środa, 30 września 2015

Tomasz Wybranowski: The Shipyard - “We Will Sea", Nasiono Records (2012).

Tomasz Wybranowski. Roztoczanin z serca Zamojszczyzny, rocznik 1972. Absolwent polonistyki na UMCS (specjalność edytorsko – medialna). Studiował także jako wolny słuchacz filozofię i politologię. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Pracował w radiu Centrum, Puls, Top, oraz kieleckim TAK, był korespondentem radiowej „Trójki”. Publikował (i publikuje) w pismach „Próba” , „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski” , „Praca i Życie Za Granicą”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”, magazynie „Kontury”, miesięczniku „Dziś”. Korespondent tygodnika „Przegląd” w latach (2006 – 2012), redaktor dwumiesięcznika „Imperium Kobiet i kwartalników Kontury oraz Zamojski Kwartalnik Kulturalny. Publikuje w tygodniku „Uważam Rze”. Od 2005 roku w Irlandii. Na przełomie 2005/2006 był redaktorem naczelnym tygodnika „Strefa Eire”. W latach 2006 – 2008 wydawca i redaktor naczelny miesięcznika „Wyspa”. Wydał trzy przewodniki po Irlandii „Irlandzki Niezbędnik. Irish ABC”. W latatch 2008 - 2012 nieprzerwanie redaktor naczelny tygodnika (później miesięcznika) „Kurier Polski”. W latach 2008 – 2009 był także irlandzkim korespondentem Polskiego Radia i Informacyjnej Agencji Radiowej. Współpracował także z Radiem Vox. Obecnie nieprzerwanie wydawca i prezenter programu „Polska Tygodniówka” (ponad 270 wydań)  nadawanego w każdą środę w dublińskiej rozgłośni NEAR 90, 3 FM. W każdy piątek (10.00 – 11.00) w Radiu WNET (Polska) pojawia się jego autorski program „Irlandzka Polska Tygodniówka”. Cykl programów o historii muzyki światowej „Muzyczne Terapie” gości także w austriackim Radiu FRO. Autor czterech tomików wierszy („Oczy, które...” 1990,  „Czekanie na świt” 1992,  „Biały” 1995 i najnowszy „Nocne Czuwanie”). Jego wiersze drukowano w ponad dwudziestu antologiach poetyckich (ostatnio „Harmonia Dusz” Warszawa 2011). Na początku roku 2013 ukaże się specjalna wersja zbioru „Nocne Czuwanie” wraz z audiobookiem (wydawnictwo Kontury). Rok 2011 przyniósł nominację do nagrody „Polak roku w Irlandii”. Tomasz Wybranowski wyróżniony został przez środowiska polonijne w Irlandii nagrodą „dziennikarz roku 2010”. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Przygotowuje dwie publikacje na temat polskiej muzyki rockowej w czasie zrywu wolnościowego 1977 – 1990. Do tej pory ukazało się jego pięć artykułów naukowych poświęconych mediom, głównie imigracyjnym. Od czerwca 2015 tomek prowadzi Listę Przebojów Polisz Czart, która dzięki niemu rozpoczęła swoje drugie życie  Aby poczuć klimat audycji Tomka, zapraszam do wysłuchania znakomitego programu poświęconemu Grzegorzowi Ciechowskiemu. Można posłuchać go tutaj

Poniższa recenzja Tomka Wybranowskiego miała swoją premierę na  http://wpolityce.pl



Debiutancki krążek Shipyard „We Will Sea” ukazał się 31 sierpnia. W składzie zespołu kalejdoskop gwiazd spoza głównego nurtu. Oto Piotr Pawłowski, to jeden z filarów legendarnej Made In Poland, Filip Gałązka gra na perkusji w równie kultowej Brygadzie Kryzys, Michał Miegoń, gitarzysta i współkompozytor Shipyard, na codzień gra w Kiev Office (transcendentna płyta „Anton Globba”), zaś kobiecy rodzynek w muzycznym torcie Nela Gzowska, czarodziejka gitary znana jest z formacji „Kobiety”. Skład Shipyard dopełnia wokalista Rafał Jurewicz.

Od pierwszych dźwięków otwierającego płytę „Shipyard”, po ostatnie tchnienie „Free Of Drugs”, poetyckiej w warstwie lirycznej kody krążka, zostałem tą muzyką zauroczony. Piotr Pawłowski i kompania stworzyli bardzo dobrą płytę. Przemyślaną muzycznie, dopieszczoną aranżacyjnie, przy tym skromną, chwilami nastrojową. „We Will Sea” to rodzaj muzycznej podróży do jej korzeni. Ujmuje eklektyzm połączenia pasji rock'n'rolla, gdzie wielka rolę odgrywa melodyka i przebojowość, potęga rocka, ze szczyptą industrialnych dźwięków. Zimnofalowe pejzaże to zasługa melancholijnego basu Piotra Pawłowskiego, który znakomicie komponuje się z rockowymi brzmieniami gitary Michała Miegonia, która chwilami żywiołowo dryfuje w stronę fusion. Jeszcze perkusja Filipa Gałązki, na której nie tylko strzeże pulsu i rytmu serca Shipyard, ale chwilami zamienia swój instrument w melodyczny zaśpiew. Tak dzieje się choćby w „Oyster Card”, czy baśniowym, lekko rozerotyzowanym „Między kobietą a mężczyzną”.


Wyróżniam w sposób zdecydowany „Free Fall” z lekko drapieżnym rytmem, nieco rozerotyzowanym, chwilami funkującym, brzmieniem gitar, ze świadomym kobiecej gracji i uroku zaśpiewem Neli Gzowskiej w finale. Ten trzeci singlowy „rozprowadzacz” z albumu na dłużej zagości w muzycznych duszach słuchaczy.

Ostatnie utwory na płycie wyciszają słuchacza, który powoli zatapia się w świat imaginacji i marzeń o lepszej stronie życia. Czterdziestopięciominutowa podróż kończy się znakomitą tryptykiem. W kolejności: wspominany już „Między kobietą a mężczyzną”, „Cigaretto” (z przewrotnym nieco odniesieniem między frazami i wersami do powieści Prousta o czasie i przemijaniu) i „Free Of Drugs”. Mimo, że do końca roku jeszcze chwil kilka, to twierdzę stanowczo: debiut Shipyard to jedna z najlepszych płyt ro(c)ku 2012!

Tomasz Wybranowski

wtorek, 29 września 2015

29-go września w 70 rocznicę pierwszego po wojnie koncertu, w czasie którego zostały wykonane standardy jazzowe, Krzysztof Wodniczak zaprasza do Poznania wszystkich muzyków na jedyne i niepowtarzalne jazzowe jam session

29 września 1945 miał miejsce w poznańskiej auli uniwersyteckiej koncert, podczas którego dyrygent Wiktor Buchwald odważył się zagrać kilka standardów muzyki jazzowej. Jako autor artykułu w miesięczniku Jazz w 1970 roku pod tytułem "Jak rodził się jazz w Poznaniu?" przypomniałem sobie wspomnianą datę i z tej okazji zapraszam muzyków do jazzowego spotkania i oczywiście grania. Zaproście znajomych muzyków, abyśmy poczuli więź międzypokoleniową. Może uda się chociaż przez moment uchwycić jazzowego "ducha" jaki przeżywali słuchacze koncertu sprzed 70 lat. Artykuł z Głosu Wielkopolskiego z 2 października 1945 to recenzja tego koncertu.

Z poZDROWIEniami, 
Krzysztof Wodniczak


Z wielką przyjemnością przekazuję zaproszenie, które otrzymałem od Krzysztofa Wodniczaka na jazzowe jam session, a okazja jest ku temu wyjątkowa - 70 rocznica pierwszego po wojnie koncertu, w czasie którego zostały wykonane standardy jazzowe. Z tego co już zdążyłem się dowiedzieć udział zapowiedzieli dwaj czołowi polscy muzycy jazzowi pianista Piotr Kałużny i kontrabasista Zbigniew Wrombel. Zatem zapowiada się interesująco. Równie interesująco zapowiada się cena biletu na imprezę - zero złotych. Ja mam wielką ochotę się tam znaleźć i Was gorąco namawiam. Jam session 29 września 2015 r, o godz. 19.00 w Jeżyckim Centrum Kultury ul. Jackowskiego 5-7 (vis a vis starostwa powiatowego).

Serdecznie pozdrawiam
Zbigniew Skibniewski

Wiktor Buchwald
Wiktor Buchwald  (ur. 23 grudnia 1905 w Grabowie nad Prosną, zmarł 17 maja 1988 w Poznaniu). Dyrygent, kierownik artystyczny teatru. Działał w Poznaniu: od 1929 był korepetytorem Teatru Wielkiego, równocześnie studiował na wydziale nauczycielskim Konserwatorium Muzycznego, w latach 1932-33 był kierownikiem artystycznym i dyrygentem Komedii Muzycznej, a po ukończeniu studiów w 1933 - dyrygentem opery w Teatrze Wielkim. Po II Wojnie Światowej objeżdżał Wielkopolskę i Ziemie Zachodnie z własnym zespołem wokalnym. Po powrocie do Poznania, w latach 1946-47 był dyrygentem Komedii Muzycznej, od 1947 dyrygentem, a w latach 1967-70 kierownikiem chórów Opery im. Moniuszki. Równocześnie przez wiele lat dyrygował orkiestrami i chórami amatorskimi.

Przy tej jakże miłej okazji pragnę wszystkim fanom jazzu podarować unikalny artykuł napisany przez mojego kolegę Marcina Nowackiego traktujący o przedwojennych początkach jazzu w Polsce. Artykuł ten możecie przeczytać klikając tutaj

Sławek Orwat

Tomasz Wybranowski: Fonetyka - Kaskaderzy literatury na rockową nutę

Poniższa recenzja miała swoją premierę na  http://wpolityce.pl


Polscy poeci wyklęci od zawsze byli sumieniem narodu. Rafał Wojaczek, Andrzej Bursa, Kazimierz Ratoń, Ireneusz Iredyński z niezwykłym tomem „Wszystko jest obok” toczą bólem bezsiły i grzechu zaniechania kolejne pokolenia Polaków. Ich barwne, przetykane nicią tragizmu i pogardy im współczesnych, żywoty dały im pośmiertnie uwielbienie kolejnych generacji. Kult Ich twórczości trwa a czas nie ma żadnego znaczenia. Teksty Bursy, Wojaczka, czy proza Hłaski w chwili powstania wykroczyły już znacznie poza czasoprzestrzeń siermiężnych lat 50. XX wieku. I wciąż są niebezpiecznie aktualne. Niebezpiecznie dla nas – Polaków.


Dowodem na moją tezę jest listopadowa premiera płyty „Andrzej Bursa” grupy Fonetyka. Czekałem na tę płytę z niecierpliwością, zaciekawieniem i głodem, wspominając debiut Fonetyki z wierszami innego kaskadera literatury Rafała Wojaczka („Requiem dla Wojaczka” 2011). Album „Andrzej Bursa” dowodzi jednej rzeczy: polskie zespoły rockowe na powrót, z niezłomną świadomością wiedzą co zagrać, jak, po co i O CZYM! W dobie współczesnych ścieżek dydaktycznych nauczania literatury polskiej nawet uzdolnieni licealiści mają problem z wymienieniem kilku choćby tytułów wierszy Kaskaderów Literatury, pogardzanych przed czterdziestu laty jak i zakopywanych i teraz w lamusach i magazynach (nie)świadomości zbiorowej. Dlaczego? Czasy niby się zmieniły, ale jakby (to przeklęte JAKBY) wciąż są takie same.

Po prostu Andrzej Bursa…

Oto na albumie Przemysława Wałczuka i Fonetyki jedenaście wierszy Andrzeja Bursy. O muzyce za chwilę… Zaraz, zaraz – zastanawia się młody dwudziestoletni Polak – Polka. – Kto to? Odpowiem: poeta, prozaik, dramaturg, dziennikarz i człowiek wrażliwy. Przeżywszy niespełna 26 lat Andrzej Bursa stał się przewodnikiem buntującej się młodzieży przed chwilową odwilżą roku 1956 i jaskółką nowej polskiej literatury.


To Bursa jako pierwszy wojowniczo i z wielkim rozdrażnieniem komentował stalinowsko – bierutowską rzeczywistość społeczną i polityczną lat 50. Szydził z uładzonej literatury socrealistycznej. A commies, jak nazywał Marek Hłasko bałwochwalców nowej idei, odwzajemniali Bursie pięknym za nadobne. Nazywano go „poetą przeklętym”, „wstecznym nihilistą”, „grabarzem polskiej poezji”. Ale Borejsza, Putrament i inne zagony „wiernych nowej wierze” krytyków i ludzi pióra nie byli w stanie zagłuszyć siły jego metafor. A demaskował w sposób dokumentny zakłamanie i konformizm „nowych czasów”, sarkazm i oszustwo wymarłych i groteskowych gestów narodowej (pod butem Moskwy) i społecznej (unifikacja i schematyzacja) tromtadracji. Efekciarstwu i braku treści Andrzej Bursa przeciwstawiał niezłomne i trwałe wartości życia.

 

Brud paryskiego naturalizmu łączył z ujmującą, czystą liryką, którą znajdowało się zawsze pod skórą i szkieletem jego strof. Tam na zawsze tętni liryka i pragnienie tryumfu prawdy nas samych o sobie samych. W wierszach Bursy, o krok od brzmiących jak tańczący gwóźdź na szybie brutalnych sformułowań szczerych fraz: „ mam w dupie małe miasteczka” , „rób tak by nie było dziecka”, czy „dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?”, natrafiamy na spokój, głód miłości i flirt z marzeniami lat dziecięcych: „od cyfry pod którą jest zapisany // z a p ł o n ą ł w i e l k ą m i ł o ś c i ą” („Uwaga dramat”) , „Jeżeli nam się uda to coś my zamierzyli // i wszystkie słońca które wyhodowaliśmy w // doniczkach // naszych kameralnych rozmów // i zaściankowych umysłów // rozświetlą szeroki widnokrąg” (przepiękna „Nadzieja”).

Czas Fonetyki i Wałczuka – Bursa ponownie odnaleziony!

Fonetyka i „Andrzej Bursa”. Dla mnie to jeden z najważniejszych albumów ro©ku 2013. Niezwykła, nośna i ponadczasowa treść poetycka utkana w misternych dwanaście kobierców muzycznych, gdzie rockowy indies, z garażowym brzmieniem gitary, zimno falowym basem przenika się z syntezatorowymi ornamentacjami New Romantic z lekką domieszką electro ambientową nowej ery w muzyce. Dostojnie, choć posępnie wygrywane molowe motywy i charakterystyczne łaskotanie syntezatorów i rockowych gitar zmieszane w idealnych proporcjach z niepokojącą poezją to nieoczekiwane zespolenie. Ale taka jest właśnie Fonetyka! Muzyka skomponowana z małymi wyjątkami przez Przemysława Wałczuka jest zdecydowana, naturalistycznie precyzyjna i mocna, ale i pełna refleksji, chwilami liryczna i zamyślona. Tak jak napisałem wcześniej, po prostu wtopiona w metafory Bursy. Oczywiście ktoś usłyszy szczyptę The Cure czy nastrój Joy Division. Jeszcze inny dojrzy swoim zmysłem dokonania Muse, Archive, czy Depeche Mode z czasów „Music for The Masses”, albo „Ultra”. Ktoś zawsze ma prawo coś pomyśleć. I dobrze, o to chodzi. Spekulacje jak to brzmi, po co i dlaczego ucina stwierdzenie: muzyka wykonana jest na najwyższym poziomie!


Trzeba podkreślić, że w historii polskiej muzyki rockowej to pierwsza próba (i od razu znakomicie udana) nagrania płyty z tekstami autora „Pantofelka”. Podczas słuchania albumu raz po raz doznajemy skurczów serca. Choć poetyckie przesłanie Polski i świata przelał na papier Bursa ponad pięćdziesiąt lat temu, to słuchacz widzi sam siebie wobec szaro złamanej rzeczywistości: teraz – 2013 / 2014 i w polskim „Tu”. Fonetyka udanie odrodziła z popiołów pomroki zapomnienia Twórcę i jego wiersze. Andrzej Bursa jawi nam się jako rockowy i melodyjny tekściarz, z wielką głębią i przekazem rzeczy ważnych. Tu jeszcze jedna pochwała dla Wałczuka i jego Fonetycznej Braci. Na albumie najważniejszy jest bukiet myśli i przekaz treści z emocjonalnym przekazem. Głos wokalisty jest na pierwszym planie. Szkielet muzyczny opływa strofy wzmacniając dodatkowo przekaz. Album „Andrzej Bursa” pokazuje jak bardzo konsekwentna w twórczym działaniu jest Fonetyka, jak z płyty na płytę rozwija się, jednocześnie pozostając wierna słuchaczowi wymagającemu.

Poetycka płyta ro©ku 2013

tytułKażde nagranie na płycie ma swoją historię. Nie zapominajmy, że każdy napisany wiersz to osobny obraz, inny wycinek serca i duszy, totalnie różne odczuwanie i świata i światła. Podmiotem albumu jest Andrzej Bursa, i twórca, i człowiek, i ojciec. Cieszę się, że w zestawie piosenek – wierszy Przemek Wałczuk zmieścił „Zgaśnij księżycu” (na obwolucie płyty „Zaśnij księżycu”). Wiersz poeta zadedykował swojemu synkowi Michałowi. Księżyc i strach, upiory wojny i niemoc niezapomnienia… Liryka i przewrotność obiegów historii ziemskich. W zestawie i niezwykła „Nadzieja”, balladowe zaklinanie spełnienia, które zawsze gdzieś tam w nas jest, ale boimy się przywołać i spełnić je. Szokująca „Miłość”, która i dzisiaj zastanawia, zatrważa i spycha na dno goryczy, kiedy: „To nieistniejące niemowlę // jest oczkiem w głowie naszej miłości // kupujemy mu wyprawki w aptekach // i w sklepikach z tytoniem // tudzież pocztówki z perspektywą na góry i jeziora”. „Miłość” brutalizuje nasze spojrzenie na zbyt liberalne podejście do miłości AD 2013/2014. Dzisiaj właśnie prawie w ogóle nie zwracamy uwagi na czyjeś uczucie i ze wszech miar pragniemy podporządkować sobie innych by użyć i wykorzystać. Ale zaraz dostajemy zastrzyk pozytywnego spojrzenia na Polskę lat 1956 i 2014. Oto „Uwaga dramat” człowiek to zapomniany i powtarzalny towar. Jawi mu się sen o niezwykłości, ale kiedy trafia poza wielki magazyn, dociera do niego fakt, że trafił w krwioobieg, w którym krąży jako jeden z elementów gigantycznej sumy jednakowych detali. Jesteśmy NIPem, peselem, numerem konta bankowego, kodem przesyłu pieniędzy z zagranicy, ziarnkiem piasku w klepsydrze powtarzalności i zapominania. Cały system poradzi sobie bez nas i nawet nie zauważy, kiedy nas zabraknie. Sad but true! Ale nagle w finale wierszy i pieśni dowiemy się, że szary, zgrzebny i przybity człowiek „z a p ł o n ą ł w i e l k ą m i ł o ś c i ą.” Piękna płyta. Ważne przesłanie. Trzeba mieć na półce… Koniecznie. Przemku, trzeci wywiad na pewno wypali! Z przeprosinami z wielkim raz jeszcze podziękowaniem.

Tomasz Wybranowski

Tomasz Wybranowski. Roztoczanin z serca Zamojszczyzny, rocznik 1972. Absolwent polonistyki na UMCS (specjalność edytorsko – medialna). Studiował także jako wolny słuchacz filozofię i politologię. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Pracował w radiu Centrum, Puls, Top, oraz kieleckim TAK, był korespondentem radiowej „Trójki”. Publikował (i publikuje) w pismach „Próba” , „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski” , „Praca i Życie Za Granicą”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”, magazynie „Kontury”, miesięczniku „Dziś”. Korespondent tygodnika „Przegląd” w latach (2006 – 2012), redaktor dwumiesięcznika „Imperium Kobiet i kwartalników Kontury oraz Zamojski Kwartalnik Kulturalny. Publikuje w tygodniku „Uważam Rze”. Od 2005 roku w Irlandii. Na przełomie 2005/2006 był redaktorem naczelnym tygodnika „Strefa Eire”. W latach 2006 – 2008 wydawca i redaktor naczelny miesięcznika „Wyspa”. Wydał trzy przewodniki po Irlandii „Irlandzki Niezbędnik. Irish ABC”. W latatch 2008 - 2012 nieprzerwanie redaktor naczelny tygodnika (później miesięcznika) „Kurier Polski”. W latach 2008 – 2009 był także irlandzkim korespondentem Polskiego Radia i Informacyjnej Agencji Radiowej. Współpracował także z Radiem Vox. Obecnie nieprzerwanie wydawca i prezenter programu „Polska Tygodniówka” (ponad 270 wydań)  nadawanego w każdą środę w dublińskiej rozgłośni NEAR 90, 3 FM. W każdy piątek (10.00 – 11.00) w Radiu WNET (Polska) pojawia się jego autorski program „Irlandzka Polska Tygodniówka”. 

Cykl programów o historii muzyki światowej „Muzyczne Terapie” gości także w austriackim Radiu FRO. Autor czterech tomików wierszy („Oczy, które...” 1990,  „Czekanie na świt” 1992,  „Biały” 1995 i najnowszy „Nocne Czuwanie”). Jego wiersze drukowano w ponad dwudziestu antologiach poetyckich (ostatnio „Harmonia Dusz” Warszawa 2011). Na początku roku 2013 ukaże się specjalna wersja zbioru „Nocne Czuwanie” wraz z audiobookiem (wydawnictwo Kontury). Rok 2011 przyniósł nominację do nagrody „Polak roku w Irlandii”. Tomasz Wybranowski wyróżniony został przez środowiska polonijne w Irlandii nagrodą „dziennikarz roku 2010”. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS. Przygotowuje dwie publikacje na temat polskiej muzyki rockowej w czasie zrywu wolnościowego 1977 – 1990. Do tej pory ukazało się jego pięć artykułów naukowych poświęconych mediom, głównie imigracyjnym. Od czerwca 2015 tomek prowadzi Listę Przebojów Polisz Czart, która dzięki niemu rozpoczęła swoje drugie życie  Aby poczuć klimat audycji Tomka, zapraszam do wysłuchania znakomitego programu poświęconemu Grzegorzowi Ciechowskiemu. Można posłuchać go tutaj

poniedziałek, 28 września 2015

Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 69 - Marek Karewicz w Bibliotece Narodowej

Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj  Część 9 tutaj  Część 10 tutaj Część 11 tuta jCzęść 12  tutaj  Część 13 tutaj  Część 14 tutaj  Część 15 tutaj   Część 16 tutaj  Część 17 tutaj  Część 18 tutaj  Część 19 tutaj  Część 20 tutaj Część 21 tutaj Część 22 tutaj  Część 23 tutaj  Część 24 tutaj   Część 25 tutaj  Część 26 tutaj Część 27 tutaj Część 28 tutaj  Część 29 tutaj Część 30 tutaj Część 31 tutaj   Część 32 tutaj Część 33 tutaj Część 34 tutaj  Część 35 tutaj  Część 36 tutaj  Część 37 tutaj Część 38 tutaj Część 39 tutaj Część 40 tutaj  Część 41 tutaj Część 42 tutaj Część 43 tutaj Część 44 tutaj  Część 45 tutaj Część 46 tutaj  Część 47 tutaj Część 48 tutaj  Część 49 tutaj Część 50 tutaj Część 51 tutaj Część 52 tutaj Część 53 tutaj  Część 54 tutaj Część 55 tutaj Część 56 tutaj Część 57 tutaj Część 58 tutaj Część 59 tutaj, Część 60 tutaj  Część 61 tutaj Część 62 tutaj  Część 63 tutaj  Część 64 tutaj Część 65   tutaj, Część 66 tutaj Część 67 tutaj Część 68 tutaj


Pałac Krasińskich w Warszawie
Z ostatniej chwili: Był sobotni wieczór 9 listopada 2013 roku, siedziałem przy komputerze, pisałem swój kolejny felieton pt „Jacek z Jelenia”, gdy nagle dzwoni telefon, patrzę w ekran komórki, to wiceprezes Fundacji Sopockie Korzenie Wiesław Śliwiński, stały opiekun z ramienia Fundacji nad Markiem Karewiczem - „Witaj Antku, dzwonię w imieniu Marka Karewicza. Pragnę zaprosić Cię na najbliższą sobotę 15 listopada na godzinę 11.00, do Biblioteki Narodowej (BN) w Warszawie, do Pałacu Krasińskich. Marek uroczyście, w świetle jupiterów, telewizyjnych kamer, podpisywać będzie umowę o przekazanie do zasobów dziedzictwa narodowego Biblioteki Narodowej powstałego przy tej instytucji muzeum jazzu, części swojego archiwum. Prosił mnie bym cię powiadomił. Chciałby przy tej podniosłej chwili by uczestniczyli ludzie z jego ukochanego miasta - Tomaszów Mazowiecki. Krzysztofa Jochana powiadomiłem również. Przyjedzie z małżonką Ewą. Umówcie się co do przyjazdu. Oczekujemy Was, do zobaczenia w piątek Warszawie”.

Dyrektor BN dr Tomasz Makowski otwiera uroczyste spotkanie przekazania prac (negatywy)
Marka Karewicza do archiwum dziedzictwa narodowego
Biblioteka Narodowa (BN) – polska biblioteka narodowa w Warszawie z siedzibą, na Ochocie, na Polu Mokotowskim to narodowa instytucja kultury i druga siedziba w Pałacu Krasińskich. Założona w 1928 roku. Gromadzi książki, periodyki, publikacje elektroniczne czy audiowizualne wydawane na terenie RP oraz polonika zagraniczne. Jest najważniejszą biblioteką naukową o profilu humanistycznym, głównym archiwum piśmiennictwa narodowego i krajowym ośrodkiem informacji bibliograficznej o książce, placówką naukową, a także ważnym ośrodkiem metodycznym dla innych bibliotek w Polsce. Główna siedziba Biblioteki Narodowej znajduje się w Warszawie przy al. Niepodległości 213 na terenie parku Pole Mokotowskie, a Dział Zbiorów Specjalnych przy pl. Krasińskich 3/5 (Nowe Miasto) w Pałacu Krasińskich.



Uroczysty moment podpisania przez Marka Karewicza aktu przekazania swoich prac BN
Pałac Krasińskich w Warszawie (Pałac Rzeczypospolitej) – barokowy pałac zbudowany w latach 1677-1695 dla wojewody płockiego Jana Dobrogosta Krasińskiego według planów Tylmana z Gameren. Obecnie siedziba zbiorów specjalnych Biblioteki Narodowej (rękopisy, stare druki i zbiory ikonograficzne). Niebawem znajdą się tu artystyczne fotografie pana Marka Karewicza. Biblioteka Narodowa (BN) – ma prawo do otrzymywania egzemplarza obowiązkowego.


Natychmiast przedzwoniłem do Krzysztofa. Po krótkiej rozmowie sytuacja z wyjazdem nieco się skomplikowała. Wszystko zależało od połączenia jego obowiązków zawodowych z przyjemnością towarzyszenia Markowi w tak zaszczytnej i pięknej uroczystości, - Antek, nasz wyjazd uzależniony jest – zagaił Krzysiek – od faceta, który przebywa na zwolnieniu lekarskim. Kończy mu się w środę ale czy dotrze jutro do pracy? Wstrzymaj się do czwartku, przed południem skontaktuję się z tobą. W czwartek, około godziny 11.00 dostaję telefoniczną informację od Krzyśka, - Antek jedziemy do Warszawy, jutro około 8.00 rano bądź gotów. Podjadę na parking przed Biedronką. O umówionej godzinie państwo Jochanowie zabrali mnie spod Biedronki i udaliśmy się w kierunku Warszawy.

Marek Karewicz po podpisaniu aktu przekazu w towarzystwie moim, Ewy Jochan
i dyrektora BN dr Tomasza Makowskiego
Podróż mieliśmy wymarzoną, w samochodowym odtwarzaczu na video-ekranie, Krzysiek nastawił płytę DVD, na którym ukazał się słynny koncert na Wembley z 1972 roku pt London – Rock’n’Roll Show. Dobiegające, pierwsze dźwięki hitów, Be Bop a Lula i C’mon Everybody wprowadziły iście rock’n’rollową atmosferę, która utrzymywała się do samej Warszawy, bo na małym ekranie ukazywali się kolejno, najwięksi z największych, od Bo Diddleya, Lorda Sutcha, Jerry Lee Lewisa, Billa Haleya, Little Richarda do kończącego wembleyowski koncert, Chucka Berryego. Około godziny 10.30 znaleźliśmy się na samochodowym parkingu przed Pałacem Krasińskich.


Wiesław Śliwiński, ja, dyr. Tomasz Makowski i Marek Karewicz w BN
Kiedy weszliśmy na salony Pałacu, okazało się, że jesteśmy pierwszymi gośćmi. Po Sali, w której miały odbyć się uroczystości krzątała się obsługa techniczna (telewizja), fotoreporterzy oraz gospodarze BN (lokalni informatorzy, kelnerzy). Na tle Karewicza fotogramów, które stanowiły małą wystawę dzieł sztuki artysty, ustawiony był prezydialny stolik uzbrojony w mikrofony i obok (ustawione teatralnie) krzesełka jako siedzące miejsca dla przybyłych. Nie było jeszcze Marka Karewicza z jego opiekunem, Wiesławem Śliwińskim. Pomieszczenie pałacu, po blisko 10 min. zapełniło się VIP-ami, zaproszonymi osobistościami, muzykami jazzowymi, dziennikarzami oraz przyjaciółmi z Jazz Clubu TYGMONT (klub założony przez Marka Karewicza w 2001 roku).


W domu Marka Karewicza w środku Iwona Thierry
Wśród przybyłych znaleźli się między innymi; Paweł Brodowski (skarbnica wiedzy w branży) – redaktor naczelny Jazz Forum, Krzysztof Sadowski – prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego (PSJ), Dariusz Michalski i Marek Gaszyński – muzyczni redaktorzy polskich mediów, Tomasz Lach – syn Zofii Komedy (pasierb Krzysztofa Komedy), człowiek, który jako pierwszy, pośmiertnie do skarbnicy BN (narodowego dziedzictwa) przekazał zasoby artystyczne swego ojczyma, byli mieszkańcy Tomaszowa, przyjaciele - Krzysztof Balkiewicz (zajmuje się twórczością i biografią Komedy) oraz Andrzej Krakowski (reżyser filmowy, teatralny, mieszkający obecnie w Nowego Jorku). Wśród przybyłych znalazł się również człowiek, który w kuluarowych rozmowach (przyjaciel Karewicza i Śliwińskiego) tak oto sarkastycznie, z dowcipem się wyraził, - Po prostu jestem u siebie – to Paweł Krasiński, w linii prostej potomek XVII wiecznego rodu Krasińskich właścicieli pałacu, w którym obecnie się znaleźliśmy. 

W studio fotograficznym (atelier) Marka Karewicza. Ja, Krzysiek Jochan i Wiesiek Śliwiński
Ale wydarzeniem szczególnym piątkowego przedpołudnia w BN, było przybycie na spotkanie z Karewiczem, weteranów polskiego jazzu, polskiej muzyki rozrywkowej, 96-letniego nestora muzycznego pana Jana Walaska (wybitny multiinstrumentalista – saksofonista – bandleader i aranżer, warto przypomnieć tą postać młodemu pokoleniu) oraz jego małżonka, 94-letnia kobieta, wspaniała, jazzowa wokalistka o artystycznym pseudonimie – Carmen Moreno

 
Studio Fotograficznego Marka Karewicza
Z lekkim, 10-minutowym opóźnieniem rozpoczęła się część oficjalna, - Jazz polski to nie tylko muzyka, to także fenomen kulturowy, stanowiący enklawę wolności w latach PRL-u – powiedział dr Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej otwierający uroczyste spotkanie – Podejmiemy starania, by Archiwum Jazzu Polskiego, dziś tak bardzo wzbogacone zbiorem fotografii Marka Karewicza, zostało wpisane przez UNESCO na listę Pamięci Świata. Fotografie Marka Karewicza trafią teraz do Archiwum Jazzu Polskiego, którego tworzenie w Bibliotece Narodowej zapoczątkowało przekazanie w 2011 r. archiwum Krzysztofa Komedy. Zbiory Biblioteki Narodowej wzbogaciła kolekcja kilkudziesięciu tysięcy fotografii dokumentujących historię jazzu w Polsce. Autorem i darczyńcą jest Marek Karewicz, najwybitniejszy polski fotografik specjalizujący się w rejestrowaniu wydarzeń i artystów związanych z muzyką jazzową, rock’n’rollową, rockową i bluesową.


Studio Fotograficznego Marka Karewicza
Na przekazanych zdjęciach zobaczyć możemy m.in. Krzysztofa Komedę, Zbigniewa Seiferta, Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Jarosława Śmietanę, Krzysztofa Klenczona, Raya Charlesa, Milesa Daviesa oraz innych artystów krajowych czy zagranicznych, którzy odwiedzali Polskę. Umowę przekazania Archiwum uroczyście podpisali Marek Karewicz i dr Tomasz Makowski, w Pałacu Rzeczypospolitej. Wydarzeniu towarzyszyła konferencja prasowa i specjalny, jednodniowy pokaz reprodukcji najciekawszych spośród przekazanych fotografii. Zdjęcia Karewicza zostaną zdigitalizowane, opracowane i szerokiej publiczności udostępnione. W przyszłości także online w POLONIE – Cyfrowej, Biblioteki Narodowej. On wie jak to jest. – pisał o Marku Karewiczu na łamach Jazz Forum Andrzej Dąbrowski - Sam grał na trąbce, basie. Wie gdzie i kiedy kończy się temat, zaczyna improwizacja. Wie, kiedy nacisnąć spust migawki. Złapać ten jeden, niepowtarzalny moment. Zna klimat tej muzyki. To właśnie jest jego atut. To, że był czynnym muzykiem, grał jazz, daje mu przewagę nad innymi. To właśnie widać w jego zdjęciach, w ponad 1500 okładkach płytowych, których był autorem. (...) to kolosalny, niepowtarzalny dorobek artysty.


Studio Fotograficznego Marka Karewicza
Po zakończonej części oficjalnej, w kuluarach, przy kulinarnym poczęstunku ze szwedzkiego stołu, miały miejsce spotkania i rozmowy muzyków, VIP-ów, kolegów i przyjaciół z branży. Również ja i Jochanowie mieliśmy swoich rozmówców (panowie Balkiewicz i Krakowski) ale najsympatyczniej rozmawiało się z Anną Cisłowską, przyjacielem rodziny Karewiczów a właściwie Juliana syna Karewicza. Dowiedziałem się sporo faktów z życia Marka syna czy córki Aleksandry, którą miałem okazję osobiście poznać w 2011 roku, w Sopocie. Wcześniej Pałac Rzeczypospolitej opuścili Jochanowie (Krzysiek umówiony był w interesach zawodowych na godzinę 13.00), po zrealizowaniu swoich spraw, umówiliśmy się na godzinę 16.30 w domu Marka przy ulicy Nowolipki 29a. Ja natomiast z Karewiczem i Wiesiem zabrałem się TAXI do Marka domu. Do zapowiedzianej, uroczystej kolacji miała dołączyć Iwona Thierry z Polskich Nagrań MUZA, która miała dojechać z Wrocławia (przebywała tu służbowo na uroczystym, galowym koncercie – z okazji 50-lecia zespołu Tercet Egzotyczny) gdzie w ciszy domowej mieliśmy w gronie przyjaciół uczcić ten szczególny dzień w życiu naszego artysty fotografika. Około14.00 znaleźliśmy w mieszkaniu pana Marka. Wiesław przygotował drobny poczęstunek i w oczekiwaniu na Jochanów, Marek uraczył nas utworami z cudownego, płytowego (CD) tryptyku duetu, Ella Fitzgerald/Louis Satchmo Armstrong.


Studio Fotograficznego Marka Karewicza
Bardzo zaskoczył nas wszystkich, przyjazd Jochanów na ulicę Nowolipki, choć mogłem się tego spodziewać, bo nie raz już mnie zaskakiwali. Nigdy nie pomyślałbym, jadąc z nimi do Warszawy, że wieziemy z sobą wcześniej przygotowaną w domu przez Ewę, całą kolacyjną zastawę (potrawy rybne, mięsne, przeróżne sałatki, przekąski, przepitki, wspaniałej marki piwa) ze szczególnie przygotowaną firmową nalewką, cytrynówka. Przyprawiana cukrem brzozowym daje szczególny smaczek konsumującym, spełniając również funkcje zdrowotne. Przyznam, że choć nie piję alkoholu, musi to być wspaniały trunek, o czym mogą świadczyć podawane przez Ewę przepisy wszystkim tym, którzy popróbowali firmowej nalewki.


Na tle koncertu Muddy Watersa dobiegającego z ekranu telewizora, smakowaliśmy kulinarne dobra, przyrządzone przez Ewę Jochan. Około 18.00 zadzwoniła Iwona Thierry i to z skąd … z tomaszowskiego dworca PKS. Jechała autobusem liniowym Kudowa – Warszawa Zach. z przystankiem w naszym mieście. Krzysiek odbierając telefon powiedział, - Iwonko, zaraz po przyjeździe do Warszawy, wsiadaj w taryfę i natychmiast przyjeżdżaj do nas, do pana Karewicza na Nowolipki, na mój koszt. Ja kryję taryfę. Wszyscy na Ciebie czekamy, do zobaczenia w domu pana Marka. A Marek po skończonej rozmowie zwrócił się do Wieśka, - Wiesiu ponieważ Iwonie zejdzie co najmniej ze dwie godziny, to ty tymczasem bierz tomaszowskie towarzystwo i pokaż im moje studio fotograficzne, bo następnym razem, gdy przyjadą do mnie, może go już nie być.


Studio fotograficzne

Studio Fotograficznego Marka Karewicza
Studio to Marka królestwo, to całe jego dorosłe i twórcze życie, z którego to pomieszczenia nie wychodził aż do tragicznej w skutkach choroby, przybijająca go do wózka. Powiem szczerze, idąc na Nowolipie 27 (tu na parterze budynku czynszowego mieścił się warsztat pracy Karewicza) czułem powiew historii polskiej fotografii, polskiego jazzu, polskiego rock’n’rolla. Mieszkanie, w którym mieszka do dziś, Karewiczowie wprowadzili się w 1952 roku, na długo przed Światowym Zlotem Młodzieży, oddaniem Pałacu K.W.N. czy warszawskimi mistrzostwami Europy (1953) w boksie. Studio fotograficzne, do którego się udajemy, od miejsca zamieszkania znajduje się bardzo blisko, w odległości 650 – 700 metrów. Marek rozpoczął tu swoją działalność w 1964 roku. Boże, to blisko 60 lat jak Marek Karewicz przemawia do ludzi, wyrażając swoje uczucia za pomocą fotografii. Kiedy Wiesiek otworzył drzwi lokalu, zapalił światło, natychmiast dreszcze przeszyły moje ciało. Ewa, Krzysiek, ja i za mną Wiesiek daliśmy po dwa kroki do środka pomieszczenia zamykając za sobą zewnętrzne drzwi.

Studio Fotograficznego Marka Karewicza
W małym, ciasnym pomieszczeniu w pierwszej kolejności rzuciły się w oczy reprodukcyjny stół, dwa powiększalniki, rzutnik i oczywiście w pionowym, podręcznym statywie, aparat fotograficzny. Wszystkie ściany wokół, szczelnie wyłożone przeróżnymi fotkami, rysunkami, projektami graficznymi długogrających (LP) płyt. Nie mogło nie znaleźć się najsłynniejszych kilka FOTO, które szczególnie rozsławiły na całym świecie artystyczny kunszt mistrza Karewicza, tj słynne zdjęcie Milesa Daviesa (zawisło, 10x3 metry, na nowojorskim wieżowcu), Tadeusza Nalepy z synkiem Piotrkiem trzymających się za ręce wykonane idących z przodu i drugie robione z tyłu (ze słynnej płyty Blues Breakout), Ray Charlesa w swojej, słynnej marynarce w kratkę, stojący przed fortepianem lekko odchylony do tyłu czy kilka fotek Czesława Niemena z autorskich płyt (LP).


Studio Fotograficznego Marka Karewicza
Kiedy opuściliśmy najsłynniejsze studio fotograficzne w Polsce, udając się do mieszkania na Nowolipki 29, przez całą, powrotną drogę w mojej głowie, wzbogaconej widokiem ścian wyłożonych projektami prac artysty, tworzyły się przeróżne wizje atrakcyjnego i wesołego życia, niektóre surrealistyczne z czasów świetności artysty, którego dziesięcioletnie korzenie wyrosłe w naszym mieście, miały wpływ na jego twórczość. W zadumie, zamyśleniu po blisko godzinnej nieobecności w mieszkaniu Marka, dotarliśmy na Nowolipki 29. Marka zastaliśmy przy śpiewającym duecie Ella and Louis w super hicie Foggy Day, jak wyraził się Marek, - Słucham ten utwór po raz siódmy, po czym ponowił słuchanie po raz ósmy.


Studio Fotograficznego Marka Karewicza
W kilka minut po 20.00 dotarła taryfą Iwona Thierry, która konsumując z wielkim apetytem wspaniałości znajdujące się na stole, opowiedziała nam o imprezie we Wrocławiu, na którą przybyła ze statuetką Złotego Koguta, odlew z brązu stanowiący logo Polskich Nagrań MUZA wręczany osobą czy zespołom współpracujących poprzez nagrywanie płyt w MUZIE. Iwona, która jest w trakcie wypowiedzenia przez syndyka masy upadłościowej (pracuje do końca listopada) warunków pracy i płacy w firmie, jeszcze ją reprezentując, wręczyła osobiście na ręce liderki Izabeli Skrybut - Dziewiątkowskiej wyżej wymienioną statuetkę. Iwona była zaskoczona wspaniałą formą pani Izabeli i również występująca w zespole Tercet Egzotyczny, obdarzona cudowną urodą, nieprzeciętnie zgrabnej sylwetce jej córki Katarzyny Dziewiątkowskiej.


Studio Fotograficznego Marka Karewicza
W trakcie Iwonki opowieści trwał mecz piłkarski (Marek kocha piłkę nożną) Słowacja-Polska i przyznam, że wynik (0:2) zepsuł nam biesiadowanie, choć obiektywnie przyznam, że już zbliżała się północ i wszyscy odczuwaliśmy zmęczenie. Kiedy Iwonka zamówiła taryfę i udała się do domu, był to sygnał by kończyć szczególną kolację na cześć Marka Karewicza, za historyczne umieszczenie jego życiowej pasji, jaką dla niego stała się fotografia, w skarbcu narodowego dziedzictwa Biblioteki Narodowej. Po dokonaniu pokolacyjnych porządków udaliśmy się, pełni wrażeń, na zasłużony (nocleg) odpoczynek. Przy porannym śniadaniu – mocno spełnieni - podziękowaliśmy gospodarzom za warszawski, szczególnie ważny dla polskiej kultury pobyt, życząc sobie w podobnym składzie, kolejnego spotkania. Tym razem, w drodze rewanżu, na naszym terenie o czym wracając do domu, w dyskusji z Krzysztofem szukaliśmy rozwiązania tj miejsca spotkania i pory roku. W mojej głowie zarysowało się tylko jedno miejsce, Zakościele.

Studio Fotograficznego Marka Karewicza

niedziela, 27 września 2015

Wiesław Kaczmarek rozmawia z Gwiazdami - Jacek Borkowski: „Jak na koncercie w Sopocie”

Wiesław Kaczmarek i Jacek Borkowski
Wiesław Kaczmarek. Dziennikarz niezależny/Dziennikarz Obywatelski. Mieszkam w niedużym mieście OSTRZESZÓW w Wielkopolsce. W naszej miejscowości i regionie bardzo dużo się dzieje w Kulturze/muzyka – malarstwo – poezja – fotografia – historia i inne. Ostatnio regularnie umieszczam artykuły w gazecie: Nasze Strony Ostrzeszowskie oraz w prasie regionalnej. W tej redakcji znajdują się dziennikarze, którzy chcą ze mną współpracować oraz drukować w swej ciekawej gazecie moje artykuły. Interesuje mnie głównie fotografia reporterska. Brałem udział w dwóch wystawach fotograficznych. Na przełomie Lutego/Marca 2016 planowana jest moja wystawa Fotografii w Ostrowie Wlkp/Galeria 33. Urodziłem się w 1953 roku. Moja młodość to Wrocław lata 1970/81. Spotkania, koncerty w Piwnicy Świdnickiej – Klubie dziennikarza – Szklanym Pałacu / studenckim. Wspomnienia zespołów PAKT oraz ROMUALD & ROMAN, OSJAN, koncerty Cz. Niemena w Filharmonii  oraz sławny – Jazz nad Odrą. Tam też poznałem osobiście czołówkę gwiazd kina: B. Łazukę – K. Sienkiewicz – T. Rossa / podczas kręcenia filmu MOTOCROS. Czuję się wspaniale, młodo i chętnie rozmawiam z piosenkarzami, aktorami, ludźmi sztuki i fotografii. Jestem szczęśliwy i radosny.


Dyrektor Kobylogórskiego Ośrodka Kultury Izabela Frankowska-Grabarczyk oraz konferansjer Witold Pelka
Sobota – 23 sierpień to ostatni koncert w sezonie z cyklu „Muzyka między niebem a ziemią”, które odbywają się na wzniesieniu Kobyla Góra pod Krzyżem Milenijnym. Tym razem gwiazdą wieczoru był aktor Jacek Borkowski. Choć pogoda w tym dniu była niepewna, to jednak jak zwykle widownia licznie dopisała. Wszystkich przybyłych witała dyrektor Kobylogórskiego Ośrodka Kultury Izabela Frankowska-Grabarczyk oraz konferansjer Witold Pelka. Prowadzący na wstępie przedstawili wszystkich darczyńców oraz osoby, dzięki którym te wspaniałe koncerty mogły się odbyć, a publiczność, dzięki temu, mogła poznać tak wspaniałych artystów. Organizatorem głównym spotkań jest Kobylogórski Ośrodek Kultury oraz Parafia pw św. Mikołaja w Parzynowie Ośrodek Duchowości Samotnia. Gwiazda wieczoru - Jacek Borkowski na scenę został wywołany gromkimi oklaskami. Swój koncert rozpoczął utworami do słów Wojciecha Młynarskiego oraz kilkoma żartami, które sprawiły rodzinną i otwartą atmosferę.


Kim zatem jest Jacek Borkowski? Urodził się 16.04.1959 r. w Warszawie. To absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie - wydział aktorski. Jego debiut sceniczny przypada na rok 1971 – Festiwal Piosenki Harcerskiej w Siedlcach. Jest też laureatem nagrody głównej na Festiwalu Piosenki Radzieckiej Zielona Góra 1975 r.,o którym zresztą wspomina, że bez tych początków nie byłoby go na scenach. W latach 1977-2000 związany był z Teatrem Ateneum w Warszawie. Liczne role w Teatrze Telewizji, programach rozrywkowych i innych. Współpracował z takimi reżyserami, jak m.in. A. Łapicki, W. Solarz, J. Zaorski, J. Machulski, M. Dejczer, M. Ślesicki. Znany jest także m.in. z serialu telewizyjnego „Klan”. W początkach swojej twórczości wykonywał swe recitale z L. Kydryńskim oraz koncerty w duecie, np. z Ewą Kuklińską.


Wróćmy jednak do koncertu. Aktor bawił się wspólnie z publicznością. Prowadził krótkie, serdeczne rozmowy i śpiewał, m.in. największe przeboje Franka Sinatry i inne standardy muzyki rozrywkowej. Jego silny, wspaniały głos rozlegał się i oplatał zbocze Kobylej Góry. Pod koniec występu zaczął trochę kropić deszcz, nikogo to jednak nie wystraszyło. Sam aktor stwierdził: „Niech pada”, widząc, że widownia jest z nim i nie boi się deszczu. Artysta ostatnie swe piosenki wykonywał nie ze sceny, lecz wtopiony pomiędzy widownię i razem z nimi śpiewający. Nie zabrakło bisu, i choć zegary wskazywały kilkanaście minut po 22, to jednak końca występu nie było. Artysta jeszcze długo podpisywał swe płyty, pozował do wspólnych zdjęć i prowadził rozmowy z fanami. Udzielił też wywiadu dla Czytelników naszej gazety.


- Jak Pan znajduje to miejsce, tę scenę?

- Mogę powiedzieć tylko tyle, miejsce jest na tyle niezwykłe i na tyle tworzące atmosferę, a jednocześnie te osoby, które docierają tutaj, które chcą uczestniczyć w takim wydarzeniu. Nie jest to publiczność przypadkowa i to sobie należy cenić, więc tym większy szacunek dla tych, którzy tutaj przyszli. To jak w teatrze, porównam tak: im gorsze krzesła, tym lepszy teatr. Przyznaję, że nie znałem tego miejsca. Jadąc tutaj byłem mocno zdziwiony, żartowałem z kolegą: „Gdzie my będziemy występować, czyżby na jakiejś farmie?”. A tutaj zaskoczenie, wszystko jest profesjonalne: nagłośnienie, światła oraz publiczność przyzwyczajona do tego miejsca, wyrobiona muzycznie, publiczność koncertowa, chcąca tutaj być. Wszystko jest super jak na koncercie w Sopocie. Wielkie gratulacje dla organizatorów, zarówno za wybór miejsca, jak i pomysł.

- Co jest bliskie Pana sercu, jakie piosenki szczególnie?

- Muszę układać program na mój koncert tak, aby zadowolić publiczność, żeby było po trosze wszystkiego. Najlepszym rozwiązaniem jest, gdy publiczność i się śmieje i się bawi. Wtedy jest to sukces i tak staram się prowadzić mój program. Osobisty kontakt z widzem. Piosenki, które wykonuję, bardzo lubię. Gdybym ich nie lubił, to nie wykonywałbym ich. Mam utwory, które musiałem wykonywać, ale ich teraz nie śpiewam, nie zapadły mi na sercu. Jak kiedyś policzyłem, to w swym repertuarze mam około 400 piosenek. W związku z tym mam w czym wybierać oraz, w zależności od nastroju, wykonywać.


- Czy po płycie Miłość to cały świat z 2011 roku nagrał Pan nową płytę?

- Tak, płyta wyszła dosłownie kilka miesięcy temu - Gdy jesteś blisko mnie. Powstała z chęci nagrania piosenek, które bardzo lubię, to znaczy w stylu moon river memory. Chciałem nagrać takie piosenki, które lubię śpiewać. Są na niej też te utwory, które wam wykonywałem: „Gdy odejdę jutro tam”, „Żyłem jak chciałem”, „Nie ma dnia”, „Warszawa, ja i ty”. Nagrywam też, przygotowuję nową płytę do słów Jurka Masłowskiego oraz do muzyki Mariusza Dubrawskiego i to będzie całkiem nowa płyta, tzw. płyta zerowa, z całkiem nowym tekstem i muzyką. Coś, czego chcę spróbować.


- Co może Pan powiedzieć na temat piosenki aktorskiej?

- Nie ma piosenki aktorskiej. I tym samym muszę powiedzieć prawdę. Festiwal Piosenki Aktorskiej został wymyślony przez kilka osób, które chciały zarobić. Mówię to z całą świadomością i zawsze mówię publicznie bez obaw. Zaczęło się od profesora Bardiniego, który ułożył takie powiedzenie - z każdego zrobisz śpiewaka, a jest to człowiek, który nie miał bladego pojęcia o śpiewaniu, który nie umiał zaśpiewać jednej zwrotki, wydobyć z siebie jednej czystej nuty. Powiem tak, miał czelność ludzi uczyć śpiewać. A te telewizyjne programy były żenujące. To było robienie pośmiewiska z wziętych z ulicy amatorów. Proszę nie wierzyć, że stawiając na scenie amatora oraz udzielając mu głupich wskazówek, a tak robił profesor, odkryje się talent. Można z nich zrobić tylko głupców, z których ludzie na sali będą się śmiać. Tak to wyglądało i taka była tamta prawda. Proszę sobie przypomnieć tamte programy w TV. Muszę przyznać, że profesor był bardzo zakompleksiony. Był moim profesorem i też mnie uczył. Przyznaję tylko jedno, znał się na operze, którą reżyserował.


 - Porozmawiajmy o teatrze, nowych rolach...


- Mam w projekcie współpracę z Teatrem ROMA, w musicalu „Mamma Mia!”, na podstawie filmu z Abbą oraz spektakl muzyczny na podstawie „Księgi Hioba” wg Starego Testamentu. Bardzo interesujący materiał i mam nadzieję, że będzie się podobał, bo jest to materiał literacki, który bierze pod uwagę problemy ludzkie, które są nadal aktualne. Jest to historia człowieka, którego los doświadcza cały czas, a on wciąż podnosi się z dumą i brnie dalej w życie. Jest to więc też przesłanie na dzisiaj, żeby nie popadać w depresję, której coraz więcej wśród ludzi. Żonę Hioba ma zagrać ze mną Danusia Błażejczyk. Zobaczymy, co z tego wyniknie.


- Wróćmy na chwilę do lat 1971-75, czyli początków kariery, rozpoznawalności - jak mówi się dzisiaj...

- Dokładnie tak, m.in. Festiwal Piosenki Radzieckiej w 1975 roku oraz Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Przyznam, że te festiwale były bardzo dobre, były dla nas – młodych, jedyną możliwością pojawienia się na scenie, zaistnienia. Nie wstydzę się tego i gdyby nie te festiwale, być może nie rozmawialibyśmy teraz, bo nikt by mnie nie znał. Powtarzam, w tamtym okresie to były jedyne miejsca, gdzie młody aktor, śpiewający wykonawca mógł się pokazać. Nie było takich programów jak „Idol” czy „X Factor”. Nie próbuję oceniać tych programów. Po prostu tak wtedy było. Pamiętam, że w 1975 roku startowało do eliminacji do festiwalu około 120 tys. osób, młodych śpiewających ludzi.


- Czy może pan zdradzić chociaż trochę, co będzie w nowym sezonie w pana roli – Rachwalskiego, w „Klanie”?

- Wierzcie mi, niestety nie wiem. Przyjeżdżam i gram różne sceny, raz początek, później coś ze środka, sam się nie raz gubię. Gramy takie wycinki, urywki, które oni później łączą w sceny. Powiem, że plotkują, ale ja nie potwierdzam. Ma się odbyć ślub Rachwalskiego z Beatą. Tylko nie od razu. Ma to potrwać kilkanaście odcinków, a może więcej, bo i Beata musi najpierw dostać rozwód, oraz to, że na razie nie uśmiercą mnie, bo serial przynosi duże dochody i ma dużą oglądalność. 

- Kilka słów dla czytelników naszej gazety oraz widzów, którzy byli na tym koncercie...

- Dla mnie najważniejszy jest widz i dla widza staram się to wszystko robić, śpiewać i dobrze grać. Bo przecież jeżeli nie będzie widza, nie będzie mnie. Szczególnie dla tak wspaniałych widzów, jakich miałem przed chwilą. I za to im dziękuję, bo takie momenty sprawiają, że chce się iść do przodu, dają chęć próby nowych piosenek, podnoszą mnie na duchu, że warto, że moje występy sprawiają radość. Całuję i pozdrawiam wszystkich. Jesteście wspaniali, dla Was moja dedykacja.



Rozmawiał Wiesław Kaczmarek