poniedziałek, 30 maja 2016

30 maja w HRP Pamela wystąpi supergrupa Czarny Pies

fot. Agata Jankowska
fot. Agata Jankowska
W poniedziałek 30 maja 2016 roku w Hard Rock Pubie Pamela wystąpi supergrupa Czarny Pies. Zespół złożony z gwiazd polskiego rocka, bluesa i jazzu z założenia na każdym koncercie występuje w odmiennym składzie, prezentując indywidualny program. Na scenie Hard Rock Pubu Pamela zagrają instrumentaliści posiadający status wirtuozów: Leszek Winder, Krzysztof Ścierański, Ireneusz Głyk, Jan Gałach, Mirosław Rzepa i Michał Kielak. To jednak nie wszystko - wieczór otworzy grupa Keith Thompson Band. Jest to zespół cenionego brytyjskiego wokalisty i gitarzysty współpracującego z toruńskim klubem od 2006 roku. Przed koncertem, od godziny 17, odbędą się warsztaty gitarowe prowadzone przez Krzysztofa Toczko, w których swój udział zapowiedzieli Mistrzowie tego instrumentu z obu występujących tego wieczoru w Hard Rock Pubie Pamela projektów. W całości zapowiada się więc bardzo ciekawe wydarzenie artystyczne. Wstęp na warsztaty gitarowe jest wolny. Bilety na koncert w cenie 25 zł (przedsprzedaż) i 35 zł (w dniu koncertu) dostępne są w klubie.

czwartek, 26 maja 2016

Lista Przebojów Polisz Czart - NOTOWANIE 19 (UWAGA!!! Klikasz w tytuł pierwszej 20-ki i oglądasz teledysk!!!)




1 - - N 1 Jaruś Mama
2 - - N 1 4INT Mgła
3 - - N 1 Janusz Raptus Waściński Wszystko jest tak samo
4 43 39 5 Harmfool Piku Piku
5 30 25 2 Animators Whatever I Said Whatever
6 - - N 1 Adre'N'Alin Spring Coat
7 - - N 1 Twinpix All The My Money Is Mine 
8 - - N 1 improvised Funky Device Nutshell
9 - - N 1 Ania Loranty Jestem śniegiem
10 48 38 1 Human Bazooka The Day After All
11 23 12 1 ANN Zerwanie kontaktu bojowego z życiem
12 - - N 1 Believe Veils
13 42 29 1 Lipali Popioły
14 - - N 1 Chaos Twoja walka
15 - - N 1 Koniu Opowiem ci historie
16 - - N 1 Regres Group Strażak OSP
17 - - N 1 Srogo Laila
18 26 8 1 Fisz Emade Ttworzywo feat. Justyna Święs Ślady
19 - - N 1 Vökuró Mad Blake
20 - - N 1 Daniel Trigger Unbreakable
21 - - N - Bifrost Bezkarnie
22 - - N - Nocny Kochanek Andżeju
23 - - N - Szepty i Krzyki  Nieprzyzwoicie kolorowe
24 - - N - Kolorofonia  Niemożliwe nie istnieje
25 - - N - Polska B Trzecia rano
26 49 23 1 Kazik i Kwartet ProForma Kalifat 
27 34 7 - Kaatakilla Zawrzeszczeć ciszę
28 - - N - Mirosław Czyżykiewicz Serce jest twoje
29 - - N - Funkologia Kiecka
30 - - N - Scream Maker Far Away
31 50 19 2 Syndrom Kreta Luzak
32 32 - - 2 The Broken Bridges Endless Road
33 - - N - Bunsch Ojciec i Syn (Mieszko I vs Chrobry)
34 - - N - Lor Windmill
35 - - N - Runika Ogień i woda 
36 35 -2 1 Variete Polska B
37 - - N - Power Of Trinity Faza REM
38 25 -13 - Bartek Grzanek Jak Duch
39 - - N - Tipsy Train We śnie
40 - - N - Monika Lidke & Krzysztof Napiórkowski Idę miastem
41 29 -12 - Catself ft. Saint Nicholas Orchestra Alien Vampiress Is Fitting In
42 - - N - Curcuma Nigdy siłą argumentuj  
43 - - N - Octavia Kiedy Powiesz
44 - - N - Marek Andrzejewski A może jednak by się
45 - - N - Pora Wiatru Miasto Splonie
46 - - N - The Cookies Housewife
47 - - N - Gabinet Looster Ziemia
48 - - N - Reszta Pokolenia Reszta Pokolenia
49 - - N - Piotr Krakowski Coconut Drink
50 - - N - Czakulec Szukaj

wtorek, 24 maja 2016

Wiesław Kaczmarek rozmawia z Gwiazdami: Piosenką trzeba błysnąć - rozmowa z Marcinem Świetlickim / Kawiarnia Baszta - Ostrzeszów

Wiesław Kaczmarek. Dziennikarz niezależny/Dziennikarz Obywatelski. Mieszkam w niedużym mieście OSTRZESZÓW w Wielkopolsce. W naszej miejscowości i regionie bardzo dużo się dzieje w Kulturze/muzyka – malarstwo – poezja – fotografia – historia i inne. Ostatnio regularnie umieszczam artykuły w gazecie: Nasze Strony Ostrzeszowskie oraz w prasie regionalnej. W tej redakcji znajdują się dziennikarze, którzy chcą ze mną współpracować oraz drukować w swej ciekawej gazecie moje artykuły. Interesuje mnie głównie fotografia reporterska. Brałem udział w dwóch wystawach fotograficznych. Na przełomie Lutego/Marca 2016 planowana jest moja wystawa Fotografii w Ostrowie Wlkp/Galeria 33. Urodziłem się w 1953 roku. Moja młodość to Wrocław lata 1970/81. Spotkania, koncerty w Piwnicy Świdnickiej – Klubie dziennikarza – Szklanym Pałacu / studenckim. Wspomnienia zespołów PAKT oraz ROMUALD & ROMAN, OSJAN, koncerty Cz. Niemena w Filharmonii  oraz sławny – Jazz nad Odrą. Tam też poznałem osobiście czołówkę gwiazd kina: B. Łazukę – K. Sienkiewicz – T. Rossa / podczas kręcenia filmu MOTOCROS. Czuję się wspaniale, młodo i chętnie rozmawiam z piosenkarzami, aktorami, ludźmi sztuki i fotografii. Jestem szczęśliwy i radosny.


23 kwietnia w ostrzeszowskiej Kawiarni Baszta zagrała grupa Świetliki! Za mikrofonem stanął jeden z najlepszych polskich poetów – Marcin Świetlicki.

Wiesław Kaczmarek: Na waszych koncertach sporo się dzieje. Zapytam zatem: co zaśpiewasz dzisiaj w Ostrzeszowie?

Marcin Świetlicki: Latem i zimą przedstawiam repertuar, który właściwie składa się z moich piosenek z minionych dwudziestu lat. Ale już znudziło mi się granie starych utworów. Gramy trochę z pierwszej płyty, ale już nie tak wiele jak robiliśmy jeszcze niedawno. Wiesz, tak mieszamy, mieszamy. Gramy już od roku 1992, czyli tych piosenek się nazbierało. Dzisiaj na koncercie występujemy bez pianisty, ale ta sytuacja nic nie zmieni. Same utwory na tym nie ucierpią. Będzie surowsze brzmienie, nie będzie klawiszków, ale za to dodałem altówkę i to na pewno wzbogaci koncert.


WK: Czy Świetliki to dopełnienie twórczości poetyckiej, czy próba odreagowania?

MŚ: Chyba raczej dopełnienie. Ale jednocześnie twórczość poetycka jest dopełnieniem muzyki, bo to nawzajem się wszystko dopełnia. Zadebiutowałem mniej więcej w tym samym momencie, kiedy założyłem zespół, więc to szło rączka w rączkę, jednocześnie muzyka i książki więc… właściwie nie wiem, co jest dopełnieniem czego.

WK: Czy interpretacja sceniczna własnego tekstu uwzględnia jakiś określony typ odbiorców, czy jest tylko nieskrępowaną ekspresją?

MŚ: Tutaj problem polega na tym, że jak sobie uświadamiam, kim jest publiczność, zastanawiam się… powiem tak: Próbę mamy w zakładzie dla ociemniałych i kiedyś poproszono nas żebyśmy z okazji, powiedzmy 50-lecia tego zakładu, razem z tymi zespołami, które mają tam próby, dali okolicznościowy koncert, zagrali na takiej majówce. I właśnie, trudno było sobie nie uświadomić, że gra się dla ludzi, którzy nie widzą. Można było wtedy pomyśleć o innej ilustracyjności dźwięków, ale z drugiej strony byłoby to oszustwem zmieniać muzykę ze względu na słuchacza. Oczywiście niektóre sytuacje to wymuszają. Gdybyśmy grali dla dzieci, to powstrzymywalibyśmy się od rzeczy brutalnych i nieprzyzwoitych treści. Gdybyśmy grali dla staruszków… (śmiech) Najczęściej występuję w ciemnych okularach, nie tylko dlatego, że mam światłowstręt, ale żeby nie widzieć publiczności. Bo jak skupiłbym się na kimś z widowni i zaczął myśleć nad tym, jak to on odbiera, to dopiero zaczęłyby się problemy. Staram się, mówiąc coś do mikrofonu, nie widzieć publiczności. Najczęściej pod tymi ciemnymi okularami mam zamknięte oczy, bo właściwie tak naprawdę gadam do siebie. Jak człowiek zaczyna za bardzo zauważać publiczność i za bardzo liczyć się z publicznością, to wtedy się trochę ogranicza!


WK: Do jakiego stopnia przygotowanie płyty przypomina pracę nad złożeniem tomiku poetyckiego?

MŚ: To jest bardzo podobne. Głównie to ja się zajmuję kolejnością piosenek na płycie, bo każda płyta powinna opowiadać jakąś historię, powinna kończyć się jakąś puentą. Piosenka otwierająca i kończąca płytę to bardzo istotne decyzje. Wiadomo, że piosenka, która jest powiedzmy przebojowa, powinna znajdować się na początku. Taka jest zasada. A układanie książki w sumie też na czymś takim polega. Zarówno płyta, jak i książka ma opowiedzieć jakąś historię, to podobna praca i podobny mechanizm. Mimo wszystko jednak chyba trudniej jest pisać teksty do piosenek – jak nie zawierają jasnego przekazu, to się nie liczą. A z wierszami nie jest trudno. Wiersz może być tajemniczy, może być niejasny. Czytelnik, czytając tomik, ma więcej czasu na zastanowienie się, rozebranie słów. Natomiast piosenką trzeba błysnąć, przekazać szybko następną. Dlatego są trudniejsze.


WK: Sukces mariażu Świetlików z Bogusławem Lindą często nasuwa pytanie o to, jacy jeszcze aktorzy wpisaliby się w charakter Waszej twórczości? (może Krzysztof Majchrzak, Andrzej Chyra?).

MŚ: Zdarzyło nam się też występować z Arkadiuszem Jakubikiem, było to we Wrocławiu. Był świetny, znakomity. W Krakowie z panem Krzysztofem Globiszem. To była ta sama piosenka, którą Linda wykonywał, i interpretacja Globisza była zatrważająco inna od interpretacji Lindy, bardzo ciekawa… On strasznie wrzeszczał, robił to bardzo ekspresyjnie. Pan Bogusław Linda był wyciszony, elegancki, a Globisz – straszna energia. To było dla mnie duże przeżycie. Jakubik też wulkan. Choć wykonał na scenie inną piosenkę. A przed laty z panią Grażyną Trelą wykonywaliśmy jeden utwór i to też było bardzo ciekawe doświadczenie. Aktorzy są zwierzętami scenicznymi, potrafią zagrać nawet rolę wokalisty i to jest ciekawe obserwować ich w takich wcieleniach. Linda się pojawił dlatego, że uważaliśmy, iż on tylko może to dobrze zrobić. Wielu polskich aktorów byłoby w stanie być naszymi wokalistami, zwłaszcza że dużo śpiewania u nas nie ma, więcej wrzeszczymy. Wracając do podanych przez pana nazwisk: Majchrzak, Chyra byliby naprawdę nieźli. Przypomnę też, że w jednym z naszych występów śpiewała z nami pani Edyta Jungowska. Ja nigdy tego wykonania nie słyszałem, ale ci, co słyszeli, zapewniają, że była bardzo ciekawa. Nasze utwory – tak uważam – nadają się na tzw. piosenkę aktorską, dziwi mnie nawet, że nikt nie zrobił takiego recitalu. W jednym z warszawskich teatrów zrobiono cały spektakl, ale się na tyle wstydziłem, że nie pojechałem na jego premierę. Podobno to było niezłe, ale mój wstyd nie pozwolił mi tam być. Takiej dwugodzinnej dawki słuchania swoich tekstów bym nie wytrzymał. Słyszałem kiedyś fragment w radiu, ale byłem tym przerażony, bo to za dużo Świetlickiego na raz.


WK: Czy obecność Świetlików na rodzimej scenie miała być w zamierzeniu buntem przeciw skostniałej konwencji tzw. poezji śpiewanej?

MŚ: Nie myśleliśmy wtedy, że to jakiś bunt, raczej była to taka oddzielna ścieżka, no bo nigdy nie byłem fanem poezji śpiewanej. Zawsze mnie to drażniło, było takie słodkie. W Polsce w ogóle słabo było z tą tradycją. W Ameryce poeci się garnęli do muzyków, było ich mnóstwo. Natomiast w Polsce jak ktoś już śpiewał poetyckie teksty to była to gotowa poezja, jak Niemen śpiewający Norwida czy podobne. A poeci śpiewający byli rzadkością. No, Stachura śpiewał, ale on trochę słabym był wokalistą. W każdym razie nie było wielkiej tradycji. Zaczynaliśmy od początku, od nowa. O, jeszcze Ciechowski jako młody człowiek pisał wiersze i jakoś wystartował jako lider Republiki i jako poeta. Jego teksty były ciekawe i nietypowe. Ale to było coś innego niż to, co my robimy. Ja nie jestem super wokalistą, więc moje śpiewanie musiało być inne. W ogóle na całym świecie jest tak, że dobrych tekstów jest mało, nie wiem czy to wina poetów, czy wokalistów. Dlatego najczęściej, jeżeli ktoś pisze dobre teksty, to sam je wykonuje. Wiesz, najczęściej piosenki są tak naprawdę o niczym. Poza tym moi koledzy poeci uważają mnie za coś gorszego, że piszę teksty dla młodzieży – główny mój target to właśnie młodzież. Ale to normalne, podoba im się, a za chwilę od tego odchodzą. Coś tam w tekstach znajdują. Ja dość jasno i wyraziście piszę. Walę im bezpośrednio, nie opłotkami. Pokazuję zło i chamstwo od dołu do góry, u władzy oraz u ludzi.


WK: Dla grupy, w której warstwa tekstowa utworów jest tak ważnym komponentem, sytuacja koncertu nie jest chyba zbyt komfortowa? Jaki macie patent na uchwycenie intelektualnego kontaktu z publicznością?
MŚ: Tak, czasem ten kontakt następuje. Może i będzie na takim koncercie jak dzisiejszy, w małych salach. Na wielkich scenach trudno o to. Właśnie w takich miejscach jak wasza Baszta pojawiają się sprzyjające warunki. Potrzeba do tego dwóch czynników, publiczności i nas. Nie ma żadnego patentu; kontakt jest albo nie – to magia chwili. Może trochę psychologia tłumu, ale nie zawsze się chce stosować tę psychologię. Czasami chce się skończyć koncert i pojechać do domu, są różne dni po prostu i czasosytuacje.

WK: Marcin Świetlicki – poeta, pisarz, razem z zespołem Świetliki jest Super! Jednak w roku 2014, chodziło o książkę JEDEN, odmówił Pan odebrania nagrody “Gazety Wyborczej”. Jaki był powód? 


MŚ: No, był powód. Chwilę wcześniej podpisałem list protestacyjny przeciwko Agorze, bo jako instytucja wytoczyła proces poecie Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi za to, że coś tam powiedział źle o Agorze. Zwrócono się do mnie o podpisanie tego listu protestacyjnego. Ja byłem wtedy pracownikiem Agory. Po podpisaniu, co wtedy wydawało mi się słuszne, od razu zostałem zwolniony z tej pracy, to była ich zemsta. A później chcieli mi dawać jakieś nagrody. Więc i ja uniosłem się honorem – zwolnili a teraz nagroda. Czułbym się sam w stosunku do siebie niefajnie, jakbym w tym uczestniczył. Zresztą ja nie przepadam też za nagrodą Nike – każdą inną bym przyjął, ale nie tę, bo widzę, że to jest raczej nagroda polityczna niż literacka. Dają po prostu swoim. Teraz jestem nominowany do nagrody Szymborskiej i chętnie ją przyjmę, nie będę protestował.

WK: Słyszałem o utworze „Złe misie”, że piosenka trafiła w sedno, czy Pan się zgadza z tym stwierdzeniem?


MŚ: Ten tekst wymyśliłem dużo wcześniej, takie sformułowanie – złe misie – i tak chodziłem z tym tekstem i nic. Myślę, że to była bardziej zabawa słowami. To, co ktoś odczytuje z tego tekstu, to jego sprawa.

WK: „Sromota” – rok 2013, określana płytą roku, utwór „Gotham”, prosiłbym coś więcej o tej płycie i utworze.

MŚ: Dla mnie to jest płyta najbardziej przemyślana. Długo wybierałem, nanosiłem na nią piosenki… bo była nagrana około 8 lat po poprzedniej. Boję się, że nie dam rady jej przebić nową płytą, ona naprawdę jest wartościowa i trudno mi będzie napisać lepsze teksty. O to się boję! Uważam, że na razie nie jestem gotowy na nową płytę. Mam taki trochę okres stagnacji. Dodam, że mam też takie dziwactwo, jak już nagram płytę, to do niej nie wracam. Nie interesuje mnie jej los i nie słucham jej. Podobnie jest z książkami, ale czasami muszę wrócić, żeby coś sprawdzić, tylko dlatego. Książka wydana i płyta wydana jest odstawiana na półkę.

WK: Na koniec proszę coś o piosence „Filandia”. 


MŚ: Piosenka miała najpierw gotową muzykę, chłopcy ją grali wielokrotnie na próbach. Widząc, że było to chwytliwe pomyślałem, że piosenka, która zawiera w refrenie lato, na pewno się zapisze w pamięci ludzi. Bo jak się lato pojawia, to natychmiast się robi przebój, no i w sumie to nasz największy hit. Jest to dziwne, bo ten tekst to właściwie rzadkość. Leżałem na podłodze podczas próby i w jakimś notesiku notowałem słowa, dopisywałem jakieś zdania. Ten utwór jest na każdym koncercie inaczej wykonywany.


rozmawiał : Wiesław Kaczmarek 
zdjęcia: Wiesław Kaczmarek / Ostrzeszów .

poniedziałek, 23 maja 2016

23 maja w toruńskim Hard Rock Pubie Pamela wystąpią Oil Stains oraz Mike Greene Trio

fot. Agata Jankowska
W poniedziałek 23 maja 2016 w Hard Rock Pubie Pamela wystąpią: Oil Stains oraz Mike Greene Trio. Oba projekty czerpią inspiracje z korzennej amerykańskiej muzyki nadając jej swoje mocne, indywidualne piętno. Koncert będzie kolejnym wydarzeniem zorganizowanym przez klub z okazji 18. urodzin. Wstęp na wydarzenie jest wolny. Start - godzina 19.

fot. Agata Jankowska
Mike Greene Trio to amerykańsko–polskie trio, które pomimo mistrzowskiego opanowania swoich instrumentów, stawia uczucia ponad technikę oraz odrzuca utarte schematy i konwencje. Twórczość zespołu zawiera w sobie wszelkie odcienie i oblicza amerykańskiej tradycji muzycznej: bluesa, gospel, jazzu i folku. Naturalna charyzma muzyków i silnie emocjonalny stosunek do wykonywanych utworów sprawiają, że każdy koncert ma w sobie niezapomniany element magii. Mike Green urodził sie w nowojorskiej dzielnicy Brooklyn, gdzie od wczesnego dzieciństwa zgłębiał tajniki gitary oraz tradycyjnej amerykańskiej muzyki, takiej jak blues, gospej, jazz, czy country. W latach 70-tych przeniósł się do Francji, na znak sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie. Mike to charyzmatyczny wokalista, songwiter oraz multiinstrumentalista, który gra na gitarze, banjo, mandolinie i akordeonie. Jego pierwszym zespołem we Francji był "Dirty Grits", lecz bardziej znaną polskiej publiczności była formacja "Bulldog Gravy", z którą grał w latach 2004-2007. W 2005r. grupa „ Bulldog Gravy” koncertowała w Polsce, m.in. na festiwalu "Jesień z Bluesem". W czasie poniedziałkowego koncertu w Hard Rock Pubie Pamela na scenie towarzyszyć mu będą : Łukasz Wiśniewski oraz Tomasz Dziano. Łukasz to harmonijkarz od wielu lat uznawany za jednego z najlepszych w kraju, jak również znakomity wokalista. Frontman zespołów Kraków Street Band, Hard Times oraz członek harmonijkowej super-grupy Harpcore. W ankiecie kwartalnika Twój Blues Łukasz Wiśniewski został uznany za najlepszego harmonijkarza roku 2011. Tomasz Dziano to urodzony w Łodzi gitarzysta, wokalista, kompozytor i autor tekstów. Na stałe mieszka we Francji, gdzie wraz z Mikiem Greeneem wchodzi w skład bluesowego zespołu „Immigrants”, który występował na wielu międzynarodowych festiwalach (Belgia, Niemcy, Francja, Włochy, itp.).
fot. Agata Jankowska








fot. Agata Jankowska
Duet Oil Stains tworzą: gitarzysta Maciej Sztyma oraz Sebastian Strycharczuk, perkusista i wokalista w jednej osobie. Zespół Oil Stains to projekt koszalińsko-gdyński, działający od początku 2013 roku. Muzycy określają swoją muzykę jako root rock. Dynamiczne i potężne brzmienie grupy jest osadzone w stylistyce korzennego rocka i bluesa. Teksty o tematyce motoryzacyjnej, wolnościowej i miłosnej, przywodzą na myśl pierwszych rock’n’rollowych buntowników. Zarówno fani rockowych brzmień takich jak Led Zeppelin, Mountain czy Black Sabbath, jak i miłośnicy muzyki spod znaku wczesnych The Black Keys znajdą w twurczości tych dwóch panów wspólny mianownik. W maju 2015 roku duet Oil Stains wydał płytę „Here comes my train”, zawierającą 11 autorskich kompozycji. Niedawno brali udział w eliminacjach do Przystanku Woodstock, co prawda nie przeszli do ścisłego finału i nie będą walczyć o miejsce na Dużej Scenie Przystanku Woodstock, ale… duet Oil Stains otrzymał Dziką Kartę Lecha, a to oznacza, że zagra na tym festiwalu, tyle że na scenie Lecha.

środa, 18 maja 2016

„Żyjemy w Italii normalnym rytmem dnia codziennego, zaś internet dostarcza wszystko…” - rozmowa Tomasza Wybranowskiego z Markiem Jackowskim, ikoną polskiej muzyki rockowej, liderem kultowego Maanamu

Wywiad ukazał się w 2011 roku w tygodniku Przegląd

Marek Jackowski - legenda polskiego rocka, jednym z najbardziej charyzmatycznych i intrygujących postaci polskiej muzyki. Muzyk, kompozytor, twórca muzyki filmowej i eksperymentalnej, ale także dziennikarz i tłumacz, filolog angielski, znawca literatury. Od 1965 roku Marek Jackowski wciąż trwa na muzycznym helikonie. Najpierw podczas studiów w latach grał w łódzkiej grupie Impulsy. Potem wyprowadził się do Krakowa, gdzie nawiązał współpracę z Piwnicą pod Baranami. Na cztery lata zagościł w kultowej Anawie, z którą nagrał płyty: Marek Grechuta & Anawa (1970) i Korowód (1971). Później grał z zespołem Osjan (1971-75). W grudniu 1975 roku w Krakowie wraz z Milo Kurtisem założył zespół Maanam, którego został liderem. Po wielu zmianach personalnych skład tej grupy ustalił się w roku 1979, a zespół udanie zadebiutował jako grupa rockowa. Jackowski stał się głównym kompozytorem materiału płytowego (m.in. albumy „O!”, „Nocny Patrol”, czy „Róża”). Maanam jako pierwsza grupa z Polski zapełniał sale koncertowe w Danii, Holandii, Niemczech i Fracji (pamiętny koncert w Olimpii). Marek Jackowski prowadził również autorski projekt „Złotousty i Anioły”. Nagrał dwa solowe albumy No1 (1994) oraz Fale Dunaju (1995) oraz jedną składankę z serii „Złota Kolekcja Polskiego Radia” (2002). Do klasyki polskiej muzyki weszła piosenka w jego wykonaniu (z zespołem Maanam) „Oprócz błękitnego nieba” (1979), którą nagrał później, jako cover, zespół Golden Life. Obecnie wenę i artystyczne siły poświęca dla projektu „The Goodboys”. W planach nagranie drugiej płyty formacji.



- Od kilku lat mieszka pan we Włoszech. Nie brakuje panu polskiej muzyki, najnowszych hitów, polskich stacji radiowych, gazet i telewizyjnych programów?

- Żyjemy w Italii normalnym rytmem dnia codziennego, zaś internet dostarcza wszystko… I to dosłownie przed nos na ekran komputera. Mamy też polskie dekodery satelitarne, więc nie ma żadnego problemu ze śledzeniem tego, co się dzieje w Polsce i na świecie. Jeśli chodzi o muzykę, to brakuje mi zawsze i przede wszystkim nie tyle polskiej muzyki, ile po prostu dobrej muzyki.

- Czy jest jakiś polski twórca, lub zespół, który zrobił na panu wielkie wrażenie w ciągu ostatnich miesięcy?

- Nie zauważyłem, żeby ktoś wspaniały i wielki pojawił się w ostatnich miesiącach. Musiałby to być drugi ktoś na miarę Czesława Niemena. Natomiast z wielką ciekawością śledzę poczynania młodych ludzi, którzy są aktywni na Facebooku. To ci zapaleńcy często przysyłają mi swoje nagrania z prośbą o komentarz. Tutaj, na Facebooku dzieje się dużo ciekawego. Niektórzy świetni wykonawcy pojawiają się także w różnych telewizyjnych konkursach, ale – z reguły i niestety – przepadają bez echa.

- Moda muzyczna staje się modą globalną? Unifikacja, bezbarwność, krzykliwość i medialne skandale to sposób na to by „być gwiazdą” dzisiaj? Co pan o tym sądzi? Czy muzycy z duszą, przesłaniem i umiejętnościami to już przeszłość?

- Jeżeli rządzi tak zwana „globalno – wioskowa” dyskoteka i „gwiazdy” tabloidu, a społeczeństwo się na to godzi, to trudno widzieć lepszą przyszłość. Stanisław Lem powiedział krótko i dobitnie: „lepiej już było”. Muzycy z duszą, przesłaniem i umiejętnościami to dzisiaj „podziemie” muzyczne, typowy „underground”.



- W wielu wywiadach podkreśla pan wyższość polskiej sceny muzycznej z lat 80. i 90. nad współczesnym rynkiem. Co w takim razie zmieniło się w duszach twórców? A może do głosu dochodzi pokolenie, które nie pamięta starych czasów, ma inną wrażliwość i całkowicie odmienne cele? 


- Nie o to chodzi by na siłę pamiętać stare czasy. W duszach dzisiejszych twórców gra, brzmi przede wszystkim nuta komercyjna. Młode pokolenie, o które pytasz, burzliwe i ciekawe muzycznie, napotyka na „beton” dużych firm fonograficznych i głuchych, nieczułych decydentów sparaliżowanych strachem przed czymś nowym. Nigdy w historii polskiej muzyki rozrywkowej sytuacja nie była tak beznadziejna jak teraz. Dla młodych, niezależnych twórców jedynym wyjściem jest chyba zaistnienie tylko w internecie. Ale tutaj, w cyberprzestrzeni przy tak nieprawdopodobnej ilości informacji, nie ma nawet cienia tej siły przebicie jaka była w latach 80. w radiowej Trójce czy pamiętnych nocnych programach Radia Lublin w Jedynce. Muszą powstawać nowe, niezależne wydawnictwa by to zmienić.

- A może to wina mediów? Moje pokolenie urodzone w latach 70. miało Piotra Kaczkowskiego, Wojciecha Manna, Pawła Sito - radiowych nauczycieli muzyki. Moich przyjaciół z Irlandii, którzy często odwiedzają Polskę, dziwi to, że polskie rozgłośnie tak naprawdę niczym nie wyróżniają się w warstwie prezentowanej muzyki od stacji anglosaskich czy amerykańskich.

- Prawdziwe osobowości muzyczne, znakomite przykłady wymieniłeś, miałyby dzisiaj w radiostacjach komercyjnych tylko problemy. Radiostacje nie zarabiają na muzyce, bo za to muszą płacić. One zarabiają przede wszystkim na reklamach. Reklamy zaś najlepiej się czują w muzycznej papce. Jeśli znasz jakieś dobre radiostacje i ciekawych prezenterów, tak jak dla przykładu w Radio Near FM w Dublinie, daj mi znać proszę (śmiech). Z drugiej strony niektóre bystrzejsze radia i myślący perspektywicznie ich szefowie przepraszają się ze starymi i dobrymi prezenterami, bo nagle po ich wyrzuceniu słuchalność zaczęła dramatycznie spadać. A to oznacza, że jednak nie do końca prawdziwa jest teza, że „słuchaczom przestało zależeć”.


- Wspomniał pan kiedyś, że Polska staje się jednym wielkim tabloidem...

- O „globalnej wiosce” socjologowie mówili już dawno, kulturalny „gin Victoria” był przepowiadany od dziesięcioleci. Cały świat staje się tabloidowy włącznie z transmisjami z wojen w HD.

- Panie Marku, czy poczciwy rock i dobra piosenka autorska z tekstem przetrwa tę tabloid-ową modę w muzyce?

- Rock ostatnich 50 lat to złota skarbnica. To, że ten gatunek przetrwa, dla mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości. Wiem bowiem, jaka jest prawdziwa wrażliwość milionów słuchaczy, w tym zupełnie nowego pokolenia. Ci ostatni są w szoku ze 4o lat temu ktoś grał tak jak The Animals z E. Burdonem, The Beatles, Jimi Hendrix czy Led Zeppelin. Nowy rock by przetrwać, musi być tak samo prawdziwy, znakomity, zbuntowany wobec wszechobecnej komercji. W radio, TV i mediach muszą znowu pojawić się charyzmatyczni prezenterzy z prawdziwego zdarzenia. Stagnacja nie może trwać wiecznie.


- Filozof i mistyk Swedeborg mawiał „jak na górze, tak na dole”... Wierzy pan w to, że Polacy słuchaliby swoich elit, gdyby ktoś dał im szansę słuchania ich? Nie myślę tu o politykach, ale o literatach, luminarzach kultury, muzykach, filozofach i myślicielach. Wierzy Pan w to?

- Oczywiście, że wierzę, tylko, że Polacy zwracają się do swoich najlepszych autorytetów w momentach drastycznie kryzysowych. Jak trwoga to do Boga.

- A jak to wygląda we Włoszech? Od rana do nocy w telewizji i radiach muzyka anglosaska, filmy i talk - show z Ameryki?

- (śmiech) Czy można sobie wyobrazić, żeby na przykład neapolitańczycy mogli żyć bez swoich seriali neapolitańskich?! Albo bez swoich ulubionych programów rozrywkowych, w których widzą i słyszą swoich entuzjastycznie uwielbianych artystów, prawdziwe gwiazdy jak Sofia Loren, czy Monica Belluci czy Zucchero i Adriano Celentano? Te audycje mogą ciągnąć się godzinami, tak jak kiedyś przedstawienia w Teatrze Kolejarza w Krakowie. Czy neapolitańczycy mogliby żyć także bez swojej piłki nożnej?! Kiedy Neapol gra z Interem?!

- Pozazdrościć... Nawet nasi sąsiedzi Czesi mają szacunek i darzą wielkim kultem swoich pieśniarzy jak chociażby mistrza Jaromira Nohavicę. Może nowy parlament coś zmieni w tej materii? Co pan podpowiedziałby nowemu prezesowi Rady Ministrów po 23 października, gdyby zapytał pana o zdanie w tej kwestii? 


- Odrzekłbym krótko: „Odwagi, panie prezesie, odwagi! Kultura może i „gryzie” kiedy trzeba, ale proszę pamiętać, że bez niej społeczeństwo jest martwe.” Oto przesłanie dla nowego premiera.

- Panie Marku nazwiska trzech polskich wykonawców lub zespołów, których śmiało pan poleca do słuchania Czytelnikom, bo „warto”, bo „trzeba”, bo „mają to coś”?

Alien Autopsy
- Takich wykonawców musiałoby być znacznie więcej niż tylko trzech (uśmiech). Ale z czystym sumieniem mogę polecić zawsze i wszędzie Roberta Gawlińskiego, bo jest realny. W tym gronie jest także zespół Deuter, a z nowych, młodszych i szukających drogi do szerokiej fali odbiorców zespołów polecam Alien Autopsy.


- Czy jest szansa, że jeszcze usłyszymy kiedykolwiek, choć na jednym, jedynym koncercie Maanam w swoim platynowym składzie z połowy lat 80.?

- Drzwi nie zostały zatrzaśnięte i mosty zupełnie spalone. Na szczęście (dodaje po chwili). Kto wie, może nostalgia zwycięży. Może warto byłoby jeszcze raz zagrać w złotym składzie takie utwory jak „Buenos Aires”, „Kocham cię kochanie moje” czy „Espańa for ever”? Fani wywierają coraz mocniejszy nacisk, żeby stan „zawieszenia” Maanamu „odwiesić”. Kora ma teraz nowego managera. Być może, być może... (tajemniczy uśmiech). 

- The Goodboys to pana nowy - nie nowy projekt z Januszem Yaniną Iwańskim i Andrzejem Ryszką w składzie. Pierwszy album, choć spodobał się fanom przez media został praktycznie niezauważony. Czy nowy album jest już w drodze?

- Radia komercyjne rzeczywiście nie były zainteresowane pierwszym krążkiem. Na szczęście jednak były tez radiostacje na antenach, których piosenki The Goodboys „Motyli Noc” czy „Kochaj mnie i daj mi siebie” znalazły się na pierwszych miejscach list przebojów. The Goodboys to jest grupa niezwykła i może, dlatego część mediów odnosi się do nas jeszcze nieufnie. Przyszłość pokaże, jaki będzie los zespołu. Jest to grupa nieobliczalna, czego dowodem są pierwsze niezwykle i bardzo energetyczne koncerty.


- Nadzieja niech stanie się nowym wschodem... Dziękuję za rozmowę.


Tomasz Wybranowski
foto – archiwum Marka Jackowskiego


Tomasz Wybranowski. Roztoczanin z serca Zamojszczyzny, rocznik 1972. Absolwent polonistyki na UMCS (specjalność edytorsko – medialna). Studiował także jako wolny słuchacz filozofię i politologię. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Pracował w radiu Centrum, Puls, Top, oraz kieleckim TAK, był korespondentem radiowej „Trójki”. Publikował (i publikuje) w pismach „Próba” , „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski” , „Praca i Życie Za Granicą”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”, magazynie „Kontury”, miesięczniku „Dziś”. Korespondent tygodnika „Przegląd” w latach (2006 – 2012), redaktor dwumiesięcznika „Imperium Kobiet i kwartalników Kontury oraz Zamojski Kwartalnik Kulturalny. Publikuje w tygodniku „Uważam Rze”. Od 2005 roku w Irlandii. Na przełomie 2005/2006 był redaktorem naczelnym tygodnika „Strefa Eire”. W latach 2006 – 2008 wydawca i redaktor naczelny miesięcznika „Wyspa”. Wydał trzy przewodniki po Irlandii „Irlandzki Niezbędnik. Irish ABC”. W latatch 2008 - 2012 nieprzerwanie redaktor naczelny tygodnika (później miesięcznika) „Kurier Polski”. W latach 2008 – 2009 był także irlandzkim korespondentem Polskiego Radia i Informacyjnej Agencji Radiowej. Współpracował także z Radiem Vox. Obecnie nieprzerwanie wydawca i prezenter programu „Polska Tygodniówka” (ponad 270 wydań)  nadawanego w każdą środę w dublińskiej rozgłośni NEAR 90, 3 FM. W każdy piątek (10.00 – 11.00) w Radiu WNET (Polska) pojawia się jego autorski program „Irlandzka Polska Tygodniówka”. Cykl programów o historii muzyki światowej „Muzyczne Terapie” gości także w austriackim Radiu FRO. Autor czterech tomików wierszy („Oczy, które...” 1990,  „Czekanie na świt” 1992,  „Biały” 1995 i najnowszy „Nocne Czuwanie”). Jego wiersze drukowano w ponad dwudziestu antologiach poetyckich (ostatnio „Harmonia Dusz” Warszawa 2011). Na początku roku 2013 ukaże się specjalna wersja zbioru „Nocne Czuwanie” wraz z audiobookiem (wydawnictwo Kontury). Rok 2011 przyniósł nominację do nagrody „Polak roku w Irlandii”. Tomasz Wybranowski wyróżniony został przez środowiska polonijne w Irlandii nagrodą „dziennikarz roku 2010”. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Przygotowuje dwie publikacje na temat polskiej muzyki rockowej w czasie zrywu wolnościowego 1977 – 1990. Do tej pory ukazało się jego pięć artykułów naukowych poświęconych mediom, głównie imigracyjnym. Od czerwca 2015 tomek prowadzi Listę Przebojów Polisz Czart, która dzięki niemu rozpoczęła swoje drugie życie  Aby poczuć klimat audycji Tomka, zapraszam do wysłuchania znakomitego programu poświęconemu Grzegorzowi Ciechowskiemu. Można posłuchać go tutaj
 

Specjalny wywiad Tomasza Wybranowskiego - w trzecią rocznicę śmierci wspomnienie Marka Jackowskiego w pierwszego okresu Maanamu

Wywiad ukazał się w pierwszą rocznicę śmierci Marka Jackowskiego w portalu wNas.pl 

Dwa dni przed śmiercią Marka Jackowskiego rozmawiałem z Nim przez dwie, może trzy minuty. Był pełen życia, pasji i spełnienia. Krótko relacjonował, że płyta powstaje i będzie najpóźniej jesienią. Potwierdził nasze wakacyjne rozmowy dla NEAR FM i WNET. Miałem mu wysłać kilka nowych wierszy i teksty dwóch piosenek. Nie zdążyłem. Miałem to wielkie szczęście poznać go i obcować z nim dłużej niż fani podczas koncertów. Specjalnie dla Czytelników niepublikowany wcześniej wywiad z Markiem Jackowskim, który jest drobiną z wielkiego wywiadu – rzeki.



- Marku, początki grupy Maanam to rok 1975 i duet z Milo Kurtisem. Czy z tego okresu zachowały się jakieś nagrania?

Marek Jackowski: Milo twierdzi, że ma taśmy z tamtego okresu. Oczywiście nie chce ich dać, bo jest typowym Grekiem i trzyma to wszystko w jakimś złotym greckim sejfie. Ale ponieważ przyjaźnimy się, to jestem spokojny o przyszłość. Wiem, że kiedy przyjdzie odpowiedni moment to ten sejf otworzymy i wszystko wyjdzie na jaw (śmiech). Są taśmy i są nagrania. Mam wrażenie, że w archiwum Milo Kurtisa spoczywa także koncert nagrany w Lublinie. Na dziedzińcu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego zagraliśmy niezwykły koncert, wręcz mistyczny koncert. Niesamowita historia! To był okres eksperymentalny. Po Osjanie, który był grupą teatralno – muzyczno – eksperymentalną, eksperymentowaliśmy także z Milo Kurtisem. Taki był wczesny Maanam.


- Potem do waszego składu, na przełomie stycznia i lutego 1976 roku, dołączyła Kora. 

Marek Jackowski: I nie było już wyboru! Trzeba było wrócić do rock’n’rolla i big bitu, czyli do tego co robiłem we wczesnym okresie swojej młodości, jeszcze na studiach. Od drugiego roku anglistyki grałem w zespole bigbitowym w mieście Łodzi. Działo się to przy ulicy Bystrzyckiej. Właśnie tam, w soboty i niedziele, odbywały się tak zwane „wieczorki taneczne”. Przychodziła nie prawie cała Lodź a przynajmniej najpiękniejsze dziewczyny z miasta Łodzi. I oto walczyły zespoły wtedy (śmiech). Zespoły potykały się na dźwięki i gitary, aby najpiękniejsze dziewczęta przychodziły potańczyć i posłuchać muzyki. 


- Czy przed rokiem 1989 panie Marku, Polacy byli inni niż teraz? W moim odczuciu mieli jasno sprecyzowanego wroga. „Komuna” i jej słudzy – donosiciele kontra reszta, czyli My. Ludzie trzymali się razem, dbali o siebie i chciało im się więcej. Pierwsze lata transformacji i spore rozczarowania z „terapiami szokowymi”, reformą finansów, zamykaniem fabryk i zakładów, rosnącym bezrobociem. Przed 1989 rokiem wszyscy wierzyli, że szarą rzeczywistość da się pokolorować. Po obradach Okrągłego Stołu i pierwszych plebiscytowych wyborach nie było już tak. Balon z nadziejami zmniejszył swoją objętość...


Marek Jackowski: Uważam że, gdy Polska i Polacy mają jakiś szczytny cel, to od razu wszystko gra. Jest ta harmonia. Kiedy Polak zostaje papieżem, to wtedy wszystko jest na miejscu. Natomiast w momencie, kiedy zaczynają się rządy tabloidowe, rządy paskudnej prasy, to wszystko zaczyna się rozmydlać. Wydaje mi się, że to, co napędza całą kulturę tabloidową a jednocześnie rozbija społeczeństwo, to epatowanie konfliktami, kłótniami i tanimi sensacjami, które przesłaniają sprawy istotne. To takie żerowanie na przyziemnych instynktach. I niestety ludzie dają się w to wpuszczać, w to wymuszone słuchanie muzyki, wymuszone ideologie, wreszcie określone sposoby zachowań. Wymuszone jest to, że na dywaniku czerwonym muszą pojawiać się gwiazdy, które natychmiast trzeba obgadać. A ja rozmawiam z Dublinem, z Tobą i mam przed oczami Stefana Dedalusa, który gdzieś tam chodzi i gdzieś może tam jego duch bazuje. Może po tych irlandzkich pubach. Może ta dusza artystyczna ciągle tam jest, może Irlandczycy to poeci, którzy mówią tylko właściwie poezją.

Maanam Elektryczny Prysznic
- Powracamy do Maanamu. Jest rok 76 i Olga Ostrowska...

Marek Jackowski: Oj już nie (śmiech). Już wtedy Jackowska. Na początku lat 70. Był nasz ślub. Niezwykłe wydarzenie i przeżycie dla mnie. Na ślubie była i Ewa Demarczyk i Marek Grechuta i Zygmunt Konieczny ten, co skomponował dla Ewy „Tomaszów”. Wydawało mi się, że cały Kraków tam był.

- O tym ślubie, podczas jednego z wywiadów, opowiadał Marek Grechuta. Zamojsko – krakowski bard przyrównał wasze święto do tego, który opisywał Wyspiański w „Weselu”.

Marek Jackowski: To prawda. Cała krakowska cyganeria artystyczna była z nami życząc nam tego, co najlepsze. Dawne czasy...


- A skąd pomysł na pierwsza nazwę zespołu: Maanam Elektryczny Prysznic?

Marek Jackowski: Było to tak. W tamtym czasie poznaliśmy młodego i sympatycznego Anglika, który zauroczył się Polską. Mowa o Johnie Porterze. Tomasz Tłuczkiewicz, inna zupełnie legenda, związana z Polskim Stowarzyszeniem Jazzowym, niesamowity umysł, niesamowity człowiek zwrócił nam uwagę na rzeczonego wyspiarza. Tłuczkiewicz powiedział: „No wiesz Marku, mam tu takiego Anglika, może byście sie spotkali, pogadali i może trochę pomuzykowali?”. I przyszedł John. I od razu, z mety zagrał „Black Day Feeling” wspaniałą, cudowną balladę. A potem drugi i trzeci i kolejne utwory. W ten sposób powstał zalążek, fundament naszego repertuaru w nowym stylu. Rockowego, choć lepiej będzie określić ten materiał, to nasze muzyczne „nowe”, mianem punkowo – rockowego.


Maanam Elektryczny Prysznic
- To był czas punkowej rebelii, która opanowała nawet listy przebojów.

Marek Jackowski: Sex Pistols, The Clash, The Stranglers i Blondie panowały niepodzielnie. To były zespoły, które może nie sprzedawały milionów egzemplarzy płyt, ale rozpętały wielka muzyczną rewolucję. Miała ona poważne konsekwencje, także dla zespołu Maanam. Ale wracając do Johna Portera. Przyszedł taki dzień, kiedy spotkaliśmy się z nim na Saskiej Kępie. Był jeszcze Maciek Zębaty, który mówił w kółko: „nie dajemy rady!”. I tak w kółko. John próbował niezdarnie jakieś zdanie po polsku wymówić. Potem zaczął zawody ze zbitką „elektryczny prysznic”. Ten „elektryczny prysznic” także za bardzo mu nie wychodził. Ale pomyśleliśmy sobie, że Maanam Elektryczny Prysznic, w odróżnieniu od jego akustycznej odmiany z Milo Kurtisem, jest dobrym projektem. W samej nazwie było już wskazanie, że się „elektryfikujemy”, „wzmacniamy” i raźnie wracamy do epoki rock’n’rolla i big bitu!

- Zostało w tego okresu kilka nagrań, obok wspomnianego już „Black Day Feeling”.

Marek Jackowski: Zarejestrowaliśmy wtedy około dziewięciu, może dziesięciu utworów, w tym pierwszą wersję „Derwisza” i „Blues Kory”.


- Potem przyszedł maj 1979 roku, który rozpoczął kolejny ważny krok w karierze Maanamu. John Porter założył formację John Porter Band i nagrał jedną z najważniejszych płyt w historii polskiego rocka „Helicopters”. Z nazwy został tylko Maanam a do zespołu przywędrował Ryszard Olesiński. I pierwsze nagrania... 

Marek Jackowski: Ale zanim jeszcze Riccardo i pierwsze historie z przełomu dekad, to muszę się podzielić pewną refleksją. Był to czas, kiedy zespół znowu zaczynaliśmy wszystko od początku. Jeszcze w „elektrycznym” okresie Maanamu poznaliśmy Ryszarda Olesińskiego i jego brata Krzysztofa. Było też kilku perkusistów, którzy się przewijali obok zespołu, między innymi Ryszard Kupidura, Andrzej Mrowiec. Była radość grania i spontaniczność, ale ja bałem się...

- Czego dotyczyły te lęki i niepewności? Niewiara w powodzenie projektu?

Marek Jackowski: Miałem w sobie wiele wątpliwości, czy uda nam sie w tym nowym składzie nagrać coś zupełnie zawodowo. Pomyślałem sobie, że nie jesteśmy jeszcze, jako zespół gotowi do pracy w studiu. Za własne pieniądze zaprosiłem do studia nagraniowego członków zespołu Dżamble. Była to orkiestra po prostu niesamowita! Byłem wielkim fanem ich piosenki „Święto strachów” i całej płyty „Wołanie o słońce nad światem”. W roku 1978 reaktywowali się po raz kolejny, jako band.

- To pamiętna sesja, bo przecież wtedy powstał hymn Maanamu i jeden z największych przebojów Maanamu „Oprócz”. 


Marek Jackowski: Kiedy nawet dziś słuchałem „Oprócz (błękitnego nieba) “, stwierdziłem po raz kolejny, że jest to tak niezwykle, niesamowicie i nieprawdopodobnie funkowo zagrany numer w tamtych czasach! Ale finezja i czar to przede wszystkim umiejętności i wyobraźnia muzyczna muzyków z Dżambli. W studiu pojawił się gitarzysta Marek Wilczkiewicz, (mimo, że nie było go wtedy w składzie Dżambli), pianista Stefan Sendecki, nieprawdopodobny basista i kontrabasista Marian Pawlik oraz Benek Radecki grający na perkusji. Ja grałem na gitarze i skromnie, w kąciku dogrywałem tam swoje partie. Oni po prostu swoje! Tak powstał „Hamlet”, „Chcę Ci powiedzieć coś” i „Blues Kory”. Pomyślałem sobie wtedy, że może i ja spróbuję coś zaśpiewać.

- Często powtarzasz w naszych rozmowach, że ta piosenka w sposób radosny, franciszkański, trochę naiwny odzwierciedlała wasze życie. Biednie, ale... 


Marek Jackowski: Wtedy byliśmy bardzo biedni i żyliśmy naprawdę marnie. Finansowo było fatalnie. Co ja mówię… Było katastrofalnie! Wspominałem ci w poprzednich rozmowach jak w opuszczonej krakowskiej kamienicy pozyskiwałem stare drewniane klepki z parkietów, aby palić nimi w piecu by ogrzać siebie i rodzinę. No i w końcu powiedziałem sobie w duchu: „nic to!”. A potem przyszła myśl, że „oprócz błękitnego nieba, to nic nam więcej nie potrzeba tak naprawdę”. Tak sobie powiedziałem: „Nie ma pieniędzy” – myślałem – „nieważne! Żyję, słońce świeci i tylko błękitu potrzeba”. No i nagrałem tę piosenkę podczas pierwszej sesji w Radiu Katowice. Oczywiście wiedziałem, że pierwszą wokalistką jest i będzie Kora. Nie było w Maanamie miejsca na takie historie, że będzie dwóch, czy więcej wokalistów.

- Koncertowy debiut Maanamu miał miejsce w Lubaniu? Tam odbywały się te słynne Muzyczne Kempingi. 


Muzyczny Camping w Lubaniu
Marek Jackowski: Dokładnie. W Lubaniu był właściwie pierwszy występ Maanamu. Byliśmy już po próbach w krakowskiej „Rotundzie”. Co ciekawe, nie mieliśmy tych prób z Korą. Materiał muzyczny ogrywaliśmy z dala od Kory i coraz bardziej przerażeni. Wyobraź sobie, że robisz nową rzecz i nie wiesz za bardzo jak to się skończy.

- Dlaczego Kory nie było z Wami?

Marek Jackowski: Kora wyjechała do Budapesztu na wycieczkę, z której za nic nie chciała zrezygnować (śmiech). Właściwie nie miała okazji nawet przed koncertem zrobić z resztą zespołu choćby krótkiej próby. Spotkaliśmy się już na miejscu, w Lubaniu. Z drżeniem serca patrzyłem, co się wydarzy. A Kora wyszła na scenę z tremą i bladością na twarzy, bo znała utwory tylko z moich wersji gitarowych. I nagle nastąpiło złożenie tych wszystkich elementów w jedność, czyli zagranie na żywo podczas koncertu dla kilku tysięcy osób. I wyszło z tego naprawdę coś niesamowitego. Bez żadnej próby, z nowym składem „elektrycznym” Kora zauroczyła wszystkich widzów. Wydarzyło się totalne i niezwykłe muzyczne szaleństwo! Udało się. Ta wielka iskra przeskoczyła między Maanamem a publicznością. I tak już zostało!

- Potem Maanam został dostrzeżony przez „Studio Gamma”. Przez kilka tygodni na samym szczycie utrzymywał się utwór „Hamlet”.

Marek Jackowski: To było dość niesamowite. Chyba wtedy rozpoczęła się ta mała medialna rewolucja. Było gorące lato 1980 roku. Wyjechali gdzieś na wakacje wszyscy ci żelaźni prezenterzy radiowi okresu schyłkowego Gierka. Wtedy w radiu rządziły melodie spod znaku „cała sala śpiewa z nami” i jemu podobne. I nagle się okazało, że podczas nieobecności tych „żelaznych” prezenterów, to młodzi dziennikarze w ich zastępstwie prowadzili programy typu „listy przebojów”. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko sie zmieniło z dnia na dzień. Stało się to dosłownie w ciągu jednego wieczora i nocy. Okazało się, że w Studio Gamma zagościł Czesław Niemen, który wtedy wygrał ten pierwszy plebiscyt. Ale zaraz za nim, na drugim miejscu był utwór nasz utwór „Hamlet”. To było wielkie zaskoczenie! Absolutnie dla wszystkich. Bo nikt nie znał wtedy Kory, nikt nie znał Maanamu. Nagle wszystko ruszyło z wielką szybkością, niewyobrażalna nawet dla nas. Widocznie drzemał w ludziach głód nowej muzyki, nowych zespołów. Wszystko to jakoś wybuchło i eksplodowało. Zaczęły się te szalone i dramatyczne lata 80.

- Z perspektywy czasu uważasz, że „odkręcenie” zaworu bezpieczeństwa z muzyką młodzieżową na przełomie lat 70. i 80. odbyło się za przyzwoleniem „czynników oficjalnych” czy był to jednak triumf ducha nad szarością?


Marek Jackowski: Uważam, że jednak presja młodego pokolenia tamtych czasów, była tak niesamowita i mocna, że nie dało się jej zatamować. Nie uczyniono z muzyki rockowej, punkowej, czy rock’n’rollowej wentyla bezpieczeństwa. Polska muzyka lat 80. to była niezwykle głęboka, spieniona i ogromna rzeka. To był istny dynamit. Wydaje mi się, że gdyby władze i służby próbowały zdusić ten nurt, zamknąć, zdeptać, to skończyłoby się to wszystko dużo gorzej. Młodzież coraz bardziej zdesperowana wyszłaby na ulice razem ze strajkującymi robotnikami. Wtedy młodzież, po raz pierwszy od roku 1968, zaczęła walczyć o prawo istnienia. Reżym nie mógł z tym nic innego zrobić, jak tylko pogodzić się z faktem wybuchu polskiego rocka i punka. Partyjny rząd nie miał po prostu wyjścia. Ta fala była zbyt potężna i mogła ich zatopić.


- W wielu wywiadach podkreśla pan wyższość polskiej sceny muzycznej z lat 80. i 90. nad współczesnym rynkiem. Odbiegnijmy na chwilę od tematu historii Maanamu. Co w takim razie, na przestrzeni tych lat, zmieniło się w duszach twórców? A może do głosu dochodzi pokolenie, które nie pamięta starych czasów, ma inną wrażliwość i całkowicie odmienne cele? 

Marek Jackowski: Nie o to chodzi by na siłę pamiętać stare czasy. W duszach dzisiejszych twórców gra, brzmi przede wszystkim nuta komercyjna. Młode pokolenie, o które pytasz, burzliwe i ciekawe muzycznie, napotyka na „beton” dużych firm fonograficznych i głuchych, nieczułych decydentów sparaliżowanych strachem przed czymś nowym. Nigdy w historii polskiej muzyki rozrywkowej sytuacja nie była tak beznadziejna jak teraz. Dla młodych, niezależnych twórców jedynym wyjściem jest chyba zaistnienie tylko w internecie. Ale tutaj, w cyberprzestrzeni przy tak nieprawdopodobnej ilości informacji, nie ma nawet cienia tej siły przebicie, jaka była w latach 80. w radiowej Trójce czy pamiętnych nocnych programach Radia Lublin w Jedynce. Muszą powstawać nowe, niezależne wydawnictwa by to zmienić.


- Pierwsza płyta grupy Maanam wydana została dopiero w 1981, choć nagrano ją rok wcześniej we wspomnianym już studiu Radia Lublin. Jak wspominasz tamten czas i dreszcz emocji? Nagranie debiutu płytowego zbiegło się w czasie z ważnymi wydarzenia pierwszej i prawdziwej Solidarności w roli głównej.

Marek Jackowski:  To było niesamowite przeżycie. To był czas, kiedy spełniały się marzenia wszystkich Polaków oraz zespołu Maanam. Nawet powietrze pachniało jak zwycięstwo. Kora powiedziała po nagraniu tej pierwszej płyty, że jest tak zdumiona i szczęśliwa, że może już odejść, zniknąć a nawet umrzeć (śmieje się). W studiu pracowali znakomici fachowcy, panowie Poniatowski i Kowalczyk, znakomici ludzie od studyjnego nagrywania. Na swoim konie mieli już sesję z Budką Suflera. Muszę to powiedzieć. Maanam miał niezwykłe szczęście, że trafił na tych inżynierów. Dzięki nim to brzmienie pierwszego albumu jest takie niezwykłe. Do dzisiaj pamiętam ten niezwykły, rozpadający się polski stół Fonika. Właściwie udało się na tym stole mikserskim nagrać i zmiksować legendarną płytę. Biegał między studiem a reżyserką redaktor Jerzy Janiszewski, wspaniała legenda Trójki i Radia Lublin. W pewnym momencie przerwał nam nagranie by wykrzyczeć: „Już podpisują! Już podpisują!”. A ja się ze studia pytam: „Co podpisują?” Redaktor Janiszewski krzyczy: „Porozumienie podpisują. Już siedzą przy stole. Jest i Wałęsa z wielkim długopisem z papieżem i Matką Boska w klapie! Zaraz podpiszą!”. Wreszcie przybiegł i ze łzami w oczach powiedział: „Podpisali!”. Szał radości w studiu. Każdy padał sobie w ramiona. Lepszego anturażu do rejestracji pierwszej płyty nie mogliśmy sobie wymyślić.


- Początek lat 80. bardzo pracowity. Krew, pot i łzy, ale radość tworzenia i spełnienia artystycznego. Popularność w Studio Gamma, szczyty magazynu „Non-Stop”, przebój lata 1982 roku „Oprócz błękitnego nieba”. Utwory Maanamu, które pojawiały się na singlach żyły dłużej? Czy pewni byliście, że one i tak przetrwają?

Marek Jackowski: Ja może miałem to szczęście, że studiując filologie angielska miałem okazję wychować się na literaturze wybitnej, na utworach najważniejszych poetów i pisarzy. Wymienię tylko Wiliama Szekspira, Jamesa Joyce’a, Macphersona autora „Pieśni Osjana”... Zawsze zastanawiałem się co sprawia, że ich poezja, proza są wieczne, ponadczasowe, uniwersalne a czytelnicy bez względu na upływ czasu z lubością powracają do tych strof i wersów. Mamy świadomość, że większość literatury z tamtych czasów przepadła w pomroce dziejów, ale część jej wciąż fascynuje, wciąż przykuwa uwagę. To same pytania nurtowały mnie w związku z muzyka. Zastanawiałem się, co jest złotą receptą, aby nagrania, utwory muzyczne „żyły” dłużej niż jeden sezon. Z perspektywy prawie czterdziestu już lat, od kiedy powstał Maanam, mogę powiedzieć, że starałem się by moje kompozycje były poza czasem i pozostały w umysłach i sercach słuchaczy dłużej niż kilka miesięcy. Piosenki ponadczasowe, typowe evergreeny idą przez życie razem ze słuchaczami, wrastają w nich, przypominają ważne chwile, dają posmak wspomnień i dawnych blasków, cudownych miłości i zakochiwań, ale i zakrętów na wirażach zdarzeń.


- Doświadczył pan takich cudownych obserwacji, w jaki sposób taki ponadczasowy utwór działa na ludzi?

Marek Jackowski: Zdarzyło mi się obejrzeć koncert Paula McCartneya, którego z wszystkich członków The Beatles ceniłem najmniej. Zawsze wydawał mi się typem w stylu „nice gay”, przesłodzony i niepasujący do reszty składu. Uważałem podobnie jak John Lennon, że piosenka „Yesterday” jest przesłodzoną balladą, która nie wytrzyma próby czasu i zniknie ze świadomych słuchaczy. I byłem zdumiony, kiedy podczas tego koncertu Paul McCartney zaczął śpiewać pierwsze wersy tej piosenki a z publicznością zaczęły dziać się rzeczy niesamowite. Tysiące par, w różnym wieku, zaczęły się do siebie przytulać i całować. W oczach widziałem łzy i wzruszenia i blask dawnych wspomnień, tak jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta melodia i słowa uruchomiły stary film z ich życia. Wszystko na ułamek sekund, kilku minut powróciło, stało się znowu. I muszę powiedzieć, że zafascynowało mnie to. Sam dałem się porwać tej fali.


Ryszard Olesiński
Szczęśliwy obejrzałem ten koncert do końca i stwierdziłem, że Paul McCartney to niesamowity twórca, wspaniały kompozytor. Tak się właśnie dzieje z utworami ponadczasowymi. Idą przez życie z ich słuchaczami i fanami. Stają się częścią ich wspomnień i są ważne. 

- Czy przeżywasz takie chwile Marku?

Marek Jackowski:  Dzięki Bogu zdarzają mi się takie chwile. Wiem, że takie piosenki Maanamu jak chociażby „Ta noc do innych jest niepodobna”, „Kocham Cię kochanie moje”, czy „(Boskie) Buenos Aires” są ważne dla bardzo wielu, wielu ludzi. I to twórcę cieszy najbardziej. Ich nieustanny byt, pomimo upływu dziesiątek lat, w świadomości słuchaczy traktujących je z nutką radości i szczęścia dawnych dni to powód do dumy. Do tego dodać także muszę kilka nagrań z pierwszego krążka: „Karuzela marzeń”, „Szał niebieskich ciał” i „Szare miraże”, które graliśmy na niemal wszystkich naszych koncertach. To także zasługa wspaniałych muzyków ze „złotego” okresu Maanamu: Bodka Kowalewskiego, Rysia Riccardo Olesińskiego, znakomitego gitarzystę i Pawła Markowskiego. Bez nich nie byłoby spuścizny Maanamu i tylu niezwykłych nagrań.


- W roku 1981 za sprawą filmu „Wielka majówka” Krzysztofa Rogulskiego, z debiutującym wówczas Zbigniewem Zamachowskim, grupa Maanam trafiła do kin. Potem ukazała się pierwsza płyta zespołu, który wstrząsnął polską sceną muzyczną. W dorocznym plebiscycie pisma Non – Stop Kora została uznana za najlepszą polską wokalistkę roku 1981. Krótko potem zmienił się skład Maanamu. W grupie pojawili się Paweł Markowski (perkusja) i Bogdan Kowalewski (gitara basowa). Co nowego muzycy wnieśli do zespołu?

Marek Jackowski: Paweł Markowski nagrywał z Maanamem już podczas nagrań pierwszego albumu. W utworze „Oddech szczura” słychać już jego perkusję i rytmy. Dzięki Pawłowi Markowskiemu w zespole pojawił się Bodek Kowalewski, który zastąpił Krzysztofa Olesińskiego. Przybycie Bodka Kowalewskiego do zespołu było niezwykłym zrządzeniem losu. Bogdan to nie tylko znakomity basista, ale i świetny gitarzysta, który czuje i rozumie melodię a to nie jest częste wśród muzyków. Rzadko zdarza się, aby dobry basista była także bardzo dobrym melodykiem. A Bodek łączy te dwie umiejętności. Śmiało twierdzę do dziś, że o Maanamie, z Pawłem Markowskim i Bogdanem Kowalewskim w składzie, śmiało można mówić, jako o złotym składzie. Bo przecież albumy „O!” i „Nocny patrol” to znakomite przykłady ich wielkich umiejętności.

- O Ryszardzie Olesińskim nie wspominając?

Marek Jackowski: Riccardo jest jedyny na świecie. Wystarczy posłuchać „Espańa for ever” i tego niezwykłego riffu.


Z Markiem Jackowskim przegadaliśmy w latach 2009 i 2010 wiele, wiele godzin. Większość tych rozmów została zarejestrowana a część wyemitowana we fragmentach w programach „Polska Tygodniówka” Radia NEAR FM (Irlandia). Co z resztą? Niewykluczone, że powstanie z tego 150 stronicowa książka z wywiadem – rzeką z Markiem Jackowskim. Wszystkie te chwile oddałbym za jedną: by znów zobaczyć Go uśmiechniętego, z gitarą w ręku i na scenie w otoczeniu Kowalewskiego, Markowskiego i Olesińskiego...

Tomasz Wybranowski
foto – archiwum Marka Jackowskiego

Tomasz Wybranowski. Roztoczanin z serca Zamojszczyzny, rocznik 1972. Absolwent polonistyki na UMCS (specjalność edytorsko – medialna). Studiował także jako wolny słuchacz filozofię i politologię. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Pracował w radiu Centrum, Puls, Top, oraz kieleckim TAK, był korespondentem radiowej „Trójki”. Publikował (i publikuje) w pismach „Próba” , „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski” , „Praca i Życie Za Granicą”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”, magazynie „Kontury”, miesięczniku „Dziś”. Korespondent tygodnika „Przegląd” w latach (2006 – 2012), redaktor dwumiesięcznika „Imperium Kobiet i kwartalników Kontury oraz Zamojski Kwartalnik Kulturalny. Publikuje w tygodniku „Uważam Rze”. Od 2005 roku w Irlandii. Na przełomie 2005/2006 był redaktorem naczelnym tygodnika „Strefa Eire”. W latach 2006 – 2008 wydawca i redaktor naczelny miesięcznika „Wyspa”. Wydał trzy przewodniki po Irlandii „Irlandzki Niezbędnik. Irish ABC”. W latatch 2008 - 2012 nieprzerwanie redaktor naczelny tygodnika (później miesięcznika) „Kurier Polski”. W latach 2008 – 2009 był także irlandzkim korespondentem Polskiego Radia i Informacyjnej Agencji Radiowej. Współpracował także z Radiem Vox. Obecnie nieprzerwanie wydawca i prezenter programu „Polska Tygodniówka” (ponad 270 wydań)  nadawanego w każdą środę w dublińskiej rozgłośni NEAR 90, 3 FM. W każdy piątek (10.00 – 11.00) w Radiu WNET (Polska) pojawia się jego autorski program „Irlandzka Polska Tygodniówka”. Cykl programów o historii muzyki światowej „Muzyczne Terapie” gości także w austriackim Radiu FRO. Autor czterech tomików wierszy („Oczy, które...” 1990,  „Czekanie na świt” 1992,  „Biały” 1995 i najnowszy „Nocne Czuwanie”). Jego wiersze drukowano w ponad dwudziestu antologiach poetyckich (ostatnio „Harmonia Dusz” Warszawa 2011). Na początku roku 2013 ukaże się specjalna wersja zbioru „Nocne Czuwanie” wraz z audiobookiem (wydawnictwo Kontury). Rok 2011 przyniósł nominację do nagrody „Polak roku w Irlandii”. Tomasz Wybranowski wyróżniony został przez środowiska polonijne w Irlandii nagrodą „dziennikarz roku 2010”. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Przygotowuje dwie publikacje na temat polskiej muzyki rockowej w czasie zrywu wolnościowego 1977 – 1990. Do tej pory ukazało się jego pięć artykułów naukowych poświęconych mediom, głównie imigracyjnym. Od czerwca 2015 tomek prowadzi Listę Przebojów Polisz Czart, która dzięki niemu rozpoczęła swoje drugie życie  Aby poczuć klimat audycji Tomka, zapraszam do wysłuchania znakomitego programu poświęconemu Grzegorzowi Ciechowskiemu. Można posłuchać go tutaj