sobota, 31 marca 2018

Era Jazzu: Aquanet Jazz Festival 11-15 kwietnia 2018 Poznań



Kolejna edycja festiwalowej Ery Jazzu odbędzie się w dniach 11-15 kwietnia Poznaniu. Jak to w zwyczaju tej prestiżowej imprezy zaprezentowane zostaną najciekawsze gwiazdy, trendy i zjawiska dzisiejszego jazzu. Sensacyjnie zapowiada się koncert Tingvall Trio (12.04), formacji która swoją muzyką i postrzeganiem jazzu znakomicie nawiązała do kultowego E.S.T. trio, amerykańskiego Bad Plus trio oraz znakomitych, fortepianowych wirtuozów, którzy najczęściej skrywają się za popularnym dzisiaj idiomem "scandinavian jazz-piano style".


To klasyka nowoczesnego, współczesnego jazzu pianisty Martina Tingvalla i jego znakomitego trio. Zespół został uznany za najlepszą grupę roku, zdobył pierwsze miejsce na German Jazz Charts, jest także laureatem m.in. prestiżowych Echo Jazz Preis / Best Ensemble Of The Year. To już nie tylko solowe sukcesy Esbjörna Svenssona, Ethana Iversona, Bugge Wesseltofta, Vijay Iyera, Leszka Możdzera, Iiro Rantali oraz Ketila Bjornstada, ale klasyka nowoczesnego, współczesnego jazzu pianisty Martina Tingvalla i jego znakomitego trio (kontrabasista Omar Rodriguez Calvo oraz perkusista Jürgen Spiegel).

Tingvall Trio (fot. Walter Gehring)
"Tingvall Trio swoją muzyką błyskawicznie przebiło się do elity europejskich zespołów jazzowych - rekomenduje zespół Dionizy Piątkowski, szef Ery Jazzu - To trio, które nie boi się grać jazz, budując relacje za pomocą środków zbliżonych do muzyki popowej oraz klasycznej. Może właśnie dlatego Tingvall Trio zdobywa dla jazzu całkowicie nowych słuchaczy, którzy lubują się w zmysłowych melodiach i jazzowych skojarzeniach zespołu. Tingvall Trio brzmi, jakby miało wpisaną w geny symbiozę free jazzu, rock'n'rolla i folku. Podobieństwo do E.S.T. polega na niezwykłym zgraniu muzyków oraz upodobanie do patrzenia na muzykę z różnych perspektyw i przez pryzmat kultury narodów, których są reprezentantami".


Krytycy rekomendują Tingvall Trio jako "nowatorską odpowiedzią na Esbjoerna Svenssona. Jednak do legendarnego E.S.T. zbliża Tingvall Trio nie tylko zgranie pomiędzy muzykami, ale także upodobanie do spoglądania na jazz z różnych perspektyw". Autorem kompozycji jest pianista Martin Tingvall, który tworząc niemal filmowe obrazy, odwołuje się do wody, która fascynuje swą magią i pierwotna siłą. Spędza część roku nad szwedzkim morzem i jeziorami. Muzykę swojego zespołu określa jako syntezę wpływów jazzowych, folkowych, muzyki klubowej i klasycznej. Mówi o niej "skandynawski jazz z kubańskimi smaczkami i rockową pozą". Tingvall Trio zalicza się dzisiaj do niewielu zespołów, które w krótkim czasie stały się awangardą gatunku krajowej i międzynarodowej sceny jazzowej. Zespół został uznany za najlepszą grupę roku zdobywał pierwsze miejsce na German Jazz Charts oraz został laureatem m.in. prestiżowych Echo Jazz 2010 / Best Ensemble Of The Year, Echo Jazz 2012 / Best Ensemble Of The Year, Echo Jazz 2012/Best Live Act Of The Year, HANS Award 2011.

Tingvall Trio zostało założone w 2003 roku przez szwedzkiego pianistę i kompozytora Martina Tingvalla. Tworząc kompozycje o niemal "filmowej" strukturze, Martin Tingvall odwołuje się do wodnego żywiołu, który fascynuje swą magią i pierwotna siłą. Sam określa muzykę swojego zespołu jako syntezę wpływów jazzowych, folkowych, muzyki klubowej i klasycznej. Mówi o niej: "skandynawski jazz z kubańskimi smaczkami i rockową pozą". Martin Tingvall legitymujący się szwedzkim paszportem jest muzycznym kosmopolitą, jego zespół ma też międzynarodowy charakter. Początki jego kariery wiążą się ze słynną hamburską dzielnicą rozrywki Sankt Pauli, tą samą, która przyniosła rozgłos The Beatles.


Tam Martin poznał kubańskiego kontrabasistę Omara Rodrigueza Calvo oraz niemieckiego perkusistę J Jürgena Spiegela. Ich debiutancki album, wydany w 2006 roku, "Skagerrak", pozwolił zaistnieć na lokalnym rynku, by wraz z kolejną płytą ("Norr") stali się europejską sensacją. Przełomowymi dla trio były jednak albumy "Vattensaga" oraz "Vägen" wzmacniające pozycję Trio, jako jednego z najważniejszych zespołów jazzowych w Europie. Koncerty Tingvall Trio są także mistycznymi wydarzeniami artystycznymi oraz doskonałą formułą autentyzmu dla muzyki i brzmienia trio. Wyraźne linie melodyczne, inspiracje kubańskie czy elementy szwedzkich pieśni ludowych - to wszystko sprawia, że muzyka Trio brzmi świeżo, odkrywczo i posiada spory ładunek ekspresji oraz skandynawskiej melancholii.


Galowy koncert w poznańskiej Auli UAM (14.04) przedstawi australijską pianistkę i wokalistkę Sarah McKenzie - uznawaną przez krytyków muzycznych za następczynię Diany Krall. Jej album "Paris In the Rain" cieszy się sporym uznaniem i jeszcze w większą popularnością.

"Sarah McKenzie nie bez kozery porównywana jest do Diany Krall – pisał entuzjastycznie po jej koncercie Paweł Brodowski, szef Jazz Forum - Ta sama specjalizacja (piano, wokal), podobny gatunek muzyki i repertuar (standardy lat 30-tych i 40-tych, ballady, bossa nova i blues), jazzowe combo, wirtuozerska, ale stylowa pianistyka, smak, piekielny swing, piękny głos i nieskazitelna intonacja. Elegancja i uroda".

"Wywodzę się z tradycji bluesa, swingu, amerykańskiej piosenki - mówi w rozmowie z Agnieszką Antoniewską / Jazz Forum - Moi mistrzowie to Cole Porter i Irving Berlin. Uwielbiam twórczość Duke’a Ellingtona, klimat utworów z jego repertuaru, jak w "Take The A Train" czy "Sophisticated Lady"... Ale sama również piszę muzykę i teksty w podobnym do nich stylu. To stary dobry swingujący jazz charakterystyczny dla Elli Fitzgerald, ale te piosenki niosą w sobie coś zupełnie nowego, mojego. Wydaje mi się, że staram się absorbować te wpływy z przeszłości w najbardziej naturalny sposób, jak to tylko możliwe.


Biorę przykład z działalności artystycznej Cole’a Portera przy tworzeniu własnej muzyki, ale nie próbuję go kopiować. Nie mogę uniknąć tego, że w moich kompozycjach i tekstach słychać, skąd się wywodzę, czego słucham, co mnie w muzyce najbardziej pasjonuje. Także w mojej twórczości kluczem jest równowaga wpływu tradycji muzyki, z której korzystam w twórczy sposób, i bagażu moich własnych doświadczeń".

Jej najnowsza płyta "Paris In The Rain" jest połączeniem pięknej interpretacji jazzowych standardów i autorskich kompozycji. Artystka łączy standardy jazzowe oraz własne, stylowe kompozycje, urzekając słuchacza niebywałą wrażliwością i artystyczna subtelnością. Producentem płyty jest Brian Bachus, który wcześniej realizował albumy Norah Jones, Lizz Wright i Gregory Portera. Na jedynym koncercie w Polsce Sarah McKenzie przestawi program subtelnych, jazzowych standardów oraz melancholijnych brzmień. Sarah McKenzie pochodzi z Perth w Australii, tam też dorastała a mając dziewięć lat rozpoczęła naukę gry na fortepianie. Dyplom licencjacki zdobyła na tamtejszej West Australian Academy Perth of Performing Arts na wydziale jazzu. Estradowe prezentacje rozpoczęła w klubach Perth, by z czasem przeprowadzić się do Melbourne i tam (w 2011 roku) nagrać dla lokalnego oddziału ABC Records pierwszą, autorską płytę "Close Your Eyes".


Debiut okazał się wielkim sukcesem a płyta zdobyła ARIA 2012 - australijski odpowiednik Grammy jako Najlepszy Album Jazzowy Roku. W roku 2012 uzyskała stypendium do słynnej, amerykańskiej "kuźni jazzowych talentów", Berklee College of Music w Bostonie (którą ukończyła z wyróżnieniem w 2015 roku).

Kolejny album "We Could Be Lovers" zrealizowała jeszcze jako studentka, ale już pod skrzydłami prestiżowej, jazzowej Impulse Records. Występowała ze słynną Boston Pops Orchestra oraz koncertowała na prestiżowych festiwalach (Monterey, Juan-les-Pins, Marciac, Perugia, Stuttgart, Jazz San Javier) oraz w słynnych klubach Nowego Jorku (Dizzy’s i Minton’s), Paryża, Londynu, Wiednia i Monachium. Pojawiała się na estradzie wraz z Michaelem Buble, Chrisem Botti, Enrico Ravą.

W klubie Blue Note (13.04), mocny, nowojorski jazz rekomendowany przez prestiżową Blue Note Records z gwiazdami tej słynnej wytwórni płytowej. 

"To sto procent jazzu w jazzie – rekomenduje koncert Dionizy Piątkowski – bowiem amerykański perkusista E.J. Strickland należy do elity dzisiejszego jazzu. Wraz z bratem bliźniakiem, znakomitym saksofonistą Marcusem Stricklandem szybko wdarli się na szczyt amerykańskiego jazzu prezentując własne, dojrzałe projekty oraz zgrabnie dołączyli do nowej generacji muzyków skupionych wokół słynnej oficyny Blue Note Records. Nowe pokolenie muzyków jazzowych promowane przez prestiżową wytwórnię znaczone jest teraz doskonale funkcjonującymi nazwiskami, które stają się autentycznym drogowskazem dla jazzu najbliższych dekad. Perkusiści E.J. Strickland i Kendrick Scott, pianista Robert Glasper, trębacz Ambrose Akinmusire, saksofoniści Ravi Coltrane, Greg Osby i Marcus Strickland wyznaczają dzisiaj standardy nowoczesnego jazzu. Gwiazdy Blue Note Records w poznańskim klubie Blue Note. Czy potrzebna jest lepsza rekomendacja?".

Album "The Undying Spirit" oraz europejska trasa koncertowa jest najlepszą wizytówka jego kwintetu. Płyta zyskała doskonale recenzje w jazzowej prasie amerykańskiej i jest doskonale (także koncertami kwintetu) przyjmowana w Europie. Niezwykle kreatywny koncert, perfekcyjne brzmienie, ciekawa koncepcja artystyczna zespołu oraz subtelna gra perkusisty oczarowują wszystkich. E. J. Strickland wraz z bratem, saksofonistą Marcusem, dokonał w 2001 roku wspólnych nagrań, których efektem było wydanie dwóch płyt "At Last" i “Brotherhood" z udziałem m.in. pianisty Roberta Glaspera. Albumy te otworzyły jazzowe estrady oraz zainicjowały szereg nagrań i koncertów, które plasowały muzykę braci Strickland w amerykańskiej czołówce. Miarodajny magazyn Down Beat uznał "At Last" oraz "Brotherhood" za jedne z najciekawszych albumów ostatniego dziesięciolecia. Perkusista E.J. Strickland zaistniał także jako ciekawy kompozytor, lider autorskiego kwintetu oraz muzyk koncertujący i nagrywający z takimi gwiazdami dzisiejszego jazzu, jak Cassandra Wilson, Terence Blanchard, Lizz Wright, Wynton Marsalis, George Colligan, David Gilmore, Vincent Herring czy Nnenna Freelon. Nazwisko muzyka figuruje na ponad 60 albumach a jego autorska dyskografia jest równie imponująca, bo obejmuje blisko tuzin albumów.


Dwukrotnie nominowany do nagrody Grammy saksofonista Marcus Strickland jest powiewem świeżości we współczesnym jazzie a jego kreatywność pozwoliła nawiązać współpracę z m.in. Wyntonem Marsalisem, Tomem Harrell'em i Dave'm Douglasem. Drugim saksofonistą w zespole jest alcista z nowojorskiego Harlemu, Godwin Louis - absolwent prestiżowej Berklee School Of Music nagrywa i koncertuje także z Terri Lynn Carrington, Cindy Blackman, Ralphem Petersonem Jr., Delfeayo Marsalisem, Phillipem Bailey'em, Glorią Estefan, Billy'm Prestonem, Joe Lovano. Pianistą w kwintecie jest jeden z najważniejszych "młodych lwów amerykańskiego jazzu" - Taber Gable,który wcześniej nagrywał i koncertował wraz z Wyntonem Marsalisem, Nicholasen Paytonen, Peterem Bernsteinem. Również basista Josh Ginsburg ma za sobą współpracę z tak znamienitymi muzykami, jak Kurt Rosenwinkel, Greg Osby, Tom Harrell, Mulgrew Miller, Mark Turner, Robert Glasper, Jeff "Tain" Watts, Gregory Hutchinson, Ambrose Akinmusire czy Aaron Parks

Omar Sosa (fot. Tom Beetz)
Finałową galą (15.04) Aquanet Jazz Festival będzie powrót do Ery Jazzu pianisty Omara Sosy. Tym razem genialny kubański artysta zaprosił do współpracy równie elokwentnego i znakomitego włoskiego trębacza Paolo Fresu. Ich wspólne projekty "Alma" oraz "Eros" są wspaniałymi dokumentami kulturowej korelacji we współczesnym jazzie.


Genialny kubański pianista i kompozytor Omar Sosa zaprosił do współpracy równie elokwentnego i znakomitego włoskiego trębacza Paolo Fresu. Ich wspólne projekty "Alma" oraz "Eros" są wspaniałymi dokumentami kulturowej inklinacji we współczesnym jazzie. Twórczość kompozytora, pianisty i lidera Omara Sosy jest tutaj wypadkową rozmaitych wpływów: od diaspor kubańskich i brazylijskich, od Ameryki Środkowej po afrykańskie społeczności zamieszkałe w Ekwadorze, od San Francisco i Nowego Jorku do Zachodniej Europy, aż po basen Morza Śródziemnomorskiego i Afrykę.

Przez cały czas pianista wierny jest swoim afro-kubańskim korzeniom i nieustannie zaskakuje świat swoim autentycznym i artystycznie bezkompromisowymi skojarzeniami muzycznymi. Natomiast Paolo Fresu jest dzisiaj jednym z najważniejszych trębaczy jazzu, z niezwykle perfekcyjnym warsztatem wykonawczym, ogromnym zmysłem kompozytorskim i wyśmienitym instynktem improwizatora. Jego albumy (np. z kubańskim pianistą Omarem Sosą, z francuskim bandeonistą Richardem Galliano czy amerykańskim gitarzystą Ralphem Townerem) są jednymi z najciekawszych propozycji nowego, europejskiego jazzu ostatnich lat. Przeogromna dyskografia włoskiego trębacza jest imponująca nie tylko ze względu na ogrom artystycznych projektów, ale także na niezwykłą kreatywność muzyka z Sardynii.Na początku lat dziewięćdziesiątych kubański pianista Omar Sosa rozpoczął swą muzyczną i życiową podróż, by stać się artystą światowym. Wprowadzając do swego instrumentarium ludowe instrumenty afrykańskie, arabskie i latynoskie coraz częściej rozbudowywał brzmienie partiami wokalnymi, gdzie autentyzm i ludowość były elementami dominującymi. Pojawiały się muzyczne skojarzenia z kulturami afrykańskich Nomadów, elementy muzyki i śpiewu arabskiego, angielskiego, portugalskiego, hiszpańskiego, a nawet z egzotycznej Joruby. Wydawało się wtedy, że Omar Sosa pójdzie w kierunku coraz modniejszej etnicznej world-music, ale spekulacje te przerwały nominacje do prestiżowej Grammy Awards, gdy album "Sentir" rekomendowano jako najlepszy album latin-jazzu. 


"Omar Sosa zrealizował ponad dwadzieścia nietuzinkowych albumów - rekomenduje artystę Dionizy Piątkowski, szef Ery Jazzu - Pianista jest faworyzowanym idolem dzisiejszego jazzu, world-music, a przede wszystkim mentorem współczesnego afro-kubańskiego jazzu. Jego afro-kubańskie brzmienie jest niezwykle precyzyjne i perfekcyjne, a nominacje do Grammy Awards są oczywistą konsekwencją i zachwytem dla całej twórczości pianisty: karkołomnej relacji między kubańskim brzmieniem, afrykańską tradycją, jazzowym idiomem i doskonałą aranżacją. Dźwiękowe poszukiwania, wolny muzyczny duch, chęć tworzenia w zespole oraz otwarcie na nowe dźwięki i ich zaskakujące kombinacje - to wszystko można odnaleźć w twórczości Omara Sosy".

Nicholas Payton
Trębacz Paolo Fresu perfekcyjnie porusza się natomiast w stylistyce "italian jazzu" i jest gościem (lub często liderem) zespołów skupiających najważniejsze osobowości europejskiej sceny jazowej. Jest także autorem wspaniałych albumów realizowanych dla najważniejszych, jazzowych oficyn wydawniczych: od monachijskiej ECM Records po ACT Music, od Blue Note Records, CAM Jazz po własną wytwórnie Tuk Music. Koncertował i nagrywał ze znamienitymi muzykami: A. Mangelsdorffem, K. Wheelerem, G. Mulliganem, D. Liebmanem, D. Hollandem, Lee Konitzem, M. Nymanem, R. Galliano, J. Zornem, J. Abercrombiem, R. Townerem, Ph. Woods'em, pojawiał się w zespołach Enrico Ravy, Ludovico Einaudi'ego, Uri Caine'a oraz w projektach z kubańskim pianistą Omarem Sosą. Na jedynym koncercie w Polsce duet Omar Sosa / Paolo Fresu zaprezentują program stanowiący syntezę jazzowych, etnicznych i nowoczesnych brzmień.

Nowoorleański trębacz Nicholas Payton to jeden z najważniejszych muzyków dzisiejszego jazzu, który z niezwykłą wirtuozerią kontynuuje tradycję wielkich mistrzów tego instrumentu z południa Stanów Zjednoczonych. Laureat nagrody Grammy, jeden z czołowych światowych trębaczy jazzowych, multiinstrumentalista, wokalista, kompozytor. Jest powszechnie uważany za jednego z największych artystów naszych czasów, który zdobył szacowne miejsce w historii muzyki. Jak przystało na mieszkańca Nowego Orleanu i przyjaciela rodziny Marsalisów darzy głębokim szacunkiem tradycję jazzową.


Nowoczesnym jazzem i możliwościami improwizacji jazzowej zainteresował go Wynton Marsalis, z którym koncertował w Nowym Orleanie i do dziś związany jest z jego Lincoln Center Jazz Orchestra. Przez wiele sezonów terminował u Ellisa Marsalisa, który zabierał młodego Nicholasa do wspólnej "szkółki", jaką serwował swoim synom: Branfordowi, Delfayo'wi i Wyntonowi. Z Ellisem Marsalisem trębacz podjął także studia w New Orleans Center for the Creative Arts oraz na University of New Orleans pod okiem legendarnego Harolda Battiste.

"Nicholas Payton to jeden z tzw. młodych lwów nowoorleańskiego jazzu lat dziewięćdziesiątych i jak Wynton i Branford Marsalisowie ikoną Nowego Orleanu, związaną zarówno z tradycją tego miasta, jak i rodzinnym umiłowaniem do muzyki - mówi Dionizy Piątkowski, szef Ery Jazzu - Wychował się w mieście jazzu - Nowym Orleanie w rodzinie o tradycjach muzycznych: ojciec Walter Payton jest cenionym jazzowym i klasycznym basistą, matka Maria Payton - znaną śpiewaczką operową i pianistką klasyczną. Pierwsze nauki gry na trąbce oraz zasady muzyki wpajał kilkuletniemu synowi ojciec. Nicholas pierwszą trąbkę dostał w wieku czterech lat, a nim skończył dziewięć, brał już udział w sesjach z miejscowymi zespołami, w wieku 12 lat był członkiem zespołu All Star Brass Band, z którym zagrał wiele koncertów i tras koncertowych".

Nicholas Payton, jako lider nagrał wiele ciekawych albumów i koncertował na całym świecie, zarówno z własnymi grupami, jak i gościnnie z zespołami wybitnych jazzmanów (od Joe Hendersona, Wyntona Marsalisa, Herbie'go Hancocka po Christiana McBride'a, Joshua Redmana, Roy'a Hargrove'a). Koncertował także z legendarnymi artystami takim, jak m.in Ray Brown, Ray Charles, Art Blakey, Roy Haynes, Marcus Roberts, Clark Terry, Elvin Jones, Doc Cheatham, współpracował z gwiazdami jazzowej wokalistyki:


Cassandrą Wilson, Jane Monheit i basistką Esperanza Spalding. Trębacz z Nowego Orleanu wspaniale komponuje, aranżuje, wykonuje i nagrywa muzykę z własnymi grupami, solo, w duecie, trio, kwartecie, kwintecie, sekstecie oraz i 21-osobowym big bandzie. Dla Verve Records, w 1992 roku nagrał swoją pierwszą, ważną płytę "From This Moment". W dwa lata później uczestniczył w nagraniu ścieżki dźwiękowej do filmu "Kansas City" Roberta Altmana i niebawem (w 1997 roku) otrzymał Grammy Award za płytę "Doc Cheatham & Nicholas Payton" (23-letni trębacz z Nowego Orleanu gra z legendarnym,91-letnim weteranem jazzu). W 2011 roku nagrał "Bitches" - autorski "concept album" z kilkunastoma utworami, gdzie sam śpiewa, gra nie tylko na trąbce, ale i każdym innym instrumencie. W nagraniu towarzyszą mu takie gwiazdy jak Cassandra Wilson i Esperanza Spalding.

Rok później zrealizował, w pełnym orkiestrowym składzie, swoją kompozycję, "The Black American Symphony", najbardziej ambitne dzieło w jego dorobku. Przyświecał mu cel podkreślenie znaczenia amerykańskiej czarnej muzyki dla kultury światowej. Rozległa dyskografia trębacza i kompozytora obejmuje kilkadziesiąt albumów (od warsztatowej formacji SF Jazz Collective po interesujące autorskie projekty "Afro-Carribbean Mix Tape")

"Tradycją naszego cyklu jest Poznań Jazz Projekt – mówi Dionizy Piątkowski – który jest konsekwencją artystyczną nagrody Ery Jazzu, jaka przyznajemy poznańskim muzykom. Tegorocznym laureatem naszej nagrody jest harmonijkarz Kacper Smoliński, dla którego przygotowaliśmy m.in. koncert z kultowym Tingvall Trio. Kacper Smoliński jest ewenementem w dzisiejszym jazzie, ale i chyba znamienne, że najważniejszymi muzykami jazzu, którzy zdecydowali się na kreację oraz ekspozycję swojej sztuki poprzez grę na harmonijce wirtuozami okazali się muzycy europejscy, a nie – jakby się wydawać mogło – rasowi jazzmani amerykańscy. 


Brzmi to paradoksalnie, ale geniuszem tego instrumentu był przecież belgijski jazzman Toots Thielemans, teraz faworytem jest szwajcarski instrumentalista Grégoire Maret. Jestem pewien, że do tego znamienitego, wąskiego grona wirtuozów tego wspaniałego instrumentu dołącza Kacper Smoliński".

Partnerem Strategicznym Ery Jazzu jest Aquanet S.A.
Projekt realizowany jest przy współpracy Miasta Poznań.
Bilety : 100/120/130/160 Bilety 24, Ticketmaster, CIM, EMPiK

piątek, 30 marca 2018

Fryderyk Nguyen: Gienek Loska Band, "Hazardzista" – czyli "Sweet Home My Warszawa" (Kroniki Kulturalne 2011)

Kiedy pierwszy raz usłyszałem głos Gienka, doznałem muzycznego objawienia. Było to około roku 2006, gdy przechadzałem się spokojnie po wrocławskim rynku. Do dzisiaj pamiętam, jak pewnego sobotniego poranka prawie udało mu się wyciągnąć górę Dziwnego świata. Nie mogłem się nadziwić, że taki wokalista i gitarzysta pozostaje kompletnie niezauważony przez świat muzyczny. Po występie w „Mam talent” natychmiast przeczesałem Internet w poszukiwaniu nagrań jego macierzystego zespołu. Niestety, bardzo mnie zawiodły – były wtórne i kopiowały amerykańskie kapele z kręgu południowego rocka. Moje nadzieje odżyły, gdy w „X Factor” wystąpił ze wspaniałą Duszą. Oczywiście głosowałem na niego w finale, lecz muszę przyznać, że jego telewizyjne wykonania nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak te „uliczne”.


Wrocławski Rynek. Gienek Loska jeszcze z czasów sprzed
X Factora wykonuje zeppelinowski "Stairway to Heaven"
(fot. Sławek Orwat)
Ale przejdźmy do samej płyty. Wielu obawiało się, że Gienek „sprzeda się” i nagra płytę popową. Uspokajam – coś tak groteskowego się nie zdarzyło. Otrzymaliśmy płytę hołdującą klasycznym, rockowym tradycjom, która w lwiej części brzmi jak nagrania Lynyrd Skynyrd z okresu, gdy żył jeszcze Ronnie Van Zant. To samo pianino i organy, ta sama gitara, te same konstrukcje piosenek. W tej bluesowo-country’owej stylistyce utrzymane są chociażby: otwierający płytę Paszport (w refrenie przypominający zeppelinowy Night Flight), Hazardzista i Dziewczyna z Kielc. Teksty, choć w większości nie są autorstwa Loski, pasują do jego życiowej historii. Niesamowicie przejmująca jest wspomniana już Dusza, chyba najlepszy utwór na płycie, natomiast mini-suita Pieśń emigranta zmusza do myślenia (swoją drogą, ten drugi utwór z całkiem udanym skutkiem korzysta ze spuścizny Deep Purple, Uriah Heep i rockowego Niemena). Mimo tych utworów płyta jako całość nie przekonuje. Wiele piosenek zaniża jej poziom, na przykład tragiczny Jak Cię widzą, tak Cię piszą z zaskakująco grafomańskim tekstem.


fot. Sławek Orwat
Mamy też rozwlekłą balladę Scream z chórkami skopiowanymi z Niemenowego Jednego serca. Produkcja płyty również pozostawia wiele do życzenia. Wokal Gienka jest suchy, jakby oderwany od muzyki. Klawisze próbują naśladować organy Hammonda, lecz momentami brzmi to kiczowato (czy nie można było postarać się o oryginalne?). Brzmienie jest bardzo wygładzone i sytuacji nie poprawiają nawet zadziorne solówki a’la Blackmore. Dobrze, że na płycie znalazł się duet z Maleńczukiem, który znamy z finału „X Factor”. I chociaż piosenka Bo Diddley’a You Can’t Judge a Book by the Cover była już kreatywniej coverowana (na przykład przez grupę Cactus), miło ją usłyszeć na Hazardziście. No i co z Gienkiem zrobić? Trudno oceniać go obiektywnie mając w pamięci „uliczne” zachwyty, jego osobowość i historię. Jeśli ma on być symbolem walki o dobrą muzykę w mediach, trzeba mu dać zieloną kartkę i zaczekać, czy nie stworzy w przyszłości czegoś lepszego. Polski rynek muzyczny jest jaki jest, należy więc doceniać takie światełka w mroku.

 ***

Fryderyk Nguyen to postać doskonale znana na wrocławskiej scenie rockowej. Fryderyk pomimo bardzo młodego wieku ma już na swoim koncie pierwsze znaczące osiągnięcia. Kilka lat temu był współtwórcą nieistniejącego już zespołu The Riffers, a od ponad pięciu lat z powodzeniem śpiewa i gra na gitarze w grupie Katedra, którą powołał do życia wraz z basistą Maćkiem Stępniem, klawiszowcem Michałem Zasłoną i perkusistą Pawłem Drygasem. Na przestrzeni ponad pięciu lat istnienia Katedra odniosła szereg znaczących sukcesów, które sprawiły, iż zespół ten jest dostrzegany przez wielu muzycznych dziennikarzy i rozpoznawany przez fanów wartościowej muzyki. W roku 2011 wrocławscy muzycy znaleźli się na kompilacji firmowanej przez legendarnego dziennikarza Trojki Piotra Kaczkowskiego. Jego Minimax pl 6 zawiera jeden z największych przebojów Katedry - "Kim jesteś?", który notabene był pierwszym oficjalnym numerem 1 listy przebojów Polisz Czart we wrześniu 2012. Rok 2013 był dla Katedry przełomowy. Wiosną wrocławscy muzycy dotarli do finału popularnego programu Must Be The Music, a jesienią znaleźli się w gronie czołowych wykonawców prestiżowego Grechuta Festival. Wcześniej Katedra została doceniona także przez wrocławskie Radio Luz, w siedzibie którego zarejestrowany został unikalny koncert tej grupy, do obejrzenia którego zapraszam tutaj. Po ukazaniu się dwóch EP Katedry, zespół wydał znakomicie przyjęty jak i przez odbiorców tak i przez krytyków i dziennikarzy pierwszy album Zapraszamy na łąki

czwartek, 29 marca 2018

Tomasz Wybranowski - Słowo na Dzień Metalowca


Pozdrawiam wszystkich fanów metalu! Dziś nasz dzień. Wspólnie ze Sławkiem Orwatem postanowiliśmy przywrócić muzykę metalową eterowi. Tu jeszcze jedna glosa, dla tych, którzy "wiedzą ABSOLUTNIE wszystko". Znak, który upowszechnił znakomity Rio James Dio, zwie się "corna" i znany jest od starożytności. Gestem "Corna" - tłumacząc na j. polski "rogi", w dawnych czasach odrzucano i zatrzymywano złe uroki, zwłaszcza złe spojrzenia. Dla mnie to przede wszystkim pozdrowienie fanów rocka i metalu. Ślady tego znaku i jego symboliki znajdziecie chociażby w literaturze włoskiego Odrodzenia (polecam w tym miejscu obrazki z dzieł Boccacia i Alighieri). W dzisiejszych czasach gest ten jest błędnie kojarzony z satanizmem. I teraz, w dobie powszechności-wymienności "informacji i prawd najprawdziwszych" w sieci, właściwie już nie do końca wiadomo co on oznacza. Dla laików i "naskórkowych - naukowców", i nieważne czy fanów muzyki black, czy chrześcijańskich "krzyżowców", znak ten - CO JEST NIEWYBACZALNYM BŁĘDEM - jest znakiem Szatana (sic!). 


Misiek Sędzielewski z Metasomy wraz z całą metalową Rodziną
Na szczęście, mam przynajmniej taką nadzieję, to mniejszość. Pozdrawiam Twórców Znakomitej Muzyki Metalowej, w tym gronie współzałożyiela Turbo Wojciecha Hoffmanna i podpory TSA i formacji Złe Psy Andrzeja Nowaka. Uściski dla moich Chłopaków ze Scream Maker Sebastiana Stodolaka i Michała Wrony oraz Grzegorza Kupczyka (ostatnio z ciarami przesłuchałem angielska wersje "Ostatniego Wojownika". Michała Śęzielewskiego, Wojtka Gołbiaka, Trixa oraz ich kolegów z Metasomy i Bad Solution oraz rzecz jasna... Kreda! Oraz nasz irlandzki metalowy koral Piotr Michalik i PsychoPigs. W Dniu Naszego Święta, niech tylko dobre dźwięki będą z nami.

środa, 28 marca 2018

Joanna Morea o swoim koncercie w Hard Rock Pubie Pamela.

Joanna Morea (fot. Jarosław Sass)
Na scenie Hard Rock Pubu Pamela wystąpiła zjawiskowa wokalistka, multiinstrumentalistka, kompozytorka i autorka tekstów - Joanna Morea. Towarzyszył jej ceniony jazzowy pianista, Jarosław Małys. Tego wieczoru zagrał również Aron Blum. Basista w solowym secie przedstawił w jazzowych interpretacjach m.in. utwory Johanna Sebastiana Bacha. Koncert był transmitowany przez Radio PiK.


Joanna Morea (fot. Jarosław Sass)
"19 marca 2018 zagrałam koncert w Hard Rock Pubie Pamela. Jadąc do Torunia nie miałam pojęcia, jak długą tradycje ma to miejsce i jak wielu stałych, (niektórych nawet) dwudziestoletnich bywalców. Zaskoczyło mnie to miejsce nietuzinkowym klimatem. Z każdego miejsca, zakamarka i kąta emanowało historią związaną z pubem i wydarzeniami jakie miały tam miejsce. Jednak charyzma tego miejsca to człowiek, który je tworzy. Pan Darek, prawdziwy pasjonat, angażujący się, w mojej ocenie, bez reszty w to co robi. Zastanawiałam się jak ja, ze swoją skądinąd nie prostą muzyką, wpasuję się w to bardzo oryginalne miejsce. A jednak. Na niedużej przestrzeni skupiło się sporo słuchaczy i czuło się wzajemną energię. Zarówno tę bijącą ze sceny, a grałam z towarzyszeniem tylko Jarka Małysa, jak i te płynącą od publiczności. Żadnego fałszu. Prostota, autentyczność, spontaniczność i żywiołowość. Biorąc pod uwagę charakterystykę pubu Pamela przyjechałam jako „nieco inna” ze swoją muzyką, a wyjechałam jak swoja."

Joanna Morea

Kwiecień w toruńskim HRP Pamela


Aleksandra Zachariasz i Tomasz Żyrmont - Zatraceni w muzyce...

Aleksandra Zachariasz i Tomasz Żyrmont
Założony w Londynie duet łączący w swojej twórczości elementy jazzu i soulu zespolone ze sobą harmonią zaplątanych beatów. Aleksandra Zachariasz i Tomasz Żyrmont z powodzeniem występowali już w takich londyńskich klubach jak The Spice of Life czy The Islington, a w roku ubiegłym rozpoczęli współpracę ze znanym angielskim producentem Bradleyem Cameroonem, w wyniku której powstał ich pierwszy singiel "Feeling", który gości obecnie w propozycjach do Listy Polskich Przebojów WNET Polisz Czart. Utwory Tomasza i Aleksandry są pełne mocy i zrealizowane z profesjonalnym zaangażowaniem, ale co najważniejsze, z ogromną miłością do dźwięków. Dlaczego ich artystyczne motto brzmi "Lost in Music"? Bo taka jest cała prawda o nich...


Tomasz Żyrmont (fot. Franco Chen)
Tomasz Żyrmont urodził się 19-go czerwca 1983 roku w Gorzowie Wielkopolskim. W roku 2007 ukończył Akademię Muzyczną w Katowicach uzyskując licencjat w klasie Fortepian jazzowy. Dwa lata później ukończył roczny program w renomowanej Guildhall School of Music and Drama w Londynie. Brał udział w londyńskim Jazz FM’s Discovery Show i trzykrotnie w East European Jazz Festival. Także trzy razy wystąpił na Uniwersytecie w Oxfordzie na zaproszenie Polskiej Unii Studenckiej. Na swoim koncie Tomasz ma również koncerty w Ambasadach Polski w Londynie i Brukseli, a także w ramach World Travel Market oraz w Chappell of Bond Street, gdzie brał udział w prezentacji fortepianów firmy Yamaha. W roku 2010 w Londynie wraz z założonym przez siebie zespołem Groove Razors nagrał album w całości zawierający jego autorskie kompozycje. Gościnnie na płycie wystąpili: Adam Baldych, Chriss Webb i Jono McNeil. Materiał z krążka emitowany był m.in. w Jazz FM London, Polskim Radio Londyn, Radio Belgrade 202 i w wielu innych stacjach radiowych. Współpracował z tak znanymi muzykami jak:Tony Kofi, Piotr Wojtasik, Laurie Lowe, Adam Baldych, Alex Hutchings, Francesco Mendolia, Wojciech Pilichowski, Andy Davis, Rick James, Chris Webb i Jono McNeil. Aktualnie mieszka w Londynie, gdzie aktywnie koncertuje, prowadzi zajęcia z fortepianu i komponuje. Na co dzień pracuje dla firmy Yamaha Music. Brał udział w: London Jazz Festival, Yamaha Music Live oraz koncertowałw takich krajach jak: UK, USA, Niemcy, Francja, Belgia i Luksemburg. 

Wywiad, jaki przeprowadziłem z Tomaszem Żyrmontem dla JazzPress-u w roku 2013 znajduje się pod http://slawek-orwat.blogspot.co.uk/2013/07/kazdy-z-nas-mia-inna-historie-muzyczna.html


Groove Razors
Groove Razors to wykonujący muzykę fusion kwintet założony w Londynie w roku 2009 przez Tomasza Żyrmonta i Laurie Lowe'a. Grupa od momentu powstania stała się jedną z najciekawszych tego typu formacji na londyńskiej scenie i do dnia dzisiejszego nieustannie wzbudza zainteresowanie wielu promotorów i stacji radiowych. Groove Razors wystąpił m.in. na World Travel Market London 2010, Jazz FM’s Discovery Show, Jazz FM’s Live w Roof Gardens, East European Jazz Festival, MOJO Monday w Boisdale of Canary Wharf, ARTerii Nowego Czasu oraz na Polskim Festiwalu na Ealingu. Muzycy zagrali też w wielu prestiżowych muzycznych klubach Londynu. Wspólnie z producentem Norbertem Skopińskim wydali swój pierwszy pełny album, który prezentuje oryginalne kompozycje autorstwa pianisty Tomasza Żyrmonta.



Moje spotkanie z Tomasz Żyrmont Trio podczas Jubileuszu 50-lecia POSK w Londynie
Tomek Żyrmont to jednak nie tylko Groove Razors. Tomasz to także znakomite Trio w składzie Tomasz Żyrmont - piano, Flavio Li Vigni - perkusja i Kuba Cywiński - kontrabas, które poziomem nie odbiega zbytnio od tego, do czego przez lata przyzwyczaił nas Groove Razors, a jednymi z jego największych atrakcji, które miałem okazje podziwiać na żywo w roku 2014 podczas uroczystości 50-lecia londyńskiego POSK było brawurowe wykonanie tematów: "Polskie drogi" Andrzeja Kurylewicza oraz "Sleep Safe and Warm" Krzysztofa Komedy z kultowego obrazu Romana Polańskiego "Dziecko Rosemary".


Aleksandra Zachariasz i Tomasz Żyrmont
Wspominając moją rozmowę z Tomaszem dla JazzPress-u z roku 2013, jestem przekonany, iż obydwa te motywy filmowe, nie pojawiły się w repertuarze jego Tria przypadkowo. We wspomnianym wywiadzie Tomek powiedział bowiem następujące słowa: "Chciałbym kiedyś napisać muzykę do filmu lub spektaklu teatralnego, a także zagrać moją muzykę w różnych odległych częściach świata. Staram się otwierać na nowe muzyczne i życiowe wyzwania. Bardzo ważny jest balans i właściwy kierunek. Najważniejsze, aby realizując swoje muzyczne marzenia mieć nadal szerokie spojrzenie na życie".


Aleksandra Zachariasz
Aleksandra Zachariasz jak mówi sama o sobie jest bardzo ambitną osobą, która stawia sobie w życiu cele i dąży do ich osiągnięcia. Jako zodiakalny byk jest uparta i może właśnie ta cecha pomaga jej spełniać marzenia. Uważa, że życie jest zbyt krótkie, dlatego stara się wykorzystywać każdą szansę, jaką zsyła jej los. Nigdy się nie poddaje, chociaż w głębi serca jest bardzo wrażliwą osobą. Zawsze uśmiechnięta i pełna pozytywnych wibracji. Muzyka pozwala jej wyrazić siebie, dlatego tylko będąc na scenie czuje, że naprawdę żyje. Jeszcze jako mała dziewczynka zawsze marzyła o tym, żeby śpiewać. Zawsze chciała występować na wielkich scenach i robić to, co naprawdę w życiu kocha. Oglądała wszystkie muzyczne programy, słuchała koncertów jej ulubionych artystów i wyobrażała sobie siebie za kilka lat.


Aleksandra Zachariasz
Muzyka jest z nią od początku. Cytując słowa Ray Charles’a mówi: "Muzyka jest częścią mnie. Jak moje żebra, moje nerki, moja wątroba, moje serce. Jak moja krew. Jest moją siłą, kiedy znajduję się na scenie. Jest mi potrzebna, tak jak jedzenie czy woda". Rodzice Oli bardzo szybko zorientowali się, że ich córka jest muzycznie utalentowana i zapisali ją do szkoły muzycznej, gdzie uczyła się teorii muzyki. kształcenia słuchu i gry na fortepianie. Zaczęła również uczęszczać na zajęcia wokalne. Brała udział w licznych festiwalach i warsztatach muzycznych. W wieku 13 latu skomponowała swoją pierwszą piosenkę pt. „Chwila”, do której tekst napisała także sama. Potem zaczęła śpiewać w zespole, grać koncerty i występować przed szerszą publicznością. Jej muzycznym patronem była, jest i będzie Aretha Franklin. Od dziecka słucha jej utworów, a z piosenką "You make me feel" jestem związana emocjonalnie, gdyż dzięki niej wygrała swój pierwszy festiwal. Uwielbia też słuchać Justina Nozuki. Jako wokalistka zespołu Mom I’d like to FUNK z powodzeniem pokazała się solo w 4 edycji The Voice of Poland.

Aleks w Lullaby
Była ponadto częścią formacji Lullaby, a jednej z jej ówczesnych piosenek możemy wysłuchać w klipie powyżej.  Obecnie podobnie jak Tomasz Żyrmont przebywa w Londynie.

wtorek, 27 marca 2018

Tomasz Wybranowski, fragment powieści „Zdychanie głupca” (w przygotowaniu)

fot. Tomasz Wybranowski


Dziwny. Dziwny. Dziwny. Wstałem, bo nagle zrobiło się chłodno. Dziwny. Zdjąłem przemoczone i cięższe o parę kilo Martensy, podwinąłem nogawki i wolno pomaszerowałem wzdłuż molo po ostrych, małych i białych kamykach w kierunku małego cypla, który porastała wspaniała, gęsta trawa i różane krzewy. Dziwny. Położyłem się w zieleni. Głową przylgnąłem do ziemi, aby poczuć jej oddech, zapach i niezmienne, dostojne trwanie. Poczułem złość na samego siebie, że przez wieki całe nie zrobiłem tego. Było mi przyjemnie. Nowa fala błogości zalała całe ciało. Głowa wtulona w ziemię, jej usta, brunatność oddechu odpoczywała. Beżowo – pomarańczowe niebo, tlące się roztopionym zachodzącym słońcem, zmąciło spokój wody. Nawet gdybym teraz zobaczył chóry anielskie i dostał do podpisu listy obecności o mojej przydatności w niebie z parafką św. Piotra, nie zrobiłoby to na mnie najmniejszego wrażenia.

Trwałem tak w wyciszeniu, od- myśleniu totalnym godzinę, może trzy. Nad wodą zrobiło się pusto i cicho. Słyszałem spadające płatki róży z krzewów i scherzo nadciągających komarów, szelest skrzydeł zabłąkanej ćmy i pląsy ryb pod taflą wody. Zapaliłem papierosa. Komary, te nadwodne hieny, ruszyły śmielej w poszukiwaniu żeru. Nikły dym tytoniu zachęcał je jeszcze bardziej do ataku.


W barze zamówiłem dwie kanapki. Kupiłem jeszcze piwo i trzy paczki papierosów. Nagle znieruchomiałem. W kącie sali, pod antresolą z sosnowego drzewa siedziała młoda kobieta i piękna kobieta. Blond włosy opinały kształtną i delikatną szyję. Od czasu do czasu, od niechcenia, delikatnie poprawiała je usiłując usidlić niesforny kosmyk. Znałem jej dłonie, smukłe palce, wypukłości paznokci. Znałem ją. Tak jak i kształtnie, nienagannie, klasycznie skreślone ołówkiem Stwórcy usta. Czysta czerwień ust pulsowała hipnotycznie. Tak jak i oczy o brązowych tęczówkach, w których krył się gotycki oddech sag i zdarzeń o miłości bohaterskiej, totalnej i tej na zawsze. Kryły się w nich srebrzystością i mgielnym szalem wszystkie wschody i zachody Księżyca. Alabastrowa skóra dodawała jej dostojeństwa i majestatycznej gracji. Kształtne piersi usidlone w czerwoną suknię dorównywały tym zaklętym w rzeźbie Afrodyty z Rodos. Cała jej postać tliła się wyraźnie na mapie przeszłych snów, marzeń i pragnień. Ona była jej kwintesencją. Głowę przewiercała jedna myśl: To Ona!

Obserwowałem ją przez. Ona patrzyła na mnie. Jej spojrzenie przetykane było tkliwością, ale i smutkiem. Nie zastanawiałem się nad tym, co zrobić, ani jakich słów wydobyć z gardła. Intensywnie zastanawiałem się nad tym, co Ona tutaj robi. Umęczona bogini w dusznym barze nad małym zalewem? Niedorzeczne a jednak... Była tak blisko. Niecałe pięć metrów ode mnie. Na wyciągnięcie powitalnych słów: Witaj wreszcie... Ubrana była w czerwoną suknię, która po mistrzowsku podkreślała jej kobiecą delikatność, nienaganne w każdym calu ciało, miękkość ruchów, grację i majestat, słodycz ciepła przełamaną kostkami lodu smutku.

Kochałem kobietę w zapomnianym miejscu dawno, dawno temu. Kochałem kobietę bez grama światła, bez oczu innych ludzi. Kochałem kobietę. I było prosto, najprościej, dobrze. Kobieta kochała mnie. Dzwoniła do mnie, kiedy nie mogła usnąć. Czytałem jej wtedy wiersze. Gdy byłem blisko w jej małym apartamencie, wtedy żyłem jej spojrzeniem, parzyłem herbatę i w milczeniu wpatrywaliśmy się w wielką wodę za jej oknem. Kobieta kochała mnie, ale oto pewnego poranka obudziłem się z pękniętą głową. Nie mogłem żyć z myślą, że nie jest wolna. Nie straszne było przeświadczenie, że ktoś inny dotyka jej ramion, włosów, ust. Było mi obojętne to, że inny mężczyzna, co rano i wieczór ogląda te same ściany sypialni. Bolało mnie moje niezdecydowanie. Słabość podpowiedziała scenariusz dalszego ciągu miłości a właściwie jej końca. Stchórzyłem! Chciałem mieć złudne poczucie spokoju. Oto ja sprawiedliwy, bowiem prawo moralne i boskie zwyciężyło nad złym romansem. Wylałem całą pamięć o niej do zlewu. Tak jak się to robi z resztką kawy parzonej z brązowymi stadami fusów. Mrugnięcie okiem i zgasiłem wielki płomień, która nagle okazał się małą, spaloną zapałką, która dała życie papierosowi.
Ulga.
Zwolnienie od uścisku serca, wreszcie obniżenie poziomu krwi i zanik poczucia strachu.

fot. Tomasz Wybranowski
Nosiłem to w sobie trzy dni, zanim powiedziałem jej o tym na czerwcowej, rozpalonej asfaltem ulicy. Powiedziałem, że muszę to skończyć, ponieważ to nie miłość, ale podły występek. Wypowiedziałem jeszcze listę totalnych bzdur, w które sam nie wierzyłem. Nawet zaplątałem w to jej męża. Twierdziłem, że na pewno ją kocha, że jesteśmy egoistami. Wreszcie wykrzyczałem, że nie zasługuję na jej miłość. Chciałem się nawet rozpłakać w udanym geście rozpaczy nad beznadziejnością naszej miłości, ale ciało powiedziało dość! Nie wypowiedziała ani jednego słowa. Stała nieruchomo w skwarze czerwca. W pełnym słońcu dostrzegłem jedynie jak z jej twarzy znika radość nadziei, a rodzi się ból rozczarowania wpięty w bukiet żalu i dumnej, pysznej złości. Kochała mnie. Wciąż...

Ewelina Kołakowska Bodysire,
tech. mieszana na płótnie, 130x100 cm, 2017
Tamte dni napełniały mnie strachem, że niepowołani ludzie odkryją nasza tajemnicę. Strach przez kompromitacją i trafieniem na listę przebojów plotkarzy skundlonych małością ich żywotów stał się moim powietrzem. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że wreszcie będę musiał stanąć przed lustrem prawdy. Musiałbym wtedy walczyć o tę miłość do ostatniego tchnienia. Stałbym się tematem numer jeden dla znajomych. Przez tysiąc i jedną godzinę byłbym omawiany, pomawiany, krytykowany, wyśmiewany... co jeszcze? Zgryźliwe uszczypliwości, słowa zroszone cynizmem przerażały mnie. Nie chciałem tego! Wołałem wybrać kłamliwą ścieżkę miłosiernego błazna, który płaczem i fałszywym smutkiem wykupuje sobie spokój i pobyt na łące tak zwanej cywilizacyjno – społecznej poprawności. Byłem błaznem i miałem tego świadomość. Wygoda i święty spokój w majestacie szarych prawd życia znieważyły uczucie do niej. Kilka krótkich słów przemieniły jej nowy świat w apokalipsę. Oto ukrzyżowała na wzgórzu Miejsca Czaszek wyobrażenia o tej miłości i złudzenie trwania w niej od początku. Gdyby porwana została przez demona w najniższe kręgi piekielne, to nie wywarłoby na niej żadnego wrażenia. Tkwiła znacznie głębiej. Piekielny ogień i arogancja Lucyfera byłyby pierwszymi realnymi przesłankami prawdy istnienia. Wiem, że podczas tej krótkiej chwili nadal mnie kochała, zamrażając na dnie kufra wspomnień pierwszy nieśmiały pocałunek, stertę żółtych słoneczników przyniesionych przez posłańca i szaleńczy akt miłości na zbiorkach wierszy Herberta i Leśmiana w kłosach niedojrzałego jeszcze zboża. W jednej chwili stałem się przeklętym wspomnieniem, kilogramami zbędnej makulatury i niedojrzałym gnojkiem. Chciałem, Boże jak chciałem wykrzyczeć to, co czuję naprawdę! Tak chciałem krzyczeć, że boję się tak samo jak ona, może jeszcze bardziej! Ale zrozumiałem w ułamku czczej i przygnębiającej chwili, że powiedziałem o jedno słowo za dużo. Są takie chwile, kiedy wydaje się, że jest jeszcze szmat czasu, aby wszystko poukładać, złożyć i usystematyzować a ciąg przypadkowych słów zebrać w sensowne zdanie. Albo dwa. Pocieszamy się tym, że wszystko kontrolujemy, jutro zaś będzie wybawieniem i otwierającymi się drzwiami spełnienia. Mija noc, pięć, sześć godzin odkąd pod zmiętym kocem i piramidą poduszki ukryliśmy głowę pełną obietnic i stuprocentowych zapewnień, że jutro wiatr przewieje serce i wszystko stanie się proste. Świt poraża szarą wstęgą niewypierzonych barw, chłodem i zdychającym snem. Poranna kawa obmywa spękany i milczący język. Gwieździsty, pełen snów o potędze zmierzch stał się odległym punktem a misternie tkany od tygodni plan działania na najbliższe kilka godzin jest tylko małą, nagą i przerażoną na pustej przestrzeni łóżka zabawką. Spogląda na nią już nie naiwne dziecko, ale człowiek, który rozpoznał w sobie smak rozczarowania. Za późno! Odpowiadam za siebie. Ale wiem, że jest już za późno. Chcę być z Nią teraz, ale jest już pół minuty za późno! Dym z papierosa staje się naprężoną linia życia żałośnie tkwiącą pod sufitem harmoniki nieba. Uciekaj! Uciekaj! Uciekaj! Za późno także. Za późno! Późno! Cienie i rozłożyste korony drzew sunące jak czołgi zieleni przemienienia przypominają jedynie wczorajsze rozmowy z samym sobą. Za późno, bo nikt już nie czeka. Gram już tylko dla siebie i do samego siebie. Gram dla idei wplecionych w wieczorny bukiet myśli. Idei, które stały się tylko hasłem, sloganem i zbrukanym przez mocz pijaków wyborczym plakatem. Wiem tylko, że dane mi będzie usnąć za drutem kolczastym niespełnienia. Za późno, znowu za późno, obudziłem oczyszczającą burzę w dolinie mojego prawdziwego Ja.


- Kim jest ta kobieta? – spytałem barmanki.
Wzruszyła jedynie ramionami w wielkim zdziwieniu, o kogo też pytam.
- Jaka Kobieta?! – spytała. – Od kilku minut stoi pan tutaj i gapi się na puste krzesło. A ja gapię się na pana. Już miałam krzyknąć, albo pana szturchnąć. Wystraszył mnie pan.
- Długo?
- Co długo?
- Jak długo tak się zachowywałem?

- Jakieś piętnaście minut. To dobrze czy źle?
- To zależy...
- Od czego – barmanka spytała mnie z zainteresowaniem i pewną dozą zadziwienia, o co też mi może chodzić.
- Od obiektu, w który wpatruje się człowiek, osoby, dla której można zabić, oszaleć i pisać miłość własną krwią...
- To może popiszemy coś razem? – spytała bez skrępowania. – Kończę o dwudziestej pierwszej...
- To ma pani jeszcze przed sobą godzinę – odpowiedziałem na propozycję patrząc na plastykowy, obskurny chiński zegar ścienny. – Nie przeszkadzam. Dobrego wieczoru.

Rozkwitająca noc przywitała mnie nierówno padającym deszczem. Kocham deszcz, kocham chłód i kocham jesień, która zbliżała się. Szedłem w kierunku drogi prowadzącej do głównej trasy N – S. Zastanawiałem się nad fenomenem moich projekcji marzeń. Nigdy nie spotkałem jeszcze tej Kobiety a mimo to znam ją. Jest w zakładkach moich snów, przewija się w nocnych rozmyślaniach, znam na pamięć przypadki jej ciała, wiem jak smakuje dotyk, jak dźwięczy jej głos. Ale czy to możliwe? Czy można tak czuć kogoś, kogo niedane było zobaczyć, porozmawiać, uścisnąć? Dokonywało się we mnie wielkie przypominanie pragnień i marzeń z Nią w roli głównej. Była przecież moją glorią i chwałą na wysokościach. Była arką przymierza i wieżą z kości słoniowej. Będąc z kimś zawsze prześladował mnie jej widok, spojrzenie brązowych oczu i dźwięczny głos, który mówił do mnie, przyzywał: to jeszcze nie to, jeszcze nie teraz. Jeszcze nie... Moje wieczorne litanie do niej i antyfony były dłuższe, od tych zapisanych w katolickich książeczkach do nabożeństwa. Była we mnie. Jak długo? Od zawsze, od pierwszej tęsknoty i uderzenia serca. Muszę ją odnaleźć.

...

Tomasz Wybranowski 


Tomasz Wybranowski. Roztoczanin z serca Zamojszczyzny, rocznik 1972. Absolwent polonistyki na UMCS (specjalność edytorsko – medialna). Studiował także jako wolny słuchacz filozofię i politologię. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Pracował w radiu Centrum, Puls, Top, oraz kieleckim TAK, był korespondentem radiowej „Trójki”. Publikował (i publikuje) w pismach „Próba” , „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski” , „Praca i Życie Za Granicą”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”, magazynie „Kontury”, miesięczniku „Dziś”. Korespondent tygodnika „Przegląd” w latach (2006 – 2012), redaktor dwumiesięcznika „Imperium Kobiet i kwartalników Kontury oraz Zamojski Kwartalnik Kulturalny. Publikuje w tygodniku „Uważam Rze”. Od 2005 roku w Irlandii. Na przełomie 2005/2006 był redaktorem naczelnym tygodnika „Strefa Eire”. W latach 2006 – 2008 wydawca i redaktor naczelny miesięcznika „Wyspa”. Wydał trzy przewodniki po Irlandii „Irlandzki Niezbędnik. Irish ABC”. W latatch 2008 - 2012 nieprzerwanie redaktor naczelny tygodnika (później miesięcznika) „Kurier Polski”. W latach 2008 – 2009 był także irlandzkim korespondentem Polskiego Radia i Informacyjnej Agencji Radiowej. Współpracował także z Radiem Vox. Obecnie nieprzerwanie wydawca i prezenter programu „Polska Tygodniówka” (ponad 270 wydań)  nadawanego w każdą środę w dublińskiej rozgłośni NEAR 90, 3 FM. W każdy piątek (10.00 – 11.00) w Radiu WNET (Polska) pojawia się jego autorski program „Irlandzka Polska Tygodniówka”. 

Cykl programów o historii muzyki światowej „Muzyczne Terapie” gości także w austriackim Radiu FRO. Autor czterech tomików wierszy („Oczy, które...” 1990,  „Czekanie na świt” 1992,  „Biały” 1995 i najnowszy „Nocne Czuwanie”). Jego wiersze drukowano w ponad dwudziestu antologiach poetyckich (ostatnio „Harmonia Dusz” Warszawa 2011). Na początku roku 2013 ukaże się specjalna wersja zbioru „Nocne Czuwanie” wraz z audiobookiem (wydawnictwo Kontury). Rok 2011 przyniósł nominację do nagrody „Polak roku w Irlandii”. Tomasz Wybranowski wyróżniony został przez środowiska polonijne w Irlandii nagrodą „dziennikarz roku 2010”. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Przygotowuje dwie publikacje na temat polskiej muzyki rockowej w czasie zrywu wolnościowego 1977 – 1990. Do tej pory ukazało się jego pięć artykułów naukowych poświęconych mediom, głównie imigracyjnym. Od czerwca 2015 tomek prowadzi Listę Przebojów Polisz Czart, która dzięki niemu rozpoczęła swoje drugie życie  Aby poczuć klimat audycji Tomka, zapraszam do wysłuchania znakomitego programu poświęconemu Grzegorzowi Ciechowskiemu. Można posłuchać go tutaj

sobota, 24 marca 2018

45 Notowanie Listy Polskich Przebojów WNET Polisz Czart - komentarz

Bohaterowie są zmęczeni...

Katarzyna Nosowska (fot. Monika S. Jakubowska)


Robert "Robal" Matera Dezerter (fot.Artur Grzanka)
Marek Andrzejewski ukrył tym razem swoje solowe piosenki pod numerami 2 i 5, co jest wynikiem, który nie tylko potwierdza jego PoliszCzartowe status quo, ale ponadto jest także znakomitą pozycją startową przed kolejnym notowaniem i choć nieoczekiwany spadek "Autorskiego wieczoru" lubelskich mistrzów metafor z pozycji 1 na 11 może wzbudzać niemałe zaniepokojenie, to z drugiej strony w historii naszej Listy podobnych, a nawet o wiele poważniejszych spadków z wysokiego konia nigdy nie brakowało. Mówiąc o zmęczeniu bohaterów, tym razem nie chodzi mi jednakże tylko o czołowe lokaty, ale przede wszystkim o ilościowy bilans wszystkich piosenek literackich w TOP20. Ilościowy spadek z dziewięciu utworów przed tygodniem na zaledwie 4 w najnowszym zestawieniu coś bowiem pokazuje i powinien dać ich twórcom do myślenia. Przyczyn tej sytuacji należy moim zdaniem dopatrywać się albo w zmęczeniu sympatyków Krainy Łagodności regularnym, cotygodniowym zaznaczaniem 15 formularzowych kwadracików, albo tym razem fani piosenki literackiej najzwyczajniej w świecie skupili się bardziej na łapaniu wielkanocnego zajączka i sianiu rzeżuchy, co po mistrzowsku wykorzystali punkowcy wprowadzając do naszego TOP30 rekordową (jak na ten nurt) ilość aż 4 kawałków, w tym pierwsze medalowe - trzecie miejsce Dezertera!


W tym momencie nie wolno mi pominąć milczeniem, że o ile wspomniany Dezerter jak i legendarni podwójni zwycięzcy Jarocina ukrywający się dziś pod szyldem Ga-Ga Zielone Żabki czy też zasłużona płocka załoga Farben Lehre wielokrotnie już w przeszłości zdążyły nas przyzwyczaić do swoich pobytów w TOP20, o tyle najwięcej nieskrywanej radości dostarczyła mi wczoraj inna płocka formacja punkowa - Reszta Pokolenia z jednym z najstarszych stażem i najbardziej zasłużonym dla Listy Polisz Czart słuchaczem Sławkiem Kurkiem, z którym miałem okazję przed kilku laty spotkać się twarzą w twarz na jednym z koncertów i którego serdecznie przy okazji pisania niniejszego komentarza pozdrawiam.

Stuk, puk, pukam do twego wnętrza...

Krzysztof "Grabaż" Grabowski (fot. Marek Jamroz)
Cieszy ogromnie znakomita 5 pozycja najlepszego moim zdaniem utworu z albumu Szara legendarnej formacji Sztywny Pal Azji - "Iluminacje", o której dwa tygodnie temu napisałem, że nikt tak pięknie dotychczas nie bał się wyznać Miłości. Jarku kłaniam Ci się dziś publicznie do stóp za ten prosty, a zarazem w swej odwadze jakże głęboki tekst, który jest niczym najlepsze lekarstwo na wszelkie dolegliwości - te fizyczne i te duchowe. Słuchając Mirosława Baki dochodzę wręcz do przekonania, że ten przepiękny wyciskacz wzruszeń powinni regularnie wykorzystywać podczas swoich terapii najprzeróżniejszej maści uzdrawiacze popękanych dusz stawiający sobie za cel jak najszybsze przywrócenie społeczeństwu schowanych za wysokim murem nieufności właścicieli straconych złudzeń i zawiedzionych serc.


Skoro już jednak ośmieliłem się dokonać przed chwilą parafrazy jednego z najpiękniejszych tekstów Grabaża, to nie odmówię sobie także mało odkrywczego stwierdzenia, że Grabaż nie tylko wielkim poetą zawsze był, ale mimo dość długiej przerwy w pisaniu, wciąż nieustannie potrafi wywoływać (zapewne nie tylko) u obu prowadzących Listę Przebojów Polisz Czart hipnotyczne uzależnienie, trudne do zdefiniowania dreszcze na plecach oraz fluidy, którymi można by podobnie jak przesłaniem SzPal-owych "Iluminacji" uleczyć całe zastępy przygniecionych brzemieniem życia, a jako dowód niezwykłego podobieństwa przesłania obu wymienionych utworów przytaczam specjalnie przeze mnie stworzoną tekstową zbitkę autorstwa obu wspomnianych poetów rocka: Krzysztofa Grabowskiego i Jarosława Kisińskiego:

"Plum, plum, oto mej pamięci łezka, stoisz tutaj znów, a ja przed tobą klękam, odpowiedź łatwa do odgadnięcia... i chcę ci powiedzieć chłopca w sobie karcąc, że zawsze będę przy tobie i kocham cię, kocham cię bardzo..."

Gdzie jesteśmy, kim jesteśmy, czego ciągle chcemy...

Moja rozmowa z Mariuszem Dudą z Riverside w Londynie w roku 2011
...rozpaczliwie woła niedościgniony Mariusz Duda z Riverside w przepięknej kompozycji "The Depth Of Self-Delusion" traktującej o sile iluzji i zatracenia się w niej dotkniętego nią współczesnego człowieka. W tekstach Mariusza bardzo często odnajdujemy dwa ściśle powiązane ze sobą wątki: zagubienie człowieka w labiryntach otaczającej go rzeczywistości, oraz wynikającą z tego zagubienia jego samotność. Czyż wszystko to nie nawiązuje do "leczniczego" przekazu, o którym pisałem przed chwilą i czyż nie łączy się to również z poruszającym tekstem Kasi Nosowskiej z naszego aktualnego i w pełni zasłużenie trzykrotnego numeru 1 grupy Hey - "2015"? Nasi Słuchacze chyba jednak lubią tekstowe wędrówki po najskrytszych zakątkach ludzkiej duszy, a kto wie ilu z nich wsłuchuje się w nie w celu odnalezienia swojego osobistego wyjścia z ciemności zagubienia...


To pierwszy taki rok, gdy samotność znużyła mnie,
Pierwszy taki rok, gdy przez fosę rzuciłam most,
To pierwszy taki rok, gdy do normy wrócił mi puls...

Smalec (Ga-Ga Zielone Żabki) w Londynie (fot. Sławek Orwat)
45 Notowanie przyniosło nam jak zwykle wiele znakomitych utworów z tak zwanego mainstreamu. Voo Voo, Kortez, Mela Koteluk, Scorpions, Organek, Kult, T. Love, Nocny Kochanek i Strachy Na Lachy aż dwukrotnie! Zestaw ten w połączeniu z wymienionymi już Heyem, Sztywnym Palem Azji i Riverside pokazuje jak na dłoni jaka przepaść popularności dzieli dziś wielkie firmy rocka od całej reszty rozproszonego i fatalnie promowanego od lat w dużych mediach undergroundu. Dlatego tym bardziej obecność Dezertera, Farben Lehre, Ga-Ga Zielone Żabki i Reszty Pokolenia ogromnie cieszy. Smuci natomiast spadek notowań piosenki literackiej, a obecność Marka Andrzejewskiego, Janusza Radka i Lubelskiej Federacji Bardów w TOP20 niechaj nie będzie uspokojeniem, ponieważ siła tego szczególnego świata wrażliwości leży przede wszystkim w... empatii i dlatego w obliczu Świąt, których istotą jest Odrodzenie Człowieka, tegoż Odrodzenia właśnie Kochani Artyści życzę Wam najbardziej załączając parafrazę zupełnie innej piosenki trzykrotnej zdobywczyni numeru 1 Kasi Nosowskiej:

Czasem coś.. tyci czort w zdaniach szyk przestawi mi, ale... kochajcie mnie mimo wszystko...

piątek, 23 marca 2018

Tomasz Wybranowski - Muzyczna Polska Tygodniówka Radia WNET: 17. Aukcja Sztuki Młodej – 27 marca 19:30 warszawska Pragaleria ul. Stalowa 3 Gość: Mikołaj Konopacki

Mirella Stern Jak kochać – to na zabój, dyptyk
W Muzycznej Polskiej Tygodniówce WNET gościł Mikołaj Konopacki, dyrektor warszawskiej Pragalerii, gdzie we wtorek odbędzie się już 17. Aukcja Sztuki Młodej. 

Organizatorzy aukcji zapraszają także na showroom kolekcjonerski, w trakcie którego omówić można z ekspertami nie tylko ofertę katalogową, ale także porozmawiać o sztuce, inwestowaniu lub strategii budowania kolekcji. Showroom kolekcjonerski odbędzie się w najbliższą sobotę i niedzielę, czyli 24 i 25 marca 2018 roku. W tych dniach galeria będzie czynna w godzinach od 12.00 do 18.00.

– Zachęcamy do zapoznania się z ofertą aukcyjną i uczestniczenia w licytacji. Ci z Państwa, którzy nie będą mogli z nami być osobiście, mogą składać zlecenia telefoniczne lub limity licytacyjne. Służą do tego specjalne przyciski przy wszystkich pozycjach w katalogu aukcyjnym. Rekomendujemy także możliwość licytacji on-line w czasie rzeczywistym na platformie internetowej onebid.pl – powiedział Radiu WNET Mikołaj Konopacki.


Ewelina Kołakowska
161817145, 2018 olej, płótno,130x100cm,sygn.na odwrocie
Ekscytujący jest WIRTUALNY SPACER po wystawie przedaukcyjnej. Czytelnicy i Słuchacze Radia WNET znajdą go tutaj Jak podkreśla Mikołaj Konopacki, wirtualne zwiedzanie daje możliwość zobaczenia prac w przestrzeni galeryjnej, bez konieczności oglądania wystawy na żywo:

-Świetnie też służy przypomnieniu ekspozycji i pracy tym z Państwa, którzy wcześniej odwiedzili nas osobiście. Do zobaczenia!

Licytacje rozpoczynają się od kwoty 500 zł. W gronie artystów, których prace będzie można nabyć, Ewelina Kołakowska, Mirella Stern, Mariusz Robert Drabarek czy Piotr Bubak. Zapis całej rozmowy z Mikołajem Konopackim znajduje się pod:

https://www.mixcloud.com/tomaszwybranowski/zaproszenie-do-warszawskiej-pragalerii-17-aukcja-sztuki-m%C5%82odej-27-marca-2018-r/