerski, saksofon-Włodzimierz Wander, śpiew-Marek Szczepkowski, Bernard Dornowski, Piotr Janczerski, taniec - Danuta Szado i gościnnie w przerwach dla zespołu, Czesław Wydrzycki. Śpiewał dla relaksu po szalonych tanecznych rundkach, utwory latyno - amerykańskie, hiszpańskie i rosyjskie czastuszki.

Taneczne „fajfy” (1961/62 rok) na parkiecie historycznego I Non Stop


Mieliśmy szczęście, że z naszymi dziewczynami, obok nas, przy stoliku służbowym, siedział człowiek, który przedstawił się nam jako Czesław, to był Czesław Wydrzycki; pseudonimu artystycznego „Niemen” jeszcze nie używał. Prawie codziennie widywaliśmy w lokalu Franciszka Walickiego, twórcę, „ojca” polskiego rock & roll’a, założyciela „Niebiesko Czarnych”. Oszaleliśmy ze szczęścia, teraz najważniejsze było dla nas tylko to co wydarzyć się miało po naszym powrocie do Tomaszowa Mazowieckiego. W drodze do domu, przeżyte wydarzenia nie dawały nam spokoju, myśleliśmy tylko o jednym, jak tu zorganizować w Tomaszowie coś na wzór sopockiego Non Stopu. Wojtek pierwszy rzucił pomysł: – Tolek zorganizujmy u nas ”fajfy”, myśleli o kawiarni „Literacka”. Innego, lepszego miejsca w owym czasie w naszym mieście nie sposób było wymyślić i znaleźć.


W milczeniu, wśród kilku innych autostopowiczów obaj myśleliśmy o tym samym. Nad ranem, skoro świt zbliżając się do domu, gdzieś w okolicach Mszczonowa - Rawy Maz, około godziny 7.00, Wojtek zwraca się do mnie – Tolek ty chodziłeś kiedyś do jednej klasy z dziewczyną o imieniu Irena, która jest córką kierownika ZDK „Włókniarz”, pana Józefa Gawarzyńskiego. Mówię,- Tak, tylko, że ja w 7 klasie dokonałem strasznego przestępstwa szkolnego, po którym wyrzucono mnie ze szkoły a pan Gawarzyński był wówczas przewodniczącym Komitetu Rodzicielskiego, pozostawiłem po sobie złą opinie. Mogą być problemy problemy, on to na pewno pamięta, upłynęło od tamtego okresu niewiele czasu. Kiedy wysiadałem w Starzycach koło swojego domu, Wojtek jechał dalej do centrum, była 8.00 rano, powiedzieliśmy sobie cześć i umówiliśmy się na godzinę 17.00 w holu kina „Włókniarz”, by „kuć żelazo póki gorące”…
 
Kiedy rodzi się pesymizm? Gdy zetkną się
Dwa odmienne optymizmy.
                                    Stanisław Jerzy Lec

13. ZDK „Włókniarz” – Kawiarnia „Literacka”

ZDK „Włókniarz” w którym znajdowało się kino i kultowa kawiarnia „Literacka”
Punktualnie o godz. 17.00 w holu poczekalni kina „Włókniarz”, tak jak się uprzednio umówiliśmy, spotkałem się z „Szymonem”, poszliśmy razem na górę do biura kierownika ZDK. Wojtek pozostał na korytarzu ja podszedłem do drzwi z napisem „KIEROWNIK” i drżącą ręką zapukałem. Po usłyszeniu proszę wszedłem do środka. Kierownik Gawarzyński od razu zadał pytanie, którym rozładował moje napięcie - A cóż to Antosiu sprowadza cię w moje progi? Tak mnie nazywał w szkole, kiedy był przewodniczącym Komitetu Rodzicielskiego. Poczułem ulgę, która szybko otworzyła mi usta i opowiedziałem panu kierownikowi historię o sopockim Non Stopie, o tym jak młodzież pięknie się bawi, a są wakacje,- Może by pan zezwolił na tańce w kawiarni „Literackiej” u pana Jana Janowskiego. On wtedy był barmanem i jednoosobowo zarządzał lokalem, innej osoby zatrudnionej nie było, czasami w pracy pomagała mu żona. To co usłyszałem przerosło moje oczekiwanie i przeszło do historii miasta, do historii Rock & Roll’a w Tomaszowie Maz. – Dobrze Antosiu, ale tylko pozwalam na tańce od poniedziałku do piątku bo w soboty i niedzielę są dancingi i gra zespół muzyczny pana Wydrzyńskiego

Drzwi wejściowe z poczekalni kina do kawiarni „Literacka”
Poczułem, że me serce pęka z radości, nie mogłem uwierzyć, że oddolnie, bez żadnego przydzielenia „przełożonego”, który miałby „oko na wszystko”, dało się załatwić temat w założeniu nie do zrealizowania. Dzisiaj gdy to wspominam sam nie dowierzam, że doszło w naszym mieście do bezprecedensowego wydarzenia, o którym poszła fama w Polskę. Po raz pierwszy w historii miasta na tak masową skalę Rock’n’Roll mógł zaistnieć w publicznym lokalu. Bez żadnej „kontroli” komisarza partyjnego czy urzędnika decydenta, zmieniając nieodwracalnie oblicze mojego miasta i tomaszowskiej młodzieży. Autostopowicze przemieszczający się z Wybrzeża na południe Polski, czy z południa na Wybrzeże, zatrzymywali się w Tomaszowie by wzorem sopockiego Non Stopu bawić się w naszym mieście. Ta sielanka trwała codziennie przez cały sierpień 1962 roku, oprócz sobót i niedziel, w godzinach popołudniowych 17.00 – 22.00 i powtarzała się jeszcze w kolejne wakacje w latach 1963/64/65.

Tam, gdzie wszyscy śpiewają na jedną nutę,
Słowa nie mają żadnego znaczenia
Stanisław Jerzy Lec

Rzeczywistość jednak była inna, w każdym stadzie znajdzie się czarna owca, która zepsuje wszystko, co też miało miejsce w „Literackiej”. Często dochodziło do różnych chuligańskich ekscesów, przeważnie na poczekalni kina, które zagrażały likwidacji „fajfów”. Warunek przyzwolenia na tańce był jeden, zachować porządek. Zorganizowaliśmy „ochroniarzy” z osób nam dobrze znanych, między innymi z nieżyjącym szkolnym kolegą „Szymona”, Wojtkiem Gożdzikiem, pseudonim „Gutek” i jego kolegami, którzy swoją butą, siłą i odwagą, liczyli się w mieście i słynęli ze swoich wybryków. To się udało, poczuliśmy się bardziej bezpieczni a i ochroniarze czuli się dowartościowani, że działają w słusznej sprawie.

Grupa chłopaków zbierająca się „pod kasztanem” by wspólnie iść na faif do „Literackiej”
Dużo pracy czekało nas każdego przedpołudnia na „chacie u Szymona”. Przygotowywaliśmy dramaturgię nagrań na najbliższy popołudniowy „fajf”. Nastąpiła era magnetofonów, które wypierać zaczęły anachroniczne adaptery. Wojtek był posiadaczem zachodnioniemieckiego magnetofonu KB-100, świetny sprzęt, adapterem tego typu imprezę trudniej było obsługiwać. Mieliśmy kilkanaście taśm szpulowych, cały urok i wielka frajda to układanie kolejności nagrań. Nagrywaliśmy w ten sposób, że początek każdej ścieżki taśmy to „muzyczny Hitchcock”, pierwsze cztery, pięć nagrań to istna rockandrollowa kanonada, na przykład;.„Tutti Frutti”, „Long Tell Sally”, „High School Confidential” czy „I Got Stong”, następowały po nich tak zwane. muzyczne „migdały” prowokujące tańczących do „przytulanek” , jak ”Love Me”, „Blueberry Hill”, „Donna”


czy „I’m Sorry” Brendy Lee. Droga do „Literackiej” to rytualny obrządek, zbieraliśmy się wcześniej u Wojtka w liczbie 4-5 chłopaków i udając się w kierunku ZDK Włókniarz, po drodze, na przeciw DH „Tomasz” w punkcie zbornym czyli pod „kasztanem”, stoi do dziś, zgarnialiśmy ze sobą grupę chłopaków czekających na nas. Wchodziliśmy przed godz.17.00 do kawiarni, a w niej już tłoczyła się młodzież i z wielką owacją witała wchodzących. Za 3-4 minuty parkiet był pełen par gotowych do….. i nagle „Splish Splesh” Bobby Darina rozpoczynało rockandrollowe szaleństwo, które nieprzerwanie trwało do godz.22.00. Chciałbym na tych łamach wymienić zapamiętanych, uczestników „fajfów”, by utrwalić i ocalić od zapomnienia ich ogromny wkład jaki wnieśli swoim uczestnictwem, postawą na parkiecie, by ta impreza nie była efemerydą i nie umarła nagłą śmiercią naturalną, lecz trwała dalej.

Wojtek „Szymon” i Mirek Orłowski przed wejściem do Literackiej

Wszyscy tworzyliśmy wielką przyjazną, grupę osób o wymyślnej nazwie, Rodzina „Literacka 62”, zapamiętanych wymienię: - Mirek Orłowski, Jurek Gołowkin, Andrzej „Zeus” Ronek, Leszek i jego siostra Wanda Batorscy, Jurek Szczukocki, Waldek „Kondej” Kondejewski, Jurek „Tomasik” Tomaszewski, Wacek Dryżek, Jacek Michalski z Jelenia, Romek Grabczyk, Reniek „Aligator” Szczepanik, Alek „Ciotuch” Ciotucha, Andrzej „Flegma” Kuźmierczyk, Mietek „Hampus” Dąbrowski, Adek Drabiński (tak, tak, nasz reżyser filmowy), Maciek Lewandowicz, Mirek „Napoleon” Daniszewski, Romek „Zwierzu” Jędrychowski, Piotrek Migała, Janusz ”Baran” Bartkowiak, Zygmunt „Pietia” Pietryniak, Jurek Lambert, Gienek Kowalski, Witek Weggi, Wojtek Marczuaitis (ojciec snowbordzistki Jagny), Janek Lisicki, Wojtek „Grucha” Gruszczyński, Bogdan Kowalski, Witek „Klupson” Skoneczny, Tadek „Klipa” Adamowski, Rysiek Homdziuk, Rysiek „Kicek” Kwiatkowski, Kaziu Szmidt, Janek Morawski, Andrzej Wilczak i inni. Tym, których nie wymieniłem a uczestniczyli w pionierskich tańcach na parkiecie kawiarni, powiem tylko jedno, WYBACZCIE !!!


Cóż byłaby to za zabawa w której uczestniczyliby tylko sami chłopcy! A dziewczyny? Ich nie było? Były i to wszystkie piękne, a jak tańczyły!!! Jak poruszały się na parkiecie! To one upiększały taniec swoją wyrafinowaną seksownością, podniecając nas chłopców, do bólu. Niektóre pozwolę sobie wymienić, to te najbardziej zapamiętałem: Lucyna Hajduk, siostry Lucyna i Barbara Kobylak, Danka Badełek, Ewa Zięba, Ela Pigłowska, Fredka Jędrzejczyk, Romka Jankowska, Olka Herman, Ela Sej, Grażyna Drabińska (siostra Adka), Ela Zysiak, Dzidka Szczepanik, Anka Grudzińska, Wacka Kurc i wiele, wiele piękności, których tak jak chłopców nie jestem w stanie wymienić, moją pamięć czas również zatarł, więc i WY kobiety nie wymienione, wybaczcie mi. By wszystko szło sprawnie to wewnątrz lokalu czuwał nad całością, niezmordowany barman pan Jan Janowski, a na zewnątrz kawiarni, w holu poczekalni kina, maleńki wzrostem a silny perswazją i odwagą, szatniarz pan Stanisław Kołodziejski. Potworny służbista, początkowo nam to przeszkadzało ale później wiedzieliśmy, żeby utrzymać porządek, ład, inaczej nie wchodziło w rachubę. To tym osobom mogliśmy zawdzięczać, że panowała „dyscyplina”, tak wewnątrz kawiarni jak i na zewnątrz, która zadecydowała, że „fajfy” przetrwały jeszcze, cztery kolejne lata.

Irena Kwiatkowska
Kawiarnia „Literacka” to również miejsce spotkań mieszkańców miasta na różnych odczytach, prelekcjach z wybitnymi postaciami sztuki, teatru i filmu jak Emil Karewicz, Alina Janowska, Wiesław Gołas, Irena Kwiatkowska czy Hanka Bielicka, literatury; Stanisław Różewicz, Andrzej Brycht, sportu, szermierz Wojciech Zabłocki i wiele innych osób ze świata kultury, sztuki, nauki. ZDK ”Włókniarz” to nie tylko kawiarnia „Literacka”, biblioteka, czytelnia i kółka zainteresowań ale również kino. Co prawda premierowym kinem w mieście było kino „Mazowsze” ale chciałbym powiedzieć o filmie wyświetlanym premierowo we „Włókniarzu”. Film, który stał się kultowym dla mojego pokolenia, wcześniej w Stanach. Za sprawą tego filmu i Roc&Rolla, również w Polsce, w Tomaszowie, następowały wśród młodzieży przemiany, wyzwalające uczucia wewnętrznej wolności, które kruszyły skostnienia konserwatywnej części społeczeństwa.


Film, w męskiej roli głównej z legendą światowego kina, to James Dean w „Na wschód od Edenu”. Grano go jesienią a nasza młodzież była już po inicjacji letnich „fajfów”, w „Literackiej”. Wyczuwało się ogromną więź wśród młodzieży, codziennie przed filmem w poczekalni kina było tłoczno, ci co nie dostali biletów, i ci którzy wyszli z seansu, przenosili się do kawiarni, tu dokonywało się pewnego obrachunku moralnego z historii. Czułem, że w moim państwie, mieście dzieje się coś szczególnego. Inne myślenie, inne poczucie wartości, tak bardzo odmienne od socjalistycznych założeń jakie w szkołach ciągle nam wpajano. Środy były dniem bez filmu a na scenie kina „Włókniarz” wystawiano widowiska, kabarety, wodewile, recitale czy teatralne sztuki. Ale to jeszcze nie wszystko.

W tym teatrze skądś wieje,
Wieje najdosłowniej,
Nuda wieje ze sceny
Publiczność z widowni
Jan Czarny

Plakat do filmu "Buszujący w zbożu"
Były też, a dla mnie przede wszystkim rockandrollowe i jazzowe koncerty. Pierwszy, inaugurujący występ zespołu Czerwono – Czarnych w Tomaszowie Maz., w wakacje 1961 roku, był dla mnie wielkim przeżyciem, to moja druga na żywo przygoda z rock’n’rollem. W kolejnych latach występowały na tej scenie inne zespoły, między innymi Skaldowie, dixielandowy Tiger Rock, Niebiesko-Czarni, No To Co, Trubadurzy. Scena kina „Włókniarz” długo służyła miastu na tego rodzaju imprezy, w kolejnych latach rolę tę przejmowały nowo powstające w mieście obiekty, jak Hala Sportowa „Lechii”, muszla koncertowa w parku XX-lecia (dziś Park Solidarności). Do czytelni ZDK „Włókniarz” przyciągał szczególnie miesięcznik Ameryka i wiele innych czasopism tzw. fachowych, w tym muzycznych, niedostępnych w normalnej sprzedaży w kioskach Ruch. Nakłady wydawnicze, na które było ogromne zapotrzebowanie społeczne, były tak niskie, że nie docierały do kiosków. Dystrybucja prasy o której mówię, była wielce korupcyjną, jak większość towarów w tym kraju. Gdyby nie czytelnie nie wiedziałbym, że takie tytuły istnieją a wiele niepoczytnych dzienników i tygodników o dużych nakładach, odsyłano do dystrybutora z przeznaczeniem na „przemiał”. Podobnie było w bibliotekach np. wielkie hity literackie amerykańskich pisarzy, jak Johna Salingera „Buszujący w zbożu” czy Erskinea Caldwella „Poletko Pana Boga” znikały i nie powracały na półki, tak było z wieloma innymi, obyczajowo i politycznie, poczytnymi tytułami. Czy wypożyczający książki przywłaszczali egzemplarze? Czy decydenci partyjni wycofywali tytuły z czytelniczego obiegu? Nie znam odpowiedzi. Myślę, że tego typu utrudnianie słuchania Rock’n’Rolla, czytania „wolnej” literatury i prasy, słuchania radia Radia Luxemburg, Wolnej Europy, BBC czy Głosu Ameryki, oglądanie w kinach filmowego neorealizmu (sztucznie podnoszono wiek oglądalności, dozwolone od lat 18), skutkowało zupełnie odwrotnie od zamierzonego celu, na korzyść duchowych przemian tomaszowskiej młodzieży. Zawsze tak było, że „zakazany owoc” wyzwalał bunt samo decydowania, zwyczajną ludzką ciekawość i prowadził do osiągania osobistej wolności.


Chytrzy płynęli z prądem,
Chytrzejsi szli sucho lądem.
Stanisław Jerzy Lec
Żeby być kimś
Trzeba być sobą
Stanisław Jerzy Lec.



Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.



środa, 30 sierpnia 2017

Darek Kowalski - Krzysztof "Puma" Piasecki "Backward Forward"

Krzysztof Puma Piasecki Fot. Agata Jankowska
"Krzysztof "Puma" Piasecki - mistrz tempa i rytmu, posiadacz gitary, która w jego rękach śpiewa, skarży się, krzyczy, drze się czasem, bywa, że płacze. O takiej gitarze mówi się, że jest elokwentna". Tak o wirtuozie opowiedział Marek Gaszyński. Również wirtuoz ... tyle że dziennikarstwa muzycznego. Miałem okazję współpracować zarówno z Markiem, jak i z Krzysztofem. Za każdym razem było to duże wyzwanie, ale i adekwatna do wysiłku satysfakcja. O benefisie autora "Snu o Warszawie" pisałem w jednym z poprzednich felietonów. W tym chciałbym opowiedzieć o płycie "Pumy" pt."Backward Forward", której jestem wydawcą. Poprosiłem Krzysztofa, aby przybliżył Państwu ten album, opowiedział o kulisach jego powstania. Artyści nie zawsze chcą zdradzać swoje tajemnice. Tym razem się udało: "Po płycie "Illusion", która jest kompletnie z innego świata, wróciłem do moich korzeni, czyli do ostrej rockowej gitary z jazzującą frazą, rozszerzoną harmonią i bluesową nutą". Tymi słowami rozpoczął swoją opowieść. Kontynuując wspominał: "Nagrywając "Backward Forward" pozwoliłem sobie na mały eksperyment. Ponieważ żyjemy w XXI wieku a technologia zero-jedynkowa zdominowała nasze życie, nagrałem tę produkcję w większości domowym sposobem.

Charlie Green & Krzysztof Puma Piasecki fot Agata Jankowska
Zastosowałem bardzo dobre próbki loopów perkusyjnych, które pisałem razem z Andrzejem Ruskiem i Arkiem Kondrowskim. Wysyłaliśmy sobie tracki i korygowaliśmy je telefonicznie. Jest to kolejne doświadczenie i zarazem fajna zabawa". Podsumowując dodał: "Płyta jest bardzo dojrzała. Wszystkie utwory są mojego autorstwa. Myślę, że solówki są wyważone i spójne. Zachowałem charakterystyczne brzmienie i dźwięk. Osobiście uważam ją za najlepszą w mojej dyskografii"


Opowiadając o płycie, Krzysztof Piasecki nie zapomniał o współtworzących ją artystach: "Z basistą Andrzejem Ruskiem znamy się od wielu lat. To bardzo wszechstronny, elastyczny muzyk. Przede wszystkim ma coś takiego, co najbardziej sobie cenię - SWING!!! Jest prawdziwym artystą i do tego świetnym realizatorem dźwięku. Charli Green - piękna bebopowa fraza, kolorowy ton na trąbce. Prawdziwy korzeń jazzu. Wspaniały muzyk i przyjaciel. Tadeusz Leśniak - keybords. Ze smakiem uzupełnia harmonię na płycie. I na koniec moja córka - Kasia "Puma" Piasecka. Dołożyła wokal. Bardzo mi zależało na podbiciu melodii, szczególnie tematu, śpiewem. Barwa Kasi fajnie się wkomponowała w całość płyty, która jest dzięki niej bardziej melodyjna i kolorowa".

Darek Kowalski



Autor:


Darek Kowalski - kolekcjoner i wydawca płyt. Właściciel Hard Rock Pubu Pamela oraz HRPP Records w Toruniu. Felietonista toruńskiego tygodnika TORONTO. Od siebie dodam, iż jest dla mnie niedoścignionym wzorem właściciela klubu muzycznego, któremu zależy na tym, aby ludzie, którzy postanowili spędzić swój wolny czas na słuchaniu muzyki, nie byli zatruwani miernotą, tandetą i obciachem, ale aby po wyjściu chcieli wrócić do niego jak najszybciej. Spotkałem go w Toruniu i Londynie. Oba spotkania wspominam ogromnie miło.

Lion Shepherd – Dream On


“stand by your friends
arm by arm till the very end”
“Dream On” Lion Shepherd

“Dream On” to utwór, który na płycie Heat wyróżnia się nie tylko muzycznie. Zupełnie nowego znaczenia nabiera w połączeniu z teledyskiem. Film zabiera widza w świat pokoju i wojny. Klasyczna animacja miesza się ze zdjęciami syryjskich miast, niszczonych przez działania wojenne i pokazujących tragedię żyjących w nich dzieci. Historia, która rozgrywa się w animacji płynie wprost ze słów piosenki – o sile przyjaźni i wspólnych marzeń, o pozostaniu sobą i o trwaniu przy swoich ideałach. Dziecko, ze swoimi marzeniami, może kiedyś będzie mogło zmienić świat. Ale wojna, jak nic innego, może te marzenia zburzyć, a samo dziecko – tonie. Wystarczy jednak, że ktoś wyciągnie do niego rękę, zrobi dla niego miejsce w swoich marzeniach, w swoim świecie i dziecko nabiera siły, żeby wypłynąć. Nabrać powietrza.


Nawiązanie do tragedii, która od dawna rozgrywa się w Syrii jest naturalna dla Lion Shepherd. Twórca i lider zespołu - Kamil Haidar - spędził część dzieciństwa w Syrii, skąd pochodzi jego ojciec. Problem ofiar tej bezlitosnej wojny jest mu bardzo bliski. Niełatwo mu pogodzić się z powszechnym brakiem wrażliwości na cierpienie syryjskich dzieci i ich rodziców. Teledyskiem chciał pokazać, że marzenia wszystkich dzieci są podobne – spokojny dom i szczęśliwa rodzina. I jak łatwo je zniszczyć. I że wystarczy tylko wyciągnąć rękę… Aż chce się krzyknąć: wyciągnijmy rękę!


reżyseria, ilustracje
Wojciech Ostrycharz.
animacja postaci
Wojciech Ostrycharz & Oleh Ridzel