poniedziałek, 18 czerwca 2018

Łukasz Orwat - Kalendarz Majów a rok 2012 (Wrocław 8.01.2012)

Witam Państwa serdecznie w tym szczególnym roku. Dlaczegóż szczególnym? Otóż rok 2012 przez wielu pożywiających się teoriami spiskowymi ma być ostatnim rokiem cywilizacji człowieka. Na czym opierają swoje przypuszczenia? Poszlak jest wiele. Wskazać należałoby chociażby przepowiednie Nostradamusa czy świętego Malachiasza lub głosy o nadchodzącym przebiegunowaniu Ziemi. Najwięcej jednak mówi się o zawartej w tajemnym kalendarzu Majów, jednej z mezoamerykańskich cywilizacji dacie 21 grudnia 2012, która to jakoby miałaby być ostatecznym kresem znanego nam świata. Czy będzie tak w istocie? Przyjrzyjmy się bliżej zawiłościom rachuby czasu, ostrzegam, że pojawi się tu nieco liczb i działań matematycznych, nic jednak co wykraczałoby ponad możliwości zdającego maturę. I to podstawową. Zbadajmy na samym początku sam sposób mierzenia przez Majów rachuby czasu. Już na początku zaczynają się schody. Majowie posługiwali się nie jednym, a trzema kalendarzami. Choć ściślej rzecz biorąc każdy z nich był ze sobą ściśle powiązany i nie można mówić tu o nich w oderwaniu od siebie. Podstawową rachubą był cykl rytualny (tzolkin) liczący 260 dni, przejęty od dawniejszej cywilizacji Olmeków. Polegał na sprzężeniu się trzynasto i dwudziestodniowych okresów, dzięki czemu łącząc nazwy dni z pierwszego i drugiego otrzymujemy układ, w którym każdy dzień roku ma inną nazwę.


Drugim kalendarzem jest 365-o dniowy cykl słoneczny (haab), podzielony na osiemnaście dwudziestodniowych miesięcy oraz jeden, pięciodniowy, uznawany za pechowy. Te sposoby rachowania jednak nie są nam konieczne do wyliczenia dnia kresu, więc pominiemy jego detale i przejdziemy do trzeciego, czyli tzw. „długiej rachuby”. Polegała ona na podawaniu liczby dni upływających od określonego dnia zerowego – czyli daty początkowej. W cywilizacji Majów używano systemu dwudziestkowego w odróżnieniu od używanego przez nas obecnie dziesiętnego. I tak każdy dzień miał swój unikalny zapis oparty na pięciu różnych jednostkach czasu. I tak mamy:

1 dzień – 1 kin
1 uinal – 20 kin (dni)
1 tun – 18 uinal (czyli 360 dni)
1 katun – 20 tun (360 uinal, 7200 dni)
1 baktun – 20 katun (400 tun, 7200 uinal, 144000 dni)

W oparciu o to podawana jest data. Na przykład dzień 12.19.18.18.13 oznacza 12 baktunów, 19, katunów, 18 tunów, 18 uinali i 13 kin. Po przeliczeniu daje nam to:

12 baktunów: 12×144000=1728000
19 katunów: 19×7200=136800
18 tunów: 18×360=6480
18 uinali: 18×20=360
13 kin: 13×1=13 

Po zsumowaniu otrzymamy:
1728000+136800+6480+360+13=1871653

Czyli mamy tu milion osiemset siedemdziesiąt jeden tysięcy sześćset pięćdziesiąt trzy dni po dniu zerowym. Datą początkową kalendarza majów jest jednocześnie kres „starej ery” – dzień 13.0.0.0.0. I dniem kresu ery obecnej będzie także 13.0.0.0.0. Nietrudno więc policzyć, że „nasza era” składa się z (13×144000) 1872000 dni. Jak łatwo obliczyć (1872000-1871653), zakładając iż nieszczęsny 21 grudnia jest datą końca, od „kresu” dzieli ów dzień 347 innych. Liczmy więc dalej: (365-10[dni dzielące 21 grudnia od końca roku 2012]-347) jest to ósmy dzień naszego roku. Czyli dzisiejsza data. Zachęcam też do własnych zabaw kalendarzem, wyliczenia dnia, w którym się urodziliśmy czy odnalezienia na przykład dnia bitwy pod Grunwaldem. Doprawdy, przednia rozrywka.


Ale, nasuwa się pytanie, skąd wiemy właściwie, że nasz nieszczęsny dwudziesty pierwszy grudnia jest owym dniem fatalnym? Kilka wskazówek odnaleźć możemy w zbiorze mitów zwanym Popol Vuh [czyt: Popol Wuj]. Wyczytać zeń możemy, że żyjemy obecnie w czwartej erze świata. Trzy poprzednie okazały się być nieudane i dopiero w tej narodzić się mógł człowiek. Każdy z cyklów trwać miał 13 baktunów. Ale wciąż nie daje nam to odpowiedzi kiedy zaczęła się i kiedy powinna skończyć nasza era. Otóż dzięki zachowanym m.in. w świątynnym kompleksie Palenque zapisom dotyczącym panowania poszczególnych władców udało się wyliczyć daty „długiej rachuby” dla ich panowania i w efekcie także początku i końca naszej ery. Według wyliczeń (najczęściej przyjmowana wersja) początek przypadł 11 sierpnia 3114 p.n.e. , zaś koniec wypada owego 21 grudnia 2012.

Piramida Kukulkana w Chichén Itzá podczas równonocy wiosennej. Schodzący wąż symbolizuje powrót boga Kukulkana.
Co prawda niektórzy badacze przesuwają tą datę na 24 grudnia lub nawet 11 stycznia 2013 roku, ale zadać sobie należy pytanie: Co dla nas znaczy trzynaście baktunów i przepowiadany koniec ery? Prawdę powiedziawszy, wygląda na to, że niewiele. Wbrew bowiem głosom tropicieli sensacji i amatorów zjawisk nadprzyrodzonych sami Majowie niewiele uwagi przykładali do kresu ery, nie postrzegając jej jako zagłady ludzkości, a jako przejście w kolejną, lepszą. Apokaliptyczne konotacje są efektem nabytym w wyniku europeizacji Indian pod hiszpańskim panowaniem, zastępującej rdzenne mity. Czy grudzień tego roku rzeczywiście przyniesie nam zagładę? Myślę, że nie ma sensu gdybać i popadać w niepotrzebną panikę, przebiegunowanie Ziemi według słów naukowców nie jest zjawiskiem nagłym a trwającym tysiące lat naturalnym zjawiskiem a złowroga Planeta Nibiru nie otrze się o nasz glob, dawno bowiem byłaby widoczna w kosmosie. A domniemanych swoich kresów ludzkość przeżyła już wiele, grudzień pokaże, czy przetrwa też i kolejny.


Działanie kalendarza Majów na bazie tego linku. 

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.

piątek, 15 czerwca 2018

16 czerwca w londyńskiej Jazz Cafe POSK nastąpi pierwsze w historii wręczenie prestiżowej Nagrody Polish International Musicmakers Hall of Fame! Zagrają zespoły, których albumy zostały wydane przez HRPP Records - Mark Olbrich Blues Eternity z Londynu i Stara Szkoła z Inowrocławia.

16 czerwca w londyńskiej Jazz Cafe POSK-u specjalnie dla nas pojawią się Muzycy, którzy dla takich Legend światowego rocka jak Frank Zappa, Peter Green, John Mayall, Black Sabbath i artyści związani z grupą Led Zeppelin zrealizowali dziesiątki kompozycji i współtworzyLI ich zespoły, a dziś dobiegają sędziwego wieku. Dlaczego ci wielcy Muzycy zostali do POSK-u zaproszeni? Ponieważ są Oni jednymi z najważniejszych artystów polskiego pochodzenia na Świecie i decyzją Kapituły Polish International Musicmakers Hall of Fame otrzymają Nagrodę, która co roku ma trafiać do rąk NAJBARDZIEJ ZASŁUŻONYCH  MUZYKÓW POLSKICH tworzących poza granicami Ojczyzny urodzonych w Polsce lub w jakimkolwiek innym kraju Świata, ale posiadających polskie korzenie. Mam nadzieję, że 16 czerwca WSZYSCY NA STOJĄCO ODDAMY HOŁD TYM ZNAKOMITOŚCIOM i wysłuchamy przy tej wyjątkowej okazji koncertu zespołów Mark Olbrich Blues Eternity (UK) oraz Stara Szkoła z Inowrocławia

Chris Walenty Dreja urodził się w Surbiton, a wychował w Kingston upon Thames. Jego ojciec był pochodzenia polskiego. Chris Dreja wraz ze swoim kolegą Anthonym "Top" Tophamem rozpoczynali w bluesowym kwartecie Metropolitan. W ciągu roku do grupy dołączyli Keith Relf, Jim McCarty i Paul Samwell-Smith i w roku 1963 przekształcili się w legendarny zespół The Yardbirds - czołowy band należący do nurtu powszechnie nazywanego Brytyjską Inwazją. W tym samym roku The Yardbirds zastąpili grupę The Rolling Stones jako klubowy zespół w legendarnym Crawday Club i to właśnie wtedy narodziła się ich sława. The Yardbirds zadebiutowali koncertem z Dusterem Bennettem i bardzo młodym wówczas Jimmy Pagem. 


15-letni Topham opuścił grupę, kiedy zespół stał się formacją zawodową. Chris Dreja dzielnie kontynuował grę na gitarze rytmicznej z takimi sławami jak Eric Clapton, a później Jeff Beck. Po odejściu pierwszego basisty Paula Samwell-Smitha, Chris Dreja zmienił gitarę rytmiczną na basową. Nasz znakomity Laureat jest współautorem wielu kompozycji grupy The Yardbirds, a szczególnie tych z albumu Roger the Engineer z roku 1966. Po tym, jak grupa rozpadła się w roku 1968, Jimmy Page zaproponował Chrisowi Dreja pozycję basisty w nowym zespole, który otrzymał później nazwę... Led Zeppelin! Chris Dreja jednak odmówił, aby oddać się fotografii. To właśnie dzieło naszego dzisiejszego laureata możemy podziwiać na tylnej okładce debiutanckiego albumu grupy Led Zeppelin. W latach 80-tych Chris Dreja grał także w spin-offowym zespole Yardbirds Box of Frogs i był częścią reaktywowanego The Yardbirds od 1992 do 2013 roku. 


Chris Dreja z prawej (fot. Marc Lacaze)
W roku 2002 pojawił się nowy album The Yardbirds zatytułowany Birdland. W sezonie 2012/2013 Chris Dreja przeszedł serię udarów, przez co nie występował z The Yardbirds od połowy 2012 roku. W lipcu 2013 roku ogłoszono, że oficjalnie opuścił zespół z powodów medycznych


Alex Dmochowski zaczął być uznawany w całym kraju od czasów gry dla Aynsley Dunbar Retaliation. Byli absolutnie kultowym zespołem bluesowym, a wydane przez nich albumy, które szybko stały się hitami do dziś sprzedają się za poważne pieniądze w sklepach muzycznych - cena niektórych dochodzi nawet do 60 funtów! Następnie Alex Dmochowski dołączył do zespołu Franka Zappy, gdzie grał, nagrywał i tworzył często jako "wolny strzelec" z powodu sytuacji kontraktowej ze swoją wytwórnią płytową. Kultowe albumy Franka Zappy jak Waka Jawaka, Hot Rats, Grand Wazoo, Quaudiophiliac i Apostrophe są także produktami geniuszu naszego laureata. Praca Alexa Dmochowskiego jest również obecna na albumach The Lost Episodes 1972, 1974, 1996, 2004 Następnie Alex Dmochowski utworzył zespół z wielkim Peterem Greenem (Fleetwood Mac) i ponownie dodał swój geniusz do wielkości takich krążków jak The End of the Game. Z ważnych faktów dyskograficznych nie można nie odnotować obecności Alexa Dmochowskiego w realizacji utworu The Warning z debiutanckiego krążka grup Black Sabbath! Alex Dmochowski jest synem żołnierza Gen. Andersa.

 Wspólne nagranie Alexa Dmochowskiego
z... Peterem Greenem
 Wspólne nagranie Alexa Dmochowskiego
z... Johnem Mayallem
 Wspólne nagranie Alexa Dmochowskieg
z... Frankiem Zappą 

 Wywiad z Markiem "Bestią" 
Olbrichem znajduje się tutaj

czwartek, 14 czerwca 2018

Antoni Malewski - Roman Kłosowski (1929 - 2018)

W poniedziałek 11 czerwca 2018 roku w wieku 89 lat odszedł od nas na zawsze „mały, wielki człowiek”, w/g Romana Bratnego filmowy „Kolumb rocznik XX” - IKONA polskiej sceny, polskiego teatru, polskiego kina, niezapomniany aktor, reżyser - pan Roman Kłosowski. Tak się złożyło w moim życiu, że dorastałem wraz z rozwojem polskiego kina, aktorskiego kunsztu pana Romana (debiut w 1953 roku - „Celuloza” Jerzego Kawalerowicza, „Człowiek na torze” Andrzeja Munka). Ze względu na nieciekawą aparycję, „napoleoński” niski wzrost wydawałoby się, że nie będzie wielkim aktorem, filmowym amantem, że stanie się zwykłym, drugoplanowym filmowym gagiem. Poniekąd mógł - jak wielu aktorów polskiego kina - zostać „zaszufladkowany” na zawsze. Jednak wbrew naturze stało się inaczej. Koniec lat 50-tych to początek światowej, wielkiej „nowej fali polskiego kina”, w której jako aktor uczestniczył w wybitnych rolach pan Roman Kłosowski: „Eroica” (rola por. Szpakowskiego) Andrzeja Munka, filmowa satyryczna ballada „Ewa chce spać” (rola studenta Lulka) Tadeusza Chmielewskiego czy niezapomniane arcydzieło, w/g opowiadania Marka Hłaski („Następny do raju”) w reżyserii E.C. Petelskich, „Baza ludzi umarłych” (rola Orsaczka). JEGO aktorstwem zawsze interesowali się wielcy twórcy polskiego kina: Andrzej Munk, Jerzy Kawalerowicz, Jerzy Gruza, małżeństwo Petelskich.


Roman Kłosowski zagrał w „dziesiątkach” filmów, teatralnych sztukach. Każda odtwarzana rola, nawet epizodyczna, drobna, była niezapomniana i WIELKA. „Zatrudniano” Go do wspaniałych, satyrycznych, cyklicznych programów telewizyjnych (między innymi.”Poznajmy się” reż. Jerzego Gruzy z udziałem Bogusława Kobieli, Jacka Fedorowicza). 

Gruza na kanwie satyrycznych, aktorskich „wyczynów” Kłosowskiego zrealizował super serial „Czterdziestolatek”. I przyszedł taki czas (1976/81), gdy pan Roman Kłosowski został dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Powszechnego w pobliskiej Łodzi. Dokonał w nim największego, teatralnego wydarzenia, myślę, że nie tylko krajowego. Zrealizował i zagrał główną rolę w teatralnym przekładzie literackiego światowego dzieła Jarosława Haszka, „Dzielny wojak Szwejk”. Rolę Szwejka w wykonaniu Pana Romana mogę subiektywnie przyrównać do roli Jourdaina w wykonaniu Bogusia Kobieli w sztuce Moliera „Mieszczanin szlachcicem”. Miałem okazję dwukrotnie obejrzeć w Teatrze Powszechnym „kłosowskiego Szwejka”. Ulica Więckowskiego 13 (tu znajdował się Teatr Powszechny) podczas afiszowego trwania Szwejku przybrała szczególny wystrój w gadżety, rekwizyty przypominające epokę austro-węgierskiego cesarza Franciszka Józefa I. Wejście do budynku, poczekalnia teatru wystrojona była na wzór minionej epoki a… a wewnątrz poczekalni orkiestra w uniformach austro-węgierskich przygrywała słynne melodie, walce, marsze wiedeńskie. Kiedy wypełniła się sala teatralna, kiedy nastąpił ostatni gong, kurtyna się nie podniosła, a przed nią wyszedł jako Szwejk, pan Roman. Nic nie mówiąc, rozglądał się po sali, aż do skutku (raz w lewo, raz w prawo) tzn do całkowitego rozśmieszenia widowni i... wówczas kurtyna podniosła się w górę i zaczęła się „prawdziwa” sztuka.

Eroica
Zapomniany, osamotniony (wcześniej w 2013 roku zmarła żona Krystyna - ciągle mówił, powtarzał -"brakuje mi żony") Roman Kłosowski zmarł utraciwszy całkowicie wzrok w łódzkim domu opieki - „To prawda, tato nie żyje. Nie chciałbym o szczegółach mówić, powiem tylko, że w ostatnich dniach życia bardzo ciężko chorował. Odszedł spokojnie” -€“ powiedział syn Tomasz



Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.

niedziela, 10 czerwca 2018

23 czerwca w ciechocińskim Teatrze Letnim odbędą się kolejne Prezentacje Artystyczne "Sztuka bez barier".

W sobotę 23.06.2018 w ciechocińskim TEATRZE LETNIM, odbędą się kolejne Prezentacje Artystyczne "Sztuka bez barier". W tym roku w koncercie wystąpią: Skołowani & Przyjaciele, pARTyzant, Krzysztof Misiak & Ryszard Wolbach oraz grupa Mark Olbrich Blues Eternity. Organizatorem wydarzenia jest Stowarzyszenia Centrum Niezależnego Życia "Sajgon". Patronuje mu Burmistrz Ciechocinka - pan Leszek Dzierżewicz. Wspiera HRPP Records. Koncert rozpocznie się o godzinie 19. Poprowadzi go charyzmatyczny Mark Olbrich. Wstęp na to wydarzenie jest wolny.

Jerzy Szymański (pomysłodawca, muzyk zespołu Skołowani) o wydarzeniu:

" Prezentacje Artystyczne "Sztuka bez barier" to wydarzenie mające charakter integracyjny, którego celem jest zwrócenie uwagi na różne formy aktywności i popularyzowanie twórczości artystycznej, w tym również osób z niepełnosprawnościami. Impreza jest otwarta dla wszystkich. Dla każdego, kto interesuje się sztuką zarówno przez duże, jak i małe "s". Dla każdego, kto chce poznać świat wyobraźni i wrażliwości drugiego człowieka."

sobota, 9 czerwca 2018

10 czerwca w godz. 18:00 - 19:00 w Kórniku zaśpiewa podwójna zwyciężczyni Listy Polisz Czart - Ola Idkowska!


Łukasz Orwat - O homoseksualizmie w kulturach słów kilka (Wrocław 25 grudnia 2011)

Dziś chciałbym skupić się na zjawisku homoseksualizmu. Nie będzie to jednak klasyczne ujęcie, gdzie opowiem się po jednej ze stron wojny o homofobię, chciałbym przytoczyć tu znane kulturze przykłady zachowań homoseksualnych, często zupełnie inne i inaczej postrzegane od dzisiejszych form i opinii na ich temat. Wiele miejsca poświęcę tu starożytnej Helladzie, obalając być może kilka mitów niesłusznie utrwalonych w społeczeństwie. Przejdźmy zatem od razu do tematu.

„I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła.”*

Takie słowa według Ewangelisty Mateusza wypowiedzieć miał Jezus podczas kazania na górze. Odnoszą się one szeroko do samo-kształtowania duchowego celem powściągnięcia siebie samego przed czynami zakazanymi przez prawo mojżeszowe, w tym (choć nie tylko, oczywiście ma to wymowę odnoszącą się chociażby także do piątego przykazania) do zachowań sodomicznych – wylewania nasienia nie mając na celu zapłodnienia czy stosunków homoseksualnych. Dość jasno obrazuje to podejście tradycji judeochrześcijańskiej do zachowań sprzecznych z naturą (będącą tu reprezentowaną niejako przez prawo boskie). Przykład Sodomy i Gomory niech będzie tu podkreśleniem. Nie wszędzie jednak i nie zawsze było to postrzegane w taki sposób.


W kulturze hinduskiej, zdominowanej systemem kast i klas społecznych homoseksualizm nie wpływa na społeczne postrzeganie mężczyzny tak długo, aż nie dojdzie do aktu penetracji – przy czym bycie stroną pasywną degraduje już mężczyznę jako wykonującego czynności sprzeczne z naturalnym porządkiem rzeczy. Zaś same praktyki seksualne mężczyzn w kulturze Indii nie funkcjonują na prawach współżycia, traktowane są jako forma przyjaźni, mężczyźni wykazujący skłonności homoseksualne często żenią się i to bynajmniej nie ze swoimi męskimi kochankami, małżeństwo bowiem w Indiach traktowane jest jako społeczny obowiązek. W 2009 roku zniesiono w Indiach kolonialne prawo zakazujące czynności „przeciwnych naturze”.

W wielu kulturach homoseksualizm pełnił znaczenie stricte rytualne. W obrzędach inicjacji seksualnej ludów polinezyjskich był to symbol więzi duchowej między przodkami a żyjącymi. Stosunek homoseksualny stanowił przekazanie mocy przodków dojrzewającym, młodym pokoleniom.

Wśród ludów indiańskich spotkać możemy przykłady społecznych funkcji osób orientacji homoseksualnej, tzw. Winkte. Byli oni przedstawicielami swoistej elity, stojącymi ponad podziałem płciowym i mającymi dostęp do zarówno męskich jak i żeńskich czynności, bywali niezbędnym elementem niektórych obrzędów, jak choćby najważniejszego w plemieniu Dakotów Tańca Słońca. Stanowili autorytet w sprawach estetycznych (zupełnie jak dzisiejsi styliści-geje), a bogatsi mężczyźni, którzy potrzebowali więcej niż jednej czy dwóch żon do prac gospodarczych często poślubiali winkte’a, co podnosiło ich status społeczny.

Naczelnym przykładem obecności homoseksualizmu w kulturze jest bez wątpienia antyczna Hellada. Narosło wokół niej wiele mitów (sic!) o tym, jak to zachowania takie były powszechnie tolerowane oraz zdania zupełnie sprzeczne, zrzucające osoby o takich skłonnościach na margines. Chciałbym wypowiedzieć się tu nieco szerzej, przytaczając ustępy z greckiej mitologii oraz platońskiej „Uczty”. Rozpocząć wypadałoby od odniesienia się do mitologii. W wierzeniach Greków mamy do czynienia z dwoma postaciami bożka miłości, Erosa. Szerzej mówi o tym ateński polityk Pauzaniasz we wspomnianej wyżej „Uczcie”, do sięgnięcia po którą gorąco zachęcam.  

Eros mianowicie Erosowi nierówny, a to za sprawą Afrodyt, których też jest dwie. Jedna z nich, Afrodyta Niebiańska, która wyłoniła się z piany morskiej, w którą spadły krew i nasienie okaleczonego Uranosa, boga nieba, patronuje miłości do mężczyzn jako miłości ku temu, co z natury ma więcej siły i rozumu. Druga Afrodyta, zwana Wszeteczną, córa Dzeusa i tytanidy Diony budzi miłość do ciała niźli do duszy, której piękno jest jej obojętne. Jako iż nie sposób wyobrazić sobie Erosa bez Afrodyty, takoż i dwóch Erosów towarzyszy dwóm boginiom miłości. *


Skupmy się jednakże na Erosie zsyłającym uczucie mężczyzn do chłopców. Dlaczego akurat do chłopców, nie innych mężczyzn? Za chwilę odpowiemy na to pytanie. Otóż po pierwsze helleńską pederastię postrzegać należy nie jako miłość do dzieci (sam Pauzaniasz mówi, że należałoby wprowadzić prawo zakazujące kochania nieletnich – ponieważ „…z takiego chłopaka nie wiadomo jeszcze, co będzie…”), lecz chłopców, którzy zaczynają dojrzewać i samodzielnie myśleć, co jest tu niebagatelną i najważniejszą kwestią. Miejmy ją w pamięci.

Czymże są więc homoseksualizm i pederastia helleńska? Jest to dość specyficzna zależność między starszym mężczyzną-mentorem a młodszym, który dopiero co wkracza w męskość i uczy się od bardziej doświadczonego kochanka. Nie chodzi tu o cielesne rozkosze, a właśnie o nauczenie się życia i umiłowanie piękna duchowego. Pięknem jest upodobanie sobie charakteru, ducha i dzielności. „…Tak więc stanowczo piękną jest rzeczą oddawać się dla dzielności.” Potwierdzeniem niech będzie mowa pochwalna Alkibiadesa, w której wychwala mądrość Sokratesa oraz jego próby kontaktu fizycznego z filozofem, nieodwzajemnione jednak przez starszego mentora.


Oczywiście pojawić mogą się głosy mówiące, że miłość między mężczyzną a mężczyzną była w świecie Greckim zakazana. Owszem, mają oni rację, ale tylko połowicznie. Nie można zapomnieć, że Hellada nie była jednym państwem a zbiorem wielu odrębnych od siebie polis, niejednokrotnie o odrębnej polityce i prawach. I tak jak w Dorydzie (peloponeska część Grecji) stosunki homoseksualne były na porządku dziennym, tak w Jonii (polis na wybrzeżach Azji Mniejszej) były już prawnie zakazane. Nie można więc generalizować i mówić o całości Hellady w tym wypadku. W okresie aleksandryjskim kontakty mężczyzn zaczęto uznawać za przywilej arystokratów i żołnierzy.

Trudno powiedzieć za to coś więcej o greckim stanowisku wobec homoseksualizmu kobiecego. Pewnych poszlak doszukiwać się możemy w poezji Safony, która prowadząc krąg wychowawczy dla młodych panien (thiassos) nauczała je i oswajała z miłością przed wejściem w związek małżeński przez akty lesbijskie, jak uważa część badaczy. Niektórzy nazywali ją przez to prostytutką, inni trzymali zaś poetkę w estymie. Grecki homoseksualizm nosił znamiona inicjacyjne i edukacyjne, dlatego nie powinien i nie może wręcz być łączony z obecnym kultem cielesności (ach, cóż za kontrast między helleńskim Erosem duchowym i Amorem użycia, patronującym dzisiejszemu rozpasaniu) I tak obecna taktyka salami środowisk homoseksualnych nie wróży niczego dobrego. Dziś związki partnerskie, jutro małżeństwa, pojutrze – adopcja dzieci…? To byłoby tyle na dziś, inne ujęcie tematu homoseksualizmu odcięte od wojen o związki partnerskie, dzieci, in vitro i całą resztę, skupione na kulturalno-historycznym aspekcie.

 
*Cytaty zaczerpnięte z „Biblii Tysiąclecia” i „Uczty” Platona w przekładzie Władysława Witwickiego.

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.