piątek, 20 października 2017

Pokahontaz: rozwiąż „Krzyżówkę” i posłuchaj przedpremierowo płyty z Rahimem i Fokusem!

Rahim i Fokus prezentują singiel pt. KRZYŻÓWKA. Fot. Łukasz Siekanowicz
„REset” – taką nazwę nosić będzie 4. album Pokahontaz. Zespół nie tylko 19 października zdradził tytuł nowego krążka, ale zaprezentował też kolejny zwiastujący go singiel. Numer pt. „Krzyżówka” dostępny jest już na MaxFloRecTV. Na tych, którzy rozwiążą zagadkę, czekać będą nagrody. Jedna z nich to przedpremierowy odsłuch „REsetu” w obecności samego Fokusa i Rahima. Sprawdź szczegóły! Zespół Pokahontaz przyzwyczaił już fanów do tego, że premierę każdej płyty poprzedza nietuzinkowym numerem. Przy okazji 1. albumu, „Receptury”, był to np. „Wstrząs dla mas”. Przed premierą „Rekontaktu” w sieci pojawiła się „Niemiłość”. Zanim na sklepowe półki trafił ostatni album grupy, „Reversal”, furorę na YouTubie wywołał „W ruch”. Teraz artyści proponują „Krzyżówkę”. – Na pierwszy rzut oka krzyżówka może wydawać się trudna do rozwiązania. Zakładamy jednak, że mamy inteligentnych fanów, którzy sobie z nią poradzą – mówią artyści.


Nowy utwór Pokahontaz nieprzypadkowo zatytułowany został „Krzyżówka”. Tekst utworu odpowiada hasłom, które należy dopasować do specjalnie na potrzeby tej premiery przygotowanej grafiki. Dostępna jest ona na kanale MaxFloRecTV na YT. Znaleźć można ją również na https://maxflosklep.pl/pl/p/Pokahontaz-Krzyzowka/860 czy w największych serwisach streamingowych. Krzyżówka nie zawiera pytań – definicje poszczególnych haseł pojawiają się w zwrotkach Rahima i Fokusa. Co ważne, główne hasło krzyżówki ułożyć będzie można z liter znajdujących się w przyciemnionych (szarych) polach. Dla wybranych autorów poprawnego hasła głównego przewidziano nagrody. Szansę na ich otrzymanie będą miały te osoby, które zamówią album „REset” w pre-orderze na www.MaxFloSklep.pl, podając rozwiązanie krzyżówki w uwagach do zamówienia. Co 20. zamawiający, który poda właściwe hasło, otrzyma słuchawki douszne partnera wydawnictwa, marki JBL. Wśród wszystkich klientów zamawiających płytę w przedsprzedaży, którzy rozwiążą krzyżówkę, Rahim w dniu swoich urodzin, 17.11, wylosuje laureata nagrody specjalnej. Wydarzenie transmitowane będzie w kanałach social media MaxFloRec i zespołu. Szczęśliwiec zaproszony zostanie na indywidualne spotkanie z Pokahontaz w salonie partnera marki JBL. Podczas spotkania wraz z artystami będzie miał on okazję przedpremierowo posłuchać „REsetu”. „Krzyżówka” jest już ostatnim singlem przed uruchomieniem pre-orderu płyty. Przedsprzedaż albumu już wkrótce na www.MaxFloSklep.pl. Wydarzeniu towarzyszyć będzie premiera nowego klipu zespołu.

Tekst: Kajetan Balcer (MaxFloRec)

Skorup & JazBrothers życzą zdrowia, pieniążków

5 października naa MaxFloRecTV trafił nowy singiel zwiastujący kolejny album Skorupa (MC) & braci Jaz (producenci). Utwór pt. „Zdrowia pieniążków” to podróż przez 4 dziesięciolecia: lata 80. i 90. XX w. oraz dwie pierwsze dekady XXI w. Posłuchaj, jak zapisały się one w pamięci Skorupa!  „Zdrowia pieniążków” to już 3. (po „Walecie pik” z Dominiką Majewską i „Wolnym ziomku” na feacie z Kubą Knapem oraz Biakiem) numer zapowiadający nowy album spod szyldu Skorup & JazBrothers. Nie brakuje w nim oczywiście „żywych” instrumentów. Tym razem w produkcji pojawia się trąbka, którą zarejestrował Jarosław Spałek. Za mix i mastering utworu odpowiada ceniony DJ Eprom. 



Kolejne odsłony następcy „Ludzi chmur” (tak zatytułowany jest ostatni album artystów) jeszcze w tym roku. Aby nie przegapić żadnych nowości, najlepiej śledźcie nasz serwis i subskrybujcie kanał MaxFloRecTV na YT, klikając w link: https://www.youtube.com/user/MAXFLORECtv?sub_confirmation=1.
 
Tekst: Kajetan Balcer (MaxFloRec)

czwartek, 19 października 2017

"Nasz Fill był pierwszy" - z muzykami zwycięzcy jubileuszowego 30-go Notowania Listy Polisz Czart - katowickiej formacji Fill rozmawia Sławek Orwat





- W latach 2000 – 2002 w nieistniejącym już Pubie New York w Mysłowicach działał sobie pewien cover band o zagadkowej nazwie DP Sex, o której rozwinięcie ze względów bezpieczeństwa poproszę was raczej "poza anteną" (śmiech). Zespół ów do późnych godzin nocnych grywał długie pięciogodzinne sety, pełne hitów Lenny Kravitza, Pearl Jamu oraz polskiego rocka. W roku 2003 ówczesny perkusista Artur Pudło, zwany Panzą, zainicjował pewien brzemienny w skutkach riff i tak powstał pierwszy autorski utwór zespołu Fill pod tytułem "Złota Gęba Rocku". Kto z was jeszcze pamięta tamte czasy i zechciałby podzielić się tymi przedpotopowymi wspomnieniami?

Adam „Jim” Sobota: Bardzo dobrze pamiętam te czasy i bardzo miło je wspominam. Było zapotrzebowanie na taką muzykę. Byliśmy w pubach i klubach częstymi gośćmi. To były czasy koncertów raz na tydzień.


Mariusz „Banan” Chałupka: Fajne imprezy, fajne frele, fajna muza. Fajne kawałki koncertowe, fajnie zagrane.

Robert „Robi” Szulc: ja dopiero gram trzeci rok. Te historie znam tylko ze słyszenia.

Artur „Kelek” Gieroszka: Ja dopiero zacząłem grać jak Fill zaistniał.

Przemek „Aksel” Kłakus: Pamiętam z tamtych czasów dużo piwa, dużo grania i gęsty dym papierosowy, bo papierosy paliło się jeszcze w knajpach. Niekoniecznie graliśmy oryginalne formy utworów, raczej rozwinięte improwizacje na temat coverów. Tamten czas to wspomnienie fajnego knajpianego, rockowego gwaru i późnych powrotów do domu.

- Co skłoniło was, aby nazwać się podobnie do popularnego w pewnych kręgach zbliżonych do meksykańskiej fali zespołu pieśni i tańca rodem jak i wy z Katowic, który od razu przychodzi do głowy prawie każdemu, kiedy się o was mówi? Na jakiś czas zmieniliście z tego powodu nawet nazwę, ale w końcu jednak w roku 2016 Fill wrócił ponownie?

Aksel: To pytanie powinno brzmieć inaczej! Co ten drugi zespół skłoniło, żeby nazwać się tak, jak my. Nasz Fill był pierwszy. Powstał w 2003 roku.

Banan: Ania, z którą współpracujemy, stwierdziła, że dlaczego mamy odciąć się od tego, kim byliśmy i od naszych sukcesów. Postanowiliśmy więc, że wrócimy do nazwy.


- Kim jest dla was Grzegorz Dziemba? Być może o tym nie wiecie, ale to właśnie dzięki jego zabiegom tuż po waszej reaktywacji zaistnieliście w mojej świadomości i tym samym na liście propozycji Polisz Czart (więcej o Grzegorzu tutaj).

Grzegorz Dziemba - sprawca wszystkiego
Jim: Grzegorz Dziemba był z nami od początku powstania zespołu, jeszcze tego pod kontrowersyjną nazwą, że tak to nazwę (śmiech). Był przyjacielem zespołu, który pomagał nam występować na większych scenach i załatwiać koncerty klubowe.

- Zanim będę was pytał o szczegóły waszych osobistych historii przedstawcie proszę swój band i podajcie jego wszystkie ważne osiągnięcia.

Jim: Pochodzimy z serca Górnego Śląska, czyli z Katowic. Energia na scenie i mocny przekaz w języku ojczystym to nasza wizytówka. Fill to kwintet zaopatrzony w gitary i przestery, mający pełną świadomość jak używać tego typu sprzętu na scenie. Tworzymy pozytywne wibracje w głowach słuchaczy i gramy muzykę którą lubimy, co na scenie widać, słychać i czuć! Mocna strona Filla to fantastyczny, żywy kontakt z koncertową publicznością, którą zarażamy dobrą energią, bo Fill to całe mnóstwo energii, która tylko czeka, żeby eksplodować.




- Przejdźmy do sukcesów.

Banan: Mamy na swoim koncie liczne nagrody zdobyte podczas różnych przeglądów - I miejsce: Polanka Wielka, Rockosz, Milickie Deski Muzyczne, II miejsce - Otwarta Scena, finały m.in. Bislista Polskiego Radia BIS i koncerty na liczących się scenach: Przystanek Woodstock, Union Of Rock w Węgorzewie, Jarocin Festiwal, Slot Art Festiwal i urodziny Antyradia. Fill wielokrotnie był zapraszany do wspólnego grania przez największe gwiazdy polskiej sceny rockowej: Comę, Myslowitz, Lao Che, Dżem, Cree, Piersi, Happysad czy Perfect. Nasza debiutancka płyta „Daj microfon” z roku 2007 została dobrze przyjęta przez środowisko muzyczne, a jej wykonanie na żywo można było wysłuchać na wielu koncertach transmitowanych przez BIS, POLSKIE RADIO oraz TVP1, TVP2.


- Jak już wspomnieliście, w roku 2016 po krótkim istnieniu jako Split, Fill ponownie pojawił się w świadomości fanów śląskiego rocka.

Aksel: Fill Reaktywacja to już zupełnie nowe kawałki, dojrzalsze o kilka lat spojrzenie na świat i muzykę oraz teksty żywo komentujące otaczającą nas rzeczywistość. Nie zmieniło się w nas tylko jedno - energetyczne rockowe brzmienie z domieszką punk-rocka i hip-hopu. W tym roku natomiast wydaliśmy nową płytę „Na kolana”, z której utwory zostały docenione m.in. przez słuchaczy Antyradia. Fill znalazł się wśród 9 półfinalistów wybranych spośród ponad 500 zespołów IX edycja Antyfestu Antyradia 2017! W tym roku. Fill zagrał też z zespołem Myslovitz w klubie Underground w Tychach, gdzie spotkał się z aplauzem widowni.

- Przyjrzyjmy się muzycznej przeszłości każdego z was.

Banan: Ja udzielałem się wcześniej w takich zespołach, jak Ludwik, Srogo i Neith. Nadal gram w Srogo.

Aksel: Grywałem w przeróżnych składach blues-rockowych Głównie były to liczne jam-session w nieistniejących już klubach tyskich.


Kelek: Ja swoją pierwszą kapelę założyłem w wieku 16 lat, a potem m.in byłem w składach takich bandów jak 0,5, Birendgrazz i w kilku garażowych załogach punkowych.

Robi: Moja perkusyjna przygoda rozpoczęła się także w wieku 16 lat. Zaczynałem grać w szkolnym zespole o barwnej nazwie Homicide. Kilka lat byłem też perkusistą zespołu Arakis oraz DLRN (Don't Remember Last Night) z którymi zagrałem kilkanaście koncertów w klubach lub na imprezach plenerowych.

Jim
- Jim, ty swoją przygodę z muzyką rozpocząłeś jako ośmiolatek w charakterze werblisty w orkiestrze dętej. Czy stało się tak dlatego, że werbel dostałeś na Komunię, czy też zwyciężyły jakieś tradycje rodzinne? Biorąc pod uwagę twój ówczesny wiek, nie sądzę, że była to taka górniczo-hutnicza orkiestra dęta, o której traktuje kultowa piosenka zespołu Pogodno, a raczej musiał to być jakiś szalony zespół szkolnych entuzjastów? (śmiech)

Jim: A właśnie, że była to orkiestra dęta kopalni Murcki, która znajdowała się nieopodal mojego domu i to właśnie jako 7-latek bardzo dzielnie wystawałem przed salą prób. Orkiestra nie grywała tylko marszy pogrzebowych, muzyki biesiadnej, ale grała również fajnie zaaranżowane utwory muzyki popularnej. To spowodowało, że postanowiłem zapisać się do orkiestry, do młodej grupy werblistów i klarnecistów. Postanowiłem zostać werblistą bo werbel wydawał mi się najgłośniejszy (śmiech).


- W zespole Fill zająłeś się mikrofonem i wziąłeś pełną odpowiedzialność za przód sceny oraz za teksty nie tylko oscylujące - jak w naszym PoliszCzartowym numerze 1 - w tematyce radosnego spożywania chmielowych trunków podczas meczu piłkarskiego oraz innych szemranych uciech męskich (śmiech). Skąd czerpiesz inspiracje do pisania ciekawych i mądrych moim zdaniem tekstów i o jakich ważnych sprawach one traktują?

Jim: Inspirację czerpię z codziennej obserwacji życia. Czasem też sygnałem jest zdarzenie blisko mnie, które zostawia trwały ślad. Na przykład „Na kolana” powstało z powodu fali hejtu, jaka niedawno zalała internet na temat ludzi o odmiennych poglądach i odmiennym wyglądzie.

Muniek (fot. Monika S. Jakubowska)
- Czy śpiewając, z rozmysłem naśladujesz barwę głosu Muńka, czy też wychodzi to z ciebie samo?

Jim: Gdy byłem kiedyś bramkarzem, miałem niesympatyczne zdarzenie – zostałem kopnięty w twarz i miałem pękniętą szczękę. Od tamtego czasu zacząłem seplenić. To seplenienie w połączeniu z moją barwą głosu powoduje, że mój głos wydaje się wielu osobom podobny do Muńka. Nie mam intencji naśladowania kogokolwiek, chociaż bardzo lubię stare płyty T. Love.

- Ostatnia płyta T. Love dość mocno odbiega jakością od poprzedniej dwupłytówki jak i od całego ich dotychczasowego dorobku. Ponadto T. Love szykuje się ponoć do ostatecznego pożegnania z publicznością. Czy słuchając swoich nagrań i wokalu Jima nie upatrujecie w tym zdarzeniu szansy dla siebie na wypełnienie tej luki po gigancie?

Jim: No oczywiście, odliczamy dni do momentu, aż T. Love przestanie istnieć. Spodziewamy się wtedy zwiększonej ilości koncertów (śmiech).


Kelek: Chcemy tworzyć własną markę. Choć wiem, że ludzie szukają podobieństw i podobno znajdują w wokalu Jimma podobieństwo do Muńka. Na pewno fajnie byłoby trafić do szerszej publiczności, ale czy zastąpić – niekonieczne. Legendy nie da się zastąpić.

- Nie dość, że nazwę macie podobną do popowej gwiazdy rodem z Katowic, nie dość, że Jim śpiewa jak Muniek, to jeszcze jak niegdyś Kult także i wy macie swojego Banana. Znacie się z Jimem od 15-go roku życia i aż boję się myśleć, cóż takiego poza graniem mogli jeszcze robić dwaj dziarscy nastolatkowie wchodzący w niepokojący okres męskiego dojrzewania? Jak wspominacie tamten szalony czas?

Jim: Codzienne siedzenie w garażu, szlifowanie pierwszych riffów, układanie pierwszych piosenek przy gitarze marki Aster, podłączonej do tranzystorowego radia, która niesamowicie rzęziła. Czuć już było klimat rock and rolla. A o innych rzeczach to może poza anteną (śmiech).

Banan: To były czasy! Luz, luz i jeszcze raz luz. Nic nas nie stresowało, wszystko relaksowało. Robiliśmy ogniska. Taka fojerka (czyli po śląsku ognisko) z gitarami, z instrumentami jak kiedyś, przydałaby się. Nieraz za tym tęsknię.

- Twierdzisz, że muzyka siedzi w tobie od dziecka. Kto i kiedy ci ją w twoim wnętrzu umieścił, bo słyszałem historyjkę o pewnym wuju. Opowiedz w jakich okolicznościach zapodany został twojemu organizmowi ten muzyczny bakcyl, z którym trzeba potem żyć już do końca (znam to z autopsji) i dźwigać związane z nim brzemię? (śmiech). 


Banan: Muzykę wpakował we mnie mój ojciec chrzestny. Gdy miałem 7, 8 lat kupił mi na gwiazdkę cymbałki. Na cymbałkach rozpoczynałem pierwsze dźwięki. Wtedy był słynny serial – „Czterej pancerni i pies”. Jak serial się rozpoczynał, szarpałem na cymbałkach tę melodię. Potem poprosiłem rodziców, żeby mi kupili klawisz na baterię. Gitarą się zauroczyłem na koloniach w Augustowie i w 8-mej klasie kupiłem swoją pierwszą gitarę.

Banan
- Powiedziałeś kiedyś następujące słowa: "Gitara mi się spodobała po tym, gdy usłyszałem jak koleś na koloniach grał. Też chciałem tak grać i w wieku 14 lat kupiłem gitarę". Jak wspominasz swoje gitarowe początki i gdzie zdobywałeś wiedzę, aby ujarzmić swoje pierwsze wiosło?

Banan: Początki gitarowe były trudne. Kumpel, już teraz świętej pamięci, uczył mnie grać pierwsze akordy. Wciągnął mnie w klimat gitarowy. Poznałem potem Pawo – perkusistę i to Pawo wciągnął mnie w temat grania ciężkiej muzyki.

- Podobno w trakcie grania włosy jeżą ci się na karku. Czyli można śmiało powiedzieć, że gitara działa na ciebie jak kobieta i nikt w tym trójkącie nie musi być o nikogo zazdrosny? (śmiech)

Banan: Gitara mnie jara. Na gitarze można bajerzyć. Z kobietą za to można pofiglować, a z gitarą nie bardzo (śmiech).

Aksel
- Aksel, ksywę masz od Foleya czy od skoku łyżwiarskiego?

Aksel: Ksywa Aksel powstała, gdy byłem bajtlem i fascynowałem się Guns N’Roses. Kumple z podwórka tak mnie nazwali jeszcze w szkole podstawowej. Może to ze względu na długie włosy. Miałem też chustę, stylizowałem się wtedy na Axla i ksywa została do teraz.

- Zaczynałeś od grania na cytrze. Przyznam ci się, że nie znam nikogo poza tobą, kto zaczynał od grania na tym instrumencie. Twój tata jest multiinstrumentalistą, a w domu były przecież jeszcze gitara, akordeon, organy i klarnet. Dlaczego akurat cytra?

Aksel: Wszystkie inne instrumenty wydawały mi się zbyt opatrzone. Były w domu i miałem do nich łatwy dostęp. Za to cytra pojawiła się w moim domu na chwilę, gdy miałem 7-8 lat. I przez to wydawała mi się nieosiągalna i mnie zaintrygowała. Na cytrze krótko grałem, później chwyciłem pudło do ręki - czyli gitarę akustyczną.



- Powiedziałeś kiedyś, że lubisz granie w bandzie rockowym, bo daje ci to dzikie pier...nięcie, które przeszywa ciało. Bananowi w trakcie grania - o czym już mówiliśmy - włosy jeżą się na karku. Czy powyższe symptomy mogą stanowić dowód na to, że i na ciebie muzyka działa podobnie jak na przeciętnego zjadacza chleba, chodzi o doznania natury znacznie bardziej intymnej? (śmiech)

Aksel: Granie na gitarze jak najbardziej mnie podnieca! I jeśli tak ma przeciętny zjadacz chleba, to właśnie nim jestem.

Antoni Malewski - największy fan Elvisa
- W dzieciństwie poiłeś się - jak sam to określiłeś - muzyką płynącą z analogów Elvisa (tu się Antek Malewski ucieszy), Stevie Wondera, a także bluesem i jazzem klasycznym. Trzymając się tej terminologii muszę przyznać, że kosztowałeś "trunków" z górnej półki. Skąd takie fascynacje?

Aksel: Takie płyty były w domu. Nie chodziłem na zakupy płytowe. Dwie pierwsze płyty analogowe, które kupiłem w połowie podstawówki, to były nagrania zespołu Haloween i Elvisa Presley’a.

- Ukończyłeś studium muzyczne w Katowicach. Jesteś jedynym muzykiem Filla, który przeszedł edukację muzyczną?

Aksel: Nie jestem jedynym muzykiem wyedukowanym muzycznie. Kelek i Jimmy też skończyli tę szkołę muzyczną. Chodziłem 5 lat na gitarę elektryczną. Trochę ciężko było, jak mi się dziecko urodziło. Ale zdałem dyplom.

- Pewien zdolny śpiewający polski bębniarz z UK niejaki Irek Broda śpiewa w jednej ze swoich piosenek, że miał kiedyś sen, w którym był basistą...


... ty natomiast miałeś więcej szczęścia od Irka i zamiast o tym śnić, po prostu realnie zostałeś ogniwem sekcji rytmicznej Filla. Dlaczego jako muzyk wybrałeś właśnie bas?

Kelek
Kelek: Pierwsza gitara, jaką chwyciłem do rąk, to była gitara akustyczna. Potem pociągnęło mnie do elektrycznej i przez kilka lat na niej grałem w różnych kapelach garażowych z różnymi ludźmi. Zawsze brakowało basisty i za namową kolegi, Piotra Wołynko, stwierdziłem, że lepiej grać na basie. Później zacząłem naukę w tym kierunku w studium muzycznym.

Kred (gdzie grał? - wszędzie ;)
- Posiadasz podobno szczególne poczucie humoru, które rozbraja nawet uzbrojonych po zęby, w czym przypominasz mi najzabawniejszego basistę na całej kuli ziemskiej - niejakiego Kreda z poznańskiego zespołu Penerra (musisz koniecznie go poznać!). Na podobnych falach nadaje jeszcze kilku znanych mi basistów. Powiedz mi, na czym polega twoje poczucie humoru i czy wy basiści wszyscy jesteście tacy... odjechani? (śmiech)

Kelek: Miło mi, że ktoś mnie porównuje do znanych basistów. Basiści to fajne chłopaki. Humor wynika z różnych śmiesznych sytuacji. A śmieszne sytuacje pojawiają się same. Poza tym lubię oglądać kabarety.

- Powiedziałeś kiedyś Arturze, że chciałbyś, aby to twoje hobby przerodziło się z czasem w coś więcej, bo granie koncertów sprawia ci wielką przyjemność i z chęcią mógłbyś skupić się tylko na tym. Jeśli ci powiem, że podobne zdanie usłyszałem od setek innych podobnych tobie muzyków, to zapewne nie zaskoczę cię tym. Podzielasz moje zdanie, że obecny stan rynku muzycznego to konserwa, której data ważności właśnie się przeterminowała i najwyższy czas na wchłanianie czegoś o wiele bardziej świeżego i wykwintniej przyrządzonego zamiast wiecznego odgrzewania dobrze znanych i nikomu niepotrzebnych muzycznych kotletów? I tu zachęcam do wypowiedzi całą kapelę.


Banan: Zgadzam się z tym. Niech wpuszczą młodzież na rynek, żeby grała nowe trendy.

Kelek: Na pewno przydałby się jakiś powiew świeżej krwi. Kto wie, może ludzi odpowiedzialnych za muzykę w TV i radiu trzeba zmienić, żeby nowe kapele mogły się zaprezentować?

Aksel: Rynek jest, jaki jest. Mam nadzieję, że i dla nas znajdzie się miejsce.


Robi
- Robi dlaczego koledzy nazywają cię "cicha woda"?

Robi: Hmm. Pewnie dlatego, że jestem najspokojniejszy. Najmniej gadam w zespole. Na początku nie pokazywałem swoich możliwości, a z czasem się ujawniłem i zaczęły wychodzić nowe fajne rzeczy. Może dlatego?


- Style gry na perkusji i nowości aranżacyjne starasz się na bieżąco podglądać w internecie oraz podczas takich imprez jak Drum Fest czy podczas warsztatów perkusyjnych dostępnych w ośrodkach kultury. Masz swoich perkusyjnych mistrzów, a jeśli tak, to kto wśród nich jest twoim największym guru?

Robi: Moim największym guru jest Thomas Lange czy z innego gatunku muzycznego Nathaniel Townsley. Zagrywki, które wykonują najbardziej wpadają mi do ucha. Porównując z innymi, ich styl ma to coś. Na bieżąco ćwiczę z netem ciekawe zagrywki.

- W propozycjach Polisz Czart za sprawą Grzesia Dziemby umieściłem was po raz pierwszy tuż po waszej reaktywacji. Przez ponad rok nie zależało wam jednak zbytnio na pokazaniu się na naszej liście. Czasami pojawialiście się pod koniec Poczekalni, a były i takie notowania, gdzie nie zaliczyliście nawet pierwszej 50-ki. Tym większym zaskoczeniem było dla mnie zwycięstwo waszego kawałka "W męskim gronie" w jubileuszowym 30 Notowaniu naszej Listy. Jaką rolę w tym sukcesie odegrała wasza managerka Ania Meller i czym zmotywowała was, aby o ten sukces zawalczyć? Ilość maili, jakie w kilka dni wpłynęły od waszych fanów przerosły moje najśmielsze oczekiwania.


Banan: Ania Meller wypromowała ten numer. Bardzo mocno motywowała wszystkich wkoło.

Kelek: Ania to było najmocniejsze ogniwo w tym wszystkim. Gdyby nie ona, przypuszczam, że nie odnieślibyśmy takiego sukcesu. Motywowała nas i nie tylko nas. Za to jesteśmy wdzięczni i z tego jesteśmy dumni.

Aksel: Zmotywowała nas kolacja z zespołem Metallica, bo Ania dobrze ich zna. Znajomi Metalliki i znajomi nasi zrobili taki wynik i tak wyszło. Mamy wspólnych znajomych, dlatego tyle ludzi głosowało i udało się zdobyć pierwsze miejsce (śmiech).

- Jaki cel przyświeca wam w najbliższej przyszłości? Co chcecie najbardziej osiągnąć w nadchodzącym roku?

Jim: Na pewno chcielibyśmy, żeby ludzie usłyszeli o naszej drugiej płycie i pierwszej zresztą też. I chcemy zagrać koncerty w kraju, żeby ludzie poznali nowego Filla. Bo tworzymy piosenki wesołe, które oprócz klasycznego lalala mają jeszcze jakiś przekaz.

Banan: Żebyśmy zostali zauważeni. Żeby Fill zaistniał na polskiej sennie muzycznej. W końcu! Tego bym sobie życzył.


Robi: Jak najwięcej grania koncertowego i kontaktu z publicznością. Najfajniejszą rzeczą dla mnie jest granie na żywo. Im więcej, tym lepiej. I żeby płyta się sprzedawała.

Kelek: Chcielibyśmy na pewno grać jak najwięcej koncertów. Pokazywać się jak największej ilości ludzi. I żeby muzyka docierała do jak największej liczby odbiorców.

Aksel: Aktywnie uczestniczyć w komponowaniu nowych utworów. Zagrać jakieś fajne koncerty dla większej publiczności i odwiedzić stare znajome kluby, w których już graliśmy. A może wydarzy się coś jeszcze więcej?

- I tego wszystkiego wam życzę, a najbardziej życzę wam tego, aby wkrótce wszyscy pytali: Feel? A dlaczego oni zmałpowali nazwę od Filla? (śmiech)

z muzykami zespołu Fill:
Adam „Jim” Sobota – wokal
Mariusz „Banan” Chałupka – gitara
Robert „Robi” Szulc – perkusja.
Artur „Kelek” Gieroszka – bas/wokal
Przemek „Aksel” Kłakus – gitara/wokal

rozmawiał:
Sławek Orwat

Autor składa szczególne podziękowania za finalny efekt rozmowy managerce zespołu Ani Meller  

20 października w Toruniu pod patronatem Polisz Czart, Radia WNET i Radia NEAR FM odbędzie się Eklektik Music Fest! Wystąpią: Szumni, Ry, Eurazja, Internal Quiet i Eklektik


Trafiłem do "grupy śmierci", więc wszystko może się wydarzyć - z uczestmikiem The Voice of Poland, wokalistą Ziemi Zakazanej Damianem Kikołą rozmawia Krzysztof Różyński

8 edycja programu The Voice of Poland rozkręca się na dobre, a w etapie bitew emocje sięgają zenitu. Udało mi się porozmawiać z wokalistą Ziemi Zakazanej, jednym z uczestników z drużyny Tomsona i Barona. Damian Kikoła – bo o nim mowa – na etapie blindów odwrócił dwa jurorskie fotele brawurowym wykonaniem utworu "Dream on" grupy Aerosmith.

- Damian dlaczego właśnie ten utwór? Wykonywałeś go wcześniej? Masz do niego sentyment? Czy to był taki pewniak, który ma podziałać na jury?

- To nie do końca był mój wybór... (śmiech). Ale nie ukrywam, że dobrze się czuję w tym repertuarze. Wielu wykonawców po niego sięgało. Pamiętam jak wiele lat temu po raz pierwszy usłyszałem 'Dream on" w wykonaniu Ronniego Jamesa Dio i to właśnie ta wersja była dla mnie największą inspiracją. Poza tym tekst piosenki jest o pogoni za marzeniami, więc idealnie wpisuje się w moją przygodę z Voice.


- A propos marzeń. O czym marzy Damian Kikoła?

- Moje marzenia są dość sprzeczne. Pewnie nie będę oryginalny jeśli powiem, że z jednej strony pragnąłbym stanąć na największych festiwalowych scenach świata, jak chociażby Rock in Rio czy Wacken. A z drugiej strony marzy mi się dom z drewna na skraju lasu i dwa duże owczarki niemieckie. Uwielbiam spędzać czas w ciszy i spokoju i potrzebuję czasem pobyć sam na sam ze sobą.

fot. Piotr Sokołowski
- Wracając do przygody z Voice. Masz za sobą wygraną bitwę z nie lada przeciwnikiem. Jak zareagowałeś kiedy dowiedziałeś się, że staniesz na ringu z aktorem Markiem Molakiem?

- W pierwszej chwili to na pewno było zaskoczenie. Nie ukrywam, że miałem gdzieś z tyłu głowy, że to gość z popularnego serialu telewizyjnego, ale jak słusznie podkreślili trenerzy, to nie 'Serial of Poland' tylko 'Voice of Poland'. Inną kwestią jest to, że ja nie uznaję czegoś takiego jak rywalizacja na scenie. Dla mnie najważniejsze jest nie położyć utworu i dać z siebie wszystko, nie myśleć z kim a o czym się śpiewa.

- A jak do tematu podszedł Marek?

- Nie chciałbym za nikogo się wypowiadać. On miał nieco inną wizję zarówno na ten utwór jak i na przygotowanie do występu. Ale w sumie chyba o to chodzi w tym programie, żeby sprzedać siebie, prawda?

- W materiale z próby wyraźnie widać, że wasza współpraca nie układała się wzorowo. Sporo tam napięcia i toksycznej wrogości. Molak mówi wprost, że czuje się lepszy od Ciebie. Tak to zostało zmontowane czy faktycznie tak było?

- Szanuję faceta, ale przyjaciółmi raczej nie zostaliśmy. Żałuję tylko, że te złe emocje w połączeniu ze stresem odbiły się na wspólnym wykonie.


- Dałeś się poznać w tej edycji jako mocny metalowy akcent, więc "Whole lotta love" zapewne Ci podpasowało? Po programie było sporo głosów, że kawałek został dobrany bardziej pod Ciebie? Zgodzisz się z tym?

- I tak i nie. Marek podkreślał, że chce śpiewać rock'n'rolla i pasuje mu taki klimat. Ja miałem świadomość, że repertuarowo jest to utwór bardziej z mojego podwórka niż jego, więc czułem presję, że muszę zaśpiewać dobrze, bo przeciwnikowi łatwiej wybaczą jakieś potknięcia. Druga sprawa to, to że choć coverowałem wielu artystów, to Led Zeppelin jest dla mnie ikoną, po którą sam bym nigdy nie sięgnął.

- Bitwa już za Tobą, przed Tobą nokaut. Jak sądzisz uda Ci się przejść dalej?

- Bardzo bym chciał, ale mamy mocną drużynę. Telewizja nie pokazuje tego, ale bardzo się zżyliśmy ze sobą i wzajemnie sobie kibicujemy, bez względu na to, kto przejdzie dalej. Śmiejemy się, że trafiliśmy do 'grupy śmierci', więc wszystko może się wydarzyć.

- A co po programie? Jakie masz najbliższe plany?

- Koncerty, doszlifowanie materiału na najnowszą płytę z zespołem Ziemia Zakazana i praca nad doskonaleniem swojego warsztatu wokalnego, żeby dalej się rozwijać i spełniać kolejne marzenia.

- Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

- Ja również dziękuję. Zapraszam do oglądania programu i śledzenia naszych poczynań.

"Uważam się tylko za kronikarza" - z wokalistą zespołu Lion Shepherd Kamilem Haidarem rozmawia Sławek Orwat

fot. Wiktor Franko
- Pozwól, że rozpocznę naszą rozmowę od twojej wypowiedzi: „Chcę zostawić po sobie swego rodzaju 'znak czasu'. Tak, żeby ludzie, którzy być może posłuchają mojej płyty za 10, 20 czy może więcej lat mogli pomyśleć: ‘wow, taki był wtedy nastrój". Czy nie jest to przypadkiem bardziej twoje (i nie tylko twoje) chciejstwo połączone z romantyczną naturą ludzi takich jak ty czy ja i nasza naiwna wiara w to, że art rockowa wrażliwość pokolenia lat 70 i 80 powróci kiedyś z tą samą siłą? Gdyby panowie z Riverside urodzili się jak Waters i Gilmour w latach 40-tych, byliby dziś w Polsce na zupełnie innym stopniu popularności. Jak to jest z tym twoim ukochanym nastrojem w muzyce, który od lat jest bezczelnie i programowo niszczony przez odgórnie sterowaną medialną komercję?


- Ale klimat na świecie i nastroje panujące w danej chwili nie są dyktowane przez nikogo odgórnie, nie mogą też być stłumione. One są wynikiem naturalnego procesu cywilizacyjnego. Ja uważam się tylko za kronikarza. To miałem na myśli mówiąc że chcę zostawić po sobie zapis nastroju, który panował w momencie nagrań. Art – Rockowa wrażliwość lat 80tych i 90tych nie wróci! I bardzo dobrze! Bo chodzi o to, żeby każda era miała swoją własną wrażliwość i kolor. Myślę, że nastrój nie może zostać zniszczony dopóki będą artyści, którzy próbują go uchwycić w swoich pracach. I na to nawet medialna komercja nie ma sposobu. Zawsze znajdą się odbiorcy szukający głębiej. Wierzę w to i chcę w to wierzyć.

- W zespole Maqama poznałeś Mateusza Owczarka. Zaprzyjaźniliście się i okazało się, że podobnie czujecie muzykę. Zaczęliście eksperymentować z różnymi gatunkami muzycznymi. Początkowo traktowaliście to jako przygodę. W końcu wykreował się Lion Shepherd, a ty jesteś autorem tekstów i wielu melodii. Czy spotkanie Mateusza faktycznie było dla ciebie przełomowym momentem w kształtowaniu się twojej artystycznej tożsamości, czy też było jeszcze coś wcześniej, o czym nie wspomina twoja oficjalna biografia?


- Spotkanie z Mateuszem było nieprzypadkowe, starannie sobie wybrałem z kim chciałbym kontynuować dalszą muzyczną podróż. Nasze umiejętności, spojrzenie na to co chcemy w życiu osiągnąć – ambicje, kreatywność i otwarte głowy pozwoliły każdemu zrobić duży krok do przodu i rozpocząć piękną wspólną przygodę pt.: Lion Shepherd. Grałem w wielu projektach wcześniej i w każdym dawałem z siebie 200 %. Ale czułem że nie wszyscy zamieszani to robią i podświadomie czułem, że to dalej „nie pojedzie”. W Lion Shepherd nie mam tego poczucia. Jest nas 2 i 400% energii. Mamy tę dowolność by dopierać sobie kompanów do podróży i, kiedy widzimy i nich że zwalniają tempo albo im się po prostu nie chce – wysadzamy z pociągu. Brutalnie, krótko i na temat.

fot. Wiktor Franko
- Jahiar Irani i Rasm Al Mashan. Z jakich krajów pochodzą i czy to dopiero początek w etnicznym folklorze Orientu, jakim Lion Shepherd jeszcze nie raz nas zaskoczy?

- Jahiar jest Irańczykiem, Rasm pochodzi z Jemenu. Wzięli udział w nagraniu Hiraeth. Nasza podróż to się jeszcze na dobre nie rozpoczęła, mam takie wrażenie. Wiele przed nami i to jest najbardziej ekscytujące. Nie raz zaskoczymy samych siebie (śmiech) to co dopiero mówić o słuchaczach!


- Muzyka dla ciebie to sposób na wyrażenie siebie – tego, co cię cieszy, ale i tego, co boli. Jak sam mówisz, bywa, że pisanie tekstów i komponowanie to dla ciebie rodzaj psychoterapii. Bardzo wielu twórców, w tym wielu wybitnych dość często przyznaje, że bez artystycznej autokreacji pozwalającej na wyrzucenie z siebie złych emocji ich umysł mógłby nie wytrzymać tego wewnętrznego napięcia, które u artysty występuje w o wiele większym stopniu niż u zwykłego śmiertelnika. Czy bez tej psychoterapii, o której mówisz, ludzie sztuki rzeczywiście mogliby popaść w poważne problemy z własnym ego lub przeżywać wyniszczające umysł zaburzenia emocjonalne?


fot. Wiktor Franko
- Nie wiem jak jest z innymi artystami, wiem jak jest ze mną. Żyję bardzo intensywnie, rozwijam się na wielu polach zawodowych. Moje zajęcia są w większości obarczone sporą presją. Mam też rodzinę więc to też jest petarda emocjonalna. Bardzo pozytywna, ale jednak petarda (śmiech). Tak więc ja traktuję muzykę jako odskocznię i proces samodoskonalenia. To ciągła walka z samym sobą, żeby lepiej śpiewać, pisać lepsze piosenki, robić ciekawsze zespołowe projekty. Bez tego moje życie nie byłoby tak bogate jak jest. Czuję się po prostu lepszym człowiekiem i to powoduje lepszy mój nastrój, więc uznaję muzykę za psychoterapię (śmiech).


- Swoje piosenki traktujesz jako swoisty dziennik historii, o których opowiadasz. Nie wyjaśniasz jednak ich przesłania, gdyż uważasz, że byłoby to niczym zdradzanie zakończenia filmu komuś, kto właśnie kupił bilet do kina. Chcesz, żeby każdy z nas mógł to zakończenie usłyszeć po swojemu. Nie obawiasz się, że takie podejście może u niektórych z twoich odbiorców doprowadzić do opacznego zrozumienie twojego przesłania, przez co psychoterapia, o której chwilę temu rozmawialiśmy nie tylko u ciebie nie zadziała, a wręcz przeciwnie - możesz doznać zawodu i twórczego wypalenia?

- Chcę ponieść to ryzyko i dać każdemu szansę odnalezienia samego siebie w moich tekstach. Albo i znalezienia pustki i płytkości. Nie mi to oceniać. Tak wiele razy byłem zaskakiwany opowieściami Słuchaczy, o tym co dany tekst czy konkretna piosenka znaczy w ich życiu, z czym się dla nich wiąże, i było to kompletnie rozbieżne z moją percepcją i nigdy bym nie wpadł na taką interpretację. Nie mam prawa im tego odbierać swoim subiektywizmem. Poza tym dzięki tej technice, dowiaduję się nowych rzeczy o sobie samym od kompletnie obcych mi ludzi.


- Rok 1969 przyniósł kilka wydarzeń, które wstrząsnęły światem. 3 maja policja w USA aresztowała 12 tysięcy ludzi, którzy wyszli na ulicę protestując przeciw wojnie w Wietnamie. Pomiędzy ZSRR i Chinami doszło do konfliktu zbrojnego, którego skutki trudne były do przewidzenia. Aby dopełnić tragiczny obraz tego roku dodam jeszcze samospalenie się czeskiego studenta filozofii Jana Palacha na Placu Wacława w Pradze w geście protestu przeciw agresji wojsk Układu Warszawskiego na walczącą o prawa człowieka Czechosłowację. Wszystkie te czynniki pozaartystyczne zadecydowały, że na zachodzie pojawił się King Crimson, a na wschodzie Omega. Czyż nie jest to okrutne zrządzenie losu, że musiało dojść do śmierci tysięcy ludzi i setek zamachów na ludzką godność, aby świat nagle w prostym rock and rollu zechciał doszukiwać się ważnych treści i szalonego piękna improwizowanych dźwięków? Jak myślisz, czy dziś w obliczu niezliczonej ilości zamachów terrorystycznych i zagrożenia globalną wojną nuklearną muzyka progresywna znów zacznie być tą, która podobnie jak wtedy odmieni oblicze ludzkiej wrażliwości?

- Nie muzyka progresywna, ale muzyka w ogóle. Rzucając jedynie nazwy Omega i King Crimson jako tych którzy nieśli protest songi na ustach to wielkie niedopatrzenie. Gdzie Hendrix, Neil Young, Lennon, Bob Dylan i wielu, wielu innych? Uważam, że świat obecnie jest na takim samym cywilizacyjnym zakręcie jak był wtedy, w latach 60-tych i protest songi są potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Dzisiaj ludzie są tak ogłupieni konsumpcjonizmem, że próżno marzyć o tym, że pojawią się dzieci kwiaty, masowe protesty studentów etc. To jest straszne, że w dobie tak szybkiej wymiany informacji, Internetu, ludzie mają „wywalone” na to, co dzieje się za przysłowiową ścianą. Dlatego wierzę, że znowu cała nadzieja w artystach, którzy staną na wysokości zadania i będą tym „sumieniem społecznym”, jak się ich często nazywa.


- Rozbudowana aranżacja, która jest najistotniejszym znakiem rozpoznawczym muzyki progresywnej ze zrozumiałych względów ogranicza liczbę muzyków, którzy technicznie są w stanie sprostać takim wymaganiom, przez co do rocka progresywnego zawsze trafiało wielu wykształconych muzyków symfonicznych, a ich przeróbki dzieł muzyki poważnej (jak choćby „Obrazki z Wystawy” Musorgskiego w wykonaniu Emerson, Lake and Palmer) wzbudzały podziw nawet u znanych z oper i filharmonii wirtuozów. Jak sądzisz, czy właśnie tu nie należy szukać przyczyn współczesnej niszowości tego gatunku? Jak wielu znanych ci dziś polskich instrumentalistów jest w stanie sprostać rozbudowanym formom aranżacyjnym, gwałtownym zmianom tempa i karkołomnym popisom technicznym?

- Ja myślę, że kryzys muzyki progresywnej polega na tym, że przestała być progresywna. Bo klawisze, granie w nierównym metrum i śnięte wokale nie wystarczą, aby taka muza przestała być niszową. Progressive oznacza postęp. Kiedyś rockiem progresywnym nazywano muzykę, która łamała konwenanse klasycznego rocka. Nowe instrumentarium, poszukiwania brzmień, harmonii, inspiracji. Naprawdę, nie trzeba wirtuozów z orkiestr tylko wizjonerów.


- W muzyce Lion Shepherd słychać brzmienia orientalne. Dzieje się tak dlatego, że choć urodziłeś się i większość życia spędziłeś w Polsce, to wczesne dzieciństwo upłynęło ci w Libii i Syrii, skąd pochodzi twój tato. To, jak bliska jest ci kultura arabska, szczególnie słychać na płycie Heat, gdzie podczas nagrań wykorzystywane były egzotyczne instrumenty jak: perski santur, dzwonki tybetańskie, 12-strunowe gitary czy hinduskie perkusjonalia. Na ile połączenie orientalnych dźwięków z ciężkim, gitarowym graniem rzeczywiście wynikało z twoich rodzinnych korzeni, a na ile było instynktem obronnym, aby wasza muzyka była bardziej wasza? Nie będę ukrywał, że kiedy usłyszałem was po raz pierwszy, to stylistycznie do złudzenia przypominaliście mi klimat Riverside. A może w polskim art rocku od czasu Collage wszystko już było? 

- Ja klimatu Riverside u nas w ogóle nie widzę, tym bardziej Collage. Gramy swoje, mamy na siebie pomysł od A do Z. Zagraliśmy sporo koncertów z Riverside, dlatego wielu ludzi używa skrótów myślowych pt.: „grają jak Riverside czy coś takiego”. A Riverside używa kompletnie innego instrumentarium, harmonii, inaczej produkuje. Oni po prostu grają inaczej. My wypracowujemy swoje unikatowe brzmienie i charakter. Dlatego większość recenzji polega na poszukiwaniu dla nas określenia, bo nie pasujemy, wg. nich, do kategorii muzyka progresywna. I to jest dla mnie najlepszy komplement.


- Marcin Magiera określił styl waszej muzyki jako rockowe rzemiosło o orientalno - progresywnym namaszczeniu. Trafił w sedno, czy wasz zamysł artystyczny postrzegasz jeszcze inaczej?

- Bardzo fajna definicja. Ale ja bym to raczej rozłożył 50/50. Czyli można równie dobrze powiedzieć orientalne rzemiosło o rockowym namaszczeniu (śmiech).

- “Dream On” to utwór, który zupełnie nowego znaczenia nabiera w połączeniu z teledyskiem. Film zabiera nas w świat pokoju i wojny. Klasyczna animacja miesza się ze zdjęciami syryjskich miast, niszczonych przez działania wojenne i pokazujących tragedię żyjących w nich dzieci. Historia, która rozgrywa się w animacji, płynie wprost ze słów piosenki i traktuje o sile przyjaźni, o pozostaniu sobą i o trwaniu przy swoich ideałach. Dziecko ze swoimi marzeniami może kiedyś będzie mogło zmienić świat, ale wojna może te marzenia zburzyć. Wystarczy jednak, że ktoś wyciągnie rękę i zrobi mu miejsce w swoich marzeniach i dziecko nabiera nowych sił. Czyż nie powracają tu echa pięknej, acz utopijnej hippisowskiej wizji Johna Lennona z "Imagine" i naiwna wiara w zwycięstwo pacyfizmu nad brudną i precyzyjnie wymierzoną w wolność człowieka globalną polityką?


- Ha! Wspomniałem Lennona już podczas tej rozmowy (śmiech). Teraz powraca. Mogę zgodzić się na takie porównanie (śmiech). "Dream On" to jest w pewnym sensie protest song, mimo że tekst napisałem dla moich dzieci. Zapytam też, czy kiedy ludzie marzyli o locie w kosmos, racjonaliści nie nazywali tego piękną acz utopijną wizją?

- "Zacznijmy od tego, że Syria jest krajem laickim - powiedziałeś kiedyś - Przypomnijmy sobie, kto pozwolił na to, żeby siedlisko terroryzmu światowego, za jakie uznajemy tzw. Państwo Islamskie, zakorzeniło się właśnie w Syrii, gdzie ISIS eksterminuje Syryjczyków i zamienia ich państwo i życie w piekło. Moim zdaniem doprowadziła do tego bierność Rosji, Stanów Zjednoczonych za czasów Baracka Obamy oraz państw Unii Europejskiej. Bierne przyglądanie się temu, jak zwykli bandyci, uciekinierzy ze wszystkich stron świata, najemnicy, przemytnicy narkotyków, handlarze ludźmi stworzyli sobie w Syrii 'wyspę piratów', którą nazwali Państwem Islamskim. Moim zdaniem Państwo Islamskie jest w pewnym sensie - również poprzez zaniechania - utrzymywane przez państwa Zachodu. Kiedy można było zdusić je w zarodku, nikt tego nie zrobił z powodu wielkiej polityki. Może komuś było potrzebne Państwo Islamskie? Nie jestem w stanie uwierzyć, że banda zarośniętych, zacofanych islamistów była w stanie stworzyć sprawne państwo i je utrzymać". Znam bardzo wielu ludzi, którzy mówią dokładnie to samo co ty, ale wolą swego zdania nie upubliczniać. Ty miałeś taką odwagę. Czy jest ci lżej, czy też smutniej, bo doskonale wiesz, że jest to raczej głos wołającego na pustyni?

- Mówię co myślę, zawsze i wszędzie. Nie interesuje mnie poprawność polityczna. Tak samo jak ostatnio powiedziałem, że jestem przeciwko tej niekontrolowanej imigracji Muzułmanów do Europy, której doświadczamy. Wiele środowisk mi to wytyka niejako zobowiązując mnie jako artystę, pół-Polaka/pół-Syryjczyka czy filantropa do zupełnie innych konstatacji. Ale co mam zrobić, jeśli tak uważam? Mówię to głośno. Jak mnie przez to gdzieś nie zaproszą – trudno.

- Pozwól, że tym razem będzie cytat z mojej rozmowy z Kazikiem Staszewskim: "Stoimy moim zdaniem u progu konfrontacji z Islamem, z tym Islamem wojującym. Spróbowałem stanąć w tym utworze ["Kalifat" - przyp. red.] jakby po drugiej stronie. Pomysł na ten tekst powstał jesienią ubiegłego roku, kiedy była poprzednia wizyta Kultu w Irlandii i Wielkiej Brytanii. Był koniec września. Przywieziono nas z lotniska w takie miejsce w Dublinie, gdzie studenci przygotowywali się poprzez zabawę do rozpoczęcia roku akademickiego. Ja, który sporo rzeczy w życiu widziałem, byłem kompletnie zszokowany. Dla mnie, dla 51-latka były to niemalże dzieci, które zatracały się w narkotykowo-alkoholowo-seksualnej zabawie. Z tego co widziałem, chodziło głównie o to, aby znietrzeźwić się alkoholem, skatować jakimiś dragami i zaliczyć w kiblu szybki seks. Wobec tego wyobraziłem sobie sytuację, co by było, gdyby na tej ulicy pojawił się prosto z Bagdadu jakiś pobożny muzułmanin i miał okazję to zaobserwować. Byłoby to dla niego ewidentnie wcielone piekło na ziemi, które należy zniszczyć i myślę, że dekadencka kultura cywilizacji zachodniej zbliża się do nieuchronnej konfrontacji, ponieważ macie tu takich muzułmanów coraz więcej i oni widząc upadek tego, co biały człowiek proponuje, z dominującą energią - podejrzewam - w końcu do takiej konfrontacji doprowadzą. Powstanie Państwa Islamskiego, które przedstawiło ostatnio swoją mapę planowanych zdobyczy terytorialnych do 2020 roku pokazuje nam, że za naszymi drzwiami stoi możliwość, a nawet przymus konfrontacji z kimś, kto jeńców nie bierze".


Jak myślisz, dlaczego taki religijny radykalizm znany w przeszłości tylko z okresu wypraw krzyżowych i walki z Reformacją pojawił się nagle na początku XXI wieku? Co takiego musiało się wydarzyć w umysłach ludzkich, aby tak się stało? Co - niezależnie od wielkiej polityki - trafiło na aż tak podatny grunt?

- Po pierwsze – czeka nas konfrontacja z Islamem czy Islamem wojującym czyli w moim rozumieniu fundamentalizmem islamskim. Bo to trzeba rozgraniczyć. Muzułmanów jest pewnie z 1.5 miliarda na świecie. Radykałów jakaś kropla w morzu. Są widoczni i niestety spektakularni. Ale to jest odsetek. Moim zdaniem upadek zachodniej cywilizacji to jedno, a ekspansja radykalizmu to drugie. Uwierz mi widziałem wiele razy, że często Muzułmanie są wcale nie lepsi od tych irlandzkich studenciaków. Radykalizm powstał dzień przed pierwszą religią. Takie mam zdanie. Przypomnę, że zanim Chrześcijanie w średniowieczu spalili wszystkie dzieła antyczne na stosach, sami byli paleni przez Rzymian. A czy Reformacja to nie był fundamentalizm? Czy wojna katolików z protestantami to nie był pochód terroru i radykalizmu? Moim zdaniem podłoże jest bardzo proste – ekonomiczne. Świat Zachodni tak długo eksploatował i destabilizował Bliski Wschód, że ktoś się wkurzył, do głosu doszedł radykalizm. Na gruncie obalonych reżimów powstały nowe, dużo większe potworki, jak Państwo Islamskie. Mało się o tym mówi, ale Świat arabski od wielu dekad sam zmagał się z radykalizmem religijnym wymierzonym w niego samego. Teraz, jak puściła zapora w postaci stabilnych reżimów, tzw. Wojujący Islam wylewa się na świat zachodni. Za rogiem czeka też Czarna Afryka. Wracając do pytania - czy czeka nas starcie, jakaś wielka konfrontacja? A czy ta konfrontacja przypadkiem właśnie nie trwa?

- "Na pewno wielu ludziom podnosi się ciśnienie i wzrasta poziom zachowań ksenofobicznych - zauważasz w jednym z wywiadów - Mam długie włosy, tatuaże, robię wrażenie typowego Europejczyka. Czuję się Europejczykiem, jestem mieszkańcem Unii Europejskiej i stoję po tej stronie barykady. Często jednak jestem poddawany wzmożonym kontrolom na lotniskach. Wiem, skąd to się bierze. Zresztą, u siebie też czasami zauważam podniesiony poziom koncentracji, kiedy mijam na ulicy ortodoksyjnych muzułmanów. A jeżeli mnie się to udziela - to tym bardziej rdzennym Europejczykom". Są to w moim odczuciu bardzo ważne słowa w obliczu narastającego strachu przed pojawieniem się wśród nas kogoś, kto wzbudza nieufność czy strach nie poprzez to, co robi a jedynie swoimi rysami i karnacją skóry. Takie słowa w ustach kogoś takiego jak ty posiadają zupełnie inną wagę, niż w ustach każdego innego Polaka. Jak radzisz sobie z tym problemem, który - jak mogę się domyślać - spotyka cię chyba często i z którą ze stron bardziej empatycznie go odczuwasz? 


- Tak jak wspomniałem, jestem w stanie to zrozumieć, zwłaszcza w dobie wtłaczania masom wizji najazdu „ciapatych”, masowych mordów, gwałtów i rabunków. Głównie śmieszy mnie ta histeria w Polsce, bo akurat tutaj nikt za bardzo nie chce przyjeżdżać. Większe pole do zmartwień mają Brytyjczycy, Francuzi czy Szwedzi. Jednak zrozumieć nie znaczy akceptować. I ja tego nie akceptuję. Tak samo jak nie akceptuję wojującego Islamu, wojującego Katolicyzmu czy wojującego czegokolwiek innego. Trzeba wziąć głęboki oddech i nie ulegać presji. Jak widzę „zakwefioną” muzułmankę na placu zabaw z dziećmi to wiem, że to pewnie żona dyplomaty a nie dżihadystka. Mimo, że zwracam na nią większą uwagę niż na blond panią z dwójką dzieci obok. Jak ja sobie radzę z ewentualną ksenofobią w moim kierunku? Od lat nie miałem jakichś dziwnych sytuacji. Otaczam się ludźmi na poziomie, przebywam w miejscach gdzie zakute łby trudno spotkać. Mam poza tym wiele pewności siebie, a to się wyczuwa. Ogólnie zalecam daleko idący spokój.

- In the Court of the Crimson King to jeden z najważniejszych albumów w historii rocka. Wrażliwi twórcy w obliczu tragedii zawsze uważali za stosowne pozostawić po sobie swój artystyczny komentarz. Tak czynili nie tylko muzycy. Robili to pisarze (Baczyński, Miłosz, Sołżenicyn), plastycy (Pablo Picasso) i twórcy wielu innych dziedzin. King Crimson uczynił to na wspomnianym albumie w utworze „Epitaph”. Czy może istnieć coś bardziej dołującego niż nagrobek wystawiony nadziei i czy to o tym mówi także wasz utwór "Lights Out"? 



"...odchodzę
nie zostawiam żalu
odchodzę tak jak stałem
mój ocean mnie wzywa
moje ślady zakrywa piach
to koniec."

- Sławek, jak wspomniałem na początku rozmowy, nie kastruję wyobraźni słuchaczy narzucając im interpretację. Dlatego nie odpowiem na to pytanie (szyderczy uśmiech). No i dziękuję za rozmowę!!!

- Ja również dziękuję i do zobaczenia na koncertach...


środa, 18 października 2017

Tomasz Wybranowski i Sławek Orwat: Nowe muzyczne otwarcie - słów kilka o playliście Radia WNET

Stało się! Radio WNET w eterze. Na fali 87.8 FM nadajemy do 14 listopada. Potem oczekiwanie na konkurs KRRiTV i, z Bożą pomocą, mamy nadzieję na otrzymanie koncesji…

Słuchajcie nas na całym Świecie pod:

Krzysztof Skowroński - Szef Radia WNET - Legenda polskiej radiofonii
Stało się! Radio WNET w eterze. Na fali 87.8 FM nadajemy do 14 listopada. Potem oczekiwanie na konkurs KRRiTV i, z Bożą pomocą, mamy nadzieję na otrzymanie koncesji na lat dziesięć. Gdy mowa o nadawanej muzyce, to od ośmiu lat Radio WNET jest jednym z niewielu miejsc w sieci (a teraz w eterze), gdzie Słuchacze mogą posłuchać muzyki „innej od innej”. Co to znaczy?

Gabinet Looster - nasza muzyczna chluba z Londynu
(fot. Monika S. Jakubowska)
W skrócie: takiej, której nie można posłuchać w innych radiach. I tych państwowych, i tych komercyjnych. Śledzącemu internetowe fora wniosek nasuwa się jeden: polscy słuchacze czekają na jakościowe zmiany w redakcjach muzycznych i sposobie podejścia do samej muzyki i ich twórców. Napiszę nieskromnie, że Radio WNET chce być rozgłośnią, która będzie wyznaczała trendy we współczesnej polskiej i światowej muzyce rozrywkowej. Jako Radio WNET pokazujemy, że polska muzyka jest ważnym czynnikiem kulturotwórczym. Ale z niezrozumiałych dla mnie przyczyn od ponad 25 lat w polskich rozgłośniach polska muzyka jest traktowana po macoszemu. Stwierdzenie „cudze chwalicie, swego nie znacie” jest w tym przypadku jak najbardziej na miejscu. Smutno robi się na sercu, kiedy wiele polskich zespołów jest bardziej znanych w Europie i na świecie niż z anten Polskiego Radia czy stacji komercyjnych. Przykładem niech będą kariery grup polskich Londyńczyków z grupy Gabinet Looster, klasycznej metalowej formacji Scream Maker, czy genialnego zespołu Pustki, które wreszcie przebijają się do świadomych siebie i poszukujących wartościowych dźwięków pasjonatów.


Grać miło, łatwo i … tak samo (?)

Największym kuriozum polskiej przestrzeni muzycznej jest fakt, że lansowane przez większość wiodących stacji radiowych w naszym kraju zespoły nie odnotowały jak dotychczas żadnego spektakularnego sukcesu poza granicami ojczyzny, natomiast jakże często grupy znane jedynie w bardzo wąskich kręgach odbiorców zostały zauważone w takich krajach jak Stany Zjednoczone, Kanada czy Wielka Brytania. Przypomnijmy sobie chociażby przypadek wspomnianej już warszawskiej grupy Pustki, która w roku 2011 zagrała kilka entuzjastycznie odebranych przez publiczność koncertów podczas festiwalu Canadian Music Fest w Toronto oraz South by Southwest w amerykańskim Austin. Występy te wzbudziły wówczas także ogromne zainteresowanie tamtejszych dziennikarzy. Niezwykle poczytny dziennik The Austin Chronicle określił nawet ich piosenkę „Lugola” mianem arcydzieła. Natomiast Toronto Star wybierając jedynie kilka koncertów z całego festiwalowego dorobku, zaproponował swoim czytelnikom właśnie nasze Pustki.


Pieniądz ponad duszę

Grupa Pustki, objawienie muzyczne w Kanadzie i USA, podczas gdy w naszych mediach… (fot. Filip Styliński)
Dlaczego tak jest? Powodów takiego stanu należy szukać po pierwsze w słabej polityce promocyjnej, ale przede wszystkim w coraz słabszej jakościowo muzyce dopuszczanej do emisji przez największe polskie media, gdzie już od dawna nie gra się tego, co w muzyce jest najbardziej wartościowe, a zamiast tego sprzedaje się cenny czas antenowy niczym bazarową „pietruszkę” lub inny nie mający nic wspólnego z kulturotwórczą misją mediów towar, przez co najlepsza polska muzyka dzięki bezmyślnej i nastawionej jedynie na finansowy zysk polityce największych stacji radiowych, trafia głównie do niezależnych programów internetowych, a także do działającego od dziś w eterze Radia WNET. Za punkt honoru, jako Radio WNET stawiamy sobie doprowadzenie do takiego stanu, że nasza antena od razu będzie rozpoznawalna po jej zawartości muzycznej. Obecnie, w zbyt wielu audycjach muzycznych na radiowej skali polskiego eteru trudno usłyszeć dźwięki inne niż te skorelowane z promocyjnym pakietem fonograficznym majorsów. Mało tego, znakomita większość polskich rozgłośni, tych małych, i tych dużych gra… niemal to samo. W Radiu WNET jest inaczej. I zawsze tak będzie.


Na fali WNET po polsku

Julia Nykiś, młoda twarz polskiej piosenki.
Radio WNET to przede wszystkim miejsce dla polskiej muzyki. Na fali 87.8 FM promujemy nowych, często nietradycyjnych twórców i wykonawców, bez względu na styl i muzyczną estetykę. Play – lista Radia WNET, której możecie słuchać na fali 87.8 FM, zawiera ponad 50% polskiej muzyki. Obok klasyków jak Budka Suflera, SBB, Czesław Niemen, Marek Grechuta & Anawa, a także Dezerter, Kult, Maanam, TSA, Turbo, goszczą debiutanci, którzy dźwiękami i metaforami mają dla słuchaczy ważne przesłanie dla świata. Wymienię tylko Julię Nykiś, Olę Idkowską (nasze utalentowane nastolatki), Caroline Baran – solo i jako Kaeyra, którą (za sprawą Listy PoliszCzart) odkryliśmy w Chicago (clip poniżej), dublińską formację Distinct Orbit Karola Kościa (nasz przyszłotygodniowy CzęstoGraj Radia WNET), folkowa SuperTonic Orchestra Przemysława Łozowskiego, The Cox, Mike Chwedziak i WeathesouL (nasza londyńska chluba), czy Metasoma.


Karolina Baran, przyszłość światowej piosenki, która w Europie debiutowała
na antenie Polisz Czart, Radia WNET i irlandzkiego radia NEAR FM.
(fot. Kasia Jarosz)
My nie przekreślamy zespołów i twórców tylko dlatego, że nie stoją za nimi duże muzyczne korporacje czy wielcy sponsorzy. Na play – liście usłyszycie dla przykładu krakowską grupę DUCH, śląski Litemotiv, radomskie Lustro, toruńskie Half Light (m.in. krążki „Black Velvet Dress” i „Półmrok”) i Eklektik Jerzego Czarnieckiego, klasycznych metalowców ze Scream Maker i , londyńczykami z Gabinetu Looster, czy Space Sugar. Pamiętam dreszcz emocji, kiedy zagrałem po raz pierwszy Caroline Baran z Chicago i niezwykłą Octavię Kawęcką z jej singlowym „A kiedy powiem” i zmierzchowym „On The Way”. Radio WNET dostrzega także polskich muzyków i tekściarzy, którzy tworzą na emigracji. Jest w muzycznej „jeździe obowiązkowej” Radia WNET (87.8 FM) i klasyka. Czesław Niemen i Józef Skrzek z SBB, Tadeusz Nalepa i Osjan, Morawski Waglewski Nowicki Hołdys i klasyczny Dżem, Republika i Kombi Sławomira Łosowskiego, Włodek Pawlik jazzowo i Krzysztof Komeda…

Józef Skrzek, legendarni i wciąż twórczy współzałożyciel grupy SBB

Jako twórcy i prowadzący Listę PoliszCzart (koprodukcja irlandzkiego Radia NEAR FM, Radia WNET i w przyszłości rozgłośni RPL FM) otrzymujemy miesięcznie setki nagrań, z prośbą o recenzję, podpowiedzi czy pomoc w promocji. Wiele z nich trafia na naszą antenę. Tak dzieje się chociażby ze środowiskiem nowego hip hopu, także tego z Londynu. Na Wyspach, a w szczególności w Londynie działa bowiem ogromna ilość zespołów polskich bądź grup brytyjskich, w których grają polscy muzycy. Istnieje kilka kapel, o których śmiało można powiedzieć, że już wyszły poza ramy polskich środowisk.


Antena WNET dla debiutantów

Rozmowa Katarzyny Sudak i Tomasza Wybranowskiego z muzykami z grupy Marillion (fot. Tomasz Szustek)
Nasza misyjna niemal postawa wynika ze smutnej konstatacji, że właściwie nie ma platformy dla rodzimych debiutów muzycznych i szeroko rozumianej promocji kultury polskiej muzycznej. Kiedyś była Rozgłośnia Harcerska, Radio Bis… Były… I w tym momencie należy się na moment zatrzymać i odbyć sentymentalną podróż w głęboką przeszłość. Aby bowiem dobrze zrozumieć kulturową ciągłość oraz muzyczne związki przyczynowo skutkowe wyznaczające naszą kulturową tożsamość, należy cofnąć się w czasie o ponad 40 lat.


Ozzy Osbourne podpisuje dla Nas swoją autobiografię.
Obok Ozzy’ego Katarzyna Sudak, producentka Muzycznej
Polskiej Tygodniówki WNET
W latach 70-tych – jak doskonale pamiętamy – powstało najwięcej znaczących dzieł w dziedzinie progresji i hard rocka. Światową karierę rozpoczynał wtedy Bob Marley zaszczepiając rytm reggae w Europie. Wówczas też pojawił się punk rock. To wszystko krok po kroku niczym ziarno zaczęło trafiać na naszą polską glebę i z niesamowitą siłą wybuchło w latach 80-tych, które w największym stopniu przyczyniły się do ukształtowania muzycznej świadomości całego ówczesnego pokolenia. To wtedy pojawiły się jarocińskie festiwale i powstało niepowtarzalne zjawisko, jakim na owe czasy była radiowa Lista Przebojów Rozgłośni Harcerskiej. Zostaliśmy zanurzeni w oceanie gatunków i stylistyk począwszy od muzyki elektronicznej, poprzez rock aż po heavy metal – TSA. Pojawiło się wtedy także niepowtarzalne, oparte w dużym stopniu na nowojorskiej nowej fali zjawisko artystyczne pod nazwą Republika. Rodziło się polskie reggae i polski punk. Okazało się, że gdy tylko pojawiły się festiwale w Jarocinie, wszyscy niezależnie od tego, jaki nurt muzyki reprezentowali, potrafili też merytorycznie wymieniać się pomiędzy sobą spostrzeżeniami i opiniami, a te wszystkie awangardowe i wyznaczające wiodące kierunki młode kapele nie spadły wtedy z księżyca. Grając dotychczas głównie w garażach i lokalnych domach kultury, nagle poczuły swój czas i bez kompleksów wyruszyły na podbój Świata. Mimo żelaznej kurtyny, z Zachodu przeniknęła do nas rockandrollowa epidemia, a niektórym z nas udawało się nawet przywozić legendarne już dziś albumy, kupowane a połowę ówczesnego miesięcznego wynagrodzenia! Tak było z pierwszymi albumami Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, czy twórcami muzyki progresywnej jak chociażby Marillion (na zdjęciu).


By szanować Słuchaczy…

Natalia Wójciak i Oskar Gackowski - młodzi słuchacze/muzycy z Wrocławia w lutym roku 2014 przybyli do prowadzonego przeze mnie wówczas na antenie brytyjskiego Radia Verulam autorskiego programu Polisz Czart, aby opowiedzieć Polakom w UK o muzyce wrocławskiego undergroundu, udowadniając tym samym, że młodzi ludzie szanują dobre radiowe programy i chcą ich słuchać, w  co wątpi wielu pseudo-znawców młodzieżowego podejścia do zdobywania dobrej muzyki
To nieprawda, że dziś młodzi słuchacze nie chcą słuchać radia. Padają hasła, że przecież „mają Internet”, że „sami są w stanie zorganizować sobie medialną przestrzeń”. Czyżby? Młodzi słuchacze, a także twórcy poniżej trzydziestego piątego roku życia, twierdzą, że media publiczne i wielkie prywatne korporacje radiowe omijają szerokim łukiem, bo jak twierdzą: „dla nich nie istniejemy, i jako twórcy, i jako słuchacze”. Śledząc radiowe play-listy, i rozgłośni publicznych i komercyjnych, z przykrością zauważam, że znakomita większość autorskich bloków muzycznych wielu redaktorów charakteryzuje się „wyjątkową słabością” do utworów z albumów, które są sygnowane przez loga i nazwy wielkich zachodnich koncernów. A my uważamy, że w Polsce powinno się grać przede wszystkim po polsku, tak jak we Francji, czy w Czechach, że o Włoszech i Grecji nie wspomnę. Do prezentacji muzyki na naszej antenie podchodzimy z pewną misją: zapewnić słuchaczom dostęp do wszystkiego, co wartościowe w polskiej muzyce.


Muzycy Tame Impala z naszą PoliszCzart-ową polską Katedrą
Oczywiście połowa nagrań to produkcje obce, ale te z duszą, przesłaniem i sznytem prawdziwej muzycznej sztuki. Obok Becka gości klasyczny Judas Priest, Lou Reed i Velveci, ale i Patricia Kaas, Peter Gabriel i Kanadyjczycy z Arcade Fire, Imelda May a obok Rufus Wainwright, Tame Impala i irlandzka Bohinta, czy Frank Sinatra, którego poprzedza Robert Plant z czasów „Picture At Eleven”. Nie zapominamy o muzyce niezależnej, wytwórniach z Islandii, Wielkiej Brytanii, Kanady, czy zachodniego wybrzeża USA, gdzie teraz tyle dzieję się w muzyce. Dystansujemy się radykalnie od tych, którzy „wiedzą najlepiej, jak tworzy się radio i układa muzykę”, w oparciu o badania. Kiedyś zadałem jednej z takich osób pytanie, skąd Słuchacze maja wiedzieć, że istnieje taka czy inna grupa, która w badaniach nie istnieje. Padła odpowiedź: „My im podpowiadamy”. Koniec, kropka. A my, kierując się zasadą Paula Ardena i trawestując tytuł jednego z jego bestsellerów działamy wedle zasady:


„cokolwiek robimy – robimy odwrotnie”

fot. Sławek Orwat
Podobne spojrzenie głosimy także na temat prezentacji tak zwanej muzyki popularnej. Muzyka pop całkowicie straciła w naszej opinii polot i klasę w momencie, kiedy zaczęła być konfekcyjną produkcją sztucznie powołanych do tego celu zakładów pracy, gdzie w określonych godzinach po podpisaniu listy obecności odpowiedzialni za napisanie piosenek pracownicy, mają w ramach jednej dniówki zrobić ich dla przykładu sześć, po czym jakaś tam „kontrola jakości” wybiera z całego tygodnia te trzy, które „wydział propagandy” za pomocą funduszy właściciela tej kuriozalnej „fabryki przebojów” tak długo i namolnie emituje je w największych stacjach radiowych, aż w końcu masy zaczną to niczym gumę do żucia lub papier toaletowy kupować. W tym samym czasie ambitniejsza i posiadająca feeling odmiana muzyki popularnej w mediach wiodących nie występuje, gdyż ośmiela się nie podzielać entuzjazmu panów z grubymi portfelami i z rozmysłem nie idzie w stronę byle jakich melodii z tekstami o niczym, których jedynym atutem mogłaby być jedynie prezentacja w teledyskach zgrabnych nóg i rozwianych za pomocą wentylatora włosów specjalnie wyselekcjonowanych tancerek i wokalistek.


Radio WNET właśnie te mechanizmy w muzyce środka dostrzega i wyciągając z tej sytuacji właściwe wnioski zamierza powyższe spostrzeżenia wykorzystać w kulturotwórczo-edukacyjnej misji radia Muzyka w radiu nie musi być taka sama wszędzie. U nas jest inaczej. I wreszcie, w słowniku ekipy Radia WNET nie istnieje słowo „power – play”, tylko „CzęstoGraj” bawiąc się w Leśmianowskie neologizmy. Radio WNET na nowej, bo eterowej drodze życia, wraca do korzeni, do tworzenia rozgłośni misyjnej, autorskiej, która poszerza horyzonty i traktuje Słuchacza z szacunkiem, estymą przenosząc go w radiowy teatr marzeń i wyobraźni, bo przecież serwowane przez nas nagrania i piosenki (a nie kwałki!) są najlepszą drogą ku Radość z powodu układania utworów do play-listy Radia WNET wynika przede wszystkim z faktu, że możemy prezentować, jako ekipa WNET to, co w naszej subiektywnej opinii jest najwartościowsze w polskim rocku, muzyce pop, hip hopie, piosence, metalu i pochodnych, oraz zimnej fali. A muzyka folkowa (Orkiestra Św. Mikołaja), a muzyka tradycyjna (Adam Strug i cudne „Adieu”), a bardowie (Krzysztof Myszkowski, Marek Andrzejewski, Piotr Selim czy Jan Kondrak). A… I tak mógłbym wymieniać, ale … Po co? Skoro możecie tego posłuchać w naszych programach, na fali 87.8 FM.


Programy autorskie – siłą WNET

Piątkowy blok „Beatlemania” w Radiu WNET to Anna Frawley
W gronie ludzi z pasją i muzyczną duszą, którzy tworzą Radio WNET jest legendarny Milo Kurtis i jego program „Na początku był chaos”, oraz Zbigniew Jędrzejczyk, twórca bluesowej audycji „Crossroads”. Jedną z muzycznych programowych pereł Radia WNET jest audycja dra Romana Zawadzkiego „Muzyczne Konfrontacje”, podczas której z eteru płyną klasyczne fortepianowe utwory w niezwykłych, nieznanych i zaskakujących interpretacjach. Nie brakuje muzyki elektronicznej za sprawą Olgierda Zbychowskiego („Sofa Surfing”). A nikt tak wspaniale nie opowiada o Beatlesach jak Anna Frawley, aktorka i pozytywna Beatlemaniaczka (piątkowy blok „Beatlemania”). W programie „Acroasis” Mieczysław Eligiusz Litwiński prezentuje muzykę klasyczną przez pryzmat nieznanych faktów o twórcach i dziełach. Prowadzący audycję „Los Kowalski” przeniosą Słuchaczy w świat rytmów latynoamerykańskich. W niedzielne południe zaprasza Mariusz Bartosik do muzycznej audycji z kluczem „Muzyczny Świat bez względu na wiek”. Świetną muzykę w środowe przedpołudnie prezentują także autorzy programu „RadioAktywni”. Na liście autorskich programów muzycznych także poniedziałkowy blok „CzęstoGraj Radia WNET”, z zapowiedziami i podsumowanie najczęściej granych nowych nagrań ze skarbnicy polskiej muzyki, środowa „Osiedlowa Płytoteka”, oraz piątkowa „Lista PoliszCzart”, która rozpoczyna się o godzinie 19:30. Dla mrocznych i niezależnych, rozkochanych w muzyce zimnej fali i dźwiękach zbliżonych do starej, dobrej 4AD przeznaczona jest audycja „Cienie w Jaskini” (noc z soboty na niedzielę).



Nasze credo!


Co jest dla nas najważniejsze? Chcemy przede wszystkim przywrócenia wartości muzyce i kulturze muzycznej. Polska, podobnie jak cały świat została zalana najniższych lotów tandetą. Muzyczny chłam został dziś wpuszczony na salony, czyli do największych stacji radiowych, a zjawisko obciachu kompletnie przestało obowiązywać i dlatego właśnie chcemy, aby nastąpił jak najszybszy powrót wartościowej muzyki do mediów masowych. Radio WNET w odróżnieniu od innych stacji masowych nie zamierza powielać chorych play list składających się z jednych i tych samych kilkunastu piosenek na dobę, które nie dość, że w przytłaczającej większości są nudne i kompozycyjnie słabe, to na dodatek często posiadają teksty o niczym. Aby polskiej muzyce przywrócić należny jej szacunek musi nastąpić zmiana myślenia całego środowiska medialno-artystycznego, które wspólnie i ponad podziałami powinno stanąć w obronie narodowej kultury przed zalewem pseudoartystycznej (nie!)perfumerni. Radio WNET zamierza w tej misji pełnić rolę świadomego lidera i wraz z innymi trzeźwo myślącymi mediami w Polsce zmieniać z roku na rok, oparte na finansowym zysku traktowanie dobra ponadmaterialnego, jakim jest kultura polska.

Tomasz Wybranowski
Sławek Orwat