piątek, 15 grudnia 2017

Każdy koncert jest jedyny w swoim rodzaju - z muzykami koszalińskiej metalowej formacji Othis rozmawia Kamila Kilian

Autorka wywiadu Kamila Kilian (druga z lewej) z muzykami grupy Othis
Koszaliński zespół OTHIS powstał 11 lat temu. Przetrwał do dziś pod wodzą perkusisty - Pawła, jednego z założycieli. W skład zespołu wliczają się również: Kevin - gitarzysta oraz wokalista zespołu, Majka - basistka oraz gitarzysta Darek. Ich muzykę można określić po prostu jako metal, ale uważni słuchacze mogą zauważyć wpływy takich gatunków jak thrash, heavy, power itd. Na przestrzeni lat zespół inspirował się przeróżnymi artystami, ale na pewno możemy wymienić tutaj Iron Maiden, Amon Amarth, Kreator, jak również Black Sabbath, a w związku z tym, że osobiste zainteresowania członków zespołu sięgają od punka, przez power metal, aż do black metalu, finalnie otrzymujemy mieszankę jedyną w swoim rodzaju. Niedługo OTHIS pochwali się EPką, ale nie znamy na razie więcej szczegółów, za to niedawno na YouTubie ukazał teledysk. Akcja odbywa się w opuszczonej fabryce, w której znajduje się pewna osoba... Jeśli chcecie sami się przekonać co się tam działo to zapraszamy do obejrzenia poniżej. Na wiosnę zespół planuje trasę promującą EPkę oraz udział w przeglądach i festiwalach. Są także są otwarci na rożne propozycje koncertów.

 

- Skąd wzięła się wasza nazwa i co oznacza?

Paweł: Nazwa pojawiła się znikąd. Przyszła do głowy Aśce - jednej z założycieli zespołu. Spodobała się wszystkim i została. Zaczęliśmy szukać w Internecie, czy już ktoś takiej nazwy nie wykorzystuje i okazało się, że pod Paryżem jest miejscowość o takiej nazwie. Nawet kiedyś zrobiłem sobie zdjęcie pod tablicą z tą nazwą miejscowości

- Jak długo istniejecie i kto był inicjatorem powstania kapeli?

Paweł: Zespół istnieje od 2006 roku? Chyba, bo szczerze mówiąc już nie pamiętam dokładnie czy to był 2006 czy 2005 rok. Powstał w momencie, kiedy zacząłem uczyć się grać na perkusji. Moi rodzice grali na gitarach. Ich poprzedni zespół zakończył działalność, więc zaczęliśmy grać razem i powoli zaczęło się to rozwijać.

- Co robicie na co dzień?

Kevin: Niedawno ukończyłem studia magisterskie i rozglądam się za pracą w zawodzie. A jeżeli chodzi o rozrywkowanie się, to poza muzyką oczywiście, jestem gamerem.

Darek: Pracuję w sklepie z artykułami RTV oraz AGD.

Majka: Na co dzień uczęszczam do technikum elektronicznego. W wolnym czasie lubię zająć się DIY lub wybrać się na koncert ze znajomymi.

Paweł: @ Kevin - "oczywiście gamerem." Hahaha :D. Z wykształcenia jestem inżynierem mechanikiem. Skończyłem studia magisterskie na Politechnice Koszalińskiej i obecnie pracuję w zawodzie. Poza tym uwielbiam grzebać przy samochodach, albo innych urządzeniach, w których coś się obraca, przesuwa, zamyka, otwiera itd.

- 17 grudnia 2014 roku zginął Wasz wokal/gitar. Możecie powiedzieć coś na ten temat?

Kevin: Generalnie jest to dość ciężki dla nas temat. Do dziś bardzo za nim tęsknimy i brakuje nam go jako muzyka i przyjaciela.

Paweł: Ja bardzo niechętnie wracam do tego tematu. Bardzo szkoda, że go nie ma z nami, natomiast mam nadzieję, że gra sobie teraz razem z Dimebagiem, Dio i innymi wspaniałymi muzykami.

- Zanim ustalił się obecny skład, mieliście sporo zmian. Z czego one wynikały i czy można już powiedzieć, że jesteście stabilnym bandem?

Paweł: Najczęściej wynikało to z tego, że ktoś szedł na studia, albo wyprowadzał się z Koszalina, bo jechał pracować w innej części Polski, albo odchodził z zespołu z powodów osobistych. W całej historii zespołu z różnych powodów wyrzucone zostały dwie, albo trzy osoby, które powinny zostać tylko w zespole. Nie ma sensu publicznie prać brudów, bo to nigdy się dobrze nie kończy.

Kevin: Jeżeli chodzi o to, co jest teraz: od około pół roku jest stabilnie. Materiał przerobiony. Nowy w drodze. Teledysk nagrany. Koncertów zagrane więcej niż przez poprzednie pół roku i kolejne w drodze. A na dodatek EPka już za rogiem. Pracujemy nad zgraniem, ale Darek i Majka są świetni i z próby na próbę wychodzi im coraz lepiej.



Darek: Jeśli o mnie chodzi to mam zamiar grać jak najdłużej. Nie przewiduję opuszczenia zespoł

- Powiedzcie kilka zdań o sobie i kto za jaki instrument odpowiada?

Kevin: Wokal i gitara. A może gitara i wokal. Zaczynałem od basu, ale szybko przeszedłem na gitarę. W tym się czuję najlepiej. Wokal wpadł całkowicie przypadkiem. Z racji wspomnianych wcześniej rotacji składu, w pewnym momencie pomyślałem, że dobrze byłoby się ubezpieczyć na wypadek kolejnej zmiany za mikrofonem i poszedłem na lekcje śpiewu. Z racji tego, że na rynku Koszalińskim jest bardzo mało wokalistów, uważam to za dobry krok, ponieważ dziś możemy grać a nie ponownie szukać składu.

Darek: Odpowiadam za gitarę rytmiczną oraz za grillowanie.

Majka: Gram na basie.

Paweł: Perkusja od zawsze. Trochę pomagam Kevinowi w kwestii komponowania. A poza tym jestem trochę managerem, trochę logistykiem, większość spraw "papierkowych" trafia do mnie.

- Kiedy przewidujecie premierę waszej pierwszej EP-ki. Co się na niej znajdzie, gdzie będzie można będzie ją nabyć lub posłuchać?

Majka: Przewidujemy, że premiera odbędzie się jeszcze w tym roku. Na płycie będą się znajdować utwory, które możecie usłyszeć również na naszych koncertach. Po wydaniu jej postaramy się podzielić nią z wami w każdy możliwy sposób.

- Kevin i Paweł: Gracie w Othis odkąd pamiętam, czyli od koncertu w Inferno Cafe w Koszalinie w  2014 roku. Co przez ten czas się u was zmieniło?

Kevin: Poza wspomnianym składem, raczej same rzeczy techniczne. Nowe gitary. Zestawy bezprzewodowe... Największa różnica jest taka, że już nie gramy w std E i std D, ze zmianą gitar podczas koncertu, tylko wszystko gramy w std E.

Paweł: Kevin wyczerpał temat. Ludzie, sprzęt. Nie zmieniło się tylko podejście. Grać i robić swoje, tak jak się chce, a nie tak jak inni tego oczekują.


- Jakie macie plany na przyszłość jako zespół i jakie macie największe marzenia ?

Darek: Grać, grać, jeszcze więcej grać! A jedno z marzeń to występ na dużym festiwalu tylko z muzyką metalową.

Majka: Na pewno zamierzam zostać z tym zespołem, a później wiadomo, jak każdy muzyk, stanąć nie tylko na dużych scenach, ale także zostać docenionym przez świat muzyki.


- Jesteś jedyną dziewczyną w zespole. Jak czujesz się z chłopakami?

Majka: Zależnie od sytuacji. Czasem ich bardzo lubię, a czasem z chęcią bym udusiła :D Chłopacy, jak chłopacy - też ludzie :D, wszystko zależy od charakteru każdego z nich, a tak poza tym... wydaje mi się, że dogadujemy się dobrze mimo różnicy wieku i płci.

- Dlaczego śpiewacie po angielsku?

Kevin: Nie śpiewam tylko po angielsku. Mamy dwa kawałki po polsku. Generalnie język angielski jest bardziej przystępny. Trafia do szerszego grona. Jest uniwersalny.

- Skąd czerpiecie inspiracje muzyczne?

Kevin: Różnie. Raz jest to inny zespół i ich utwór, a raz podpalenie bibliotek na Prespero przez Space Wolfes. Generalnie z duszy - tego co mamy gdzieś w środku i co nas kręci.

Paweł: To jest wypadkowa tego, czego słuchamy, niekiedy w danym momencie, w którym siadamy do zrobienia kawałka. Każdy z nas siedzi w trochę (albo bardzo) innym klimacie około rockowym i to wpływa na to, co ostatecznie nam wychodzi.

- Jaka jest tematyka waszych tekstów i kto je pisze?

Kevin: W sumie tu odwołam się trochę do odpowiedzi na poprzednie pytanie. Tematyka zależna od tego, co było akurat inspiracją.


Paweł: Przez długi czas teksty zawsze pisał wokalista. Obecnie kto ma pomysł, ten pisze. Tematyka jest różna, choć ja osobiście nie chcę wchodzić w politykę i ogólnie rozumiany światopogląd. Muzyka powinna być ponad tym i łączyć ludzi, a nie dzielić, bo ktoś ma inne poglądy.

- Z kim chcielibyście zagrać koncert?

Kevin: Iron Maiden

Darek: Generalnie sporo by wymieniać. Jeśli już to między innymi Amon Amarth, Judas Priest, Anihilator.

Majka: Na pewno ze wspaniałymi ludźmi, prawdziwymi artystami, którzy robią to, co kochają. Nie chciałabym tutaj wymieniać jakiś zespołów skali światowej, ponieważ to dosyć rzeczywiste, za to muszę powiedzieć, że uszczęśliwia mnie granie z małymi zespołami, dzielenie się spostrzeżeniami, informacjami, muzyką.

Paweł: Metallica, Kreator, Testament, Amon Amarth. A tak po chwili zastanowienia, to z każdym zespołem. Każdy koncert, czy to ze znanymi zespołami, czy dopiero co powstałym jest jedyny w swoim rodzaju i dostarcza nowych i ciekawych (choć nie zawsze miłych) doświadczeń.

- Gdzie chcielibyście zagrać koncert?

Kevin: Ozzfest

Darek: B90 w Gdańsku oraz Brutal Assault

Majka: Hmmm. Chyba Woodstock. Wiem, że są większe, może i lepsze festiwale, ale tylko ten jest w moim serduszku.

Paweł: Wacken? 70000 Tones of Metal? Tak, chyba to drugie. 4 dni na jednym statku z setką muzyków i tysiącami fanów. Do tego ciepłe klimaty Florydy. Mógłbym tak grać.

- Jaki był Wasz najlepszy i najgorszy występ?

Kevin: Najgorszy chyba „Tribute To Dime”. Wszystko się waliło. Tu mikrofon spadł na werbel, tam stopa rozwaliła naciąg... posypaliśmy się wszyscy. Najlepszy... mi osobiście najbardziej podobał się koncert juwenaliowy w 2016 roku w Koszalinie. Graliśmy przed Lady Pank i Oberschlesien. Niestety przez to też mieliśmy bardzo mało czasu na grę... Ale publika była bardzo liczna, scena ogromna, telebim obok i po koncercie słyszeliśmy, że wszyscy się dobrze bawili.

Darek: No cóż... póki co, to zagrałem dopiero kilka koncertów z zespołem. Jeśli już wymieniać najgorszy i najlepszy to oba były w pubie Graal.

Majka: Troszkę w sumie zagrałam już tych koncertów, ale ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. W szczególności dla mnie ,,dobry koncert" zależy w dużym stopniu od publiczności i tego jak się bawi, czasem również jej dystans, zrozumienie. Pozytywnie odbieram ostatni koncert na Tarantelladzie, zwłaszcza znajomych, którzy wygłupiali się pod sceną. W pewnych momentach prawie płakałam ze śmiechu.

Paweł: Najgorszy? Pod względem technicznym - Tribute to Dime. Pod względem frekwencyjno - publicznościowym dwa. Jeden w Katowicach, a drugi już nie pamiętam gdzie. Zapamiętałem tylko to, że ludzie byli bardziej zainteresowani oglądaniem chyba jakiegoś meczu, albo walki niż koncertem. Przykre. Najlepszy? Chyba każdy przeglądowo-konkursowy. "Zwykłych" koncertów zagrałem ponad 100 i z biegiem czasu trochę mi spowszedniały. Natomiast na przeglądach zawsze jest zastrzyk adrenaliny, żeby pokazać się z jak najlepszej strony i zagrać najlepszy koncert w życiu.


Kamila Kilian mieszka w Łazach. Przyszła na świat 22 września 1996 roku w Koszalinie. Jej hobby to fotografia, zwierzęta, traktory, a przede wszystkim muzyka. Od trzech lat jest też wolontariuszką w Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt w Koszalinie. Jej miłość do traktorów pojawiła się na Zlocie Traktorów i Maszyn Rolniczych w Łazach, a muzyka jest u niej od zawsze. Rocka słucha od podstawówki. W gimnazjum zaczęła uczestniczyć w koncertach i poznawać nowe zespoły. Prowadzi grupę na Facebooku "Koncerty Koszalin Słupsk Gdańsk Gdynia Miastko Pomorze PL" Blisko rok temu postanowiła spopularyzować swoje zaprzyjaźnione zespoły w propozycjach do Listy Przebojów Polisz Czart! Słucha różnych gatunków metalu i ciągle poznaje nowe kapele. Zbiera płyty, kostki do gitary, pałki i bilety koncertowe oraz playlisty z autografami. Na koncertach uwielbia się dobrze bawić, headbanging, pogo i darcie się razem z wokalistą uwalnia ją od codziennych problemów. Na FB prowadzi polski fan- page brytyjskiej Metasomy.

sobota, 9 grudnia 2017

Notowanie 36 Listy Przebojów Polisz Czart - komentarz

fot. Monika S. Jakubowska


I tak oto 36 Notowanie Listy Polisz Czart decyzją Słuchaczy wpisało się w grudniowe radosne oczekiwanie na kolejne przeżycie Bożego Narodzenia. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć owo zdarzenie, kiedy to Kazik Staszewski w Kult-owym numerze 1 naszego zestawienia śpiewa słowa następujące:

Bo ja opowiadam się za Miłością jedną i wielką
Dlatego, ja opowiadam się za Miłością - jedyną pewną wartością


Każde Boże Narodzenie odkąd sięgam pamięcią, to w muzyce - obok kolęd i pastorałek, czyli świątecznej, corocznej jazdy obowiązkowej - także klasyka. Presley i Beatlesi też jakoś inaczej smakują w grudniu. Dlatego pewnie i nasza lista tym razem bardziej klasyką stoi. Sztywny Pal Azji, Farben Lehre, T. Love, Hey, Artur Rojek, Riverside, Scorpions,  nawet Organek czy Mela Koteluk to firmy z już ugruntowaną pozycją na rynku muzycznym, a do tego gwarantujące nam poziom z najwyższej półki.

Marek Andrzejewski (fot. Artur Grzanka)
Znakomicie w grono rockowych klasyków wpisują się - jak zawsze - przedstawiciele delikatniejszych dźwięków, pośród których bezpieczne schronienie znajdują najróżniejszej treści głębokie przemyślenia i sugestywne metafory autorstwa znamienitych śpiewających petów jak Janusz Radek, Marek Andrzejewski czy zespół Mikromusic,


a także jedyna w naszym TOP20 instrumentalistka Agnieszka Truszczyńska, która swoje emocje przekazuje nam za pomocą sugestywnych uderzeń, dotyków i muśnięć klawiatury pianina.

Kwiato
8 miejsce bytomskiego rapera Kwiato aktualnie mieszkającego w Londynie to spore wydarzenie na naszej Liście. Zwłaszcza, że Kwiato nie należy do żadnej dużej raperskiej wytwórni, których utwory nie jeden raz gościły już w naszym zestawieniu. W dniu emisji programu rozmawiałem z Kwiatem telefonicznie i oto, co sam powiedział o swojej najnowszej płycie: "F5, bo taki nosi tytuł to już mój trzeci solowy album. Płyta trochę inna niż poprzednie, a to dlatego że duży nakład postawiliśmy na brzmienie i współpracę z muzykami.


Dlatego też można usłyszeć trąbkę którą nagrał dla nas do dwóch utworów sam Jurek Małek, bitary dogrywał Denis znany ze współpracy z Popkiem czy bas Jarek Ślenzak. Do tego wkomponowało się zacne grono wokalistów takich jak Marek Dyjak, Dynam czy Daniel Warakomski oraz jedyna kobieta na płycie czyli Aleksandra Ligęza. I kropka nad i - są goście ze sceny rapowej tacy jak PIH, FU, Popek, Ryjek / Bezimienni oraz na gramofonach znany z wieloletniej współpracy z Peja - Dj Decks. F5 to ogólne jedna wielka mieszanka muzyki nad której produkcja czuwał BeDone odpowiedzialny za finalne brzmienie".

Zenek z Kabanosa (fot. Artur Grzanka)
Na koniec nie sposób nie odnotować radosnego faktu, że obok gigantów rockowej sceny, w najnowszym TOP20 dostrzec można także zespoły dobrze już znane (Hetman, Kabanos, Milczenie Owiec), jak i te, których muzycy to pokolenie niespełna dwudziestolatków (Vis Maior),


które bez kompleksów i z pełną świadomością swoich technicznych umiejętności od dłuższego czasu udowadniają, że nasza PoliszCzartowa czołówka jest i zawsze będzie otwarta zarówno dla młodych, dobrze zapowiadających się muzyków, jak i dla tych wszystkich, którzy od lat posiadają stałą ugruntowaną pozycję na polskim rynku undergroundowym.

Bartosz Bukowski - Zakończenie przygody pradziadka Antoniego czyli rzecz o powstaniu Baru Gierczyce 1910

Część pierwszą przedziwnej historii pradziadka Antoniego można przeczytać tutaj


Wesoło wyruszył w miasto zapomniawszy o strachu, którego resztki wyparowały, a właściwie zostały wepchnięte, wyrzucone z dzikim gwizdem przez kipiącą w nim ciągle niezaspokojoną i głodną życia ciekawość. Przebiegał ulicami miasta tak rożnego od Bochni. Wszystko było dla niego nowe i odkrywcze, lecz zarazem jakieś bliskie. Nie czuł się w tym nowym dla niego miejscu obco. Może to za sprawą jego mowy. Słyszał głosy i słowa i najbardziej dziwiło go, że ludzie mieszkający tutaj mówią tak samo, a jednak inaczej. Miło i przyjaźnie dźwięczała mu w uszach ta mowa i jej melodia. Podobało mu się wszystko. Porządek ulic biegnących do rynku, ukwiecone parapety zdobiące okna, a najbardziej najpiękniejszy kwiat Ostrawy pełnymi garściami rzucony na ulice, niczym w procesję Bożego Ciała, śmiejący się wesoło i perliście w drodze do szkół dla dziewcząt.


Miasto tańczyło dla niego wspaniały, nie do końca zrozumiały, ale mający swój rytm i porządek taniec, od którego młodemu Antkowi lekko zakręciło się w głowie. Lecz w ten przyjemny wiosenny sposób, ten majowy, który dobrze pamiętał, gdy ciepłym wieczorem przepełnionym zapachem trawy i ziół zbierał się wraz z innymi pod gierdecką kapliczką by odmawiać litanię do Najświętszej Panienki i pewnego razu jego oczy spotkały się z płochliwymi oczami jego młodszej ślicznej sąsiadki. Czy z miastem może wydarzyć się podobna historia i można w nim zakochać się od pierwszego wejrzenia? Tego nie wiem, ale to on poczuł ten miły zawrót głowy. I tak cały dzień jak we śnie błąkał się po Ostrawie, aż naszedł wieczorny, chłodny, studzący rozpaloną nowymi doznaniami głowę czas na interwencję z góry, na cud, którego domaga się każda legenda (i ta też nie może się bez niego obyć).

Ostrava XIX wiek
Tak więc czas na pomoc Opatrzności, która nie tak dawno temu dała uprzedzić się Złemu i może dlatego teraz zainterweniowała tak szybko. Nim na dobre Antek zbudził się ze swego snu i począł się martwić zbliżającą się nocą i brakiem domu, uniósł głowę w górę w ślad za dobrze znaną mu melodią i śpiewem dobiegającym z otwartych okien na najwyższym piętrze kamienicy, pod którą przechodził.


Nie była to nawet piosenka, ale zwykła weselna przyśpiewka, która w niezbyt wyszukanych słowach zachwalała męstwo, odwagę jak i nie umiarkowanie w jedzeniu i piciu (że szczególnym przeniesieniem akcentu na to drugie) młodych mężczyzn zamieszkujących wieś Siedlec która szczęśliwie dla młodego Antka od zawsze graniczyła z Gierczycami, a co najważniejsze było to wzorowe i dobre sąsiedztwo. Mieszkańcy jednej jak i drugiej wsi na swój widok nie zabierali się ochoczo za demontaż płotów.

Stanął z szeroko rozdziawioną już niestety tylko gębą, spoglądając w górę z niedowierzaniem, z którym to też patrzyli na niego mijający go na wszelki wypadek szerokim łukiem przechodnie. Na ich nieusprawiedliwienie można dodać, że jego kiedyś twarz wyglądała teraz dość malowniczo, a zarazem strasznie, niby ciągle ludzka, ale bez cienia choćby krzty inteligencji. Stał tak przez dłużą chwilę niczym biblijna żona Lota zamieniona w słup soli. Niezdający sobie jeszcze wtedy z tego sprawy, że część sąsiadów tego rozśpiewanego okna życzyła jego mieszkańcom podobnego losu, który dotknął to niesławne biblijne miasto, z którego próbowała zbiec owa nieszczęsna kobieta. Może zastanawiać fakt, dlaczego akurat tam zaprowadził go jego nieco ostatnio gapowaty Anioł Stróż. Zaprawdę krętymi są ścieżki Pana. Z tego stanu wyrwał go krzyk jednego z chłopaków wyglądającego przez okno

- Chłopaki ja już więcej tej madziarskiej palinki nie pije!!! Coś mi się na głowę i oczy rzuciła i cholera widzę chyba Antka od Michalczyka.
- Coś ty Sławku zgłupiał? A skąd on by się tutaj wziął?!
- Pewnie z Gierczyc. A skąd mógłby się wziąć!? - wymamrotała wychylając się przez okno trzecia głowa – te to rzeczywiście on. Po czym krzyknął do pradziadka – Jantek co ty tu robisz!?
- A no nic. Przyjechałem i z tego co widzę, gdzie się człowiek nie ruszy, to wszędzie spotyka tych samych ludzi !!! - po czym roześmiał się radośnie nie do końca jeszcze dając wiarę swemu szczęściu. - Można do was chłopaki!?
- Już idziemy po ciebie.

I po chwili wybiegła po niego dzika radosna pijana banda i wzięli go na ręce i niczym aniołowie porwali go, tylko że miast do nieba, to wprost na czwarte piętro przekrzykując się nawzajem - skąd tu się wziąłeś, jak i po co, na co i od razu go zapewniając - nic się nie martw, z nami nie zginiesz! Antek pokrótce opowiedział im swoją rędzinską przygodę zasępiwszy się, gdy wspomniał o swoim kłamstwie. 

- Dobrześ zrobił. Jutro pójdziem do huty. Zarobisz pieniędzy w bród i kupisz ojcu taki bat, że jeszcze sam tego pożałujesz!!! - krzyknął Sławomir pokładając się że śmiechu. Śmiech i radość wypełniły pod sam sufit maleńkie mieszkanie na poddaszu. Bo to był ten cud, którego potrzebuje każda legenda. Cud spotkania. Każdy z większą lub mniejszą gracją dźwiga na barkach swoją historię, ale ona, nie może dotąd tak naprawdę zaistnieć, zrodzić się dla świata, dopóki nie wybrzmi w uszach drugiego człowieka. Każdy jest zbudowany z tego, co było, co jest jego historią. Jesteśmy spętani, a w krańcowych przypadkach opętani naszą przeszłością i dzieląc się nią z innymi zaczynamy naprawdę istnieć już nie jako nieme twarze, ale jako ludzie. Spotkania są po to, by zostawić ślad swojej obecności, swoich myśli na tej ziemi planecie ludzi. I tak spotkanie zamienia się w cud współistnienia.

Jedno jest pewne, że tym wszystkim pradziadek za bardzo nie zaprzątał sobie głowy, gdyż w tę z coraz większą mocą uderzała nieznana mu do tej pory węgierska palinka. Wkrótce usnął na podłodze pomiędzy łóżkiem a metalową klatka, którą zamieszkiwał ponoć kiedyś udomowiony szczur Bazyli. Obudził się rano i zaczął mocno powątpiewać w wiekową przyjaźń węgiersko-polską, a to za sprawą palinki, którą tak szczodrze wczoraj częstowali go jego starzy jak i nowi przyjaciele. Głowa ciążyła mu niesłychanie, język niczym suchy kołek stał mu w ustach i przypomniało mu się jak śniła mu się nocą studnia, jak spuszcza wiadro w jej chłodne i jakże przyjemnie wilgotne czeluścią, i słyszy jak wiadro z cudownym chlupotem uderza o lustro wody, a następnie wesoło zaczyna skrzypiec kołowrót i wtóruje mu radośnie pobrzękując wkręcając się w niego łańcuch. Po chwili dobywa wiadra przychyla je do ust i … Koniec. Sen znika, a pragnienie zostaje nieugaszone. Na wspomnienie tego snu ze smutkiem powoli otworzył oczy i ujrzał jak wesoło i zaskakująco zdrowo uśmiecha się do niego Sławek.

- No wreszcie wstałeś. Pora już wychodzić do huty o robotę popytać.
- Wody - błagalnie wymamrotał pradziadek
- Jeszcze za wcześnie na takie mecyje, jeszcześ nie zarobił nawet na kubek wody i co? Tak darmo chciałbyś dostać. Jedyne czego na razie dorobiłeś się to Wielkiego Pragnienia. Rzecz dobra na początek. To pragnienie - zaśmiał się, po czym podał mu kubek wody - masz pij i idziemy.

I ruszyli ulicami Ostrawy. Dzisiaj jakby mniej wesołymi i mniej pięknymi. Niestety świat bardzo cenni sobie równowagę i za chwilowe poczucie radości i spełnienia, gdy wieczorem zanadto spoufalimy się z alkoholem, który odmaluje nam wieczorny świat fajerwerkami kolorowych rozbłysków, poklepie przyjacielsko po plecach, przekona o naszej wyjątkowej wspaniałości, wypełni nasze usta dowcipem a głowę optymizmem, niestety następnego dnia przyjdzie nam zapłacić za wczorajsze „zbyt dobrze” porannym „nie najlepiej”, a często jeszcze gorzej. Antek za wczorajszą wesołość płacił wyjątkowo wysoki rachunek. Iskra boża w nim zgasła, a ten poranek nie był już obietnicą, za to w tę zmienił się sam Antek przyrzekając sobie, że nigdy już więcej...

Huta w Ostravie
I z tym twardym postanowieniem i z wyrazem zaciętości na twarzy ponuro i dostojnie maszerował ze Sławkiem powoli zbliżając się do celu swej wielkiej ucieczki. Dla odmiany Sławek kipiał dobrym humorem opowiadając swojemu - jak mu się wydawało - skupianemu na każdym jego słowie towarzyszowi wszystko, co wiedział o hucie, o pracy w niej jak i rozrywkach. Doskonale czuł się w roli przewodnika wprowadzającego nowicjusza w skomplikowany i gorący świat wytopu. Co prawda na pytanie o temperaturę dość wymijająco, ale bardzo obrazowo wspomniał mu o starym Honzie i jego długim stalowym pręcie, na którego końcu wesoło skwierczał i zaskakująco smakowicie pachniał zawieszony nad wypływającą z pieca stalą oskórowany szczur.


Na te słowa Antoni poczuł potężny skurcz żołądku i po raz ostatni raz w życiu miał ochotę obrócić się i uciekać, gdzie pieprz rośnie, ale było już za późno. Stanęli bowiem u bram huty w Ostrawie. I tutaj też pojawia się bardzo ważny element tej naszej rodzinnej legendy. A mianowicie wielkie zamiatanie wielkiego placu przed hutą. I tu niestety nadszedł ciężki moment dla mnie, gdy muszę wyjść z roli wszechwiedzącego narratora znającego myśli i obawy wszystkich bohaterów nieco tej zbyt długiej historyjki. Ze wstydem muszę przyznać, że nie pamiętam, na czym polegała sztuczka pradziadka, jak on to sobie wyzamiatał tę pracę w hucie.

Żeby sobie nieco osłodzić tą moją chwile Wielkiej Klęski i wam nieco za dość uczynić, wykonam sprytną woltę i odwrócę waszą uwagę opowiadając wam o innym fortelu pradziadka. W czasie trwania Pierwszej Wojny Światowej Antoni Michalczyk dzielnie służył w wojsku Najjaśniejszego Pana jako kwatermistrz. Gdy wojna już na dobre okopała się na swoich pozycjach, pradziadkowi i jego kompani przyszło na dłużej zamieszkać pod pewnym czeskim miasteczkiem w tamtejszych koszarach. Pewnego dnia dowódca wydał rozkaz, by żołnierze pobiałkowali wapnem swoje baraki. Wszystkie drużyny z wielkim zapałem przystąpiły do tych działań nie do końca wojennych, z wyjątkiem drużyny Antoniego, który nie wykazywał najmniejszego zainteresowania otaczającym go harmidrem i poszedł spać. Jego koledzy, którzy dzielili z nim pokój, w krzyk:


Cesarz Franciszek Józef
- Antek no co ty! Czas za robotę się brać!!!
- Nie, nie. Czasu jest dużo - ze spokojem i z tajemniczym uśmiechem odpowiedział wystraszonym towarzyszom pradziadek, po czym wrócił do tak cenionej przez żołnierzy szczególnie w czasie wojny drzemki. Podczas gdy wszyscy biegali, mieszali wapno z wodą i paprali ściany, pradziadek smacznie spał. Ludzie w szarych mundurach gonili jak w amoku wkoło białych budynków i dzielnie smarowali je białą mazią używając do tego wszystkich możliwych sprzętów. Tak, tak... wojna lubi prowizorkę. Jej przyjaciele powiedzą improwizację, więc w ruch poszły miotły, stare pędzle, a nawet zgrzebła do czesania koni. Praca wrzała dookoła dzielnie walcząc z tak niebezpieczną dla armii podkopującą jej morale nudą. Późnym popołudniem Antoni stwierdził, z niemałym zadowoleniem, że naspał się już dość i wydał pierwszy rozkaż dzisiejszego dnia swojej drużynie.

- Chłopaki nagotujcie gar wody i dodajcie trochę mydła na koniec.

I gdy już wszyscy kończyli swe zabiegi oblepiania wapnem swoich baraków, drużyna Antoniego ze spokojem i bez zbytniego pospiechu pod przewodnictwem swojego wyspanego dowódcy przystąpiła do mycia ścian swojego budynku. Nazajutrz okazało się, że cena wczorajszego zwycięstwa nad nudą była olbrzymia. Jeszcze niedawno prezentujące się całkiem przyjemnie, a nawet przytulnie koszary przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy.


Wojna, mimo że front jej działań przebiegał daleko, odcisnęła na nich swoje niszczycielskie piętno. Dając o sobie dotkliwie znać zarówno żołnierzom jak i zamieszkałych przez nich budynkom, które z pewnością wyglądały teraz dużo bardziej malowniczo, a mniej na pomalowane. Miejscami zbyt grubo położone wapno odpadało całymi płatami, a niektóre ściany bardziej na myśl przywodziły płaskorzeźby przedstawiające jakieś batalistyczne sceny pełne wybuchów i huczącego zgiełku niż gładką powierzchnię, a nie najczystsze miotły też dopełniły dzieła zniszczenia. Na tym tle z daleka kluł w oczy swoją bielą i nieskazitelnie gładkimi ścianami barak pradziadka. Kiedy kapitan Otlik robił poranny obchód, ze zgrozą przyglądał się nieszczęsnym skutkom swojego wczorajszego - jak wtedy mu się wydawało - genialnego rozkazu, chcąc nie chcąc, musiał wyróżnić i nagrodzić mojego pradziadka za najlepsze wykonanie powierzonego mu zadania, co czynił z wielką niechęcią, bo serdecznie nie cierpiał mojego pradziadka, zresztą z wzajemnością. Ich wzajemną antypatia zaowocowała długą liną wesołych kundelków zamieszkujących Gierczyce wdzięcznie noszących, jakże dźwięczne węgierskie nazwisko kapitana Otlika. Cała drużyna Antoniego z radością przywitała nagrodę - wspólne wieczorne wyjście na przepustkę, a wszyscy wesoło klepali swego dowódcę po plecach i pytali go.

- Antoni, jakżeś wpadł na ten pomysł z wodą?
- Ano panowie, przecież dwa tygodnie, gdyśmy się wprowadzali do koszar, to mijaliśmy się w bramie z malarzami. Więc pomyślałem, że szkoda byłoby i bardzo nieładnie niszczyć i co gorsza nie uszanować trudu ich pracy. Teraz proponuję, gdy zajdziemy już do jakiejś karczmy, wznieść pierwszy toast za tych dzielnych naszych malarzy. Cesarsko-królewskich malarzy!!! - po tych słowach wszyscy wybuchnęli śmiechem.


Tymczasem w Ostrawie nastał już wieczór, a mój pradziadek ciągle nie wypuszczał miotły z rąk i zawzięcie zamiatał, chyba już dwudziesty raz z rzędu plac przed hutą. Nie odpuszczał i tylko co chwile zerkał, czy z budynku administracji wyjdzie brygadzista, który powierzył mu wykonanie tego jakże odpowiedzialnego zadania, jakim było utrzymanie w nienagnanej czystości terenów bezpośrednio przylegających do huty. Cierpliwość młodego Antka popłaciła i w końcu wytoczyło się z budynku grube i zawaliste cielsko należące do brygadzisty Františka Urbana. Ten, gdy ujrzał Antka przy pracy, zdumiał się niezmiernie, trochę zmartwił się, ale w głębi duszy ucieszył się.

- No chłopaku, wygrałeś. Byłem przekonany, że przed południem złamiesz się, rżniesz miotłą w bruk ulicy i zakrzykniesz - bujaj się pan panie Urban!!! Albo co gorsza, zwiejesz z miotłą. No nic... masz, tę pracę! Przyjdź jutro na szóstą rano, tylko się nie spóźnij. I spytaj o mnie... o grubego Urbana. I zostaw wreszcie tę miotłę, idź do domu i wyśpij się porządnie!!!

I tak Antoni rozpoczął swoją prace w ostrawskiej hucie, a mieszkając długo w Czechach, rozsmakował w tamtejszych gospodach, na szczęście dla jego przyszłych planów znacznie mniej w trunkach. Lubił panującą w nich atmosferę biesiady, tego całego bycia ludzi razem i dlatego zapragnął własnej, a że nie bał się zarówno marzeń jak i pracy, w 1910 roku postawił w Gierczycach dom z numerem 52 wybudowany od samego początku z myślą o barze. Połowa piwnicy przeznaczona była na lodownię. Pradziadek zimą jeździł na Rabę wycinać lód, po czym obkładając trocinami chował go w piwnicy, by latem serwować pyszne, zimne piwo.


Przy tym piwie ludzie spotykający się w barze rozmawiali o swoich wielkich i małych problemach. Zapewne zastanawiali się czytając gazety jak to możliwe, że ten wielki niezatapialny Titanic jednak zatonął i z niemałym strachem czytali doniesienia o zamachu w Sarajewie. Wreszcie pamiętnego 1918 roku wznosili toasty za odrodzoną Polskę. Spotykali się tam nasi pradziadkowie ciesząc się z narodzin naszych dziadków. Ludzie śmiali się, kłócili, dobijali targów. Ja urodzony równo sto lat po Antonim Michalczyku w jakiś przedziwny sposób widzę jak nasze jakże odległe w czasie losy przeplatają się i jak wiele podobieństw je łączy. Jego i moja emigracja i wspólne marzenie... Wiele wskazuje na to, że historia tego starego baru wcale się jeszcze nie skończyła i teraz pora na mnie!!!

Koniec

Ja, czyli Bartosz Bukowski. 19 maj 1978 to mój początek. Dzieciństwo pięknie podzielone pomiędzy Kraków, a później Gierczyce. Tu i tam niekończąca się bajka pełna malin, spacerów na Wawel i dzikich podróży do Gęstych Cierni i ukrytych w nich niezapominajek. I tak samo pełne wypraw w przeszłość wraz z historiami opowiadanymi mi przez moją babcie i jej starszą siostrę - dla mnie po prostu ciocię Gienię. W roku 1983 przekraczam próg szkoły podstawowej im. Marii Curie Skłodowskiej w Łapczycy, a dokładniej jej fili w Gierczycach. O samej szkole podstawowej niewiele mogę powiedzieć z wyjątkiem tego, że do 3 klasy miałem pod górkę, a później PKS-em. W 1992 roku dostaje się do liceum im. Edwarda Dembowskiego i tu w jednej chwili rodzę się na nowo, gdy ktoś z tłumu na mój widok krzyczy - "te kur... popatrz jaki sprężyna idzie". I tak zostałem Sprężyną, choć sam zmieniłem pisownie na Sprenrzyna, by podkreślić moją dysortografię i odróżnić od innych "pospolitych" sprężyn. W gdowskim liceum zacząłem przygodę z pisaniem publikując swoje teksty w legendarnym w pewnych kręgach "Kujonie Wieczornym wydanie poranne". Po szkolę średniej wracam na cztery szalone lata do Krakowa i rozpoczynam dziką zabawę połączona z okazjonalnymi wizytami na uczelni, co zaowocowało trzykrotnym pobytem na drugim roku bibliotekoznawstwa UJ. Ten jakże wesoły etap mojego życia kończy się gwałtownym spotkaniem z pewną wierzbą, w wyniku którego pewna fiesta trafia na złom, a ja zaprzyjaźniam się na trzy lata z dwiema laskami (kulami). To nieudane hamownie przed drzewem dość mocno wyhamowało moje życie i na powrót zacząłem sobie zapisywać to i owo. Wreszcie miałem w nadmiarze tego, czego zazwyczaj wszystkim brakuje – czasu. W 2007, gdy w miarę pewnie staję na dwóch nogach, wsiadam w samolot i zaczynam swoją angielską przygodę, która trwa do dziś. Na początku był Queen, a potem długo, długo nic. Ich cała dwudziestoletnia dyskografia nauczyła mnie, że w rock and rollu nie mam miejsca na szufladki i że można zwiewnie flirtować z różnymi gatunkami. Dzięki Freddiemu i spółce mam niesamowicie otwartą głowę na Muzykę, choć jako upadły bibliotekarz powinienem lubić szufladki. Tak się jednak nie stało i w to mi graj!!! Bibliotekoznawstwo, więc mnóstwo książek za mną, ale od kilkunastu lat mam wrażenie, że najważniejszą już przeczytałem, a jest nią zbiór opowiadań Antoine de Saint-Exupery z najważniejszym dla mnie – Ziemia, planeta ludzi. Nic więcej nie dodam z wyjątkiem PRZECZYTAJCIE!!!

piątek, 8 grudnia 2017

Lista Przebojów Polisz Czart - NOTOWANIE 36 (UWAGA!!! Klikasz w tytuł pierwszej 20-ki i oglądasz teledysk!!!)









1 3 +2 6 Kult - Opowiadam się za miłością

2 13 +11 3 Sztywny Pal Azji - Luxtorpeda

3 34 +31 6 Farben LehreWolność

4 4 - 2 T. Love - Marta Joanna od Aniołów

5 7 +2 2 Strachy Na Lachy - Co się z nami stało

6 2 -4 6 Hey2015

7 10 +3 5 Organek - Mississippi w ogniu

8 - - N KwiatoPowietrze

9 11 +2 2 Scorpions - Tainted Love

10 35 +25 3 Mela KotelukMelodia ulotna

11 9 -2 7 Janusz Radek - Nie mów, że dotyk

12 22 +10 4 Artur Rojek - Cucurrucucu Paloma

13 47 +34 5 Milczenie OwiecNiewiele

14 13 +4 3 Kabanos feat. Zacier - Balony

15 33 +16 4 MikromusicTak mi się nie chce

16 - - N Riverside - The Depth Of Self Delusion

17 49 +32 2 Hetman - Czarny chleb i czarna kawa

18 17 -1 8 Agnieszka TruszczyńskaNiekochanie

19 - - N Vis MaiorWierzba

20 16 -4 6 Marek AndrzejewskiKiedykolwiek

21 15 -6 2 Kasia Moś - Charlene

22 46 '+24 4 Katedra – Kiedy zgasło serce

23 - - N Bachor - Młodzi hultaje

23 - - N Paweł Domagała - Opowiem Ci o mnie

24 39 +15 4 Ceti – I Know

25 - - N Scream Maker - Cisza

26 26 - 8 Piotr Selim - Specjalista od wzruszeń

27 31 +15 6 Old Breakout – Modlitwa

28 14 -12 3 Voo Voo - Słowa pożegnania

29 27 -2 3 Quo Vadis – Quo Vadis II

30 19 -11 6 Metasoma - Just Breathe

31 18 -13 6 Gabinet Looster – Spokojnie

32 44 +12 6 Naked Root - Anytime Anywhere

33 32 -1 6 Jan Kondrak - Za nic do dodania

34 23 -11 2 Piotr Woźniak - Tango Mortale

35 12 -23 3 Materia - Give Me Some Free

36 50 +14 5 Create – Ptaki

37 38 +1 6 Venflon – Tu i teraz

38 29 -9 3 Dr. Hackenbush - 90 procent

39 - - N Arek Milczarek – Fever

39 - - N Krusher – Ogień

40 6 -34 2 Paweł Szymański - Mija czas

41 39 -2 4 2 Tm 2,3 – 888

42 1 -41 2 Over the Under - If you pay

43 24 -19 4 Made In Poland – Wezwanie

44 20 -24 7 Natalia Świtała - In The Arms Of The Angel

45 8 -37 2 NIEVIEM – Fick

46 26 -20 4 Joanna Kołaczkowska & Blues Flowers – Blues o Zenonie L.

47 - - N Remi & Falko – Metafora i oksymoron

48 - - N Niepokorni - Zatrzymaj się

48 - - N Ornette - Nie zapomnę

48 - - N Magda Przychodzka – Południca

49 37 -12 6 ANN - Do końca

50 23 -27 3 Rockasta - Caste of Titans

50 48 -2 2 Poligon nr 4 – Crime

6 stycznia Metasoma zagra w Londynie