piątek, 27 kwietnia 2018

Odchodzimy teraz w piosenkach od polityki - z liderem zespołu Trzeci Oddech Kaczuchy Andrzejem Janeczko rozmawia Maria Duszka

Poniższy wywiad został pierwotnie opublikowany na łamach pisma


Andrzej Janeczko pochodzi z miasta Wysokie Mazowieckie. Jest założycielem i liderem działającego od 36 lat zespołu Trzeci Oddech Kaczuchy. Z żoną Mają Piwońską mieszka w Ługach koło Strykowa, gdzie pełni funkcję sołtysa. Zespół „Trzeci Oddech Kaczuchy” powstał w Olsztynie na początku lat 80-tych ubiegłego wieku. Drogę do sławy otworzyła zespołowi nagroda „Grand Prix” na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie w 1981 r. Wkrótce potem Andrzej Janeczko i jego żona Maja Piwońska przeprowadzili się do Łodzi. Otrzymali tutaj upragnione mieszkanie, a po kilku latach wybudowali dom w Ługach koło Strykowa.


W ubiegłym roku minęło 35 lat działalności zespołu. Z tej okazji ukazała się książka Andrzeja Janeczki pt.„Trzeci Oddech Kaczuchy: o życiu i scenie”. Znajdziemy w niej historię powstania i działalności zespołu, teksty piosenek i mnóstwo anegdot. A wszystko bogato ilustrowane czarno-białymi fotografiami.

Andrzej Janeczko i Maja Piwońska (2012) fot. Arkadiusz Simko
- Jak zaczęła się pana estradowa przygoda?

- Pierwsze teksty piosenek zacząłem pisać w liceum. Grałem już wtedy na perkusji i gitarze w zespole występującym na weselach.


Podczas tych imprez bardzo często dochodziło do bójek. Pewnego razu młody chłopak wszedł na salę z rozprutym brzuchem i zemdlał. Opisałem to w „Piosence o weselu w pewnej białostockiej miejscowości”. Na Przeglądzie Piosenki Autorskiej w warszawskim klubie „Hybrydy” dostałem za nią II nagrodę.

Wkrótce potem z Wiesławem Niderausem na Biesiadzie Satyry i Humoru w Lidzbarku Warmińskim otrzymaliśmy I nagrodę. Od tej chwili zaczęła mnie interesować satyra. Występowałem m.in. w kabarecie „Ostatnia zmiana”. Wkrótce z moją przyszłą żoną Majką Piwońską i Zbyszkiem Rojkiem utworzyliśmy zespół Trzeci Oddech Kaczuchy. Na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie otrzymaliśmy Grand Prix i 2.000 zł. Dla mnie szczególne znaczenie miało to, że w jury był mój idol, Wojciech Młynarski. Postawiliśmy wszystkim studentom w klubie Rotunda i pieniądze przepiliśmy w jedną noc. Wkrótce potem wygraliśmy konkurs piosenki w Opolu. Wtedy przyszła ogromna popularność, czasem aż męcząca.


- Jak trafili państwo do Łodzi?

- Po tych pierwszych sukcesach w 1981 r. mieliśmy się przenieść z Olsztyna do Krakowa, ale wtedy właśnie przyszedł stan wojenny i wszystko się zmieniło. Po miesiącu Estrada Łódzka zaproponowała nam współpracę na dobrych warunkach i – co było dla nas wtedy bardzo ważne - mieszkanie w Domu Aktora przy ul. Narutowicza. Po kilku latach wybudowaliśmy dom w Ługach. W latach dziewięćdziesiątych dyrektor Marek Markiewicz zaproponował nam programy na żywo w łódzkiej telewizji. Polubiła nas też Nina Terentiew, dzięki czemu nagraliśmy sześć recitali dla programu II TVP.

- Czy żałuje pan jakichś zaprzepaszczonych szans?

- To było w okresie naszej bardzo dużej popularności... Po jednym z naszych występów w Warszawie swój tekst podarowała mi Agnieszka Osiecka. Niestety, gdzieś mi się zawieruszył i nie skomponowałem do niego muzyki. Agnieszka nie dała nam drugiej szansy. Szkoda.

- Pewnie niewiele osób wie, że jest pan także obdarzony talentem plastycznym.

- Od dziecka interesowałem się malarstwem i rzeźbą. Po latach wróciłem do swoich marzeń i, nie bez wahań, w wieku 47 lat rozpocząłem studia na łódzkiej ASP - na Wydziale Grafiki i Malarstwa. Dyplom obroniłem na piątkę. Teraz moje grafiki eksponujemy podczas naszych koncertów.


- Co aktualnie dzieje się u „Kaczuch”?

Trzeci Oddech Kaczuchy: o życiu i scenie
Księży Młyn Dom Wydawniczy, Łódź 2017 r., s.340
- Właśnie zaczynamy promować moją książkę „Trzeci Oddech Kaczuchy: o życiu i o scenie”. Pisałem ją 4 lata, rok trwała redakcja. Opowiadam w niej o historii naszego życia i działalności zespołu, a przy okazji także trochę o najnowszej historii naszego kraju. Występujemy często na imprezach organizowanych przez środowiska medyczne. Zaprasza nas też na koncerty Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna. W tym roku nakręciliśmy recital dla TVP 2. Odchodzimy teraz w piosenkach od polityki. Śpiewamy raczej liryczne utwory. I to się podoba.

- Jest pan człowiekiem o renesansowych uzdolnieniach i zainteresowaniach…

- To raczej intelektualne i duchowe ADHD – tak czasem myślę o sobie. Cieszy mnie to, że od 36 lat utrzymuję się z uprawiania różnych dziedzin sztuki. Wiele zawdzięczam mojej żonie. Ona w dużym stopniu decyduje o naszym obliczu scenicznym, ona jest też dobrym duchem naszego domu i zespołu.


Maria Duszka - mieszka w Sieradzu. Jest poetką, dziennikarką, bibliotekarką, animatorką kultury, założycielką i opiekunką działającego od 2002 r. Koła Literackiego „Anima”. Członkini Wielkopolskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. W 2012 r. otrzymała stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a w 2013 r. Odznakę Honorową za Zasługi dla Województwa Łódzkiego. Wydała dotychczas dziewięć tomików. Ostatni z nich to polsko-litewski wybór wierszy "Wolność chmur /Debesų laisvė". Jej utwory zostały przełożone na kilkanaście języków obcych. Publikowała je m.in. w: „Odrze”, „Toposie”, „Przekroju”, „Poezji Dzisiaj”, „Reibeisen” (Austria), „Modern Haiku” (USA), „Krantai” (Litwa), „Kiyv” (Ukraina) oraz w antologiach w Niemczech, Serbii i USA. Prezentowała także swoją twórczość w Telewizji Polonia, Radiu Łódź, Radiu Alfa i Naszym Radiu. Od października 2017 r. czyta wiersze ulubionych poetów w cotygodniowej audycji „Pod wielkim dachem nieba” w Radiu Muzyczna Cyganeria. Jako dziennikarka publikowała artykuły, wywiady i recenzje na łamach „Dziennika Łódzkiego”, „Kalejdoskopu” (miesięcznika kulturalnego Łodzi i województwa łódzkiego) i „Toposu”, a od kilku lat współpracuje z „Ziemią Łódzką”. Była gościem festiwalu PolnischerSommer 2010 w niemieckim landzie Schleswig - Holstein. W latach 2013 - 2016 czterokrotnie uczestniczyła w Międzynarodowym Festiwalu Poetyckim "Maj nad Wilią" w Wilnie, a w 2017 r. reprezentowała nasz kraj na Międzynarodowym Festiwalu "Wiosna Poezji" organizowanym przez Związek Pisarzy Litwy.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Polski metal mógł kiedyś pozamiatać Europę - z liderem Ceti - Grzegorzem Kupczykiem rozmawiają Tomek Piątkowski i Sławek Orwat

fot. Anna Piątkowska


Grzegorz Kupczyk - legenda polskiego heavy metalu, najsłynniejszy wokal w polskim ciężkim rocku. Legenda Turbo, Ceti, Non Iron i wielu innych rockowych bandów, oraz występów gościnnych (Esqarial - „Klassika”, PanzerX). Współpracował z Czesławem Niemenem na płycie Czarna Róża (Bieg Straceńców, Ściana Płaczu). Z liderem Ceti spotkaliśmy się tuż przed koncertem tego zespołu w The Pioneer Club w miasteczku St. Albans - tym samym, gdzie w niedalekiej przeszłości gościły już tak znane polskie kapele metalowe jak Quo Vadis (dwukrotnie) i Pandemonium. 


Dzień wcześniej podążyliśmy wraz z Tomkiem do Londynu, gdzie udało nam się "złapać muzyków Ceti pomiędzy Pałacem Buckingham, a Trafalgar Square i spędzić z nimi kilka chwil na rozmowach i spontanicznej sesji zdjęciowej. Rozmowa z Grzegorzem przebiegała w niezwykle przyjaznej atmosferze, a nasz gość nie unikał żadnych tematów i ze szczerą otwartością dzielił się z nami swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. Zapraszamy do lektury

fot. Artur Tarczewski
Tomek Piątkowski: Młody Grzegorz Kupczyk i początki jego aktywności muzycznej, jak to się zaczęło?

Grzegorz Kupczyk: Pewnie to z genami wyniosłem. Pierwszy raz na scenie stanąłem, zdaje mi się, jako sześcioletni gówniarz i śpiewałem piosenkę “Te opolskie dziołchy”.


Potem była szkoła podstawowa... stawałem z drewnianą łyżką przed lustrem i udawałem, że trzymam mikrofon. Wydzierałem się na klatce schodowej i jestem do dziś pełen podziwu dla moich sąsiadów, że mnie nie wyzywali, bo echo niosło (śmiech). Pod koniec szkoły podstawowej założyłem pierwszy zespól wokalny, a w szkole zawodowej poznałem ludzi, którzy chcieli grać. Pojawiły się pierwsze zespoły: De Luxe, Wbrew, Quant, Kredyt. Oczywiście były też poboczne projekty, były szanty, grałem bluesa i wiele innych. Z Kredytu trafiłem bezpośrednio do Turbo, a dalej to już wiecie.

Sławek Orwat: Nazwę Ceti zaczerpnąłeś z programu poszukiwań cywilizacji pozaziemskich NASA z 1971 roku. Aż tak fascynuje cię życie pozaziemskie?

Grzegorz Kupczyk: Tak, jestem wielkim fanem tematu UFO i w ogóle science-fiction. Mam setki książek o tej tematyce, przygodowych, science-fiction jak i naukowych. Sam też próbowałem kiedyś pisać książkę o tematyce science-fiction, ale jak doszedłem do trzechsetnej strony, to gdzieś zaginęła i do dziś nie wiem, co się z nią stało.


Właściwie to zawsze odkąd pamiętam, interesowałem się tematyką science-fiction jak i tematyką biblijną. Bardzo lubię ten temat drążyć, dociekać, zastanawiać się. Kiedy powstawał zespół, to rożne były pomysły na nazwę, ale w końcu - a co mi tam - nazwaliśmy go skrótem od Communication With Extraterestrial Inteligence. Teraz ten program nazywa się już The Search for Extraterrestrial Intelligence i przez to Search skrót brzmi już SETI, ale nasza nazwa Ceti została.

fot. Artur Tarczewski
Sławek: Czy tego chcesz, czy nie, zawsze będziesz już kojarzony z pewnym legendarnym utworem, który publicznie wykonałeś już pewnie tysiące razy na różne sposoby i z rożnymi składami. Czy jest to dla artysty błogosławieństwo, czy przekleństwo, że ma w swoim dorobku taki kawałek, z którym zawsze już się będzie się kojarzył niezależnie od tego, pod jakim szyldem wychodzi na scenę?

Grzegorz Kupczyk: Wiesz co, przekleństwem to może nie jest, ale na pewno jest to upierdliwe. Tak się akurat złożyło, że jedna z piosenek, którą śpiewam, jest jednym z największych przebojów w historii polskiego rocka. Cóż, staram się śpiewać "Dorosłe dzieci" najlepiej jak umiem i wszystko w temacie (śmiech).

Sławek: Czy z Wojciechem Hoffmannem i z pozostałymi muzykami Turbo łączą cię dobre, przyjacielskie relacje?

Grzegorz Kupczyk: Tak, relacje mamy dobre.

Sławek: Jak oceniasz drogę, którą Turbo poszło bez ciebie?

Grzegorz Kupczyk: Hmm... trudne pytanie. Na pewno wystartowali dobrze, ale to, co teraz tam się dzieje i to nie tylko ja tak uważam, jest trochę takim rozmienianiem się na drobne.


Niestety, to nie jest już ta klasa, która była kiedyś. Ja nie chciałbym wypowiadać się w zasadzie w tym temacie, ponieważ jakby nie wypada mi i cokolwiek powiem złego, czy średniego, będzie odczytywane, że jestem złośliwy. Mówić znów, że wszystko jest dobrze i pięknie, byłoby niezgodne z moim sumieniem, więc lepiej będzie jak damy sobie po prostu spokój. Generalnie uważam, że niepotrzebnie zespól Turbo robi pewne rzeczy, lecz nie jest to moja sprawa. Ja mam swój zespół i to jest mi bliższe.

fot. Anna Piątkowska
Tomek: Będziesz w tych dniach koncertował w kraju, w którym pod koniec lat 70-tych pojawiło się zjawisko nazwane New Wave of British Heavy Metal. Z tej fali wywodzą się m.in. Judas Priest, Iron Maiden, Saxon, Motorhead. Czy zaobserwowałeś podobne zjawisko w w Polsce?


Grzegorz Kupczyk: Wiesz, w Polsce jest bardzo dużo dobrych zespołów i zawsze to powtarzam, że gdyby władze na to pozwoliły i zaopiekowały się wtedy tą młodzieżą, to polski rock, polski metal mógłby bez problemu pozamiatać Europę. Takie jest moje zdanie i ci sami ludzie, którzy kiedyś się ze mnie śmiali, teraz sami zaczynają pewne rzeczy zauważać.

fot. Artur Tarczewski
Sławek: Jest bardzo dużo niewykorzystanych szans na zrobienie zagranicznej kariery takich zespołów jak Quo Vadis, Pandemonium i kilku innych równie świetnych kapel. Światowy poziom popularności tak naprawdę osiągnęły jedynie Vader i Behemoth, ale to są dość skrajne nurty heavy metalu. A co z klasycznym metalem i popularnym w latach 80-tych hard rockiem?

Grzegorz Kupczyk: W tej chwili jeżeli chodzi o typową czystą muzykę hardrockową i heavy metalową to tak naprawdę zostaliśmy tylko my - Ceti.

Sławek: Jest jeszcze Nocny Kochanek, ale oni traktują metal prześmiewczo.

Grzegorz Kupczyk: Cokolwiek to jest, trudno to gdziekolwiek zakwalifikować. Mają swoje 5 minut, znaleźli na siebie sposób, korzystają z tego i za chwilę pewnie zaraz to się skończy. Tak samo było z Kabanosem i z innymi podobnymi kapelami. W takim małym kraju jak Polska taka pompa nie może trwać długo.


Sławek: Z metalem jest obecnie tak, że albo się śpiewa się "z jajem" po polsku, jak robi Nocny Kochanek, albo śpiewa się go po angielsku. Czy niemożliwe jest zrobienie dziś czegokolwiek w metalu śpiewając po polsku na poważnie?

fot. Artur Tarczewski
Grzegorz Kupczyk: Ależ oczywiście! Przygotowujemy teraz nowy materiał i na poważnie zaczęliśmy zastanawiać się, w jakiej wersji ta płyta powinna zostać nagrana - polskiej, czy angielskiej i nawet nasi kontrahenci poprosili, żeby zrobić ją raczej po angielsku. Sprzedaż płyt w Polsce jest taka, a nie inna, a przez miesiąc, czy dwa sprzedamy tych płyt za granicą więcej, niż przez rok w Polsce.


Tomek: W roku 1989 powstał zespół Ceti, ale ten moment wiążę się także z obsadą wokalisty w Non Iron. Jak się tam znalazłeś? A przy okazji warto może przypomnieć postać zapomnianego już dziś nieco Leszka Szpigla, który zdecydował się wtedy na wyjazd do Niemiec.

fot. Anna Piątkowska
Grzegorz Kupczyk: To był specyficzny rocznik. Takie nazwiska jak nasza Marysia [Maria "Marihuana" Wietrzykowska - przyp. red.], ja, Magda Durecka, Leszek Szpigiel, Maciej Matuszak z Wilczego Pająka, Tomek Goehs, Paweł Stasiak z Papa Dance i jeszcze kilku innych... myśmy wszyscy kończyli Szkołę Muzyczną w tym samym roku, tyle że my (Marysia i ja) wydział wokalny, a oni piosenkarski. Nauka na wydziale wokalnym trwała cztery lata, a na piosenkarskim dwa lata, a że my z Marysią przyszliśmy trochę wcześniej, więc wszyscy kończyliśmy tę szkołę razem. Nie wiem dlaczego Leszek wyjechał wtedy do Niemiec, ale poproszono mnie żebym nagrał i dokończył pierwszą płytę Non Iron Inni Niepotrzebni. Pomyślałem... czemu nie, ale wyszło tak, jak wyszło. Myśmy z Jasiem Musielakiem się przyjaźnili, no i na kogo padło, na tego bęc, a że padło na mnie, to zrobiliśmy dwie fajne płyty, a potem to ja już miałem Ceti i nie miałem żadnego interesu w tym, żeby zostać w Non Iron.

Tomek: Zaśpiewałeś na dwóch płytach?

Grzegorz Kupczyk: Na dwóch

Tomek: Na Inni niepotrzebni śpiewa Leszek Szpigiel.

Grzegorz Kupczyk: Ale jedną piosenką ze mną.


Sławek: Za oficjalną datę powstania Ceti uważa się 12 października 1989. Co kierowało 31-letnim dojrzałym mężczyzną, aby zaczynać coś nowego? Niespełnienie w Turbo?

fot. Sławek Orwat
Grzegorz Kupczyk: Tak, niespełnienie w Turbo. Myśmy zaczęli grać taką muzykę, którą nie to, że nie rozumiałem. Ja jej nie akceptowałem w moim wykonaniu. Ja byłem zawsze raczej wokalistą klasycznym, czyli Led Zeppelin, Deep Purple i te sprawy i ja po prostu takie rzeczy chciałem śpiewać, a tam zaczęły aię jakieś trashowe i techno metalowe jazdy, a to dla mnie zupełnie odpadało.


To miało być pierwotnie jako odskocznia, miałem nagrać, pośpiewać i to miało się skończyć, a okazało się, że zespół po dwóch, trzech nagraniach ma dwa wielkie przeboje no i poszło.

fot. Tomasz Piątkowski
Sławek: Na debiutanckim krążku Czarna róża wydanym w 1989 roku gościnnie wystąpił Czesław Niemen. Jak udało ci się namówić kogoś takiego do współpracy z zespołem, który stawiał dopiero pierwsze kroki?

Grzegorz Kupczyk: To jest duża zasługa takich panów jak Krzysztof Wodniczak i Ryszard Gloger - ówczesny szef redakcji muzycznej Radia Merkury. Oni z Czesławem dość blisko się znali i to oni nas ze sobą skumali, dogadali i byli moimi mentorami w tym temacie. Pamiętam, że przekazaliśmy mu kasetę z nagraniami. Przyszedł w dniu, w którym zaczynaliśmy zgrania... świetny człowiek!

Tomek: Na okładce płyty Demony czasu nazwa zespołu jest ledwie widoczna. Album praktycznie wygląda tak, jakby był firmowany tylko twoim imieniem i nazwiskiem. Dlaczego zdecydowałeś się na taki zabieg?


Grzegorz Kupczyk: Tomasz Dziubiński nie chciał nazwy Ceti, a ja pomyślałem sobie, że się wycwanię. No dobra... wydamy to jako Grzegorz Kupczyk, a że skład był ten sam, grafikowi, który to robił, kazałem ukryć nazwę. A najlepsze jest to, że Dziubiński zauważył to dopiero po dwóch latach od ukazania się płyty! (śmiech).

fot. Artur Tarczewski
Sławek: Jak myślisz, czy ludzie bardziej dziś rozpoznają słowo Kupczyk, czy Ceti?

Grzegorz Kupczyk: Kupczyk.


Sławek: Wiadomo, że czasu już się nie odwróci, ale czy gdyby ten zespół od początku nazywał się Kupczyk, mógłby osiągnąć większą popularność? Myślałeś o tym?

Grzegorz Kupczyk: Pewnie że myślałem.

Sławek: Muszę ci powiedzieć, że kiedy namawiałem moje tutejsze środowisko do przyjścia na wasz koncert, to pomimo, że zespól istnieje już blisko 30 lat, większość ludzi wiedziała, kim jest Grzegorz Kupczyk, ale mało kto kojarzył nazwę Ceti.

Grzegorz Kupczyk: Powiem ci, że spotkałem się ostatnio z czymś dramatycznym. Ludzie często nie wiedzą, co to jest TSA czy Perfect.

Sławek: Wierzę. Jakiś czas temu byłem na grillu i leciały sobie w tle różne piosenki, w tym oryginalne wykonanie „Dni których, nie znamy”. W pewnym momencie jakiś nastolatek woła: "znam to! Bednarek!"

Grzegorz Kupczyk: Bo u nas w mediach nie edukuje się, nie wyjaśnia się, co z czego się wzięło i nie tłumaczy się młodym ludziom genezy ważnych piosenek.

Tomek: W jednym z wywiadów powiedziałeś: „...moim autorytetem jest Dekalog...”. Mógłbyś to rozwinąć?


Grzegorz Kupczyk: Uważam, że przykazania nam podane są bardzo mądre i tak naprawdę wcale nie są trudne do przestrzegania, tylko należy zastanowić się, kto tutaj się bardziej pomylił, czy Ten, który te przykazania dał, czy ci, którzy je wzięli, bo czasem mam wrażenie, że obie strony nie dorosły do tego.

fot. Anna Piątkowska
Sławek: Mam także swój pogląd na ten temat, gdyż przez około 5 lat przy pomocy teologów próbowałem poznawać prawdy zawarte w Biblii...

Grzegorz Kupczyk: Ja też, bo Kawalerię... pisałem w oparciu o Biblię.


Sławek: Od lat staram się na przykład zrozumieć skąd wziął się Romantyzm w sztuce i to jego nieustanne nawiązywanie do demonów i zjawisk nadprzyrodzonych. Nie będę odkrywczy, jeśli powiem, że opisany przez Miltona w "Raju utraconym" bunt aniołów był zapewne idealnym wzorcem dla buntu młodych twórców Romantyzmu wobec prawd naukowych, czyli tego wszystkiego, co można dotknąć i zbadać empirycznie. Bóg człowiekowi dał wolną wolę, a istoty wyższe, które stały tuż przy Nim tego daru nie otrzymały i część z nich zwróciła się przeciw Stwórcy.

Maria „Marihuana” Wietrzykowska (fot. Artur Tarczewski)
Grzegorz Kupczyk: Mówisz bardzo fajną rzecz. U nas Marysia jest bardzo wierząca i kiedyś rozmawiając z nią powiedziałem, że Bóg wcale nie jest doskonały, bo gdyby był, nie pozwoliłby ludziom na wojny i wtedy Marysia powiedziała, że Bóg dał nam wolną wolę, przez co dla mnie tym bardziej nie jest kompetentny, bo skoro z tego tytułu są wojny i wszelkie zło, to jako Istota doskonała, powinien wiedzieć, że temu gatunkowi nie można dać wolnej woli i wszystko w temacie.


Tomek: Który z wokalistów polskich i zagranicznych najbardziej wpłynął na twoją karierę?

Grzegorz Kupczyk: Z polskich to stanowczo Niemen, Wojciech Gąssowski w zespole Test. Ja słuchałem przedziwnych wokalistów. Potrafiłem słuchać zespołu Babsztyl, Aleksandra Nowackiego z Homo Homini i prawdopodobnie ta moja wszechstronność, o której tak często się mówi, wynika z tego, że słuchałem przeróżnej muzyki, słuchałem piosenki aktorskiej, Ireny Santor, Skaldów i wielu innych i dlatego ja to wszystko do teraz w sobie mam.

fot. Artur Tarczewski
Tomek: A zagraniczni?

Grzegorz Kupczyk: Od zarania dziejów zawsze wpływali na mnie Ian Gillan, David Coverdale i może trochę mniej Ozzy Osbourne, ale oczywiście też bardzo go lubię,

Tomek: Dave Coverdale chyba jednak najbardziej na ciebie wpłynął, bo kiedy go słucham, to mam wrażenie, że wasze wokale bardzo mocno są do siebie podobne.


Grzegorz Kupczyk: Pewnie, że tak! (śmiech). Miałem fioła na puncie naśladowania jego techniki i prowadzenia frazy wokalnej. Uwielbiam i śmiertelnie zakochany jestem też w Led Zeppelin i w Plancie i to jest mój silny numer jeden. Był u mnie jednak taki moment, kiedy Marysia powiedziała: przestań udawać kogoś, kim nie jesteś, śpiewaj swoim wokalem i będzie dobrze. Wziąłem to sobie do serca i taki był koniec moich eksperymentów i to było najlepsze, co mogłem zrobić.

fot. Artur Tarczewski
Sławek: "Na progu serca" był waszym pierwszym wielkim przebojem, który przez wiele tygodni okupował czołowe miejsca radiowych list przebojów. Grzegorz Kupczyk (śpiew, gitara basowa), Marihuana (instrumenty klawiszowe), Andrzej Łysów (gitara). Jak dziś wspominasz tamten czas? Czy coś zmieniłbyś patrząc z dzisiejszej perspektywy?


Grzegorz Kupczyk: Zawsze wychodzę z założenia, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Zawsze jest tak, że jeżeli coś się dzieje, to dzieje się po to, żeby wydarzyło się coś następnego. Z tego, co pamiętam i co wspominam, to niewiele w swoim życiu bym zmienił, bo skoro coś się wydarzyło, to widocznie tak miało być. "Na progu serca" nagrywałem na gitarze basowej. Potem była zabawa z komputerem, bo nie mieliśmy jeszcze wtedy perkusisty i ten kawałek był - tak jak powiedziałeś - tworzony w trzy osoby, czyli ja, Andrzej i Marysia i dopiero potem ten skład był rozbudowywany. Jedliśmy i spaliśmy w studiu Izabelin, bo nie było wtedy dla nas hotelu (śmiech).

fot. Anna Piątkowska
Tomek: Pozwól, że wrócę na chwilę do czasów Turbo. Wytłumacz mi, w jaki sposób album Dorosłe dzieci uniknął w latach 80-tych cenzury?

Grzegorz Kupczyk: On był cenzurowany, tylko tak jakoś wyszło, że przeoczyli parę rzeczy. Pamiętam, że cenzura przyczepiła się na poważnie dopiero wtedy, kiedy „Dorosłe dzieci” schodziły już z list przebojów, a poza tym, to nie przypominam sobie, żeby - poza kilkoma drobiazgami - Turbo miało kiedykolwiek jakiś poważniejszy problem z cenzurą. Jakoś nas to ominęło, albo ja o tym po prostu nie wiem. Być może załatwiał to menadżer.


Pamiętam tylko, że był problem z utworem „Sztuczne oddychanie” w momencie: „...budzą mnie poranne lęki, budzi mnie poranny wzwód...”, który był wyciszany. Potem ten kawałek był nagrany przez Ceti i też był wyciszany dokładnie w tym samym momencie (śmiech).

fot. Artur Tarczewski
Sławek: Na krążku Lamiastrata wykorzystane są motywy baśniowe. Podobne odniesienia znamy z albumów grupy Collage. Ballady Kata też pełne są demonów i nawiązań do świata niematerialnego. Jak myślisz, dlaczego ta tematyka jest tak lubiana przez ostro grających dojrzałych mężczyzn? 


Grzegorz Kupczyk: Ta tematyka otwiera horyzonty. Wszystko można wymyślić, o wszystkim napisać, a mężczyźni - jak dobrze wiesz - do końca życia są dorosłymi dziećmi. Ciągle musimy mieć pod ręką jakieś zabawki, kolejki, śrubokręty, samochody i zawsze lubimy się czymś bawić, z czegoś pośmiać, o czymś pomarzyć i tak powstała Lamiastrata.

fot. Artur Tarczewski
Sławek: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że Lamiastrata jest najważniejszym albumem w dorobku zespołu, bo od niego tak naprawdę ludzie zaczęli słuchać Ceti. Pod koniec roku 2000 ukazał się natomiast krążek Demony czasu uznany za najlepszy w waszym dorobku przez wielu krytyków, co potwierdza też ilość sprzedanych egzemplarzy. Który z tych dwóch albumów jest w twojej opinii tym najważniejszym? A może jest jeszcze inny?


Grzegorz Kupczyk: To zależy jak do tego podejdziemy. Na pewno ważna jest Lamiastrata, na pewno Czarna róża, bo pierwszy. Ważny też jest Shadow of the Angel, którą Kaczkowski w Trójce zapowiedział: proszę państwa to naprawdę jest polski zespół. Trzy ostatnie albumy też są ważne i dlatego trudno powiedzieć który, bo każdy coś ważnego wniósł. Ja myślę, że z punktu widzenia, który ty masz na myśli, to jednak Lamiastrata, bo on nie był jeszcze albumem komercyjnym, przez co stał się albumem kultowym i w związku z tym będziemy go wkrótce wznawiać na winylu.

fot. Artur Tarczewski
Tomek: Wsłuchując się w dwa ostatnie albumy Ceti Brutus Syndrome i Snakes of Eden i The Book of Souls Iron Maiden można zadać sobie pytanie: czy Ceti jest polskim Iron Maiden, czy to Iron Maiden jest brytyjskim Ceti?


Grzegorz Kupczyk: Wiesz co, to jest zbieg okoliczności. Naprawdę! Ja nas nie porównuję, to ludzie nas porównują. Kiedyś zadano mi pytanie: "dlaczego Kupczyk śpiewa jak Dickinson", a jak ja zamiast na nie odpowiedzieć, zadałem inne: "a może to Dickinson śpiewa jak Kupczyk?" i dodałem: stary, zastanów się, jesteśmy z tego samego rocznika, różnimy się tylko dwoma miesiącami, zaczęliśmy śpiewać mniej więcej w tym samym czasie, w podobnych zespołach. Kto wtedy myślał, że w ogóle istnieje Iron Maiden? Wtedy chłopak się wyautował (śmiech).

fot. Artur Tarczewski
Sławek: Pomimo upływu lat, twój głos i kondycja na scenie są bez zarzutu, a energią, jaką prezentujesz podczas koncertu mógłbyś zarazić niejednego dwudziestolatka, który dopiero rozpoczyna swoją przygodę z muzyką.


Grzegorz Kupczyk: To jest naturszczykowskie, ale to wymaga też dużo pracy, higieny życia, siłowni, biegania. To tylko tak ładnie z góry wygląda, a tak naprawdę to jest potwornie ciężka praca, żeby to utrzymać, ale nie będę ukrywał, że mi się to bardzo podoba, że jestem w takiej, a nie innej formie, bo był to przecież mój rodzaj inwestycji w samego siebie. Mnie zawsze śmieszy, kiedy słyszę, że Kupczyk na koncertach daje radę. Raz już nawet nie wytrzymałem i w jednym wywiadzie powiedziałem: słuchaj, do furii mnie doprowadzacie, kiedy piszecie, że daję radę, bo dawać radę to można przy przenoszeniu worków na budowie, a na scenie to ty po prostu musisz dać rade. Wchodzisz i albo jesteś dobry, albo won!

fot. Artur Tarczewski
Tomek: Ostatnie albumy nagraliście w języku angielskim. Macie zamiar wrócić do języka polskiego?

Grzegorz Kupczyk: Był taki zamiar, ale dopóki nie ruszy sprzedaż płyt w Polsce, mija się to z celem.


Sławek: Czyli generalnie jest szansa, żeby wrócicie do języka polskiego?

Grzegorz Kupczyk: Nie potrafię tego obiecać (śmiech).

fot. Anna Piątkowska
Sławek: Czyli nastawiacie się jednak na zagraniczną karierę?

Grzegorz Kupczyk: Wiesz, fajnie się gra zagranicą, ale czy my zrobimy tam karierę? To jest łut szczęścia, to jest ruletka, ale jakbym powiedział, że o tym nie myślę, to kusiłbym los.


Sławek: W twoim życiu muzycznym odnotowałem trzy konflikty. Pierwszy z nich pojawił się około roku 1994 podczas nagrywania albumu Rasizm, rok później w składzie Ceti pojawili się Marcin Sauter i Valdi Moder, który po sześciu miesiącach został usunięty ze skutkiem natychmiastowym. W roku 2003 na kilka miesięcy opuściłeś Turbo na skutek konfliktu z wytwórnią Metal Mind. Który z tych momentów przeżyłeś najgorzej?

Nasza cierpliwa fotoreporterka wywiadu Anna Piątkowska z Mistrzem (fot. Sławek Orwat)
Grzegorz Kupczyk: Trudnym przeżyciem dla mnie, na pewno było odejście Andrzeja i Macieja Przybylskiego, przez co musiałem prawie cały skład montować od nowa, ale na pewno najgorszym, co mogło się wydarzyć, było przyjęcie do zespołu Sautera i Modera. To była absolutna pomyłka, to był dramat. Okazało się, że Moder po prostu nie umiał grać na gitarze, co wydawało się wszystkim niemożliwe. Tak, on nie umiał grac na gitarze!


Jak zaczynał grać próg wyżej, to on już nie słyszał, że gra obok, bo nauczył się grac na pamięć jakieś tam rzeczy i miał chłop po prostu pozamiatane. Znalezienie gitarzysty po tym wszystkim było dość trudne i karkołomne. Na szczęście znalazł się Przemek Burzyński i został chyba ze cztery lata. Po nim pojawił się Barti, którego zresztą odkrył dla mnie Wojtek Hoffmann i dzięki Bogu, bo to doskonały muzyk i przyjaciel. Jest z nami do dzisiaj i mam nadzieję, że tak zostanie.

Kolekcja zdjęć z wybitnymi wokalistami z kręgu ostrych brzmień Tomkowi Piątkowskiemu powiększyła się. Po Philu Moggu  z UFO tym razem najjaśniejsza gwiazda z Polski - Grzegorz Kupczyk (fot. Sławek Orwat)
Tomek: A wracając do twojego dawnego konfliktu z Metal Mind... nie obawiałeś się powrotu pod ich skrzydła?

Grzegorz Kupczyk: Teraz jest zupełnie inaczej niż kiedyś. Ja jestem obecnie zachwycony współpracą z Metal Mind. Bardzo nam pomagają, wspomagają, wspierają.... zupełnie inna bajka niż dawniej.


Tomek: Twój najważniejszy koncert w całej karierze?

Grzegorz Kupczyk: Wydaje mi się, że Metalmania 86, bo to było być, albo nie być w Turbo. Bardzo fajny dla mnie personalnie, był też wspólny występ z Glenem Hughes w Proximie.

fot. Artur Tarczewski
Sławek: „Usta Micka Jaggera”, powiedz coś o tym. Rzadko cię chyba o to pytają?

Grzegorz Kupczyk: To była bardzo fajna sprawa. Oni chcieli tam wykorzystać muzykę The Rolling Stones, ale ich menadżer się na to nie zgodził, więc zwrócili się z tym do mnie, a ja zgodziłem się. Nagrałem to, zarobiłem bardzo dużo pieniędzy, a teatr dostał jeszcze nagrodę za wykonanie muzyki Stones-ów. Bardzo fajna przygoda.


Tomek: Masz jakieś głębsze relacje z polską sceną metalową i hard rockową w Anglii?

Grzegorz Kupczyk: Tak, cały czas, a Facebook bardzo pomaga.

fot. Artur Tarczewski
Sławek: Z czego wynika ban dla rocka, a dla metalu w szczególności w niemal wszystkich największych polskich stacjach radiowych? Kto tak naprawdę za tym stoi?

Grzegorz Kupczyk: Wydaje mi się, że duży udział w tym ma jednak Kościół.


Sławek i Tomek: Naprawdę?!

Grzegorz Kupczyk: Tak mi się wydaje, bo nie wiem czy wiesz, ale ja byłem przepraszany przez portale internetowe o tematyce kościelnej za to, że nazwano mnie satanistą. Jako jedyny heavy metalowy wokalista zostałem oficjalnie za to przeproszony w gazetach, w necie i na starej stronie internetowej na pewno to znajdziesz.

fot. Artur Tarczewski
Sławek: Czy dlatego tak cię nazwano, że w 2014 skrytykowałeś zakaz koncertu Behemotha w Poznaniu?

Grzegorz Kupczyk: Nie. Przyczepili się do mnie za płytę Kawaleria Szatana nie znając tekstu. Wiesz, tam była zadyma straszna, bo wyraziłem tam dość odważne poglądy.


Jestem osobą wierzącą, a to, że nie chodzę do kościoła, zresztą... kiedyś, ktoś bardzo mądrze powiedział, że nie trzeba być religijnym, żeby być wierzącym i na odwrót. Najlepiej jest nie robić jeden drugiemu krzywdy.

Tomek: Odbiegając na moment od Ceti, możesz powiedzieć parę zdań na temat współpracy z Esqarialem i powstaniem płyty Klassika?

fot. Artur Tarczewski
Grzegorz Kupczyk: Płyta jest jedną z najlepszych w życiu, jaką nagrałem. Zaproponował mi to Mariusz Kmiołek. Pojechałem do nich na próbę, zaśpiewałem im linie melodyczne i tak już zostały, potem weszliśmy do studia, oni część nagrali we Wrocławiu, ja nagrałem wokale w Poznaniu i w Pile i wyszło to, co wyszło. Kiedy to usłyszałem, to szczęka mi opadła. Wyszło naprawdę bardzo dobrze.


Tomek: Wśród słuchaczy ta płyta jest oceniania jako jedna z najlepszych w historii polskiego heavy metalu.

Grzegorz Kupczyk: Ja teraz walczę o to, żeby ją re-edytować i żeby wydać ją w dobrym nakładzie, bo to jest płyta, która zasługuje na to na pewno.

fot. Artur Tarczewski
Sławek: Sporo miałeś na drodze swojego życia artystycznego podsumowań i rocznic. Pojawiali się na nich różnie goście, w tym legendy lat 80-tych. Kogo myślisz zaprosić za rok na wasze trzydziestolecie?


Grzegorz Kupczyk: W lutym zaczęliśmy dopiero poruszać ten temat i zastanawiać się. Mógłbym zrobić tak, jak robi większość zespołów, czyli pozapraszać moich byłych muzyków, ale tak naprawdę... (zastanowienie)

Sławek: Myślałeś o tym, żeby zaśpiewać kiedyś w duecie z Romanem Kostrzewskim?

Rozmowa z Markiem Piekarczykiem podczas koncertu TSA w Londynie (fot. Marek Jamroz)
Grzegorz Kupczyk: Był kiedyś taki pomysł, żeby zrobić koncert trzech "tenorów". Miał być Kostrzewski, Ja i Piekarczyk, ale... dostałem Złoty Krzyż Zasługi i zaczęły tu i ówdzie padać pytania typu: dlaczego nie ja i rożne takie tam...

Sławek: Serio takie rzeczy się dzieją?!


Grzegorz Kupczyk: To jest ludzkie.

Sławek: To może teraz się uda?

Grzegorz Kupczyk: Widzisz, Marek niedawno odszedł z TSA... trudno w tej sytuacji cokolwiek przewidzieć.


***

Autorzy zapraszają na fanpage tutaj oraz Instagram tutaj Artura Tarczewskiego, którego zdjęcia zostały wykorzystane w powyższej publikacji


Tomasz Piątkowski: Urodziłem się w 1982 roku i należę do pokolenia zmian systemowych w Polsce. Pochodzę z miasteczka Jelcz Laskowice, w którym powstawały słynne ciężarówki. Do mojego zainteresowania muzyką przyczynił się szkolny radiowęzeł, z którego po raz pierwszy usłyszałem kawałek zespołu Metallica pod tytułem “One”, od którego zaczęła się moja fascynacja muzyką. Od tamtego momentu, zupełnie zelektryzowany magią gitary Kirka Hammeta. Poświęcałem niemal każdą wolną chwilę na zgłębianie wiedzy o muzyce. Dużo czytałem. Początkowo wciągnęły mnie bez reszty ciężkie brzmienia death metalu, a z czasem poszerzyłem swoje zainteresowania o hard rock, punk i klasyczny heavy metal, którego stałem się fanem. W miarę poznawania historii tych gatunków starałem się także uczestniczyć w koncertach i festiwalach. Najmilej wspominam legendarne już festiwale Woodstock w Żarach (2001, 2002, 2003), które zapadły mi w pamięć dzięki ich niepowtarzalnej atmosferze. Dziś staram się poszerzać swoje horyzonty muzyczne o poezje śpiewaną, blues i w mniejszym stopniu jazz. O muzyce rockowej wiem zapewne równie wiele, co o historii, która jest drugą z moich namiętności. Obie traktuję jako źródła niekończących się wątków do rozmów i dyskusji, które z chęcią i upodobaniem jestem w stanie prowadzić z każdym, o każdej porze dnia i nocy. Przybycie na Wyspy Brytyjskie pozwoliło mi poznawać tutejszą scenę muzyczną, otworzyło przede mną możliwości uczestnictwa w koncertach, a czasem nawet osobistego spotkania z legendami świata muzyki jak chociażby występ grupy UFO w St Albans w 2016 roku, po którym na backstage'u spotkałem się osobiście z członkami zespołu. Od niedawna stawiam pierwsze kroki w roli dziennikarza. Uczestniczyłem już w wywiadzie z Lubelską Federacją Bardów oraz z  legendą polskiego heavy metalu Grzegorzem Kupczykiem.

Sławek Orwat - Muzyki słuchał wcześniej niż potrafił mówić. W dojrzałość wprowadził go stan wojenny. Przez półtora roku był redaktorem muzycznym tygodnika Wizjer oraz współorganizował dwie edycje WOŚP w Luton, gdzie także prowadził polskie programy w internetowym radio Flash i brytyjskim Diverse FM. W roku 2010 założył kabaret 3 x P, który wystąpił m.in podczas imprezy poprzedzającej zawody strongmanów Polska - Anglia. Z londyńskim magazynem Nowy Czas współpracuje od marca 2011 a od roku 2015 z portalem Polski Wzrok z siedzibą w Bedford (UK). W latach 2012 - 2014 prowadził autorską audycję Polisz Czart na antenie brytyjskiego radia Verulam w położonym niedaleko Londynu St. Albans. Program ten był przez rok także emitowany na platformie radiowej Fala FM z siedzibą w kanadyjskim Toronto, a od czerwca 2015 jest nadawany na antenie Radia Near FM w Dublinie (Irlandia). W lipcu 2012 związał się z warszawskim magazynem JazzPRESS, a w październiku tego samego roku z wychodzącym w Sosnowcu kwartalnikiem Lizard. Tłumaczenie jego wywiadu z Leszkiem Możdżerem ukazało się w brytyjskim magazynie London Jazz. Poza działalnością dziennikarską można go także spotkać w roli konferansjera. Największą imprezą, jaką miał okazję zapowiadać dla blisko 2,5 tysięcznej widowni był zorganizowany przez Buch IP 8-go marca 2014 londyński koncert Nosowskiej, Brodki i Marii Peszek. W styczniu 2014 współorganizował Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy w Hull.

środa, 25 kwietnia 2018

Łukasz Orwat - Kobieta (nie)zmienną jest (Wrocław 11.12.2011)

Pomnik Owidiusza w rumuńskiej Konstancy
W tym tygodniu przerzucimy się w czasie do antycznego Rzymu pod panowaniem Oktawiana Augusta, gdzie zajrzymy przez ramię sławnego poety Owidiusza na pełne porad, co należy czynić, by przyciągnąć i utrzymać przy sobie kochankę wersy „Sztuki kochania”. Dość frywolna twórczość, która stała się jednym z powodów wygnania twórcy, była kontrowersyjna także i w latach późniejszych. Poznawana przez żaków na uczelniach bywała niejednokrotnie prowodyrem rozpusty i gorszących zachowań studentów, a poznawana podczas nauki łaciny przez zakonników często budziła w ich głowach nieświęte zupełnie myśli. Ale to nie wpływ owidiańskich treści na ludzką mentalność będzie dziś naszym tematem, lecz zaskakująco współczesne odbicie obrazu kobiety w dziele sprzed dwóch tysięcy lat. Pochylmy się zatem nad tekstem i zobaczmy, że kobieta wcale taką zmienną nie jest. Przywołam tu serię passusów z (nie)sławnej „Sztuki kochania”, które potwierdzeniem będą tezy, że choć mówi się, że kobieta zmienną jest, po prawdzie nic nie zmieniła się od czasów Cezarów.

Osobnik, którego Wenera pięknym obdarzyła ciałem większą ma szansę na zawojowanie serca lubej, tak dziś, z czym oponować trudno, jak i w czasach dawniejszych. Niebagatelnym jest też dbałość o swe odzienie:


 

„… Bądź czystym, lecz nie unikaj
Śniadej, opalonej cery
Niech twoja toga nie tworzy
Bezładnie zgniecionych kłębów…”

Kobiety cenią sobie, gdy prawi się im pochwały i komplementy, powie nam tak każdy weteran, który niejedną bitwę stoczył zwycięską. Jak widać, ta taktyka doskonale sprawdza się od dwóch tysięcy lat:

„… Możesz wkraść się do jej serca
Prawiąc zręczne komplementy
Najskromniejsza jest wrażliwą
Na czar pochlebstw niepojęty…”
„Jeżeli pragniesz zachować
Na długo miłość swej pani,
Chwal to wszystko, co w niej widzisz,
Chwal i to, co widzisz na niej.”



„ (…) albowiem pięknymi słowy
Łatwo jest zdobyć kochanie”

Tajemnicą też nie jest, iż niewiasta wielce łasą jest na dobra doczesne. Nie jest to wszak tajemnicą dla mężów, którzy wykorzystują tę słabostkę niewieścią do swoich celów:

„… Nie mam zamiaru bogaczom
Wykładać sztuki kochania.
Nie potrzebuje mych nauk
Ten, który ma coś do dania.”


Niech nie łudzi się więc romantyk czy inny jemu podobny, że pięknym słowem czy pieśnią rozpali pożądanie (ulubiony mój, choć nieco bolesny, fragment „Sztuki kochania”):

„Zali mam ci radzić przesłać
Twej kochance tkliwe rymy?
Chcemy solidniejszych darów, (…)
Nawet dziki barbarzyńca,
Nieogładzony, nieczuły,
Może być pewien triumfu,
Jeśli ma pełne szkatuły.
Żyjemy dziś w złotym wieku.
Wszystko otrzymasz za złoto. (…)
 
Owidiusz z wieńcem Laurowym

Gdyby sam się Homer zjawił
W otoczeniu muz dziewięciu,
Ale z pustymi rękoma,
Wyznając miłość dziewczęciu,
Choć nad jego utworami
Wszędzie słyszymy zachwyty –
Sam Homer, mimo swej sławy,
Wyleciałby na łeb zbity.”

Nierzadko słyszy się, że serce mężczyzny zapłonęło ogniem do przyjaciółki jego lubej. Nie inaczej bywało i w czasach starożytnych, gdy listy od pani zanosiły jej służące (w tym przekładzie nazwane subretkami). Bywało, że to nie pani, a właśnie jej służąca spijała miód miłości…

„ … Źle mieć zbyt ładne subretki
(Amor szybko serce rani),
Niejedna z nich w sercu moim
Zajęła miejsce swej pani.”

Ale gdy już zdrada wyjdzie na jaw, wówczas, czy to Rzymianka, czy luba nasza koleżanka, pierzchnąć lepiej przed gniewem wzgardzonej…


„ (…) zdradzona kobieta.
Wściekłość płonie na jej twarzy.
Jest jak szalona bachantka.
Na wszystko się waży.”

Mógłbym mnożyć dalej przykłady, widać jednak jak na dłoni, że nic się nie zmieniło przez te wszystkie wieki, i słowa Owidiusza dziś także są zaskakująco aktualne. Więc, choć kobiecych humorków zaprawdę nie sposób nie raz przewidzieć, śmiało można stwierdzić, że i za kolejne dwa tysiące lat owidiańskie mądrości będą tak samo trafnie opowiadały o łatwo wskazywalnych obyczajach damsko-męskich. 



I tak nawet dziś „Sztuka kochania” z powodzeniem użyta może zostać jako miłosny podręcznik. I tak jak lata temu, dziś także wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika. Słowem podsumowania. zachęcam każdego do sięgnięcia po to dzieło antycznej klasyki. Chciałem też sprostować, że żaden ze mnie mizogin czy szowinista, wpis ten, na wpół żartobliwy, na wpół jednak do bólu prawdziwy – odpowiem tu słowami Mistrza:

„… Nie można wymawiać przecie
(sami chyba rozumiecie)
Zbrodni kilku niecnych kobiet
Wszystkim kobietom na świecie.”

Cytaty zaczerpnąłem z przekładu Juliana Ejsmonda, a wszystkim, zarówno czytelnikom przyrodzenia niewieściego jak i męskiego polecam gorąco ten momentami wielce krotochwilny utwór antycznego mistrza. Dziękuję za uwagę i zapraszam za tydzień, gdzie przyjrzymy się rozpasaniu i upadku obyczajów dni obecnych (o czym także wspomniał wielki Owidiusz):


„(…) A dzisiaj – dziś co widzimy?
Wszędzie – upadek sromotny.”

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.

30. Urodziny Zdrowej Wody w... szkole podstawowej.

Marek Modrzejewski, Dawid Leszczyk i Sławek Małecki (fot. Lech Bekulard)
Zdrowa Woda to zespół mocno zaprzyjaźniony z toruńskim Hard Rock Pubem Pamela. Nic więc dziwnego, że swoje 30. urodziny grupa zorganizowała właśnie w tym klubie. Oprócz jubileuszowego koncertu transmitowanego przez Radio PiK, zespół odwiedził też Szkołę Podstawową numer 4, w której spotkał się z młodzieżą.

"16 kwietnia 2018, w toruńskim HARD ROCK PUBIE PAMELA, przejdzie do historii jako dzień wyjątkowy. Właśnie w tym klubie odbył się koncert uświetniający jubileusz XXX lat działalności na scenie blues rockowej formacji ZDROWA WODA. Do Torunia tłumnie przybyli wielbiciele ZW z bliższej i dalszej okolicy. Scena klubowa wybrzmiała dźwiękami znanymi z kilku płyt grupy. 


Nie może być inaczej, kiedy świętuje się swoje trzydziestolecie. Przy takiej okazji pojawił się również owacyjnie witany gość honorowy zespołu, Sławek Wierzcholski, znany z wieloletniej działalności w NOCNEJ ZMIANIE BLUESA. Wraz z zespołem wykonał kilka utworów, wśród których nie zabrakło kultowego hymnu pt. „PIWO”. Na uwagę zasługuje fakt, że koncert transmitowany był na żywo przez Radio PiK z Bydgoszczy. Do muzyków dotarło od słuchaczy mnóstwo życzeń. Taki koncert można przeżyć tylko raz na trzydzieści lat i to właśnie miało miejsce w toruńskim HARD ROCK PUBIE PAMELA."

Lech Bekulard - dziennikarz muzyczny i manager Zdrowej Wody

Sławek Jagas, Dawid Leszczyk i Marek Modrzejewski (fot. Lech Bekulard)
"Dawno nie byłem z Pameli. Poniedziałkowy koncert przypomniał mi stare czasy, gdy słuchało się muzyki wraz ze znajomymi. W czasie koncertu właśnie takie osoby widziałem grając dla zebranej licznie publiczności. Największą satysfakcję sprawiło mi to, że gdy się wykonuje muzykę z pasja i przekonaniem to niezależnie od wieku jest ona ciekawa i poruszająca dla zebranych na koncercie. 


Ze sceny było co prawda widać było większości ludzi, którzy przyszli na 30-lecie Zdrowej Wody chcąc posłuchać ,,muzyki swojej młodości" lecz wszyscy Ci, którzy lata światowości mają już za sobą oraz Ci, przed którymi jeszcze całe życie, na pewno bawili się świetnie. To było widać,słychać i czuć. Wielką sprawą był udział w koncercie Sławka Wierzcholskiego. Muzyk z takim dorobkiem i charyzmą był wisienka na torcie z trzydziestoma świeczkami muzycznego tortu, który wszyscy razem, ze smakiem zjedliśmy podczas koncertu w Pubie Muzycznym Pamela w dn. 19.04.2018r. Dzięki Darek."
Sławek Jagas - basista Zdrowej Wody

Dawid Leszczyk (fot. Lech Bekulard)
"Koncert uważam za bardzo udany, super atmosfera, dobra organizacja. Była lekka trema z uwagi na transmisję radiową ale też większe skupienie nad precyzją wykonania. Być może będzie z tego płyta, posłuchamy, zobaczymy. Pozdrawiam"
Dawid Leszczyk - perkusja


Zespół wystąpił w składzie:
Sławek Małecki – gitary, założyciel zespołu
Marek Modrzejewski – wokal, założyciel zespołu
Sławek Jagas – bas, założyciel zespołu
Dawid Leszczyk – perkusja, od 10 lat w zespole
Krzysztof BARAN Baranowicz – instr. klawiszowe, harmonijka, od 6 lat w zespole

Krzysztof Baranowicz (fot. Lech Bekulard)