piątek, 20 kwietnia 2018

Łukasz Orwat - Kobieta (nie)zmienną jest (Wrocław 11.12.2011)

Pomnik Owidiusza w rumuńskiej Konstancy
W tym tygodniu przerzucimy się w czasie do antycznego Rzymu pod panowaniem Oktawiana Augusta, gdzie zajrzymy przez ramię sławnego poety Owidiusza na pełne porad, co należy czynić, by przyciągnąć i utrzymać przy sobie kochankę wersy „Sztuki kochania”. Dość frywolna twórczość, która stała się jednym z powodów wygnania twórcy, była kontrowersyjna także i w latach późniejszych. Poznawana przez żaków na uczelniach bywała niejednokrotnie prowodyrem rozpusty i gorszących zachowań studentów, a poznawana podczas nauki łaciny przez zakonników często budziła w ich głowach nieświęte zupełnie myśli. Ale to nie wpływ owidiańskich treści na ludzką mentalność będzie dziś naszym tematem, lecz zaskakująco współczesne odbicie obrazu kobiety w dziele sprzed dwóch tysięcy lat. Pochylmy się zatem nad tekstem i zobaczmy, że kobieta wcale taką zmienną nie jest. Przywołam tu serię passusów z (nie)sławnej „Sztuki kochania”, które potwierdzeniem będą tezy, że choć mówi się, że kobieta zmienną jest, po prawdzie nic nie zmieniła się od czasów Cezarów.

Osobnik, którego Wenera pięknym obdarzyła ciałem większą ma szansę na zawojowanie serca lubej, tak dziś, z czym oponować trudno, jak i w czasach dawniejszych. Niebagatelnym jest też dbałość o swe odzienie:


 

„… Bądź czystym, lecz nie unikaj
Śniadej, opalonej cery
Niech twoja toga nie tworzy
Bezładnie zgniecionych kłębów…”

Kobiety cenią sobie, gdy prawi się im pochwały i komplementy, powie nam tak każdy weteran, który niejedną bitwę stoczył zwycięską. Jak widać, ta taktyka doskonale sprawdza się od dwóch tysięcy lat:

„… Możesz wkraść się do jej serca
Prawiąc zręczne komplementy
Najskromniejsza jest wrażliwą
Na czar pochlebstw niepojęty…”
„Jeżeli pragniesz zachować
Na długo miłość swej pani,
Chwal to wszystko, co w niej widzisz,
Chwal i to, co widzisz na niej.”



„ (…) albowiem pięknymi słowy
Łatwo jest zdobyć kochanie”

Tajemnicą też nie jest, iż niewiasta wielce łasą jest na dobra doczesne. Nie jest to wszak tajemnicą dla mężów, którzy wykorzystują tę słabostkę niewieścią do swoich celów:

„… Nie mam zamiaru bogaczom
Wykładać sztuki kochania.
Nie potrzebuje mych nauk
Ten, który ma coś do dania.”


Niech nie łudzi się więc romantyk czy inny jemu podobny, że pięknym słowem czy pieśnią rozpali pożądanie (ulubiony mój, choć nieco bolesny, fragment „Sztuki kochania”):

„Zali mam ci radzić przesłać
Twej kochance tkliwe rymy?
Chcemy solidniejszych darów, (…)
Nawet dziki barbarzyńca,
Nieogładzony, nieczuły,
Może być pewien triumfu,
Jeśli ma pełne szkatuły.
Żyjemy dziś w złotym wieku.
Wszystko otrzymasz za złoto. (…)
 
Owidiusz z wieńcem Laurowym

Gdyby sam się Homer zjawił
W otoczeniu muz dziewięciu,
Ale z pustymi rękoma,
Wyznając miłość dziewczęciu,
Choć nad jego utworami
Wszędzie słyszymy zachwyty –
Sam Homer, mimo swej sławy,
Wyleciałby na łeb zbity.”

Nierzadko słyszy się, że serce mężczyzny zapłonęło ogniem do przyjaciółki jego lubej. Nie inaczej bywało i w czasach starożytnych, gdy listy od pani zanosiły jej służące (w tym przekładzie nazwane subretkami). Bywało, że to nie pani, a właśnie jej służąca spijała miód miłości…

„ … Źle mieć zbyt ładne subretki
(Amor szybko serce rani),
Niejedna z nich w sercu moim
Zajęła miejsce swej pani.”

Ale gdy już zdrada wyjdzie na jaw, wówczas, czy to Rzymianka, czy luba nasza koleżanka, pierzchnąć lepiej przed gniewem wzgardzonej…


„ (…) zdradzona kobieta.
Wściekłość płonie na jej twarzy.
Jest jak szalona bachantka.
Na wszystko się waży.”

Mógłbym mnożyć dalej przykłady, widać jednak jak na dłoni, że nic się nie zmieniło przez te wszystkie wieki, i słowa Owidiusza dziś także są zaskakująco aktualne. Więc, choć kobiecych humorków zaprawdę nie sposób nie raz przewidzieć, śmiało można stwierdzić, że i za kolejne dwa tysiące lat owidiańskie mądrości będą tak samo trafnie opowiadały o łatwo wskazywalnych obyczajach damsko-męskich. 



I tak nawet dziś „Sztuka kochania” z powodzeniem użyta może zostać jako miłosny podręcznik. I tak jak lata temu, dziś także wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika. Słowem podsumowania. zachęcam każdego do sięgnięcia po to dzieło antycznej klasyki. Chciałem też sprostować, że żaden ze mnie mizogin czy szowinista, wpis ten, na wpół żartobliwy, na wpół jednak do bólu prawdziwy – odpowiem tu słowami Mistrza:

„… Nie można wymawiać przecie
(sami chyba rozumiecie)
Zbrodni kilku niecnych kobiet
Wszystkim kobietom na świecie.”

Cytaty zaczerpnąłem z przekładu Juliana Ejsmonda, a wszystkim, zarówno czytelnikom przyrodzenia niewieściego jak i męskiego polecam gorąco ten momentami wielce krotochwilny utwór antycznego mistrza. Dziękuję za uwagę i zapraszam za tydzień, gdzie przyjrzymy się rozpasaniu i upadku obyczajów dni obecnych (o czym także wspomniał wielki Owidiusz):


„(…) A dzisiaj – dziś co widzimy?
Wszędzie – upadek sromotny.”

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.

środa, 18 kwietnia 2018

"Zespoły, które grają poezję śpiewaną, robią to podobnie" - z założycielem, wokalistą i gitarzystą zespołu Małe Kino Jarkiem Kąkolem rozmawia Agnieszka Sroczyńska

  Rozmowa ukazała się pierwotnie na poecipolscy.pl

Agnieszka Sroczyńska: Pomysł na założenie zespołu Małe Kino był Twoim pomysłem, czy zrodził się w gronie przyjaciół?

Jarek Kąkol: No pewnie, że był moim pomysłem. Wymyśliłem go co prawda późno. Nie miałem nigdy wcześniej takich ambicji, choć komponowałem jakieś piosenki i sprawiało mi to wielką przyjemność. Nigdy nie wiązałem z tym jakichś planów. Ale kiedy przyszło mi na myśl, że mógłbym skonstruować coś takiego jak zespół, wówczas zapragnąłem przynajmniej nagrać te piosenki, które dużo wcześniej ułożyłem i mieć je na kasecie. I rzeczywiście nagrałem taką kasetę z Jackiem Pawlusem.

- A dlaczego nazwa Małe Kino?

- Kolega z zespołu Jacek powiedział mi kiedyś: „Musimy jakoś się nazywać, Jarek”. No i zacząłem się zastanawiać, jak tu się nazwać. Przypomniałem sobie zdarzenie z dzieciństwa, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ojciec zaprowadził mnie do kina w Węgierskiej Górce. Film był zatytułowany „Winnetou”. Kino było małe, niechlujne.


Ale ten duży ekran i kolorowy film zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Telewizja była wówczas czarno-biała. Ta nazwa miała być tak na początek, zanim coś lepszego nie wymyślimy. Ale się przyjęła.

- Kiedy zaczęliście pierwsze próby?

- To był koniec ’99 roku.

- I od początku była to muzyka do wierszy?


- Tak, od początku taką układałem. Moja przygoda z poezją zaczęła się tak na poważnie w wojsku. To była wiosna ‘81r. Jeszcze nie było stanu wojennego. W Polsce panowała pewna euforia, tyle miało się wydarzyć, a mnie biorą do wojska… To był trochę cios. Ale polazłem, wszyscy szli. Miałem 19 lat. Napisałem list do przyjaciela, w którym opisałem, jak w tym wojsku naprawdę jest. Ten list przechwycono i zostałem wezwany na przesłuchanie.

Straszono mnie prokuratorem, że dostanę 5 lat więzienia za zdradę tajemnicy wojskowej. Potem posłano mnie na kompanię i wrzucono do łazienki. Miałem sprzątać kibel. Podoficer, który mnie podkablował, kazał mi czyścić ten pisuar żyletką na różne tempa. Kiedy nie zechciałem posłuchać jego poleceń, kazał mi włożyć głowę do pisuaru i puścił wodę. Wstałem z tą mokrą głową i bardzo mocno go uderzyłem. Wtedy jeszcze bardziej się mną zainteresowano. Ale paradoksalnie o prokuraturze już nie było mowy, nic mi za to nie zrobiono. Dowiedzieli się, że lubię rysować i zrobili ze mnie dekoratora. Wykonywałem plakaty z napisami typu: „Im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi w boju”. Na dużych planszach malowałem farbami plakatowymi czołgi [śmiech]. Jednym z moich obowiązków było również sprzątanie lektoratu. Mogli tam przychodzić żołnierze zawodowi, żeby poczytać książkę. Co prawda, nigdy ich tam nie widziałem. Kiedyś zwróciła moją uwagę wysunięta z regału biblioteczki bardzo cienka książeczka. Był to tomik „Srebrne i czarne” Jana Lechonia. Wyciągnąłem go i otworzyłem na stronie z wierszem „Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną”. To pytanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie… bo ja w tym wojsku i przed wojskiem cały czas się zastanawiałem, co dla mnie jest najważniejsze…


I otrzymałem odpowiedź: „Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno”. Ale muzykę do tego wiersza ułożyłem stosunkowo bardzo późno, chyba w 2000r.

- Wydaliście dwie płyty – „Drugie życie”(2002) i „Prawda i Sny” (2016). Na obu królują wiersze takich poetów jak wspomniany już Jan Lechoń, czy Bolesław Leśmian, Artur Rimbaud, Mieczysław Jastrun. Jesteś autorem muzyki do nich wszystkich. Skąd pomysł na tworzenie muzyki do wierszy, o których mało kto pamięta?


- W latach 70-tych był taki program w radio prowadzony przez Piotra Kaczkowskiego (zresztą jest do dzisiaj), w którym puszczano świetne zespoły. Kiedy słuchałem tej pięknej muzyki, wydawało mi się, że słowa muszą być równie piękne. Ale okazało się, że nie. Te teksty były naprawdę denne [śmiech]. Kiedy zacząłem grać na gitarze tak na poważniej w ‘98r., to po pewnym czasie pomyślałem – nawiążę do tych lat 70-tych, do tej muzyki, którą tak uwielbiałem, tylko podłożę wiersze, żeby one były równie piękne jak ta muzyka, którą ewentualnie ułożę sam lub z zespołem.

- Opowiedz krótko, jak zmieniał się skład zespołu.

- Na początku poznałem takich młodych chłopaków, którzy byli nieprzeciętnie utalentowani jak Wojtek Hajdusianek, Kuba Kotowski. I z nimi oraz z Erykiem Urbańcem, Mateuszem Jachymem i Piotrem Hetnałem nagrałem tę pierwszą płytę.


- Ale drugą stworzył całkiem inny skład. Twój przyjaciel z zespołu – Sebastian Adamczewski – tak scharakteryzował jego członków na swoim profilu na Facebooku: „Agnieszka [Biniek] - anioł ze skrzypcami w dłoniach, nie zjawa, lecz zjawisko, które najcichszym dźwiękiem stawia na ciele i duszy wszystkie włosy dęba; Jarek [Kąkol] - nie tylko kawał głosu, ale przede wszystkim kawał charyzmy, którą omamił nas wszystkich i uzależnił od Małego Kina; Łukasz [Nowok]- nie tylko potrafi zagrać, ale przede wszystkim namalować wielowymiarową przestrzeń, w której mogliśmy dźwiękiem pisać swoje opowieści; Piotr [Hetnał] - <łeb> pełen pomysłów, dźwiękowych zakrętasów i gitara, którą każdy chce mieć <u siebie>; Daniel [Główczyk] - stanowczy i pewny siebie człowiek, i taki sam basista, i Andrzej [Mieszczak] - precyzyjny, nieśmiertelnie pewny i powtarzalny - tylko taka sekcja mogła pozwolić nam na koncertach odrywać się od podłogi…”. To jeszcze powiedz, jaki jest Sebastian.

- To jest wspaniały muzyk, ale mało kto wie, że jest to także wspaniały człowiek. Zresztą wszyscy w zespole są fajni. Grali z nami też na perkusji: Paweł Supłat ,Wojtek Pierlak, Wojtek Steblik, Daniel Górecki. Daniel Główczyk przyszedł później do tego zespołu, ale tak się zafascynował, tak się wciągnął, że dzięki niemu jeszcze to trwało i dzięki niemu jest ta druga płyta. Pojechaliśmy nagrać koncert do Kazimierza w Muzeum Nadwiślańskim i tak się spodobaliśmy prowadzącej je wówczas pani Wandzie Michalak, że zaproponowała nam nagranie płyty i pomoc w sfinansowaniu jej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tak powstała płyta „Prawda i Sny”.


- Powiedziałeś kiedyś, że nie lubisz „poezji śpiewanej”. Nie lubisz tego określenia, czy pewnego stereotypowego charakteru tej muzyki?

- Nie lubię jednego i drugiego. Kiedyś byliśmy zaproszeni na taki Festiwal Piosenki Nieobojętnej „Baszta” w Ostrzeszowie i to określenie „piosenka nieobojętna” bardziej mi się podoba.

- To czym jest dla Ciebie „piosenka nieobojętna”?

- Wtedy rozumiałem to tak - jeśli ktoś takiej piosenki posłucha, to nie przejdzie wobec niej obojętny. Ale to też jest złe określenie dla muzyki, która marzy mi się teraz, którą chciałbym słuchać w radio. Zespoły, które grają poezję śpiewaną, robią to podobnie. Ja nic do nich nie mam, ale wszyscy są w jednym worku. Możliwe, że ja też. Być może, że nawet ja mam do powiedzenia mniej niż ci, o których przed chwilą wspomniałem [śmiech].


- Kiedyś powiedziałeś, że zależy Ci, by w Twojej muzyce pobrzmiewały też „brudne dźwięki”, żeby było bardziej rockowo.

- Tak, żeby było szorstko. Rock daje trochę takiej szorstkości .

- Zespół od dwóch lat nie koncertuje, m.in. z powodu Twojego wyjazdu do Francji. Czy jest szansa, że wrócisz do tworzenia muzyki do kolejnych wierszy?

- Prawdopodobnie tak. Chcielibyśmy z Danielem Główczykiem zrobić ten zespół jeszcze raz. Zostawimy nazwę Małe Kino, ale to będzie nieco inny zespół. Sięgniemy do naszych starych piosenek, ale zrobimy do nich inne brzmienie. Oczywiście zacznę też układać nowe piosenki. Na pewno ułożę jeszcze muzykę do kolejnych wierszy Lechonia.

- Dzięki za rozmowę i życzę drugiego życia Małemu Kinu.



O zespole Małe Kino, który odkurza zapomniane wiersze z jego założycielem, wokalistą i gitarzystą Jarkiem Kąkolem rozmawiała Agnieszka Sroczyńska. Fanpage zespołu na Facebooku znajduje się tutaj

Agnieszka Sroczyńska urodziła się w 1978 r. w Trzemesznie. Mieszka w Trzebini. Laureatka ogólnopolskich konkursów literackich. Redaktorka witryny PoeciPolscy.pl. oraz pisma kulturalno-literackiego „Inter-”(dział wywiady). Autorka dwóch tomów poezji „Niemocni”(Miniatura 2015) i „Który odchodzisz” (Miniatura 2017).

Łukasz Orwat - Precz mi od Wertera! (Wrocław 2.12.2011)

Lotta i Werter (rys. Daniel Chodowiecki)
Będzie to tym razem wpis wybitnie krytyczny, nie jednak wobec samego bohatera literackiego i prezentowanych przezeń postaw, ale krytyczny wobec ludzi spłycających i postrzegających aberracyjnie tą jedną z – moim zdaniem – najpiękniejszych postaci, jakie wykreowała literatura. Przejdźmy od razu do rzeczy. Historia obsesyjnej miłości uduchowionego młodzieńca niepotrafiącego odnaleźć swojego miejsca w świecie pełnym społecznych podziałów przez czytelników w wieku licealnym stykających się z dziełem Goethego jako z kolejną lekturą w lwiej części przypadków przyjmowana jest wyjątkowo negatywnie jako oderwana od rzeczywistości, ukazująca godny pogardy obraz mężczyzny (w ich mniemaniu wręcz niegodnego, by określić go takim mianem) oraz przede wszystkim jako kolejna „nudna lektura”. Jakże to błędne stwierdzenia! W zasadzie większość oskarżeń płynie dzięki uczynieniu „Wertera” obowiązkową lekturą, wszak uczniowie „z marszu” nie lubią lektur…


Przede wszystkim sądy takie wypowiadają ludzie, którym najdalej jest do zrozumienia bohatera, postrzegający miłość jako odbywany regularnie stosunek płciowy, a uczucie, którym Werter darzył Lottę jest im tak dalekie, jak przeciętnemu człowiekowi znajomość okresu orbitalnego Neptuna (niecałe 165 lat, dygresyjka). I w zasadzie ciężko się im dziwić. Współczesny świat na piedestał wystawia „piękne dziewczęta” wijące się wokół „umięśnionych przystojniaków”, bombardując tymi obrazami w całej dostępnej szeroko „kulturze”, a więc kształtując w taki sposób postrzeganie jej odbiorców – szerokiego grona zwyczajnych ludzi, którzy z książką mają tyle wspólnego, że mijają ją codziennie w drodze do pracy wystawioną na witrynie księgarni. I tu także w zasadzie ciężko im się dziwić, że oceniają tak odmiennego im bohatera negatywnie, przecież nie utożsamiają się z nim a jego przeżycia są im zupełnie obce. I tu piętnuje także kolejna bolączka człowieka współczesnego: niezdolność do odczuwania w sposób inny niż własny. Nie wymagam tu oczywiście cudów – wszak mężczyzna nigdy nie będzie wiedział, co czuje kobieta w połogu – ale piętnować muszę bezmyślne odrzucanie treści wyłącznie z powodów ich odmienności od ogólnie przyjętych realiów, bez nawet próby pojęcia emocji targających Werterem czy bohaterem jakiejkolwiek innej książki.

Strona tytułowa I wydania z 1774 roku
Poruszę tu także kwestię, która mnie osobiście wpienia jeszcze bardziej niż wszystko to, co opisałem wyżej, mianowicie mówienie o Werterze jako o członku pewnej młodzieżowej subkultury zwanej „Emo”. Ich zawodzenie nad bezsensownością egzystencji, a także dziwaczne upodobnianie się mężczyzn do kobiet, na skłonnościach i aktach samobójczych podkreślających niezrozumienie ich osób przez świat nijak ma się do działań bohatera „Cierpień…”. Sam fakt pozbawienia się życia z powodu nieszczęśliwej miłości (to nie jedyny powód, o czym większość krytykujących zapomina) nie powoduje, że można uznać Wertera za prekursora tej społecznej aberracji. Nie rozwodząc się długo, szlachetny indywidualizm oraz (niebagatelne!) poczucie niesprawiedliwości hermetyczności klas społecznych były katalizatorami dla wrażliwej duchowości, co tylko spotęgowało jego opozycjonizm względem otaczającej, płytkiej rzeczywistości (u jakże wielu ludzi także i dziś rodzi się taka postawa!), co w połączeniu z wspominaną wcześniej nieszczęśliwą miłością w już zaręczonej kobiecie w końcu doprowadziło do targnięcia się na własne życie.


Konsekwentne działania Wertera naznaczone duchową podkładką nijak nie przedkładają się na otwarcie groteskowe uczynki oraz niepoparte ideami stawanie przeciw światu młodzieńców spoglądających spod przydługich grzywek mieniących się bałwochwalczo spadkobiercami Wertera.

Werter i Lotta z rodzeństwem (rysunek ołówkiem i sepią Johanna Daniela Donata)
Na poparcie podam tu kilka fragmentów recenzji „Cierpień…” znalezionych w Internecie (oryginalna pisownia zachowana):

„…Polecam tę książkę dla wyznawców współczesnej subkultury Emo.”
„…W dzisiejszym świecie głównego bohatera wysłalibyśmy do wariatkowa….”
„…Werter, który za ukochaną popełnia samobójstwo jest kreacją marnego i płaczliwego mężczyzny.
„…Samej książka nie przypadła mi do gustu, natomiast jej wydanie (wyd. GREG) jak najbardziej.”


Przy okazji tego wpisu i cytowanych wyżej „recenzji” wylać też muszę wiadro pomyj na wydawnictwo GREG. To, co robią oni z literaturą godne jest najwyższego potępienia, zaś osoby odpowiedzialne za wklejanie w tekst pól z tzw. „ważnymi cytatami” powinny cierpieć katusze w najgłębszych czeluściach dantejskiego piekła.

Wilhelm Amberg: Wykład z "Werther" Goethego, 1870
Nie dość, że wspomniane dopiski odzierają utwory z całej magii odszukiwania ukrytych walorów dzieła (do śmierci wspominał będę nieszczęsne pole z przypisem „Ksiądz Robak – Jacek Soplica” przy pierwszym pojawieniu się bernardyna w „Panu Tadeuszu”!) to jeszcze mierne, niejednokrotnie przekłamane opracowania nieznanego autorstwa kłują dosłownie w oczy (gdzież im do dobrze skomponowanych „BN-owskich” wstępów…). Tak więc słowem zakończenia odradzam korzystanie z dzieł opracowywanych przez ten szatański pomiot, a wracając do tematu przewodniego – próbę chociaż spojrzenia na Wertera jako na przykład pięknego człowieka o olbrzymiej duchowości, nie zaś jak na „marnego i płaczliwego mężczyznę”. To taka piękna i (o dziwo!) współcześnie aktualna postać. Dziś rzucałem gromami niczym Dzeus ze szczytu Olimpu, kolejnym razem będzie spokojniej, opowiem co nieco o tym, jak o kobietach mówił rzymski poeta Owidiusz i jak bardzo aktualne są jego słowa pomimo upływu czasu. Do następnego razu, dziękuję za czas poświęcony lekturze.

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Przedpremierowo przed wydaniem piątego zbioru wierszy Tomasza Wybranowskiego JednoCzas






Andrzej Tadeusz Serdeczny - ten, który zapomina siebie teraz.

Alkohol, kobiety, muzyka i życie - to namiętności artysty, poety i prozaika - Andrzeja Tadeusza Serdecznego, które znajdują swoje ujście w poetyckich, niepoetyckich obrazach. Obrazach niewyrazistych jak... twarz kobiety - anioła, w którą zatapia istotę duszy, i wyrazistych, jak szara rzeczywistość, malowana piórem na pożółkłym papierze dni. Od czternastu lat mierzy się na rękę z ziemią i niebem, przyznając: "W jarzeniowym świetle popsutego nieba, potykałem się o aureolę ulicznej nocy. Mosiężna dusza tłukła w kocie łby jak moździerz. W prawej dłoni ściskałem całą nędzę, bojąc się, by nie osiadła wilgocią na bruku." Poczucie nędzy egzystencji ma swoje źródło w poetyckiej świadomości pielęgnowania oddechu, wiernego druha jaźni.

Zdawać by się mogło, że życiowa droga artysty i jego wybory zaprowadzą go w zgoła inne zaułki. Studiował budownictwo na Politechnice Wrocławskiej w Wałbrzychu, mieście rodzinnym, w którym wylęgły się pierwsze myśli. Jako niespokojny duch nie potrafił jednak poświęcić się nauce. Porzucił studia i wyjechał do Irlandii, w której mieszka do dziś. Nędza egzystencji to jeden z wiodących motywów twórczości Andrzeja Tadeusza Serdecznego. Świadomy rządzącej światem entropii, zarówno szydzi z gasnących gwiazd, jak i oddaje im hołd w potocyźmie słów. Zdaje sobie sprawę, ze ostatnią kochanką, która weźmie go w ramiona, będzie śmierć. Nie dlatego, że grzebał zmarłych. Notabene - pierwszym zajęciem poety w Irlandii była posada grabarza. Świadomość ta zrodziła się w niepokoju duszy i samotności, które zarówno przeklina, jak i przygarnia silnym ramieniem pracownika budowy, dla którego prace remontowe do dziś stanowią źródło utrzymania na emigracji.

W jednym z wierszy pisze: "a ja patrzyłem w te oczy i widziałem więcej niż powieki wieków - piękno". Można by dyskutować, czy wspomniane oczy należą do kochanki - miłość jak nędza czy śmierć spowija pióro poety, czy do największej życiowej namiętności - sztuki żywego słowa, które lęgnie się w okolicach żeber i zostaje spisane drżącą od wzruszenia ręką. Pisanie, tworzenie, odtwarzanie, kreowanie... to, niewątpliwie, po wieki wieków piękno. I to właśnie piękno w poezji artysty zostało docenione w V Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Mariana Jachimowicza, nagrodą specjalną Jury. Urodzony w Wałbrzychu, dnia 26 września 1979 roku, w chwilach uniesień przyznaje: "jestem tym, którym zapomina siebie teraz". Niech to nas, Czytelników, jednak nie zwiedzie. Między świtaniem a świtaniem, artysta dotyka żelazną dłonią i ptasim sercem żłobień nocy i dnia, wskazując, że nie zapomina. Poeta nie zapomina - "męczy [go] akt urodzenia". Spytawszy artystę, jak należy rozumieć jego twórczość, być może usłyszymy: "wolność (...) i nie chodzi wcale o słowną reprezentację, językowe kody (...) chodzi o nią". Sam mówi o sobie: "jestem jednogroszówką, spadającą zawsze na rant". W tych kilku słowach zawiera się cała esencja twórczości tego współczesnego poety, esencja, która nie opuszcza go nawet wówczas, gdy przymyka powieki świadomości, by usiąść na gałęzi snu.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Bartosz Bukowski - Wszystkie kobiety...?!

Boszkowo (fot. Kasia Berczyk, napisy Sławek Orwat)


Sobota była upalna. Sprawdzały się prognozy na drugą połowę lipca. Byłem z tego powodu bardzo zadowolony tym bardziej, że sprawdzały się moje prognozy, że w czasie tegorocznych wakacji obędę się bez alkoholu. Co prawda w piątek wypiłem jedno, no może dwa piwka, ale z drugiej strony w piątek było pochmurnie. Poza tym w czasie pierwszego dnia weekendu poczułem się jak na jakiejś wielkiej huśtawce, raz bliski euforii, a raz totalnie wściekły i zdołowany i... znowu w górę. Wieczór zaczął się dość pechowo od krótkiego spięcia z Szelmą. Wisiało ono w powietrzu przynajmniej od Tych, gdy Szelma z Adasiem ku przerażeniu Dziksona odkręcili w JEGO aucie pierwszą butelkę ginu.


Autor opowiadania
We Wrocławiu Szelma stracił do mnie resztki szacunku, co prawie zawsze mu się zdarza, gdy jeden z nas znajduje się w odmiennym stanie świadomości. Wieczorem przebrałem w jego oczach miarę raz, że nadal byłem trzeźwy, dwa że ciągle chodziłem o kuli. Postanowił temu jakoś zaradzić i tak oto zostałem zaatakowany przez człowieka w kasku, który niczym jakiś pastor z amerykańskiego show wyrwał mi kulę z ręki, następnie złamał ją na pół i rzucił w dwóch przeciwnych kierunkach, krzycząc przy tym coś o uzdrawianiu. Byłem wściekły. Na szczęście po odnalezieniu dwóch części mojej kuli, okazało si, że można ją naprawić, co uczynił Banko, przy pomocy swojego świeżego tytułu magistra inżyniera i taśmy klejącej. Po tej przygodzie wiedziałem, że już nie usnę spokojnie tym bardziej, że wcześniej widziałem piwo w promocji po złoty 99. Później na molo za pomocą mojej nie do końca naprawionej kuli jak i promocji zapoznałem się bliżej z wodą, a w konsekwencji tego z niejaką Esterą i jej koleżanką. Jako, że byliśmy już w wodzie, wykorzystaliśmy tę ciepłą noc na wspólna kąpiel, później wspólne ognisko, które rzuciło nieco światła na Esterę. Byłem nieco rozczarowany tą gwiazdą z nieba, a uczucie to pogłębiło się w chwili, gdy ta zaczęła mi z przejęciem tłumaczyć:


- Moje imię nie jest polskie, tylko greckie, czy jakoś tak. Sama dokładnie nie wiem.

- To ciekawe... - odpowiedziałem i już miałem oddalić się pod byle jakim pretekstem na przykład, że spieszę się na samolot do Grecji, a dokładniej do Tel Awiwu. Na szczęście wtedy pałeczkę przejął Lesiu i sprowadził rozmowę na właściwe tory, tłumacząc dziewczynom, że to bardzo nierozsądne, gdy dwie dziewczyny idą gdzieś z czterema nieznajomymi, ilustrując swoją tezę licznymi bardzo obrazowymi przykładami z niedawno przeczytanego artykułu pod tytułem "Ameryka kocha seryjnych morderców".

Boszkowo (fot. Kasia Berczyk)
Zrobiło nam się naprawdę wesoło szczególnie wtedy, gdy za dziewczynami trzasnęła bramka, bo nagle przypomniały sobie, że o czymś zapomniały. W sobotnie upalne popołudnie siedząc w cieniu werandy uśmiechałem się tak do piątkowej nocy jak i do Agi i do mojego wczorajszego oprawcy. Czas też musiał odczuwać skutki upału, bo w tym falującym od gorąca powietrzu poruszał się bardzo ospale. Nie miałem do niego o to pretensji, a wręcz przeciwnie - bardzo mi to odpowiadało. Spojrzałem na Szelmę i w mojej głowie zrodziła się równie szelmowska idea - zaproponować mu ćwiarteczkę.


Spojrzałem na niego badawczo i już czułem, że uśmiecha się do tej mojej jeszcze nie wypowiedzianej myśli, wiec śmiało spytałem.

- Szelma może zrobimy sobie emerytkę? - po tych słowach z drwiną w oczach popatrzyła na mnie Aga i przez chwilę wydawało mi się, że słyszę Halamę w jego największym przeboju.


Zasłużyłem sobie na to moimi wczorajszymi szumnymi deklaracjami. Od razu wiec dodałem:

- Ale tylko jedną. Wiesz... tylko ty i ja. Ja później mówię pass, a ty rób co chcesz.

Szelma bez szemrania przystał na moje warunki i już po chwili przyjemność z pobytu w Boszkowie spotęgowały pierwsze podnoszone przez nas leniwie i bez pośpiechu kieliszki. Szelma już powoli rozpoczynał swoja balladę o szybowcach i lataniu. Było naprawdę miło, bardzo miło, cicho, gorąco, a w cieniu werandy przyjemnie, bardzo przyjemnie. Do tego zieleń drzew, jezioro i ta świadomość, że nic się nie musi.

To, że ja to lubię, to mało powiedziane, ja w takiej atmosferze rozpływam się. Podobno wyglądam wtedy dość głupawo, a to za sprawą błogiego uśmiechu, który nie schodzi mi z twarzy. Jednak w momencie, gdy jak za dotknięciem magicznej różdżki reszta naszych znajomych wyrosła jak spod ziemi w bezpośredniej bliskości stołu i naszej emerytki, nie bez żalu zrozumiałem, że nie mogę być już pewien ilości butelek, jakie dziś staną na tym stoliku, ale jednego mogłem być pewien, że ja będę im dzielnie towarzyszył. I tak leniwe sobotnie popołudnie nabrało rozpędu i nie wiadomo kiedy stało się gorącym sobotnim wieczorem.


Temperaturę podkręcił przyjazd kumpla Filipa z dziewczyną, która podobno potrzebuje, by być naprawdę gorącą przez trzy i pół godziny. Nie musiało minąć - jak chciał tego Szelma - 14 kwadransów, by zrobiło się naprawdę wesoło i rozkosznie. W międzyczasie Lesiu zwany Bakterią zwerbował jakieś trzy koleżanki ponoć znajome z zeszłego roku. Mnie wydawało się dość mało prawdopodobnym, by ich matki rok temu puściły je same bez opieki dalej niż do sąsiedniego sklepu i to o ile ten nie znajdowałby się po drugiej stronie ulicy. Dziewczyny mimo młodego wieku okazały się być bardzo dobrze wychowanymi i rozmownymi.

Boszkowo
Rozmowę rozpoczęły od podania imion i na tym poprzestały. W chwili, gdy sytuacja naszej butelki stawała się kryzysowa, szybko zrezygnowały z naszego towarzystwa tłumacząc, że "spieszą się". Zrobiło się smutno. Mi szczególnie z powodu dziewczyny, która może nie była przesadną gadułą, ale miała taki dar wymowy, że zapamiętałem każde wypowiedziane przez nią słowo. A było to "Paulina jestem" no i może jeszcze "tak" i "nie". Spodobało mi się to, bo w Księdze napisane jest: "mówcie tak, by wasza mowa tak tak, nie nie była". Poza tym ta niewielka osóbka miała tak niesamowicie kręcone włosy, że podobne dotąd oglądałem tylko w lustrze.


W momencie gdy butelki skapitulowały w obliczu przeważającej siły wroga i odcięcia drogi posiłkom (monopolowy został zamknięty), postanowiliśmy skoczyć do jakiejś knajpy, choć mi osobiście pomysł ze skakaniem nie za bardzo się podobał. Koniec końców wylądowaliśmy w jakiejś knajpie, która kiedyś nazywała się inaczej i była gdzie indziej, ale dalej składała się z wolnego powietrza, parasoli i zbitych desek do rytmicznego podskakiwania. Jednym słowem nadawała się. Nic wiec dziwnego, że bawiłem się świetnie zalewając się piwem, a Trzyipółgodziny komplementami. Szczególnie że wszystko słyszał jej chłopak nie-chłopak. Było pysznie. Gdy byliśmy już dość dobrze napełnieni płynami wyskokowymi, szybko pojawiła się w nas chęć zagoszczenia na pobliskim parkiecie. Nawet ja omawiałem z Trzyipółgodziny możliwość tańca w trójkącie ja, ona i moja laska. Jednak nie odważyliśmy się, bo dobrze wiedziałem jak zazdrosną potrafi być o mnie moja laska.


W końcu nie odstępowała mnie na krok już blisko dwa lata i była mi - można by tak powiedzieć - prawdziwą kulą u nogi. Zostałem sam wsparty miedzy dwoma stolikami i z niekłamanym zachwytem przyglądałem się tanecznym wybrykom moich znajomych. Niestety nie wszyscy podzielali mój zachwyt. Stojąca pod sceną grupka chłopców w sportowych ubrankach patrząc na taneczne popisy Szelmy i reszty, że zgorszeniem obracali głowy i spluwali trzy razy za swojego lewego adidasa. Mimo, że sam nie brałem udziału w tych dzikich pląsach, raz po raz podobnie jak tancerze z trudem łapałem równowagę, gdyż obserwując ich kolejne taneczne ewolucje moim ciałem wstrząsały ataki spazmatycznego śmiechu.

Boszkowo (fot. Kasia Berczyk)
Osiągnęliśmy swoiste katharsis - ja odbiorca i oni prawdziwi twórcy i mistrzowie pijanej zabawy. Wtem zabawę przerwała mi dziewczyna przepraszając mnie i prosząc o przejście, gdyż ja jak każdy rasowy inwalida starałem się najbardziej dopiec zdrowym i oczywiście wsparłem się między dwoma stolikami, pomiędzy którymi odbywał się największy ruch, czyli na linii bar – stoliki. Spojrzałem na nią i od razu rozpoznałem w niej moją uciekinierkę. Nic wiec dziwnego, że zamiast ją puścić, śmiało do niej zagadałem:


- O Paulina znowu się widzimy - ta spojrzała na mnie, jakby podejrzewała mnie o jakąś chorobę psychiczną i ucięła naszą rozmowę krótkim

- Spadaj! - co w sumie rozbawiło mnie, bo nie podejrzewałem jej o taką elokwencję. Tylko jedna rzecz wydała mi się dziwna. Paulina była od mnie wyższa, a przecież dobrze pamiętałem, że jeszcze parę godzin temu rzecz miała się odwrotnie. W sumie nie zastanawiałem się nad tym dłużej, bo jak mawiał Dzikson - "są na tym świecie rzeczy, o których się nawet fizjologom nie śniło".

Boszkowo (fot. Kasia Berczyk)
Tym bardziej, że do stolików powrócili zmęczeni tancerze, a wraz z nimi jeszcze nie zmęczone piwo. I znów wszyscy wspólnie daliśmy nura tak w opary alkoholu i tytoniu jak i absurdu naszych rozmów, z których nic nie wynikało z wyjątkiem salw śmiechu i poczucia, że czasami właśnie tylko o to chodzi. Wtedy ktoś nieśmiało trącił mnie w ramie i spytał czy nie mam papierosów. Szybko, poznałem moją miłą rozmówczynię sprzed paru minut, co zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie. Jeszcze chwilę temu "spadaj!!!"


A teraz... Musiałem już wtedy być nią m o c n o oczarowany, bo zamiast wyciągnąć z kieszeni moją paczkę mocno zmiętych Mocnych i mieć problem z głowy, odpowiedziałem:

- Nie mam, ale za chwilę możemy temu zaradzić. Mam nadzieje, że będziesz tak miła i zechcesz potowarzyszyć mi w kolejce do baru. - Trochę się zdziwiła, gdy zauważyła, że wraz ze mną rusza w drogę moja wysłużona kula. I chyba żeby mi zrobić przyjemność, cały czas jaki staliśmy w kolejce przeznaczyła na skakanie na jednej nodze – co strasznie mnie irytowało i wydawało mi się głupie, nawet wtedy, gdy z rozbrajającym uśmiechem wytłumaczyła mi się z swojego zachowania:

Boszkowo (fot. Kasia Berczyk)
- Żebyś nie czuł się taki sam na tej jednej nodze. - Gdy odstaliśmy/odskakaliśmy swoje, kupiłem paczkę marlboro całkowicie zapominając już o swoich Mocnych, a że postanowiłem przejść do ostrej ofensywy, zaproponowałem Paulinie piwo. Jak zdążyłem się zorientować, nie była ona tą Pauliną, ale w każdym bądź razie była Pauliną i to mi wystarczało. Później zaproponowałem jej miejsce przy naszym stoliku. Nie miała serca mi odmówić, bo ze świeżej paczki papierosów porwała ich więcej, niż nakazywałby dobry obyczaj. Po rozprowadzeniu tytoniu wśród znajomych, karnie siadła z nami, a dokładnej ze mną. Postarałem się o to, by od reszty biesiadujących oddzielała nas noga od parasola, co nie przeszkadzało Lesiowi spijać nam piwa czymś co przypominało miniaturę rurociągu jamalskiego.


(Lesiu miał ten niezwykły dar wykonywania najbardziej irytujących czynności w ten sposób, że o dziwo nie irytowały, a nawet wzbudzały sympatię i chyba doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ciągle zawieszając sobie coraz wyżej poprzeczkę, którą ktoś kiedyś wreszcie zerwie i stłucze mu nią jego wtedy mocno zdziwiony łeb). W szybkim kruszeniu lodów miałem kilku sojuszników: Lesiowy rurociąg, czapkę Periego i moją kartę atutową, czyli moją złamaną nogę i jej historię tutaj, którą zwykłem opowiadać, jakby to była najzabawniejsza historia, jaka mnie w życiu spotkała. Rozmowa kleiła się nam doskonale.

Boszkowo (fot. Paweł Wróblewski)
Nic więc dziwnego, że i my w ślad za nią. Byłem bardzo zadowolony z siebie, że nie przespałem odpowiedniej chwili, by otworzyć tak swe serce jak i swój portfel. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że gdybym dzisiejszego wieczoru nikogo nie poznał, to - znając mój budżet - następnego dnia mógłbym już otwierać tylko moje serce, a to niestety w naszym zepsutym świecie stanowczo za mało. Gdy patrzyłem na Nią, robiło się naprawdę przyjemnie, bardzo przyjemnie, przez co czułem się trochę nieswojo. Serce zaczynało bić mi szybciej i po raz kolejny dzisiejszego dnia czas zwariował uciekając od nas bardzo daleko ze wszystkimi moimi znajomymi i przy okazji zdążył jeszcze zamknąć bar i tak zostaliśmy sami. Gdy zauważyliśmy to, przenieśliśmy się do następnej knajpy, ale i tu historia się powtórzyła. Wtedy wybraliśmy ławkę, z której - byliśmy pewni - nikt nas nie wygoni. Siedzieliśmy na niej i ja już chyba naprawdę byłem zakochany, bo zaczęło mi się wydawać, że w życiu mnie już nic lepszego nie spotka niż ta chwila i gdybym jakimś dziwnym trafem wtedy umarł trafiony przez spadającą gwiazdę, to umarłbym szczęśliwy.


Niestety nic takiego się nie stało. Czas nieustanie przypominał nam, że trzeba się będzie rozstać, szczególnie że gdzieś na wschodzie powoli dawał czerwone światło nocy, a ja nie mogłem odnaleźć w sobie na tyle odwagi i siły by powiedzieć: "Cześć, spotkajmy się jutro". Chyba nie wierzyłem wtedy w jutro. Paulina chyba też czuła podobnie, dlatego pozwoliła się porwać na herbatę. To przyjemna rzecz taka herbata dla ciągle jeszcze nieznajomej, a już troszeczkę bliskiej ci osoby i to herbata, o której nie można powiedzieć niczego pewnego, czy jest jeszcze nocną, czy może już poranną. Później usnęliśmy razem niewinnie przytuleni niczym dwa aniołki, przy czym jeden z delikatną nadwagą i trochę kulawy.

Boszkowo (fot. Paweł Wróblewski)
Na koniec powiedziałem Paulinie, że najbardziej mi się w niej podoba to, że jest tak do mnie podobna, a ona odpowiedziała, że też czuje podobnie. Obudził nas Ronek, który jak zwykle wpadł z jakimś niecierpiącym zwłoki pomysłem, który chciał koniecznie ze mną omówić.

- Sprenrzyna wstawaj, wstawaj!!! - w tym momencie zamurowało go, gdy zauważył, że ze śpiwora wystają mi dwie głowy. Miło było popatrzyć jak ten zazwyczaj rezolutny, pewny siebie, czasami wręcz bezczelny trzynastolatek stoi nad nami z rozdziawioną buzią i za bardzo nie wie, co powiedzieć. Naprawdę był to rzadki widok.


- Cześć Ronek! Poznaj Paulinę - moje kobiece a zatem przepiękniejsze alter ego!!! - próbowałem go jakoś ośmielić ośmieszając siebie (co z reguły w takich sytuacjach pomaga) i mimo tego, że byłem w tym naturalny, miły, uśmiechnięty itd, nie udało mi się. Co gorsza, onieśmielenie niczym jakaś dziwna choroba zakaźna udzieliło się również Paulinie. Dała się jeszcze namówić na wspólne śniadanie, ale szybko potem uciekła, zwłaszcza gdy zobaczyła małego Stasia, co  w sumie może zadziałać na wyobraźnię młodej dziewczyny, gdy po nocy z nieznajomym (choćby tak niewinnej jak ta) zobaczy małe dziecko i jego pieluchy. Nie było mi bardzo przykro, bo uciekając pocałowała mnie w policzek i obiecała, że niedługo wróci. Wyszła i zgłupiałem. Nie wiedziałem co robić.

Boszkowo (fot. Kasia Berczyk)
Wszystko tak na mnie nagle spadło: szczęście, poczucie że jestem młody jak nastolatek i zdrowy niczym grecki bóg (na razie jak ten Hefajstos - Boski Kulawiec), a z drugiej strony sprawczyni tego całego zamieszania po prostu sobie poszła zostawiając mnie z obietnicą, że wróci. Kręciło mi się w głowie z nadmiaru emocji, no i w ogóle było super. Nie pozostało mi nic innego i na nic innego nie było mnie stać, jak czekać, tylko czekać. Niestety w tym błogostanie nie zauważyłem jak większość z moich znajomych rozpoczęło ostrą zabawę. W rezultacie tego gdy nastąpiła ta upragniona i wyczekiwana przeze mnie chwila i w bramce pojawiła się ONA, to znakomita większość z nich była zdrowo nawalona. Część z nich, w tym mój brat ucinało sobie przedobiednią drzemkę. A jak? Leżąc sobie elegancko w kupie pyłu i liści przy ognisku. Szelma gonił w kasku raz po raz waląc zbrojną głową w mur, a mały Staś obserwując zabawy znajomych swoich rodziców z wysokości werandy, głośno płakał nad swoim losem.


(Niestety, jego obawy potwierdziły się i jego rodzony ojciec produkuje obecnie więcej wina, niż może wypić, czego nijak nie potrafię zrozumieć, ale sobie bardzo chwalę.) A na samym jej wejściu niby salwa armatnia zabrzmiał huk wybuchającej w ognisku konserwy turystycznej podgrzewanej przez Lesia, czyli w sumie całkiem zwykły boszkowski poranek. Nie patrząc na to, co się działo, więcej chyba wcale tego nie widząc wybiegłem JEJ na spotkanie.

- No wreszcie jesteś!!! Obiecaj mi, że już dziś i w ogóle nigdy mnie nie opuścisz!!! - ta niepewnie rozejrzała się po naszej przecudnej posesji i wspaniale się na niej bawiących, a na jej młodej prześlicznie niewinnej twarzy odmalował się strach i bezgraniczne zdziwienie. Zdawała się krzyczeć całą sobą: CO JA TU ROBIĘ !!!, lecz ja w swoim otumanieniu odczytałem jako zachwyt.

Boszkowo (fot. Kasia Berczyk)
- No - odpowiedziała niepewnie, po czym szybko dodała - Ale teraz muszę na chwilę uciec do moich znajomych. Zaraz wracam!!! - obróciła się na pięcie i dalej chodu do bramki i tyle ją widziałem.

Po paru godzinach bezowocnych oczekiwań dotarł do mnie fakt, że zostałem rzucony, porzucony itd. Itp. Szybko więc doprowadziłem się do stanu właściwego porzuconym i zakończyłem ten dzień leżąc pijany pod werandą, bijąc nieznośnie w struny gitary i wykrzykując słowa piosenki zespołu PRL:

Wszystkie kobiety są złe!!!
Wszystkie kobiety są złe!!!
Wszystkie kobiety są złe!!!
Szczególnie ładne są złe!!!
Wszystkie kobiety są złe!!!


Epilog

Jakiś czas później za sprawą tej samej Pauliny musiałem zweryfikować swoje zdanie na temat kobiet, a nawet tych szczególnie ładnych, co nie przeszkadza mi dalej śpiewać wraz z PRL, że "Wszystkie kobiety są..."

***

Ja, czyli Bartosz Bukowski. 19 maj 1978 to mój początek. Dzieciństwo pięknie podzielone pomiędzy Kraków, a później Gierczyce. Tu i tam niekończąca się bajka pełna malin, spacerów na Wawel i dzikich podróży do Gęstych Cierni i ukrytych w nich niezapominajek. I tak samo pełne wypraw w przeszłość wraz z historiami opowiadanymi mi przez moją babcie i jej starszą siostrę - dla mnie po prostu ciocię Gienię. W roku 1983 przekraczam próg szkoły podstawowej im. Marii Curie Skłodowskiej w Łapczycy, a dokładniej jej fili w Gierczycach. O samej szkole podstawowej niewiele mogę powiedzieć z wyjątkiem tego, że do 3 klasy miałem pod górkę, a później PKS-em. W 1992 roku dostaje się do liceum im. Edwarda Dembowskiego i tu w jednej chwili rodzę się na nowo, gdy ktoś z tłumu na mój widok krzyczy - "te kur... popatrz jaki sprężyna idzie". I tak zostałem Sprężyną, choć sam zmieniłem pisownie na Sprenrzyna, by podkreślić moją dysortografię i odróżnić od innych "pospolitych" sprężyn. W gdowskim liceum zacząłem przygodę z pisaniem publikując swoje teksty w legendarnym w pewnych kręgach "Kujonie Wieczornym wydanie poranne". Po szkolę średniej wracam na cztery szalone lata do Krakowa i rozpoczynam dziką zabawę połączona z okazjonalnymi wizytami na uczelni, co zaowocowało trzykrotnym pobytem na drugim roku bibliotekoznawstwa UJ. Ten jakże wesoły etap mojego życia kończy się gwałtownym spotkaniem z pewną wierzbą, w wyniku którego pewna fiesta trafia na złom, a ja zaprzyjaźniam się na trzy lata z dwiema laskami (kulami). To nieudane hamownie przed drzewem dość mocno wyhamowało moje życie i na powrót zacząłem sobie zapisywać to i owo. Wreszcie miałem w nadmiarze tego, czego zazwyczaj wszystkim brakuje – czasu. W 2007, gdy w miarę pewnie staję na dwóch nogach, wsiadam w samolot i zaczynam swoją angielską przygodę, która trwa do dziś. Na początku był Queen, a potem długo, długo nic. Ich cała dwudziestoletnia dyskografia nauczyła mnie, że w rock and rollu nie mam miejsca na szufladki i że można zwiewnie flirtować z różnymi gatunkami. Dzięki Freddiemu i spółce mam niesamowicie otwartą głowę na Muzykę, choć jako upadły bibliotekarz powinienem lubić szufladki. Tak się jednak nie stało i w to mi graj!!! Bibliotekoznawstwo, więc mnóstwo książek za mną, ale od kilkunastu lat mam wrażenie, że najważniejszą już przeczytałem, a jest nią zbiór opowiadań Antoine de Saint-Exupery z najważniejszym dla mnie – Ziemia, planeta ludzi. Nic więcej nie dodam z wyjątkiem PRZECZYTAJCIE!!!