wtorek, 22 stycznia 2019

Łukasz Orwat - Wyprawa krótka w Stary Testament i inne dzieła natury kosmogonicznej Bliskiego Wschodu, a także dzieła nam bliższe w poszukiwaniu w odmętach mitów morskiego potwora, adwersarza Jahwe, Lewiatana, by odkryć tożsamość jegoż.

Zniszczenie Lewiatana, grafika Gustave’a Dorégo z 1865
Pojawiający się kilka jeno razy na kartach Pisma Świętego morski potwór noszący miano Lewiatana, który zwyciężony przez Pana wraz z upływem wieków urósł do rangi pomieszkującego w morzach demona czy wręcz upadłego anioła, a także jednocześnie zmalał, w komentarzach teologów stając się wielorybem czy krokodylem. Skąd taka specyficzna dychotomia, postaramy się znaleźć odpowiedź, a także spróbujemy odnaleźć ginące w pomroce dziejów i głębinach mitologicznych oceanów inne istoty, które mogły wpłynąć na obraz i charakter ukazywania Lewiatana oraz wyjaśnić jego enigmatyczną nieco rolę w Starym Testamencie. Pojawiająca się czasem debata nad taksonomiczną przynależnością Lewiatana do któregoś ze znanych mieszkańcom Bliskiego Wschodu zwierząt nie będzie tematem naszych dzisiejszych rozważań, wspomnieć jednak należy, że wśród współczesnych tłumaczeń Biblii potwór ten najczęściej utożsamiany jest, jak wspomniane zostało wcześniej, z wielorybem lub krokodylem – choć już o wiele wcześniej badacze Słowa doszukiwali się tu analogii na przykład do wielorybów czy węży morskich. Środowiska kreacjonistyczne wysuwają także potencjalne kandydatury jakiegoś dinozaura lub innych, wymarłych morskich gadów. Nie analizując teraz argumentacji udowadniających słuszność jednego lub innego stanowiska przytoczyć wypadałoby biblijny opis wyglądu potwora, przekazany nam ustami samego Pana w jego rozmowie z Hiobem, podkreślający potęgę i wielkość niezwyciężonego w starciu z człowiekiem Lewiatana:
https://mythology.net
Czy krokodyla chwycisz na wędkę lub sznurem wyciągniesz mu język, czy przeciągniesz mu powróz przez nozdrza, a szczękę hakiem przewiercisz? Może cię poprosi o łaskę? czy powie ci dobre słowo? Czy zawrze z tobą przymierze, czy wciągniesz go na stałe do służby? Czy pobawisz się nim jak z wróblem, czy zwiążesz go dla swych córek? Czy towarzysze go sprzedadzą, podzielą go między kupców? Czy przebijesz mu skórę harpunem, głowę mu dzidą przeszyjesz? Odważ się rękę nań włożyć, pamiętaj, nie wrócisz do walki. Zawiedzie twoja nadzieja, bo już sam jego widok przeraża. Kto się ośmieli go zbudzić? Któż mu wystąpi naprzeciw? Kto się odważy go dotknąć bezkarnie? – Nikt zgoła pod całym niebem. Głosu jego nie zdołam przemilczeć, o sile wiem – niezrównana. Czy odchyli kto brzeg pancerza i podejdzie z podwójnym wędzidłem? Czy otworzy mu paszczy podwoje? Strasznie jest spojrzeć mu w zęby. Grzbiet ma jak płyty u tarczy, spojone jakby pieczęcią. Mocno ze sobą złączone, powietrze nawet nie przejdzie. Tak jedna przylega do drugiej, że nie można rozluźnić połączeń. 


Jego kichanie olśniewa blaskiem, oczy – jak powieki zorzy: z ust mu płomienie buchają, sypią się iskry ogniste. Dym wydobywa się z nozdrzy, jak z kotła pełnego wrzątku. Oddechem rozpala węgle, z paszczy tryska mu ogień. W szyi się kryje jego potęga, przed nim skacząc biegnie przestrach, części ciała spojone, jakby ulane, nieporuszone. Serce ma twarde jak skała, jak dolny kamień młyński. Gdy wstaje, mocni drżą ze strachu i przerażeni tracą przytomność. Bo cięcie mieczem bez skutku, jak dzida, strzała czy oszczep. Dla niego żelazo – to plewy, brąz – niby drzewo zbutwiałe. Nie płoszy go strzała z łuku, kamień z procy jest źdźbłem dla niego. Dla niego źdźbłem maczuga, śmieje się z dzidy lecącej. Pod nim są ostre skorupy, ślad jakby wału zostawia na błocie. Głębię wód wzburzy jak kocioł, na wrzątek ją zdoła przemienić. Za nim smuga się świeci na wodzie, topiel podobna do siwizny. Nie ma mu równego na ziemi, uczyniono go nieustraszonym: Każde mocne zwierzę się lęka jego, króla wszystkich stworzeń. 

Takiego oto potwornego, buchającego ogniem z nozdrzy, pokrytego nieprzebijalną łuską króla stworzeń według słów z Psalmu 104 stworzyć miał sam Jahwe:

Tamtędy [morzem] wędrują okręty, i Lewiatan, którego stworzyłeś na to, aby w nim igrał.

Akt stworzenia Lewiatana potwierdzony może być w Księdze Rodzaju, która opisuje, jak w dniu piątym stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe. Trudno domniemywać, czy rzeczone wielkie potwory morskie to tylko wieloryby i reszta ponadprzeciętnie dużej, oceanicznej menażerii, czy także bestie pokroju Lewiatana. Passus ten jednak stanowił podstawę dla badaczy do identyfikowania monstrum opisanego w Księdze z olbrzymimi waleniami. Nieścisłość pogłębia wymienienie osobno Lewiatana i morskich potworów w Psalmie 74, w którym to pośród lamentacji Izraela na odwrócenie się Pana od swego ludu i wymieniania wielkich jego czynów wymieniona zostaje walka Jahwe z Lewiatanem i zwycięstwo jego nad bestią. Oto, jak psalmista opisuje zwycięstwo Pana:

Ty ujarzmiłeś morze swą potęgą, skruszyłeś głowy smokom na morzu. Ty zmiażdżyłeś łby Lewiatana,wydałeś go na żer potworom morskim.


Przytoczone jednak fragmenty zdają się jednak być nie do końca wewnętrznie spójne, jeśli zestawić by je razem, w przedstawianiu nam Lewiatana. Jeżeli to Jahwe stworzył tego króla wszystkich stworzeń, by panował nad wodami, a wszystko, co stworzył było dobre, dlaczego więc Bóg miałby dopiero poprzez zabicie swojego własnego stworzenia ujarzmić morze? Wskazywałoby to na niejednoznaczność i brak zgodności co do charakteru, pochodzenia i natury samej bestii, raz rozpatrywanej jako kreacja Jahwe, innym razem jako jego adwersarz. Implikować mogłoby też, że Pan nie panował od początku nad całym stworzeniem, musiałby bowiem prawo do panowania nad niektórymi jego elementami pierwej wywalczyć. Stąd już niebezpiecznie blisko do stwierdzenia, że być może Jahwe wcale nie stworzył wszystkiego tak jak stoi to w Księdze Rodzaju. By rzucić nieco światła na powyżej nakreślony problem warto przyjrzeć się chronologii powstania interesujących nas ksiąg.

Księga Hioba datowana jest z największym prawdopodobieństwem na szósty wiek przed Chrystusem, zaś Psalm 74 poprzez kontekst do sytuacji, w jakiej znajduje się Naród Wybrany można umieścić w okresie niewoli babilońskiej. To właśnie krąg kulturowy państwa, w którym znalazło się wówczas (notabene mówienie o niewoli jest tu sporą przesadą, wywiezieni wgłąb imperium nie mieli statusu niewolników, a często dochodzili do wysokich stanowisk w administracji, czego echa wyczytać możemy w samej Biblii) wielu Żydów najprawdopodobniej odpowiedzialny jest za pojawienie się, choć skłaniać należałoby się raczej ku spowodowanej analogiami mitologicznymi zmianie postrzegania Lewiatana w kosmologii i zarazem też kosmogonii hebrajskiej co tłumaczyć może niejednorodny stosunek wobec potwora w tekście Biblii. Oto w poemacie babilońskim, Enumie Elisz zobaczyć możemy związaną z żywiołem oceanu pramatkę-boginię, Tiamath, która uzurpując sobie władzę nad wszechrzeczą doprowadza do konfliktu z młodszym pokoleniem bóstw, których to przywódca a jej wnuk, Marduk, zabija Tiamath i z pomocą jej ciała, wykorzystanego jako surowiec, dokonuje aktu stworzenia świata:


Rozdziera ciało potworne, obmyśla dzieło twórcze.
Rozciął (trupa) jako rybę – na dwie połowy.
Jedną połowę umieścił, pokrył nią niebo –
Zamknął zasuwę, postawił odźwiernego:
Nakazał, by nie puszczać jego wód.(...)

Warto przy tej okazji wspomnieć, że to właśnie kosmogoniczny akt Marduka lub wspólny obu kulturom pramit stanowił najpewniej podstawę dla opisu stworzenia świata znanego z Księgi Rodzaju, ludy Mezopotamii wierzyły bowiem, że niebo ma kolor błękitu z powodu znajdującej się tam wody. Podobieństwo do drugiego dnia stworzenia jest łudzące:

Bóg rzekł: "Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich!" Uczyniwszy to sklepienie, Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem; a gdy tak się stało, Bóg nazwał to sklepienie niebem. I tak upłynął wieczór i poranek - dzień drugi.

Analogie pomiędzy Tiamath i Lewiatanem nie są wyłącznie natury mitologicznej topiki. Za kojarzeniem jednego i drugiego monstra jako tych samych lub Lewiatana jako potwora inspirowanego mitem o Tiamath przemawiają według asyrologa i badacza języków Mezopotamii, Thorkilda Jacobsena, także przesłanki językoznawcze. Zwraca on uwagę, że imię Tiamath w źródłach babilońskich okresu hellenistycznego zapisywane było jako Θάλαττα (thalatta) – nic w tym dziwnego, że Tiamath będąca personifikacją żywiołu morskiego zostaje skojarzona przez seleukidzkich kopistów z greckim słowem oznaczającym morze. Greckie zaś thalatta jest fonetycznie zbliżone do hebrajskiego Liwyatan, co w języku ludu Abrahama znaczyć ma tyle, co skręcony wąż wodny. Stąd więc podejrzenie, że Żydzi mieszkający w Babilonii okresu hellenistycznego inkorporowali do swoich wierzeń także element w postaci Lewiatana na wzór starej, sumeryjskiej Tiamath. Mylić się jednak zdawał – bazujący bądź co bądź na wczesnych wonczas i mocno jeszcze fragmentarycznych źródłach – badacz dopiero co odkrywanej kultury, wskazując na bezpośrednie zapożyczenie Lewiatana z greckich podań. Pomijając niepewne związki językowe można można wysnuć jakiś związek pomiędzy biblijnym Lewiatanem a pokonanym przez Zeusa Tyfonem, jesteśmy jednak w stanie podać o wiele wcześniejsze podania, którymi inspirowany mógł być adwersarz Pana. Najgłębszych korzeni paralel pomiędzy pojedynkiem Lewiatana z Jahwe doszukać należałoby się już w basenie Morza Martwego, gdzie w jednym z podań mitologii ugaryckiej przeczytać możemy o pojedynku, jaki stoczył bóg Baal z Lawtanem, siedmiogłowym wężem morskim, wcieleniem lub sługą (stopień zachowania stel, na których wyryte zostało podanie uniemożliwia tu pewność) Yama, boga morza12, zaś pojedynek Baala z Lawtanem to nic innego jak przetworzona, wcześniejsza babilońska opowieść o walce Bela z Labbu, sama będąca trawestacją opowieści o Marduku13. Podobieństwa imion są nazbyt aż oczywiste. Warto przytoczyć tu opis potwora wskazujący na jego olbrzymie rozmiary:


Srogi potwór się ukazał. Na 50 iml rozciąga się jego długość, na jedną milę szerokość. Sześć łokci jego paszcza, Dwanaście łokci jego [fragment niezachowany] Dwanaście łokci obwód jego uszu, o 60 łokci Labbu porywa ptaki, Pogrążony w wodzie na 9 łokci a ogon sterczy mu w górę na [fragment niezachowany] łokci. 

Marduk i wąż-smok
Wspomnieć należałoby tu warto także innego, mitycznego węża, tym razem wywodzącego się z mitologii egipskiej, mianowicie Apofisa, demonicznego mieszkańca oceanu, który czyha na słońce (utożsamiane z bogiem Ra), by je pożreć. Codziennie atakuje słońce, które ranione przez demona zabarwia się na czerwono swoją krwią, jednak Ra odpiera ataki potwora, dzięki czemu słońce może kontynuować swą wędrówkę po firmamencie. Daje się tu zauważyć pewien schemat występujący w trzech różnych, nie tak przecież geograficznie odległych, mitologiach Bliskiego Wschodu. Oto bóg, najczęściej wywodzący się z młodego, antropomorficznego pokolenia niebian (Baal/Bel, Marduk, Ra, Zeus) oraz demoniczny, zły potwór o cechach gadzich związany z żywiołem wody (Lawtan/Labbu, Tiamath, Apofis, Tyfon – choć w nim znaleźć można więcej z żywiołu powietrza). W schemat ten możemy wpasować pojedynek Jahwe z Lewiatanem. To nie jedyne mity, w których bóg pokonuje węża wodnego, starczy przywołać choćby walkę Thora z Wężem Midgardu16. Jak na dłoni uwidacznia się swoisty pramit o zasięgu więcej niż lokalnym, w którym zawsze do czynienia mamy z męskim reprezentantem młodej generacji bogów, przedstawianym w bardzo ludzkiej postaci, często z czysto ludzkimi cechami charakteru, który zabija symbol chaosu i zła - węża, którego żywiołem jest woda, najczęściej morze lub ocean – żywioł niebezpieczny i nieokiełznany, zaś co także warte jest uwagi, pierwiastek akwatyczny powiązany był w pierwszych mitologiach z pierwiastkiem żeńskim, często z boginią-pramatką. Część, choć nie wszystkie wyżej wymienione cechy możemy odnaleźć też u Jahwe, który sam mając więcej z bezcielesnego prabóstwa miewa jednak całkiem ludzki charakter. Mity o ludzkim bogu zabijającym wodnego węża, często element dawnego panteon pierwotnych bóstw sił natury stanowią więc symboliczny obraz zwycięstwa człowieka nad naturą, ujarzmienie i podporządkowanie jej sobie, a także zwycięstwo nowszych religii patriarchalnych wypierających dawne, matriarchalne kulty. Dojść możemy tym samym do wniosku, że Lewiatan, niespójnie ukazany w Biblii nie jest rdzennie hebrajskim elementem kosmogonii, pojawił się w niej bezpośrednio zaczerpnięty z mitologii kananejskiej (która sama w sobie stanowi raczej źródło niż inspirację dla Judaizmu), która to ulegając wpływom sąsiedniej, o wiele bardziej rozwiniętej kulturowo Mezopotamii zapożyczyła mit o Labbu, który sam z kolei stanowi trawestację pojedynku Marduka z Tiamath, który to z kolei jest wersją spotykanego w każdej niemal z kultur eurazjatyckich praindoeuropejskiego mitu o walce boga-bohatera z potworem, noszącym cechy chaotycznego węża morskiego.


Ostatecznie ukształtowany obraz Lewiatana jako wrogiego ładowi Jahwe demona utrwalił się i obocznie do opisów literackich wielorybów (na myśl przychodzi choćby Moby Dick Melville’a) i innych monstrów z głębin pojawia się w pismach o charakterze demonologicznym, wchodzi z czasem w poczet książąt piekielnych, z których to przenika w tej roli także i do pośledniejszych tekstów. Z przedstawiających większą wartość literacką trawestacji wizerunku lewiatanowego przywołać wypadałoby choćby wizję jegoż opisaną w Zaślubinach Nieba i Piekła Williama Blake’a, dość wierną biblijnemu, pierwotnemu opisowi:

(...) ku wschodowi patrząc, między chmurami i falami ujrzeliśmy wodospad krwi
z ogniem zmieszanej, a na kilka rzutów kamienia od nas pojawił się i pogrążył znowu
łuszczasty splot jakiegoś potwornego węża; w końcu na wschodzie, w odległości około trzech
stai zjawił się nad falami grzbień ognisty; wznosił się z wolna jak gań skał złotych, aż
postrzegliśmy dwie kule szkarłatnego ognia, od których morze pierzchało w chmurach dymu;
i zobaczyliśmy teraz, że jest to głowa Lewiatana; czoło jego dzieliły pasy zieleni i purpury
i czerwone dychawki zwisały tuż ponad oszalałą pianą, czarna toń farbując smugi krwi,
a przybliżał się ku nam z całą furią istoty duchem obdarzonej (...)

Najdłuższe zęby przedstawiciela Leviathan melvillei mogły
 dochodzić nawet do 36 cm długości. (ryc. C. Letenneur (MNHN) / Nature)
 www.tygodnikpowszechny.pl
Współcześni, ale po prawdzie także i dawniejsi już teolodzy starają się zidentyfikować Lewiatana oraz innego potwora, lądowego Behemota, jako istniejące ówcześnie zwierzęta, co widać łatwo w tłumaczeniach Biblii i komentarzach do niej, by nie wprowadzać wśród wiernych, niemających wiedzy o wierzeniach ludów Bliskiego Wschodu konfuzji i uniknąć pojawiania się zbędnych, zaburzających odczytywanie Pisma paralel do zapożyczeń obcych mitologii, choć z większym pożytkiem dla czytelnika byłoby pojawienie się w komentarzu czy przypisie obok krokodyla także imię Tiamath.


***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.


poniedziałek, 21 stycznia 2019

Sebastian Sikora - Ex:Re - Ex:Re (UK 2018)

Mówi się, że istnieje cienka linia między miłością, a nienawiścią. Człowiek który doświadczył zawodu miłosnego, zranienia uczuciowo-emocjonalnego już nigdy nie będzie taki sam. Utracenie relacji pomiędzy ludźmi zawsze pozostawia blizny. Często proces „gojenia się” ran trwa latami, a i nie zawsze rany te zostają w pełni zagojone. Podczas tego procesu właśnie, pojawiają się pytania: Czy to moja wina? Co mogłem/mogłam zrobić, aby temu zapobiec? Jak długo będę cierpieć? Te wszystkie pytania, jakie pojawiają się w głowie każdego myślącego człowieka to tak zwany „Wewnętrzny rozrachunek”. Niektórzy nie dzielą się swoimi przemyśleniami, inni wręcz przeciwnie.

Ex:Re (wymawiany jak „Exray”) to solowy projekt wokalistki, gitarzystki oraz autorki tekstów Eleny Tonry - współzałożycielki indie folkowej grupy Daughter. Grupa ta ma na swoim koncie trzy long play'e, cztery EP'ki oraz kilka zarejestrowanych sesji na żywo. Ostatni album Music From Before the Storm został wydany 1 Sierpnia 2017. Jest to krążek głównie instrumentalny, wydany jako oficjalny soundtrack do gry Life Is Strange: Before the Storm Projekt Ex:Re to bardzo osobisty zapis, mający formę niewysłanych listów do siebie po zakończeniu związku. Zawarte w kompozycjach teksty, są niezwykle aktualne, i jest to swoisty proces oczyszczenia. Napisanie ich zajęło rok, podczas gdy nagranie trwało kilka miesięcy. Produkcją wraz z Eleną, zajął się Fabian Prynn (główny inżynier i producent 4AD) oraz kompozytorka Josephine Stephenson (wiolonczela).

„Zostaw mi pytanie: Gdzie jest moje serce?
Jak otwierasz rannych bez mrugnięcia okiem?
Zostaw mnie w złudnych pozorach
A ja zrujnuję Cię w ciągu sekundy
Pozostawiam to do interpretacji
To jak otwarte zaproszenie
I będąc na Twoim ślubie, mogę obrócić go w pył
Szeptając do ucha:
„Boże tęskniłam za Tobą”
To zbyt wiele, nie jestem w stanie tego znieść”

Ex:Re - Where The Time Went

Otwierający utwór „Where The Time Went”, którego wers zamieszczony powyżej, to naprawdę otwarte zaproszenie do świata minimalistycznej formy, ale jakże głębokiego przekazu dźwiękowego. W instrumentarium całego albumu znajdziemy ślady gitar - często zwielokrotnione z szeroką i wąską panoramą, bardzo długim pogłosem i/lub echem, a momentami także z przybrudzeniami w postaci przesterowań - lub fortepian. Te dwa instrumenty są naprzemiennie, bądź razem, instrumentami bazowymi. W większości utworów mamy do czynienia z metodą „looping'u” czyli zapętlaniem krótkiej frazy. Pozornie może się to wydawać monotonne, ale to tylko tło pod nieskazitelnie czysty wokal Eleny. Zamiast gitary prowadzącej znajdziemy tu wiolonczelę Josephin'y. Sekcja rytmiczna składa się z podstawowych elementów perkusyjnych takich jak stopa i bardzo subtelny, ale jakże konsekwentny werbel, długich i jaskrawych cymbałów oraz dobrze uwydatnionego basu.


Zarówno perkusjonalia jak i bas, wprowadzają po czasie dodatkową ornamentykę, przez co są idealnym urozmaiceniem gitarowych pętli. Warto też zwrócić uwagę na wypełnienie harmoniczne wokalu prowadzącego, prawdopodobnie jest to miks barwy czystej, dubli oraz szeptu, przez co spokojnie prowadzone wokale, nie są ani na chwilę nużące. Dodatkowo, za wypełnienie przestrzeni odpowiadają chórki - czasem są to zwykłe powtórzenia tekstu w różnych interwałach bądź też odstępach czasowych (kanon), natomiast o wiele częściej są to bardzo wysoko wyśpiewane, ciągnące się pojedyncze samogłoski. Dopełnieniem całości i dodaniem smaku oraz elementów zaskoczenia, są pojawiające się efekty cyfrowe (lo-fi, odwrócenia fraz, sprzężenia zwrotne, syntezatory, sample).

"Chociaż płyta jest dla kogoś napisana, przez większość czasu chodzi o przestrzeń bez tej osoby. W każdym scenariuszu jest albo osoba w pamięci, albo zauważalna nieobecność tej osoby w chwili obecnej. Przypuszczam, że jest to nagranie o rozstaniu, jednak wcale nie mówię o związkach. On jest tylko poczuciem upiornej obecności".
Elena Tonra


To piękne świadectwo człowieczeństwa, okazywania i wyrażania uczuć, pomimo wszechobecnego zatracania się w cyberprzestrzeni.

„Mam wrażenie, że zmniejsza się zakres uwagi
To cenna lekcja, kiedy ludzie używają maszyn
Aby wyrażać swoje uczucia
Kto? Kto? Kto? Kto?
Kruszeję. Po prostu kruszeję.”

Ex:Re – Crushing

Człowiek powinien wyzwalać z siebie każde emocje, bez względu na to czy są one negatywne czy też nie, a już na pewno powinien to robić za pomocą serca, aniżeli kolejnego statusu na portalach społecznościowych. Na tym debiucie, na pewno będziemy mogli usłyszeć każdy możliwy stan emocjonalny, jednostki bardzo wrażliwej, podczas wcześniej wspomnianego wewnętrznego rozrachunku. Szarość nie jest jednolita - szarość ma całą paletę odcieni. Właśnie tej skali, jakże pięknej szarości, możemy doświadczyć podczas odsłuchu. Premiera miała miejsce 30 Listopada 2018, album w wersji fizycznej (płyta kompaktowa/płyta analogowa) dostępny będzie od 1 Lutego 2019 w oficjalnym sklepie http://www.elenatonra.com/

Sebastian Sikora 

Jestem Sebastian. Swoją Muzyczną Pasję rozpocząłem jeszcze wcześniej, niż zacząłem pojmować co się dzieje wokół mnie. Ponoć położny powiedział mojej mamie, zaraz po moich narodzinach, że mam długie palce niczym Eric Clapton. Wyrok? Przeznaczenie. Płytą, do której stawiałem swoje pierwsze kroki, było Brave New World od Iron Maiden. Do dnia dzisiejszego pamiętam każdy wers utworów The Wicker Man i Out of The Silent Planet. Radośnie dorastałem przy dźwiękach Ozzy’ego i mojego pierwszego instrumentu, jakim był PRL-owski keyboard od dziadka. Widząc we mnie potencjał, rodzice zapisali mnie do ogniska muzycznego. Fortepian nie sprawiał bólu fizycznego, więc cieszyłem się nim przez te kilkanaście minut każdego tygodnia w cieszyńskiej PSM. W wieku pięciu lat, kiedy mój ojciec przyniósł do domu kopię Welcome to the Videos od Guns N' Roses po prostu się zakochałem. Nigdy później nie czułem tego samego. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem gitarę Les Paul i grającego na niej Slash’a. To był zapalnik, który uaktywnił się dopiero po trzech latach. Skończyłem I stopień szkoły muzycznej, z II mnie wlali – no cóż, bywa. Dwa lata w czeskiej akademii gitary elektrycznej wystarczyły mi, aby dojść do siebie i zacząć tworzyć po swojemu. W 2016 założyłem swoją rodzinę: RUMORE. Nie wyobrażam sobie życia, bez obecnych członków (Konrada – Bass i Adama – Perkusja). Od października 2018 studiuję Dziennikarstwo i Komunikację Społeczna na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach (tak, mieszkam w „Mieście neonów” i dobrze mi z tym). Podsumowując, składam się z klasyków Rocka (kości), wszelkich możliwych odmian metalu, najlepiej z końcówką -core (krew), niezależnych klimatów około rokowych (skóra) i wszystkiego tego co tworzę, lub chciałbym stworzyć (dusza).

Teatr Piosenki Młyn - Na trzy (Polska 2017)

Nauczony ponad półwiecznym życiem z muzyką w sercu i głębokim niegdyś zaangażowaniem w życie wspólnotowe, zawsze uważałem, że najlepsze piosenki o niezbadanych wyrokach Opatrzności tworzą artyści nieokreślający się wprost światopoglądowo. I co? Od czasu moich kordianowskich uniesień i chmurnej, pełnej zakazanej bibuły młodości... nic w tym temacie się nie zmieniło. Pokazywanie za pomocą piosenki potęgi Absolutu i sensu naszego istnienia, to dla każdego artysty nie tylko poważne wyzwanie, ale też i ogromne ryzyko, które porównałbym jedynie może do porwania się kogoś wokalnie utalentowanego na publiczne wykonanie narodowego protest songu wszech czasów "Dziwny jest ten świat", po którym albo przechodzi się do historii, albo... staje się swoją własną karykaturą. Adamowi Szabatowi w dynamicznej piosence "Cuda Miłości" trudna sztuka pokazania ogromu boskiej władzy nad naszym życiem i przemijaniem nie tylko doskonale się udała, ale dodatkowo została pokazana w sposób niezwykle poetycki, acz bez zbędnego patosu. Otwierający płytę zatytułowaną Na trzy hrubieszowskiego Teatru Piosenki Młyn utwór jest tym bardziej cenny, że dotykając spraw przekraczających ludzką wyobraźnię, wciąż przede wszystkim jest... piosenką o Miłości napisanej tu z wielkiej litery dlatego, aby nieśmiało przypomnieć, że tylko w Niej istnieje życie, a bez Niej nic się nie stało, co się stało...

Od Ciebie miłość, cuda miłości,
Od Ciebie czystość, chwała czystości,
Od Ciebie bystrość i wzrok przejrzysty,
Od Ciebie spokój wiekuisty.

Ty dojrzysz jego wzrok i jej rumieńce
Połączysz toń i woń wody z kaczeńcem.
Ty, kiedy dłonie ich ujmą się mocno
Połączysz mech i pień w miłość owocną.



Nieokiełznany wiatr, ptaków śpiewanie
Ty w jeden złączysz ton w jedno wyznanie.
Ty wyziębiony głaz poprzez strumienie
Rozpalisz żarem traw, żywym płomieniem.

Połączysz noc i dzień w powodzeń wstęgę
I w jeden taniec pchniesz frak i sukienkę.
A kiedyś lekko tak, by nikt nie poczuł
Na jeden zamkniesz czas, dwie pary oczu.

Cuda Miłości
sł. muz Adam Szabat

Robienie z siebie własnej karykatury nie dotyczy jedynie tych wokalistów, którzy... nie są utalentowani, gdyż na karykaturę podobnie jak na pomnik i każde inne uznanie trzeba sobie zwyczajnie zasłużyć. Andrzej Pakuła w piosence "Pewien krakowski znany aktor" wykazał się nie tylko niepodważalnym talentem twórczym, lecz udowodnił też, że tam, gdzie autor, czyli on sam, przewidział wokalny fałsz, to również on sam jako wykonawca zawodowo i z dystansem do samego siebie oraz wrodzonym poczuciem humoru potrafi temu niełatwemu zadaniu stawić czoła. Ta piosenka to miód na moje serce, które przy pomocy wypisywanych przeze mnie latami przeróżnych recenzji i felietonów, nieustannie krwawi i lamentuje nad tragicznym poziomem współczesnej piosenki popularnej, która wprawdzie stawia sobie od czasu do czasu niełatwe zadanie traktowania o miłości, tyle że, aby szczęśliwie trafić potem pod strzechy, po pierwsze jej porywająca akcja najlepiej sprawdza się jednak w Zakopanem, a po drugie, aby ON mógł dla niej kompletnie oszaleć, to ONA powinna posiadać oczy zielone, co - jak nietrudno zauważyć - geograficznie i anatomicznie skuteczne zadzianie się takiego uczucia dość mocno ogranicza. Andrzej Pakuła rozprawia się z tym bolesnym tematem na szczęście o wiele sprawniej niż ja, gdyż w odróżnieniu ode mnie jest on artystą, a co najciekawsze - po mistrzowsku używa do tego celu stworzonego dawno temu przez Wojciecha Młynarskiego niełatwego gatunku literackiego nazywanego felietonem śpiewanym.


Pewien krakowski znany aktor na szklanej scenie o wieczorze
Szczytną ideą naród natchnął, zawodząc: śpiewać każdy może...
Naiwność ludzka – rzecz wstydliwa, bo nikt nie pojął, że żartował.
Cieszy się kum znad kufla piwa – też pewnie będzie występował!

Dla połechtania ego, famy, nie bacząc na odbiorców sztuki,
Jodłują wściekle łamiąc gamy muzyczne samoniedouki.
Do szczęścia prawo ma jednostka, takoż ze sztuką obcowania;
Lecz gdy ochota kogo spotka – dlaczego rwie się do śpiewania?



Niechaj się aktor nasz nie gniewa, że czepiam się piosenki starej,
Wszak wiele lat już sam nie śpiewa, a beztalencia ryczą dalej!
Nie chcę kariery wam żałować, kochani, jeno proszę ślicznie:
Możecie miauczeć i tokować, ale, na Boga, nie publicznie!

Wyznam wam jedną małą wadę przy zalet sporym arsenale:
Ja nie mam parcia na estradę – najprostszy numer też zawalę...
Koledzy, którzy z tyłu stali (tu ujmę sprawę lakonicznie)
Pchnęli mnie z kulis i kazali zacząć ośmieszać się publicznie.

Pewien krakowski znany aktor
sł. muz. Andrzej Pakuła

fot. Marta Szpinda
Adam Szabat w piosence "Idziemy" już po raz drugi i nie ostatni dotyka na tym krązku tematu przemijania. Tym razem jednak - jak miało to miejsce w piosence "Cuda Miłości" -  nie chodzi o przemijanie we dwoje, a raczej o coraz częściej spotykany problem rozpadania się latami kształtowanych środowisk i nietrwałości więzi międzyludzkich. Znaczenie słów: "ci co dalej, niekoniecznie mają lepiej" dokładnie zrozumie ten, co albo żyje z dala od ojczyzny, albo - jak piszący te słowa - przez wiele lat w takim stanie zawieszenia istniał. Iluzoryczne szczęście liczone w funtach lub w euro, często niczym alkoholowa idylla działa dopóty, dopóki nie włączają się głębsze refleksje, albo... dopóki gra telewizor - najbardziej pewne i wypróbowane narzędzie niemyślenia. Czy życie z dala od kraju to zawsze tylko tęsknota? Oczywiście, że nie. To również odkrywanie swoich zdolności i realizacja odwiecznych marzeń, bo przecież niezbędne do tego środki są na obczyźnie i łatwiej dostępne i znacznie tańsze, tylko... czy ten iluzoryczny substytut szczęścia bez pozostawionych w kraju przyjaciół, albo bez degustacji płynnego antidotum rzeczywiście zawsze smakuje? "Ci co bliżej... może mówić nie wypada?" taktownie przemilcza smutny temat wojny polsko-polskiej Adam Szabat, który z największą czułością wypowiada się o tych, z którymi da się rozmawiać już tylko za pomocą... składanych na mogiłach chryzantem, bo - jak się głębiej nad tym zastanowić - to chyba jednak lepiej wspominać dobre chwile przeszłości, niż wołać w próżnię.

Idziemy - zobacz losie - jak należy, choć czasami nam niezwykle jest pod prąd.
Brody rosną, dzieci rosną... nie uwierzysz jak ostatnio nade wszystko jestem stąd.
I pomysłów nie brakuje niebanalnych... niebanalnych pogawędek wieczorami
Nie boimy się już wpadek kolosalnych, bo czyściutko i prościutko między nami.



Tak, to prawda, że nie wszyscy obok siebie, bo tak życie jakoś drogi nam układa
Ci co dalej niekoniecznie mają lepiej, ci co bliżej... może mówić nie wypada?
Są też tacy, co do których już niestety nie tak łatwo wpaść na nocne degustacje
Ale można jeszcze mówić do nich kładąc chryzantemy na grobowcu czy akacje.


"Idziemy"...
sł, muz. Adam Szabat

"Idziemy" to piękne, nostalgiczne wprowadzenie słuchacza do świata tęsknot i wzruszeń, który w rytmie trzy czwarte nie po raz pierwszy sprawdza się najlepiej. "Cicho, cichuteńko" z tekstem Adama Szabata i muzyką Tomasza Brudnowskiego jest tkliwym, wokalnym dialogiem pomiędzy kobietą (Małgorzata Nazar) i mężczyzną (Adam Szabat) dotykającym ich wspomnień z beztroskiej krainy młodości, czasu pierwszych miłosnych uniesień, a przede wszystkim życia w harmonii z przyrodą. Recenzując nie tak dawno piękną płytę szczecińskiej grupy Marry No Wane napisałem, że ubranie tak ważnych tematów jak nadzieja, szukanie szczęścia, czy ból samotności w taneczną - wydawałoby się - lekką i niezobowiązującą formę muzyczną, nadaje utworom nie tylko wyjątkowości, ale jeszcze bardziej skupia uwagę słuchacza na samej treści. Na krążku Teatru Piosenki Młyn dzieje się podobnie. Nieprzypadkowo ta płyta nosi tytuł Na trzy. bo za pomocą tego wywodzącego się z kultury ludowej rytmu nie tylko najszczerzej śpiewa się o konikach polnych, salonach pod lipą oraz wypiekanym w rodzinnym domu chlebie, ale i najłatwiej chyba jest wspominać szeptane w strugach deszczu młodzieńcze wyznania oraz sielską zabawę z użyciem rozhuśtanej wierzbiny. "Cicho, cichuteńko" to w mojej opinii chyba najbardziej radiowe nagranie pochodzące z tego wydawnictwa, ale nie jedyne zagrane na trzy. W tym samym rytmie utrzymana jest również piękna piosenka zatytułowana "Łubiny z Metelina"


Nie trzeba siedmiu mijać gór, lasów, rzek. Tutaj każdy szept pochylonych drzew do nas płynie.
Kamienie, czują jeszcze ciepło twych rąk, ziarnem śmiechu wiatr klomby w koło siał... Boże mój...
Rozkochani w snach i niewinni jak aniołowie. W deszczu ginął sad, ty wolałaś: Tańcz, mamy bal!
Rozhuśtałeś mnie na wierzbinie hen, aż do nieba, powiedziałaś mi -nie to byłeś ty- że kochasz mnie.

 
Ty królową byłaś - ja królem, pamiętasz? I koniki polne przybyły na ślub!
Potem była uczta w salonach pod lipą. Nigdy później tak nie smakował mi chleb.
Dokąd teraz zaprowadzisz chwilo nas? Co ukrywasz? Odpowiedz proszę.
Czego trzeba? Czego trzeba, by usłyszeć znów, by usłyszeć tu - siebie?

Cicho, cichuteńko, nie budząc ze snu,
Cicho, cichuteńko, przyprowadź mnie tu!
Cicho, cichuteńko...
sł. Adam Szabat muz. Tomasz Brudnowski

Teatr Piosenki Młyn jest towarzystwem twórców piosenki, prozy, kompozytorów i aktorów amatorów, jest też zespołem wokalno-instrumentalnym wykonującym piosenkę poetycką, kabaretową, poezję śpiewaną, piosenkę aktorską. Początek Teatru Piosenki Młyn to rok 2007, kiedy to Adam Szabat zaprosił do współpracy Magdalenę Sielicką, Andrzeja Pakułę, Macieja Łyko i Tomasza Brudnowskiego. Artyści, do tej pory występujący indywidualnie,  nie tylko stworzyli nową, niezmiernie interesującą scenę artystyczną w Hrubieszowie, gdzie mogli częściej i w sposób usystematyzowany występować, ale przede wszystkim dali możliwość pokazania się twórcom będącym na początku swojej drogi i tym, którzy oprócz talentu mieli w sobie prawdziwą miłość do sztuki. Jako nadrzędny cel istnienia Teatru Piosenki Młyn obrano zapoznanie widzów z twórczością hrubieszowskich autorów prezentujących wysoki poziom interpretacji piosenki, prozy i poezji.

Artyści dali się poznać szerokiej publiczności, występując w tworzonych przez siebie spektaklach, koncertach piosenki autorskiej, ubogacając muzyką ważniejsze wydarzenia w Hrubieszowie, biorąc czynny udział w rozpowszechnianiu kultury słowa w tamtejszych szkołach. To wokół Młyna zebrali się ludzie, dla których piosenka, teatr, kabaret (w najlepszej, pierwotnej swej wersji) były ważne i - dla kulturalnego rozwoju miasta niezbędne. Powstało artystyczne środowisko Hrubieszowa, które w sposób niebanalny potrafiło i do chwili obecnej potrafi kształtować kulturalny pejzaż tego pięknie  położonego w ramionach rzeki Huczwy miasta, w którym żyjąc - i tu pozwolę sobie zacytować początek piosenki "Cicho, cichuteńko..." - nie trzeba siedmiu mijać gór, lasów, rzek, bo tutaj każdy szept pochylonych drzew do nas płynie i... znów odwołując się do słów napisanych przez Adama Szabata tym razem zaczerpniętych z piosenki "Cisza" -  są tu takie obrazy, które da się namalować jedynie w pamięci i są drogi, którymi można pójść tylko raz i... mimo, że autor tych pięknych słów wcale przed nami nie ukrywa, że podczas  wspominania świata, którego już nie ma, towarzyszy mu ogromny ból, to... świadomie zanurza się w nim cały, bo przecież ktoś musi ten obraz ocalić od zapomnienia, skoro inni już dawno posnęli...

Czuję jeszcze chłód tarasu i miód na chlebie tak dobrze pamiętam.
Pszczeli chór na kwiatach, których zapach się niósł i rósł, ogromniał, potężniał...
Twoją twarz - co dni okradały z sił - czytam wciąż, co noc, tak jak list,
Kołysanki rytm i słowa, które są jak zaklęcie, bo wszyscy śpią. A ja... pamiętam!



Są obrazy, które namalować się da jedynie w pamięci.
I drogi są, którymi można pójść tylko raz ostrożnie, by głupio nie skręcić.
Z ulotnych chwil nam los plecie wątłą nić. Czasem on ją rwie, czasem my... nieświadomie tak.
Nieprawda, że już nie boli, kiedy zanurzam się cały w tej ciszy! I wtedy mam was choć trochę.

Cisza
sł. muz. Adam Szabat

Tomasz Brudnowski w najpiękniejszej moim zdaniem piosence tego albumu zatytułowanej "Zaczarowany ogród" trafnie i z ogromnym wyczuciem wpisuje się w starannie przemyślany koncept tego uroczego krążka, który (może jedynie poza dwiema krotochwilami Andrzeja Pakuły) z piosenki na piosenkę zaczyna nam się coraz czytelniej zarysowywać, a jest nim tkliwa nostalgia i z pozoru naiwna, ale jakże cenna idea zatrzymania w kadrze świata, który na naszych oczach przemija nie pytając nikogo o zgodę. Tę płytę słucha się tak, jakby przeglądało się przypadkowo odnaleziony na strychu dziadka stary, pożółkły album, który mimo, że jest pokryty grubą warstwą kurzu, wciąż pachnie żywicą starych lasów i hipnotyzującą wonią krystalicznie czystych łąk. Już zresztą sama świadomość, że choć na kilka chwil zaczaruje nas zatrzymany w kadrze pełen wspomnień ogród, dla każdego wrażliwego słuchacza jest czymś w rodzaju duchowej odtrutki skutecznie łagodzącej przykre skutki wszechobecnej komercjalizacji i tak powszechnego dziś zakłamania. 

O porannej rosie, słychać ptaków śpiew, na gałęzi młodej brzozy ptaki tulą się.
Ona mu szczebioce: „Och ty wróblu mój”, on do ucha cicho śpiewa: „ Ze mną w górę fruń!”
Po śniadaniu w stawie słychać żabi chór. Ćwiczą arie i pasaże jak wyśpiewał kur,
Dzięcioł wystukuje Mendelsona rytm, świerszcze,pszczoły i chrabąszcze wszystkie nucą dziś na łące.



Wieczór już się zbliża, księżyc znowu wstał, małe nietoperze lecą na wieczorny bal.
Strumień jakby głośniej wśród wapiennych skał, płatki róży przy alejce znów potargał wiatr.
W blasku latarenki widać studni część, ona wszystkie tajemnice kryje gdzieś na dnie.
Bramy do ogrodu już nie strzeże nikt, tylko kłódka pordzewiała na łańcuszku dziś...

Zaczaruje nas choć na kilka chwil, ogród pełen wspomnień, ogród pełen barw.
Znów zatrzymam czas obraz z tamtych lat, zapach tamtych dni w pamięci mojej jeszcze tkwi.

Zaczarowany ogród
sł., muz. Tomasz Brudnowski

fot. Marta Szpinda
Andrzej Pakuła już po raz drugi na tej płycie udowadnia, że znakomitym artystą kabaretowym jest, a jego wielki mistrz Wojciech Młynarski może - patrząc nań z Góry - odczuwać uzasadnioną dumę, gdyż Jego sposób widzenia rzeczywistości nie tylko wciąż ma się znakomicie, lecz dodatkowo na płycie Teatru Piosenki Młyn sprawia, że słuchacz nie ma możliwości kompletnie utonąć we łzach wzruszenia i zatopić się w niekończącej się zadumie nad przecudnej urody światem przeszłości i faktem, iż dawniej byliśmy piękni i młodzi, a dziś już tylko... mądrzy. A tymczasem... "płacze pani Słowikowa w gniazdku na akacji, bo pan Słowik przed dziewiątą miał być na kolacji. Tak się godzin wyznaczonych pilnie zawsze trzyma, a już jest po jedenastej i Słowika nie ma!". Nie, to nie jest pomyłka, a zabieg z premedytacją przeze mnie zamierzony, gdyż piosenka Andrzeja Pakuły zatytułowana po prostu "Dorota" opowiada praktycznie o tym samym, tyle że w wersji dla dorosłych.

Dlaczego tak uważam? "Nagle zjawia się pan Słowik, poświstuje, skacze... Gdzieś ty latał? Gdzieś ty fruwał? Przecież ja tu płaczę! A pan Słowik słodko ćwierka: "Wybacz, moje złoto, ale wieczór taki piękny, ze szedłem piechotą!". Dlaczego Julian Tuwim uznał, że Słowikowi nie wolno było tym razem fruwać? Gdyż w stanie podwyższonego stężenia endorfin liczonego w promilach nie tylko mógłby on zahaczyć o niefortunnie wystającą ostrą gałąź, ale przede wszystkim trafiając - o zgrozo! - na powietrzny patrol wścibskich srok, mógłby mieć zamknięty korytarz powietrzny na co najmniej kilkanaście nocnych wypadów, że o ilości punktów karnych już nie wspomnę! A teraz wróćmy do piosenki hrubieszowskiego Młyna: "kiedym powracał z lokalu spóźniony osierociwszy kompanów trzech, pewien narzekań gderliwych mej żony, że knajpa to hańba i grzech, choć zapewniałem, żem trzeźwy, jak dziecko, bo na hulanki brakuje sił, syk mojej pani mnie ukłuł zdradziecko: to po coś, oszuście, tam był?!" Czy każdy dostrzegł analogię? Jeśli nie, to - jestem o tym w pełni przekonany -  nie jest to potencjalny fan Teatru Piosenki Młyn, jeśli tak, to reszta niechaj będzie milczeniem.


Kiedym powracał z lokalu spóźniony osierociwszy kompanów trzech,
Pewien narzekań gderliwych mej żony, że knajpa to hańba i grzech
Choć zapewniałem, żem trzeźwy, jak dziecko, bo na hulanki brakuje sił,
Syk mojej pani mnie ukłuł zdradziecko: to po coś, oszuście, tam był?!



Hej, Doroto, żywe złoto! Powściągnij wodze wybujałej swej fantazji.
Hej, Doroto, moja trzpioto! Pamiętaj: cnotą nigdy nie był brak okazji.
Ech, Doroto, cna istoto! Nie sztuka pościć kiedy człowiek sytym jest!
Ej, Doroto, ma Doroto! Pokusy drobnej na swym czystym ciele poczuj dreszcz.

A gdy się przeniesie ma ukochana na niebieskie pastwiska wśród wód,
Wytwornie dygnie przed obliczem Pana, roztoczy naręcze swych cnót
Zaś dobry Bóg spojrzy smutno przed siebie, do świętych ust swoich zbliżając dłoń
I tłumiąc szydercze chichoty w niebie cichutko odezwie się doń:

Hej, Doroto, żywe złoto...

Dorota 
 sł. muz Andrzej Pakuła 

fot. Alicja Zwolak
Docenieni przez hrubieszowską publiczność i zachęceni przez Jana Kondraka z Lubelskiej Federacji Bardów hrubieszowscy Młynarze postanowili wyjść ze swoją twórczością poza własne miasto. Zaczęli bywać na ogólnopolskich festiwalach, zdobywać nagrody i wyróżnienia. Najczęściej doceniano wykonania Adama Szabata (Ogólnopolski Festiwal Bardów „Ballada o...” w Chełmie – I miejsce, Lubelski Festiwal Piosenki Autorskiej i Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Metamorfozy Sentymentalne” - III miejsce, XXIII Ogólnopolski Turniej Śpiewających Poezję „Łaźnia” w Radomiu – III miejsce, Międzynarodowy Festiwal Bardów OPPA 2015 w Warszawie – finał) Festiwal „Południca” w Chorzowie – III miejsce (dla duetu Szabat - Brudnowski) oraz II miejsce na YAPA 2017 w Łodzi dla TPM. TVP Lublin nakręciła reportaż o działalności i twórcach Młyna, którego emisja miała miejsce w programie kulturalnym Afisz w marcu 2016. W roczniku kulturalnym Piosenka, wydawanym, przez Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu ukazał się obszerny artykuł o Teatrze Piosenki Młyn jako zjawisku kulturalnym na wschodniej stronie Polski. Od tego momentu artyści skupili się na koncertach piosenki autorskiej, a żeby podnieść atrakcyjność występów, wzbogacili je o nowe instrumentarium. Aktualny skład zespołu to Agata Jarmusz, Małgorzata Nazar, Tomasz Brudnowski, Andrzej Pakuła, Marek Malec, Lech Serafin, Adam Szabat. Napisałem wcześniej, że najbardziej w mojej opinii radiowym utworem tej płyty jest piosenka "Cicho, cichuteńko". Jest jednak na tym krążku jeszcze jedno nagranie, które zawiera wszystkie znamiona przeboju, a nosi ono tytuł "40+ Rozdział II" i od razu nadmieniam, że nie ma nic wspólnego ani z 500+, ani z jakimkolwiek rozdziałem I.



fot. Alicja Zwolak
Twórczość Teatru Piosenki Młyn wyrasta z wielkiego drzewa nazywanego przez jednych Krainą Łagodności, przez innych poezją śpiewaną, a jeszcze przez innych (i to określenie lubię najbardziej) piosenką literacką, która w Radiu WNET oraz na jego Liście Przebojów Polisz Czart solidnie jest od jakiegoś czasu zakorzeniona. Takie nazwiska jak Piotr Woźniak, Mirosław Czyżykiewicz czy Marek Andrzejewski, Jan Kondrak i Piotr Selim, czyli bliska geograficznie i źródłowo hrubieszowskim songwriterom Lubelska Federacja Bardów to żywe dowody na to, że melodyjne piosenki z poetyckim sznytem wcale nie są mniej radiowe lub mniej atrakcyjne, a wręcz przeciwnie... współczesna odmiana piosenki popularnej namolnie i w sposób pozbawiony dobrego smaku od lat promowana przez wiodące media i duże wytwórnie płytowe w nawet niewielkim procencie nie zbliża się do poziomu autorów, dla których dobry tekst to nie tylko punkt honoru, ale przede wszystkim potwierdzenie ogromnego talentu i kunsztu artystycznego. Pisząc niniejszą recenzję od czasu do czasu próbowałem doszukiwać się inspiracji naszych sympatycznych Młynarzy. Obok znakomitych lubelskich bardów pojawiał się także dwukrotnie Wojciech (nomen omen) Młynarski. Jest na tym krążku także urocza piosenka autorstwa Adama Szabata zatytułowana "Póki co..." w której usłyszałem echa krakowskiej grupy Pod Budą. To, co jednak jest najważniejsze na tym wydawnictwie, to niebanalny pomysł, który stał się czymś w rodzaju koncepcji, a jest nią tęsknota za nieuchwytnym pięknem pierwotnej natury i czystością ludzkich intencji, co w zjednoczeniu z Absolutem tworzy harmonię i piękno życia, a póki co...


Póki co, lepiej pobaw się ze mną zanim żoną zostaniesz na zawsze,
Nim z wyrzutem wykrzyczysz, że przy mnie jak na huśtawce!
Zanim zbrzydną ci kawy poranne, każdy dzień jak spędzony w niewoli,
Nim zapragniesz by grom jasny z nieba Ciebie wyzwolił!


Póki co, lepiej pobaw się ze mną, zanim zbraknie nam czasu na śmiechy,
Zaczną drażnić skarpety w nieładzie, własne oddechy,
Nie odrywaj mnie więc od zabawy, nie każ patrzeć w przecudne oczęta,
Nie chcę słyszeć,że przecież ty mogłaś „Jak inne dziewczęta!”

Póki co, lepiej pobaw się ze mną zanim uznasz, że nic w tym dobrego.
Pewnie znajdziesz niejedną okazję, by wrócić do tego.
Zanim słowa się skończą i w ciszy, nieprzebrana pojawi się ciemność
Póki jeszcze patrzymy na siebie... o pobaw się ze mną.

Póki co...
sł. muz. Adam Szabat

Teatr Piosenki Młyn pojawił się w mediach, m. in. w Radio Lublin, Telewizji Lublin, Radio Warszawa, Radio Bon-Ton, Radio Złote Przeboje, Radio ESKA, Radio Aspekt i w Katolickim Radio Zamość. Dlaczego nie pojawił się jeszcze w Radiu WNET? Zamiast wyjaśnień, bijąc się w piersi obiecuje jak najszybciej to duże niedopatrzenie naprawić. Zespół ma na koncie trzy płyty: Piosenki z Miasteczka na H (2010) i Wysłuchajmy błazna, kiedy śpiewa (2014) oraz Na trzy... która została wydana w październiku 2017 na 10 lecie istnienia Teatru Piosenki Młyn i której poświęcona jest niniejsza recenzja. Czy hrubieszowski młodszy brat wystąpi z okazji 20-lecia Lubelskiej Federacji Bardów? Nie wiem, ale życzę mu tego z serca. Coraz częściej pojawia się opinia, że Teatr Piosenki Młyn to kulturalny ambasador Hrubieszowa. Nie ustając w swoich działaniach Młynarze organizują kolejne koncerty i wydarzenia, bo przecież... choć się z górą zmierzysz, choć się napracujesz, a siły ujdą z ciebie jak z pierogów farsz, życie nie but, więc go na glanc nie wypucujesz. Trzeba z uśmiechem i niezłomnie - naprzód marsz!
 
Jak rzecze mądrość - przedstawienie musi trwać, choć czasem sił brakuje koniom do furmanki.
Z uśmiechem rolę nam pisaną trzeba grać, nie wchodzić z losem w polemiki, ani w szranki.

I choć kolejny raz się klamkę ucałuje, albo się list odbierze z adnotacją "zwrot",
Trzeba udawać, że ten bajzel nam pasuje i iść do przodu, czy jak - druzja iść wpieriod!
I choć się z górą zmierzysz, choć się napracujesz, a siły ujdą z ciebie jak z pierogów farsz,
Życie nie but, więc go na glanc nie wypucujesz. Trzeba z uśmiechem i niezłomnie - naprzód marsz!

Bo na co komu raz kolejny burzyć mury, co znów urosną, nim nam sińce zejdą z lic?
Ponoć gdzie drzewa rąbią tam też lecą wióry. lecz czasem wióry i rąbanie jest na nic!

Przedstawienie musi trwać
sł., muz. Adam Szabat