poniedziałek, 16 lipca 2018

21 lipca w Londynie zagra legendarna formacja Thetragon!




Śląska Scena Metalowa szansą dla młodych kapel ze Śląska i Zagłębia - do wygrania 2 tys. zł oraz występ podczas finału Śląskiej Sceny Metalowej przed ikonami polskiego metalu! Termin zgłoszeń 31 lipca.

Tylko do końca lipca br. na slaskascenametalowa@gmail.com zgłaszać mogą się młode kapele metalowe z Górnego Śląska i Zagłębia. Na autora najlepszego utworu czekają 2 tys. zł i występ przed legendami metalu podczas finału Śląskiej Sceny Metalowej 9.11 w Katowicach. Sprawdź szczegóły przeglądu „Wszystko abo Nic”!

Jak czytamy na Facebooku Śląskiej Sceny Metalowej ma to być niezwykłe wydarzenie muzyczne: z jednej strony zupełnie nowym, bo pierwszym w regionie w takiej formule; z drugiej – mającym przywołać historię tworzenia się katowickiej sceny metalowej. Na scenie finałowego koncertu 9.11 pojawić mają się „żywe legendy” tego gatunku. Obok nich zaprezentować będą mogli się debiutujący dopiero artyści. Ci ostatni otrzymają taką możliwość dzięki przeglądowi pod hasłem „Wszysko abo Nic”. Jury w składzie: Roman Kostrzewski (KAT), Michał Stawiński (NeuOberschlesien) i Wojciech Mirek (Katowice Miasto Ogrodów) wyłoni dziesięć jego zdaniem najbardziej obiecujących wykonawców. We wrześniu ta finałowa dziesiątka stanie ze sobą w szranki na scenie kultowego klubu Panorama w Katowicach-Ligocie. Tylko do końca miesiąca przyszłe gwiazdy muzyki metalowej mogą nadsyłać swoje nagrania mailem na adres slaskascenametalowa@gmail.com. Laureat konkursu otrzyma nagrodę pieniężną w wysokości 2 tys. zł oraz zaproszenie do grona artystów Śląskiej Sceny Metalowej. Tym samym najlepsza formacja metalowa supportować będzie legendy polskiej sceny metalowej. Główne gwiazdy koncertu finałowego poznamy wkrótce.


– Co ważne, w przeglądzie pod hasłem „Wszysko abo Nic” mogą wziąć udział wyłącznie młode talenty muzyczne. Oczywiście młode niekoniecznie wiekiem, ale stażem, a przede wszystkim dorobkiem – zaznacza Monika Mierzwa ze Stowarzyszenia Absurdalny Kabaret będącego głównym organizatorem ŚSM. – Uczestnicy konkursu nie mogą mieć na koncie oficjalnego longplay'a albo dostępnej w oficjalnej sprzedaży EP-ki. Posiadać mogą co najwyżej single. I taki właśnie singiel należy wysłać do nas mailem w nieprzekraczalnym terminie do 31 lipca br. – wyjaśnia.

Regulamin przeglądu „Wszysko abo Nic”

Roman Kostrzewski będzie jednym z jurorów przeglądu dla młodych górnośląskich i zagłębiowskich kapel metalowych. Fot. Jarosław Sternal
Zgodnie z regulaminem przeglądu dostępnym na Facebooku nagranie należy zapisać jako plik WAVE i wyeksportować na wirtualny dysk typu: WeTransfer, Dropbox, Speedy Share, Google Dysk, SendSpace lub inny, uzyskując link do pliku. Można też zwyczajnie załączyć do maila MP3 w jakości nie wyższej niż 320 kbps. Zamiast utworu można również podać link do nagrania na YouTubie.

Na zgłoszenia Roman_Kostrzewski czeka do31.07. Fot.Jarosław Sternal
Jak podkreślają organizatorzy, pod uwagę brane będą wyłącznie autorskie nagrania, nie covery. Zarówno przegląd „Wszysko abo Nic”, jak i wielki finał Śląskiej Sceny Metalowej odbędą się w Katowicach. Radosław Markiewicz, ceniony reżyser, scenarzysta i producent filmów fabularnych, wspomina Katowice jako zawsze mroczne miejsce. – Miasto czarne jak węgiel i gorące jak wytapiana tutaj stal. Miasto, w którym dymy z kominów przysłaniały słońce – mówi. – Nic dziwnego, że taka atmosfera pchnęła dziesiątki młodych ludzi do tworzenia najbardziej ekstremalnej odmiany muzyki, heavy metalu – zauważa. Dziś, po wielu przeobrażeniach gospodarczo-kulturalno-ekonomicznych, Katowice noszą prestiżowy tytuł Miasta Muzyki UNESCO. Nie dziwne więc, że górnośląsko-zagłębiowska impreza odbędzie się właśnie tam. Organizatorem przeglądu, jak i całego wydarzenia, jakim jest Śląska Scena Metalowa, są: Stowarzyszenie Absurdalny Kabaret oraz Katowice Miasto Ogrodów – Instytucja Kultury im. Krystyny Bochenek w Katowicach. Partnerem imprezy jest klub muzyczny Panorama w Katowicach. Patronat medialny sprawują nad nią: Heavyrock.pl, Darkplanet.pl, Wyspa.fm, StrefaMusicArt.pl i portal DlaStudenta.pl. Finał Śląskiej Sceny Metalowej wpisze się w zakończenie hucznych (bo trwających aż 3 lata) obchodów 150-lecia Katowic.

Tekst: Kajetan Balcer

środa, 11 lipca 2018

"W pewnym momencie zobaczyłem, że nie przypadkiem się tutaj urodziłem, w takiej rodzinie, w takim państwie, w takim narodzie..." - z Darkiem Maleo Malejonkiem rozmawiają Anna i Tomasz Piątkowscy.

Rozmowa ukazała się pierwotnie na muzyktomania.blogspot.com


Autorzy wywiadu podczas rozmowy z Maleo Fot. Ela Malejonek

Dariusz “Maleo” Malejonek leganda polskiego rocka, lider i założyciel Maleo Reggae Rockers. Jeden z głównych prekursorów stylu reggae w Polsce. Kompozytor, wokalista, gitarzysta, autor tekstów i producent muzyczny. Członek zespołów Kultura, Izrael, Moskwa, Armia, Houk, Arka Noego. Jeden z założycieli supergrupy 2Tm2,3 (m.in. Robert „Litza” Friedrich, Piotr „Stopa” Żyżelewicz, Tomasz „Krzyżyk” Krzyżaniak, Tomasz Budzyński)


Tomasz Piątkowski: Sławomir Gołaszewski powiedział kiedyś następujące zdanie: "Trzeba mieś defekt, żeby słuchać punk rocka". Początki twojej kariery muzycznej to także ostra scena punkowa lat osiemdziesiątych - Moskwa i Armia. Jakie korzyści dla twojego rozwoju przyniósł punk rock?

Darek Malejonek: Na pewno punk rock jest muzyką spontaniczną, ale wbrew pozorom nie jest do końca muzyką łatwą. Zespół Sedes śpiewał że punk rock to “trzy akordy i darcie mordy”. Może początek taki był, bo zespól Sex Pistols to jeden z takich prekursorów, ale amerykański The Ramones czy The Clash, to już była muzyka, która zaczęła ewoluować, zaczęła być muzyką ambitniejszą, a potem przekształciła się w post-punk. Punk to muzyka przede wszystkim bardzo ekspresyjna, która polega na tym, że za pomocą bardzo minimalistycznych środków wyrazu można przekazać bardzo ważne treści - manifesty i słowa, które są wręcz wykrzyczane, jakiś swój ból, jakiś bunt, rzeczy, które w tamtych czasach, szczególnie w latach 80-tych, bardzo pomagały przetrwać ten cały system zniewolenia. Punk przede wszystkim to była muzyka wolności. Mnie dawało to poczucie wspólnotowości i wraz z muzyką reggae, która była bardziej duchowa, powodowało, że jakoś mogliśmy w tej szarzyźnie beznadziei zupełnie inaczej żyć. Żyć i czuć się jak wolni ludzie.

Sławomir Gołaszewski fot. You Tube
Tomasz Piątkowski: Wspomniany wcześniej Sławomir Gołaszewski to autor książki „Reggae-Rastafari”, organizator festiwalu Róbrege 1983-1990 w Warszawie z Robertem Brylewskim (Brygada Kryzys, Armia). Jak ty postrzegasz tę ważną postać nurtu reggae w Polsce?

Darek Malejonek: Sławek Gołaszewski to był psycholog, to był człowiek, który zaczynał swoją przygodę z muzyką od Teatru Laboratorium u Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu i Opolu, a potem był tym, który zaszczepił w polskich mediach muzykę reggae i której był jednym z prekursorów. Dla mnie to był guru w takim sensie, że jako młodego chłopaka wziął mnie pod swoje skrzydła, dał mi wskazówki, pokazał całą muzykę reggae, Boba Marleya, Burning Speara i wielu innych wykonawców. Przybliżył mi warstwę ideową tego przekazu, który w reggae był bardzo duchowy. To było dla mojej duszy czymś, co spowodowało, że zaczynałem mocniej szukać duchowo, właśnie dzięki Sławkowi.


Sławek też uratował mnie przed wojskiem w czasach komuny. Pracował w ośrodku terapii dziennej na ulicy Sobieskiego. To był psychiatryk. On mi załatwił, że przychodziłem przez pół roku na oddział eksperymentalny. Tam nie dawano środków psychotropowych i dlatego udało mi się bez tego obyć. Wielu kolegów niestety przeszło przez szpitale psychiatryczne, gdzie byli szprycowani różnymi środkami, co też nie zawsze dobrze się dla nich kończyło. Dzięki Sławkowi udało mi się od wojska wymigać. To nie tak, że ja jestem przeciwko, bo teraz to jest zupełnie coś innego niż wtedy. Dla mnie wtedy to nie było wojsko polskie i uważałem za moralny obowiązek bunt przeciwko pójściu do takiego wojska.

Bob Marley w lipcu 1980 roku podczas koncertu w Dublinie fot. Eddie Mallin
Tomasz Piątkowski: Zgłębiając tematykę muzyki reggae w Polsce natrafiłem na terminologię poezja reggae. Wykonują ją według niektórych źródeł takie zespoły jak Daab czy Orkiestra na Zdrowie Jacka Kleyffa. Jak ty odbierasz ten podgatunek muzyki reggae?

Darek Malejonek: Na pewno muzyka reggae ma swój własny język, ma swoją własną terminologię i swoje określenia. Na tym polega jej siła. Reggae jest na pewno muzyką poetycką, jest tą, która dotyka serca i duchowej strony człowieka. Dzięki Sławomirowi Gołaszewskiemu nauczyłem się też, że jest ona wręcz muzyką dydaktyczną i to się potwierdziło, kiedy graliśmy na Przystanku Woodstock z gośćmi w 2008 roku. Jeden z wykonawców z Wielkiej Brytanii, którego zaprosiłem - Andy Baron powiedział, że wychowywał się bez ojca w getcie na Brixton, gdzie był dealerem narkotyków. Był takim dzieckiem ulicy. Nagle ktoś mu przyniósł reggae, posłuchał Marleya, który stał się jego ojcem. To, czego nie powiedział mu ojciec, usłyszał od Marleya. Usłyszał, że trzeba być mężczyzną, żyć godnie i walczyć ze złem. Te treści, które powinien dostać od swojego ojca, a nie dostał, bo nie miał ojca, dostał od tego duchowego ojca, czyli od Boba Marleya.


Tomasz Piątkowski: Który festiwal Jarociński albo Woodstock wspominasz najlepiej? Który był szczególnie przełomowy?

Darek Malejonek: Na pewno pierwszy Festiwal w Jarocinie, kiedy z zespołem Kultura wygraliśmy eliminacje wraz z zespołem Siekiera, Moskwa, Izrael. To był taki przełomowy Festiwal, bo na tym Festiwalu wyszło mnóstwo kapel, które potem były bardzo ważne. Cała fala punkowych, reggae zespołów, które potem miały bardzo ważny wpływ na całą muzykę polską w latach 80-tych.

Tomasz Piątkowski: Jak odnosisz się do teorii, że festiwal jarociński to był projekt władz komunistycznych, żeby odciągnąć młodych ludzi od spraw, które działy się wewnątrz kraju?

Darek Malejonek: Ten temat był poruszony w filmie „Beats of freedom – Zew Wolności” Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty. Myślę, że na pewno takie było zamierzenie władz komunistycznych. Natomiast to się do końca im nie udało, dlatego, że to, co szło z tej sceny miało dużo mocniejsze oddziaływanie, niż wydawało się tym ludziom. Wiele osób, które były na tych koncertach zakładało swoje kapele w rożnych miejscowościach, często malutkich. Ta fala poszła w Polskę aż pod same strzechy. Wielu młodych ludzi zaczęło myśleć zupełnie inaczej i wyłamywało się spod myślenia komunistycznego. To była bardzo ważna misja muzyki w tamtych latach.


Tomasz Piątkowski: Słyszałem taką opinie, że przełomowym momentem dla popularyzacji reggae w Polsce był koncert Maleo Reggae Rockers w Żarach na Woodstocku 2002 z Koffi Ayivor.

Darek Malejonek: Ja myślę, że muzyka reggae w Polsce była już bardzo silna od lat 80-tych i potem w latach 90-tych też i trwa to aż do dzisiaj. Na pewno jest dużo mocniejsza w Polsce niż w Czechach, Austrii, czy chociażby w Niemczech. W Niemczech jest dużo festiwali reggae, bo jest duża diaspora ludzi z Karaibów, przeważnie spoza Europy, którzy bardzo reggae kochają i dość dużo ludzi chodzi na te festiwale, a u nas mimo, że jest mało ludzi spoza Polski, czyli o innym odcieniu skóry, muzyka reggae została zaszczepiona na gruncie białych ludzi, młodzieży polskiej, co było ewenementem na skalę światową. Z zespołów białych, z tego co pamiętam, to chyba tylko w Anglii UB 40, ale też jest to zespół niecałkowicie biały, bo chyba perkusista albo basista byli czarni. U nas była cała fala tej białej muzyki reggae, fala unikalna na skalę światową.

Fot. Anna Piątkowska
Tomasz Piątkowski: Jednym z sukcesów Maleo Reggae Rockers był udział w największym festiwalu reggae w Europie - Rototom Sunsplash w Hiszpanii. Jak doszło do waszego udziału w tym wydarzeniu?

Darek Malejonek: To był contest ogłoszony przez Rototom na kraje Europy Wschodniej. Zgłoszonych było ileś tam zespołów, na które ludzie głosowali. Wcześniej były też eliminacje i w końcu zostało chyba dziesięć zespołów z różnych krajów. Te kraje głosowały na te zespoły i okazało się, że wygraliśmy wtedy, a nagrodą było to, że pojechaliśmy na festiwal. To było niesamowite przeżycie. Wynajęliśmy dwa campery i pojechaliśmy z Polski. Mieszkaliśmy w tych camperach. Super przygoda!

Tomasz Piątkowski: Zespół Maleo Reagee Rockers gości na liście Polisz Czart z piosenką „Nie mów nie”. Jest to piosenka niewątpliwie z bardzo pozytywnym przekazem. W video do piosenki występuje Zosia Brzezińska, najmłodsza uczestniczka kadry narodowej freestyle skating slalom. Skąd wziął się pomysł na zaangażowanie jej do teledysku? 


Darek Malejonek: Moja żona odkryła ją w Internecie i pokazała mi jak Zosia jeździ. Potem okazało się, że jest to niesamowita osoba. Jedenastoletnia, ale mądra i zmotywowana do tego, żeby robić coś fajnego. To nie jest łatwy sport, a ona osiągnęła w ciągu dwóch lat duże sukcesy międzynarodowe.

fot. Artur Grzanka
Trzecie miejsce wśród Juniorów Młodszych gdzieś na świecie, teraz Mistrzostwo Polski. Postanowiliśmy zapytać jej rodziców o zgodę na jej udział w tym teledysku. Oni zgodzili się i tak wyszedł ten teledysk.
Tomasz Piątkowski: Ostatnio skumulowało się kilka rocznic w twojej karierze. 20-lecie Maleo Reggae Rockers, 20-lecie 2TM2,3 i zdaje się 35-lecie twojej kariery? Czy planujesz coś na te wszystkie okazje?

Darek Malejonek: No tak. Będę miał pretekst do czegoś (śmiech) My dalej robimy swoje. Myślę, że będziemy robić jakiś projekt. Na razie nie wiem jeszcze jaki. Ja po każdym projekcie, jak na przykład po „Morowych Pannach” mówiłem, że to jest ostatni w tej materii historycznej, ale zawsze potem pojawiał się ktoś w moim życiu, kto mnie przekonywał, że jest to niesłuszne stwierdzenie i ja się dawałem przekonywać. Okazywało się, że jest jeszcze tyle białych plam, tyle rzeczy niedopowiedzianych, które czekają na odkrycie. Ja sam o tych sprawach często nie wiem. Ktoś mi je odkrywa i ja nie mam innego wyjścia niż podawanie tego dalej.


Tomasz Piątkowski: Świetny album "Rzeka Dzieciństwa" 2011, nominowany do Fryderyka w 2012, to wasze aranżacje utworów między innymi Krajewskiego, Grechuty, Niemena, Nalepy, z nawiązaniem do jamajskiego zespołu The Wailers (Marley). Klasyka polska połączona z reggae. Skąd właśnie taki dobór utworów?

Darek Malejonek: To jest muzyka mojego dzieciństwa. Tribute dla tych ludzi, na których się wychowałem. Jak miałem dwanaście lat słuchałem hard rocka jak na przykład Deep Purple. Dostałem wtedy płytę na urodziny. To był Breakout „Blues”. Oniemiałem, bo myślałem, że nie da się muzyki rockowej zrobić po polsku. Breakout zrobił coś, co mi się wydawało niemożliwe, czyli połączył genialnie muzykę z polskim językiem. To było dla mnie odkrycie podobne jak Grechuta i Niemen. Bez tego nie byłoby mnie jako muzyka. „Rzeka dzieciństwa” to było oddanie długu w pewnym sensie.

Tomasz Piątkowski: Należałeś do do Akademii Fonograficznej ZPAV (Związek Producentów Audio-Video).

Darek Malejonek: Gdzie ja nie należałem? Do Legii Warszawa chyba jeszcze nie. (śmiech)

Anna Piątkowska: Można to zawsze zmienić (śmiech)


Tomasz Piątkowski: Jaki jest dziś pomysł na walkę z piractwem? 


Darek Malejonek: Ja nie jestem tak do końca za tym, bo jak ktoś piratuje moje piosenki, to ja często się zgadzam. Po prostu odpuszczam. Jeśli ten przekaz ma trafić do kogoś, to niech nawet pójdzie bez pieniędzy, niż miałby w ogóle nie pójść.

Tomasz Piątkowski: Dość dobrym rozwiązaniem wydaje się chyba umieszczanie płyt na YouTube, jak na przykład zrobił Litza i Luxtorpeda. Jest to jakaś forma zachęty do zakupu płyty.

Darek Malejonek: Tak. Ludzie, którzy kochają muzykę, zawsze jeszcze do tego płytę kupią, ale ci co by spiratowali, to i tak nie kupią.

fot. Artur Grzanka
Tomasz Piątkowski: W wywiadach wspominałeś, że twoja droga do Boga rozpoczęła się na jednym z Festiwali w Jarocinie?

Darek Malejonek: Tak. To było wtedy, kiedy przyjechał do Polski zespół No Longer Music. Zespół międzynarodowy pod dowództwem Davida Pierce'a, który spowodował, że ja na tym koncercie przeżyłem takie moje pierwsze nawrócenie i to spowodowało, że pierwszy raz się modliłem. Pierce zaprosił mnie do modlitwy o przyjęcie Jezusa Chrystusa do swojego serca, co wtedy zrobiłem. To był ten moment, który był granicznym punktem w moim życiu i od tego zaczęła się całkiem moja przemiana.


Anna Piątkowska: Sądzisz, że już wcześniej coś ciebie prowadziło w tym kierunku, czy był to zupełnie zaskakujący punkt w twoim życiu?

Darek Malejonek: Tak, ja widzę, że już wcześniej Bóg mnie prowadził cały czas dzięki Sławkowi Gołaszewskiemu i dzięki moim poszukiwaniom. W reggae jest bardzo dużo odnośników do Biblii, do proroków, nawet do ewangelii. To mnie kierowało w stronę duchowości. Wcześniej też miałem jakieś doświadczenia, bardziej buddyjskie i wschodnie nauki, co jakoś mnie nie przekonywało. Kiedy poznałem muzykę reggae, coś poruszyło się we mnie, w mojej duszy, w moim sercu i to przygotowało mnie jakby do przyjęcia Ewangelii.

fot. Artur Grzanka
Anna Piątkowska: Ochrzciłeś się, kiedy byłeś już dorosły. Obecnie coraz silniej daje się słyszeć głosy, że chrzczenie małych dzieci to pozbawianie ich wolności wyboru, bo tę decyzję powinno się pozostawić człowiekowi, kiedy już będzie dorosły. Jakie są twoje przemyślenia na ten temat jako osoby ochrzczonej w dorosłym życiu?

Darek Malejonek: To jest tak jakby dziecka nie uczyć matematyki, bo jak będzie dorosłe to powie, że ono nie chciało być uczone matematyki albo grania na gitarze albo jazdy konnej, jazdy na nartach itd. Ja wiem, że to jest coś dużo głębszego niż jazda na nartach. Myślę natomiast, że jeżeli dziecko wyrasta w jakiejś atmosferze, w której jest wiara, to jest mu dużo łatwiej później przyjąć Boga, bo to jest wszystko łaska. To nie jest tylko decyzja. Poznałem wielu ludzi niewierzących, przynajmniej tak określających siebie, którzy mówią, że oni chcieliby uwierzyć, ale jakby nie mają tej łaski. Nie wiadomo kiedy ta łaska przychodzi, czy w wieku dziecięcym, czy potem. Pamiętam, byłem kiedyś na spotkaniu z młodzieżą w Zakopanem i padło pytanie, czy nie chciałbym teraz mieć znowu osiemnaście lat. Chciałem odpowiedzieć, że oczywiście, że bym chciał, ale nagle mnie coś tknęło i powiedziałem, że absolutnie nie chciałbym wracać do tego czasu. Oni pytają, ale dlaczego, przecież to były takie piękne czasy. Ja im na to - jasne, że piękne, ale ja nie wiem, czy ja w tamtym momencie drugi raz wybrałbym drogę do Boga. Biblia mówi, że głoszenie Ewangelii odbywa się przez głupotę przepowiadania, czyli w pewnym sensie Ewangelia jest głupotą dla świata.


Przyjąć Ewangelię, przyjąć Chrystusa, jest dla świata głupotą i trzeba odpowiedniego momentu, jakiejś łaski, żeby tę decyzję podjąć. Nie wiem, czy drugi raz bym tak samo zrobił, czy bym powiedział tak. Bóg przełamał coś w moim sercu. My mamy pewną mentalność, pewną wolę, która powoduje, że dokonujemy niektórych decyzji. Przez pryzmat i filtr swojej mentalności, swojego rozumu ich dokonujemy. Rozum może powiedzieć, że Boga nie ma, że to jest głupota i po co będę podejmował jakieś absurdalne decyzje, bo kto widział Boga? Ja teraz mam łaskę, bo tego wszystkiego doświadczyłem, a nie wiem, czy miałbym ją drugi raz. Już teraz wiem, że jestem po dobrej stronie i nie cofnąłbym się w czasie.

Koncert Maleo Reggae Rockers na festiwalu Song of Songs 2008 fot. Margoz
Anna Piątkowska: O tobie i innych muzykach z którymi założyłeś 2Tm2,3 mówi się „pokolenie nawróconych rockmenów”. Polska muzyka rockowa zna wiele przypadków nawróceń, ale to określenie w szczególny sposób przylgnęło do was ze względu na otwartość i gotowość dzielenia się tym doświadczeniem z innymi na różnego rodzaju spotkaniach. Nawrócony jest przecież też Muniek Staszczyk, a jednak, z różnych pewnie względów, widać go znacznie mniej w kontekście wiary i Boga.

Darek Malejonek: On ma swoją drogę. Jego droga jest bardzo spokojna. Ja widzę, że Pan Bóg powoli robi mu zupełnie inną ścieżkę. My byliśmy takimi wariatami bożymi, którzy od razu poszli na sto procent i nie patrzyli, kto co mówi i czy ktoś się śmieje.

Anna Piątkowska: Nie przeszkadza ta łatka pokolenia nawróconych czasami? Czy ona nie sprawia też czasem, że ludzie przez jej pryzmat postrzegają wasze słowa i może w związku z tym traktują je mniej poważnie lub nie rozumieją?

Darek Malejonek: To jest podobnie, kiedy przychodzi na świadectwo człowiek, który na przykład wychodzi z narkomanii, wyszedł z jakiegoś dna, gdzieś wcześniej upadł kompletnie i Pan Bóg podniósł go z jakiegoś najgorszego upadku. Wtedy ludzie, którzy siedzą w tym kościele mówią: „tak, był ćpunem, był takim niczym, a teraz jest taki jak my, to chwała Panu, ale ja się nie muszę nawracać, przecież jestem porządny, nie kradłem, nie zabijałem”.


A tu chodzi przecież o coś innego. Trzeba sobie uzmysłowić, że ja, który nie miałem doświadczenia jakiegoś upadku i upodlenia, mogę mówić o tym, że nie wystarczy tylko być człowiekiem porządnym. Każdy człowiek ma swoje ograniczenia. Mogę być dobry, ale do pewnego momentu. Czasem tak ci ktoś nadepnie na odcisk, że powiesz „Nie, to koniec! Ja nie jestem w stanie tego człowieka znieść. Dość!” Może to być szef w pracy, proboszcz, żona, ktokolwiek. Kończy się pewna granica miłości, cierpliwości, którą mam.

fot. Anna Piątkowska
Tylko Jezus Chrystus, tylko Duch Św. może spowodować, że mogę tę barierę przekroczyć. Tu właśnie jest ta granica, że wielu porządnych ludzi się gorszy, kiedy Jezus Chrystus mówi „kochaj swojego wroga”. Moja mama dziwi się, że... jak to? W niebie, będą mordercy??? Mówi, że nie chce takiego nieba, bo to niesprawiedliwe, że taki porządny człowiek np. Stopa umarł w wieku czterdziestu sześciu lat, a ten „kanalia taka” chodzi i świat go nosi. Właśnie to jest zgorszenie Ewangelii. Ewangelia jest zgorszeniem, bo Bóg jest miłosierny i ma zupełnie inną perspektywę. Najważniejsze dla niego to zbawić człowieka. On tego człowieka będzie trzymał do dziewięćdziesięciu lat, żeby dać mu szansę, żeby się nawrócił. Da mu takie doświadczenia, żeby krzyczał, błagał do Boga i może coś się w nim przełamie, otworzy, bo ta pycha często nie pozwala na to. Dla nas ta niesprawiedliwość, że ktoś jest wcześniej wezwany jest jakimś zgorszeniem, ale taka właśnie jest optyka Boga. Księga Izajasza mówi, że „ścieżki Boga nie są naszymi ścieżkami”. My inaczej myślimy, my myślimy jako chrześcijanie niestety często światowo, tak jak świat, że jest jedno życie, jedno zdrowie i jak ja to stracę, to moje życie się kończy. Prawdziwe chrześcijaństwo polega na tym, że żyjesz życiem wiecznym w pewnym sensie. Jesteś jednocześnie tu i tam.

Maleo Reggae Rockers podczas koncertu dla WOŚP, 13 stycznia 2008 we Wrocławiu (fot. Rdrozd)
Anna Piątkowska: To troszkę powoduje, że jak Luxtorpeda śpiewa jesteśmy “Persona non grata”

Darek Malejonek: Tutaj niestety jesteśmy. Ta prawdziwa ojczyzna jest w niebie. Moją prawdziwą ojczyzną jest niebo w pierwszej kolejności. Polska jest moją Ojczyzną, którą kocham jak matkę, ale przede wszystkim niebo jest ojczyzną, do której zmierzamy i która będzie na wieczność.

Tomasz Piątkowski: Nawiązując do tematu ojczyzny. Jesteś patriotą. Ojczyzna jest dla ciebie ważna, co podkreślasz i wyrażasz między innymi poprzez projekty muzyczne. Skąd u ciebie tak silna potrzeba miłości ojczyzny w czasach, kiedy jest się obywatelem świata?


Darek Malejonek: Musiałem najpierw przejść pewną drogę. W pewnym momencie zobaczyłem, że nie przypadkiem się tutaj urodziłem, w takiej rodzinie, w takim państwie, w takim narodzie i że nie doceniałem tego. Tak naprawdę nie znalem do końca swojej historii. Oczywiście u mnie w domu Powstanie Warszawskie było czymś naturalnym, było bardzo czczone. Natomiast o Żołnierzach Wyklętych nie miałem pojęcia. W szkole się o nich nie uczyłem. Dopiero w 2013 roku kiedy zaczęliśmy robić „Panny Wyklęte”, po „Morowych”, odkryłem świat tych ludzi i tych bohaterów, tych wszystkich, którzy oddawali życie, żebyśmy mogli być wolni. To byli prawdziwi buntownicy i rebelianci, którzy walczyli z systemem jak Dawid z Goliatem.

Anna Piątkowska: Ich walka nie zakończyła się jednak jeszcze do końca. Historia Ognia z Podhala, skąd pochodzę, pokazuje, że Żołnierze Wyklęci i ich rodziny wciąż walczą o dobre imię. Walczą z opinią bandytów, która wciąż niestety funkcjonuje, a które nadało im komunistyczne państwo po wojnie.

Darek Malejonek: No tak. Oni mieli być zakopani z całą pamięcią o nich. Oni byli zakopywani w mundurach Wermachtu. Chciano wymazać przede wszystkim pamięć o tych ludziach. To jest walka o pamięci i tożsamość Polaków. Tak jak śpiewał Bob Marley, że drzewo bez korzeni nie może rosnąć, a my mieliśmy być wyrugowani z historii. Miał być stworzony nowy jakiś człowiek socjalistyczny. Nie wiadomo, co to znaczy, ale to miał być człowiek, który miał być zupełnie skierowany na potrzeby materialne, hedonistyczne. Straszna krzywda.

Tomasz Piątkowski: Byłeś Ambasadorem Światowych Dni Młodzieży i należysz do Salezjańskiego Wolontariatu Młodzieżowego. Czym dla Ciebie jest zaangażowanie w takie akcje. Co to właściwie daje?


Darek Malejonek: Dla mnie to jest kolejne odkrycie w życiu. W wolontariacie dajesz dziesięć procent, a otrzymujesz sto procent. Każdy wolontariusz ci to powie. Trzeba tylko odkryć ten świat i trzeba w to wejść, żeby to sprawdzić, że dużo więcej dostajesz niż dajesz tak naprawdę.

Anna Piątkowska: Podkreślasz to także na filmie z pobytu w Afryce, gdzie pojechaliście z żoną w ramach wolontariatu.

Darek Malejonek: Tak. Czy to w Afryce, czy wtedy, kiedy byłem w Aleppo w Syrii...

Anna Piątkowska: To było fantastyczne, co zrobiłeś jadąc do Aleppo. Pokazałeś światu zrujnowane miasto pogrążone w wojnie i zwróciłeś uwagę na ludzi, którzy tam zostali. Mną to wstrząsnęło i dało do myślenia.

Darek Malejonek: Ja bardzo chciałem tam być i jakoś tak Pan Bóg sprawił, że to mi się udało, chociaż się bałem. Pomodliłem się i otworzyłem „Dzienniczek” świętej Faustyny. Otworzyłem na chybił trafił, a tam natrafiłem na cytat „ Nie bój się. To ja przygotowałem twoją podróż”. Powiedziałem, o kurde! Mogą się tutaj śmiać z tego, że jesteś Chrześcijaninem, ale tak naprawdę nam nic nie grozi. Tamci ludzie określając się jako Chrześcijanie, narażają swoje życie codziennie. Możesz zostać zamordowany, albo możesz zostać doprowadzony do sytuacji, kiedy dostajesz takie ultimatum: albo wyrzekasz się Chrystusa, i ocalasz życie, albo zostajesz przy Chrystusie i giniesz. U nas możesz najwyżej stracić jakąś reputacje, może jakieś pieniądze większe, ale to wszystko, więc tutaj nie ma żadnego porównania.

Tomasz Piątkowski: Powiedziałeś kiedyś, że „obecnie problemem nie jest tylko likwidacja lęku, ale pokonanie go” Twoja obecność w takich miejscach jak Majdan, Syria, Afryka czy Aleppo to poszukiwanie lęku, aby go pokonać? Jak to rozumieć? 


Darek Malejonek: Nie, nie! Lęku jest pod dostatkiem. Każdy ma jakieś lęki. To nie tak, że nam się wydaje, że nie będzie lęku, że nie będziemy się bać. Tylko, żeby ten lęk nas nie zniewalał, bo on nam przeszkadza w rozwijaniu się, w spełnianiu się. Każdy lęk, każdego rodzaju: przed chorobami, przed śmiercią: lęk o reputację, że czegoś się nie zrobi, bo co inni sobie pomyślą. My jesteśmy w pewnym sensie żebrakami opinii innych ludzi o nas. Chcemy być dobrze postrzegani, chcemy, żeby nas kochano, hołubiono w jakiś sposób. Kiedy mówisz nagle prawdę, to już nie jest tak fajnie. Nagle przestają cię lubić. To jest ta cena, którą się płaci. Możesz to jednak zrobić tylko wtedy, kiedy wiesz, że to Bóg cię kocha. Masz tę Miłość, która jest dużo ważniejsza od tej miłości, którą sobie wyżebrzesz. Ta miłość starcza tylko na chwilę, a Miłość Boża daje ci to paliwo na cały czas, żeby to przełamać.

Ja wiem, że kiedy przychodzi lęk, to lęk zawsze jest od diabła. Trzeba się tego lęku wyrzekać, wyrzekać się diabła i zaufać Bogu. To nie jest proste, bo codziennie ten lęk nas dopada. Ja od rana zawierzam swoje życie Bogu. Kiedy tylko otwieram oko, to staram się to życie skierować na te tory, żeby diabeł nie miał dostępu i mnie nie przerażał z jednej strony, a z drugiej nie atakował od strony próżności. „Zobacz jaki ty jesteś świetny, a oni są debilami, chamami, nie rozumieją cię” „Twoja żona cię nie rozumie, koledzy cie nie rozumieją, wszyscy cię chcą wykorzystać” itd. To jest ta druga strona, kiedy przychodzi z takim plastrem i mówi, że to ty jesteś dobry, a inni są źli.

Anna Piątkowska: Odważyłeś się niedawno również wypowiedzieć się na temat małego Alfiego Evansa. Jako jeden z niewielu miałeś odwagę zabrać głos w tej sprawie na swoim profilu facebookowym.

Darek Malejonek: To był przypływ emocji i chwili. Usiadłem i napisałem ten post i zostawiłem. Kiedy potem sprawdziłem, było tysiąc pięćset udostępnień w pierwszym dniu, a w drugim ponad dwa. Byłem w szoku. Widocznie ludzie potrzebowali tego głosu, skoro tak się utożsamili z tym, co napisałem.


Anna Piątkowska: Myślę, że dla ludzi też ważne było to poczucie, że nie są sami w tym obcym świecie pełnym relatywizmu moralnego i że jest ktoś, kogo można się w pewnym sensie uchwycić. 

Darek Malejonek: Tak, tak. Ja też się chwytam tego, co mówił Jan Paweł II, Faustyna, Chesterton czy ktoś, kto jest postacią ważną w moim życiu. Widzę, że oni też przechodzili pewne sytuacje, też byli niezrozumiani, ale tak naprawdę to się opłaciło, dlatego, że tak naprawdę, nie oszukasz samego siebie, choć możesz udawać, że wszystko jest okey itd. Ta presja środowiska jest tak mocna, że dobrze, że jest Kościół, że są ludzie, którzy myślą tak jak ty i ja, i że nie jesteśmy sami. Jest to jakaś taka grupa wsparcia.

Anna Piątkowska: Czyli według ciebie w dłuższym rozrachunku opłaca się podejmować to ryzyko i próbować myśleć inaczej?

Darek Malejonek: Myślę, że się opłaca. Ludzie często nie wiedzą, że można myśleć inaczej niż na przykład lekarz mówi. „No bo kim ja jestem? Ja się nie znam. Przecież lekarz, taki autorytet w tej dziedzinie mówi, że nie da się nic zrobić, no to znaczy, że się nie da”. Tak byliśmy nauczeni. Tu się okazuje, że nie! Mamy prawo się przeciwstawiać, negować, bo własne sumienie jest ważniejsze niż czyjaś opinia. Jeśli coś nie jest zgodne z moim sumieniem, to ja mam prawo protestować.

Anna Piątkowska: Chciałabym pociągnąć nieco ten temat przekraczania granic z pozoru niemożliwych do przekroczenia. Obecnie w Polsce powstały podziały między ludźmi, jakich chyba wcześniej nie było. Dotyczy to również niestety osób znanych. Każdy ma jakiś program w TV, w którym jest mniej lub bardziej niemile widziany. Ty jesteś dla mnie swego rodzaju ewenementem, bo nie tylko pojawiasz się wszędzie, ale także pokazujesz, że można wyrażać swoje dość jednoznaczne poglądy bez obrażania kogokolwiek. Powiedz, jak ci się to udaje?

Darek Malejonek: Ja nie wiem. Uważam, że chyba jest to moja misja, którą mam w życiu. Podobnie było z „Pannami Wyklętymi”, gdzie zaprosiłem dziewczyny z mainstreamu albo hiphopowej sceny. Mainstream nie ma wiele wspólnego z patriotyzmem i z prawicowością. Nie chcieliśmy się zamykać w jakimś getcie, tylko chcieliśmy, żeby ten patriotyzm poszedł do ludzi bez względu na to, czy jesteś wyznawcą takiej czy innej partii, takiego światopoglądu czy innego. To się udało, bo te dziewczyny mają przecież swoich fanów w środowisku mainstreamowym, które nie jest za bardzo patriotycznie nastawione. Było mi bardzo przyjemnie, kiedy Natalia Kukulska powiedziała, że dzięki mnie odkryła patriotyzm.


Ja też odkryłem go z kolei dzięki komuś innemu. To dzieje się na zasadzie przekazu. Darek Gawin wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego powiedział, że my zapoczątkowaliśmy oddolny ruch patriotyczny. Z naszymi piosenkami mogą się utożsamiać wszyscy, bo te piosenki nie atakują nikogo. Staramy się, żeby nie było to moralizatorstwo, ale opowieści i żywe historie o ludziach. Chcemy pokazywać tych naszych bohaterów od strony atrakcyjnej dla młodych ludzi poprzez muzykę. Do każdej płyty oprócz Panien Morowych dodajemy płytę instrumentalną, żeby ludzie mogli wykonywać te nasze utwory. Otrzymujemy mnóstwo feedbacków z całej Polski z domów kultury i szkół, gdzie ludzie wykonują te piosenki i przysyłają nam często nagrania, co jest dla nas bardzo podbudowujące i motywujące.

Anna Piątkowska: Jak ci się udało namówić do współpracy te wszystkie wokalistki?

Darek Malejonek: To też jest jakaś tajemnica. Nie wiem, może mój czar osobisty (śmiech)

Anna Piątkowska: Kasia Kowalska wyraża się o udziale w tym projekcie w samych superlatywach.

Darek Malejonek: Ja myślę, że te dziewczyny mają to wszystko głęboko w sercu, tylko to było nieodkryte. Na przykład Halinka Mlynkowa. Nigdy bym nie pomyślał. To było trochę ryzyko, żeby zaprosić dziewczynę z mainstreamu, która wcześniej nie śpiewała takich piosenek. Okazuje się, że ona ma taką głębię w sobie. Te teksty, które napisała jak „ Panie generale” czy „ Za wolność” na „Morowych Pannach” to są takie killery, że ja przy tym płaczę. Tak samo Kasia Kowalska czy wiele innych z tych wykonawczyń.


Anna Piątkowska: No i jest jeszcze jedna rzecz, w której wyprzedziłeś modę. Obecnie panuje moda na promowanie kobiet. Ty znów zrobiłeś to już wcześniej.

Darek Malejonek: No właśnie! Feminista! (śmiech) No ja jestem feministą w jakiejś formie.

Anna Piątkowska: Zaangażowałeś kobiety w najbardziej męski z tematów, czyli w wojnę.

Darek Malejonek: No tak. Podkreślanie rangi kobiet, ich wpływu na życie, historię i na nas. Bez kobiet bylibyśmy ułomni, bylibyśmy takimi „kadłubkami” w sensie duchowym i rożnym innym. Dzięki kobietom wygrywa się wojny. Powstanie mogło trwać tyle dni, Żołnierze Wyklęci mogli przetrwać w lasach dzięki zaangażowaniu kobiet.

Ryngraf pomnika Inki w Gruszkach k. Narewki na Podlasiu
Inka była taką bohaterką, że niewielu facetów wytrzymałoby takie tortury co ta siedemnastoletnia dziewczynka. Okazuje się, że kobieca dusza jest niezbadana. Tak jak Arwena czy Eowina we „Władcy Pierścieni” kobiety mają mocnego ducha w sobie. One walczą o miłość, one walczą z miłości „do”: do swojego kraju, do swoich bliskich i walczą o swoich bliskich, a nie kierują się nienawiścią do innych. To jest chyba ta tajemnica.

Anna Piątkowska: Z płytą „Panny sprawiedliwe wśród narodów świata” idealnie wstrzeliliście się w środek dość burzliwej dyskusji o stosunkach Polsko – Żydowskich.

Darek Malejonek: To był w ogóle szok. Mówili „ ty masz układy jakieś?” (śmiech). W takim momencie wyszła ta płyta, a miała wyjść o pół roku wcześniej, ale wtedy nie byłoby w ogóle tego samego oddziaływania. To tak jakby ktoś z góry to wszystko reżyserował. Opóźnienie było z mojej winy i myślałam, że zawaliłem przez to, że płyta wyjdzie o pół roku później. Pomyślałem, że to już za długo, a tu się okazało, że ta płyta czekała na te wydarzenia. Dzięki temu dużo więcej ludzi po nią sięgnęło i dotarła do nich dzięki telewizji i koncertowi. Nas się teraz oskarża strasznie, że jesteśmy współsprawcami holocaustu, że razem z Niemca... z NAZISTAMI. Polacy z Nazistami! To jest ciekawe (śmiech). Z jakimiś Nazistami, a tak naprawdę, to nie wiadomo kto to byli ci Naziści. To jacyś kosmici (śmiech).


Nasz cel jest taki, żeby odkłamywać tę historię, bo to inni piszą na nowo historię, a my ją odkłamujemy. Jasne, że byli szmalcownicy i podli ludzie, ale to jest wojna. W czasie każdej wojny wypływają na wierzch męty, a ci sprawiedliwi są mniej widoczni. Dobro jest zawsze mniej widoczne, ale właśnie po to my jesteśmy, żeby tych ludzi odkrywać i pokazywać. Zło jest zawsze bardzo krzykliwe i natarczywe, i zawsze się świetnie sprzedaje. Ludzie dobrzy się nie afiszują. Wielu ludzi, którzy ratowali Żydów nie przyznawało się do tego. Dla nich było to oczywiste, że postąpili jak trzeba. To jest niesamowite, dlatego ja jestem dumny z naszej historii, ale nie oskarżam z drugiej strony.

Tomasz Piątkowski: Nie obawiasz się, że jest to tylko chwilowa moda na patriotyzm, która zaraz się skończy.

Darek Malejonek: Jasne. To kiedyś przejdzie. Jeżeli to przejdzie w ten mainstream, to zacznie się bunt przeciwko temu wśród młodych ludzi i kontestacja. To jest rzecz naturalna. My kiedy zaczynaliśmy „Panny Morowe” i to było w 2012 roku, kiedy nie było jeszcze tej „mody” na Wyklętych i koszulki, w których chodzą teraz ludzie.

Tomasz Piątkowski: Czego ci życzyć na koniec naszej rozmowy?

Darek Malejonek: Wszystko mam (śmiech). Zdrowie się przyda. Jak pieniądze się pojawiają, to tez nie odrzucam (śmiech). Myślę, że tego, żebym dalej miał inspiracje i pasję do tworzenia. Żebym dalej miał tę dziecięcą chęć do tworzenia, która mam, a nie chciałbym tego stracić.

Anna Piątkowska: To w takim razie tego właśnie ci życzymy oraz nowych wspaniałych projektów muzycznych na które już czekamy.


***

Autor bloga Muzyczna Podróż dziękuje Autorom bloga MuzykTomaniaA oraz wyjątkowemu Artyście Maleo za ten niesamowity tekst oraz za wielką radość, jaką odczuwał on podczas jego lektury i przedruku. Najbardziej jednak dziękuję Opatrzności, która zaplanowała sobie to Wasze piękne spotkanie jako ziarno pierwszego dziennikarskiego siewu Ani i Tomka, z którego - mam głębokie przekonanie - wyrośnie wkrótce potężne drzewo ku chwale przyszłych pokoleń Polaków na Wyspach, a wszystkim tu wymienionym pozwolę sobie zadedykować tę oto niezwykłą Pieśń:


Autorzy

Autorzy wywiadu z Maleo


Tomasz Piątkowski: Urodziłem się w 1982 roku i należę do pokolenia zmian systemowych w Polsce. Pochodzę z miasteczka Jelcz Laskowice, w którym powstawały słynne ciężarówki. Do mojego zainteresowania muzyką przyczynił się szkolny radiowęzeł, z którego po raz pierwszy usłyszałem kawałek zespołu Metallica pod tytułem “One”, od którego zaczęła się moja fascynacja muzyką. Od tamtego momentu, zupełnie zelektryzowany magią gitary Kirka Hammeta. Poświęcałem niemal każdą wolną chwilę na zgłębianie wiedzy o muzyce. Dużo czytałem. Początkowo wciągnęły mnie bez reszty ciężkie brzmienia death metalu, a z czasem poszerzyłem swoje zainteresowania o hard rock, punk i klasyczny heavy metal, którego stałem się fanem. W miarę poznawania historii tych gatunków starałem się także uczestniczyć w koncertach i festiwalach. Najmilej wspominam legendarne już festiwale Woodstock w Żarach (2001, 2002, 2003), które zapadły mi w pamięć dzięki ich niepowtarzalnej atmosferze. Dziś staram się poszerzać swoje horyzonty muzyczne o poezje śpiewaną, blues i w mniejszym stopniu jazz. O muzyce rockowej wiem zapewne równie wiele, co o historii, która jest drugą z moich namiętności. Obie traktuję jako źródła niekończących się wątków do rozmów i dyskusji, które z chęcią i upodobaniem jestem w stanie prowadzić z każdym, o każdej porze dnia i nocy. Przybycie na Wyspy Brytyjskie pozwoliło mi poznawać tutejszą scenę muzyczną, otworzyło przede mną możliwości uczestnictwa w koncertach, a czasem nawet osobistego spotkania z legendami świata muzyki jak chociażby występ grupy UFO w St Albans w 2016 roku, po którym na backstage'u spotkałem się osobiście z członkami zespołu. Od niedawna stawiam pierwsze kroki w roli dziennikarza. Uczestniczyłem już w wywiadzie z Lubelską Federacją Bardów oraz z  legendą polskiego heavy metalu Grzegorzem Kupczykiem.

Anna Piątkowska:Urodziłam się w ojczyźnie kierpców i oscypka, w stolicy Podhala słynącego z hokeja, w czasach, kiedy pod ladą można było dobić najlepszy deal. Moja młodość i dzieciństwo upłynęły mi dość błogo wśród łąk, pagórków i gór w pięknych Maniowach. Kiedy po pewnym czasie zmęczyło mnie ciągłe wchodzenie pod górę, postanowiłam troszkę pojeździć po świecie w poszukiwaniu czegoś bardziej przyziemnego. Po rocznej emigracji w UK wybór padł na piękny Wrocław, gdzie studiowałam resocjalizację. Zupełnie nieoczekiwanie, na trzecim roku studiów poznałam mojego przyszłego męża Tomasza, który stał się partnerem idealnym, gdyż swoim wzrostem zawsze rekompensował mi tęsknotę do rodzinnych stron. Mąż mój, miłośnik muzyki, w owym czasie słynny był z tego, że od kilku już lat edukował swoich sąsiadów z twórczości takich zespołów jak Vader, Slayer, Decapitaed oraz Cannibal Corpse. Od 2010 roku jednak zrezygnowany kompletnie porzucił tę działalność, przerzucając swoje wysiłki edukacyjne na dziewczynę pracującą w jednym z pobliskich zakonów jako wychowawca, a ponieważ muzyka i miłość łagodzi obyczaje, mąż mój zakochał się tym razem w heavy metalu! W 2013 roku emigrowaliśmy do UK, gdzie ja od niedawna staram się być wsparciem i tarczą dla dobrze zapowiadającego się według niektórych [to o mnie! - przyp.red] i stawiającego swe pierwsze kroki w dziennikarstwie Tomasza Piątkowskiego. Jeśli chodzi o moje powiązania z muzyką, to poruszam się głównie w obszarze odbiorców i jedynym, niezawinionym przeze mnie sukcesem związanym z tą dziedziną jest ta sama data urodzenia co niezwykle utalentowanej Amy Winehouse. Jeśli chodzi o gust muzyczny, to zupełnie nieprzypadkowy jest tutaj fakt łączących mnie bliskich relacji z fanem heavy metalu. Mnie również bardziej odpowiadają cięższe brzmienia. Ja jednak, w odróżnieniu od męża, nigdy nie byłam fanem czy fanatykiem jakiegoś bandu czy rodzaju muzyki. Jest kilka, ze szczególnym uwzględnieniem Luxtorpedy, którą lubię szczególniej, bo łączy w sobie to co najlepsze czyli dobre, mocne brzmienie i rewelacyjne teksty, które wydają się być wprost dostrojone do mojego myślenia o świecie, a do tej pory żadna z ich płyt mnie nie rozczarowała. Teksty Hansa lubiłam jeszcze z 52Dębiec i innych jego projektów, a kiedy usłyszałam go w 2010 roku w Luxtorpedzie wiedziałam, że ta kapela stanie się moją ulubioną. Nie pomyliłam się, bo połączono tutaj elementy rocka i hip hopu, czyli to, co lubię najbardziej. Bardzo żałuję, że do tej pory nie udało mi się ich usłyszeć na żywo. Mam jednak nadzieję, że Litza szczęśliwie pozbiera się zdrowotnie i zawita w nasze skromne emigracyjne progi. Mówiąc o moich gustach muzycznych mogę nie wspomnieć o Polisz Czarcie, który wprost zalewa różnorodnością gatunkową [Polisz Czart niniejszym dziękuje - przyp. red]. Mamy tu wszystko, od punka po poezję śpiewaną przez hip hop i legendy polskiego rocka jak Kult czy Hey. Metasoma jest jednym z zespołów, które można usłyszeć na Polisz Czart i ten band w Just breathe od razu trafił w mój gust. Tylko kwestia czasu, kiedy zrobi się głośno o tym zespole. Świetnie się zapowiadają. Jestem bardzo ciekawa ich nowej płyty. Życzę im sukcesów. Gdyby nie Polisz Czart nie miałabym szansy o nich usłyszeć. Gdzież indziej jeśli nie tutaj słuchacz, tak spragniony nowych twórców i twórca tak spragniony słuchaczy mogą się w końcu szczęśliwie spotkać? :

"Dla wydziaranych po zęby dziewczyn po gimnazjum. Emeryci też dobrze się bawią..." - z Pawłem Sitnickim z zespołu KOIOS rozmawia Kamila Kilian

Poniższy wywiad ukazał się oryginalnie na blogu Kamili Kilian "rocKamila" pod adresem https://rockamila666.blogspot.co.uk/




Zespół powstał jesienią 2012 roku. Powstanie grupy zainicjowali gitarzysta Paweł Sitnicki wraz z basistą Janem Domańskim. Obydwaj w tym czasie są jeszcze członkami deathmetalowej formacji Penance. Do współpracy zapraszają również ówczesnego wokalistę Penance, Roberta "Varulva" Bartoszka. W tym składzie rejestrują debiutancki utwór "Piggy”. Na początku 2013 roku do składu dołącza perkusista, Radek Muzyka (Heretic, War-Saw) oraz gitarzysta Marek Bereda (Hic Iacet). Rozpoczynają się prace nad materiałem, a zespół poszukuje wokalisty. Po kilku miesiącach zespół ma już ukończone pierwsze utwory. Wokalistę Roberta Bartoszka zastępuje też Karol Augustyniak.


W tym składzie formacja gra kilkanaście koncertów i decyduje się zarejestrować materiał w studio. Przed ukończeniem nagrań, na przełomie 2013/2014 roku, zespół opuszcza Karol Augustyniak a jego miejsce zajmuje Filip Borowicz. To dość odważna decyzja dla członków zespołu, gdyż nowy wokalista wywodzi się z muzyki rap i dopiero zaznajamia się z typowymi dla metalu technikami wokalnymi. Jednak po paru miesiącach grupa z powodzeniem koncertuje i decyduje się zarejestrować wszystkie partie wokalne rozpoczęte przez Augustyniaka od nowa. Jednak ze względu na zaostrzające się różnice w stylach muzycznych już w styczniu 2015 r. KOIOS rezygnuje ze współpracy z Borowiczem. Mimo to, ukazuje się singiel promujący muzykę zespołu, zawierający trzy utwory, "Rapture", "Alien Jesus" oraz "Eeet!" zaśpiewane przez Borowicza.

W połowie lutego 2015 roku następuje przełom dla zespołu, gdy za mikrofon łapie Filip Pikulski (Dahaca), wokalista i pianista, a także wykładowca ekstremalnych technik wokalnych w warszawskiej Akademii Rocka. Miesiąc później ze składem żegna się Radek Muzyka a jego miejsce zajmuje Marcin Dubeltowicz, doskonały perkusista, który szlify zdobywał w znanych zespołach grind corowych, co wyraźnie zarysowało się w jego stylu muzycznym. W odnowionym składzie KOIOS znów intensywnie koncertuje. Bierze też udziały wielu festiwalach muzycznych, na których odbiera nagrody przyznawane za równo przez jury, jak i przez publiczność.


Sukcesy w konkursach otwierają też drzwi do dalszych koncertów w całym kraju. Grupa kończy szlifować nagrany wcześniej materiał i po raz kolejny decyduje się na nagrania od nowa wszystkich partii wokalnych, tym razem z Filipem Pikulskim. Na początku 2016 roku ze względu na sytuację rodzinną z zespołem żegna się Dubeltowicz, a jego miejsce zajmuje znany ze swojej pracy sesyjnej profesjonalny perkusista oraz wykładowca warszawskiej Akademii Rocka, Michał Żardecki (Prime Time, Sky Colapse). Zespół utrzymuje jednak kontakt z Marcinem Dubeltowiczem i okazjonalnie gra z nim koncerty. W maju 2016 r. na światło dzienne wychodzi nagrane w HZ Studio pierwsze wydawnictwo grupy zatytułowane "Triangulate The Triangle". Obecnie zespół pracuje nad materiałem na płytę LP oraz aktywnie koncertuje w całej Polsce.

***

Autorka rozmowy z zespołem KOIOS
- Czym jest zespół Koios i jak się narodził?

- Zespół narodził się w głowie Janka Domańskiego i mojej kilka lat temu. Odchodziliśmy właśnie z pewnej ultra tru deathmetalowej kapeli i chcieliśmy spróbować czegoś nowego. Różnych wersji składu było tyle, że nie ma chyba sensu o tym gadać. Dzisiaj występujemy z Jankiem Domańskim na basie, Filipem Pikulskim na wokalu i Michałem Żardeckim na bębnach.


Wspierają nas również Jarek Waszczyszyn na basie i Marcin Dubeltowicz na bębnach, gdy terminy koncertów stają się zbyt zabójcze, by im podołać. Ważną częścią zespołu jest i zawsze był także Czerez, czyli Marek Bereda, który jednak ze względu na poważną kontuzję ręki musiał tymczasowo wycofać się z koncertowych aktywności.

- Nazwa waszego zespołu jest krótka i tajemnicza. Co się za nią kryje?

- Nie wiem, czy jest aż tak bardzo tajemnicza, bo dużo o tym mówimy w różnych wywiadach. W każdym razie KOIOS to bóstwo związane z mądrością w mitologii greckiej. Mieliśmy taki górnolotny pomysł, żeby nabijać się różnych przejawów głupoty ludzkiej, więc mamy różne zaangażowane numery o Prosiaczku z „Władcy Much” Goldinga, o tym, że Jezus jest częścią szerszego planu inwazji obcych, o obżarstwie i przesadnej konsumpcji, reptilianach, teoriach spiskowych itd. Jest też numer o facecie z Georgii, który odciął sobie fiuta, bo był zbyt wierzący, żeby ciągle się masturbować.

- Dotychczasowa twórczość KOIOS opiera się tylko i wyłącznie na anglojęzycznych numerach. Czy planujecie nagrać także kilka utworów w rodzinnym języku?

- Nigdy nie mów nigdy, ale wbrew pozorom słucha nas trochę osób za granicą, a w mojej opinii metal po polsku nie brzmi najlepiej, więc nie zanosi się na mroczną poezję w języku Piastów.

- Czym zajmujecie się oprócz grania?

- Ja pracuję w reklamie. Janek jest programistą. Michał i Filip są nauczycielami w Akademii Rocka. Marek zajmuje się handlem. Każdy ma mniej lub bardziej dochodowe zajęcia, które pozwalają mu na realizację w muzyce, bo przecież pieniędzy się na tym nie zarabia.

- Co udało Wam się jak dotąd osiągnąć?


- Wygraliśmy parę konkursów, ale nie chcę się zagłębiać w szczegóły. Graliśmy z włoskim Sadistem, Thy Disease, Cinis, Jack Crusher. Graliśmy też z TSA, jeśli można to uznać za sukces. Nawet musiałem wtedy zmienić struny Andrzejowi Nowakowi, bo w stresie przed koncertem nie wiedział jak to zrobić, a z jakiegoś powodu nie mieli ze sobą technicznych. Z ciekawostek, to nasz klip do „Hate?” otrzymał nominację do L.A. Music Video Awards i Berlin Music Video Awards.

- Powiedzcie coś o swojej pierwszej EPce z 2014 roku, są na niej tylko trzy numery. Jak tą płyte oceniacie?

- Jesteśmy z niej bardzo dumni, choć nagranie tego cudeńka to było piekło. Śpiewał na niej jeszcze nasz poprzedni wokalista Filip Borowicz. Nie mieliśmy jeszcze grubego doświadczenia studyjnego, nie mieliśmy sprzętu, którym dysponujemy teraz, numery okazały się znacznie trudniejsze do nagrania niż nam się początkowo wydawało, ale dopięliśmy swego.


Po zmianie wokalisty musieliśmy powtórzyć wszystkie ścieżki wokalu, ale było warto. Z poprzednim wokalistą nie miało to jeszcze takiego pazura, jaki ma dzisiaj, ale i tak pokazało w jakim kierunku chcemy zmierzać. Wiesz, trochę jak z pierwszym dzieckiem, które ma może jakieś wady genetyczne, ale i tak trzeba je kochać, bo przecież nie wypada inaczej.

- Gdzie nagrywaliście płytę Triangulate the Triangle? Kto zajmował się produkcją i jak sami oceniacie efekt końcowy?

- Płytę nagrywaliśmy w Hz Studio z Mariuszem Konikiem i Robertem Wawro. Super goście. Nas efekt końcowy zwalił z nóg. W życiu nie spodziewaliśmy się, że zabrzmi to tak profesjonalnie. Chłopaki znani są z bardzo sterylnego podejścia do nagrywania, w którym wszystko musi być idealnie. Mi akurat bardzo odpowiada takie brzmienie i na ten moment nie wyobrażam sobie pracy z kimkolwiek innym. Mają swoje wady, np. Mariusz śmieje się z pomyłek, a Robert niewyraźnie mówi, ale nikt nie jest idealny.

- W jaki sposób można kupić tę płytę? Kto na pewno powinien się zainteresować krążkiem Triangulate the Triangle?

- Można ją kupić przez naszego Facebooka, można kupić płytę cyfrowo na bandcampie i na naszej stronie www.koios.com.pl

- Płyta jest dla wszystkich. Utwór „Hate?” dedykujemy przede wszystkim rodzinom wielodzietnym. Utwór „Eeet” wszystkim tym, którzy mają problemy z nadwagą, a „Alien Jesus” raczej na pewno trafi w gusta fanów science fiction.

- Co się zmieniło w zespole podczas pracy nad płytą. Kto rzucał pomysły, kto je przyjmował?

- Niewiele się zmieniło. Pięć razy się pokłóciliśmy, dziesięć razy pogodziliśmy. Parę osób odeszło, kilka sami poprosiliśmy o odejście. Nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać, szczerze mówić o emocjach, eksplorować swoją seksualność, godnie znosić porażki, zwłaszcza życiowe, podźwigać się po nich i cieszyć chwilą, zwłaszcza spędzaną z rodziną i przyjaciółmi z dala od zespołu. Studio potrafi przypomnieć Ci, że życie to nie tylko muzyka, ale też np. gry video i alkohol.


- W obecnych czasach konsumenci preferują ściąganie muzyki za darmo, niż kupowanie. Wytwórnie narzekają na stratę w dochodach, a gdzieś miedzy nimi są artyści, którzy próbują zarabiać na sztuce. Jakie jest Wasze zdanie o obecnym wyniku muzycznym?

- Artyści nie zarabiają na sztuce. Zarabiają rzemieślnicy. Nie ma w tym nic złego, tak po prostu jest i było. Tylko, że teraz jest tak jeszcze bardziej niż wcześniej. Jest za to trochę łatwiej z promocją, bo nie musisz pojawić się w Muzycznej Jedynce, żeby ktoś zobaczył twój klip. Odkąd skończyła się edukacja muzyczna, muzyki instrumentalnej mało kto jeszcze słucha.

Na koncerty live bandów przychodzi garstka ludzi, a na koncerty człowieka z głową myszy za macbookiem przyjdą tłumy. Ale po co narzekać? Jak ktoś ma łeb na karku, to dywersyfikuje, pogra z jednym bandem dla pieniędzy, z drugim dla sztuki, nauczy się produkcji muzycznej, sprzeda utwór do stocków, nagra komuś demo itd. Nadal lepiej niż praca w AGD.

- Dla jakiej publiczności najchętniej gracie?


- Dla wydziaranych po zęby dziewczyn po gimnazjum. Emeryci też dobrze się bawią.

- Jak wygląda Wasza aktywność koncertowa i koncertowe plany na 2018/2019?

- Mnóstwo, mnóstwo koncertów, fejm i cycki. Nie chcę o tym gadać ;)

- Poznaliśmy się osobiście w 2014 rok, co się zmieniło u Was przez ten czas?

- Wygraliśmy parę konkursów, nagraliśmy kilka super klipów, zagraliśmy tony koncertów, zmieniliśmy kilku muzyków, powstały nowe numery.

- Używacie zaawansowanej techniki na scenie. Jakich sprzętów używacie- głównie gitarzyści - jako backline i dlaczego?


- Dla gitar na scenie mamy 2 Kempery, czyli profilery cyfrowe, którmi sklonowaliśmy sobie nasze piece lampowe używane podczas nagrań. Głównie patche z Mesą DR, a na leady dorzucamy sobie Diesla albo EVH, kto co lubi. Kemper idzie albo bezpośrednio w PA, albo w końcówkę Matrixa i w kolumnę, jeśli akustyk jest purytaninem. Równolegle sygnał idzie w mixer obsługiwany przez perkusistę i wraca do nas odsłuchami dousznymi, więc nie bawimy się już w „trochę głośniej, trochę ciszej, proszę pana”, tylko sami ustawiamy sobie własny mix. Z mixera idą też sample, triggery perkusyjne, click track dla każdego i inne przyjemności. Basista Janek grał też na Kemperze, ale przesiadł się na analog, którym też wpina się w mixer, a basista Jarek gra na Heliksie.

I raz jeszcze Kamila z bandem
Marek używa 7 strunowego Skervesena, ja gram na 7 strunowym Blackacie a czasem na Sterlingu. Janek na 5 strunowym Mayonesie, Jarek na 8 strunowym Nexusie. W studio gramy na lampach, głównie na Mesie DR i ENGL powerballu, o ile Marek go jeszcze nie sprzedał, mieszamy to też z Kemperami. Taki system jest optymalny dla naszych pleców, transportu osobówką i jesteśmy w stanie to rozłożyć poniżej 10 minut, nie robiąc nawet soundchecku, bo wszystko gra cały czas tak samo.


Nie licząc rozkładania perkusji rzecz jasna. Oczywiście zagramy w każdych warunkach, z odsłuchami, bez odsłuchów, na lampie, analogu, z backlinu, z PA itd. Nawet sami możemy nagłośnić mały klub. To tylko jest coś, co daje komfort psychiczny, że wiesz co robisz i słyszysz co się dzieje.

- Na koniec chcę zapytać o warszawską scenę muzyczną. Jakich artystów z Warszawy znacie i cenicie?

- Większość zespołów, z którymi graliśmy w Warszwie jest warta uwagi. Nie przypomnę sobie wszystkich rzecz jasna, ale ostatnio duże wrażenie zrobiły na nas Pyorrhea i Deivos. Szczerze, warszawski rynek na naszą muzykę nie jest powalający. Zdecydowanie najlepsze koncerty gramy poza Warszawą. Wrocław, Kraków, Opoczno, Kraśnik, Rzeszów, Koszalin, Bartoszyce, to są miejsca, które wspominamy najlepiej z naszych tras.


- Ostatnie słowa należy do was!

- Powiem to, co zawsze przy takich okazjach. Ludzie, chodźcie na koncerty. Nie ważne czy słuchacie death, black, groove, smooth, shit, fuck, czy innego pseudogatunku metalowego. Chodźcie na wszystko, bo wszystko ma wiele do zaoferowania, jeśli znajdzie się w sobie odrobinę otwartości na coś nowego. Chodźcie na koncerty i bawcie się, chlejcie na umór, nie stójcie jak widły w gnoju pod ścianą, bo szkoda życia na bycie dostojnym, nadętym metalowcem z odwróconym krzyżem w tyłku.


***

Kamila Kilian mieszka w Łazach. Przyszła na świat 22 września 1996 roku w Koszalinie. Jej hobby to fotografia, zwierzęta, traktory, a przede wszystkim muzyka. Od trzech lat jest też wolontariuszką w Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt w Koszalinie. Jej miłość do traktorów pojawiła się na Zlocie Traktorów i Maszyn Rolniczych w Łazach, a muzyka jest u niej od zawsze. Rocka słucha od podstawówki. W gimnazjum zaczęła uczestniczyć w koncertach i poznawać nowe zespoły. Prowadzi grupę na Facebooku "Koncerty Koszalin Słupsk Gdańsk Gdynia Miastko Pomorze PL" Blisko rok temu postanowiła spopularyzować swoje zaprzyjaźnione zespoły w propozycjach do Listy Przebojów Polisz Czart! Słucha różnych gatunków metalu i ciągle poznaje nowe kapele. Zbiera płyty, kostki do gitary, pałki i bilety koncertowe oraz playlisty z autografami. Na koncertach uwielbia się dobrze bawić, headbanging, pogo i darcie się razem z wokalistą uwalnia ją od codziennych problemów. Na FB prowadzi polski fan-page brytyjskiej Metasomy.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Antoni Malewski - ECCE HOMO. Ostatnia droga MARKA KAREWICZA

Kościół św. TRÓJCY
ECCE HOMO (Oto człowiek) - tymi słowami ksiądz pastor rozpoczął pożegnalne, żałobne nabożeństwo pamięci naszego, wybitnego artysty fotografika MARKA KAREWICZA w warszawskim kościele ewangelickim ŚWIĘTEJ TRÓJCY przy Placu Stanisława Małachowskiego. Odeszła na zawsze ikona największa polskiego JAZZU. Przeżyła w muzycznym świecie 80 lat. Marek był namacalnym symbolem jazzowego życia w Polsce.

Poniedziałek 2 lipca 2018 roku był dniem chłodnym i pochmurnym z przelotnymi opadami deszczu. W takim dniu odbył się pochówek ukochanego przez mieszkańców Tomaszowa Maz. „człowieka ze złotym obiektywem” Honorowego Obywatela Miasta za 2015 rok. Wiele osób, różnymi środkami lokomocji z naszego grodu przyjechało do stolicy, by pożegnać MISTRZA FOTOGRAFII. Również dotarła delegacja z Tomaszowa, którą reprezentowali: Piotr Gajda w imieniu Prezydent Miasta, Pana Marcina Witko, panie – Dyrektor CKM Anna Zwardoń oraz z-ca Dyrektora Beata Arkuszyńska reprezentujące Miejskie Centrum Kultury, by pożegnać „honorowego obywatela miasta”, Mariusz Sobański z Galerii ARKADY (w tym lokalu, w centrum miasta odbyło się wiele spotkań z Panem KAREWICZEM). Przybyło także wiele prywatnych osób, uczestników spotkań organizowanych czy to przez ARKADY, czy moją osobę.


Zabrałem się w smutną podróż samochodem nissan państwa Starnowskich z osobami, które na przestrzeni ostatnich lat życia i pobytu w naszym mieście Marka Karewicza, byli blisko Niego. Tym samym przyczyniali się do rozpowszechniania Jego DZIEŁ (tj. książki, fotogramy, rollupy, projekty okładek płyt gramofonowych), wiedzą z gatunku - kim był („ecce homo”) mieszkaniec (11 lat życia – 1944/1954) Tomaszowa Mazowieckiego?

Tomaszowska grupa przed wejściem do kościoła św. TRÓJCY
Beata i Mariusz Starnawscy – z tomaszowskiej PARTY PIZZA, do której (do „upadku” Księgarni Barbary Goździk, jej zaplecze służyło jako stałe miejsce „schadzek” przyjaciół) za każdym pobytem w Tomaszowie, Marek ze swoimi opiekunami (Jolą Byliniak, Wiesławem Śliwińskim) „bazował” Karewicza zajadając smacznie, dotychczas jak sam twierdził, nielubianą pizzę. Przygotowując się do obchodów 80 urodzin Marka, Mariusz, załatwił (trudną do zdobycia na naszym terenie) tak bardzo lubianą przez lata spędzone w naszym mieście rodziny Karewiczów - kiełbasę mortadelę - co wywołało ogromną radość wszystkich obecnych w Jego urodzinowym mieszkaniu. Słynna, tomaszowska mortadela, to kulinarny przysmak sprzedawany w latach 40/50/60-tych ubiegłego wieku, w miejskiej - „Końskiej jatce” (dzisiaj Galeria ARKADY).


Ewa Komar – uczestniczyła ze swoją kamerą i aparatem fotograficznym w wielu wydarzeniach, spotkaniach z Markiem (również w sesjach wyjazdowych jak – Sopot, Gdynia, Zakościele) zapisując „okiem kamery” wiele kadrów w Jego domu przy ulicy Nowolipki, na wystawach prac Pana Marka w Starostwie Powiatowym, Społeczności Chrześcijańskiej TOMY czy zakościelowych, muzycznych spotkaniach (było ich cztery). Dzięki jej kamerowaniu, wykonaniu wielu FOTO przyczyniła się, że mogłem zmontować kilka filmów o Marku Karewiczu, jak: „Złoty Fryderyk w Tomaszowie”, „75 urodziny Karewicza w OK. TKACZ”, „Spotkanie po latach” czy „5 lat Fundacji Sopockich Korzeni”.

Nasza tomaszowska grupa podczas trwającego, żałobnego nabożeństwa
Monika Fiszer – chyba najważniejsza osoba dla Marka, szczególnie w jego ostatnim okresie życia. Monika, dla Marka zwaną „małą”, uczestniczyła we wszystkich spotkaniach z udziałem MISTRZA fotografii, tak w mieście (Galeria ARKADY, Miejskie Centrum Kultury, Społeczność Chrześcijańska TOMY, kino „Włókniarz”, muzyczne spotkania w Zakościelu (4 spotkania), dwie wystawy w Starostwie Powiatowym jak i w słynnym gdyńskim Klubie GROM – odbył się tu koncert na rzecz rock’n’rolla pt. „W rytmie Rock’n”Rolla”, poświęcony Pierwszej rocznicy śmierci ojca chrzestnego polskiego rock’n’rolla, Pana Franciszka Walickiego.


Przy każdym spotkaniu z Markiem, na czas pobytu, „mała” opiekowała się Nim, dużo konwersując z artystą fotografii, zaskakując dużą wiedzą o nim samym jak również znajomością w dziedzinie rock’nroll, jazz a także w wielu innych dziedzinach życia. Niejednokrotnie kiedy odwiedzaliśmy Marka Karewicza w Jego mieszkaniu przy ulicy Nowolipki, zawsze najwięcej czasu w rozmowie poświęcał, właśnie „małej” Oboje uwielbiali z sobą, nie tylko rozmawiać, bo Monika zawsze przygotowała zmyślną potrawę a Złoty Fryderyk zjadał ją z wielkim apetytem. Marek bardzo polubił „małą” i za każdym pobytem w naszym mieście pytał – Antoni co z „małą”? Czy przyjdzie na spotkanie ze mną?

Ulubiony przez Marka zespół „The Warsaw Dixielanders” w deszczowej oprawie na Cmentarzu Ewangelickim
Monika odwdzięczyła się Markowi, jak to się mówi, z nawiązką. Kiedy Krzysiek Jochan zgłosił Karewicza na Honorowego Obywatela Miasta Tomaszów Mazowiecki koniecznością przystąpienia do konkursu, było zebranie co najmniej 300 podpisów przez mieszkańców miasta. Również bardzo ważne stało się przekazanie informacji, wiedzy o zgłoszonym (właśnie Rada Miasta Urzędu Miasta, przyznaje tytuł Honorowego). „Mała” stanęła na wysokości zadania. Nadludzkim wysiłkiem, tylko dla siebie znanym sposobem, zebrała podpisy od ponad 220 osób, przy okazji informując każdego wpisującego się, o życiu Marka Karewicza w Tomaszowie Mazowieckim. Dzisiaj z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że Monika uruchomiła procedurę nadania tego zaszczytnego tytułu, Markowi Karewiczowi.


Patryk Pigulski – młody człowiek, jeszcze uczeń szkoły średniej. „Odkryłem go”, kiedy on zaczął na ogólnej i mojej stronie „fb” lajkować niektóre wpisy tekstów muzycznych, wywiady ze mną czy ludzi muzycznego show businessu a zwłaszcza te ostatnie teksty poświęcone Markowi Karewiczowi zamieszczone po Jego śmierci. Przyznać muszę, że Patryk przypadł mi bardzo do gustu a kiedy okazało się, że w nissanie państwa Starnawskich jest wolne miejsce, wszyscy zadecydowaliśmy, by Patryk dołączył do nas. Tak więc w liczbie sześciu osób wybraliśmy się na pogrzebowe uroczystości i pochówek, do Warszawy.

Trumna z ciałem MISTRZA FOTOGRAFII w asyście warty honorowej polskiego żołnierza
Kiedy przybyliśmy naszą sześcioosobową grupą do ewangelickiego kościoła Św. TRÓJCY przy Placu S. Małachowskiego, padał drobny deszczyk. Lekko przemoknięci weszliśmy do świątyni gdzie na białym katafalku, przy ołtarzu stała zamknięta trumna otoczona wiązankami kwiatów i wieńców a przy niej honorową wartę pełnili żołnierze polscy. Przed trumną widniał dużych rozmiarów kolorowy portret człowieka ze złotym obiektywem. Główna nawa kościoła wraz z miejscami siedzącymi, zapełniona była całkowicie muzykami, dziennikarzami, kolegami, przyjaciółmi, rodziną. Wśród nich znaleźli się między innymi: Paweł Brodowski, Włodzimierz Pawlik, Marek Gaszyński, Stefan Friedman, Emilia Krakowska, Krzysztof Materna, Jerzy Iwaszkiewicz, Hirek Wrona czy Irena Karel. Pogrzeb miał charakter państwowy z asystą Wojska Polskiego. Pożegnalną mowę, jako pierwszą przedstawiła w imieniu Ministra Kultury, rządu, polskiego państwa podsekretarz stanu w Ministerstwie, Pani Wanda Zwinogrodzka.


Tuż po niej przepiękny głos o MISTRZU fotografii zabrał, Prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, przyjaciel Karewicza, Pan Piotr Rodowicz. Następnie bardziej prywatną mowę wygłosiła koleżanka Marka, Pani Krystyna Kucewicz reprezentująca „Express Wieczorny”. W trakcie nabożeństwa żałobnego, piękną homilię o Marku Karewiczu wygłosił, ksiądz pastor. Przyrównał zawód Marka na równi z darem Boga. Pan Bóg – jak mówił pastor - daje światło, cień, obiekt, sprzęt a fotografowi, jako „Ecce Homo” dał rozum, intelekt, by niezastąpione boskie dary zamienić w ludzkie dzieło w postaci przepięknej fotografii. Tak właśnie czynił Pan Marek Karewicz. Po homilii z balkonu chóru rozległy się cudowne dźwięki saksofonu, gdzie przyjaciel Marka, światowej sławy jazzowy muzyk Pan Zbigniew Namysłowski wykonał cudowną balladę, którą wcześniej słyszałem w domu przy ulicy Nowolipki. Marek ze Zbigniewem wcześniej ustalili by w przypadku Jego śmierci tę balladę zagrał na pogrzebie, co Zbigniew Namysłowski uczynił.

Namysłowski pośmiertnie, tylko dla Marka, gra cudowną balladę.
Po odprawionym nabożeństwie, około godz 12.15 ciało Karewicza zostało przewiezione na Cmentarz Ewangelicki przy ul. Młynarskiej. Podczas padającego deszczu, na cmentarzu przy sformowanym żałobnym kondukcie, ukochany przez Marka dixielandowy zespól „The Warsaw Dixielanders” w rytmie nowoorleańskim poprowadził kondukt do grobu rodziny Karewiczów, gdzie pochowany miał być Marek Karewicz. Tu przy grobie Karewiczów nadal pełnili honorową wartę polscy żołnierze i po odegraniu HYMNU, ksiądz pastor poprowadził należną, żałobną modlitwę, po której kompania honorowa WOJSKA POLSKIEGO potrójną, karabinową salwą oddała cześć MISTRZOWI FOTOGRAFII. Podczas składanie wieńców, znów o sobie dał znać „The Warsaw Dixielanders” tym razem z gościnnym udziałem Zbigniewa Namysłowskiego i tradycyjnie, po nowoorleańsku zagrali dwa przeboje, utwory z repertuaru Louisa Armstronga kończąc pogrzebowe uroczystości ukochanym, nie tylko przez Marka, hitem nad hity „When The Saints Go Marching In” – Gdy wszyscy święci idą do nieba. Ironią losu stało się, że gdy zakończył się pochówek Pana Karewicza, przestało padać.

Pośmiertne spotkanie przyjaciół Marka Karewicza w kultowym klubie TYGMONT

O godzinie 19.00 wielu uczestniczących w uroczystościach pogrzebowych spotkało się w Jazz Clubie TYGMONT, który to klub współtworzył i był pierwszym dyrektorem Marek Karewicz. Spotkanie to wspomnieniowo muzyczny wieczór poświęcony pamięci Pierwszego Dyrektora tego klubu. Dzisiaj po MISTRZU fotografii pozostało w klubie tylko krzesło-fotelik z napisem „Marek Karewicz”. W tym kultowym lokalu bywałem na corocznych urodzinach MARKA. Ostatnie, 80 urodziny były pierwsze i jedyne w życiu klubowym TYGMONTU bez udziału JUBILATA i to jest smutnym faktem.


Tak jak ON, wielki z największych - Marek Karewicz, tak wszyscy inni znający działalność i realia tego klubu uważali i nadal uważają, nawet na okoliczność Jego śmierci, że TYGMONT to najwspanialsze dziecko Marka Karewicza. I tak powinno na zawsze pozostać. Nie było dziełem przypadku, że pośmiertne spotkanie przyjaciół, znajomych, kolegów, miłośników jazzu i dobrej muzyki mogło odbyć się gdzie indziej jak tylko w TYGMONCIE. Dla nas, tomaszowian, klub TYGMONT stał się synonimem na zawsze związanym z Markiem Karewicza, ŻEGNAJ TYGMONT ŻEGNAJ DROGI PRZYJACIELU.

Kompania Honorowa WP oddaje karabinową salwę ku czci Marka Karewicza


Antoni Malewski
PS.

Patryk Pigulski – PODZIĘKOWANIE

Wielka szkoda, że nie udało mi się poznać świętej pamięci Pana MARKA KAREWICZA. Ale tą drogą właśnie, chciałem WAM wszystkim, tomaszowskiej grupie uczestniczącej w pogrzebie, gorąco podziękować, że mogłem towarzyszyć w ostatniej drodze Mistrzowi polskiej fotografii. Poprzez filmy, jakie sprezentował mi pan Antoni, mogłem bliżej „poznać” człowieka ze złotym obiektywem by w żałobnym kondukcie z wielkimi osobami polskiego show businessu GO pożegnać. Pogrzeb, jeżeli tak mogę się wyrazić, był PIĘKNY. Pan Marek pochowany był godnie. Na pewno patrzył na nas z „góry” dziękując uczestnikom pogrzebu, ZA WSZYSTKO. Bardzo podobała mi się muzyka jazzowa w wykonaniu „The Warsaw Dixielanders” a szczególnie piękna ballada w wykonaniu Zbigniewa Namysłowskiego. Kolejne moje marzenie się spełniło, bo spotkałem na żywo pana Włodzimierza Pawlika czy Andrzeja Rosiewicza. Jeszcze raz WAM wszystkim, całej tomaszowskiej GRUPIE SERDECZNIE DZIĘKUJĘ, z poszanowaniem
Patryk Pigulski

Pamięci Marka Karewicza
TWÓJ NASZ ŚWIAT

Dla Ciebie MARKU
moje nasze ostatnie słowa
od Tomaszowian
w podarku
Kreśliłem
wielokrotnie zaczynałem pisać
od nowa
Szukałem odpowiednich
dla wyrażenia
naszej wdzięczności i szacunku
Honorowemu Obywatelowi Miasta
Mazowieckiego Tomaszowa

Wreszcie do nich dotarłem
Kryły się w gąszczu uparte
Zapisane na twardym dysku
oddają Ci zasłużoną cześć
po odejściu na ostatnią wartę
Pociąg życia
każdy biegnie
z punktu A do B
zanim polegnie
Po drodze
swoimi dokonaniami
zabarwiłeś na stałe
muzyczny świat
Chwile utrwalone na zdjęciach
Bezcenny dokument
mijanych lat
Twój nasz świat

autor Henryk Myśliwiec




Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.