środa, 16 sierpnia 2017

Antoni Malewski: Tomaszów Mazowiecki - Moje miasto w Rock’n’Rollowym widzie - CZĘŚĆ 3

8. Oszołomstwo czy Miłość?

Ulica Kamienne schodki na warszawskiej Starówce
Kiedy „Szymon” zaczął studiować w Warszawie, nasze kontakty były ograniczone, częstotliwość spotkań muzycznych zmniejszyła się do minimum. Wyczuwało się w naszej „paczce” muzycznych fanów, głód muzyki i spotkań na Pl. Kościuszki 17. W tym okresie wszyscy spragnieni byliśmy słuchać Fats’a Domino. Fats’a kochała młodzież, kochały go dziewczyny, kochaliśmy go wszyscy. Choć jego płyt i nagrań magnetofonowych w muzycznej skarbnicy mieliśmy dużo, jednak nie było utworu, za który by go usłyszeć, poszedłbym na przysłowiowy koniec świata, chodzi o utwór „Margie”.


Nie wiem co w tej piosence tak mnie urzekło, podziałało na moje uczucia, rozpaliło wyobraźnię. Gdy tylko usłyszałem pierwsze takty czy wejście po pierwszym refrenie saksofonu, cały byłem „grogi”. Nasłuchiwałem radia, przeróżnych audycji, koncertów życzeń ale nigdy moje ucho nie natrafiło na „Margie”. Jednej soboty, gdy Wojtek przyjechał na weekend, przekazał nam, że na warszawskiej starówce jest kawiarnia Kamienne Schodki, w której zainstalowano pierwszą w Warszawie szafę grającą a w niej znajdował się nasz ukochany przebój „Margie”.

Fats Domino
To było wezwanie do działania, wraz z moim przyjacielem ze Starzyc, Andrzejem Tokarskim przez całe popołudnia, po lekcjach, zbieraliśmy złom metalowy, szmaty, butelki, zamieniając to wszystko na złotówki w Skupie Złomu. Kiedy uzbieraliśmy odpowiednią kwotę zabezpieczającą przejazd, pobyt i grającą szafę, szybko informowaliśmy Wojtka o swoim przyjeździe. W tym czasie, Wojtek mieszkał u rodziny na Saskiej Kępie i nie mógł nas przenocować. Pozostał nam tylko nocleg na Dworcu Głównym. Przeważnie przyjeżdżaliśmy w piątki późnym popołudniem, wałęsaliśmy się po Warszawie, na noc szliśmy do poczekalni dworcowej, „ucinaliśmy” drzemkę, bo trudno to nazwać spaniem, wśród oczekujących na pociąg. Ciągle kontrolowani byliśmy przez Milicję Obywatelską i dworcową służbę ochrony obiektu dworca, SOK. Około 6-tej rano „pobudka”, toaleta w dworcowej WC, w barze mlecznym śniadanie, bułka z mlekiem i wymarsz na Starówkę, by po godzinie dotrzeć do celu. Kawiarnia KAMIENNE SCHODKI w rynku Starego Miasta czynna była od godz. 9.00 do 22.00. Czekaliśmy na „Szymona” by razem bardzo podekscytowani wejść do lokalu. Pierwsze kroki czyniliśmy do szafy, by szybko napełnić przygotowanymi dwuzłotówkami „kieszeń” grającego mebla i oczywiście po kilkanaście razy naciskaliśmy przycisk „Margie” i „Coquette” (drugi utwór na tej stronie płyty)


Kiedy uzbieraliśmy odpowiednią kwotę zabezpieczającą przejazd, pobyt i grającą szafę, szybko informowaliśmy Wojtka o swoim przyjeździe. W tym czasie, Wojtek mieszkał u rodziny na Saskiej Kępie i nie mógł nas przenocować. Pozostał nam tylko nocleg na Dworcu Głównym. Przeważnie przyjeżdżaliśmy w piątki późnym popołudniem, wałęsaliśmy się po Warszawie, na noc szliśmy do poczekalni dworcowej, „ucinaliśmy” drzemkę, bo trudno to nazwać spaniem, wśród oczekujących na pociąg. Ciągle kontrolowani byliśmy przez Milicję Obywatelską i dworcową służbę ochrony obiektu dworca, SOK. Około 6-tej rano „pobudka”, toaleta w dworcowej WC, w barze mlecznym śniadanie, bułka z mlekiem i wymarsz na Starówkę, by po godzinie dotrzeć do celu.

Kawiarnia KAMIENNE SCHODKI w rynku Starego Miasta czynna była od godz. 9.00 do 22.00. Czekaliśmy na „Szymona” by razem bardzo podekscytowani wejść do lokalu. Pierwsze kroki czyniliśmy do szafy, by szybko napełnić przygotowanymi dwuzłotówkami „kieszeń” grającego mebla i oczywiście po kilkanaście razy naciskaliśmy przycisk „Margie” i „Coquette” (drugi utwór na tej stronie płyty). Jeśli chodzi o zamówienia konsumpcyjne to ograniczaliśmy je do minimum, pamiętając o ciągłym napełnianiu „kieszeni” szafy. Ponieważ młodzież przychodząca do kawiarni w większości słuchała tego samego utworu, bo „Margie” było na topie w tym czasie, to łatwo można sobie wyobrazić jak potwornie oszołomieni wracaliśmy do swej „noclegowni”. Nazajutrz rano, w niedzielę, następowała sobotnia, muzyczna powtórka z Fatsem Domino. Po powrocie do domu nie przyznawałem się w jakim celu byłem w Warszawie, na pytania rodziców lakonicznie ucinałem, byłem u Wojtka na Saskiej Kępie. W październiku 2008r, pojechałem z przyjaciółmi z naszego Stowarzyszenia Abstynenckiego „ALA” na wycieczkę do Warszawy by zwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego. Po wyjściu z muzeum, mając dużo wolnego czasu, udaliśmy się grupą przyjaciół na warszawską Starówkę. Czas wolny poświęciliśmy zwiedzaniu Starego Miasta ale moją myślą przewodnią, było za wszelką cenę odnaleźć restaurację mojej młodości, Kamienne Schodki.

Restauracja „Kamienne schodki” na warszawskiej Starówce
Nie byłem pewien czy lokal ten jeszcze istniał i nie pamiętałem, w której części Starego Rynku się znajdował. Rozeszliśmy się po rynku w poszukiwaniu. Pierwsza odkryła lokal Bożena Dulas. Weszliśmy do środka, Jacek Buczyński, Bożena Dulas i ja, szatnia znajdowała się w tym samym miejscu, wnętrze lokalu prawie bez zmian, tylko wystrój i meble inne. Bufet w tym samym miejscu, wszystko prawie takie same, jak 45 lat temu. Nie było tylko najważniejszego mebla, grającej szafy. Zamówiliśmy kawę, lody, ciasto. Ludzi prawie wcale, dwie starsze panie, młode małżeństwo z dwojgiem dzieci i my. Przed moimi oczami stanął tamten czas. Opowiadałem moim przyjaciołom o tamtej atmosferze, o zatłoczonej, zadymionej i zagłuszonej rockandrollem sali. Wyrażałem swoje opowieści

szafa grająca w restauracji „Kamienne schodki
dość głośno, taki mam tembr głosu, odezwała się szatniarka, na oko wyglądała na mój wiek, na moje pokolenie. Proszę pana – kierując słowa w moją stronę – ja tutaj będąc młodą, spędzałam pół życia, przychodził tu mój kolega, Wojtek Gąssowski, bywał Bogusław Wyrobek a nawet raz był sam pan Franciszek Walicki. Pamiętam ten utwór o którym pan mówi, to był wielki przebój, sama wrzucałam monety do szafy, by usłyszeć „Margie”. Wzruszyłem się do łez rozmawiając z panią szatniarką. Wyglądała na mądrą kobietę, dystyngowaną, ze smakiem ubraną. Była na postkomunistycznej emeryturze, by przeżyć musiała dorabiać. Bardzo miło wspominam ten dzień, który przysporzył mi dużo wspomnień i wzruszeń. Wyszliśmy z lokalu a ja czułem się bardzo spełniony przeżyciami wyniesionymi z przed południa z Muzeum Powstania Warszawskiego i nostalgicznymi wspomnieniami wyniesionymi z restauracji „Kamienne Schodki”. Dziś kiedy najbliższym, dzieciom, przyjaciołom, opowiadam tamte wydarzenia sprzed czterdziestu kilku laty, są drwiące uśmieszki, niedowierzania i określenia, może nie zawsze słowem wyrażane ale myślą, mimiką, OSZOŁOM. Nie wysilam się zbytnio, nie tłumaczę, nie prostuję, że tak mogła wyglądać moja MIŁOŚĆ do Rock’n’Rolla, do Fatsa Domino. Przeżyte doznania były piękne są moje i tylko moje, zanim zabiorę je do grobu chciałbym przelać na papier i podzielić się, bez względu na opinię czytających, by zachować dla kolejnych pokoleń siłę wyrzeczeń – do jakich doprowadzał młodego entuzjastę, fana, żyjącego w socjalistycznym systemie - Rock’n’Roll.

Wybornie z sobą byliśmy dobrani,
Ty do innego pana, ja do innej pani.
                              Jan I. Sztaudynger

9. Kino „Mazowsze”

Ruiny kultowego kina „Mazowsze” przy ulicy Jerozolimskiej
Kino dla mieszkańców miasta w latach 50/60-tych było wszystkim; jedyne medium, które w „komunistycznej szarzyźnie” mogło przenieść w inny świat, nawet gdyby był to świat iluzji, młodzieńczej fantazji i odskocznia od smętnej rzeczywistości. Kochałem kino, byłem jego wielkim miłośnikiem, każdy film zapisywałem w grubym brulionie. Notowałem tytuł filmu, reżysera, muzykę, główne role. Forma ta wykształciła we mnie wiedzę i pamięć o filmie, o kinie co w życiu towarzyskim stało się dla mnie przydatne, z resztą skrupulatnie to wykorzystywałem. Rocznie oglądałem ok.150/160 filmów, to duża liczba, telewizja była jeszcze w powijakach.


Uchodziłem w swoich gremiach za wyrocznię filmową, rozstrzygałem wszelkie spory z wiedzy o filmie. Miałem nawet zamiar poświęcić się historii kina i kinematografii, stało się jednak inaczej. Zwyciężyła miłość do Rock’n’Rolla, ale ja nie chcę pisać o kinie, o filmie, chcę opowiedzieć o wydarzeniu z jesieni 1959r jakie miało miejsce w kinie MAZOWSZE. Była pierwsza niedziela października, wybrałem się na poranek a tu poranka nie ma (zupełnie jak w stanie wojennym 13.12.1981r). Sala kinowa i poczekalnia wypełniona na „full”, bileterzy zamykają drzwi wejściowe nie wpuszczając już nikogo na salę.

W poczekalni kina słychać ogromne, głośne okrzyki, wydobywające się z sali kinowej. Trwa hałaśliwy tumult, szczątkowe odgłosy jakie dobiegały na poczekalnię kina, potwierdziły, że te dźwięki, to Rock’n’Roll.. Pod koniec koncertu ktoś otworzył boczne drzwi sali kinowej. Wkroczyłem z grupą chłopaków do środka. Na scenie, grający zachowali stoicki spokój a sala wrzała, rzucała kapotami, gwizdała, krzyczała, piszczała, szalała. To było moje pierwsze spotkanie na „żywo” z profesjonalnym rockandrollem.


Jak się okazało później, to był młodzieżowy zespół rockandrollowy, pierwszy w Polsce zarejestrowany w Estradzie Polskiej. Założony przez Franciszka Walickiego – Rhythm and Blues. Na scenie kina śpiewali pierwsi idole polskiego rock & roll’a: Marek Tarnowski, Michaj Burano i Bogusław Wyrobek. Dziś wiem, że zespół istniał tylko 7 miesięcy a opisywany koncert, był ich ostatnim, pożegnalnym koncertem i to właśnie w Tomaszowie. Pierwszą dekadę października uważa się za początek istnienia w Tomaszowie Maz. tej formacji muzycznej.

Tommy Steele
W roku 2009 mija 50 lat jak w moim mieście „zamieszkał” na zawsze rock’n’roll. Za mniej więcej rok, również jesienią (1960r), na ekran kina „Mazowsze” wszedł fabularny film, o polskim tytule „W rytmie rock’n’rolla” (Tommy Steele Story). Tommy Steele („Elewator Rock”, „Singing The Blues”) to pierwsza, wielka, brytyjska gwiazda Rock’n’Rolla na światową skalę. Było to wydarzenie dla nas młodych szczególne, bywałem na tym filmie codziennie, przez okres 10 dni (bo tyle trwała projekcja filmu), po wyjściu z każdego seansu nie wracałem do domu. Pan kierownik kina, Roman Warchoł był dobrym i wspaniałomyślnym dla nas młodych (miał syna Tadeusza w moim wieku) człowiekiem. Na balkonie, na zewnątrz kina zainstalował głośnik, przez który wydobywały się cudowne rytmy z filmu. Film - jakby to dziś powiedzieć – to muzyczne teledyski. W czasie wyświetlania filmu , ulica Jerozolimska była wypełniona fanami rock’n’rolla wśród, których byłem również ja, tak było codziennie. Za dwa lata (1962) ponowne wielkie wydarzenie w mieście, na ekran kina „Mazowsze” wchodzi kolejny rockandrollowy film o polskim tytule „Zabawa na 102”, w roli głównej światowe gwiazdy rock&roll’a, Helen Shapiro i Craig Douglas, które w filmie spacerując po różnych klubach i studiach nagrań płytowych, przedstawiają kolejnych herosów rockandrolla i ich wielkie przeboje m.in. Del Shannon („Runway”, „Keep Searching”), Chubby Checker („The Twist”), Mr. Acker Bilk („Stranger On The Shore” i „Frankie & Johnny”), John Leyton („Lonely City”) i wielu innych.


Film ukazuje rockandrollowych wykonawców „na żywo”, zupełnie jak na koncercie. Po projekcji byłem przekonany, że już jestem stałym fanem muzycznym tej formacji, że nigdy jej nie zdradzę, że nie zdradzę rock & roll’a. Kino „Mazowsze” pełniło również funkcję, przysłowiowego „magla”.

Budynek po rewitalizacji SCh „TOMY” - byłe kino „Mazowsze”
Codziennie na 5 minut przed rozpoczęciem każdego seansu, gdy sala kina była „świetlnie przyćmiona”, tak by poszukujący swojego miejsca, spokojnie mógł je odnaleźć, na ekran kinowy „rzucane” były reklamowe zdjęcia, slajdy oraz informacje z kolegium karnego o wykroczeniach „dyscyplinarnych” mieszkańców naszego miasta. Na przykład :

"Nie uratujecie naszej gospodarki w ten sposób, nawet
jeśli wywieziecie za granicę swoje jaja!" miał towarzysz
Wiesław powiedzieć do jednego ze swoich współpra-
cowników. (źródło: Antoni Dudek, Zdzisław Zblewski,
 Utopia nad Wisłą. Historia Peerelu
„Pan Jan Kowalski 13 maja 1957r w parku przy ul. Grunwaldzkiej, będąc w stanie wskazującym na spożycie alkoholu połamał młode drzewka i skazany został na grzywnę….”,

„Pani Maria Kociubińska i Genowefa Żelazek pobiły się w pralni o prawo pierwszeństwa korzystania z balii i skazane zostały na grzywnę….”,

„W noc sylwestrową 1957/58 pan Franciszek Niemorski będąc w stanie nietrzeźwym „siusiał”, bezczeszcząc na Pl. Kościuszki GWIAZDĘ, pomnik wdzięczności Armii Czerwonej, skazany został na grzywnę…”.

Wielu ciekawskich przybywało na salę kinową wcześniej, tylko po to by zapoznać się z miejskimi aktualnościami z kolegium wykroczeń: Co? Gdzie? Kiedy? Dlaczego? i na Ile? Znałem osoby, również z mojej dzielnicy Starzyce, które pieszo pokonywały 3 kilometrowy odcinek np. z ulicy Ujezdzkiej na ulicę Jerozolimską, niekoniecznie będąc zainteresowanym samym filmem a przede wszystkim informacją przed seansem. Znałem przypadki, że za przysłowiową „złotówkę”, wręczaną bileterce mogły swobodnie „zaliczyć” slajdową informację i przed rozpoczęciem seansu opuścić salę kinową. Ten „kinowy magiel” trwał przez lata 50-te do wczesnych lat 60-tych, za „panowania” I Sekretarza PZPR Władysława Gomułki. AAALE KINO!!!


Płaszczył się dopóty,
Dopóki nie utył
             Jan Czarny

10. Świetlica Fabryczna ZPW „Nowotki”

Były świetlicowy w ZPW „Nowotki”, dziś nieżyjący Radny Miasta pan Marian Kotalski
Jak wspominałem wcześniej, świetlice przyzakładowe w PRL-u, również w moim mieście pełniły funkcje kulturalne, oświatowe i wychowawcze. W Tomaszowie Maz. było ich wiele, te które zapamiętałem i w nich bywałem pozwolę sobie wymienić: świetlice: ZPW Mazovia ul. Barlickiego, Fabryka Filców Technicznych ul. Warszawskiej (po schodach na górze obecnie bawialnia dla dzieci Kajtek), Fabryka Wyrobów Skórzanych dziś ul. Konstytucji 3-go Maja, Fabryka Dywanów ul. Waryńskiego (dziś Hallera), ZWCH Wistom ul. Zubrzyckiego (obecnie Spalska). Pamiętam, że w dzielnicy Brzustówka w pomieszczeniach obecnej hurtowni zabawek też coś się działo, raz byłem na filmie z Kinem Objazdowym, nie zapominając o świetlicy w Starzycach. Tu kształtował się, mój „kręgosłup” ideologiczny, psychofizyczny, moje zamiłowania, przyjaźnie i pierwsze miłości. Cała władza była w rękach świetlicowego, który musiał być kompetentny w sprawach pedagogicznych, bo do świetlicy przychodzili nastolatkowie, młodzież dorosła - paląca i pijąca - ale też przychodzili dorośli i małżeństwa. Musiał być dobrym organizatorem imprez tak kulturalnych, oświatowych czy sportowych. Czy ci, których pamiętam ze swoich chłopięcych lat, spełniali te kryteria? Nie odpowiem, ale wiem jedno, że każdy świetlicowy otaczał się młodzieżą starszą, co ułatwiało mu pracę i organizację dnia. Ja również w którymś okresie bywania w świetlicy, służyłem swoimi spostrzeżeniami, uwagami, które nabyłem uczestnicząc w jej życiu.

Pałac Bornstaina założyciela fabryki włókienniczej (przyszłe ZPW „Nowotki”)
Organizowane były różnego rodzaju kółka zainteresowań, od recytatorskiego do dyskusyjnego o teatrze, filmie, o muzyce. Podstawowym sprzętem świetlicowym był stół pingpongowy i stół bilardowy. Przynajmniej dwa razy w miesiącu przyjeżdżało Kino Objazdowe gdzie można było „zaliczyć” film, którego z różnych powodów nie oglądałem wcześniej w kinie w mieście. „Przeżyłem” wielu świetlicowych ale ja chciałem się skoncentrować na panu Marianie Kotalskim. Byłem już dorosłym nastolatkiem jak pan Kotalski przyszedł do świetlicy. Był młodym człowiekiem, tuż po odbytej służbie wojskowej a ja byłem już po inicjacji rockandrollowej, może dlatego, że wiedziałem o co chodzi w życiu i zajęciach świetlicowych, wybrałem tę osobę przybliżając ją państwu na łamach książki. Był dla nas młodych bardzo przyjazny i kontaktowy, w wielu sprawach dogadywaliśmy się np. przy organizowaniu potańcówek. Kiedy nastała era magnetofonów i świetlica takowy zakupiła, ja wspólnie z „Szymonem” nagrałem dużo dobrego rockandrolla. Mając taką bazę muzyczną, łatwiej uzyskiwało się kompromis ze świetlicowym, co do organizowania tanecznych spotkań. Wydaje mi się, że nasza świetlica była wzorcową, bo dołączali do nas koledzy z innych, konkurencyjnych świetlic, może to rock&roll był tym magnesem? Odpowiedzi już nie znajdę ale dystans czasu i doświadczenie w tej branży pozwala domniemywać, że to rock’n’roll jednoczył młodych. Nie bez kozery mówi się, że roczniki lat 40-tych XX wieku to, roczniki Ery Rock’n’Rolla.

Widok z lotu ptaka na przemysłową dzielnicę Starzyce z świetlicą przy ZPW „Nowotki”
Chciałbym tą drogą przypomnieć i wymienić niektórych kolegów starszych jak i moich rówieśników, którzy swoją obecnością przyczyniali się do rozwoju kulturalnego życia świetlicy i dzielnicy, wielu z nich już nie żyje: Andrzej Małagocki, bracia Zenek i Stasiek Pecyna, bracia Józef i Stasiek Skorupińscy, Waldek Chrobot, Józek Krajewski, Heniek Urbański, Zdzisiek Cichoń, Marian Kot, Zbyszek Trachta, Andrzej Matysiak, Bogdan Kurzawa, Andrzej Tokarski, Zbyszek Zygmunt, Zbyszek Bartos, Kaziu Cychner, Włodek Bożyk, Wojtek Steinbach, Janek Jankowski, Włodek Lewandowski, Józek i Stasiek Skorupińscy, Piotrek i Dzidek Migała, Marian Piasta, Janek Morawski. Byli też moi bracia i wielu, wielu innych o których autentycznie zapomniałem. Przepraszam tych, którzy uczestniczyli w życiu świetlicy a przez moją niepamięć nie zostali wymienieni, w szczególności dziewczyny. Praca świetlicowego dawała pewną nobilitację społeczną i była doskonałym przedsionkiem do kariery, awansów. Tak było w przypadku pana Mariana Kotalskiego, który awansował na przewodniczącego Związku Młodzieży Socjalistycznej przenosząc się do siedziby organizacji przy ulicy Barlickiego 9, pociągając za sobą na swego zastępcę, mojego kolegę, uczestnika świetlicowych spotkań w Starzycach, nieżyjącego - Henryka Urbańskiego.

Debil debila wiedzą zapyla.
Jan I. Sztaudynger


Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Bartosz Bukowski - Pradziadek Antoni

Pradziadek Antoni z żoną Bronisławą
Każdy skądś jest. Niektórzy bardziej, niektórzy mniej, ale wszyscy skądś pochodzą. Ja jestem z Gierczyc - z miejscowości malowniczo położonej na pięknie falującym, biegnącym w górę i dół Pogórzu Wiśnickim. Ja wiem, że może często miałem pod górkę, lecz po wyjściu na każdy pagórek otrzymywało się niesamowitą nagrodę - piękny, zapierający dech w piersiach widok... z każdej górki inny, mało tego - zmieniający się z każdą porą dnia i paradą pór roku. Jadąc z zachodu, wyjeżdżając z doliny Raby z daleka widać moje Gierczyce jak zgrabnie sobie przycupnęły na tych pierwszych wyrastających z równiny pagórkach, choć podobno wieki temu to właśnie z tej dolinki uciekły Gierczyce na górę po wielkim pożarze. I tak samo jak ta ziemia mnie urodziła, to chciałbym, żeby ta ziemia mnie kiedyś zjadła z prochu w prochu, ale w tym jedynym Gierdeckim - moim. Wszystkie mojej wczesne wspomnienia przepełnione są słońcem, że nie sposób na nie patrzyć nie założywszy uprzednio przeciwsłonecznych okularów. Wszyscy znają takie dni lata, że nawet trawa, ściany domów, wysuszona ziemia zdają się świecić nie słabiej niż Słońce.


A ja patrząc wstecz widzę tylko takie dni, a w nich siebie biegnącego przez wściekle zieloną, świecącą trawę spod której prześwieca wręcz złota ziemia i spieszę się, bo babcia woła nas na śniadanie. Wpadam do kuchni, której okna wychodzą na południe, przez co ser z cukrem i śmietaną przygotowany dla nas przez babcię odbijając promienie słońca, zdaje się być bielszym od śniegu.

Ciocia Gienia (z lewej)
Z niedowierzaniem przyglądam się mu i jestem zachwycony. Jestem zachwycony, bo babci kuchnia zawsze wypełniona jest słońcem, rodziną i zgiełkiem, nad którym niczym królowa panuje Ona. Babcia. Nigdy nie było najmniejszych wątpliwości, kto tu rządzi. Nawet ciocia Gienia, która w barze twardą ręką panowała nad całą rzeszą chłopów wchodząc do kuchni, musiała się gęsto tłumaczyć swojej młodszej siostrze ze spóźnienia. Było gwarno, było wesoło, a ja byłem tego częścią. Zaraz po śniadaniu znowu uciekłem na pole, by moim mieczem walczyć z pokrzywami. Miałem z nimi osobiste porachunki. Poparzyły mnie!!! Moja mama, która zawsze próbowała wziąć cały świat w obronę, pocieszała mnie. - Bartosz nie płacz. Nic ci nie będzie. Wiesz, to nawet zdrowe. Jak byłam mała, to cała wpadłam w pokrzywy i widzisz, jaka teraz jestem zdrowa. Całe moje dzieciństwo spędzałem od południowej strony starego domu, bo na północ od niego przebiegała droga - miejsce zakazane dla małych dzieci. W północnej części starego domu znajdował się bar, którego też się trochę bałem, bo był pełen wielkich niewyraźnych ukrytych w smugach gęstego dymu, głośnych postaci. Nawet fakt, że w barze znajdowała się gablotka pełna słodyczy na niewiele się zdawał. Poza tym nie było tam dla mnie wystarczająco dużo słońca.

Babcia Bronia - córka Antoniego i Bronisławy
Dlatego biegałem tylko z południowej strony penetrując wszystkie dziury, wspinając się tak na dachy jak i na drzewa i wybierając się w dalekie podróże z jednego końca ogrodu na drugi. Naprawdę były to dla mnie wtedy prawdziwe wyprawy pełne przygód i strachu. Teraz przecież dalej mieszkam w tym samym miejscu, lecz już gdzie indziej. Dziś patrząc przez okno widzę szary dzień i błoto, a przecież wiem, że kiedy byłem dzieckiem nie było takich dni, bo do dziś pamiętam, że nawet gdy padał deszcz, to padał tylko na jedną połowę podwórka, a padał tylko po to, bym mógł oglądać tęczę. Wiem, że już tego miejsca nie ma nie tyle geograficznie, tylko po prostu jego czas się skończył. Na szczęście ten świat dalej we mnie istnieje. Ten czas i jego miejsce zmieniło się w małe (w sumie nie takie znowu małe) nieznośnie, mocno świecące słońce gdzieś we mnie, które pozwala mi rozpraszać nudę takich szarych, byle jakich dni jak ten. Ono topi chandry, jak wiosenne słońce topi śnieg i nawet najciemniejsze dni mojego życia nie są mi już tak straszne.  

Mama z siostrą Haliną i... do dziś nieodnaleziona gablota


Moje dzieciństwo to nie tylko bar, gablotka ze słodyczami, lody, zieleń i słońce. To przede wszystkim dwie starsze kobiety, ich niekończące się historie i mój nigdy niezaspokojony głód tych pradawnych, prawdziwych baśni. Babcia Bronia i jej starsza siostra Genowefa, dla mnie po prostu ciocia Gienia, miały ten niesamowity dar opowiadania sprzed epoki telewizji, kiedy to spotykający się ludzie łapczywie wyciągali z siebie nawzajem to co najlepsze, a nie - jak robią to dziś - już tylko ukradkiem telefony. Co prawda czasami nasz apetyt przerastał ich cierpliwość i kiedy ja z siostrą nudziliśmy - ciociu, ciociu opowiadaj, opowiadaj - a ta miała nas już dość, mówiła wtedy - Chodzi kaczka po desce, opowiadać ci jeszcze. I wtedy wiedzieliśmy, że to na dzisiaj koniec, coś jakby napisy z obsadą na koniec filmu.


Dzięki ich tak żywo opowiadanym historiom pamięć mojej rodziny - mam wrażenie - jest nieco dłuższa. Mój pradziadek umarł przecież pod koniec lat pięćdziesiątych i nawet moja mama ledwie go pamięta, a ja mam wrażenie, że dobrze go znałem i mam jego żywy obraz przed oczami, jak siedzi przy kawie ze swym nieodzownym porannym rekwizytem - uchwytem do czytania gazet i zatapia się w lekturze. Słyszę też, jak wszystkie siostry mojej babci w gorący, majowy, duszny od zapachu bzu wieczór śpiewają na głosy (najpiękniej w całej wsi zapalała się na to wspomnienie ciocia Gienia) w ostatnim pokoju przy otwartych oknach i widzę jak chłopaki od Kozubów podchodzą pod to okno nie wiadomo czy bardziej zwabieni śpiewem czy urodą śpiewających. Ciągle też widzę w twarzy babci opowiadającej mi o wizycie swoich ciotek jej siedmioletnią dziecięcą buzie wykrzywioną w niemym grymasie złości, pełnym emocji i niezgody na ich słowa: "Oj Antek, Antek, na co ją leczycie? Ona i tak zemrze. Nie szkoda pieniędzy? Przecież jeszcze tyle masz dzieci."

Bar w Gierczycach dziś
I czuję jak w jej wymęczonym przez zapalenie szpiku kostnego małym ciele rodzi się gorące, niezłomne postanowienie, że nic z tego. I taką też na zawsze pozostała. Niezłomną. Wiem też, że przygody tego słynnego francuskiego restauratora to nic przy tym, co musiał przeżywać w czasie wojny mój pradziadek, gdy w barze siedzieli Niemcy, a przez ścianę z nim w kuchni partyzanci, którzy odrobinę tak przeholowali z entuzjazmem jak i z alkoholem, że postanowili jednego wieczoru zakończyć cała tę wojnę światową i pobić całą Trzecią Rzesze jedną potyczką pod barem w Gierczycach i jak mój pradziadek niczym jakiś tytan surowy, bezstronny strażnik historii musiał powstrzymać ten nieomalże pewny i zwycięski dla nas koniec drugiej wojny światowej. Całkiem niedawno postanowiłem opowiedzieć naszą rodzinną legendę o powstaniu baru Gierczyce mojej przyjaciółce Kindze i nie wiedzieć czemu z tej prostej i w sumie krótkiej historyjki opowiadanej przez babcię zaledwie w kilku zdaniach, wszystko mi się strasznie rozrosło. Gdybym tylko powtórzył to, co słyszałem od babci i cioci, mogłoby się wydawać to strasznie suche i nudne, a takim przecież nie było. Bo kiedy jakaś osoba opowiada historię człowieka, którego znała, to są w tym emocje, a miedzy słowami wisi prąd, który elektryzuje powietrze tak, że słuchający wszystko widzi. Te obrazy niemalże wiszą w tym rozedrganym powietrzu, a przywołujący je sam już nie jest w stanie odtworzyć tej magii i po prostu potrzebuje więcej słów. A wiec zaczynajmy… 

Gierczyce Rędziny - rok 1893  

Pradziadek w czasie I Wojny Światowej 
był kwatermistrzem...
Mój pradziadek zanim znalazł pracę w hucie w czeskiej Ostrawie, musiał znaleźć sposób, by jakoś uciec przed batem, którym raz za razem smagał go po łydkach jego ojciec podczas orki w polu. Młody Antek prowadził konia, a za koniem z pługiem mozolił się jego surowy acz roztropny, sprawiedliwy i małomówny ojciec. Ilekroć pług wypadł z bruzdy, szybkim i sprawnym smagnięciem  ojciec dawał młodemu po łydkach znak, by ten prowadził konia jak należy. Ojciec uważał przy tym, by nie zniszczyć synowi portek, bo szkoda byłaby wielka. Jednak jego wprawna i sprawiedliwa ręka nie myliła się na szczęście dla starych i wysłużonych spodni Antka, przed którymi ciągle rysowała się jasna (choć może nie do końca) przyszłość na tyłkach jego młodszych braci, o czym pamiętał i nigdy nie zapominał jego roztropny i zapobiegliwy tatko. Niestety, pradziadka nie za bardzo rozczulała troska jego ojca o przyszłe odzienie jego młodszych braci i dużo bardziej samolubnie i krótkowzrocznie - co jest cechą ludzi młodych - martwił się on jednak losem swoich własnych łydek. Z racji swoich nastu lat powili budził się w nim bunt i niezgoda na tak niesprawiedliwe traktowanie. Przecież - huczało mu gniewnie w głowie - tatko sam mu tłumaczył, że rędzińska ziemia jest jak kobieta gderliwa i złośliwa, ale też i urodzajna i stąd jej nazwa, że jak się dobrze w nią wsłuchać, to można usłyszeć jak zrzędzi, gwarzy z pługiem, a czasami gdy ich rozmowa przekształci się w kłótnię, to i nawet wyrzuci go z siebie.  A teraz sam niepomny swych nauk co chwilę z bata strzela. 

- Auł tatko przestańcie!!! - krzyknął błagalnie po kolejnym razie.
- Toć ja tylko muchy od ciebie odpędzam, bo widać, że dokuczają ci strasznie i na robocie nijak nie możesz się skupić  - zaśmiał się chwytając się za boki stary Michalczyk. 

...i te dwa fotele to jego pamiątka z tamtych czasów
Tego było już za wiele! Nie dość, że gorąc i smaganie po nogach, to jeszcze ojciec miast okazać wdzięczność, naśmiewają się z niego. Puścił uzdę i jak opętany w przypływie jakiegoś dzikiego impulsu zaczął uciekać byle dalej od ojca, bata i tej niewdzięcznej pracy w polu. Wtedy jeszcze nie wiedział, że właśnie rozpoczął jedną ze swoich największych przygód w życiu. Jak daleko idące zmiany pociągnie za sobą ten nie do końca przemyślany akt synowskiego nieposłuszeństwa? Na razie gdy odbiegł na taką odległość, że ledwie słyszał głos ojca, który wieścił mu, że jak tylko wróci do domu, to ten porachuje mu wszystkie kości, zaczął żałować swojego nazbyt pochopnego czynu, bo miarkował, że to ojcowskie rachowanie jego kości jest nad wyraz prawdopodobne, a właściwie oczywiste. Co robić? Dobry Boże pomóż! Zaczął gorączkowo modlić się i powoli popadając w czarną rozpacz, lecz nim ta jego modlitwa doleciała do nieba, musiał posłyszeć ją jakiś czart, który postanowił tym razem wyręczyć Stwórcę i podszepnął młodemu Antkowi iście diabelski pomysł.  

- Mamo!!! Mamo!!! Nieszczęście! Pług się nam w polu złamał. Ojciec posyła mnie po pieniądze na kowala.


Matka wzniosła oczy do nieba w błagalnym geście i podreptała do wielkiej drewnianej skrzyni pełnej śnieżnobiałych skarbów takich jak świąteczny obrus, prześcieradło, dwie poszewki na poduszki, koszula ojca, która jakimś przedziwnym cudem mieściła w sobie wszystkie znane Antkowi święta, dlatego darzył ją niemal nabożną czcią tym bardziej, że tajemnicy przydawał jej fakt ciągłego bycia pod kluczem, który teraz dobyła jego mama nie wiadomo skąd i poczęła gmerać w wielkich czeluściach skrzyni utyskując przy tym pod nosem.

- A mówiła, że wielki post i nijak zimniaków nie omaszczać. To nie... stary wiedział lepiej, to teraz ma. Ach durny ten mój stary. Durny.   
- Wiela tych guldenów trzeba? - spytała na głos Antka 
- Mamo przecież to rok już jak w koronach liczym. One lepsze, bo na złocie - tak uczyciel w szkole mówił.

- Wszystko to oszustwo, żeby biednego człowieka złupić. Korony to niech króle mają. Ile się pytam?
- Dwie korony, po waszemu matko cztery guldeny.
Maria Michalczyk obróciła monety dłoniach i że smutkiem spojrzała na nie, a potem niemal z wyrzutem na syna.
- No trzymaj, tylko nie zgub po drodze, bo jak zgubisz, to ci ojciec wszystkie kości porachuje.

Ta wzmianka znowu obudziła strach w jego umyśle, a ten tak samo jak potrafi sparaliżować, tak i potrafi zmusić nas do dokonania rzeczy niemożliwych, co stało się udziałem mojego pradziadka i niecałą godzinę później stał już u kasy dworcowej i prosił o bilet do czeskiej Ostrawy.


Zastanawiam się, czy kilkadziesiąt lat później pradziadek w swojej ostatniej, niemal równie zuchwałej podróży pociągiem, w którą wybrał się wbrew woli swych przerażonych córek (mojej babci i jej siostry), by przed śmiercią zobaczyć morze, którego nigdy  nie widział, wspominał tę swoją pierwszą podróż do czeskiej Ostrawy.

Ciocia Gienia ciągle jest w okolicy żywą legenda
Babcia Bronia opowiadała mi, jak to któregoś dnia pradziadek wstał rano, starannie się ogolił, ubrał najlepszy garnitur, co nieco zaniepokoiło ciotkę Gienę, która z ukosa przyglądała się tym jego przygotowaniom.
- Ojciec to gdzie się wybiera w tym garniturze, czy kto umarł? - szorstko spytała ciotka Giena, zaglądając do kuchni przez drzwi prowadzące do baru.
- Nie, ale pewnie niedługo umrze, a chciałby jeszcze morze przed śmiercią zobaczyć, bo jakoś do tej pory nie było czasu.

Po czym sięgnął po kapelusz z wieszaka i wyszedł z domu, by spełnić jeszcze jedno swoje marzenie. Podobnie jak wtedy, gdy jako młody chłopak nasłuchał się od swoich starszych kolegów o lepszym życiu, pewnych pieniądzach, o Ostrawie, jak i urodzie tamtejszych dziewczyn oraz ich obyczajach, narodziło się w nim nieśmiałe marzenie, by pojechać tam i spróbować tego tak innego życia w dużym mieście. I tak oto przez dziwny zbieg okoliczności, a właściwie niemal zapędzony ojcowskim batem, znalazł się teraz pełen obaw i strachu w pociągu pędzącym po jego marzenia. I tu na razie się zatrzymamy. Muszę wam się przyznać do tego, że mnie też podobnie jak ponad sto lat temu mojego pradziadka ogarnęło przerażenie i strach przed tym, na co się porwałem.


Pragnę teraz przeprosić was (mam nadzieję dalej czekających na zakończenie tej rozpoczętej historii) jak i uciekającego Antka, którego wystraszonego i pełnego obaw porzuciłem samego w pociągu na te parę tygodni, ale ja jestem nie mniej wystraszony niż on, bo jego przygoda stała się początkiem i mojej równie dla mnie niebezpiecznej przygody z pisaniem. (Jeszcze do niedawna jedyne co mi się zdarzało napisać, były to krótkie komunikaty na xbox live typu - "THX for good game"). Pradziadku wracam i jedziemy dalej razem!!!  



Mimo, że z każdym z kilometrów odwaga w nim topniała w zastraszającym tempie niczym śnieg na wiosnę, który co roku potokami spływał z gierdeckich pagórków wprost na obórkę Wiatrów ucząc zamieszkujące ją świnie trudnej sztuki pływania. Pojawiała się też chęć do ucieczki w drugą stronę, czyli powrotu do domu prosto pod bezpieczną spódnicę mamy. Pradziadek jednak wiedział, że nie ma tam powrotu, bo oszukując mamę i tatę popalił za sobą mosty. Co prawda zdawał sobie też sprawę, że z odbudową przynajmniej jednego z nich nie powinno być aż tak wielkiego kłopotu, bo tu wystarczy zwrot pieniędzy, no może z małym okładem i gdy korony na powrót znajdą swoje miejsce w kufrze, to przynajmniej jedna z twarzy rodziców nie przesadnie chętnie z pewnością i nie nazbyt otwarcie, tak może bardziej skrycie może ciągle jeszcze udając złość, ale mimo wszystko rozchmurzy się.

Moja mama Renata z dziadkiem
Na razie jednak, poprzysiągł sobie, że dotąd nie wróci do domu, dopóki nie zwróci rodzicom pieniędzy. W szczególności miło rysował mu się w głowie obraz mamy, która z zadowoleniem zamyka czarną skrzynię. Szkody materialne zawsze najłatwiej naprawić, bo to przecież zwykła, najprostsza matematyka, ale co z resztą? Zaufaniem i z faktem, że skłamał. Kłamcą i zdrajcą zostaję się w ciągu chwili, a wiarę w prawdomówność podobnie jak i zaufanie buduje się latami. Patrzył w noc za oknem i nic nie widział poza całkowitą ciemnością. Ta czerń powoli zaczęła wpełzać w niego wypełniając go aż po brzegi i w nim samym dużo już mniej było pewności w swoją świetlaną przyszłości w Ostrawie. Na szczęście dla jego nadziei stukot kół powoli ukołysał go do snu, zanim ta kompletnie zdążyła w nim zgasnąć. Obudziła go szarpiąca za ramię energiczna i czyniąca to z wielką wprawą ręka konduktora. Żywa inteligenta istota, nijak nie pasująca do swojego właściciela - wielkiego ospałego nieruchawego olbrzyma, który pytając o bilet zdawał się nawet nie ruszać ustami, których istnienia wcale nie można było być pewnym, bo zasłaniały je olbrzymie sumiaste wąsy, ale nawet i te nie poruszały się w trakcie pytania o bilet. Po prostu niewzruszone trwały na jego twarzy w totalnym bezruchu wspaniale dopełniając pomnikową urodę ich właściciela. W ogóle było w nim życia tyle, co w pomniku i podobnie jak pomnik po prostu wypełniał we wszystkich właściwych trzech wymiarach powierzoną mu przez naturę przestrzeń i na tym wydawała się kończyć jego aktywność. Zdawał się nie interesować niczym, a biletem już w zupełności i tylko ta jego prawa wyciągnięta dłoń niecierpliwie i nerwowo przebierając palcami w jasny i czytelny sposób domagała się biletu. I to w sumie ona ułatwiła, komunikację, bo gdy z okolicy tej kamiennej, pozbawionej życia twarzy zaspany Antek usłyszał monotonne i machinalne: "Lístky prosím ovládat".


Niewiele z tego zrozumiał, ale pełne gracji i potoczystej wymowy ruchy ręki pracownika CK kolei w przeciwieństwie do niego samego nie wymagałt tłumacza. Antek podał domagającej się ręce bilet i nieśmiało spytał, a właściwie niemal wyszeptał:

XIX-wieczna Ostrava
- Ostrawa? Na co w odpowiedzi usłyszał szeroki gest dłoni wskazującej przez okno na wielki napis na żółtym budynku stacji "Ostrava". Antek wybiegł z pociągu zostawiając osłupiałej ręce bilet - jakkolwiekby to głupio nie zabrzmiało - w dłoni. Potem, gdy po latach pracy w Czechach usłyszał legendę o praskim Golemie, to już do końca życia nie miał pewności, czy w wieku szesnastu lat nie spotkał jednego z nich, tyle że miast broniącego interesów swoich twórców, dbającego o rozwój CK kolei. Na razie nie znał jednak żadnej z praskich legend. Wybiegając z pociągu w swój pierwszy rześki poranek w Ostrawie na nowo ożyła w nim nadzieja a nawet pewność, że wszystko będzie dobrze. Taka jest siła poranków, a w szczególności tych jasnych i rześkich, że zawsze jawią się obietnicą.


Ja, czyli Bartosz Bukowski. 19 maj 1978 to mój początek. Dzieciństwo pięknie podzielone pomiędzy Kraków, a później Gierczyce. Tu i tam niekończąca się bajka pełna malin, spacerów na Wawel i dzikich podróży do Gęstych Cierni i ukrytych w nich niezapominajek. I tak samo pełne wypraw w przeszłość wraz z historiami opowiadanymi mi przez moją babcie i jej starszą siostrę - dla mnie po prostu ciocię Gienię. W roku 1983 przekraczam próg szkoły podstawowej im. Marii Curie Skłodowskiej w Łapczycy, a dokładniej jej fili w Gierczycach. O samej szkole podstawowej niewiele mogę powiedzieć z wyjątkiem tego, że do 3 klasy miałem pod górkę, a później PKS-em. W 1992 roku dostaje się do liceum im. Edwarda Dembowskiego i tu w jednej chwili rodzę się na nowo, gdy ktoś z tłumu na mój widok krzyczy - "te kur... popatrz jaki sprężyna idzie". I tak zostałem Sprężyną, choć sam zmieniłem pisownie na Sprenrzyna, by podkreślić moją dysortografię i odróżnić od innych "pospolitych" sprężyn. W gdowskim liceum zacząłem przygodę z pisaniem publikując swoje teksty w legendarnym w pewnych kręgach "Kujonie Wieczornym wydanie poranne". Po szkolę średniej wracam na cztery szalone lata do Krakowa i rozpoczynam dziką zabawę połączona z okazjonalnymi wizytami na uczelni, co zaowocowało trzykrotnym pobytem na drugim roku bibliotekoznawstwa UJ. Ten jakże wesoły etap mojego życia kończy się gwałtownym spotkaniem z pewną wierzbą, w wyniku którego pewna fiesta trafia na złom, a ja zaprzyjaźniam się na trzy lata z dwiema laskami (kulami). To nieudane hamownie przed drzewem dość mocno wyhamowało moje życie i na powrót zacząłem sobie zapisywać to i owo. Wreszcie miałem w nadmiarze tego, czego zazwyczaj wszystkim brakuje – czasu. W 2007, gdy w miarę pewnie staję na dwóch nogach, wsiadam w samolot i zaczynam swoją angielską przygodę, która trwa do dziś. Na początku był Queen, a potem długo, długo nic. Ich cała dwudziestoletnia dyskografia nauczyła mnie, że w rock and rollu nie mam miejsca na szufladki i że można zwiewnie flirtować z różnymi gatunkami. Dzięki Freddiemu i spółce mam niesamowicie otwartą głowę na Muzykę, choć jako upadły bibliotekarz powinienem lubić szufladki. Tak się jednak nie stało i w to mi graj!!! Bibliotekoznawstwo, więc mnóstwo książek za mną, ale od kilkunastu lat mam wrażenie, że najważniejszą już przeczytałem, a jest nią zbiór opowiadań Antoine de Saint-Exupery z najważniejszym dla mnie – Ziemia, planeta ludzi. Nic więcej nie dodam z wyjątkiem PRZECZYTAJCIE!!!

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Skorup & JazBrothers prezentują „Wolnego ziomka”. Gościnnie Kuba Knap i Biak

WOLNY ZIOMEK powstał w Gliwicach, rodzinnym mieście Skorupa (w środku),  JazBrothers (z l. - Mateusz Jaz, z p. - Marcin Jaz) i Biaka. Fot. - mat. prom. MaxFloRec.
Na MaxFloRecTV 10 sierpnia trafił 1. klip zwiastujący nową płytę Skorupa (MC) & JazBrothers (producenci). W utworze i teledysku pojawiają się raperzy: Kuba Knap i Biak. – Zwrotkę i refren miałem już wcześniej. Później, przy okazji spotkania, okazało się, że Kuba i Biak są idealnym uzupełnieniem pomysłu na ten utwór – mówi Skorup

– Z Kubą „przecięliśmy się” już kilka razy: czy to na jakimś koncercie, czy na płycie naszego wspólnego zioma, Łysonżiego Dżonsona. „Wolny ziomek” powstał przy okazji wizyty Kuby w naszym studio Chachapoya w Gliwicach – opowiada Skorup. – Piękną ozdobą całego konceptu są dogrywki trąbki i gitary zaprzyjaźnionych z nami muzyków, kolejno: Jarka Spałka i Tomka „Serka” Krawczyka – dodaje.


Kadr z klipu do WOLNEGO ZIOMKA Skorupa & JazBrothers. Na zdj. Kuba Knap i Skorup. Fot. Filminati
Za realizację powyższego wideo odpowiada grupa Filminati z Gliwic, rodzinnego miasta Skorupa, braci Jaz i Biaka. Mixem i masteringiem numeru zajął się DJ Eprom. „Wolny ziomek” jest już w sumie 2. odsłoną nowej płyty spod szyldu Skorup & JazBrothers. Następcę „Ludzi chmur” zapowiadał wcześniej singiel „Walet pik” z udziałem Dominiki Majewskiej.


Skorup & JazBrothers
Single zwiastujące nowe wydawnictwo Skorupa & JazBrothers dostępne są w najważniejszych serwisach streamingowych i sklepach z muzyką cyfrową. Utwór jako MP3 pobrać można m.in. ze strony: https://maxflosklep.pl/pl/searchquery/skorup/1/phot/5?url=skorup. Więcej szczegółów dotyczących nadchodzącej płyty artystów już wkrótce na łamach naszego serwisu oraz na www.MaxFlo.pl.

Tekst: Kajetan Balcer (MaxFloRec)

Adam Bałdych & Helge Lien Trio oraz Tore Brunborg - Brothers

fot. Magdalena Paszko
Tytuł poprzedniego albumu Adama Bałdycha, powstałego w 2015 roku to Bridges. I rzeczywiście - polski skrzypek wiedzie prym w budowaniu mostów między gatunkami współczesnego europejskiego jazzu. Choć ma zaledwie 31 lat, ma na koncie liczne wyróżnienia, w tym prestiżowe europejskie ECHO Jazz. Muzyka Adama Bałdycha łączy polski folklor, muzykę klasyczną i różne odmiany jazzu. Jego gra zaskakuje bogactwem techniki - tu klasyczna finezja splata się ze spontaniczną improwizacją, z buntowniczą energią i mocą rocka. Od 2015 roku Bałdych buduje mosty przy współudziale norweskiego Helge Lien Trio. "Przemierzyliśmy tysiące kilometrów z Helge, Frode i Per Oddvarem. Ci muzycy są czymś więcej niż tylko grupą akompaniatorów" - mówi skrzypek. Nowy album Adama Bałdycha nazywa się Brothers i poświęcony jest pamięci zmarłego brata. Zatem dla Bałdycha i kolegów z zespołu album wykracza poza wirtuozerię czy rozrywkę. "Chciałbym, aby moja muzyka" - mówi Bałdych - "zakorzeniała się w teraźniejszości, odzwierciedlała ją. Powinna zagłębiać się w troski i tęsknoty dzisiejszego świata. Czym ma być moja muzyka? Powinna być przesłaniem miłości i piękna; bardziej niż kiedykolwiek wcześniej powinniśmy czuć się braćmi i siostrami, aby lepiej zrozumieć siebie wzajemnie". Ten ambitny cel znajduje odzwierciedlenie w tytułach, takich jak "Faith [Wiara]", "Love [Miłość]", "One [Jedność]" i " Shadows [Cienie]". Poprzez doświadczenie wspólnego grania z Helge Lienem na fortepianie, Frode Bergiem na kontrabasie i Per Oddvar Johansenem na perkusji, Bałdych posiadł idealny środek ekspresji - wyrażenia wielu aspektów braterstwa poprzez muzykę. Kwartetowi w niektórych utworach towarzyszy norweski saksofonista Tore Brunborg, który zyskał sławę pracując z artystami takimi jak Tord Gustavsen i Manu Katchè.


To głębokie poczucie braterstwa między muzykami jest punktem wyjścia dla zespołu: "Jedynie dzięki bezgranicznemu zaufaniu i zrozumieniu możemy osiągnąć cele muzycznej jedności” - mówi Bałdych. "Chcielibyśmy bez kompromisów wyruszyć w muzyczne podróże, mieć odwagę odkrywać nieznane". Ta jedność w tworzeniu muzyki przebija we wszystkich dziewięciu utworach na płycie. Osiem to oryginalne kompozycje Adama Bałdycha. Album jest bardzo spójny – jest pewnego rodzaju albumem koncepcyjnym. Bałdych szerokim gestem kreśli łuk, poczynając od ciężkiego i rokowego hymnu "Elegy" poprzez balladę "Faith", która delikatnie włącza słuchacza w krąg zaufania i igra pomiędzy dur i mol. Potem podejmuje liryczne zobowiązanie jedności ("One"). Tytułowy utwór "Brothers" poruszająco krąży wokół tematu, dociera do punktu w którym "Hallelujah" Leonarda Cohena wydaje się wydobywać z nicości i cicho zanikać wracając do niej. 
"W porównaniu z naszym poprzednim albumem - Bridges, muzyka w Brothers jest "brudniejsza" i bardziej nieskrępowana. - mówi Bałdych. To tak, jakby mogli istnieć na krawędzi cienkiej jak ostrze noża, pomiędzy tym, co Lacan nazwał "płaczem" i milczeniem. Taki jest dzisiejszy świat: radość i tragedia mogą współistnieć". Autor Brothers poprzez muzykę jest zdolny obrazować całą gamę emocji. Pianissimo nasycone jest i uczuciami, ale i przejrzystością. Z drugiej zaś strony Bałdych jest w stanie dojść do granicy krzyku, gdzie natężenie i głośność graniczy niemalże z eksplozją. Interakcja polskich i skandynawskich dźwięków, tradycji amerykańskiego i europejskiego jazzu, sposoby łączenia i uzupełniania stylów i gatunków ... wszystko niesie ze sobą ducha braterstwa. Słuchacze są wciągani bez reszty, stają się duchowymi braćmi i siostrami. Album Brothers nagrany z norweskim trio to już czwarta płyta Adama Bałdycha nagrana dla prestiżowej wytwórni ACT Music. Album nagrany został w Hansa Studios w Berlinie w dniach 13-14.11.2016. Okładkę albumu tworzy dzieło rzeźbiarza Alfa Lechnera „Anlehnung”. Album Brothers ukaże się nakładem ACT Music 25 sierpnia 2017 roku.
Manager Katarzyna Werner

W dniach 25-27 sierpnia w Niedrzwicy Dużej koło Lublina odbędzie się IV Zlot Motocyklowy "w Ruinach", na którym wystąpi m.in. grupa Korpus!


40 lat po śmierci Elvisa Presleya Antoni Malewski w dniach 15, 16, 17 września zaprasza na szczególne spotkanie do Zakościela










W dniu 16 sierpnia 2017 roku mija 40 lat jak w dalekim Memphis (USA) odszedł na zawsze króla rock'n'rolla ELVIS PRESLEY. Na tę okoliczność w ramach moich, cyklicznych, muzycznych spotkań "Herosi Rock'n'Rolla" by uczcić tą szczególną w światowym show businessie, postać ZAPRASZAM moich znajomych i przyjaciół, fanów i miłośników ELVISA na szczególne spotkanie w dniach 15, 16, 17 września (piątek, sobota, niedziela) 2017 roku na sesję wyjazdową do Ośrodka Fundacji PROEM w miejscowości ZAKOŚCIELE n/Pilcą k/INOWŁODZA(woj. łódzkie). Ośrodek Fundacji PROEM leży nad przepięknym załomem rzeki Pilica na skraju Puszczy Spalskiej (16 kilometrów od Tomaszowa Maz. kierunek Radom, Puławy). 


Modrzewiowa willa w Zakościelu, do której na letnisko przyjeżdżał Julian Tuwim
Spotkania rozpocznie się w piątek (15 września) kolacją o godz. 18.00 a o 20.00 w ramach "Herosów" pierwsze spotkanie z ELVISEM zakończone koncertem pt. "Obiad z Elvisem" (Dinar East Open). W tym koncercie, śpiewający najpiękniejsze covery Elvisa, wystąpią m.in. Carl Perkins, Kim Wilde, Dave Edmunds, Roger Daltrey, Ruby Turner, Ben E. King, Elkie Brooks, Nona Hendryx, Boy George, Kiki Dee, Meat Loaf, Duan Eddy, Wojtek Gąssowski i inni.


Elvis Presley w TV Radio Mirror w marcu 1957
W drugim dniu sobota (16 września) pełne wyżywienie (śniadanie, obiad, kolacja) w programie m.in. przejazd "Carską Koleją" po miejscowościach Puszczy Spalskiej (Spała - Ośrodek Przygotowań Olimpijskich, Inowłódz - Zamek Królewski Kazimierza Wielkiego, XI wieczny kościółek św. Idziego, Konewka - słynne bunkry pohitlerowskie) a o godz. 20.00 w ramach "Herosów" drugie spotkanie z ELVISEM zakończone przepięknym, super filmem/koncertem coverami KRÓLA R&R pt "ELVIS Lives 2002".


Kadry z Jailhouse Rock
W trzecim dniu niedziela (17 września) uroczyste zakończenie spotkania z ELVISEM, śniadaniem. Posiłki podawane w systemie stół szwedzki.


Bliższe i pełniejsze informacje, 
pytania proszę kierować na 
tel. 507 757 177
Antoni Malewski

14 sierpnia w Inowrocławiu wystąpi znana z Polisz Czart londyńsko-inowrocławska formacja Remi i Falko. Słuchacze z Kujaw... nie przegapcie!