czwartek, 31 maja 2012

Euro-Polisz Czart w poznańskim Radio Merkury

Z Mariuszem Kwaśniewskim na poznańskiej Starówce
Dziesięciodniowe wojaże po nierównych polskich drogach na kilka dni przed rozpoczęciem EURO 2012 dobiegły końca. Na dzień przed  moim odlotem do Luton ponad 50 tysięcy słuchaczy poznańskiego Radia Merkury dowiedziało się, że dzięki małej brytyjskiej rozgłośni pod Londynem, Polacy mają swoją godzinną audycję, a za zaproszenie do programu niniejszym dziękuję dziennikarzowi  Radia Merkury – Mariuszowi Kwaśniewskiemu. Poniżej prezentuję zapis rozmowy, która odbyła się w audycji na żywo 30 maja pomiędzy godziną 19:30, a 20:00 czasu polskiego. Dzięki uprzejmości Mariusza, rozmowa ta zostanie wyemitowna na falach Radia Verulam już  podczas najbliższej audycji w dniu 11-go czerwca jak zwykle o 21:00 czasu UK (22:00 w Polsce)

-Witaj Sławku.

-Witam Ciebie Mariuszu, witam wszystkich Słuchaczy.

-Może Cię przedstawię. Od kilku lat mieszkasz w Wielkiej Brytanii. Wcześniej był Wrocław, a obecnie na Wyspach prowadzisz radio. 

-Tak. Jest to taka mała audycja - jedna godzina w tygodniu w każdy poniedziałek o godz. 21:00 w Wielkiej Brytanii, 22:00 w Polsce. Nazywamy się "Polisz Czart", a wszystko odbywa się na antenie Radia Verulam w maleńkim, ale za to uroczym miasteczku St. Albans pod Londynem.

-Przyjechałeś na trochę do Polski. Jak oceniasz przygotowania do Euro? Wiem, że byłeś dopiero co w Warszawie.

-Jeżdżę trochę po Polsce.

-Wrocław też musiałeś odwiedzić, bo to Twoje miasto.

środa, 30 maja 2012

Krystian Fijałek - laureat II notowania Polisz Czart i jego niezwykle czartowska nagroda

Już po raz drugi mam nieukrywaną przyjemność przedstawić laureata głównej nagrody naszego poliszczartowego plebiscytu. Od podsumowania II notowania upłynęło sporo czasu, a opóźnienie w prezentacji zwycięzcy wynikało z powodu mojego 10-dniowego pobytu w Polsce, którego jednym z ważnych momentów był właśnie zakup nagrody w salonie Empiku dla naszego laureata. Tym razem główna nagroda w postaci płyty CD nie trafi na daleką północ UK jak miało to miejsce dwa miesiące temu. Zwycięzcą wyłonionym jak zawsze drogą losowania został bowiem mieszkaniec… St. Albans Krystian Fijałek, który jak sam o sobie mówi jest zdeklarowanym fanem wyścigów motocyklowych na żużlu zwanych z angielska speedway’em i jest to jego największa pasja. Krystian lubi zapach metanolu, dźwięk rozgrzewających się silników i drobiny żużlu unoszące się nad stadionem. Jest kibicem Falubazu Zielona Góra.

Jego ulubione gatunki muzyczne to hip hop, reggae i rock, a zespoły których słucha najczęściej to powstała w roku 1988 hip-hopowa grupa z Los Angeles Cypress Hill oraz składająca się z ośmiu MC pięć lat młodsza nowojorska formacja Wu-Tang Clan. Krystian lubi także słuchać rapcorowo - nu metalowej grupy Limp Bizkit oraz nowojorskiej formacji Beastie Boys, której wpływ na współczesną muzykę rozrywkową jest widoczny na każdym niemal kroku (u nas widać to choćby w dokonaniach Fisza i Emade). Na polskim rynku muzycznym faworytami Krystiana są legendarne formacje hip-hopowe - powstały w roku 1994 Kaliber 44, o 4 lata młodsza Paktofonika oraz zestawiony 9 lat po jej rozpadzie Pokahontaz. Nieobcy są mu również warszawscy raperzy: Wojciech Sosnowski znany jako Sokół oraz 3 lata młodszy Paweł Kapliński bardziej znany jako Pezet.

Mam nadzieję, że najnowszy (jeszcze ciepły) album znanego rapera TeDe pod niezwykle czartowskim tytułem MefistoTEDEs, którego okładkę przedstawiam obok, to trafiony przeze mnie wybór. Krążek gatunkowo odpowiada bowiem muzycznym fascynacjom Krystiana, a dodatkowo swoim tytułem spowodował, że poczułem coś w rodzaju czartowskiej solidarności z tym wydawnictwem ;-) Tytułowy MefistoTEDEs, nawiązuje do postaci stroniącego od światła dziennego, żyjącego w mroku i siejącego strach Mefistofelesa i idealnie pasuje do mrocznego oblicza TeDe - zdeklarowanego amatora nocnego trybu życia (czyżby ulubionego także trybu Krystiana, sądząc po piosence "Ostatnia nocka" z jego ulubionej dziesiątki???).

Oto polski TOP 10 wszechczasów według Krystiana:
Mr.Zoob - Mój jest ten kawałek podłogi
Andrzej Rosiewicz - Wieje wiosna ze wschodu
Lady Pank - Wspinaczka, czyli historia pewnej rewolucji
Maciej Maleńczuk & Yugopolis - Ostatnia nocka
Rezerwat - Zaopiekuj się mną
Oddzial Zamknięty - Obudź się
TSA - 51
Piersi - Maryna
Kult - Czarne slońca
Paktofonika - Chwile ulotne

niedziela, 27 maja 2012

Mariusz Szaban - finalista "Drogi Do Gwiazd" 2002


Mariusz Szaban  przyszedł na świat w rodzinie o tradycjach muzycznych. Po ukończeniu szkół muzycznych I i II stopnia został absolwentem wokalistyki na wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Zadebiutował w roku 1997 skomponowaną przez siebie piosenką „Mali ludzie”. Jest laureatem dwóch międzynarodowych konkursów wokalnych (w tym Discovery 2001) oraz laureatem głównej nagrody w konkursie Polskiego Radia „Mikrofon dla wszystkich” w duecie z Małgorzatą Orczyk i nagrody Polskiego Radia „Debiuty 2001” w Opolu. W roku 2002 został finalistą programu telewizyjnego „Droga do Gwiazd”. W 2005 roku wystąpił na festiwalu TVP Jedynka w Sopocie oraz na festiwalu Top Trendy jako gość specjalny. Dwa lata później na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu zaśpiewał piosenkę „Jak natchnieni” (sł. Jacek Cygan, muz. Wiaczesław Smołokowski). Do roku 2006 był kompozytorem, aranżerem oraz producentem muzycznym w najnowocześniejszym studio nagraniowym w Polsce SOUND AND MORE, którego był  współtwórcą. Wyprodukował tam min. płytę Roberta Janowskiego „Nieważkość”. Jest kompozytorem muzyki  do spektaklu audio-wizualnego „Kręgi  Europy” z okazji  50 – lecia Unii Europejskiej. W latach 2007 - 2008 współpracował z tak znakomitymi autorami światowych przebojów jak: Steve Dorff (teksty i muzyka dla Celin Dion i Barbary Streisand), Jude Friedman (autor piosenki  „Run To You”  Whitney Houston ), Keith Brown (Faith Hill) czy Terri Bjerre (Sarah Connor) oraz producentem Robem Hoffmanem (Michael Jackson, Christina Aguilera). Na polskim rynku współpracował z Ewą Bem, Piotrem Cugowskim, Kubą Badachem, Anią Szarmach, Danutą Błażejczyk i Lorą Szafran. Oprócz wspomnianego albumu Roberta Janowskiego był także producentem nagrań Roberta Rozmusa, Macieja Silskiego, Sławka Uniatowskego, Krzysztofa Herdzina, Gary’ego Guthmana, Briana Allana (przy projekcie POLAND WHY NOT... ), Jacka Piskorza, Marka Podkowy, Roberta Kubiszyna, Piotra Żaczka, Filipa Sojki, Bartoozi Wojciechowskiego, Piotra Remiszewskiego, Filipa Woźniaka, Roberta Luty, Cezarego Konrada, Macieja Mąki, Damiana Kurasza, Marka Napiórkowskiego, Patrycji Gola, Beaty Bednarz, Ireny Kijewskiej, Eweliny Kordy, Olisy Remiszewskiej, Małgorzaty Orczyk, Małgosi Kuś, Magdaleny Kuś, Szymona Makohina. Teksty do jego muzyki napisali tak znani autorzy jak: Jacek Cygan, Justyna Holm, Janusz Onufrowicz i Agnieszka Burcan. Mariusza usłyszymy 1-go czerwca podczas ARTerii Nowego Czasu w Londynie.

Złota dziesiątka polskich piosenek według Mariusza Szabana:

  1. Grażyna Łobaszewska - Czas nas uczy pogody
  2. Andrzej Zaucha - Byłaś serca biciem
  3. Grażyna Łobaszewska - Brzydcy
  4. Stanisław Soyka - Epitafium dla Mahalli Jackson
  5. Stanisław Soyka -  Niech całują Cię moje oczy
  6. Dżem - Modlitwa III Pozwól mi
  7. Krystyna Prońko - Jesteś lekiem na całe zło
  8. Sistars - Sutra
  9. Mietek Szcześniak - Między nami wojna
10. Mietek Szcześniak -   Przyszli o zmroku

czwartek, 24 maja 2012

Dan Pool - wokalista grupy Abadden - pierwszy Anglik, który głosuje na Polisz Czart!!!

Danny podczas WOŚP w Luton
Dan Pool to nietypowy Anglik. Tak bardzo zafascynowany jest  Polską, że postanowił nauczyć się naszego języka. Danny i jego koledzy z grupy Abadden to muzycy, którzy zostali okrzyknięci heavymetalowym odkryciem roku 2010 w Wielkiej Brytanii. Ich utwory przypominają stylem niektóre nagrania Slayera i wczesne dokonania grupy Metallica, a promujący ich debiutancki krążek „Sentenced To Death” dynamiczny kawałek „Atomic Devastation”, który przedstawiam poniżej, to materiał na ogromny przebój. Abadden jest formacjaą nawiązującą do najlepszych tradycji trash-metalu lat 80-tych, granego w nowoczesnym, świeżym brzmieniu.  Debiutancki album grupa z Dunstable nagrała pod fachową opieką producenta Marka Daghorna znanego z promocji takich grup jak Cradle of Filth, Mendeed i Trigger Bloodshed. Prestiżowy Kerrang Magazine porównał wręcz młodych muzyków z Dunstable do legendarnej niemieckiej kapeli trashowej Kreator. W skład zespołu wchodzą: basista John Blunt, gitarzysta Billy Robinson, perkusista James Bell oraz bohater niniejszej notki - gitarzysta i wokalista Dan Pool (przez polskich fanów nazywany "Basenem"). Danny od lat jest znakomicie zorientowany w polskiej muzyce heavymetalowej. Wielokrotnie też odbierałem  od niego sms-y pisane w połowie po polsku i w połowie po angielsku.


W styczniu 2011 roku Abadden zgodził się zagrać koncert charytatywny dla polskich dzieci i był największą gwiazdą heavymetalowego dnia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Luton, którą miałem przyjemność współorganizować.


A oto dziesiątka ulubionych polskich kawałków Danny'ego Poola:

  1. Vader - Vicious Circle
  2. Vader - Wings
  3. Vader - Sothis
  4. Vader - Out Of The Deep
  5. Behemoth - Slaying The Prophets Ov Isa
  6. Behemoth - Ov Fire And The Void
  7. Decapitated - The First Damned
  8. Decapitated - Winds Of Creation
  9. Acid drinkers - The Joker
10. Acid drinkers - Pizza Driver

środa, 16 maja 2012

Poszlim... boso (Nowy Czas nr 182)

Występ Zakopowera w Londynie (fot. Monika S. Jakubowska)
Są takie chwile w życiu dziennikarza, które każą mu się zastanowić, jak niezbędną postacią jest on dla artysty. Takie egocentryczne refleksje pojawiają się wtedy, kiedy uświadamia on sobie, że został potraktowany jak wyścigowy koń, który po długim galopie, wynoszącym artystę na wierchy medialnej popularności, zostaje pozbawiony należnej mu kostki cukru jaką jest podzielenie się wrażeniami po występie. Wywiady, recenzje, zdjęcia i medialny patronat –TAK, jak najbardziej! Rozmowa po koncercie – NIE, bo… właściwie… po co?

Zakopower był przed siedmiu laty sporym objawieniem na polskiej scenie muzycznej, a Sebastian Karpiel-Bułecka to w dodatku „niezłe ciacho” jak twierdzi moja dwudziestokilkuletnia sąsiadka. Jako że cukiernikiem nie jestem, skupię się raczej na muzycznej warstwie zagadnienia i przyznam się, iż rad jestem bardzo, że się chłopcy przed laty skrzyknęli i postanowili wspólnie pomuzykować, bo nie tylko kapela gro piknie, ale i publika dudki na płyty radośnie wydaje.

Nie bardzo jednak to brzmienie z płyt słychać było 13-go maja w londyńskim HMV Forum. Początek koncertu sprawiał nawet wrażenie, jakby muzycy zamiast grać, stroili instrumenty i sprawdzali, czy dobrze każdego z nich słychać. Przez ponad połowę koncertu wokal Sebastiana przebijał się niczym kilof przez niewidzialną ścianę instrumentów, a sekcja rytmiczna brzmiała jakby była umieszczona w studni. Pozbawiony dynamiki dźwięk był płaski jak naleśnik, a z różnych części sali dało się słyszeć głosy: „Gdzie są basy???” Żal mi było muzyków, którzy na scenie robili co mogli, aby publiczność zapamiętała ich dobrze, ale nie żal mi było „fachowca”, który odpowiadał tego dnia za akustykę.

Osobnym tematem jest frekwencja. Nie wiem, kto w sztabie Zakopowera miał wizję, że na ich gig przyjdą te same tłumy, jakie co roku można zobaczyć na koncertach Kultu, T-Love czy Lady Pank, ale wiem, że ów człowiek musiał uwierzyć tak bardzo we własną propagandę, jak ci, którzy w 1989 roku uwierzyli, że naród zagłosuje na listę krajową. Nie od dziś wiadomo, że wartościowa muzyka, to nie zawsze ta, na którą przychodzą tłumy (choć bardzo bym chciał aby tak było). Jestem w stanie zrozumieć niezadowolenie z finansowej porażki. Przyjmuję nawet do wiadomości wszystkie braki techniczno-organizacyjne i darmowe rozdawanie biletów na lewo i prawo tuż przed koncertem. Nie potrafię tylko zrozumieć postawy muzyków. Kilka minut po występie cudem udało mi się krzyknąć z odległości kilku metrów do najprzystojniejszego (podobno) faceta RP, że jestem z prasy i chciałbym zamienić z nim kilka słów. Sebastian podpisując płytę wskazał na managera, który krzyknął w moją stronę magiczne słowo: „CZTERY!”, co oznaczało jak się potem dowiedziałem, że dostanę cztery minuty na rozmowę i dodał: „Będziemy za chwilę w pubie, zaczekajcie przy wyjściu”. Nie bardzo wiedzieliśmy ani ja ani inni zadziwieni obrotem sprawy inni dziennikarze o jakie wyjście chodziło panu menedżerowi, bo wyjść w HMV Forum jest kilka, a puby w najbliższym otoczeniu były przynajmniej dwa, z czego jeden już zamknięty, a z drugiego wyproszono nas tuż po przekroczeniu progów, bo właśnie go zamykano. Dowiedziałem się potem, że muzycy spotkali się z pewną grupą - wyznaczoną nie wiedzieć z jakiego klucza - medialnych wybrańców na piętrze tego samego budynku, w którym tak dzielnie walczyli wcześniej z nieznośną akustyką.

A występ? Muzycy świadomi problemów z nagłośnieniem, robili wszystko, aby pospolite ruszenie zgromadzonych na sali widzów zabrało ze sobą do domu jak najlepsze o nich wrażenie. Oprócz instrumentalnych solówek Sebastiana, który brawurowo łączył swój charakterystyczny wokal, z grą na skrzypcach i kobzie, mieliśmy także okazję oklaskiwać taneczne popisy instrumentalistów, które w polskiej świadomości od zawsze stanowiły istotę występu podhalańskiej kapeli. I nawet jeśli w krótkiej rozmowie dla Nowego Czasu, która ukazała się w poprzednim numerze, Sebastian odżegnywał się od stwierdzenia, że Zakopower gra muzykę gór, to góralskiej duszy u każdego z nich trudno było nie zauważyć. Znakomity poziom instrumentalistów, którzy w większości są muzycznymi samoukami, jest kolejnym dowodem na to, że Góral z muzyką w sercu się rodzi, a tradycji muzykowania w podhalańskich rodzinach od wieków przekazywanej z pokolenia na pokolenie, można by się zapewne doszukać w gąszczu DNA.

Mam takie marzenie, aby dane mi było jeszcze kiedyś ponownie stanąć naprzeciw sceny, na którą wyjdzie Zakopower. Bardzo chciałbym zobaczyć perfekcyjnie przygotowany występ tego zespołu, który nie będzie jedynie małym fragmentem jakiejś trasy koncertowej i który stanie się wydarzeniem, pokazującym jak wspaniale może brzmieć ten zespół, jeśli zapewni mu się wszystkie warunki, które są dla artysty niezbędne, aby na scenie mógł dać z siebie wszystko.

wtorek, 15 maja 2012

Marysia Fenrych (Nowy Czas nr 182)

Mój październikowy artykuł z okazji piątego jubileuszu Nowego Czasu, otwierają słowa: „Wszystko zaczęło się od Włodka Fenrycha”. Stwierdzenie to jest jak najbardziej prawdziwe, ale tylko w odniesieniu do kontaktów ze środowiskiem skupionym wokół Teresy i Grzegorza. Mój emigracyjny NOWY CZAS rozpoczął się znacznie wcześniej, a w tym wymiarze wszystko zaczęło się od… Marysi.
Po pierwszych trudnych miesiącach adaptacji w maleńkim Hatfield, wczesną wiosną 2005 roku postanowiłem odnaleźć katolicką parafię. Kościół pod wezwaniem św. Piotra na Bishops Rise już od wejścia zrobił na mnie miłe wrażenie, a krzątające się tuż przy wejściu panie uśmiechały się życzliwie. Jedna z nich podała mi parafialny biuletyn informacyjny, a ja nieco zakłopotany zapytałem: -Przepraszam. Od niedawna jestem w Anglii. Gdzie mógłbym nabyć tekst mszy? -Skąd jesteś? – usłyszałem pytanie. -Z Polski. -To się dobrze składa. Jest tu jedna Polka. Zaraz ją zawołam.
Po chwili ujrzałem niewysoką kobietę o jasnych włosach z ciepłym uśmiechem na twarzy i szczerym spojrzeniem. W trakcie mszy zwróciłem także uwagę na długowłosego wysokiego mężczyznę, grającego na gitarze w parafialnym zespole i śpiewającego z wyraźnie słyszalnym słowiańskim akcentem. Godzinę później w przykościelnej kawiarence dowiedziałem się, że są małżeństwem. W domu Marysi i Włodka bywałem bardzo często. Poznałem ich dzieci, sąsiadów i znajomych. Przed każdym wspólnym posiłkiem zawsze na kilka sekund chwytali się za ręce, a zwyczaj ten przekazali wraz z polską mową urodzonej już na angielskiej ziemi trójce dzieci. Marysia mimo wieloletniej walki z chorobą zawsze była niezwykle pogodna, a swoje cierpienie znosiła ze spokojem i godnością. Po raz ostatni zobaczyłem ją 13-go maja w ich domu. Resztką sił udało się jej posiedzieć kilkanaście minut przy stole. Była już bardzo słaba, ale jeszcze zdążyła opowiedzieć mi historię, jak to z Teresą z „Nowego Czasu” przygotowywały flakoniki na kwiaty przed mszą beatyfikacyjną Jana Pawła II w Katedrze Westminster w Londynie.
9-go maja pożegnałem Marysię w drzwiach małego kościoła św. Piotra - dokładnie w tym samym miejscu, w którym przed laty ujrzałem ją po raz pierwszy. Na emigracji bliskość nie mierzy się więzami krwi. Od lat traktowałem ich jak rodzinę w wymiarze duchowym, a tamto pierwsze spotkanie z Marysią było zarazem moim emigracyjnym „wyjściem z mroku”, które tym wspomnieniem chciałbym ocalić od zapomnienia.

Maciej Nowotny - dziennikarz warszawskiego Radia Jazz FM prezentuje jazzowe nowości znad Wisły słuchaczom Radia Verulam

Maciej Nowotny to postać doskonale znana w polskim środowisku jazzowym. Bloger prowadzący serwis internetowy poświęcony polskiemu jazzowi: www.polish-jazz.blogspot.com. Autor tekstów o jazzie publikowanych m.in. w miesięczniku JazzPress i na poratlu http://jazzarium.pl/, a także dziennikarz radiowy i autor audycji Kocham Jazz w radio Jazz FM, którą można wysłuchać w każdy wtorek w godzinach 21:00-22:00 czasu polskiego (www.radiojazz.fm.) i która jest powtarzana w niedzielę w godzinach 17:00 - 18:00. Poniższą listę swoich ulubionych polskich utworów jazzowych Maciek sporządził jakiś czas temu, z myślą o  zaprzyjaźnionym blogu Maćka Blatkiewicza, (http://litoslav.blogspot.com/). Łączy ona jak twierdzi autor dwie zalety: zawiera ambitną, lecz przystępną muzykę i promuje młodych polskich wykonawców co jak sam przyznaje leży mu na sercu. Filmikom towarzyszą krótkie notki o każdym wykonawcy, a całość możecie znaleźć pod adresem: http://kochamjazz.blox.pl/2012/02/Single-mlody-polski-jazz-2011.html
Blog Macieja Nowotnego zawiera ogromną ilośc recenzji i jest prowadzony w języku angielskim, dzięki czemu stanowi źródło wiedzy o naszym jazzie dla wielbicieli tego gatunku rozsianych po całym świecie. Blog Maćka jest znakomitym kompendium wiedzy na temat historii polskiego jazzu, a jednocześnie przedstawia wszystkie współczesne trendy tego gatunku w naszym kraju, nie stroniąc od propagowania muzyki, która  osadzona jest w szeroko pojętej stylistyce umiejętnie łączącej jazz, rock, pop z niebanalną muzyką taneczną. Nie tak dawno Maciej Nowotny dołączył do tych, którzy w ramach współpracy z blogiem "Muzyczna Podróż" przedstawiają dziesiątkę swoich ulubionych polskich utworów, którą polecam wszystkim słuchaczom polskiej audycji radia Verulam.
Zachęcając do lektury bloga Macieja Nowotnego, przypominam jego adres:

       A oto złota dziesiątka Macieja Nowotnego, promująca młodych polskich jazzmanów:
  1.       Kamil Szuszkiewicz – Pavana
  2.       Profesjonalizm – Długi
  3.       Niski Szum – Blues From The Green Hills
  4.       Maciej Trifonidis – Roots
  5.       Jachna/Buhl  - Zmeczony łoś
  6.       Daktari – Hiszpan/Dogs Of war
  7.       Levity – Afternoon Delight
  8.       Contemporary Noise Sextet – Ghostwriter's Joke
  9.       Light Coorporation - Rare Dialect
10.       Monika Borzym – Appletree

Laureatki programu z Moniką S. Jakubowską


Ola Gala 
No i porobiło się...  Doczekaliśmy się naszego poliszczartowego 5-10-15. Obie zdobywczynie nagród ufundowanych przez Monikę S. Jakubowską, którą gościłem niedawno w studio Radia Verulam, są nastolatkami. Poza tym obie mają popularnych wśrod naszych słuchaczy tatusiów. Nagrodę główną - sesję fotograficzną w wykonaniu Moniki S. Jakubowskiej, której dodatkową atrakcją będzie obecność na planie zdjęciowym dwóch specjalistek od pięknego wyglądu - Joli Zgłobickiej i Moniki Świątek zdobyła Ola Gala, natomiast oprawione zdjęcie  z cyklu Street Photography wykonane przez bohaterkę ostatniej audycji ze specjalną dedykacją otrzymuje Dorotka Bogusz.

Ola Gala ma lat 15. Urodziła się we Wrocławiu, a do Londynu przyjechała jako mała dziewczynka. Muzyka zawsze była i ciągle jest obecna w jej domu i  jak sama to określiła  w jej kierunku ciągle podąża. Jej ulubionym instrumentem jest gitara, na której gra oraz komponuje muzykę pisząc do niej własne teksty. Ola nie po raz pierwszy jest laureatką konkursów ogłaszanych na naszej antenie. Jest bardzo uważną słuchaczką, która uwielbia brać udział w radiowych quizach. 12-go marca wygrała ufundowany przez Katy Carr film "Kazik and The Kommander's Car". Obecnie Ola pracuje nad swoją pierwszą płytą i ma nadzieję, że zdjęcia wykonane przez Monikę S. Jakubowską podczas wygranej sesji ozdobią jej okładkę. Debiutancki krążek zostanie nagrany w studio przyjaciela taty naszej laureatki. Dla przypomnienia. Ola pochodzi z rodziny o muzycznych tradycjach, a jej tatę gościłem w studio Radia Verulam w dniu 6-go lutego. Tomek "Galik" Gala jest byłym perkusistą zwycięzcy jarocińskiego festiwalu z roku 1988 - zespołu Zielone Żabki i nie tak dawno organizował koncert tej grupy w Londynie. Wywiad jakiego udzielił Tomek dla Nowego Czasu możecie przeczytać tutaj, a pod tym adresem macie okazję przyjrzeć się jak wyglądali muzycy Zielonych Żabek w czasach jarocińskiego sukcesu.

Dorotka Bogusz
Dorotka Bogusz ma 11 lat. Bardzo kocha sport, interesuje się nim i czynnie uprawia taekwondo oraz karate (o czym świadczy załączone zdjęcie). Marzy o udziale w olimpiadach i zdobywaniu medali, ale jest też świadoma, że aby te marzenia się spełniły, czeka ją jeszcze dużo pracy. Dodatkowo chodzi na gimnastykę, cricket i piłkę nożną. W wolnych chwilach rysuje portrety i graffiti (na razie ku radości taty tylko na kartkach papieru). Jedna z  grafik Dorotki zajęła pierwsze miejsce w szkolnym konkursie plastycznym. Muzyki słucha przeważnie w samochodzie w czasie drogi na treningi i jak napisała: "Zawsze mamy z tatą jakiś super hit, który słuchamy w drodze powrotnej non stop. Teraz króluje The Ballad Of John Henry - Joe'go Banamassy". Tato Dorotki, to jeden ze zdobywców płyty zespołu Tottus Tuus sprzed ponad tygodnia i jednocześnie fundator nagród płytowych podczas II notowania Polisz Czart. Mirek Bogusz jest od samego początku jednym z najwierniejszych słuchaczy naszych audycji, a na jego portalu Informator Hertfordshire można posłuchac niektórych umieszczonych przez niego programów, które miałem okazję dla Was prowadzić. Więcej o Mirku możecie przeczytać tutaj.

Dziewczynom gratuluję zwycięstwa w konkursie, a wszystkich Słuchaczy informuję, że w najbliższe dwa poniedziałki o godzinie 21:00 usłyszycie na antenie Radia Verulam polskie piosenki emitowane z automatu, natomiast na najbliższą audycję zapraszam dopiero 4-go czerwca.

piątek, 11 maja 2012

14-go maja gościem Radia Verulam będzie Monika S. Jakubowska. Specjalnie dla Polisz Czarta wywiad z Moniką przeprowadziła Aleksandra Junga.


Urodziła się w Suwałkach. Dzieciństwo spędziła w łazience, którą ojciec-artysta przy pomocy kuwet z wywoływaczem i utrwalaczem zamieniał w prowizoryczną ciemnię. Pierwsze zdjęcia DDRowską lustrzanką Exakta Monika zrobiła w wieku lat 4. W UK od 2006, w Londynie od niedawna, ale tutaj - jak mówi - znalazła swoje miejsce na ziemi. Prócz fotografii pasjonatka muzyki, kaligrafii i odkrywania Londynu. Monika S. Jakubowska jest zafascynowana przyrodą i codziennością ludzkiego życia. Dlatego pochłania ją fotografowanie ulicy. Zawsze może liczyć na nieodłączny aparat fotograficzny oraz własną cierpliwość i optymizm. W zamian otrzymuje szczery obraz otaczającego ją świata, co udowadniają jej zdjęcia. Fotografie Moniki łatwo zapadają w pamięć i od czasu do czasu przewijają się w umyśle ich odbiorcy jak niekontrolowany pokaz wirtualnych slajdów. Sprawdzone. Z wykształcenia jest anglistką. Była dziennikarka londyńskiego Nowego Czasu.

Monika jest także byłą wokalistką grupy Blues Dla Małej reprezentującej nurt poezji śpiewanej oraz zespołu Shamrock wykonującego muzykę irlandzką, wraz z którym miała okazję supportować pamiętnego zdobywcę 3-go miejsca konkursu Eurowizji z roku 2000, niezwykle popularną w Polsce łotewską grupę Brainstorm! Podczas programu zaprezentuję także kilka piosenek w wykonaniu  kilkunastoletniej Moniki S. Jakubowskiej (fot. obok) z repertuaru Blues Dla Małej .

Polska dziesiątka Moniki 
1. Hey i Bartosiewicz - "Moja i Twoja nadzieja"
2. Sztywny Pal Azji - "Wieza radosci wieza samotnosci"
3. Kult - "Arahja"
4. Obywatel GC - "Nie pytaj mnie o Polske"
5. Myslovitz & Grechuta - "Krakow"
6. Hey -"Kochaj mnie mimo wszystko"
7. Maria Peszek - "Moje miasto"
8. Kora i Soyka - "Nigdy nie zamkne drzwi przed Toba"
9. Grzegorz Turnau - "Bracka"
10. Stare Dobre Malzenstwo - "Czarny Blues o 4-tej nad ranem"

Z fotografem, wokalistką, dziennikarką, poetką, plastyczką, anglistką i radiowcem w jednej osobie rozmawia ceniona w londyńskim środowisku dziennikarskim Aleksandra Junga, o której więcej informacji można znaleźć tutaj.
 

Wywiady w założeniu są bardzo kameralne. Siedzimy twarzą w twarz z osobą, która zaraz podzieli się z nami, ze światem, swoimi przemyśleniami. Opowie o swoich sukcesach bądź porażkach. Zdradzi kilka sekretów ze swojej przeszłości. Ten wywiad, który przedstawiam słuchaczom radia Verulam, jest trochę inny. W kuchni, przy kanapkach i białym winie, nagrywane były słowa, które padły w przeciągu kilku godzin. Bardziej jako rozmowa o planach i marzeniach niż o przeszłości i odniesionych sukcesach. Bardziej jako zabawa w wywiad niż wywiad z prawdziwego zdarzenia. Bardziej szczery niż jakikolwiek inny wywiad, którego Monika S. Jakubowska udzieliła do tej pory. Zapraszam Was więc, przy kanapkach i lampce wina, do lektury o obrazach, które powstają w głowie artysty, marzeniach, których boimy się realizować i o wrażliwości na świat wokół nas.

Aleksandra Junga: Miejmy za sobą to pierwsze banalne pytanie, do jakiego jestem zobowiązana na początku. Skąd w Tobie fotografia? Jak się zaczęła Twoja przygoda z aparatem?

Monika S. Jakubowska: Momentami nie mam ochoty w zagłębianie się skąd we mnie fotografia, bo tak naprawdę fotografia zawsze była. Właściwie jest… I widzisz tu mi brakuje czasu takiego, który jest w języku angielskim i nazywa się Present Perfect czyli coś zaczęło się w przeszłości, trwa do chwili obecnej i istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie trwało nadal.

Aleksandra Junga: Dobrze to może zadam inne pytanie. Po jednej z wystaw fotograficznych ze znajomymi głośno zastanawialiśmy się nad tym czy na ścianach w swoim domu wolelibyśmy powiesić obraz czy zdjęcie. Co będzie miało dla nas większą wartość? Większość wybrała obrazy. Z różnych względów. Ty mówisz o sobie w żartach „Kobieta renesansu”. Fotografujesz, piszesz, śpiewasz, malujesz. Dlaczego wybrałaś zdjęcie, a nie obraz, skoro mogłabyś również malować?  

Monika S. Jakubowska: Czemu fotografia a nie malarstwo? Bo jest szybciej sfotografować niż namalować obraz (śmiech). Bo patrzy się inaczej. Ja patrzę zdjęciami. Gdy widzę jakąś sytuację, to gdzieś tam w głowie utrwala mi się to jako zdjęcie. To jest sprawa jakiejś wrażliwości, charakteru. Jestem osobą pełną sprzeczności. Z jednej strony jestem bardzo cierpliwa, a z drugiej brak mi cierpliwości. Widzisz ja potrafię udziać sweter. Do tego trzeba być bardzo cierpliwym... Tylko co powiesz na fakt, że ja sweter potrafię udziać w dwa dni - nie chodząc do pracy, nie wychodząc z domu. Już nie mogę się doczekać, kiedy będzie skończony. Myślę, że tak samo jest z fotografią. Chcę widzieć natychmiastowy efekt. Czy się udało, jak wygląda, jakie było światło….

Aleksandra Junga: Dokładnie tak. Przyglądając się Twoim zdjęciom, widać doskonale w jaki sposób interpretujesz świat. Czasami, patrząc na Twoje fotografie, zastanawiam się, jak udaje Ci się zaobserwować i złapać w kadr te wszystkie momenty, które przecież trwają czasami tylko kilka sekund.

Monika S. Jakubowska: Opowiem Ci teraz historię dwóch zdjęć, których nie zrobiłam, bo zabrakło właśnie tych kilka sekund na zebranie odwagi. Są to dwa zdjęcia, które mam wytatuowane w pamięci, a których nie udało mi się uchwycić, mimo tego, że stałam obok z aparatem, byłam przygotowana, obserwowałam sytuację i wiedziałam doskonale, co się zaraz zdarzy. Pierwsze zdjęcie: Londyn, ulica, stoję przy wyjściu z metra. Widzę idącego naprzeciw niewidomego człowieka. Tyłem do niego stoi młoda dziewczyna i pisze SMSa. Są od siebie w odległości ok. 30 metrów. Mam aparat w ręce. Wiem, że za chwilę niewidomy wpadnie na kobietę. Obserwuję krok za krokiem. Ona dalej pisze, on idzie ze swoją białą laską. On wpada na nią, ja nie robię nic. Jestem zblokowana. Boje się nacisnąć spust migawki bo człowiek jest inwalidą. Druga sytuacja miała miejsce w jednym ze sklepów. Przy stoisku z butami stała młoda dziewczyna bez nogi i wybierała buty. Też miałam aparat w ręce i myślę sobie: „Kurcze, no i jak ona wybierze te buty? Przecież nie można kupić jednego?” Ktoś, kto nie miałby taktu, mógłby powiedzieć: „A po co ci drugi but? Przecież masz tylko jedną nogę”. To są dwa „zdjęcia”, których nie zapomnę. Nie zrobiłam ich tylko dlatego, że sama w sobie mam bariery, których nie powinien mieć fotograf wojenny czy uliczny. Są to też te dwa zdjęcia, które w momencie zawahania wyświetlają się przed moimi oczami. Dzięki nim – zdjęciom sfotografowanym tylko okiem - dziś jest mi łatwiej naciskać spust czy mieć mniej wątpliwości.

Aleksandra Junga: Właśnie fotografia wojenna. Większość Twoich znajomych wie o niezrealizowanych jeszcze planach wyjazdu za granicę, a dokładniej wyjazdu na wojnę. Chcesz tam robić zdjęcia, choć wojnę znasz tak naprawdę tylko z filmów. Chyba że się mylę?

Monika S. Jakubowska: Rok temu, kiedy mieszkałam jeszcze w Luton, dowiedziałam się, że w mieście będzie marsz English Defence League. Jest to ugrupowanie, którego głównym założeniem jest działanie przeciwko islamskim ekstremistom. Przed pochodem w telewizji, w radio, w gazetach nawoływano, żeby pozamykać się w domach, nie wychodzić. Sklepy barykadowały się płytami, pozabijane okna i wiesz faktycznie były pustki na ulicach. Właściwie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie było to żadne zlecenie. Chciałam po prostu zrobić te zdjęcia sama dla siebie. Stojąc u czoła pochodu widziałam przed sobą tysiące pijanych facetów, kobiet, wszyscy z jakimiś plakatami, kipiących złością i krzyczących. Naprzeciw stał rząd policji konnej. Widziałam też „poważnych” fotoreporterów w kaskach, kamizelkach, z wielkimi lufami drogich aparatów. Wszyscy jakoś tak ostrożnie i z daleka. A ja taka mała, ze swoim metr 58 wlazłam między konną policję i stanęłam naprzeciw facetów, którzy machali mi pięściami dosłownie do obiektywu.

Aleksandra Junga: Nie czułaś strachu? Nie bałaś się, że możesz od kogoś dostać pałką po głowie?

Monika S. Jakubowska: Poszłam tam z premedytacją i będąc świadoma zagrożenia. Może inaczej. Nie byłam świadoma, bo nie wiedziałam jak to wszystko potoczy się dalej, co może mi się stać. Co prawda dostałam butelką w nogę. Na szczęście butelki z piwem, które były sprzedawana nie były szklane a plastikowe. W tamtym momencie, nie chce żeby to zabrzmiało górnolotnie, ale chyba zrozumiałam, co czuje człowiek, który w pewnym momencie uświadamia sobie, że ma w życiu misję do spełnienia.

Aleksandra Junga: Co to za misja?

Monika S. Jakubowska: Wtedy chciałam, żeby ludzie, których tam nie ma, dowiedzieli się prawdy. To nie jest tak, że English Defence League to grupa sprawiedliwych myślicieli, którzy chcą walczyć w słusznej sprawie. Ja widziałam bandę rozsierdzonych, pijanych mężczyzn i kobiet. Niektórzy z nich wyglądali jakby znaleźli się tam przypadkiem. Jakby ktoś wpadł do pubu i powiedział: „Chodź! Wychodzimy, bo dzieje się coś fajnego! Chodź na ulicę!”.

Aleksandra Junga: Myślisz, że jedno zdjęcie jest w stanie zmienić świat? Przekonać polityków, opinię publiczną, że coś jest nie tak? We współczesnym świecie z każdej strony zarzucani jesteśmy obrazami. Czy one mają jeszcze jakąś siłę oddziaływania?

Monika S. Jakubowska: Wierzę, że obraz jest w stanie dużo zmienić. Było trochę takich przypadków. Znasz historię jednego zdjęcia, które pomogło zakończyć konflikt i wojnę w Wietnamie? Było to zdjęcie, fotografa, znanego jako Nick Ut. Na wioskę wietnamską zrzucono bodajże samozapalające się bomby. Z domów zaczęli wybiegać ludzie. Nick zrobił zdjęcie dziewczynce, która przerażona i naga biegła w kierunku jego obiektywu . Była dlatego naga, bo spaliło się na niej ubranie. Na zdjęciu widać w jakim przeraźliwym była szoku, bólu. Za nią biegło dwóch chłopców, chyba jej bracia. Nick zrobił jedna klatkę. Rzucił aparat, wziął dziewczynkę na ręce i zawiózł do szpitala. Dziewczyna, kobieta w tej chwili, żyje do dziś dnia. Pytasz skąd fotografia wojenna? Przede wszystkim z przeświadczenia, że musi być sprawiedliwość na tym świecie, z odkrycia tej sprawiedliwości w sobie samej. Że tak naprawdę trzeba pokazywać ludziom jakie „skurwysyństwo” dzieje się wokół nas. 

Aleksandra Junga: Ciągle jednak wydaje mi się, że taki rodzaj fotografii nie dociera tam gdzie powinien. Te zdjęcia pojawiają się oczywiście na prestiżowych wystawach jak chociażby coroczne Word Press Photo, dostają nagrody. Jednak my przeciętni odbiorcy nie chcemy takich obrazów oglądać. Żyjemy w naszym prywatnym luksusie i nie zastanawiamy się nad cierpieniem ludzi umierających z głodu czy ginących na wojnie. Przekonaj mnie, że taki rodzaj fotografii ma jednak sens!

Monika S. Jakubowska: To ja ci odpowiem pytaniem na pytanie. Czy jeśli nie potrafimy bądź nie jesteśmy w stanie sami czegoś zmienić, to mamy udawać, że coś się nie dzieje, bo jesteśmy gdzieś daleko i że to nas nie dotyczy? Fakt, że mamy na rachunki i na chleb oznacza, że mamy udawać, że nie wiemy, że ktoś nie ma wody, umiera śmiercią głodową? W życiu kieruję się taką zasadą, żeby w każdym konflikcie, czy to w życiu prywatnym z bliskimi czy z pracodawcą, zawsze patrzeć trochę dalej niż czubek własnego nosa. Żeby patrzeć nie na siebie, a z perspektywy tej drugiej osoby. Jestem w stanie zrozumieć fotografa, który ma rozterki, kiedy robi zdjęcie umierającego dziecka, bo wie, że mimo tego, że temu dziecku nie pomoże w tej chwili to może to zdjęcie wywoła takie emocje, które wpłyną na przyszłość kolejnych dzieci. Opowiem Ci jeszcze historię z jednego filmu opartego na faktach „Ban Bang Club”, który opowiada historię czterech fotografów, wojennych korespondentów w Afryce. Fotografują konflikt miedzy dwoma plemionami. Mogę sobie tylko wyobrazić, że rzeczywistość była bardziej przerażająca niż to pokazano w filmie. Oglądasz film i w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że nie jest to film tylko o zabijaniu. Że tutaj chodzi właśnie o te dylematy moralne. Jedna scena z filmu. Kevin Carter-fotograf, który ma problemy z narkotykami, zostaje wyrzucony z agencji prasowej. Jedzie gdzieś na pustynię, odpocząć sobie od tego wszystkiego. Na pustyni widzi dziecko. Dziecko siedzi w kucki, a za dzieckiem siedzi sęp. Dziecko umiera bardzo wolną śmiercią głodową, a z tyłu siedzi sęp i czeka…. Fotograf robi zdjęcie, wraca z tej „wycieczki” i dostaje Pulitzera… Sława, pieniądze… Na konferencji prasowej w końcu ktoś pyta: „Co stało się z dzieckiem?” On odpowiada: „Nie wiem”. Pada kolejne pytanie: „Ale jak to? Nie pomogłeś mu? Dlaczego?” I następuje lawina pytań. Koniec jest niestety smutny. Fotograf, który zrobił to zdjęcie, popełnia samobójstwo. Nie dlatego, że nie daje sobie rady z dylematem moralnym zrobienia tego zdjęcia, co potem ściera się z prasową nagonką. Film jest naszpikowany sytuacjami, które są - może nie takim jakim znamy, ale nadal - życiem. Nie wiem jak to zabrzmi, ale ja zwyczajnie rozumiem, że można mieć dylematy moralne i myślę, że też bym takie miała. Ale jeśli odkrywasz w sobie pasję, a za tą pasją idziesz krok dalej, to odkrywasz w sobie misję, którą masz do wypełnienia, wtedy już nie masz odwrotu. Robisz to, w co wierzysz.

Aleksandra Junga: Dobrze Moniko. Cały czas opowiadasz o mężczyznach. Fotografowie wojenni –mężczyźni, reporterzy wojenni-mężczyźni. Czemu nie ma tam kobiet? Myślisz, że odnajdziesz się w tym świecie?

Monika S. Jakubowska: Wiesz co ja myślę, że nie jest to związane ani z męskim szowinizmem ani kobiecą emancypacją. Wydaje mi się, że zarówno pragnienia jak i wrażliwość w człowieku są bezpłciowe i nie można powiedzieć, że kobieta widząca wojnę będzie bardziej wrażliwa niż facet… Może wynika to z budowy naszych mózgów? Kobiety są bardziej wrażliwe, bo kobiety spostrzegają więcej szczegółów. Faceci są bardziej skoncentrowani na jednej rzeczy. Ich mózgi działają troszkę inaczej niż nasze mózgi - mózgi kobiet. Ale jest to różnica fizjologiczna, nie jedyna zresztą. Człowiek jest pięknie skonstruowaną, nie chcę powiedzieć maszyną, ale organizmem, który naprawdę potrafi dostosować się do wszelkich warunków. Pytanie tylko: Jak bardzo tego chcesz? A wiadomo, że jak się w coś wierzysz, jest łatwiej.

Aleksandra Junga: Gdy z Tobą rozmawiam to uświadamiam sobie, że często boimy się właśnie podjąć decyzję o zmianie. O tym by zacząć realizować swoje marzenia.

Monika S. Jakubowska: Każdy z nas ma marzenia i bardzo często odkładamy ja na jakieś półki, wkładamy je gdzieś do szafek pod schodami, do piwnicy, w pudła i na strych. Albo chcemy te marzenia zrealizować później albo mamy nadzieję, że ktoś w przyszłości pomoże nam wyciągnąć to pudło z piwnicy albo spadnie nam na głowę ze strychu. Mamy nadzieję, że kiedyś będziemy mieli odwagę. Pyta mnie mama, czy po wygodnej pracy w biurze, z wygodną wypłatą daje sobie radę mając prace na pół etatu i „freelancerskie” zlecania. Powiem ci, że ja czuję się w tej chwili bardziej szczęśliwa niż kiedykolwiek byłam, nawet w tym ciepłym biurze. To właśnie ta sztuka przetrwania, sztuka adaptacji i poczucie misji.

Aleksandra Junga: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę Ci, żebyś dalej z determinacją dążyła do realizacji swoich marzeń.

* W nawiązaniu do wątku EDL w powyzszym wywiadzie, zachęcam do obejrzenia moich amatorskich fotograqfii traktujących o tym, jak wyglądało Luton w przeddzień marszu, którego fragmenty mamy możliwość obejrzeć dzięki brawurze Moniki S. Jakubowskiej. Fotografie te możecie znaleźć tutaj

wtorek, 1 maja 2012

Tottus Tuus - Największa sensacja Polisz Czart 7-go maja na żywo na antenie Radia Verulam. Poniżej nigdzie wcześniej niepublikowany wywiad z twórcami zespołu.

Remi (gitara)  i  Michał (vocal)

Po nieoczekiwanym zdobyciu trzeciego miejsca przez piosenkę „Artificial Kiss” o krótką rozmowę poprosiłem Michała i Remiego Juśkiewiczów.

UWAGA!!! Michał w najbliższy poniedzialek podczas audycji rozda 5 minialbumow (EP) grupy Tottus Tuus. Sluchajcie nas uważnie.

Sławek: Gdy pod koniec roku 2010 otrzymałem od Was zgłoszenie udziału w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy w Luton i spojrzałem na nazwę, moje pierwsze skojarzenie było takie, że musicie być zespołem z kręgu muzyki chrześcijańskiej. „Totus Tuus” (przez jedno „t”) każdemu Polakowi kojarzy się z mottem pontyfikatu Jana Pawła II. Nie obawialiście się błędnych skojarzeń decydując się na taką nazwę?

Remi: Ja Michałowi od razu powiedziałem, że to on będzie się tłumaczył tysiącom dziennikarzy (śmiech).

Michał: Zdania w zespole były na ten temat bardzo podzielone, ale gdy zapytałem, czy ktoś ma inne propozycje, żadna ciekawsza nie padła. Z tą nazwą było u mnie podobnie jak z pisaniem tekstów. Pisząc słowa, lubię uchwycić jakiś moment, coś co w moim odczuciu dobrze zabrzmi. Totus Tuus znaczy przecież po łacinie „Cały Twój”. Bardzo często tę nazwę tłumaczę także słuchaczom anglojęzycznym.

Sławek: Czyli, że taka nazwa ma mówić Waszym odbiorcom: jestem cały Wasz?