czwartek, 24 maja 2018

Bartosz Bukowski - Zacznijmy od początku, urodziłem się w Krakowie… czyli rzecz o tym jak zostałem 40-latkiem!

Kiedyś powiedziałem słowa, którymi jedną część moich słuchaczy - z obecności których nie do końca zdawałem sobie sprawy - wprowadziłem w niepohamowaną radość, a drugą część z nich w osłupienie pomieszane z rozczarowaniem. Owa druga część słuchaczy miała bowiem ochotę na może i krótkie, ale na pewno bardziej intensywne (słownik Worda podpowiada mi następujące synonimy) gwałtowne, dynamiczne, prężne uczestnictwo w moim życiu, bo była ona młodą dziewczyną bardziej zainteresowaną mocnym przeżyciem ze mną, niż całą moją historią, którą chciałem jej przekazać. Po wypowiedzeniu tego sławnego już w naszym kręgu zdania, na dźwięk którego podglądający mnie kumple ze śmiechem wpadli przez okno do przyciasnego pokoiku, a znajdująca się w nim ze mną przygodnie poznana dziewczyna zaczęła się na powrót szybko ubierać. Zdanie owo brzmiało:

Zacznijmy od początku, urodziłem się w Krakowie…

A teraz pozwolę sobie po dwudziestu kilku latach dokończyć rozpoczętą wtedy myśl:

…dnia 19 maja 1978 roku.

Ja i Ela
Zbyt wiele o tym jakże znaczącym dla mnie dniu powiedzieć nie mogę, za to jest pewna wesoła historyjka związana z tym, co wydarzyło się równy rok, miesiąc, tydzień i jeden dzień po tej dacie. Rodzi się moja siostra Ela, a moja babcia Bronia mieszkająca w Gierczycach zapisuje pod tą datą w kalendarzu ściennym, który od zawsze wisiał u niej w kuchni: „u Wiatrów ocieliła się krowa”.


Oboje z siostrą z wielką radością odczytaliśmy ten wpis w kalendarzu z roku 1979. Mieliśmy wtedy może około dwudziestu lat i nasza babcia na nasze pytanie, dlaczego cieląca się krowa u wujka Stefka była dla niej bardziej godnym odnotowania faktem niż narodziny jej pierwszej - było nie było - wnuczki ze stoickim spokojem odpowiedziała wskazując przy tym na nazwę kalendarza:

Ela
- Przecież tu na pierwszej stronie stoi jak byk!!! - kładąc przy tym wyjątkowo mocno akcent na słowo "byk" – „Kalendarz gospodarczy na rok 1979”. No wybacz Ela, ale ty nijak w poczet inwentarza się nie zaliczasz. – dodała na wpół ze śmiechem na wpół na poważnie babcia Bronia.

Niestety ja miałem mniej szczęścia niż Ela, bo w bliźniaczym kalendarzu babci na rok 1978 pod moją datą urodzenia nie wydarzyło się nic godnego najmniejszej wzmianki, nic się nie ocieliło, nie oprosiło, nie okociło, ani nawet nie zdechło. Ba... żeby choć pryskali w polu, albo cokolwiek, a tu kompletne NIC! Ot biała plama w kalendarzu. I tak pojawiłem się na świecie zupełnie niezauważony przez „kalendarz gospodarczy na rok 1978” babci Broni.

Cała nasza Rodzina
Na pierwsze pięć lat życia cały mój świat musiał zmieścić się i zrobił to bardzo zgrabnie w kawalerce na Felicjanek 3/10. Malutkie, niespełna dwudziestometrowe mieszkanko z widokiem na Kopiec Kościuszki, las anten na krzywiznach dachów i ceglaste poniszczone ściany kamienic. Było małe, malusie skromne i niskie, co wtedy i później nigdy mi zbyt specjalnie nie przeszkadzało, bo w przeciwieństwie do moich kolegów nie wystrzeliłem przesadnie w górę i nigdy nie musiałem uważać, jak wchodziłem do mieszkania na nieco za nisko usytuowaną framugę nad drzwiami, co kilku moich kolegów zbyt zuchwale wierzących w wzrost przypłaciło ciężkim bólem głowy. Mieściliśmy się tam jednak wszyscy szczęśliwie w czwórkę - mama tata ja i Ela. Z tego okresu pamiętam, że byłem święcie przekonany, że urodził mnie tata, a Elę mama. Ela rodząc się rok, miesiąc, tydzień i jeden dzień po mnie szybko i sprawnie wykopała mnie z kolan mamy i tak znalazłem się na kolanach taty. Eli więcej czasu poświęcała mama, a mnie tata. W naszej kawalerce znajdowały się dwie wersalki.


Na jednej ja spałem z tatą, który przecież mnie urodził, bo on jest chłopcem i ja też, a na drugiej wersalce spała mama z małą Elą, którą sobie urodziła, bo w moim świecie mamy rodziły dziewczynki, a tatowie chłopców.

Adaś
Nie wiem tylko, czy do końca ten układ spania był przez moich rodziców przestrzegany, no bo skąd się wziął Adaś, skoro ja cały czas spałem z tatą, a mama z Elą? Mniejsza z tym. Adaś poczęty jeszcze na Felicjanek rodzi się na swoje szczęście już w Gierczycach, w wyniku czego zaoszczędził sobie kompromitacji z wypowiadaniem tego zdania o narodzinach w Krakowie i dlatego też pewnie zaliczył więcej dziewczyn niż ja. I tu się na razie zatrzymam.

Ps. Kumple jak to kumple... nigdy nie wybaczyli mi tego zdania i z pogardą mówili o mnie - O Sprenrzyna erotoman gawędziarz…




***

Ja, czyli Bartosz Bukowski. 19 maj 1978 to mój początek. Dzieciństwo pięknie podzielone pomiędzy Kraków, a później Gierczyce. Tu i tam niekończąca się bajka pełna malin, spacerów na Wawel i dzikich podróży do Gęstych Cierni i ukrytych w nich niezapominajek. I tak samo pełne wypraw w przeszłość wraz z historiami opowiadanymi mi przez moją babcie i jej starszą siostrę - dla mnie po prostu ciocię Gienię. W roku 1983 przekraczam próg szkoły podstawowej im. Marii Curie Skłodowskiej w Łapczycy, a dokładniej jej fili w Gierczycach. O samej szkole podstawowej niewiele mogę powiedzieć z wyjątkiem tego, że do 3 klasy miałem pod górkę, a później PKS-em. W 1992 roku dostaje się do liceum im. Edwarda Dembowskiego i tu w jednej chwili rodzę się na nowo, gdy ktoś z tłumu na mój widok krzyczy - "te kur... popatrz jaki sprężyna idzie". I tak zostałem Sprężyną, choć sam zmieniłem pisownie na Sprenrzyna, by podkreślić moją dysortografię i odróżnić od innych "pospolitych" sprężyn. W gdowskim liceum zacząłem przygodę z pisaniem publikując swoje teksty w legendarnym w pewnych kręgach "Kujonie Wieczornym wydanie poranne". Po szkolę średniej wracam na cztery szalone lata do Krakowa i rozpoczynam dziką zabawę połączona z okazjonalnymi wizytami na uczelni, co zaowocowało trzykrotnym pobytem na drugim roku bibliotekoznawstwa UJ. Ten jakże wesoły etap mojego życia kończy się gwałtownym spotkaniem z pewną wierzbą, w wyniku którego pewna fiesta trafia na złom, a ja zaprzyjaźniam się na trzy lata z dwiema laskami (kulami). To nieudane hamownie przed drzewem dość mocno wyhamowało moje życie i na powrót zacząłem sobie zapisywać to i owo. Wreszcie miałem w nadmiarze tego, czego zazwyczaj wszystkim brakuje – czasu. W 2007, gdy w miarę pewnie staję na dwóch nogach, wsiadam w samolot i zaczynam swoją angielską przygodę, która trwa do dziś. Na początku był Queen, a potem długo, długo nic. Ich cała dwudziestoletnia dyskografia nauczyła mnie, że w rock and rollu nie mam miejsca na szufladki i że można zwiewnie flirtować z różnymi gatunkami. Dzięki Freddiemu i spółce mam niesamowicie otwartą głowę na Muzykę, choć jako upadły bibliotekarz powinienem lubić szufladki. Tak się jednak nie stało i w to mi graj!!! Bibliotekoznawstwo, więc mnóstwo książek za mną, ale od kilkunastu lat mam wrażenie, że najważniejszą już przeczytałem, a jest nią zbiór opowiadań Antoine de Saint-Exupery z najważniejszym dla mnie – Ziemia, planeta ludzi. Nic więcej nie dodam z wyjątkiem PRZECZYTAJCIE!!!

Krzysztof Szewczyk - "Leszek Szpigiel: Eksportowy wokalista"

Poniższy artykuł ukazał się pierwotnie na musicamok.pl

Dawno, dawno temu, około roku 1993/1994 na radiowych falach, w biały dzień można było posłuchać piosenki “Pizza Driver” ACID DRINKERS. Niektórzy może pamiętają, że tekst utworu dotyczył Leszka Szpigla, legendarnego wokalisty WILCZEGO PAJĄKA. Choć niełatwo jest znaleźć w internecie jakiekolwiek konkretne informacje na temat tego charyzmatycznego wokalisty, to spróbuję poniżej chociaż pobieżnie odtworzyć koleje jego artystycznej drogi.

“…był tu prawdziwym przebojem…przywódcą sfory…z publiką robił co chciał…” – Najstarsza chronologicznie wzmianka o aktywności muzycznej młodego Leszka dotyczy zespołu SYSTEM, powstałego pod koniec lat 70. Szpigiel dołączył do składu około 1982 roku i wraz z kolegami zaliczył występ na fesiwalu w Jarocinie. I to właściwie tyle co pozostało po zespole w annałach historii. Przełom w karierze wokalisty nasapił w roku 1985. Wówczas to sformowane zostały aż dwa zespoły ze Szpigielem w składzie. Jednym z nich było NON IRON, drugim, zdecydowanie istotniejszym, był thrash metalowy WILCZY PAJĄK. Utworzony przez byłego basistę TURBO, Henryka Tomczaka, NON IRON początkowo wykonywał muzykę bliską blues rocka, by z biegiem czasu przestawić się na hard rockowe tory.


W 1985 NON IRON wystapiło w Jarocinie, w 1987 grupa podpisała kontrakt z wytwórnią METAL MIND PRODUCTIONS. W składzie zespołu grał już wówczas Wojciech Hoffmann, co zapewne ułatwiło załatwienie kontraktu. W 1989 wydany został debiutancki longplay formacji, „Innym niepotrzebni”. Choć muzyka z krążka to dosyć stereotypowy hard rock, to po latach płyta ciągle cieszy się sporą sympatią.

O wiele bardziej dynamicznie rozwijała się kariera WILCZEGO PAJĄKA. Już w 1987 roku ukazały się aż trzy wydawnictwa z nagraniami tej formacji. Przede wszystkim, wydany przez Klub Płytowy RAZEM debiut. Pomimo niewielkiego nakładu i faktu, że przez wiele lat była to pozycja niedostępna na CD, płyta zyskała wręcz kultowy status wśród fanów polskiego metalu. Oprócz tego, utwory WILCZEGO PAJĄKA można było znaleźć na kompilacyjnej płycie “Metalmania ’87” i składance “Metal Invasion” (w przypadku tej ostatniej można trafić na inną datę wydania, a mianowicie rok 1989). Szpigiel nagrał wraz z WILCZYM PAJĄKIEM jeszcze jedną płytę, “Barwy zła”. Niestety, z różnych powodów, nagrania ujrzały światło dzienne dopiero w 1991 roku. Dodatkowo, do muzyki napisano angielskie teksty, zaśpiewane już przez innego wokalistę.


Oryginalne nagrania z wokalami Szpigla po latach można było odnaleźć jako bonusy na reedycjach pozostałych płyt WILCZEGO PAJĄKA / WOLF SPIDER.

“…opuścił miasto dawno temu, anielski pył skusił go…” – Pod sam koniec lat 80., już po wydaniu debiutu NON IRON, Leszek Szpigiel zdecydował się wyemigrować do RFN. Tym samym wokalista osierocił jednocześnie dwie kapele. Jak wielu przed nim, Szpigiel wyjechał do Niemiec za pracą, rezygnując z muzycznej kariery. Jednak artystyczna emerytura nie trwała zbyt długo. Już w 1991 roku ukazał się (jedyny) album power metalowego CROWS, “The Dying Race”, z Leszkiem na wokalu. I choć zespół nie zatrząsł posadami metalowego świata, a jego muzyka znana jest głównie zagorzałym fanom gatunku, to warto zwrócić na niego uwagę. Sama muzyka jest niezła, ale najciekawsze są nazwiska muzyków, którzy wzięli udział w nagraniach. Oprócz Szpigla byli to: basista Frank Banx, czyli jeden z filarów ANGEL DUST, (szerzej nieznany) gitarzysta Jochen Kalpein oraz…perkusista Bobby Schottkowski i drugi gitarzysta, Bernd Kost. Ci dwa ostatni już za kilka lat mieli wspomóc Toma Angelrippera w SODOM. Schottkowski odszedł z SODOM dopiero po 2010 roku, a Kost nadal jest w składzie. Około roku 1995 Leszek Szpigiel dołączył do zreformowanego SCANNER. Ta kapela, grająca melodyjny power metal, w latach 80. zdobyła uznanie wśród miłośników takiego grania. Rozwiązana pod koniec lat 80., została zreformowana w połowie lat 90. Nasz rodak nagrał z nowymi kolegami dwa albumy, “Mental Reservation” (1995) i “Ball of the Damned” (1996).


Ciekawostką jest fakt, że na ich okładkach nie znajdziemy nazwiska Szpigiel. Na pierwszej z wymienionych użył on pseudonimu “The Naked Duke”, na drugim wystąpił jako “Haridon Lee”. Na “Ball of the Damned” znaleźć można między innymi rewelacyjną przeróbkę “Innuendo” z repertuaru QUEEN. Leszek Szpigiel poradził sobie z partiami wokalnymi Freddiego Mercury… zresztą sprawdźcie sami.

Po stażu w SCANNER, dla Szpigla nastały chude lata. Impas w karierze muzyka przełamalo dopiero utworzenie w roku 1998 (lub w 1999 jak podają inne źródła) własnego zespołu, pod nazwą DUKE. Niestety, kolejne kilka lat zajęło przygotowanie i wydanie jedynej jak dotąd plyty DUKE, “Escape From Reality”, która wylądowała na sklepowych półkach dopiero w roku 2003. Muzyka, jaką możemy tu usłyszeć to oczywiście power metal, a Leszek Szpigiel – występujący tu pod pseudonimem Naked Duke – podjął się również roli producenta materiału. Niestety, również i to wydawnictwo nie przyniosło naszemu rodakowi upragnionego przełomu i sukcesu. Ostatnim jak dotąd epizodem w muzycznym życiorysie Leszka było dołączenie do maniaków technicznego grania i muzyki klasycznej – MEKONG DELTA. I choć ta przygoda trwała jedynie około roku, to nazwisko Szpigiel znalazło się na okładce płyty “Lurking Fear”, wydanej w 2007. Mała rzecz, a cieszy. I na tym na chwilę obecną kończy się ta opowieść, choc mam nadzieję, że w przyszłości będzie można dopisać do niej co najmniej kilka akapitów.


Krzysztof Szewczyk - uzależniony od muzyki, zapalony czytelnik biografii i starych pism, miłośnik historycznych faktów i ciekawostek, o naturze wiecznego poszukiwacza. Więcej na temat jego fascynacji na stronie MUSIK SITE na Facebook'u: https://www.facebook.com/onlymusiksite/

środa, 23 maja 2018

Łukasz Orwat - Coito ergo sum (Wrocław 18.12.2011)








W dzisiejszym wpisie pragnąłbym poruszyć kwestię, która od długiego czasu bruździ moje czoło i snuje we mnie kądziel troski. Chodzi tu mianowicie o zjawisko postępującej rozwiązłości wśród ludzi, zwłaszcza młodych, powszechne niestety w Europie i na dobre już chyba zakorzenione także i w naszym, uważanym za konserwatywną ostoję pruderii kraju. Co powoduje, że moralność ustępuje pod naporem wyzwolonej, instynktownej żądzy, dlaczego każdy wie, że to niewłaściwe, a jednak stan rzeczy wciąż pogarsza się, nie poprawia? Czy jest możliwy tu jakiś ratunek?


Zacznijmy może od tytułu. Do tych, co spodziewali się kartezjańskich filozofii kieruję przeprosiny, i wyjaśnić muszę, że brak litery g w tytule [w tym momencie pozwolę sobie na niewielką dygresję i aby podać dowód, iż nie daleko pada Jabłko od jabłoni, pozwolę sobie zaaplikować pewien dawny wytwór mojej radosnej twórczości - tutaj przyp red.]  jest jak najbardziej zamierzony, nie o „myślę” (łac. cogito) będę dziś mówił, a o „kopuluję” (łac. coito).

Pewien mnich, przepisując razu pewnego księgę, omyłkowo „zjadł” owo nieszczęsne g i przewrócił piękną maksymę do góry nogami.Spoglądając na to, co dzieje się dziś ośmielę się stwierdzić, że jakiś złośliwy diabeł dopisał współczesny upadek obyczajowości do Księgi Czasu dzierżonej przez anioła Melchizedeka, którego to powiernikiem wypełniania się zapisanych w owej księdze wydarzeń uczynił wczesnochrześcijański mistyk Dionizy Areopagita. Próżno doszukiwać się dziś równanych z ziemią w słupach ognia i siarki gniazd rozpusty wzorem biblijnych Sodomy i Gomory. Ale urwijmy dywagacje i przejdźmy do meritum. Spójrzmy na dowolną europejską metropolię. Na jej ulicach, ponad głowami przechodniów z billboardów uśmiechają się do nas piękne panie w kusych ubraniach, świecąc w oczy bielą zębów i aksamitem ud. Trzymają w wypielęgnowanych dłoniach o długich palcach wszelkie produkty, od codziennej potrzeby po skrajnie zbytkowe.

Odwróćmy (z żalem) oczy od pięknych pań na plakatach i spójrzmy niżej, w tłum przechodniów zmierzających ku sobie znanym destynacjom. Szybko wypatrzymy panie całkiem podobne do tych, na które z taką radością spoglądaliśmy chwilę temu. Smukłe, ochoczo podkreślające swą kibić, stawiają zamaszyste kroki długimi (oczywiście odkrytymi) nogi, zwracając uwagę przechodzących obok mężczyzn. Dziś taki widok nie gorszy ani nie dziwi w zasadzie nikogo. Nie było tak jednak zawsze, praktycznie rzecz biorąc powyższy obrazek odnaleźć można dopiero w końcu ósmej dekady poprzedniego wieku, i oczywiście później, aż do dziś. Kobiety pokazujące coraz więcej ciała to jeden z niejako skutków pierwszej wojny światowej, w czasie której rekwizycja materiałów tekstylnych na rzecz wojska była tak duża, że ubrania cywili (głównie kobiet, mężczyźni siedzieli wówczas w okopach) musiały się skrócić, by odziać zarówno żołnierzy jak i ich żony, matki, siostry. Po zakończeniu konfliktu kobiety, które by ratować przemysł zastępowały mężczyzn w zakładach pracy nie chciały ustąpić na dawne pozycje. Wraz z tym nie chciały zrzucić odsłaniających nogi czy ramiona ubrań. Potem ruszyło to z lawinowym tempem, najbardziej widoczne na plażach. Kostiumy kąpielowe, początkowo zakrywające cały korpus dziś ograniczają się do kilku skrawków materiału trzymających się dzięki kilku sznurkom. Producenci musieli przystosować się do nowych trendów, upowszechniając obrazy coraz bardziej odkrytych kobiet. I tak aż do dziś.


Ale nie to jest sednem problemu. Zmierzamy do punktu, gdzie coś nie do pomyślenia, powodujące wykluczenie społeczne kiedyś – wolne miłości, współżycie przedmałżeńskie, nastolatki w ciąży, zabawy w słoneczko i wiele innych – nie są dziś niczym zaskakującym, ba, nazywane są nawet „znakiem nowych czasów”. Co powoduje te wszystkie zachowania? Przede wszystkim główną winą obarczyłbym tu połączony brak nadzoru rodziców nad dziećmi, wpływ telewizji i popkultury oraz postępującą liberalizację społeczeństwa. Pochylmy się krótko nad każdym z wyżej wymienionych czynników i określmy ich współdziałanie oraz obszar, na który wywierają szkodliwy wpływ.

Brak zaangażowania rodziców. Chyba każdy zgodzi się tu, że odpowiednie kształtowanie przez nich w okresie dziecięcym postrzegania świata, wskazywania tego, co dobre i złe, wskazywania odpowiednich wzorców jest z pewnością niebagatelne. Ale w dzisiejszych czasach, gdy często obydwoje rodzice pracują do późna, przychodzą do domu wraz ze zmrokiem, pozostawiając dziecko na cały dzień w domu czy w przedszkolu ich pociecha znajduje sobie sama wzorce, które wydają jej się atrakcyjne, ale niekoniecznie mają dobry wpływ na taki młody umysł.

I tak jak kiedyś rodzic bawił się ze swą pociechą, chodził z nią na spacer, czytał jej książki, tak dziś samotnie siedzące w domu dziecko szybko nudzi się samotną zabawą i sięga po pilot do telewizora. I nie znajdzie tam programów, które ludzie w moim wieku pamiętać jeszcze mogą, programów edukacyjnych, bajek z morałem, teatru telewizji. Dziś po włączeniu w oczy uderzą kolorowe musicale Disneya (z pewnością przewracałby się w grobie wiedząc, co teraz sygnuje się jego nazwiskiem), przesłodzone bajeczki praktycznie nie niosące sobą żadnej nauki, szablonowe filmy o przystojnym futboliście z amerykańskiej szkoły lub inne, temu podobne, nie przekazujące sobą niczego, ale atrakcyjne wizualnie programy. Często przemycane są w nich treści podobne do tych z wspomnianych wyżej billboardów – nie trzeba długiej wędrówki po kanałach by trafić na kolejny film o perypetiach przystojnego chłopca i pięknej dziewczyny, w szkole, w małym miasteczku, tam najczęściej pada akcja.


Wypala to w umysłach dzieci, że to, co piękne fizycznie jest atrakcyjne, pożądane, a „śmieszny szkolny kujon” jest pośmiewiskiem popularnej (i pięknej) szkolnej arystokracji. Kształtowane w tym kulcie piękna i ciała dzieci szybko dowiadują się czym jest seks (dwuznaczne reklamy, wystawione na ogólnym widoku gazety dla dorosłych, kontakt ze starszymi, już „świadomymi” kolegami), ale poznają go w kategoriach czegoś, co prowadzić ma do przyjemności cielesnej, odkładając na bok lub zupełnie pomijając aspekty, które stoją nad istotą współżycia.

Seks kojarzy im się z tym, co robią ludzie, którzy się kochają, a targani młodzieńczymi uczuciami często „smakują owocu” wkraczając w intymną część życia nie będąc do końca jej świadomymi. I często wychodzą z tych doświadczeń dzieci nastolatków, ciąże przerywane domowymi metodami, kłótnie z rodzicami; a obecnie dzieci, które żyły w takich warunkach same mają już swoje dzieci, które, jak można się spodziewać, wychowane będą w podobnym duchu. Niejako na potwierdzenie upadku, niedawno doszło do szokującego incestu, mianowicie trzech dwunastolatków zgwałciło swoją koleżankę. Gdyby ze światem było w porządku, dzieci (tak, dzieci, nie młodzieńcy) nie popełniłyby takiego czynu, organ między ich nogami służyłby im tylko i wyłącznie w toalecie, nie wiedzieliby nawet, że można go wykorzystać także w zupełnie inny sposób. Innym przykładem niech będzie postępujące lawinowo zjawisko sprzedaży dziewictwa. Tutaj pominę wstępy czy opisy, w zupełności wystarczy przeczytać ten materiał Pozostawiam czytelnikowi refleksje.


Może ktoś powiedzieć tu, że mężczyźni też są tu winni, w końcu gdzie jest podaż, rodzi się popyt. Jest to prawdą. Ale łączy się to bezpośrednio z wyżej opisanymi mechanizmami. I ktoś może także mi samemu zarzucić hipokryzję czy ascezę. Owszem, nie jestem obojętny na to, co widzę, ja też oglądam się za atrakcyjnymi dziewczętami mijanymi na ulicy, ale zachwyty zachowuję dla siebie, nie komentuję na głos „zajebistości jej dupy”. Potrafię powstrzymać szabelkę przed wyskoczeniem z nie powiem czego, by nie budzić tu sprośnych skojarzeń i głupich uśmieszków. I apeluję do Pań i Panów, którym przyjdzie dotrzeć do końca tego wpisu o zachowanie moralnego kręgosłupa i przekazywanie go kolejnym pokoleniom.

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.

Reach on stage Liveurope - Juwenalia PW 2018 (text & pics Izabela Kwasiborska)










Thanks to the courtesy of the organizers of the Warsaw University of Technology's Student College, I received an accreditation authorizing the photographic relation of this year's edition. The performers were many and it was difficult to focus on one artist. The choice was difficult especially because there were two scenes, and the concerts were held at the same time. My attention was drawn to the performances that took place on May 19, 2018 on the stage of Liveurope, the so-called "small". They played on it:

Antikvariniai
Kaspirovskio Dantys (LT)
Kraków Loves Adana (DE)
Kamera Obscura FR)
Magic Touch (NO)
Insolvency (FR)
Reach (SE)
Dismissed (SE)
Body Heels (LV)
Megahit (HU)

Thanks to Ola Pajak (photographer and friend of the band) I had the pleasure of meeting the guys from Reach. Reach's music can be described as a classic rock with strong melodies complemented with youthful energy. In the songs, you can hear the influences of Whitesnake, Scorpions, Europe and Gary Moore. The band debuted at the beginning of 2014 releasing the single "Black Lady" to show their writing skills, and in the autumn of 2014, after the record contract, they released the first single "You Called My Name" from the album "Reach Out To Rock." Reach played on over 30 concerts in 2015 and 2016, supporting Gus G, Eclipse during their European tour, visiting, among others, Great Britain.


In May 2017 Reach changed the constellation of the band - and became the power of the trio with frontman Ludvig Turner. Ludvig is known in Sweden because of his singing skills by taking part in the Idol 2014 television program, supported by Marcus Johansson on drums and a new member of Soufian Ma'Aoui on bass. In July 2017, "New" Reach played the first concert as a trio at Stockholm Rocks Summerfest on July 23! On December 22, 2017, the new album "The Great Divine" was produced by Jon Tee (H.E.A.T) and Ludwig Turner, as well as by the great Tobias Lindell.The title track The Great Divine was released on the same day. The current composition of the band:

Ludvig Turner - vocal & guitar
Marcus Johansson - drums
Soufian Ma´Aoui - bass


Izabela Kwasiborska with the band

The Reach band appeared in Poland for the second time, this time it played only 30 minutes, but how energetic! A few moments from the start, standing in the "moat", I turned to the audience and here I was very surprised that about 250 people suddenly appeared from a handful of people. The band not only played great, but also did an amazing expressive show, which was not left unnoticed by the audience. As I conclude, the band's repertoire is already well-known among Polish fans, which was confirmed by the audience's common singing to the "One Life" number from album The Great Divine.


Incredible energy flowing from the stage grabbed the audience. The evidence may be the fact that at the end of the concert, when I took photos, I heard from behind my back "one more, one more ...", which did not come to the attention of the organizers who went on stage and said to the band "Guys, you have 5 minutes extra". Of course, the audience did not remain indebted and ended the concert with a hot ovation. After the concert, there was time for talks and photos together with fans from Poland. For my part, I recommend and follow the fate of the Reach band.

***

Izabela Kwasiborska: "For me, photography is a passion and a lifestyle. It allows to capture the innermost human emotions - it is like reading the soul with what is noticed. From the earliest years of photography, my grandfather taught me. I have been professionally involved in photography since 2007, thanks to my work at the Bemowo Cultural Center. From 2014, I went to concerts and tours with rock bands, mainly dealing in concert photography. I've worked, with bands such as: ACID Drinkers, Sheep, Turbo, SteelFire, Vierna, Lessdress, Vavamaffin, Immortal Dreams, Normalsi, Muchy, Korpus, AvA, People of the Haze, Slow Motion Bullet, Freackshow, Institute, Lorien, Nutshell, Derwana, The NewsPaper, Strefa Mocnych Wiatrów, The Orange Basement, Di Anti, Different Minds, Dust & Steel, Pure Snow, Wyciągnięci z Messy, B.O.R.Y, Ceili, Mordewind and many other Polish artists. Currently, I have expanded the perspectives for concert photos of foreign bands".

Reach on stage Liveurope - Juwenalia PW 2018 (tekst i fot. Izabela Kwasiborska)

Izabela Kwasiborska z muzykami Reach



Dzięki uprzejmości organizatorów Juwenaliów Politechniki Warszawskiej Samorządowi Studentów, dostałam akredytację upoważniającą do relacji fotograficznej tegorocznej edycji. Wykonawców było wielu i ciężko było się skupić na jednym artyście. Wybór był trudny tym bardziej, że były dwie sceny, a koncerty odbywały się równolegle. Moją uwagę przykuły występy, które odbywały dnia 19 maja 2018 r. się na scenie Liveurope tzw. "małej". Zagrali na niej:

Antikvariniai
Kaspirovskio Dantys (LT)
Kraków Loves Adana (DE)
Kamera Obscura FR)
Magic Touch (NO)
Insolvency (FR)
Reach (SE)
Dismissed (SE)
Body Heels (LV)
Megahit (HU)

Dzięki Oli Pająk (fotografa i przyjaciółki zespołu) miałam przyjemność osobistego poznania chłopaków z zespołu Reach. Muzykę Reach można opisać jako klasyczny rock z mocnymi melodiami, uzupełnioną o młodzieńczą energię. W piosenkach można usłyszeć wpływy Whitesnake, Scorpions, Europe oraz Gary'ego Moora. Zespół zadebiutował na początku 2014r. wydając singel "Black Lady", aby pokazać swoje umiejętności pisania piosenek, a jesienią 2014 roku po uzyskaniu kontraktu płytowego wydali pierwszy singiel "You Called My Name" z albumu "Reach Out To Rock".


Reach grał na ponad 30 koncertach w 2015 i 2016 roku, wspierając Gus G, Eclipse podczas ich europejskiej trasy koncertowej, odwiedzając między innymi Wielką Brytanię. W maju 2017r. Reach zmienił konstelację zespołu - i stał się potęgą trio z frontmanem Ludvigiem Turnerem. Ludvig znany w Szwecji ze względu na swoją umiejętność śpiewania biorąc udział w programie telewizyjnym Idol 2014, wspierany przez Marcusa Johanssona na perkusji i nowego członka Soufian Ma'Aoui na basie.



W lipcu 2017 r. "Nowy" Reach zagrał pierwszy koncert jako trio w Sztokholm Rocks Summerfest 23 lipca! 22 grudnia 2017 r. nowy album "The Great Divine" został wyprodukowany przez Jona Tee (H.E.A.T) i Ludviga Turnera, a także przez wielkiego Tobiasa Lindell. Tytułowy utwór The Great Divine został wydany tego samego dnia.nObecny skład zespołu to:

Ludvig Turner - wokal i gitara
Marcus Johansson - perkusja
Soufian Ma´Aoui - bas


Zespół Reach po raz drugi pojawił się w Polsce, tym razem zagrał koncert tylko 30 minutowy, ale jakże energetyczny! W kilka chwil od rozpoczęcia stojąc w "fosie" obejrzałam się na publiczność i tu moje ogromne zaskoczenie, że z garstki osób nagle pojawiło się około 250 osób. Zespół nie tylko zagrał świetnie, ale również zrobił niesamowity show ekspresyjny, co nie pozostało nie zauważone przez publiczność. Jak wnioskuję repertuar zespołu jest już znany wśród Polskich fanów, co potwierdzały wspólne śpiewy publiczności do numeru "One Life" z płyty The Great Divine. Niesamowita energia płynąca ze sceny porwała zgromadzoną publiczność. Dowodem może być fakt, że pod koniec koncertu, robiąc zdjęcia słyszałam zza pleców "jeszcze jeden, jeszcze jeden...", co nie ubiegło uwadze organizatorów, którzy weszli na scenę i powiedzieli do zespołu "Panowie, macie 5 minut extra". Oczywiście publika nie pozostała dłużna i zwieńczyła koncert gorącą owacją. Po koncercie był czas na rozmowy i wspólne zdjęcia z fanami z Polski. Ze swojej strony polecam i będę śledzić dalsze losy zespołu Reach.

***

Izabela Kwasiborska: "Dla mnie fotografia jest pasją i stylem życia. Pozwala uchwycić najskrytsze ludzkie emocje - jest jak czytanie duszy tym, co zauważone. Od najmłodszych lat fotografii uczył mnie mój dziadek. Profesjonalnie fotografią zajmuję się od 2007 roku, dzięki pracy w Bemowskim Centrum Kultury. Od 2014 roku jeździłam na koncerty i w trasy z zespołami rockowymi zajmując się głównie fotografią koncertową. Współpracowałam m. in. z zespołami takimi jak: ACID Drinkers, Sheep, Turbo, SteelFire, Vierna, Lessdress, Vavamuffin, Immortal Dreams, Normalsi, Muchy, Korpus, AvA, People of the Haze, Slow Motion Bullet, Freackshow, Instytut, Lorien, Nutshell, Derwana, The NewsPaper, Strefa Mocnych Wiatrow, The Orange Basement, Di Anti, Different Minds, Dust&Steel, Pure Snow, Wyciągnięci z Messy, B.O.R.Y, Ceili, Mordewind oraz wieloma innymi polskimi artystami. Obecnie rozszerzyłam perspektywy na fotorelacje koncertowe zespołów z zagranicy".

wtorek, 22 maja 2018

Wystawa „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Pomoc Polaków dla ludności żydowskiej w Małopolsce w latach 1939–1945” w irlandzkim Limerick

Sobotnia Polska Szkoła imienia Janusza Korczaka i Archangel’s Blades Tactical Airsoft Club wraz z Limerick City and County Council, IPN Rzeszów i Ambasadą RP w Dublinie zapraszają do udziału w otwarciu wystawy:

„Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Pomoc Polaków dla ludności żydowskiej w Małopolsce w latach 1939–1945”

które odbędzie się 24 maja 2018 o godzinie 18:00 w budynku City Hall Instabraq, Merchants’s Quay w Limerick. Ekspozycja poświęcona jest Polakom, którzy w latach 1939-1945, ryzykując życie, pomagali ludności żydowskiej uniknąć śmierci z rąk Niemców, konsekwentnie realizujących politykę totalnej eksterminacji tego narodu. Ukazano pomoc indywidualną i zorganizowaną osób świeckich oraz duchownych. Na planszach pokazano kryjówki, w których chronili się Żydzi. Zamieszczono też fotografie osób, które Instytut Yad Vashem w Jerozolimie odznaczył medalem „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata”. Wystawa przygotowana jest wersji językowej polsko-angielskiej u jest częścią festiwalu PolskaEire.

https://www.facebook.com/events/217989182311068/

Autorzy wystawy: dr hab. Elżbieta Rączy, Igor Witowicz

Łączę wyrazy szacunku,

Kamila Turzynska
Zastępca Dyrektora w Sobotniej Polskiej Szkole imienia Janusza Korczaka w Limerick