poniedziałek, 21 kwietnia 2014

21-go kwietnia wraz z Moniką S. Jakubowską będziemy gościli w programie Polisz Czart parę znakomitych artystów jazzowych - polską wokalistkę Sylwię Białas oraz izraelskiego perkusistę Asafa Sirkisa

Asaf Sirkis to jeden z najbardziej znaczących współczesnych perkusistów jazzowych. Przyszedł na świat w rodzinie izraelskiej. Dorastał w położonej niedaleko Tel Awiwu jemeńskiej dzielnicy Rehovot. Wielokulturowość ukształtowała w nim specyficzne zrozumienie muzyki i rytmu. Mając dwanaście lat, Asaf zaczął uczęszczać na pierwsze lekcje perkusji i jednocześnie rozwinął zamiłowanie do basu elektrycznego. Biorąc pod uwagę wyrażaną przez niego wielokrotnie fascynację muzyką takich zespołów jak Yes, Genesis czy Mahavishnu Orchestra, trudno się dziwić, że w jego kompozycjach słychać aż tyle fusion i brzmień progresywnych. Po zakończeniu służby wojskowej, Asaf Sirkis całkowicie oddał się muzyce, występując w zespołach, których stylistyka oscylowała od muzyki klezmerskiej, aż po jazz-rock. Pracował z tak znanymi muzykami jak klarnecista Harold Rubin, saksofonista Albert Beger czy skrzypek Yair Dalal. W 1995 roku Asaf założył swoje pierwsze trio, z którym nagrał dobrze przyjęty album One Step Closer. We wspomnianym już trio The Inner Noise, dzięki połączeniu organów kościelnych, gitary elektrycznej i perkusji Asaf Sirkis dał się poznać jako muzyk poszukujący nowych brzmień i nie stroniący od ryzykownych eksperymentów.

W kwietniu 1999 Sirkis przeniósł się do Londynu, gdzie bardzo szybko ugruntował swoją pozycję na brytyjskiej i światowej scenie jazzowej. Wraz z palestyńskim kompozytorem Adelem Salamehem nagrał wysoko oceniony album Nuzha, natomiast jego spotkanie z klarnecistą, flecistą i saksofonistą w jednej osobie - Giladem Atzmonem w roku 2000 zaowocowało powstaniem Oriental House Ensamble, którego album Exile z roku 2003 uzyskał miano: Najlepszy Album Roku wg dziennikarzy BBC. Rok później zespół ten (w którym notabene obok Asafa Sirkisa występował także grający na Shepherd's Stories izraelski basista Yaron Stavi) został nominowany do prestiżowej nagrody Jazz Awards w kategorii Najlepszy Zespół.

Od roku 2006 pod szyldem Lighthouse Asaf Sirkis współpracował także ze znakomitymi muzykami brytyjskimi: saksofonistą Timem Garlandem i pianistą Gwilym Simcock'iem, z którymi wydał cztery albumy i koncertował na całym niemal świecie. Asaf Sirkis to jeden z tych nielicznych współczesnych artystów, którzy mogą pochwalić się ogromną kolekcją muzycznych kolaboracji. Obok wspomnianego na wstępie naszego Maćka Pysza, uważny badacz jego twórczości odnajdzie między innymi na tej liście nazwiska dwóch zasłużonych muzyków amerykańskich: gitarzysty Larry Coryella i basisty Jeffa Berlina. Niedawno Asaf Sirkis wraz ze swoim Trio nagrał znakomity album Shepherd's Stories, który miałem przyjemność recenzować tutaj, a także jako jedna trzecia formacji Maciek Pysz Trio wziął udział w realizacji debiutanckiego albumu Maćka Insight, o którym nasz czołowy gitarzysta opowiadał 7-go kwietnia tego roku w programie Polisz Czart i który także miałem okazję recenzować podobnie jak album Asafa Sirkisa dla warszawskiego JazzPRESS- u tutaj.
Jakiś czas temu zapytałem korespondencyjnie twórcę Shepherd's Stories o jego ulubionych muzyków jazzowych z naszego kraju. W mailu, który kilka dni później otrzymałem Asaf Sirkis napisał: „About my favorite Polish Jazz: I'm a big fan of Simple Jazz Trio as well as the late Jarek Smietana (which I knew personally) and Leszek Mozdzer”.

Sylwia Białas już jako dziecko słuchała ogromnej ilości muzyki. Z jazzem zetknęła się w wieku siedmiu lat. Z biegiem czasu zapragnęła być częścią muzycznego procesu twórczego. Pomimo umiejętności gry na kilku instrumentach, najprostszym sposobem spełnienia jej marzeń było użycie przez nią własnego głosu. Nie chciała jednak tylko odtwarzać muzyki, lecz także ją komponować. Z Asafem poznali się siedem lat temu na myspace, gdzie z początku jedynie wymieniali swoje muzyczne spostrzeżenia. Z czasem nie kryli już wzajemnego zachwytu nad swoimi osiągnięciami artystycznymi. "Naprawdę podoba mi się to co robisz" napisał pewnego dnia Asaf . "Jestem pewna, że nasze muzyczne drogi kiedyś się przetną" odpisała Sylwia. Po jakimś czasie oboje artyści spotkali się podczas konferencji Jazz Ahead w Bremen i dość szybko okazało się, że słowa Sylwii były prorocze nie tylko w kwestii artystycznej.

Ich wspólny ulubiony styl mieści się gdzieś w obszarze muzyki współczesnej, zbliżonej do tej, jaką oferuje promująca wielu znakomitych jazzmanów prestiżowa niemiecka wytwórnia ECM. W tworzonej przez Sylwię Białas i Asafa Sirkisa muzyce można doszukać się również wielu elementów charakterystycznych dla środkowego wschodu oraz muzyki hinduskiej. Pomimo, że Sylwia pisze swoje teksty po polsku i po angielsku, w ich wspólnym projekcie wszystkie utwory - ku wielkiej radości Asafa - Sylwia będzie wykonywała wyłącznie w języku polskim. Sirkis/Białas Quartet to - jak oboje twierdzą - projekt ich marzeń, który rozwija się spontanicznie i nie natrafia na żaden opór. Sylwia nie ukrywa, że podczas wspólnej pracy z Asafem towarzyszy jej uczucie: "Jestem w domu i mogę wyrazić dokładnie to, co chcę i w jaki chcę sposób". W roku ubiegłym we współpracy z Janem Erikiem Konshaug, Sylwia Białas w Rainbow Studio w Oslo nagrała swój solowy album, co było jednym z jej dotychczasowych największych marzeń. Album, z którego Sylwia jest bardzo dumna, będzie nazywał się Candid Year i stanowi fuzję jej kompozycji, które swoim charakterem są bardzo polskie, szczególnego włoskiego podejścia do grania oraz północnego sposobu gry tak charakterystycznego dla muzyków skandynawskich. Niedawno sympatyczna para artystów, których będę miał wraz z Moniką S. jakubowską przyjemność gościć w najbliższym programie Polisz Czart, udzieliła dla JazzPRESS-u wywiadu, który zrealizował znany londyński dziennikarz jazzowy Tomasz Furmanek i z którym zapoznać można się tutaj i na podstawie którego powstała zaprezentowana przeze mnie powyżej krótka biografia Sylwii Białas.

środa, 16 kwietnia 2014

"A kto nie umiał zasnąć, nim nie wymyslił granic... "


GRECHUTA  Zastanawialiście się kiedyś, kto pierwszy chciał zostać bogiem?
LENNON  Wyobraź sobie lepiej, że nie ma niebios ani żadnej religii, a ludzie żyją dniem dzisiejszym. To łatwe, tylko spróbuj.
GRECHUTA  Kto pierwszy rozpoznał wrogów i przyjaciół? Kto otoczył się murem i nie umiał zasnąć, nim nie wymyślił granic, kto w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
LENNON  Zamiast zadawać te wszystkie pytania, wyobraź sobie lepiej, że nie ma żadnych państw. Moglibyśmy żyć w świecie, w którym nie ma za co zabijać i umierać. Wyobraźcie sobie ludzi żyjących w pokoju.
NIEMEN  Więc dlaczego tak często ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem?
LENNON  A potraficie wyobrazić sobie, że nie ma własności?
GRECHUTA   Wiele razy głowiłem się nad tym, kto pierwszy włości swe miał za nic.
LENNON  A to, że ludzie są braćmi? Że nie trzeba chciwości ani głodu? Wyobraźcie sobie ludzkość sprawiedliwie dzielącą się dobrami. To nie jest wcale takie trudne.
GRECHUTA  Stojąc zapatrzeni w obłoki i niebo...
LENNON  Wiem. Za chwilę powiesz, że jestem utopistą i marzycielem. Wierzę jednak, że nie jestem jedyny.
NIEMEN  To pewne, że ludzi dobrej woli jest więcej i wierzę, że świat nie zginie dzięki nim. Najwyższy czas, by nienawiść zniszczyć w sobie.
LENNON  Jestem pewien, że do mojego myślenia przyłączą się miliony i świat w końcu
będzie jednością.
NIEMEN  Dlaczego więc tak często człowiekiem gardzi człowiek i dlaczego wokół jest aż tak wiele zła? Dziwny jest ten świat...


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

14 kwietnia największe święto gitary w historii Torunia tylko w HRP Pamela!


Poniedziałek 14 kwietnia 2014 roku będzie prawdziwym świętem gitary w Hard Rock Pubie Pamela. Począwszy od warsztatów gitarowych prowadzonych przez genialnych gitarzystów: Partyzanta (Krzysztofa Toczko) i Jerzego Styczyńskiego, poprzez prezentację gitar marki VINTAGE zrealizowaną przez Krzysztofa Wałeckiego (Ambasadora Vintage Guitars Poland) i Mariusza Teodorczuka (Product Managera w firmie Audiostacja), aż po wyjątkowy koncert akustyczny w wykonaniu dwóch duetów. "Rodzinnie" zagrają Mikołaj i Krzysztof Toczko (prezentując materiał ze swojej płyty "Guitar Cinema") a po nich duet "gwiazdorski" w składzie Jerzy Styczyński (Dżem) oraz Krzysztof Wałecki (kiedyś ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY, obecnie zespół VINTAGE). Nigdy wcześniej, jednego dnia, tyle w dziedzinie gry na gitarze w Toruniu się nie zdarzyło. Warsztaty gitarowe połączone z prezentacją gitar VINTAGE zaczną się punktualnie o godzinie 17-tej, zaś koncert o godzinie 20-tej.

sobota, 12 kwietnia 2014

12-go kwietnia w Peterborough wystąpią Smoking Hot, Czapa i Indios Bravos


12-go kwietnia w Lublinie polscy Artyści zagrają muzę Deep Purple!



Serdecznie zapraszamy miłośników muzyki w najlepszym wydaniu do Klub Graffiti w Lublinie !
Największe hity legendarnego zespołu Deep Purple wykonają :

Gienek Loska
Piotr Cugowski
Wojtek Cugowski
Mateusz Ziółko
Damian Ukeje
Tomasz Struszczyk
Wojciech Hoffmann
Zespół:
Tomasz Gołąb - bass
Bartek Pawlus - perkusja
Jarosław Chilkiewicz - gitara
Tomasz Zień - instr. klawiszowe

Po koncercie uroczystego otwarcia Jam Session dokona zespól " LATE AGAIN " ... swoje uczestnictwo zgłosili również inni rewelacyjni instrumentaliści .... wiec zacna impreza potrwa do białego rana !!!

Bilety:
- Przedsprzedaż 35 zł -
Klub Graffiti (ul.Piłsudskiego 13)
Sklep Nr 1 NA KSIĘŻYCU (Okopowa 5)
rezerwacja: info@dudis.pl lub 511-553-017
- 40 zł w dniu koncertu

Liczba miejsc ograniczona
Będzie ROCK !!
Będzie Ogień !!

Od kwietnia do czerwca Maze of Sound koncertowo przejedzie się po Polsce


sobota, 5 kwietnia 2014

Od 4-go do 13-go kwietnia 50. Jazz Nad Odrą Festival

Specjalny korespondent Muzycznej Podróży Marek Szpyra wziął udział w konferencji prasowej jubileuszowego Jazzu nad Odrą. W gościnnych progach wrocławskiego Impartu poznaliśmy szczegóły najważniejszej w Polsce i jednej z najważniejszych na świecie imprez jazzowych. Będzie się działo! Poczytajcie na co, za naszym pośrednictwem, zapraszają organizatorzy! Przypomnę, że Marek od początku lat 80' płynie z nurtem muzyki alternatywnej. Był związany m.in. z legnickimi kapelami punky-reggae'owymi i nowofalowymi, a także współtworzył eksperymentalną formację Agnostic Mantra. Organizował też liczne koncerty zespołów nowofalowych. W latach 90-tych był radiowcem. Pracował także w dolnośląskich mediach. Obecnie jest właścicielem Gazety Piastowskiej i Gazety Osiedle Wrocław oraz tworzącego się portalu brzmieniemiasta.pl Marek Szpyra jest współpomysłodawcą i realizatorem trasy koncertowej w Polsce bliskiej słuchaczom Polisz Czart londyńskiej wokalistki Aleks Gala.

Festiwal JAZZ NAD ODRĄ to jeden z najstarszych polskich festiwali jazzowych. Narodził się w 1964 roku w kultowym klubie studenckim Pałacyk. Od chwili powstania odgrywał znaczącą rolę  na polskiej scenie muzycznej. Konkurs, który w pierwszych latach istnienia festiwalu był jego najważniejszym elementem, wyłonił tak wielkie indywidualności polskiej sceny jazzowej jak:  Ewa Bem, Włodzimierz Nahorny, Zbigniew Seifert, Krzesimir Dębski, Jarosław Śmietana, Janusz Strobel, Piotr Baron, Henryk Miśkiewicz, Tomasz Szukalski, Andrzej Zaucha… Lista jest bardzo długa.  Z biegiem lat profil festiwalu uległ zmianie, pojawiało się coraz więcej gwiazd światowego jazzu,  ale konkurs wyłaniający „Indywidualność Jazzową” pozostaje w dalszym ciągu bardzo istotnym elementem imprezy.

Każdego roku wiosną prezentowani są we Wrocławiu najciekawsi artyści i wydarzenia jazzowe ze świata. W ostatnich latach na festiwalu występowały takie gwiazdy, jak Pat Metheny, Paco deLucia, Al diMeola, Kenny Garret, Dave Holland, Tooth Thielemans, Diana Krall, David Sanborn, Ron Carter, Lizz Wright czy Patricia Barber.

Tegoroczna edycja z okazji pięćdziesiątych urodzin będzie wyjątkowa. Program zapowiada się bardzo interesująco: koncerty, projekcje filmowe z muzyką na żywo, jam sessions, wystawy, parada nowoorleańska, a także nowość - projekt dla dzieci.

Wśród gwiazd znajdą się m.in. Gregory Porter (zdobywca tegorocznej nagrody GRAMMY), Peter Cincotti, Kenny Garrett oraz SBB w oryginalnym składzie. Niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem jubileuszu będzie Gala 50. lecia - wielki koncert w Hali Stulecia. Na dwóch (!) scenach podczas 5 godzinnego koncertu zaprezentują się nasi czołowi muzycy. Solistom (m.in. Tomasz Stańko, Leszek Możdżer, Stanisław Soyka) towarzyszyć będzie Big Festival Band Zbigniewa Czwojdy. Zagra laureat I Festiwalu z 1964 roku czyli Jazz Band Ball Orchestra, nieco młodszy laureat Laboratorium, a także Pink Freud i Zbigniew Namysłowski ze swoim kwartetem. Nie zabraknie gwiazd światowych, a wśród nich: Jon Faddis, David Sanborn, Joey deFrancesco, Bobby Hutcherson, Billy Hart. Wszystko jednego wieczoru. Koncert reżyseruje Jerzy Bielunas, a poprowadzą Artur Andrus i Jerzy Skoczylas.

Wspólnym wydarzeniem dwu wiodących wrocławskich festiwali: Przeglądu Piosenki Aktorskiej i Jazzu nad Odrą będzie spektakl Rat Pack czyli revival słynnego koncertu z lat 60’ (Dean Martin, Sammy Davis Jr & Frank Sinatra) przygotowany z Teatrem Capitol.

Nocne koncerty i jam session odbywać się będą w odtworzonym (w sali kameralnej Impartu) na czas 50. Jazzu nad Odrą legendarnym jazz klubie RURA. Laureaci z ostatniej dekady, grać będą
w licznych wrocławskich klubach, a przez centrum miasta przejdzie nowoorleańska parada. Oprócz koncertów jubileuszowi towarzyszyć będą liczne wystawy, prezentacja jazzowych filmów Andrzeja Wasylewskiego. Ukaże się obszerna bogato ilustrowana monografia 50 lat JAZU NAD ODRĄ autorstwa jedynego świadka wszystkich edycji, Wojciecha Siwka (współautorem jest muzyk Bogusław Klimsa).

Festiwalowe plakaty to zawsze małe dzieła sztuki. Niegdyś projektowali je m.in. Jan Sawka, Get Stankiewicz, Rosław Szaybo, a od kilku lat plakat wybierany jest w drodze konkursu wśród studentów wrocławskiej ASP.

Od 2004 roku mocodawcą Jazzu nad Odrą jest miasto Wrocław. Od tego też czasu współorganizatorami Festiwalu Jazz nad Odrą są: Fundacja Jazz nad Odrą oraz Biuro Festiwalowe Impart 2016.
50. JAZZ NAD ODRĄ FESTIVAL 
4 – 13 kwietnia 2014 r., Wrocław  

czwartek, 3 kwietnia 2014

Od 3 do 5 kwietnia odbędzie się Riga Jazz Stage na Łotwie, na którym wystąpi reprezentująca Polskę Agata Kubiak z Londynu!

fot. Monika S. Jakubowska
 











 

Agata Kubiak - polska wokalistka jazzowa z Londynu będzie jako jedyna reprezentowała Polskę podczas jazzowego festiwalu na... Łotwie i zaśpiewa w pierwszym etapie kompozycję "Jej Portret". W drugim etapie, jeśli Agata zakwalifikuje się, wykona jazzową aranżację folkowej piosenki "Czerwone Jabłuszko" i "Pożegnanie" (otwór Brada Mehldau z polskim tekstem autorstwa Agaty) Ponadto na Agatę Kubiak można głosować w ramach naszej Listy Przebojów - szczegóły pod: 

Strona Riga Jazz Stage ze wszystkimi finalistami:

Sebastian Scotney poinformował o tym wydarzeniu także na łamach prestiżowego LondonJazz: http://www.londonjazznews.com/2014/02/news-nadim-teimoori-agata-kubiak-hilde.html

Uwiedziona przez kontrabas (Pangea Magazine kwiecień 2014)





fot. Bogusław Mastaj
Monika S. Jakubowska urodziła się w Suwałkach. Dzieciństwo spędziła w łazience, którą ojciec-artysta przy pomocy kuwet z wywoływaczem i utrwalaczem zamieniał w prowizoryczną ciemnię. Pierwsze zdjęcia DDR-owską lustrzanką Exakta wykonała w wieku 4 lat. W brytyjskiej stolicy znalazła swoje miejsce na ziemi. Zafascynowana jest przyrodą i codziennością ludzkiego życia. Dlatego obok uwieczniania artystów, pochłania ją fotografowanie ulicy. Zdjęcia Moniki łatwo zapadają w pamięć. Z wykształcenia jest anglistką, z zamiłowania dziennikarką, poetką, plastyczką i radiowcem. Przed laty była też wokalistką zespołów Blues Dla Małej i Shamrock. Przed kilku laty chciała zostać fotografem wojennym. Zamierzała wykonać fotografię, która odmieniłaby myślenie polityków do tego stopnia, aby zaniechali polityki zbrojeń. Niepoprawna marzycielka ostała na szczęście z nami, dzięki czemu możemy podziwiać londyńską codzienność... tą wielką i tą małą, ale zawsze widzianą poprzez szczere, subiektywne spojrzenie jej obiektywu.

Mała Monia i jej światłomierz
- Kiedy rozpoczęła się Twoja przygoda z fotografią? 

- Dawno, dawno temu, za górami, za lasami i za Kanałem La Manche. Miałam ze trzy latka, gdy zaczęłam przyglądać się robiącemu zdjęcia tacie. Biegałam za nim ze światłomierzem na szyi, a potem towarzyszyłam mu w ciemni, tzn. w łazience zamienianej w ciemnię… Jednak to już wiedzą o mnie wszyscy, gdyż powtarzam to z uporem maniaka i przy każdej okazji! I dość niedawno fakt powtarzania się wytknięto mi… Stąd apel do znudzonego czytelnika, by natychmiast przerwał czytanie i zasiadł na przykład przed telewizorem. A ja wracam do swojej ciemnio-łazienki gdzie odbywały się pierwsze lekcje fotografii. Otoczona kuwetami, powiększalnikiem i całą resztą sprzętu, w świetle czerwonej żarówki żarliwie wypełniałam powierzane mi misje… Na przykład wyciskanie wałkiem wody ze zdjęć, które trafiły na suszarkę… (śmiech). Przesiadywałam tam godzinami i pewnie niejednokrotnie zasypiałam „przy pracy”.

Zhenya Strigalev
- Kiedy po raz pierwszy wykonałaś zdjęcia człowiekowi jazzu i kto to był?

- Miałam wtedy 17 lat i byłam z zespołem na festiwalu poezji śpiewanej „Poezja u Gałczyńskiego” w Praniu, koło Rucianego-Nida. Wtedy nie myślałam, że kiedykolwiek „wsiąknę” w fotografię a zdjęcia były bardziej pamiątką niż przemyślanym, artystycznym kadrem. Właśnie podczas tej imprezy miałam przyjemność zobaczyć na żywo trio Janusza Strobla, z Piotrem Biskupskim za perkusją i Mariuszem Bogdanowiczem na kontrabasie. Byłam pod wielkim wrażeniem koncertu, a najbardziej miękkiego brzmienia kontrabasu. „Cyknęłam” kilka pamiątkowych zdjęć które z czasem gdzieś się zapodziały…

- Dlaczego lubisz fotografować właśnie muzyków jazzowych? 

Marek Karewicz- wybitny polski fotograf
- Bo są! Hahahaha  Z tego samego powodu ludzie wspinają się na Mont Everest. Od kilku lat mieszkam w Londynie i miałam to szczęście, że z miejsca trafiłam w środowisko artystyczne mieszkających tu Polaków. Wielu z nich to bardzo utalentowani muzycy jazzowi. Robiąc zdjęcia na ich koncertach szybko doszłam do wniosku, że Londyn jest miastem bezwzględnym – tu trzeba być najlepszym, ponadprzeciętnym by utrzymać się na powierzchni. I tak jest we wszystkim, tak jest też w jazzie. Tu nie ma przeciętniaków i miernot. Żeby grać – trzeba być najlepszym… A najlepsi mają szaleństwo w oczach, albo w palcach. Tacy są nabrzmiali pasją, zatraceni, wręcz naelektryzowani. Słuchasz takiego i wiesz, że gość cały sobą jest muzyką. Jest prawdziwy, a i we mnie nie ma cienia wątpliwości. Muzyk w emocjach, ja rozemocjonowana i wtedy naciskam „spust”. Tak właśnie lubię najbardziej!

Nicoila Muresu
Byłabym jednak bardzo niesprawiedliwa twierdząc, że tylko jazzmani są prawdziwi i tylko ich lubię fotografować. Każdy rodzaj muzyki który dotyka moją wrażliwość - zagrany na żywo - wywołuje we mnie lawinę emocji. W takim stanie czuję się zobligowana opowiedzieć o swoich odczuciach, a ja opowiadam kadrami. Przyznaję, że tak podskórnie i intuicyjnie ciągnie mnie do jazzu. Może dlatego, że w jazzie nie ma miejsca na fałsz. Jest za to gruby margines nieprzewidywalności i duża dawka improwizacji… Może to wspólny mianownik jazzu i mojej fotografii?

- Jakie są Twoje największe osiągnięcia w dziedzinie fotografii jazzowej?

- Wydaje się brzmieć prosto a jest to dość skomplikowane pytanie, bo inaczej odpowiem Ci ja, inaczej mój manager a jeszcze inaczej miłośnik jazzu czy fotografii. Mam chęć zacząć odpowiedź jakby od końca, bo wierzę, że dopóki jestem czynna jako fotograf, to sprawa jest otwarta i rozmaite sukcesy cały czas są przede mną.

Yaron Stavi
A teraz podkreślę, że nie robię zdjęć dlatego, żeby odnosić sukcesy i zgromadzić majątek. Robię je, bo to mój sposób porozumiewania się ze światem. Za pomocą fotografii wyrażam się najprecyzyjniej. A sukcesy? Zdarzają się przy okazji. Jakiś czas temu znajoma nazwała mnie „artystką przy okazji” i myślę, że trafiła w sedno (śmiech). Wracając do „osiągnięć”… Lubię je nazywać „serią fortunnych zdarzeń” i są naprawdę rozmaite – od publikacji na łamach prasy do spotkań z „wielkimi tego świata” twarzą w twarz. Cieszę się zawsze gdy ludziom podoba się sposób w jaki na nich patrzę, gdy pocztą pantoflową przekazują sobie namiary na mnie. Dużym wydarzeniem było pierwsze zlecenie w Ronnie Scott’s, Pizza Express czy Royal Albert Hall ale i możliwość przeprowadzenia wywiadu z panem Markiem Karewiczem. Naprawdę jest tego trochę – tych moich małych i większych radości.

Fletcher's Brew w Ronnie Scott's
Cieszę się, gdy ktoś zupełnie mi obcy podchodzi i mówi, jak bardzo ceni moją pracę. To naprawdę jedne z tych najmilszych chwil, które przepędzają chmury wątpliwości w swoje własne poczynania. Tym samym przyznaję, że miewam takie. Najczęściej cichutko i do siebie cieszę się, że robię to, co kocham, że jestem otwarta na ludzi i bez przysłowiowej sodówki szumiącej w głowie. Myślę, że udaje mi się zachować zdrowy balans, zdrowy rozsądek i dystans do samej siebie.

Nasza Kropka i jej Nikon (fot. Paweł Fesyk)
- Sprzęt i miejsce

- Pełno-klatkowy Nikon D600 i kilka obiektywów. Wybór szkła zależy właśnie od miejsca w którym mam pracować. A jazz lubi półmrok… W związku z tym koniecznością był zakup tak zwanych „jasnych” obiektywów, takich które pozwalają na dobrą jakość zdjęcia pomimo mrocznych warunków. A potem to już tylko „obiektywna żonglerka” czyli zmienianie obiektywów w zależności od potrzeby i mojego widzimisię.

Mark Fletcher
- Kogo ze świata jazzu jeszcze nie sfotografowałaś, a chciałabyś to zrobić?

- Na pewno Pat Matheny – jego muzykę pamiętam jeszcze z domu rodzinnego, a potem z czasów studenckich. Piękne brzmienie gitary, doskonałe aranżacje i często zaskakujące „zwroty akcji” w utworach. Jego solowe wykonanie tematu z serialu „Polskie Drogi” dosłownie wycisnął mnie jak cytrynę. Do dziś dnia ten krótki temat porusza mnie do głębi.

Nigel Kennedy
Istnieje realna szansa, że w czerwcu uda mi się zamknąć Pata w kadr (śmiech). Będzie koncertował w Londynie a mój bilet leży w szufladzie… Kolejny byłby Leszek Możdżer, bo mam wrażenie, że cały czas gdzieś się z nim mijam! Wiele razy był w Londynie, a ja nie tylko nie miałam okazji wysłuchać go na żywo, to odczuwam poważny jego brak w swoim portfolio. Wyobrażam sobie, że jest w nim wielka harmonia, swoista spójność pomiędzy fizis a tym co duchowe. I tu i tu jest pięknie. Ha! I wreszcie Lars Danielsson, wielki czarodziej kontrabasu, który nota bene jest moim ulubionym instrumentem. Jest coś zniewalającego w kontrabasie i chyba potrafiłabym ubrać w słowa to zniewolenie; namierzyć i zdefiniować.

 Steve Hackett  (Ex Genesis)
- Jakiego najbardziej znanego muzyka posiadasz w kolekcji swoich fotografii i jak trafiłaś na możliwość jego sfotografowania?

- Oczywiście wszystko za sprawą serii bardzo fortunnych zdarzeń i chyba w dużej mierze dzięki szacunkowi, jakim ludzie darzą moją pracę. I tu wymienię takie nazwiska jak Steve Hackett, Nigel Kennedy, John Etheridge, Norma Winston, Liane Carroll, Gwilym Simcock czy Mark Fletcher. Zdecydowana większość w moim port folio to polscy artyści i tu wymienię Adama Bałdycha, Krystynę Prońko, Tymona Tymańskiego a także przedstawiciele polskiej sceny rockowej jak zespoły Kult, Hey, T. Love. i wiele innych. Nadmienię jeszcze tylko, ze zajmuję się nie tylko fotografią muzyczną. Jest tego zdecydowanie więcej, ale na tym poprzestańmy. Nie chcesz przecież by wywiad wyglądał jak kartka wyrwana z książki telefonicznej, hahaha 

 Liane Carroll
- Kogo z muzyków jazzowych najbardziej lubisz fotografować?

- Może nie takiej odpowiedzi spodziewasz się, bo odpowiem bez nazwisk i wyszczególniania… - kontrabasistów. Wspomniałam już wcześniej, że bardzo lubię kontrabas. I zawsze myślę, że pomiędzy muzykiem a instrumentem jest jakaś szczególna więź, jest intymnie. Pamiętam zdjęcie które zrobiłam w Ronnie Scott’s, z którego byłam szczególnie zadowolona. Najwidoczniej podobało się nie tylko mnie bo trafiło na oficjalną stronę klubu.


wtorek, 1 kwietnia 2014

Tomek Janiszewski - muzyk, któremu musi się udać

Tomek Janiszewski swoją muzyczną przygodę rozpoczął w szkole podstawowej. Pierwszych akordów uczył się na starej, kilkudziesięcioletniej gitarze Defil, która wisiała w jego domu na ścianie jako pamiątka z młodzieńczych lat ojca. Nauki gitarowych riffów pobierał od swoich mistrzów z zespołów Metallica i Guns'n'Roses. Nie mając dostępu do Internetu, aby rozpracować szybsze partie i solówki stosował „magiczną sztuczkę” i za pomocą zapałki zwalniał obroty magnetofonu Kasprzak, by wszystko stało się jasne. Jako nastolatek lubił wstawać o 4 nad ranem i grać przed wyjściem do szkoły. Często zdarzało się również, że zamiast uczestniczyć w lekcjach, grywał na gitarze w klubie ucznia w X LO w Toruniu. Świadomość tego, że nauka i zdobywanie umiejętności mało mają wspólnego z przesiadywaniem w salach lekcyjnych i wykładowych towarzyszyła mu również w okresie studiów na Politechnice Poznańskiej, gdzie zgłębiał tajniki Inżynierii Oprogramowania. Przeprowadzka do innego miasta zapoczątkowała jednak długą, trwająca ponad 10 lat przerwę w muzykowaniu. Całkowicie pochłonęła go praca, nauka i kolejne wyzwania informatyczne. W 2000 roku w Waszyngtonie zdobył wspólnie z kolegami z uczelni III miejsce na świecie w konkursie projektowania systemów komputerowych CSIDC 2000. Potem były kolejne doświadczenia życiowe i biznesowe - zarówno wzloty jak i upadki, które ostatecznie doprowadziły go ponownie na łono muzyki, tworząc przestrzeń i podstawy do pracy twórczej. W listopadzie 2011 roku Marcin Daroń namówił Tomka do wspólnego występu w zastępstwie za ich gitarzystę. Był to Zespół GoodWay, w którym Tomek gra do dziś, a wspomniany koncert był jego pierwszym występem od czasów licealnych. Z czasem pojawiły się jego pierwsze własne kompozycje i teksty. Pod okiem specjalistów postanowił rozpocząć naukę śpiewu i doskonalić grę na gitarze. Odważył się w końcu uwolnić to co wyrywało się z głębi duszy. I tak oto powstał Emoticase. 
 
 
Tonek jest bardzo popularną postacią wśród Czytelników Muzycznej Podróży. W marcu tego roku zwyciężył wraz z grupa Emoticase w pierwszym tegorocznym zestawieniu listy przebojów Polisz Czart (o czym można przeczytać tutaj), w listopadzie 2013 zdobył także nr 1 naszej listy przebojów z zespołem GoodWay, (o czym można przeczytać tutaj) w lutym zwyciężył głosami niezależnego jury w konkursie jubileuszowym na artykuł, (który dostępny jest tutaj). Tomek Janiszewski ponadto odwiedził Muzyczną Podróż jako 150-tysięczny gość 
 
A tak wygląda polska dziesiątka Tomka Janiszewskiego:
Kasia Kowalska - Straciłam swój rozsądek
Black River - Breaking The Wall
Luxtorpeda - Wilki Dwa
Hey - Eksperyment
Dżem - Lunatycy
Edyta Bartosiewicz - Ostatni
Acid Drinkers - Swallow The Needle
Marek Grechuta i Anawa - Dni których nie znamy
Hey - List
Zakopower - Boso

Antoni Malewski - Moja życiowa droga (My Way) w świecie Rock’n’Rolla

Urodziłem się w sierpniu w roku zakończenia (1945) II Wojny Światowej w Tomaszowie Maz. Miasto satelitarne wielkiej, włókienniczej Łodzi w centrum Polski, w którym to grodzie mieszkam do dzisiaj. Pochodzę z rodziny robotniczej, włókniarzy. Mama była tkaczką, ojciec przędzarzem i farbiarzem. Miałem dwóch braci i siostrę. Używam czasu przeszłego. gdyż najstarszy brat i najmłodsza w rodzinie siostra, już nie żyją. Dzielnica Starzyce, w której się wychowywałem (przedszkole, szkoła) aż do pełnoletności, do ożenku, leży na północnej ościeży miasta w kierunku Łodzi (50 km) i Warszawy (100 km). Moje pochodzenie, mój dom, miało ogromny wpływ na ukształtowanie psychofizyczne, konstrukcję mojej osobowości. Nie chcę upolityczniać mojego życiorysu, ale nie da się inaczej opowiedzieć o czasach stalinowskich prześladowań, o największej indoktrynacji jaką stosowano (szczególnie wobec młodego człowieka – szkoła, praca, nawet przedszkole, organizacje młodzieżowe) do października 1956 roku czyli do tak zwanej „politycznej odwilży” (do upadku stalinizmu). Dzięki tradycjom rodzinnym w obronie polskości (Bóg, Honor, Ojczyzna) nie poszedłem na skróty tak zwanym głównym nurtem. Czy to dobrze czy źle? Nie mnie to oceniać. Jednak mam czyste sumienie, nie musiałem nigdy stać w rozkroku, być w ambiwalencji co do wyboru kierunku czy szukania tak zwanej słusznie wybranej drogi.

Choć z wielkimi kłopotami, nie z nauką a z tak zwanym zachowaniem (kłopoty z fascynacją do rock’n’rolla) ukończyłem Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Pracowałem 6 lat w szkole zawodowej jako nauczyciel zawodu i przedmiotów zawodowych, również na stanowiskach robotniczych (tokarki, frezarki, strugarki) i kierowniczych. Życie zawodowe zakończyłem w lokalnym MOPS-ie. Dziś dobiegam 70-tki, jestem na emeryturze. O swoim dzieciństwie, młodości opowiedziałem w publikacjach wydanych w postaci książek („Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”) czy ostatnio w powstałej - III nagroda (publikacja roku) w konkursie V Edycji Wspomnienia Miłośników Rock’n’Rolla organizowanym w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie - „Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim”.

Antek z A. Klenczon, W. Wilczkowiakiem  J.Skrzypczykiem 
Tomaszów Mazowiecki (przed wojną miasto Niemców, Żydów i Polaków) po zawierusze wojennej liczył blisko 40/45 tysięcy mieszkańców, by za czasów „gierkowskiej świetności” grubo przekroczyć liczbę 70 tysięcy. Było to miasto wielkiego przemysłu (dziś nie istnieje) z dominacją włókiennictwa – cztery duże zakłady włókiennicze, fabryka dywanów, fabryka włókien sztucznych, zakłady odzieżowe, fabryka filców technicznych. Miasto z 25.000 stanowisk robotniczych, produkcyjnych. Dziś o największym w kraju wskaźniku bezrobocia. Cały przemysł upadł albo inaczej, został przy pomocy tak zwanego „zachodu” i bezmyślnych „polskich” reformatorów, zniszczony. Po prostu w mieście panuje nędza, nędza i jeszcze raz nędza… Trwa ciągły exodus tomaszowskiej młodzieży, i nie tylko, na Zachód.

z Alicją Klenczon
Ale dość politykowania. Kiedy po 1956 roku przez lekko w górę uchyloną żelazną kurtynę przenikać zaczęło do Polski, do mojego miasta nieco wolności w postaci zachodniej kultury, między innymi w literaturze, filmie, jazzie, rock’n’rollu, zaczęło odmieniać się życie każdego Polaka, tomaszowianina, również moje. Miałem 12/13 lat jak pierwszy raz usłyszałem termin Rock’n’Roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki, stałego korespondenta PAP w USA w ilustrowanym tygodniku Dookoła Świata (moi rodzice prenumerowali czasopisma Przekrój, Dookoła Świata) jeszcze bardziej zwiększyła nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Pierwszy artykuł, dotyczył Elvisa Presleya tuż po premierze filmu Love Me Tender (bardzo krytyczny), drugi ożenku Jerry Lee Lewisa z trzynastoletnią kuzynką Myrą Brown. Nabytą „wiedzę” o niemoralnym, muzycznym stylu głęboko trzymałem w tajemnicy. Dzieliłem się tylko z najbliższymi kolegami, których uważałem, że mają palec na ustach.


z Markiem Karewiczem w Bibliotece Narodowej
Starszy o 3 lata brat na jedynym w domu radioodbiorniku (ebonitowy Pionier) wieczorami, po nocy słuchał szczególnych, muzycznych audycji w Radio Luxembourg, wciągając mnie w ten proceder. Piszę proceder, gdyż nasz ojciec mniej więcej o tej porze miał swoje audycje w radio Wolna Europa. Często dochodziło do konfliktu co do słuchania swojego ale zawsze uzyskiwaliśmy kompromis. Nasze audycje to między innymi w środy Elvis Presley Show czy najważniejsza w niedzielę przed północą dwugodzinna, lista przebojów Top Twenty wg New Musical Express. Słuchanie tej stacji to preludium do wejścia w świat rock’n’rolla.


z Markierem Gaszyńskim
W mojej dzielnicy przy szkole (7-letnia) podstawowej do której chodziłem utworzone zostały cztery licealne klasy (1954 rok), w wyniku czego powstała tak zwana jedenastolatka czyli LO-29. Mieszkałem w pobliżu szkoły, około 150 metrów od wejściowej bramy. Miało to ogromne znaczenie nie tylko dla mnie ale dla wszystkich chłopaków z naszej dzielnicy. Starsza, licealna (klasy 10/11) młodzież posiadająca swoje, prywatne instrumenty (gitara, trąbka, akordeon, kontrabas, saksofon) wieczorami, w tajemnicy przed dyrekcją spotykała się w piwnicznej kotłowni szkoły. Grający na tych instrumentach, „uprawiali” jazz również wykonywali elementy zakazanego stylu, to jest rock’n’rolla.

w towarzystwie Wojtka Kordy, Marka Karewicza i Franciszka Walickiego
Przez okna wsypowe na węgiel, koks dostawałem się do środka i po kryjomu, by nie być zlokalizowanym przez grających, wysłuchiwałem tajemniczej muzyki. Był to mój pierwszy, fizyczny kontakt z zakazanym owocem. Często po powrocie do domu miałem bure. Wracałem zakurzony, ubrudzony od węglowego pyłu czy koksu. W piwnicznej izbie po raz pierwszy usłyszałem (nazwy, tytuły utworów poznałem nieco później) takie muzyczne klasyki jak Caravana Duke Ellingtona, Tiger Rag czy rock’n’rollowe hity z repertuaru Billa Haleya; Razzle Dazzle czy Rock Around The Clock. Były to dziewicze kroki 13/14-latka w nieznanym, egzotycznym świecie, jakim w drugiej połowie lat 50-tych był przenikający do Polski do Tomaszowa Mazowieckiego. styl - Rock’n’Roll.


Kiedy jesienią 1959 roku w naszym kinie „Mazowsze” zamiast filmowego Poranka, na którym w każdą niedzielę uczestniczyłem, odbył się pierwszy raz w mieście, koncert pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego, „Rhythm and Blues” (znalazłem się na nim przypadkowo) a po roku w tym samym kinie angielski film „W rytmie rock’n’rolla” (org. Tommy Steele Story) życie moje diametralnie się odmieniło. Później przyszły inne, muzyczne filmy jak „Zabawa na 102” (It’s Trad Dad) z Helen Shapiro, „Chcemy się bawić”, (The Young Ones) z Cliffem Richardem czy film dokument „Louis Satchmo Armstrong”. Mogę dziś z odpowiedzialnością powiedzieć, że w swoich szczenięcych latach zostałem skutecznie trafiony pociskiem, który tkwi we mnie do dzisiaj. Żaden „chirurg” przez blisko 60 lat nie był w stanie mimo przeróżnych „zabiegów”, usunąć z mojej duszy obcego ciała. Chyba przyjdzie mi z tym umrzeć. Dlatego, nie tylko ja twierdzę, a to są historyczne fakty, że Rock’n’Roll to styl muzyczny który rozwalił w drobny pył, drogą ewolucyjną, wszystkie totalitaryzmy świata – rasizm, faszyzm, nazizm, komunizm.


Tak naprawdę, na dobre, na trwale wszystko zaczęło się w wakacje 1960 roku kiedy poznałem starszego o trzy lata Wojtka Szymona Szymańskiego (od 38 lat mieszkaniec Nowego Jorku). Wojtek już w tamtych latach posiadał sporą bazę amerykańskich rock’n’rollowych płyt (singli i longpleyów). W jego dyskografii znalazły się takie tuzy światowych, muzycznych wytwórni jak Elvis Presley (kilka płyt), Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley.


z Markiem Gaszyńskim
Każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla mnie wielką ucztą duchową. W publikacjach swoich nie bez znaczenia nazwałem go „człowiek, który wywołał epidemię rock’n’rolla w Tomaszowie Maz”. Pierwszy magnetofon w mieście (zachodnio niemiecki KB-100) „zamieszkał” u Wojtka, na jego włościach przy Placu Kościuszki 17. Ten wynalazek zrobił zawrotną, kultową rewolucję dla osób chomikujących wszelkie nagrania, wszelką muzykę, nie tylko rock’n’roll. Wspólnie z Wojtkiem stworzyliśmy na taśmach potężną bazę nowości tak trudnych do zdobycia krążków muzycznych. Młodzież w tamtych latach, by wysłuchać i tańczyć rock’n’roll spotykała się tylko na tak zwanych prywatkach. Prywatki to jedyne, taneczne rozrywki dla młodzieży polskiej w szarej rzeczywistości gomułkowskiego PRL-u, stąd największym skarbem było posiadanie na tych spotkaniach magnetofonu. Instrument ten wieczorem w każdą sobotę przemieszczał się od dzielnicy do dzielnicy, od ulicy do ulicy, od chałupy do chałupy.

Kiedy w Warszawie zainstalowano pierwszą, grającą szafę (kawiarnia Kamienne Schodki na Starówce), a mój przyjaciel Wojtek Szymon zamieszkał (studia) w stolicy na Saskiej Kępie, wielkim hitem w tym okresie był utwór Fatsa Domino Margie. Kiedy Szymon przekazał nam informację, że w szafie grającej na Starówce znajduje się ten przebój, ja z drugim, również pozytywnie trafionym przez rock’n’roll kolegą, Andrzejem Tokarskim zbieraliśmy złom, butelki by po spieniężeniu zdobyć gotówkę na wyjazd do Warszawy. By wysłuchać tego przeboju jechaliśmy do stolicy ze sporą kasą przeznaczoną do nieustannego karmienia kieszeni szafy grającej aby wielokrotnie usłyszeć ukochanego Fatsa w Margie.


Nasza wyprawa (sobota i niedziela) do Kamiennych Schodek miała miejsce dwa czy trzy razy w naszej młodości. Nocleg z dużymi problemami (ciągłe, nocne kontrole milicji, ORMO-ców czy SOK-stów) mieliśmy w poczekalni Dworca Głównego, nie istniał jeszcze Centralny. Pobudka ok. 6.00 rano, toaleta poranna w dworcowej ubikacji, śniadanie w Barze Mlecznym (bułka z masłem, mleko) i wymarsz na Starówkę, by na godzinę 10.00 rano (otwierano lokal) dotrzeć do celu. Tu czekał na nas Wojtek. Posiedzenie w kawiarni Kamienne Schodki rozpoczynaliśmy od napełnienia kieszeni (wielokrotne) bilonem pięciozłotowym z przyciskiem na utwór Margie. Ponieważ był to hit nad hity, inni znajdujący się w lokalu powtarzali naszą czynność. Dlatego przez cały dzień, w Kamiennych Schodkach rozlegał się przebój naszych czasów. Wieczorem powrót na nocleg na Dworzec by w niedzielny poranek powtórzyć muzyczną przygodę. O szalonych wyprawach do stolicy opowiedziałem w rozdziale Oszołomstwo czy miłość w mojej pierwszej książce, Moje miasto w rock’n’rollowym widzie.

Kultowym przełomem w naszym mieście była w lipcu 1962 roku, nasza wspólna wyprawa z Wojtkiem autostopem do Gdańska, a właściwie to co się działo po powrocie z tej wyprawy do Tomaszowa. Autostop w tym czasie to rządowe, jedyne najpiękniejsze przedsięwzięcie dla polskiej młodzieży, które do dzisiaj przez moje pokolenie wspominane jest z łezką w oku. Za jedyne 50 zł można było nabyć w PTTK, mając ukończone 16 lat, książeczkę AUTOSTOP z kuponami na 25000 km.


Nasz kraj w wakacje, bez ograniczeń, można było wielokrotnie przejeżdżać wzdłuż i wszerz. Wyprawa do Trójmiasta była prozaiczna, nasz nieżyjący przyjaciel Andrzej Tokarski, często przebywał w wakacje u starszego brata w Gdańsku. W przedpłacie, kupił bilety na premierę filmu „Rio Bravo”. Dlaczego właśnie ten film? Otóż jedną z głównych ról w tym filmie grał muzyczny idol polskiej młodzieży, Ricky Nelson. Jego wielki przebój, Hello Mary Lou w czasie emisji filmu w Polsce, był na listach przebojów całego świata. Czyli pokonaliśmy w obie strony blisko 1.000 kilometrów dla rock’n’rolla, dziś niewyobrażalne, niesamowite by realizować podobne przedsięwzięcie. Kiedy opowiadam swoim dzieciom czy wnuczkom wydarzenia z mojej młodości na ich twarzach zauważalny jest drobny, szyderczy uśmieszek.


Nazajutrz po filmowej premierze pieszo udaliśmy się z Wojtkiem, plażą z Brzeźna do Sopotu. Piaskową, kilkugodzinną wyprawę z przystankami (Przymorze, Jelitkowo, Oliwa) na kąpiel, opalanie się zakończyliśmy przy molo w Sopocie. Po drugiej stronie ulicy (Bohaterów Monte Casino) prowadzającej do mola, był obszerny taras na którym sprzedawano chłodne napoje. Spijając wodę sodową z sokiem z urządzenia zwanym saturatorem, zauważyłem duży napis Przyjmujemy do pracy. Zgłosiliśmy się. Biuro było obok. Okazało się, że taras na którym gasiliśmy pragnienie to historyczne miejsce. Rok wcześniej (1961) w tym miejscu powstał pierwszy w Europie, pierwszy w Polsce taneczny spęd młodzieży polskiej, zwany Non Stopem. Przygrywał wówczas do tańca, przez całe wakacje, zespół Franciszka Walickiego Czerwono Czarni. Współtwórcą Non Stopu był właśnie pan Franciszek.


Hanna Erez i Maryla Tejchman
Nasza praca polegała na odgradzaniu i zadaszaniu grubym, ciemnozielonym brezentem taras taneczny od głównej ulicy prowadzącej do mola (dziś te obiekty nie istnieją). Po zakończonych fajfach (tak nazywano taneczne spotkania) demontowaliśmy sztuczne ogrodzenie. Za wykonaną pracę nam nie płacono, w zamian za to mieliśmy, każdy z nas, wstęp wolny mogąc z sobą zabrać osobę towarzyszącą a na stoliku w kalkulowane były zamiast zapłaty, po dwa napoje alkoholowo podobne (0,50 litra każdy) zwane kruszonami (szczypta alkoholu, zmiksowana truskawka, śmietana).

Mieszkaliśmy w Gdańsku. Rano około 9.00/9.30 pobudka, śniadanie i pieszo plażą do Sopotu, stosując przystanki na w/w plażach. Nie były to przystanki tylko na kąpiel ale przede wszystkim na podryw dziewczyn. Nasza oferta była nie do odrzucenia, któż by w tamtych czasach odrzucił naszą propozycję? Bycie w Trójmieście i nie zaliczenie Non Stopu to tak jak być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. Zaliczenie, choćby tylko raz w turnusie, Non Stopu było wielką nobilitacją. Do tańca przygrywał założony trzeci, twistowy zespół pana Franciszka, Niebiesko Czarni z braćmi Bernolakami, Jurkiem Kosselą, Jurkiem Kowalskim, Danielem Danielewskim, Włodkiem Wanderem.


Śpiewali Bernard Dornowski, Marek Szczepkowski, konferansjerkę prowadził Piotr Janczerski (również śpiewał) i tańczyła twista, trójmiejska królowa tego stylu, Danuta Szado. W przerwach tanecznych, do tak zwanego kotleta śpiewał latynoamerykańskie piosenki rosyjskie czastuszki niejaki Czesław Wydrzycki, przyszły Niemen, który miał stolik tuż obok przy naszym, służbowym. Codziennie po wykonanej pracy, z naszymi partnerkami, siadaliśmy przy wyznaczonym stoliku. Uprzednio witaliśmy się z członkami zespołu, również z Czesławem. W sopockim Non Stopie w lipcu 1962 roku pracowaliśmy ponad dwa tygodnie. Były to w moim życiu najpiękniejsze wakacje, miałem wówczas 17 lat.

Po powrocie do Tomaszowa, jeszcze w dniu przyjazdu, wybraliśmy się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym to Domu Kultury istniała kawiarnia Literacka. Opowiedzieliśmy naszą, taneczną przygodę w Sopocie, na koniec poprosiliśmy go, by zezwolił nam młodym, do końca wakacji w lokalu kawiarni, na tańce. Do dziś nie jest to dla mnie wytłumaczalne zjawisko, ZGODA!!! I to w okresie kiedy Wiesław Gomułka na jednym z plenów PZPR wypowiedział jednoznaczne słowa – nie będę tolerował żadnej kultury zachodniej.

Pan Nikodem Gawarzyński (tak nazywał się pan dyrektor) miał córkę w moim wieku, byliśmy w jednej klasie a on pełnił funkcję przewodniczącego Komitetu Rodzicielskiego. Myślę, że miało to wpływ na „niebezpieczną” dla niego, dla jego stanowiska, decyzję. Jednak na tym etacie przetrwał do emerytury. Fajfy odbywały się jeszcze przez całe wakacje i ferie wiosenne, zimowe w latach 1963/64/65 aż do mojego pójścia do wojska. Taneczne imprezy w Tomaszowie rezonansem rozeszły się po Polsce i młodzież podróżująca autostopem od Karpat po morze Bałtyckie, od rzeki Bug do Odry, zatrzymywała się w naszym mieście bazując na nadpilicznych przystaniach, plażach a wieczorami szalała na parkiecie naszej, kultowej Literackiej. O tych wydarzeniach w mieście opowiedział (zwrócił się do mnie by mógł zamieścić część mojej książki w swojej publikacji) Marek Gaszyński w swoim ostatnim dziele Moja historia rock’n’rolla w Polsce w rozdziale drugim pt Sopocki Non Stop – moda, muzyka, taniec (str. 161/162).

Dziś po latach, mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że wydarzenia z Literackiej na początku lat 60-tych minionego wieku, utrwaliły moją miłość do tanecznego rock’n’rolla, myślę, że nie tylko w mojej duszy, ale również w moich nogach to gra. Czasy przełomu lat 50/60-tych uważam, pomimo panującego systemu, za najpiękniejsze w moim mieście, w Polsce. Dlatego zawsze z nostalgią podnieca mnie tekst, nie z mickiewiczowskiej Ody do młodości a Andrzeja Sikorowskiego z Krakowa grupy Pod Budą, brzmiący niczym aforyzm – „Nim na pożarcie rzucą nam tłumom/Chcę coś powiedzieć ważnym gościom:/To nie jest tęsknota za PRL-em/To jest tęsknota za młodością”. Ja w jednej ze swoich publikacji z parafrazowałem tekst używając zamiast „PRL-u” termin „rock’n’roll”.

Będąc w wojsku w Słupsku (1965/67) spotkałem sporą grupę podobnych do siebie chłopaków i wspólnie, spotykając się na kompanijnych świetlicach, słuchaliśmy powstających co raz to nowych, muzycznych stacji (dużo pirackich), Głosu Ameryki, BBC czy tradycyjnie Radia Luxembourg. Czytaliśmy sobotnie wydanie Sztandaru Młodych (rubryka Romana Washki Od waltorni do saksofonu po czym zawsze dochodziło do gorących dyskusji. W tym okresie, kiedy już byłem ukształtowanym rockmanem na koncerty zaczęły przyjeżdżać do Polski, te z najwyższej europejskiej półki, zespoły jak The Animals, The London Beats, Gerry and The Pacemakers czy The Rolling Stones, o ironio a ja w wojsku.


z M.Gaszyńskim, M. Karewiczem i Wojtkiem Korzeniewskim
Po wyjściu do cywila, w kwietniu 1967 roku, po dwuletniej przerwie wyrwanej z czynnego, rock’n’rollowego życia, nie mogłem na nowo przystosować się do nowych czasów. Ogarnęła mnie apatia powodująca zanik muzycznego zainteresowania. Wielu kolegów, koleżanek z branży wybyło z miasta (studia, wyprowadzka na stałe, służba wojskowa, wyjazd za pracą). Do tego doszedł mój ożenek ale tak naprawdę i przede wszystkim, to powiększający się mój problem z nadużywaniem alkoholu, który praktycznie wyłączył mnie (na całe lata 70/80-te) z życia, jakie cechowało mnie przed pójściem do armii.

Na przełomie 1989/90 roku wstąpiłem do Wspólnoty AA (jestem w niej do dzisiaj), rozpocząłem proces zdrowienia, trzeźwienia, w którym na nowo odkrywałem swój wonderful world. W tym czasie mój syn Daniel wyjechał (1990r) na Zachód (przez Grecję, Francję, z 3-letnim pobytem w Niemczech). Takie nastały możliwości. Był to światowy okres retrospektywnego powrotu (literatura, film, muzyka) do lat 50/60-tych.

Daniel przywiózł do domu, jak na tamte czasy, nowoczesną wieżę Pionier z zestawem płyt CD a dla mnie szczególny zestaw (20 krążków CD po 20 utworów na płycie w jednym pudełku) The Sixties Decade. W sumie 400 największych hitów z mojej, ukochanej epoki. Co charakterystyczne, każdy utwór na okładce obok wykonawcy i tytułu miał rubrykę a w niej najwyższe miejsce na rankingowej liście Top Twenty (europejska) czy Top Ten (amerykańska) oraz datę, na której się na niej znalazł. Był to dla mnie punkt zwrotny, powrót do młodości. Retro wspomnienia pobudziły moją próżność. Nastały nowe technologie, nowe możliwości szybkiego zdobycia, nie tylko w sklepach na stoiskach muzycznych ale nie wychodząc z domu przez internet, kupno płyty nawet z dostawą pod wskazany adres.

W krótkim czasie moje zasoby muzyczne (płyty CD, DVD) bardzo się wzbogaciły, również sprzęt do ich odtwarzania był w wyższej klasie niż za czasów mojej młodości. W domowym skarbcu płytowym znalazły się krążki wykonawców (tak trudne do zdobycia w bloku państw zza żelaznej kurtyny) z lat wczesnego rock’n’rolla ale również nagrania z okresu mojego zaniedbania tej muzycznej formacji, to jest z lat 70/80-tych. W moją duszę ponownie wstąpił wszechobecny rock’n’roll, ale odbierany bardziej doskonale, bez młodzieńczej emocji. Może dlatego, że pozbyłem się alkoholu, słuchałem jej na trzeźwo. Okazało się, że moje ucho stało się bardziej wrażliwe na dźwięki, jeszcze nie tak dawno zakazanego owocu.

Nadszedł 16 lutego 2005 roku, dzień urodzin Czesława (Wydrzyckiego) Niemena i równy rok jak na zawsze od nas odszedł (17 stycznia 2004 rok). Moi młodsi koledzy z tej okazji zorganizowali w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście. Wśród przybyłych znalazłem się również ja. Po dużym marazmie w naszej, lokalnej kulturze było to pierwsze, oddolnie zorganizowane spotkanie. Do ARKAD przybyło również wielu kolegów z mojego pokolenia. W kuluarach, wyrażając się pochlebnie o zorganizowanym spotkaniu, dotykaliśmy pustki w tego typu imprezach. Rozmowy, dyskusje przyjaciół w trosce o utrzymaniu takich spotkań w Galerii, wskazali na moją osobę słowami, - Antek ty masz spory zasób nagrań, koncertów.

Zawsze miałeś bzika na tle Elvisa a miesiąc temu minęło 70 lat od Jego narodzin, może byś coś zrobił na cześć Presleya? Nie miałem wyjścia, pomyślałem, że jednorazowo wysilę się intelektualnie i zrealizuję prośbę kolegów. Tak też się stało. Miałem pół roku czasu by na 28 rocznicę śmierci króla (16 sierpnia 2005 r) dobrze się przygotować. Z wielką pompą czterodniowe (13 -16 sierpnia) spotkanie pt „Sierpniowy długi weekend z Elvisem” było wydarzeniem szczególnym jakie w historii naszego grodu nie miało miejsca. Z tego czterodniowego spotkania lokalna TV Teletop zrobiła ze mną wywiad i reportaż z wydarzeń w Galerii. Po otrzymaniu materiałów zmontowałem ponad godzinny film pt „Weekend z Elvisem” i egzemplarz wysłałem Wojtkowi Szymonowi do Nowego Jorku.


Zamysł jednorazowego spotkania z Elvisem prysł jak mydlana bańka. Wojtek oczarowany przedsięwzięciem muzycznym, filmem z mojego spotkania, w krótkim czasie zarzucił mnie materiałami muzycznymi, filmami, dokumentami, koncertami podpierając tekstem, - Antek to było świetne spotkanie, bądź krzewicielem naszych czasów, rock’n’rolla a ja w tym będę ci pomagał. Na początek przesyłam ci koncerty (klipy) Eddie Cochrana, Gene Vincenta, Billa Lee Rileya oraz wspaniałe jam session Shake Rattle & Roll. Może jakiegoś weekendu, jeśli mnie wcześniej poinformujesz, przylecę na twoje spotkanie.


Tak się złożyło, że po półrocznym nic nie robieniu, postanowiłem wznowić swoje spotkania (21 stycznia 2006 roku) już z nadaniem im nazwy Herosi Rock’n’Rolla. Jako pierwszego na tapetę wziąłem ukochanego przez całe, moje pokolenie, wspomnianego powyżej Fatsa Domino. Zaskoczył nie tylko mnie ale wszystkich kolegów, przyjaciół, miłośników rock’n’rolla swoim przybyciem do Galerii Wojtek Szymon z Nowego Jorku. Moje drugie spotkanie a pierwsze pod nowatorską nazwą Herosi było wydarzeniem w mieście, o którym lokalna prasa, media jeszcze długo mówiły. Wojtka przyjazd miał jeszcze jedno dla mnie, ważne znaczenie. Zostawił mi zaproszenie do Krzywego Domku w Sopocie na 3 lutego 2006 roku na imprezę My z XX wieku poświęconą Krzysztofowi Klenczonowi. W programie spotkania był między innymi konkurs tańca rock’n’rolla im. Elvisa Presleya, który to ku wielkiemu zaskoczeniu ze swoją partnerką Bożeną, wygrałem.

W domu Marka Karewicza
Na dziś to jest do dnia 28 lutego 2014 roku odbyło się w tym cyklu 110 spotkań (to ostatnie poświęciłem Jerry Lee Lewisowi, jego słynnemu jam session z 2006 roku, które odbyło sie w nowojorskiej TV Public Broadcasting Sony Music pt Last Man Standing). Wszystkie moje spotkania były zapowiadane w lokalnych mediach TV TELETOP i Radio FAMA. W swojej skarbnicy posiadam zapisy (zapowiedzi, reportaże filmowe, wywiady) filmowe z tych spotkań dzięki którym mogły powstać moje publikacje. Zupełnie odwrotnie jak powstaje klasyczny film.

atelier Marka Karewicza
Najpierw scenariusz pisany, później kręcenie zdjęć. Oto moje publikacje; trzy wydane oficjalnie książki (Moje miasto w rock’n’rollowym widzie, A jednak Rock’n’Roll, Rodzina Literacka ’62), dwa wydrukowane skrypty w formacie A-4 z przeznaczeniem na konkurs Wspomnienia Miłośników Rock’n’Rolla w Sopocie organizowany (V Edycji) przez Fundację Sopockie Korzenie (Marek Karewicz – Złoty Fryderyk w Tomaszowie Maz, Subiektywna Historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Maz. część pierwsza, druga w pisaniu).

w legendarnym atelier Marka Karewicza
Wymienione tytuły pisane i są zamieszczane cyklicznie na portalu „nasz tomaszow”). Zakończoną mam kolejną publikację wymagającą poprawek, adiustacji którą chcę wydać w formie albumu pt Herosi Rock’n’Rolla w Tomaszowie Maz. Są to opisane historie (100 spotkań) o moich przygotowaniach do każdego ze spotkań, krótka informacja o zapowiadanym herosie, relacja z każdego ze spotkań, wypowiedzi uczestników tego cyklu i inne reminiscencje. Ale na wszystko potrzeba czasu by je wydać, którego co raz bardziej mi brakuje.

atelier Marka Karewicza
W moim cyklu Herosi Rock’n’Rolla odbyło się siedem spotkań na żywo, dwa razy wystąpił Marek Zarzyk Zarzycki, raz odbyło się spotkanie z Markiem Karewiczem, dwa razy lokalna grupa poetycko muzyczna Na Trzeźwo oraz dwukrotnie na scenie ARKAD wystąpił zaskakując wszystkich swoim profesjonalizmem, Arek Elvis Milczarek. Dwukrotnie robiłem spotkania, zjazdy dinozaurów, którzy przyczynili się do rozwoju tanecznego rock’n’rolla w tomaszowskiej Literackiej.


W jednym z nich na scenie kina Włókniarz wystąpili razem w mini recitalach Marek Zarzyk z Arkiem Elvisem. Kiedy moja pierwsza publikacja Moje miasto w rock’n’rollowym widzie zdobyła II nagrodę w sopockim konkursie, relacje z Trójmiastem bardzo się uaktywniły. Poza czterema udziałami w konkursach (nie uczestniczyłem tylko w pierwszym) jestem zapraszany na wszystkie organizowane prze Fundację Sopockie Korzenie imprezy, co wzbogaciło moją wiedzę o panujących relacjach w światku muzycznym nie tylko trójmiejskim. Również powstałe przyjaźnie mają wpływ na mój aktualny image.

laboratorium fotograficzne  Marka Karewicza
Uczestniczyłem poza czterema zakończeniami konkursów, jako VIP, w następujących, sopockich uroczystych imprezach (30 lat po śmierci Klenczona, 50 lat Non Stopu, 50 lat Czerwono Czarnych, 90 urodziny Franciszka Walickiego, 45 lat Czerwonych Gitar). Zorganizowałem w moim mieście cztery spotkania z Markiem Karewiczem, włącznie z 75 urodzinami w OK TKACZ naszego, wybitnego fotografika na które to uroczystości przybyli; Alicja Klenczon Corona (USA), Marek Gaszyński, Iwona Thierry (Polskie Nagrania), Wiesław Wilczkowiak (prezes Stowarzyszenia Muzycznego CHRISTOPHER im. Krzysztofa Klenczona), Wiesław Śliwiński (wice prezes Fundacji Sopockie Korzenie).

Zbliżam się do 70-tki i myślę, że już nie zmienię się co do mojego spojrzenia na rock’n’roll, że przez całe życie wierność temu stylowi ugruntowało a zarazem „okaleczyło” mnie na zawsze. Dziś mogę sobie śmiało powiedzieć, nie ze smutkiem a wręcz przeciwnie; -

Antek, twoja choroba nazywa się „Rock’n’Roll” z różnymi odmianami, jedna z nich to „Elvis”. Jest nieuleczalna ponieważ nie wynaleziono na nią lekarstwa. Mimo tego nie załamuję się tym i nie współczuję sobie.

Antek Malewski