poniedziałek, 29 lutego 2016

29 lutego w toruńskim HRP Pamela wystąpi LeBurn Maddox

W poniedziałek 29 lutego 2016 roku Hard Rock Pub Pamela zaprasza na ósmy koncert z okazji 18. urodzin klubu. Gwiazdą wieczoru będzie amerykański wokalista i ceniony gitarzysta - LeBurn Maddox. Mieszkający obecnie w Londynie muzyk, którego aktywność na scenie bluesowej sięga lat 70-tych ubiegłego stulecia, występował z tak cenionymi artystami jak m.in.: Lionel Richie, Patti La Belle, John Lee Hooker czy grupa Kool and the Gang. W Hard Rock Pubie Pamela LeBurn Maddox oprócz koncertu poprowadzi również warsztaty gitarowe, które odbędą się w ramach programu Campus HRP PAMELA. Współprowadzącym zajęcia będzie Krzysztof "pARTyzant" Toczko. W części koncertowej wieczoru, jako pierwsza wystąpi Pierwsza Poznańska Niesymfoniczna Orkiestra Ukulele. Zespół specjalizuje się w błyskotliwych, pełnych humoru i energii aranżacjach hitów polskiej i światowej muzyki rozrywkowej, stworzonych na hawajskie gitary zwane powszechnie ukulele. Artystycznie koncert zapowiada się bardzo ciekawie od pierwszych minut wydarzenia, które zacznie się o godzinie 19. Osoby zainteresowane zajęciami gitarowymi powinny pojawić się w klubie punktualnie o godzinie 17. Wstęp na oba wydarzenia jest wolny.


Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 83 - Prima Aprilis w KORDEGARDZIE

Autor z Markiem Karewiczem
Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj  Część 9 tutaj  Część 10 tutaj Część 11 tuta jCzęść 12  tutaj  Część 13 tutaj  Część 14 tutaj  Część 15 tutaj   Część 16 tutaj  Część 17 tutaj  Część 18 tutaj  Część 19 tutaj  Część 20 tutaj Część 21 tutaj Część 22 tutaj  Część 23 tutaj  Część 24 tutaj   Część 25 tutaj  Część 26 tutaj Część 27 tutaj Część 28 tutaj  Część 29 tutaj Część 30 tutaj Część 31 tutaj   Część 32 tutaj Część 33 tutaj Część 34 tutaj  Część 35 tutaj  Część 36 tutaj  Część 37 tutaj Część 38 tutaj Część 39 tutaj Część 40 tutaj  Część 41 tutaj Część 42 tutaj Część 43 tutaj Część 44 tutaj  Część 45 tutaj Część 46 tutaj  Część 47 tutaj Część 48 tutaj  Część 49 tutaj Część 50 tutaj Część 51 tutaj Część 52 tutaj Część 53 tutaj  Część 54 tutaj Część 55 tutaj Część 56 tutaj Część 57 tutaj Część 58 tutaj Część 59 tutaj, Część 60 tutaj  Część 61 tutaj Część 62 tutaj  Część 63 tutaj  Część 64 tutaj Część 65   tutaj, Część 66 tutaj Część 67 tutaj Część 68 tutajCzęść 69 tutaj  Część 70 tutaj  Część 71 tuta Część 72 tutajCzęść 73 tutaj Część 74 tutaj  Część 75 tutaCzęść 76 tutaj Część 77 tutaj Część 78 tutaj  Część 79 tutaj  Część 80 tutaj Część 81 tutaj Część 82 tutaj


Warszawa. Galeria KORDEGARDA przy Krakowskim Przedmieściu
Tradycyjnie w naszej europejskiej kulturze, także polskiej, dzień 1 kwietnia, to jedyny dzień w roku (Prima Aprilis), w którym to dniu każdy każdego może oszukać, powiedzieć nieprawdę, nie wyłączając w tym procederze naszych mediów jak prasa, radio, telewizja. Właśnie na ten szczególny dzień, z lekkim niedowierzaniem, otrzymałem zaproszenie takiej oto treści: Narodowe Centrum Kultury zaprasza w dniach od 2 do 23 kwietnia 2014 r. do Galerii Kordegarda przy ul. Krakowskie Przedmieście 15/17 na wystawę fotografii „Marek Karewicz: KOMEDA”. Uroczyste otwarcie wystawy odbędzie się we wtorek, w dniu 1.04.2014 roku, z udziałem największych osobistości ze świata polskiej kultury, polskiego jazzu. W drugiej połowie marca w telefonicznej rozmowie z Wiesławem Śliwińskim (stały opiekun nad Markiem Karewiczem), rozmówca przekazuje mi tej treści informację - Antek dzwonię w imieniu własnym i Marka. Chcieliśmy zaprosić ciebie we wtorek 1 kwietnia na godzinę 18.00 na otwarcie szczególnej wystawy do Galerii Kordegarda, w której fotografie Karewicza poświęcone będą naszemu wybitnemu, jazzowemu artyście Krzysztofowi Komedzie. Udział w otwarciu zapowiedziało kilku najwybitniejszych, jeszcze żyjących polskich jazzmanów. Nie będę wymieniał nazwisk, jest to moja tajemnica, jak przybędziesz do Warszawy przekonasz się osobiście, że mówię prawdę. Powiadomiłem również Krzyśka Jochana, dograjcie z sobą udział i przyjeżdżajcie. Czekamy na was.

Z Markiem Karewiczem na tle najważniejszego FOTO wykonane Krzysztofowi Komedzie
Po spotkaniu z Krzysztofem Jochanem udział w warszawskiej eskapadzie optymistycznie nie zapowiadał się. W tym czasie, Krzysztof miał kilka umówionych spraw do zrealizowania. W telefonicznej rozmowie powiedział, - Słuchaj Antek, muszę zsynchronizować i pogodzić tematy zawodowe z ewentualnym wyjazdem do Warszawy. Wyjazd nastąpiłby we wtorek, wstrzymaj się więc z decyzją do poniedziałku. Do południa przedzwonię do ciebie. Tak też się stało, o wyprawie do Warszawy poinformował mnie około 13.00 w poniedziałek, - Podjedziemy do ciebie z Ewą (małżonka), bądź gotowy na 10.00 rano. Na 12/13-tą dostarczymy cię na ulicę Nowolipki, do domu Marka a my z Ewą w interesach pojedziemy dalej w Polskę. Postaramy się na 18.00 dotrzeć do Galerii przy Krakowskim Przedmieściu. Około godziny 12.30 znalazłem się przed blokiem Marka Karewicza. Samochód opuściłem sam, Jochanowie pojechali dalej w swoich sprawach. Drzwi do mieszkania otworzył mi Wiesław Śliwiński. Natychmiast uderzyła mnie bardzo głośna muzyka, prawie na cały regulator. Jak mogłem się spodziewać na muzycznej tapecie nie mógł być nikt inny jak najbardziej ukochany duet przez Marka, Ella Fitzgerald/Louis Armstrong w znanym hicie Cheek To Cheek. Marek posiada trzypłytowy (CD) album wymienionej pary piosenkarzy, na którym są ich wszystkie utwory, a każdy z nich był wielkim przebojem, i jest nim do dzisiaj.


W Galerii KORDEGARDA
W hermetycznym świecie jazzu uważa się te krążki za muzyczne arcydzieło jakie wydano kiedykolwiek. Wielokrotnie przebywałem na chacie u Karewicza i nie przypominam sobie by Marek za moim każdym pobytem nie uraczał mnie tym duetem. Podejrzewam, że nie tylko mnie spotykała taka przyjemna uczta duchowa, również innych gości odwiedzających ten dom. Karewicz w swoim muzycznym archiwum posiada same wielkie postacie światowego jazzu jak w/w duet, Ray Charlesa, James Browna, Duke Ellingtona, Miles Daviesa, Billie Holiday czy Lionel Hamptona. Kiedy witałem się z Markiem, z Wiesiem, w tym czasie z kuchni obok wyłonił się facet z posiwiałymi, długimi włosami, lekko pochylony do przodu i zbliżył się do nas. Wiesiek natychmiast nas przedstawił, - To jest Antek Malewski największy, zwariowany tomaszowski rock’n’rollowiec, a ten o to długowłosy jegomość - kierując dłoń w jego stronę – również szalony, słynny na całą Polskę, twórca jazzowych spotkań „Jazz na kanapie” Staszek Kasperowicz z Oleśnicy. Natychmiast przeszliśmy na „ty”. Uściskaliśmy się serdecznie i obaj poczuliśmy jak byśmy od dawien dawna się znali. Ja z opowiadań Wiesława i Marka dużo słyszałem o jazzowych spotkaniach w Oleśnicy organizowanych przez Staszka, w których oni uczestniczyli. Również o działalności mojej w Tomaszowie Mazowieckim zapewne dobrze był poinformowany, z tych samych ust, Staszek Kasperowicz.


Z sędziwym Janem „Ptaszynem” Wróblewskim
Stanisław Kasperowicz to oleśnicki businessman, wielki zwolennik i miłośnik jazzu, działający w branży produkcji mebli tapicerowanych. Jest ich producentem i dystrybutorem. Jako dobrze usytuowany materialnie człowiek, zorganizował w swoim mieście cykliczny festiwal muzyki jazzowej pt „Jazz na kanapie”. Koszty organizacyjne, przy znikomej pomocy miasta, pokrywa sam, ze swoich, prywatnych środków płatniczych. Występowali tu najwięksi z największych od Jana Ptaszyna Wróblewskiego po Zbigniewa Namysłowskiego czy Tomasza Stańko. Ciekawostką jest to, że wielu jazzmanów, nie tylko występujących w Oleśnicy, w swoich domach posiada meble tapicerowane wykonane właśnie w zakładzie pana Staszka. Również Marek Karewicz wyposażony jest w meble wyprodukowane w jego fabryce. Staszek ma ogromne kłopoty zdrowotne z kręgosłupem, właśnie w tym czasie przebywał w szpitalu. Do Marka na otwarcie wystawy przyjechał na czterodniową przepustkę już w poniedziałek. Nazajutrz po otwarciu wystawy, w środę (2.04), miał wrócić do szpitala. Wkrótce po mnie, do mieszkania na Nowolipki dotarli kolejni goście, koledzy z branży fotografia; Henryk Malesza i Henryk Pietkiewicz, obaj z Gdańska. Robili wrażenie jakby nie było im obce mieszkanie przy Nowolipki, zachowywali się jakby bywali tu nie jeden raz. Z gospodarzem, mistrzem obiektywu byli na „ty”.


Ewa i Krzysztof Jochanowie w towarzystwie Marka Karewicza 
Również w wywołanej przez Marka dyskusji wykazali się dużą wiedzą tak w temacie rock’n’roll jak i jazz. Z pokojowej „wieży” w czasie naszej rozmowy, dyskusji nadal wydobywały się głosy duetu Ella & Louis w najpiękniejszych kompozycjach świata jak, Summertime, Dream A Little Dream Of Me czy Tenderly. Kiedy przeglądałem Marka nowości płytowe dostrzegłem obok wieży odtwarzającej muzykę, egzemplarz świeżo wydanej książki Marcina Jacobsona pt Karewicz Big Beat. Właściwie książka ta oficjalnie na półkach księgarskich w Polsce miała ukazać się nazajutrz 2 kwietnia. Zresztą w tym dniu Marcin osobiście ją promował w warszawskich mediach (oglądałem z nim wywiad z redaktorem Goćkiem w TV Republika). Dziś, kiedy piszę ten felieton zdążyłem nabyć jeden egzemplarz. Wspaniała rzecz. Marek, wytrawny mówca, gawędziarz stworzył wspaniałą narrację pięknie spisaną przez Jacobsona. Książkę czyta się jednym tchem, tak jak się słucha z wielką przyjemnością mistrza obiektywu. Polecam wszystkim tę publikację. Przy piwie, kawie i herbacie w gorącej dyskusji, wspomnieniach, bardzo szybko minął nam czas oczekiwania na wyjazd na Krakowskie Przedmieście 15/17. Kwadrans po 17.00 znaleźliśmy się na parterze przed drzwiami Narodowego Centrum Kultury w Galerii KORDEGARDA z widokiem, vis a vis na Pałac Namiestnikowski z siedzibę Prezydenta RP.


W towarzystwie pasierba Komedy Tomasza Lacha syna Zofii
W niezbyt dużym lokalu, wzrok przyciągał o dużych rozmiarach, czarno biały fotogram Karewicza, na którym przy fortepianie widać zaaferowaną muzycznie twarz Krzysztofa Komedy a przed nim leżący saksofon oraz dużych rozmiarów napis - MAREK KAREWICZ; KOMEDA. Obok, na ścianach wokół pomieszczenia wiele, o różnych wymiarach FOTO naszego super kompozytora, mistrza fortepianu. Po prawej od drzwi wejściowych, maleńkie pomieszczenie, na którego ścianach znajdowało się wiele fotogramów Krzysztofa (wszystkie w biało czarnych barwach) a w jego narożniku stojąca gablota z osobistymi gadżetami, prywatnymi pamiątkami Komedy dostarczone przez obecnego na spotkaniu Tomasza Lacha (pasierb Komedy) syna Zofii, żony Krzysztofa. Po lewej stronie od wejścia głównego, pomieszczenie nieco większe, sklepowe z ladą, regałami i półkami a na nich wiele wydawnictw w postaci książek, folderów, ulotek, albumów, plakatów, obrazów, przeróżnych pamiątek, gadżetów wykonanych przez polskich artystów plastyków i pisarzy. Za ladą sklepową trzy piękne panie sprzedające wymienione artykuły i akcesoria, służące również wiedzą z zakresu działalności Galerii jak również udzielają informacji o dzisiejszej imprezie fotograficznej Marka Karewicza poświęconej Komedzie.


Od lewej Wiesław Śliwiński, Hania Erez, ja i koleżanka Hani, Elżbieta
W drzwiach Galerii, z obok stojącą hostessą wchodzących na spotkanie, witał kurator wystawy, pan Marek Dusza zabezpieczając wszystkim przybyłym i gościom specjalnym, miejsca siedzące. Nie było ich za wiele, już na kilka minut przed 18.00 więcej osób stało niż miało na czym siedzieć. Gospodarze wystawy zmuszeni byli zamknąć drzwi do Galerii. Wiele osób stało na zewnątrz, co było widać przez duże, wychodzące na ulicę okna licząc, że ktoś ze znajomych otworzy drzwi główne do lokalu. Na otwarcie wystawy przybyli najwybitniejsi z najwybitniejszych ze światka polskiego jazzu, rock’n’rolla jak: Jan Ptaszyn Wróblewski, Urszula Dudziak, Zbigniew Namysłowski, Tomasz Stańko, Paweł Brodowski, Rosław Szaybo, Krzysztof Sadowski (aktualny prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego), były prezes PSJ Tomasz Tłuczkiewicz, dziennikarze Dariusz Michalski, Marek Gaszyński czy piosenkarz od rock’n’rolla, Wojtek Gąssowski. Wśród wielu przybyłych do Galerii znaleźli się przyjaciele Marka Karewicza, fotoreporterzy, dziennikarze, inni muzycy nie tylko związani z jazzem, zwykli przechodnie ale również troje tomaszowian, Ewa i Krzysztof Jochanowie oraz moja skromna osoba.


Krzysztof-KOMEDA-Trzciński

Portret Krzysztofa Komedy
autor: Zbigniew Kresowaty
Legendarny pianista i kompozytor Krzysztof Komeda zmarł 45 lat temu – 23 kwietnia 1969 r. – w następstwie wypadku, któremu uległ kilka miesięcy wcześniej w Los Angeles. Krzysztof Trzciński urodził się 27 kwietnia 1931 r. w Poznaniu. W czasie wojny uczył się muzyki prywatnie, następnie w szkołach państwowych. W Ostrowie Wielkopolskim poznał swingującego kontrabasistę Witolda Kujawskiego, który wprowadził go w jazzowe tajniki i namówił na wyjazdy do Krakowa. Tam, w mieszkaniu Kujawskiego, odbywały się jazzowe jam sessions i potańcówki. Komeda, bo taki pseudonim wybrał, poświęcił karierę lekarza laryngologa dla jazzu. Współpracował z grupą Melomani, a w 1956 r. z zespołem Jerzego Grzewińskiego pojechał na I Festiwal Jazzowy do Sopotu. Większość muzyków grała wówczas jazz tradycyjny, co nie odpowiadało pianiście. Postanowił założyć własną grupę Komeda Sextet, pierwszą w Polsce, która grała jazz nowoczesny nawiązujący do twórczości The Modern Jazz Quartet i saksofonisty Gerry’ego Mulligana. Zespół zrobił furorę na festiwalu w Sopocie, a jego członkami byli m.in. grający na saksofonie barytonowym Jan „Ptaszyn” Wróblewski i wibrafonista Jerzy Milian. Młody reżyser Roman Polański, również zafascynowany jazzem, poprosił Komedę o napisanie muzyki do jego etiudy „Dwaj ludzie z szafą”, a później do krótkiego metrażu „Gruby i chudy”. Natomiast Janusz Morgenstern zaprosił go do współpracy przy filmie „Do widzenia, do jutra”. Komeda stał się wziętym kompozytorem filmowym i teatralnym. Skomponował i nagrał muzykę do filmu „Niewinni czarodzieje” Andrzeja Wajdy, gdzie pojawił się w jednej ze scen, a następnie do słynnego „Noża w wodzie” Polańskiego. W 1965 r. z Tomaszem Stańką, Zbigniewem Namysłowskim, basistą Günterem Lenzem i perkusistą Rune Carlssonem nagrał album „Astigmatic” uważany za najważniejszą płytę polskiego i europejskiego jazzu. Równocześnie pisał muzykę do zagranicznych filmów Polańskiego: „Matnia” i „Nieustraszeni zabójcy wampirów”, a także obrazów Jerzego Skolimowskiego: „Bariera” i „Ręce do góry”. W 1968 r. wyjechał do Los Angeles, by tam stworzyć muzykę do horroru Romana Polańskiego „Rosemery Baby” (Dziecko Rosemery. Ballada „Sleep Safe and Warm”, śpiewana w filmie przez Mię Farrow, przyniosła mu światową sławę. Do dziś jest najczęściej graną jego kompozycją. Otrzymywał propozycje współpracy od innych reżyserów. Uległ wypadkowi w czasie, gdy pisał muzykę do filmu „Bunt” Buzza Kulika. Po komplikacjach związanych z urazem głowy został przewieziony do Polski przez żonę Zosię Komedową. Zmarł 23 kwietnia 1969 r. Pozostała nam jego muzyka, fotografie i wspomnienia tych, którzy zetknęli się z Wielkim Artystą.


Z Hanią Erez i jej warszawską koleżanką Elżbiuetą
Wystawę otworzył i poprowadził kurator, pan Marek Dusza. Po przywitaniu i przedstawieniu zaproszonych gości specjalnych, do stojącego w narożniku lokalu fortepianu, zaprosił najznakomitszego pianistę jazzowego, laureata tegorocznego GRAMMY AWARDS 2014 pana Włodzimierza Pawlika. Pan Pawlik wykonał najpiękniejsze kompozycje, covery Krzysztofa Komedy. Mini recital rozpoczął najsłynniejszą balladą Komedy do filmu Rosemary baby, wśród innych kompozycji znalazły się, przeważnie filmowe, do etiudy Polańskiego Nóż w wodzie, Prawo i pięść czy Do widzenia do jutra Morgenstern. Trwający w idealnej ciszy i skupieniu, ponad pół godzinny, fortepianowy recital Pawlika wprowadził w wystawowym pomieszczeniu nastrój epoki lat 50/60-tych. Po muzycznych reminiscencjach, prowadzący spotkanie Marek Dusza zaprosił naszych gości do dyskusji, wspomnień o Komedzie. Swoją przygodę z pierwszego spotkania z mistrzem fortepianu rozpoczął Marek Karewicz. Marek miał na sobie marynarkę podarowaną mu, pod koniec swojego życia - a jakże!!! - przez samego Miles Daviesa, po czym pałeczkę przejęli jazzowi muzycy, przyjaciele Krzysztofa. Udział w wspomnieniowej dyskusji wzięli: Tomasz Stańko, Jan Ptaszyn Wróblewski, Zbigniew Namysłowski i Krzysztof Sadowski. Właściwie o JEGO wielkim geniuszu mówiono na bazie tworzącej się jedynej, wydanej w Polsce płyty albumu, ASTIGMATIC.


W towarzystwie Karewicza po wyjściu z Galerii KORDEGARDA Od lewej - Krzysztof i Ewa
Jochanowie, ja oraz fotograf, przyjaciel Marka Karewicza, Henryk Malesza
Przy jej tworzeniu, udział brali obecni w lokalu Namysłowski, Jan Ptaszyn i Tomasz Stańko. Pani Urszula Dudziak, wówczas uczennica 10 klasy liceum w Zielonej Górze, opowiedziała jak w 1960 roku podczas kwietniowego występu Komedy w tym mieście, zgłosiła się na drżących nogach, z duszą na ramieniu na wcześniej zapowiedziany casting, po którym mistrz klawiszowego instrumentu powiedział, - Zapraszam cię dziewczyno w wakacje w miesiącu lipcu do Warszawy, myślę, że coś z ciebie będzie. Pani Ula zakończyła swoje pierwsze spotkanie z Komedą słowami, - Przyjechałam do Warszawy na umówione spotkanie, czego nie żałuję, bo od lipcowego przyjazdu do stolicy wszystko w moim życiu tak naprawdę się zaczęło. Na prośbę przybyłych do Galerii KORDEGARDA na uroczyste otwarcie wystawy, pt Marek Karewicz; Komeda, jak przystało na współczesnego jazzmana, zakończył Włodzimierz Pawlik cudowną kompozycją z albumu Night in Calisia, nagrodzoną GRAMMY AWARDS 2014. Po gromkich brawach dla artysty, nastąpiło kuluarowe oglądanie wystawionych dzieł, z Komedą w tle, Marka Karewicza wzmocnione symboliczną lampką wina, podawaną przez piękne hostessy. W powstałych podgrupach nastąpiły rozmowy o Komedzie, o Karewiczu, o polskim jazzie, o wspaniałej wystawie. Również w mojej podgrupie z Karewiczem, małżeństwem Jochanów, Wiesiem Śliwińskim, Staszkiem Kasperowiczem odbywały się podobne rozmowy.


Wnętrze pokoju stołowego, wśród osób pozujących do fotografii, te które rozpoznałem przedstawiam, od lewej: Wiesław Śliwiński, w czerwonej koszuli Iwona Thierry z Polskich Nagrań, obok niej Wojciech Korzeniewski Prezes Fundacji Sopockie Korzenie, siedzący w jasnej marynarce redaktor Dariusz Michalski obok Franciszek Walicki i siedzący na kanapie gospodarz, Marek Karewicz
Hanna Erez
W pewnym momencie podchodzi do mnie, stojąca obok kobieta w ciemnych okularach, o utlenionych blond włosach i zagaja w te słowa, - Co ty Antek nie poznajesz, zapomniałeś mnie? Faktycznie, że nie poznałem jej, dopiero po wymianie kilku słów do siebie, nastąpiła eureka. To była Hanna Erez z Kozienic, wcześniej opiekowała się (kiedy mieszkała w Warszawie) Markiem Karewiczem. Drzewiej spotykaliśmy się na wielu imprezach w Sopocie. Również dwukrotnie uczestniczyła w Tomaszowie w spotkaniach organizowanych przeze mnie. Wymieniałem ją również, z uwzględnieniem zdjęć, w moich publikacjach. Wielu obecnych w Galerii robiło sobie zdjęcia z wybitnymi postaciami polskiego jazzu, również nadarzającą się okazję wykorzystaliśmy my, tomaszowianie, Ewa z Krzyśkiem i ja. Po godzinie 20.30 udaliśmy się dużą, dziesięcioosobową grupą do domu Marka Karewicza. Pozwolę sobie wymienić osoby uczestniczące w wieczornym, kuluarowym spotkaniu; Staszek Kasperowicz, Ewa i Krzysztof Jochanowie, Henryk Pietkiewicz (fotograf), Hania Erez ze swoim partnerem Tadeuszem i Elżbietą dawną koleżanką z Warszawy, Wiesiu Śliwiński, moja osoba oraz gospodarz domu Marek Karewicz. Dziewczyny szybko przygotowały wystawną kolację w stylu szwedzkiego stołu i przy przepięknych songach duetu Ella Fitzgerald/Louis Armstrong (The Nearness Of You, Cant We Be Friends, I Got Plenty O’Nutting, Foggy Day) zakończyliśmy primaaprilisowy dzień. Podsumowując przy kolacji warszawską przygodę, dzieliliśmy się doznanymi wrażeniami, życząc sobie kolejnego spotkania w takim składzie. Około północy kiedy opuszczaliśmy dom przy Nowolipki, Staszek Kasperowicz (nocował u Marka) zaprosił nas, tomaszowian, do Oleśnicy na swój majowy jubileusz (imieniny, 60-te urodziny oraz XX festiwal Jazz na kanapie). W środku nocy, spełnieni, pełni wrażeń dotarliśmy do Tomaszowa. Podczas warszawskiej promocji w mediach (u Marka Niedźwieckiego, Marii Szabłowskiej, Marka Sierockiego) książki Franciszka Walickiego „Epitafium na śmierć Rock’n’Rolla” cała warszawska eskapada pana Franciszka, tradycyjnie zakończyła się w mieszkaniu Marka Karewicza przy ulicy Nowolipki.



* * *

Dodaj napis







Bardzo ważny moment dla miasta Tomaszów Maz. W dniu 1 maja 2014, po dwuletniej przerwie w kulturalnej działalności, nastąpiło otwarcie po pożarze kultowej Galerii ARKADY. Jednym z honorowych gości otwierających lokal, obok prezydenta miasta Rafała Zagozdona był Marek Karewicz dla którego ten obiekt we wczesnej młodości (słynne końskie jatki) i później kiedy stał się artystą fotografikiem był szczególnie ważnym miejscem w jego karierze. Pięciokrotnie, będąc jeszcze sprawnym fizycznie i później, miały miejsce spotkania z nim, m.in. w cyklu spotkań „Tomaszowianie tomaszowianom”, w/g koncepcji, pomysłu siostry Bogusława Meca, pani Danuty Mec – Wypart.

sobota, 27 lutego 2016

27 lutego w Chicago wystąpią Caroline & The Priority i Grażyna Auguścik


27 lutego w Suwałkach zagra zwycięzca sierpniowego notowania Polisz Czart w roku 2015 grupa Twinpix


27 lutego w Brzegu wystąpi The Cox


27 lutego we Wrocławiu zagra Soulfly - bilety już są dostępne u Ivara na stoisku muzycznym w Feniksie IVp.


27 lutego w londyńskiej Jazz Cafe POSK wystąpi Jerzy Małek Group


27 lutego w Piwnicy Pod Baranami wystąpi Lidia Jazgar z zespołem Galicja


27 lutego w gdańskim Starym Maneżu wystąpi Mela Koteluk

fot. Honorata Karapuda
Mela Koteluk - charyzmatyczna artystka znana z intrygującego głosu, subtelnych dźwięków i piosenek o poetyckim klimacie, wystąpi w Starym Maneżu. Koncert promujący album „Migracje” obędzie się 27 lutego 2016 roku.

Zadebiutowała w 2012 roku albumem “Spadochron”, który odniósł duży komercyjny sukces
i zyskał tytuł “Platynowej Płyty”. Album zawiera dwanaście autorskich kompozycji, które stanowią połączenie popu i brzmień o charakterze alternatywnym. Całość tworzy historię opowiedzianą w bezpretensjonalny sposób, łączący klimat liryczno-poetycki z przestrzenią rockową. Za debiutancką płytę Mela otrzymała dwa Fryderyki 2013 w kategoriach Album Roku i Debiut Roku. Album uzyskał również status Platynowej Płyty.

Najnowsza płyta „Migracje” to zbiór niezależnych brzmieniowo kompozycji i polskich, autorskich tekstów. Całość dowodzi konsekwencji Meli i jej zespołu w pielęgnowaniu charakterystycznego języka, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. W warstwie brzmieniowej opiera się on na łączeniu akustycznych i syntetycznych brzmień, w warstwie słownej realizm ściera się z abstrakcją. Na płycie pojawiają się oryginalne, kojące dźwięki bardzo rzadkiego instrumentu w kształcie przypominającego UFO, o nazwie hang drum. Utwory ubarwia wiolonczela, a także flety, saksofony i klarnety. W ciągu miesiąca od premiery album „Migracje” stał się Platynową Płytą.

fot. Marek Jamroz
Moje piosenki adresowane są do słuchaczy o podobnej wrażliwości i sposobie widzenia świata. Nie mają ambicji misyjnych, nie są po to, by szokować. Powstawały z bieżących przeżyć, w sposób naturalny i pozbawiony kalkulacji. To, czego ja osobiście szukam
w muzyce, to identyfikacji, która przynosi swego rodzaju ulgę i pewność, że nie jest się samemu w pewnych kwestiach.

Mela Koteluk proponuje alternatywę dla muzyki popularnej, jest artystką której z sukcesem udaje się zaistnieć z ambitnym repertuarem. W Starym Maneżu oprócz utworów z płyty „Migracje” wokalistka zaprezentuje także kompozycje z albumu „Spadochron”.


BILETY:
50 zł – miejsca stojące, 60 zł w dniu koncertu
70 zł – miejsca siedzące, 80 zł w dniu koncertu
Sprzedaż on-line na www.starymanez.pl oraz w kasie Starego Maneżu.

27 luty 2016 (sobota) godz. 19:00
STARY MANEŻ, ul. Słowackiego 23, Gdańsk Garnizon

piątek, 26 lutego 2016

26 lutego w HRP Pamela w Toruniu wystąpi Dr Misio oraz odbędzie się wernisaż Toruński Tryptyk Fotografii Koncertowej - postscriptum

Już 26.02.2016 roku, trochę wyjątkowo, bo w piątek, Hard Rock Pub Pamela zaserwuje nam kolejną muzyczną ucztę. Na toruńskiej scenie wystąpi zespół Dr MISIO. Tym razem koncert uświetni otwarcie wystawy podsumowującej projekt : "TORUŃSKI TRYPTYK FOTOGRAFII KONCERTOWEJ". Swoje zdjęcia przedstawią: Agata Jankowska, Angelika Plich i Wojciech Zillmann. Będzie to postscript_um do poprzednich wystaw autorów i ich zdjęć, których wspólnym mianownikiem były koncerty w Hard Rock Pubie Pamela. Tak będzie i tym razem. Nie zabraknie również dobrych dźwięków, które tego wieczoru zapewni grupa Dr MISIO. Zespół powstał w czerwcu 2008 roku z inicjatywy aktora - Arkadiusza Jakubika, znanego z ról w takich filmach jak: "Drogówka" czy "Dom zły". W skład zespołu wchodzą także: Paweł Derentowicz(gitara), Mario Matysek(bas), Radek Kupis(klawisze) i Jan Prościński(perkusja). Grają ostrego rock & rolla, który na pewno spodoba się toruńskiej publiczności. Na swoim koncie mają dwa albumy. Pierwszy - "Młodzi", wydali w marcu 2013 roku. Teledysk do singla o tym samym tytule jest autorstwa cenionego reżysera - Wojciecha Smarzowskiego. W tym samym roku grupa otrzymała "Nagrodę dziennikarzy" podczas Sopot TOPtrendy Festiwal oraz wystąpiła na festiwalu w Jarocinie. Formacja Dr MISIO nie spoczęła na laurach. Już w październiku 2014 roku wydali kolejny album o nazwie: "Pogo". Zespół wciąż się rozwija i koncertuje w całej Polsce, tym razem można będzie ich usłyszeć w Hard Rock Pubie Pamela. Wydarzenie rozpocznie się o godzinie 19.00. Wstęp wolny. Więcej informacji na stronie wydarzenia:





KONCERTY, WERNISAŻE, WARSZTATY GITAROWE, PREMIERA PŁYTY - WYDARZENIA Z OKAZJI 18. URODZIN HARD ROCK PUBU PAMELA ( ZIMA / WIOSNA 2016)

26.02.2016 (piątek) Wernisaż: Toruński Tryptyk Fotografii Koncertowej - POSTSCRIPTUM (AGATA JANKOWSKA, ANGELIKA PLICH, WOJCIECH ZILLMANN). Koncert: Dr MISIO start godz. 19-ta WSTĘP WOLNY

29.02.2016 (poniedziałek) LeBurn Maddox Band i jako support Pierwsza Poznańska Niesymfoniczna Orkiestra Ukulele start godz. 19-ta Przed koncertem warsztaty gitarowe (CAMPUS HRP PAMELA). Prowadzący zajęcia: LeBurn Maddox oraz Krzysztof "pARTyzant" Toczko, start godz. 17-ta. WSTĘP WOLNY

07.03.2016 (poniedziałek) DANNY BRYANT BAND oraz jako support Pokój nr 3 z gościnnym udziałem Michała Kielaka start godz. 19-ta WSTĘP WOLNY

14.03.2016 (poniedziałek) THE GENERATORS start godz. 19-ta KONCERT BILETOWANY

21.03.2016 (poniedziałek) Piotr Nalepa Breakout Tour jako support zespół BLUESKA start godz 19-ta Przed koncertem warsztaty gitarowe (CAMPUS HRP PAMELA). Prowadzący: Krzysztof "pARTyzant" Toczko, Robert Lubera oraz Piotr Nalepa, start godz. 17-ta. WSTĘP WOLNY

30.03.2016 (środa) Daniel Payne Band i Hard Times start godz 19-ta WSTĘP WOLNY

04.04.2016 (poniedziałek) Premiera płyty "Gorczyca i Przyjaciele". Koncert: Rob Tognoni Band jako support Arek Zawiliński start godz. 19-ta. Przed koncertem warsztaty gitarowe (CAMPUS HRP PAMELA). Prowadzący: Krzysztof "pARTyzant" Toczko oraz Rob Tognoni, start godz. 17-ta. WSTĘP WOLNY

11.04.2016 (poniedziałek) Paweł Gumola solo oraz Tomasz Lipiński z zespołem start godz. 19-ta. WSTĘP WOLNY

Nocny Kochanek rusza na łowy. Pełen kalendarzyk małżeński poniżej. Bądź czujna... licho nie śpi!

Nocny Kochanek to jeden z nielicznych polskich zespołów metalowych który traktuje muzykę oraz teksty z ogromnym dystansem do samych siebie oraz do wizerunku kojarzonego zazwyczaj z klasycznym heavy metalem. Słychać tutaj wyraźne inspiracje takimi zespołami jak: Iron Maiden, Judas Priest, Helloween czy Black Sabbath. Teksty natomiast napisane są z dużym przymrużeniem oka, co nadaje całości niepowtarzalnego, wręcz groteskowego klimatu. Na debiutanckiej płycie Hewi Metal pojawiają się znakomici goście jak Joanna Kołaczkowska (kabaret Hrabi) czy Zenon Kupatasa - wokalista Kabanosa. Okładkę płyty zaprojektował znany rysownik komiksów Robert Adler – twórca m.in. serii kultowych „48 stron”. Natomiast w utworze „Karate”, promującym wydawnictwo, udział wziął Bartosz Walaszek (Bracia Figo Fagot), twórca Kapitana Bomby.

czwartek, 25 lutego 2016

Zagraj dla Julki!


Miesięczna terapia dziewczynki, u której wykryto raka mózgu, kosztuje ponad 60 tys. zł. Rodziny dłużej na nią nie stać.

Choć ma dopiero 7 lat, odwagi i siły do walki z chorobą mógłby jej pozazdrościć niejeden dorosły. Bo Julia Ożóg, u której raptem kilka miesięcy temu lekarze wykryli glejaka IV stopnia, czyli najostrzejszą postać guza mózgu, dzielnie walczy z chorobą. - Choć jest bardzo słaba i smuci się, że nie może robić tego, co najbardziej kocha, czyli czytać książek i wymyślać własnych opowiadań lub komiksów, nie słyszałam od niej ani słowa skargi - mówi Anetta Ożóg, mama dziewczynki. - Przyjmuje wszystkie leki, rehabilituje się, choć ją bardzo boli, a lekarze mówią, że to najdzielniejsze dziecko, jakie mieli na oddziale - dodaje. Wydali wszystko, co mieli Do tego Julcia jest nieprzeciętnie zdolna. Płynnie czytać zaczęła, mając 5 lat. Potrafi dodawać, zna ułamki i kocha tworzyć swoje własne mini książeczki z opowiadaniami i komiksami. Sama je wymyśla i ilustruje. Niestety, odkąd zaczęła chorować, nie może robić tego, co kocha. Uciskający mózg guz i jego nacieki sprawiają, że dziewczynka widzi podwójnie, drżą jej ręce i ma problemy z poruszaniem się. Dlatego jej rodzice wydają krocie na terapię, która może znacznie poprawić jej codzienne funkcjonowanie. - Guz jest nieoperacyjny, bo skutkiem takiej operacji mógłby być niemal całkowity paraliż ciała i utrata wzroku. Dlatego lekarze w Polsce sugerowali raczej leczenie paliatywne - przyznaje pani Anetta. - Ale nie mogliśmy siedzieć bezczynnie. Po pomoc polecieliśmy aż do Stanów, do ośrodka w Kalifornii, który zaproponował nam terapię lekami, które widocznie poprawiają stan zdrowia córki - dodaje. Niestety, miesięcznie kosztują one aż 60 tys. zł, bo sprowadzane są z zagranicy. Do tego dochodzą jeszcze leki chroniące żołądek i wątrobę oraz przeciwzapalne. Rodzina nie waha się jednak stosować takiej terapii, bo wyraźnie poprawia ona stan Julki. Po dwóch miesiącach ich przyjmowania nie ma też objawów podwójnego widzenia i drętwienia kończyn. Tyle że w przypadku tak dużego guza leczenie dziewczynki powinno trwać dwa lata, a rodziny nie stać na wyłożenie takiej kwoty. Już wydała wszystkie oszczędności, a teraz chce sprzedać mieszkanie. Bardzo zdolna i bardzo chora Do kosztów leków dochodzi jeszcze specjalistyczny sprzęt, również sprowadzany z zagranicy. To między innymi jonizator powietrza, urządzenie poprawiające jakość wody. Każde kosztuje co najmniej 10 tys. zł. Żeby zahamować rozwój komórek nowotworowych, dziewczynka ma specjalną dietę, a pije głównie wodę alkaliczną. Sam koszt podróży do Stanów wyniósł rodzinę 80 tys. zł. - Mamy bardzo zdolną i dzielną, ale bardzo chorą córcię. Tak naprawdę przyda nam się każda pomoc - mówi wzruszona pani Anetta. Pieniądze na leczenie Julii można wpłacać na konto parafii pw. Matki Bożej Różańcowej w Rzeszowie z dopiskiem „Julka”.

Nr konta to 35 1020 4391 0000 6202 0002 3572. 

1 proc. podatku na rzecz Julki można przekazywać też na konto Caritasu Bliźni w Potrzebie z dopiskiem „Julka”. Nr KRS to 0000 251723.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Nowy singiel The Sixpounder



„True To Yourself” to pierwszy i jednocześnie tytułowy singiel promujący najnowszy album formacji The Sixpounder. The Sixpounder to obecnie jedna z najciekawszych formacji metalowych na polskim rynku muzycznym. Zespół ma na swoim koncie występ u boku takich sław jak Motorhead, Behemoth, Entombed, Bullet for My Valentine czy Soilwork, a także trasy koncertowe z Acid Drinkers, Vader oraz Decapitated. Grupa jakiś czas temu zakończyła pracę nad swoim trzecim studyjnym wydawnictwem, którego przedsmak możemy usłyszeć już teraz. Muzycy udostępnili bowiem zapowiedź płyty w postaci tytułowego singla „True To Yourself”. Jak o utworze mówi gitarzysta zespołu, Paul Shrill:

"True To Yourself" to pierwszy singiel, promujący trzeci nasz album o tym samym tytule. Celowo nie promujemy płyty teledyskiem. Chcemy najpierw zaprezentować muzykę, a później pokażemy pierwsze klipy."


Premiera albumu True To Yourself będzie miała miejsce 14 marca, natomiast przedsprzedaż krążka ruszyła już na oficjalnej stronie zespołu www.thesixpounder.com.

Jak zdradza gitarzysta The Sixpounder: "Chcieliśmy, aby ten album był jak najbardziej organiczny i surowy. Słuchacz ma mieć wrażenie, jakby zespół stał przed nim i grał dla niego. Długo myśleliśmy o producencie, który sprosta naszym założeniom. Wybór padł na znakomitego Daniela Bergstranda, współpracującego m.in. z In Flames, Meshuggah, Behemoth oraz Decapitated. Ta płyta nie jest ugłaskana, wygładzona. Jest szorstka i brudna. Takie rzeczy są ciekawsze, zmuszają do zastanowienia się nad nimi chwilę dłużej."

Tracklista albumu prezentuje się następująco:
01. Swan Song
02. True To Yourself
03. The Past
04. Forever Yours, Together ‘Till The End
05. Deep Down Below
06. Skeletons
07. Bipolar Disorder
08. Wrath
09. MVP
10. We All Die In The End
11. The 5th Horseman of Apocalipse
12. I’m Gone
13. Hate

W ślad za premierą „True To Yourself” ruszy także trasa koncertowa The Sixpounder, podczas której grupa odwiedzi następujące miasta:

11.03.2016 - Toruń / Dwa Światy
12.03.2016 - Jarocin / Spichlerz Polskiego Rocka
13.03.2016 - Lubin / Ave Cezar
18.03.2016 - Szczecin / Kosmos
19.03.2016 - Trzcianka / Azteka
20.03.2016 - Gorzów Wielkopolski / C60
01.04.2016 - Wrocław / Liverpool
02.04.2016 - Tychy / Underground
15.04.2016 - Warszawa / Club Rock
16.04.2016 - Białystok / Motopub
17.04.2016 - Łódź / Scenografia
22.04.2016 - Gdańsk / Metro
23.04.2016 - Koszalin / Jazzburgercafee
06.05.2016 - Chorzów / Tigers Rider
07.06.2016 - Oleśnica / Rockoteka

Wkrótce pojawią się kolejne daty!
Więcej informacji o zespole pod adresem:
Oficjalna strona zespołu: 

Antoni Malewski apeluje o pomoc za pośrednictwem swojego przyjaciela Konrada

KONRAD, to mój przyjaciel, tomaszowianin z Poznania, który przygotowywał moje książki (był korektorem tekstów) do druku. Konrad posiada tytuł doktora UAM w Poznaniu, a na prawe zdjęcie przedstawia go właśnie podczas uroczystego nadania mu tego tytułu naukowego. W przeszłości Konrad był wieloletnim pracownikiem naukowym w/w uniwersytetu, ale co najważniejsze, mój przyjaciel pracuje do dziś, tłumacząc wiele dzieł literatury pięknej z języka angielskiego w poznańskim Domu Wydawniczym REBIS. Bardzo proszę o przychylność do jego prośby jaką skierował do mnie i dziękuję wszystkim ludziom dobrej woli w jego imieniu, Zenona, rodziny i przyjaciół. Na lewej fotografii Konrad z czasów młodzieńczych.
Antoni Malewski

Drogi Antku,

Piszę do Ciebie w związku z tragiczną sytuacją męża mojej siostrzenicy i chrześniaczki jednocześnie, imienniczki mojej małżonki, Marty Winogrodzkiej-Nowakowej (zamieszkałej w naszym rodzinnym Tomaszowie; pedagoga, zajmującego się dziećmi wymagającymi szczególnej troski). Otóż minęło już trzy tygodnie odkąd Zenek, który pojechał do Łodzi na rutynową, bo już drugą, operację kolana (był zawsze zagorzałym sportowcem amatorem, a z zawodu jest inżynierem, absolwentem Politechniki Łódzkiej) i po podaniu narkozy przestał oddychać i został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej, podłączony do stosownych urządzeń i... sytuacja się niestety nie zmienia. Rokowania są niestety złe. W związku z powyższym proszę Cię, o ile jeszcze nie rozliczyłeś się z "fiskusem" o przekazanie wiadomego 1% na podany przeze mnie niniejszym KRS.

KRS 0000104323, Fundacja DAR SERC, hasło ZENON 

Z góry Ci wszyscy dziękujemy. Proszę też, byś przekazał ten apel swoim przyjaciołom i znajomym.
Konrad i (oczywiście) Marta

piątek, 19 lutego 2016

19 lutego w Dublinie zagrają Lemon i El Grey


19 lutego oraz 4 marca o godz. 18.00 w Barze Tyskim (zbieg ulic Jerozolimska/Piekarska) w Tomaszowie Mazowieckim Antoni Malewski przypomni postać Paula Mc Cartneya

W swoim cyklu spotkań "Herosi Rock'n'Rolla" tym razem chciałbym poświęcić czas szczególnemu wydarzeniu, które retrospekcyjnie powraca do koncertu z 1965 roku. Otóż w lipcu 1965 roku na stadionie SHEA STADIUM w Nowym Jorku doszło do koncertu "czwórki z Liverpoolu" (zespół The BEATLES), który to koncert "rzucił na kolana" amerykański muzyczny show business. Po 44 latach po przebudowie starego stadionu (niczym nasz stadion DZIESIĘCIOLECIA na NARODOWY) na stadion CITY FIELDS. Na jego otwarcie zaproszono jednego z liverpoolskiej "czwórki" - jeszcze żyjącego Paula Mc CARTNEYA. Były eksbeatles na scenie nowojorskiej (2009 r) pozostawił niezapomniane, muzyczne wrażenia w filmie koncercie pt "Good Evening New York City" zapisane na płycie DVD, którymi chciałbym się podzielić z przychodzącymi na moje spotkania. Z racji ponad dwu godzinnego trwania (dwie i pół godziny godz) koncertu podzieliłem go na dwie części. Zapraszam wszystkich do Baru TYSKIEGO (zbieg ulic Jerozolimska/Piekarska) na część I w dniu - piątek 19 lutego 2016r godz. 18.00 oraz na część II koncertu "Good Evening New York City" - w piątek 4 marca 2016r godz.18.00. Jeszcze raz gorąco zapraszam do Baru TYSKIEGO na w/w dni.


Antoni Malewski

19 lutego w Bristol zagrają Res Publica i Lao Che


wtorek, 16 lutego 2016

Marek Andrzejewski - Ekologiczny bard z Lublina (Justyna Urbaniak - recenzja koncertu i Sławek Orwat - wywiad)

Magda Karasek - Organizator koncertu (fot. Marek Jamroz)
Andre Gaj - Czasem Trzeba (fot. Artur Grzanka)
Na londyńskiej ziemi gościliśmy już tak znany zespół jak Czerwony Tulipan, a już za kilka tygodni zaszczycą nas swoją obecnością członkowie Starego Dobrego Małżeństwa. Jednak by przerwy między muzyczno - zmysłowymi ucztami nie były zbyt długie i męczące, pani Magdalena Karasek zaprosiła do Sir Alfred Hitchcock Hotel wyśmienitych gości. Dnia 12 lutego w Londynie wystąpili Czasem Trzeba z Hull oraz Marek Andrzejewski. By przybliżyć obraz artystów zachęcam do odszukania informacji związanych z Krainą Łagodności oraz Lubelską Federacją Bardów. Szczerze przyznam, że jadąc na koncert nie zapoznałam się z repertuarem i nie wiedziałam, czego do końca się spodziewać. Zacznę więc od początku. Na miejscu oczom ukazał się bardzo klimatyczny budynek z typową angielską architekturą, usytuowany na uboczu ogromnej metropolii, oświetlony lampkami ogrodowymi, ze schodami zapraszającymi ku górze.


fot. Marek Jamroz
fot. Artur Grzanka
W środku zaś przy drzwiach, gdzie za chwilę miał rozpocząć się koncert, powitał nas przepiękny uśmiech przejętej organizatorki oraz sprzedającego bilety pana, który kilka chwil później porwał gitarę i wskoczył na scenę. I tak zaczyna się krótka historia o wzlotach i drganiach cząstek zebranych tam ludzi. Jako pierwsi wystąpili Czasem Trzeba w składzie: Andre Gaj (bileter) - gitara, śpiew, Damian Kamiński - gitara basowa, Daniel Brodalka - gitara solowa oraz żeński akcent zespołu Agnieszka Truszczyńska - instrumenty klawiszowe. Przygotowali publikę kilkoma poruszającymi utworami. Między innymi zagrano "Anioła", wybitnie bliski dla frontmana grupy utwór poświęcony Matce. Chociaż z początku trema była całkiem duża, z każdym następnym kawałkiem dawało się odczuć jak pomału rozpada się na pierwiastki pierwsze i znika wśród pięknych dźwięków. Całkowicie popadła w zapomnienie przy ostatnim utworze.


Czasem Trzeba (fot. Artur Grzanka)
fot. Marek Jamroz
Mamy nadzieję, że również dzięki publiczności, nagradzającej wszystkie akordy zasłużonymi i sowitymi brawami. Po krótkiej przerwie na scenie pojawił się pan Marek Andrzejewski, rozpoczynając swój występ piosenką "Jak listy". Z początku wsłuchałam się tylko w dźwięki gitary, jednak z chwilą, gdy artysta zaczął śpiewać, od razu podniosłam zaciekawiony wzrok. Barwa głosu z akustycznym brzmieniem gitary zaintrygowałyby bowiem każdego! Współgrały ze sobą, jak dla siebie stworzone, a repertuar dopełniał perfekcyjną całość. Po Czasem Trzeba i pierwszym numerze pana Marka wydawać by się mogło, że resztę wieczoru spędzimy w miłym, doborowo oprawionym melancholijnym nastroju. Szybko zostaliśmy jednak zaskoczeni piosenką, która spowodowała fale zaintrygowanych spojrzeń, uśmiechów i salw śmiechu. Zostaliśmy bowiem przyzwyczajeni, że poezja śpiewana to splot nostalgicznych wątków.


Magda Karasek (fot Marek Jamroz)
Daniel Brodalka - gitara (Czasem Trzeba) fot. Artur Grzanka
W końcu są to śpiewane wiersze o tematyce najczęściej trudnej, poważnej, emocjonalnej, tak bardzo życiowej - jednak wciąż prowadzącej po innej nici postrzegania. Bard pokazał, że mimo wszystko nie należy się sugerować tylko tym. Przeplatał swój występ balladami, przy których odpływało się ku leśnym polanom, spokojnym krainom - tym wewnątrz nas, by za chwilę zaśpiewać o rzeczach prozaicznych, jednak jakże trafnie ubranych w słowa. Nie spodziewałam się, że piosenka o smutnym jogurcie może być tak interesująca! Co równocześnie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie tylko ja zwracam uwagę na takie kwestie i nie jestem odosobniona w używaniu kubka z obitym uchem (chociaż obok stoi piękny, błyszczący, nowy), bo akurat jemu zrobi się przykro i może poczuć się zbędny. Publika została poprowadzona przez szlaki wspomnień, które same przepływają przez nas jak strumienie przy każdej styczności z tego rodzaju występami.


Andre Gaj - gitara i wokal oraz Damian Kamiński - bas (czasem Trzeba) fot. Artur Grzanka
Agnieszka Truszczyńska  - Czasem Trzeba (fot. Artur Grzanka)
Przez moją głową przetoczyły się obrazy mojego kochanego rodzinnego miasta, ogniska zimą w otoczeniu strzelistych gór i kuligi, chwile jakie spędzałam kiedyś w stadninie konnej (głownie przez ostatnią piosenkę z bisu). Na chwilę odpłynęłam do czasów pierwszych, tych jakże ważnych i "wielkich" szkolnych miłości. Mogłabym tak wyliczać w nieskończoność, bowiem zakres zdjęć wywołanych dźwiękami jest wielce obszerny! Wszakże trochę się już przeżyło. Wrócę jednak do występu pana, dzięki któremu wszystko to na nowo rozbłysło w głowach. Spotkanie zakończyło się siedmioma bisami! No dobrze, bis był jeden, ale ku uciesze zebranych objął aż siedem utworów, dzięki skandowaniu z głębi sali "JESZCZE SIEDEM!". Artysta w pełni stanął na wysokości zadania i obdarował nasze zmysły niezwykle optymistyczną serią swojej twórczości. Jeśli więc ktoś nie miał okazji (jak jeszcze kilka godzin wstecz ja sama, wstyd się przyznać) posłuchać wykonawców ostatnich dni, powinien nadrobić zaległości.


fot. Marek Jamroz
Panowie i Pani będą bowiem grać jeszcze wiele koncertów. Nie tylko na angielskiej ziemi, więc bez obaw, każdy na pewno ich bez problemu odnajdzie w swojej okolicy. Nie pozostaje mi więc nic innego jak podziękować w imieniu swoim, Polisz Czarta i Polskiego Wzroku pani Magdzie za zorganizowanie imprezy z rewelacyjnymi muzykami oraz za zaproszenie! Nie można również pominąć podziękowań wszystkim artystom, każdemu z osobna i wszystkim razem bez wyjątków za fantastyczny występ i połechtanie zmysłów. Życzymy wielu następnych, równie udanych koncertów i publiczności tak dobrej jak w Londynie!

Justyna Urbaniak 


fot. Marek Jamroz
fot. Marek Jamroz
- Kiedy twarzą w twarz spotykają się Polisz Czart i Kraina Łagodności, to myślę, że niezły czyściec może z tego wyniknąć (śmiech). Zgodzisz się, że muzykę Lubelskiej Federacji Bardów można nazwać muzyką oczyszczającą?

- Nie wiem, czy jest ona oczyszczająca, ale na pewno w jakiś sposób jest czysta. My najczęściej używamy instrumentów akustycznych, przez co jesteśmy ekologiczni. Ekologiczni w myśleniu oraz  ekologiczni w sposobie pisania piosenek i ich wykonywania. Jest w tym coś czystego przynajmniej w zamyśle i nie chcemy, aby nasza muzyka była zafarbowana, zamotana fotoshopem, wyretuszowana.

- Czystość waszej muzyki opiera się też na szczerości przekazu.

- No tak! To jest w ogóle podstawowa sprawa, że trzeba pokazać coś prawdziwego. Najczęściej są to właśnie emocje, osobiste przemyślenia czy jakaś własna obserwacja świata. Taka jest też rola barda, żeby komentować rzeczywistość, a nie tylko śpiewać proste piosenki o miłości.


fot. Marek Jamroz
- Od razu przypomina mi się Jacek Kleyff i jego nieśmiertelna "Ballada o miłości w magazynie koła rolniczego" (śmiech).

fot. Marek Jamroz
- Ale zobacz, ile tam jest przemyconych nawiązań do ówczesnej rzeczywistości, jak choćby to brudne siodło motocykla, z którego sterczy sprężyna, czy ta zielona płachta sukna prezydialnego...

- ...na którym bohaterowie ballady mieli zamiar się kochać, i na koniec ta zaskakująca puenta, kiedy to okazuje się, że delikwent chciał całą "sprawę" załatwić w tempie ekspresowym, gdyż... śpieszył się... na zakładową wycieczkę.

- Mistrzowskie nawiązanie! (śmiech)




fot. Artur Grzanka
- Zaczynałeś w roku 1988 od orkiestry św. Mikołaja.

Bogdan Bracha - Orkiestra św. Mikołaja
- Ja ten okres wspominam jako okres pasjonacki. Myśmy wtedy dużo chodzili po górach i ja Bogdana [Brachę - przyp.red] po raz pierwszy spotkałem w jakiejś stodole, gdzie nocowaliśmy i gdzie on także jako wędrowiec akurat dotarł, chociaż wcale nie był na nocleg zapowiedziany ani zabukowany (śmiech). Trafił po prostu swój na swego i wtedy też po raz pierwszy usłyszałem jak on fantastycznie śpiewa i gra na gitarze. Dużo też rozmawialiśmy, bo byłem wówczas początkującym muzykiem, bardzo zafascynowanym piosenką ludową. Zgadaliśmy się więc dość szybko, po czym pojechałem na pierwszą próbę zespołu, który wtedy jeszcze nawet nie miał swojej nazwy. Grałem tam na bałałajce, na basach podhalańskich i na gitarze, a Bogdan miał pomysł, żeby śpiewać piosenki łemkowskie.

- Miałeś także swój udział w kultowym Teatrze Gardzienice Włodzimierza Staniewskiego oraz w Teatrze Grupa Chwilowa śp. Krzysztofa Borowca.


fot. Artur Grzanka

Włodzimierz Staniewski - Teatr Gardzienice
- Kiedy już trochę popracowaliśmy w Orkiestrze, kilkoro z nas dostało propozycję, żeby wziąć udział w warsztatach Teatru Gardzienice. Teatr ten organizował warsztaty teatralno-muzyczne od wielu, wielu lat i nadal to robi. Pojechaliśmy więc i już tam zostaliśmy. Wsiąknęliśmy na dobre, ja na chwilę, Marcin Mrowca na stałe.

- Czym różnił się Teatr Gardzienice od Teatru Grupa Chwilowa?

- To są dwa zupełnie różne światy. Teatr Gardzienice to teatr, który wywodzi się z pieśni. Dla nas, dla których pieśń i muzyka stanowiły pasję życia, wszystko to było bardzo po drodze. W tym Teatrze zresztą cały ruch sceniczny wywodzi się z pieśni. To jest trochę tak, jak opowiadanie tańcem o architekturze, bo tak naprawdę trzeba ten teatr zobaczyć, żeby wiedzieć, o co w nim chodzi. Jest to teatr niezwykły, który wywarł na mnie olbrzymie wrażenie, teatr niezwykle profesjonalny, w którym spotkałem się z bardzo wysoce postawioną poprzeczką artystyczną. Był to też teatr reżyserski i autorski Włodzimierza Staniewskiego. On miał w ogóle taki pomysł, że przeniósł go na grunt - jakbyś ty to powiedział - czysty, bo przeniósł go na grunt podlubelskiej wsi do Gardzienic, a jest to miejsce, gdzie - uwierz mi - diabeł mówi dobranoc.


Krzysztof Borowiec - Teatr Grupa Chwilowa (fot. Jan Borowiec)
- A Teatr Grupa Chwilowa?

fot. Artur Grzanka
- Porównując Teatr Gardzienice do Teatru Grupa Chwilowa, to w tym drugim przypadku teatru było znacznie mniej. Robiliśmy tam coś, co właściwie należałoby nazwać śpiewogrą. Otóż Krzysztof Borowiec nosił przez wiele lat w swojej torbie "Album Rodzinny". Jest to poemat, który napisał Michał Bronisław Jagiełło, a napisał go na podstawie zdjęć z własnego albumu rodzinnego. Są to zdjęcia, które przedstawiają jego rodzinę w momentach bardzo przełomowych dla całej naszej polskiej tradycji, czyli tuż przed II Wojną Światową, podczas II Wojny Światowej i zaraz po II Wojnie Światowej, kiedy - jak to pokazane jest właśnie w tym albumie - jego rodzina przejeżdżała pociągiem z Polski do Polski przez granicę, a miejscem akcji była Wileńszczyzna, czyli Wilno i okolice Wilna, a bohaterami były postacie, które występują na tych zdjęciach i które opisane są za pomocą prostych, ale jednocześnie niezwykle pięknych i wzruszających wierszyków. To, że mogłem brać udział w tworzeniu "Albumu Rodzinnego", było dla mnie niezwykle ważnym doświadczeniem. Wszystkie te wiersze składające się na całość tego poematu opatrzyliśmy muzyką i wykonywaliśmy jako pieśni siedząc przy stolikach między publicznością, a Krzysztof Borowiec jako reżyser był... kelnerem, spektakl był osadzony w przestrzeni kawiarnianej. Krzysztof miał też taką bardzo brzęczącą tacę, którą w momentach najbardziej wzruszających niespodziewanie upuszczał. Piosenki z "Albumu Rodzinnego" są bardzo kameralne, spokojne i wydaje mi się, że piękne… Ten moment, kiedy następowało upuszczenie tacy przez Krzysztofa Borowca, był czymś, jakby nagle spadała bomba i było w tym coś tak potwornego, coś tak nieludzkiego, jak ta wojna.

Album Rodzinny
- Jako solista zacząłeś występować w 1993 roku. Wystarczył ci zaledwie rok, żeby zostać laureatem I nagrody Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie oraz nagrody im. Wojtka Bellona dla śpiewających autorów. Przyznasz sam, że w zadziwiającym tempie stałeś się artystą znanym?

- Wiesz co? Wtedy wcale mi się nie wydawało, że dzieje się to tak szybko. Jak się ma... ile to ja miałem wtedy lat? No... ileś tam. Byłem sobie małą dziewczynką (śmiech) i wtedy rok to jest naprawdę dramatyczny i wielki okres czasu. To dopiero teraz ten czas się dla nas zmienił i dopiero teraz nam te lata biegną o wiele szybciej, niż wtedy. W roku 1993 to ja byłem zupełnie inną dziewczynką niż w roku 1994, kiedy zostałem laureatem i był to długi i owocujący w wiele wydarzeń rok i wtedy wcale mi się nie wydawało, że wszystko jest za szybko i nagle, natomiast na pewno spowodowało to wtedy u mnie jedną ważną rzecz. Kiedy na Studenckim Festiwalu Piosenki dostałem nagrodę im. Wojtka Bellona dla śpiewających autorów, bardzo mnie to zmobilizowało do dalszej pracy.


Marek Andrzejewski i Grupa Niesfornych
fot. Artur Grzanka
- Zaśpiewałeś dziś piosenkę tytułową z albumu Trolejbusowy batyskaf, który został nagrany w roku 1996 pod szyldem Grupa Niesfornych i - co ciekawe - będąc artystą lubelskim, nagrałeś ten album z jazzmanami z Katowic.

- To się też trochę wiąże z opowieścią o Festiwalu w Krakowie i o roku 1994, bo kiedy dostaje się takie nagrody, to trzeba też jakoś poważniej pomyśleć o tym, żeby tego nie zmarnować.

- Skąd wzięła się Grupa Niesfornych?

- Zespół powstał dlatego, że chciałem swoje piosenki pokazać w trochę innym świetle. Chciałem trochę odejść od poezji śpiewanej.

- I dlatego na moment związałeś się z jazzem?

- Powiedziałbym, że chciałem te moje piosenki ubogacić, dodając im troszeczkę koloru do formuły poetyckiej. Nie zamierzam tu oceniać, że muzyka poetycka jest niekolorowa, bo ona już wtedy miała wielu świetnych aranżerów i dużo fajnych, kolorowych pomysłów, jak na przykład Wolna Grupa Bukowina i przede wszystkim te ich świetne aranże wokalne. Ja w tym wszystkim próbowałem znaleźć swoją własną drogę, żeby pokazać swoją piosenkę w mniej oczywistym świetle, chciałem też, żeby była ona rozpoznawalna i żeby była inna. W związku z tym pojawili się muzycy z Akademii Jazzowej w Katowicach, czyli pojawił się saksofon, trąbka, gitara basowa, bębny i granie bardziej funkujące, albo tak, jak mówisz jazzujące. I tak powstała Grupa Niesfornych i tak nagraliśmy płytę Trolejbusowy batyskaf.


fot. Artur Grzanka
fot. Artur Grzanka
- To jest jedyna płyta, jaką nagrałeś w tym składzie?

- Dokładnie w tym składzie tak, natomiast następna moja płyta, która ukazała się kilka lat później, też zawierała w sobie muzyków z Grupy Niesfornych, chociaż już nie wszystkich.

- Niewątpliwie twoim najważniejszym "dzieckiem" jest Lubelska Federacja Bardów. Z formacją tą wiąże się o tyle ciekawa historia, że oprócz tego, że jesteście zespołem stricte muzycznym, jesteście też dla Lublina czymś podobnym, jak Piwnica Pod Baranami dla Krakowa.

- Bardzo ładnie to wychwyciłeś. Tak, jest to rodzaj piwnicy artystycznej opartej na składce repertuarowej. Składamy się bowiem swoim repertuarem na program, bo jest wśród nas wielu piszących, wielu komponujących, wielu wokalistów. 



Marek Andrzejewski i Mateusz Augustyniak (Polski Wzrok) fot. Marek Jamroz

Jola Sip (fot. Dariusz Gontarz)
Taka zresztą była nasza idea od początku, kiedy to w Lubelskiej Federacji Bardów było trochę więcej wokalistów i trochę więcej piszących bardów niż obecnie i z różnych powodów się to potem zmieniało. Odszedł z naszego świata Marcin Różycki, wyemigrował w dalekie strony Igor Jaszczuk i tak to wszystko się jakoś potoczyło, że w tej chwili zamiast wielu autorów, jest ich paru, za to skład zespołu jest bardziej zelektryfikowany. W tej chwili ze składu założycielskiego zostało tylko nas czworo: Jan Kondrak, Piotr Selim, Jola Sip i ja.

- Jola Sip jest postacią arcyciekawą w nurcie piosenki poetyckiej, ponieważ jak powszechnie wiadomo wykonuje dwie - wydawałoby się - skrajnie różne czynności: z jednej strony jej życie to Kraina Łagodności, z drugiej natomiast jest...

- ...brązową medalistką Mistrzostw Polski Tae-Kwon-Do (smiech).


Lubelska Federacja Bardów (Piotr Selim Jan Kondrak) fot. Mohylek

Jan Kondrak (fot. Ewa Piątek)
- Jeden z moich byłych kolegów radiowych zwierzył mi się kiedyś, że poprosił rodzinę, aby na jego pogrzebie wybrzmiał wasz "Ataman".

- To jest piosenka ludowa, która z pochodzenia tak naprawdę jest piosenką rosyjską i rzeczywiście jest to utwór niezwykły, bo w tej chwili na Ukrainie, tam gdzie jest wojna, śpiewa się tę piosenkę po jednej i po drugiej stronie. Jan często o tym mówi i ja też podobnie czuję, że tak naprawdę jest to piosenka o żołnierzu pozostawionym na śmierć przez swojego dowódcę. W niechlubnej historii świata zdarza się to nieustannie: dowódcy, wodzowie, politycy, wysyłają na śmierć w swoim imieniu ludzi młodych, zaślepionych jakimiś bałamutnymi hasłami, czy jakąś dziwną ideologią.

- "Wstań przyjaciółko moja" z wyraźnymi odniesieniami do "Pieśni nad pieśniami" ze Starego Testamentu utrzymana w hipnotycznym, tanecznym rytmie z udziałem skrzypiec, przypomina mi trochę swoją strukturą cohenowski "Dance me to the end of love" i jest drugą po "Atamanie" moją ulubioną pieśnią Lubelskiej Federacji Bardów.


fot. Marek Jamroz
- Tak, zdecydowanie Jan napisał "Wstań przyjaciółko moja" i jeszcze parę innych utworów na podstawie "Pieśni nad pieśniami". Są tam nawet pewne zwroty użyte dosłownie z tłumaczenia Czesława Miłosza, a część jest parafrazowana i dlatego to tak pięknie i nieoczekiwanie brzmi. Mało tego, trzeba też pamiętać, że do tego wzniosłego stylu pisania odwoływał się swego czasu także Edward Stachura, który jest mistrzem Jana Kondraka. Stachura jest także - co tu ukrywać - naszym mistrzem i jest to jeden z najwybitniejszych nie tylko poetów, ale pisarzy polskich.


fot. Marek Jamroz
- Na twoim najnowszym albumie Akustycznie obok klasycznej gitary i bałałajki możemy także usłyszeć bandżo, ukulele a nawet starożytny oud.

- Ja jestem jakby prezesem tego przedsięwzięcia, ale gram tam tylko na gitarze, natomiast na oud, na bałałajce, na bandżo i na ukulele gra Jakub Niedoborek, który jest mistrzem gitary flamenco. Jest on też u nas w Polsce jednym z najbardziej utytułowanych i najbardziej cenionych pedagogów gitary klasycznej.

- Wielokrotnie występowałeś na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu.

- Tak, a pierwszy raz miałem wystąpić w Opolu jako ten, który przeszedł kwalifikacje Debiutów. Tylko że w międzyczasie - i to znów jest ten słynny długi rok pomiędzy 1993 a 1994 - dostałem te nagrody na Festiwalu Studenckim w Krakowie, a jednym z jurorów opolskich Debiutów i Festiwalu w Krakowie był ten sam człowiek - Jan Poprawa, który stwierdził, że festiwal krakowski ma dłuższą tradycję, czyli jest festiwalem, który jest starszy. I on nie bardzo by chciał, żeby laureat Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie był weryfikowany jeszcze przez inny festiwal. W związku z tym zaśpiewałem w Opolu już jako laureat Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie, a w Debiutach już nie brałem udziału. I bardzo dobrze, bo wtedy Debiuty wygrała Justyna Steczkowska (śmiech).


Rozmowa z Adamem Nowakiem w Poznaniu nie tylko o Opolu (fot. DeKaDeEs Kroniki Poznania)
- Rozmawiałem niedawno z Adamem Nowakiem z Raz, Dwa, Trzy, który powiedział mi, że "scena amfiteatru [opolskiego - przyp. red] stała się miejscem do osiągnięcia wszelakimi metodami jak najszybszego, spektakularnego efektu medialnego. Piosenka przestaje tam być potrzebna. Przestają tam nawet wybrzmiewać te starsze piosenki w nowych wykonaniach i aranżacjach, które stanowiły o sile tego miejsca. Kto by dziś dopuścił choćby do konkursu Debiutów Marka Grechutę, czy Ewę Demarczyk? Usłyszeliby, że to co robią jest mało festiwalowe". Czy istnieje według ciebie realna szansa, żeby festiwal opolski powrócił do realizowania wartości artystycznych?

 
Ewa Demarczyk (fot. Jan Popłoński)
- Nie wiem. Przede wszystkim nie myślałem o tym i nie zastanawiałem się nad tym. Nie mam na to żadnego wpływu i w związku z tym nie zaprzątałem sobie takimi rzeczami głowy. Mam wrażenie, że musiałoby to być zupełne odświeżenie formuły, musiałoby to być odcięcie tego festiwalu od telewizji, a być może musiałoby to nawet być zupełnie inne miejsce. Mówimy tu o Festiwalu Piosenki Polskiej i to powinno być w tym wszystkim najważniejsze. Nie telewizyjny festiwal celebrytów, nie SuperJedynka czy jakieś inne nagrody przyznawane przez Show business sobie samemu, tylko Festiwal Polskiej Piosenki! A poza tym myślę, że nie mnie to oceniać, bo po pierwsze nie siedzę w tym aż tak głęboko, a po drugie nigdy też nie byłem jakąś wielką gwiazdą tego festiwalu, żeby teraz czegoś żałować (śmiech).

fot. Marek Jamroz
- Jesteś natomiast bezsprzecznie gwiazdą polskiej sceny poetyckiej.

- I to też nie jest właściwe określenie, bo w tym nurcie nie mówimy o gwiazdach. Jestem jednym z reprezentantów tej sceny. A propos Festiwalu w Opolu, słowo gwiazda kojarzy mi się niezbyt dobrze, ponieważ w tym świecie pięciominutowym, w jakim przyszło nam żyć, określenie "gwiazda", oznacza właściwie taki meteoryt, czyli... coś, co trafia na szczyt, potem ma swoje "5 minut" i zaraz potem spada. Musi być duży bum, dużo pieniędzy musi zostać zarobione, a potem ciach i za chwilę będzie ktoś następny, bo teraz przyjdzie pora na kogoś młodszego (śmiech).


- Często występowałeś za granicą, między innymi w Wiedniu, Paryżu, Nowym Jorku, Lwowie i wielokrotnie... w Londynie. Ile razy u nas gościłeś?

- Trzy, albo cztery razy, razem z Lubelską Federacją Bardów. 

- W którym roku byliście po raz ostatni?

fot. Marek Jamroz
- Chyba w 2004. Bohdan Becla i Eva Becla wtedy nas zapraszali, a graliśmy w POSK-u. 

- Chociaż Adam Nowak powiedział mi, że nie ma czegoś takiego jak poezja śpiewana, to postanowiłem, że jednak zadam ci to pytanie. Jak postrzegasz kondycję tego nurtu w drugim dziesięcioleciu XXI wieku w porównaniu ze złotą epoką lat 60' i 70' kiedy to królowali tacy artyści jak Marek Grechuta czy Ewa Demarczyk? 

 
- Wiesz, były to zupełnie inne czasy i to czasy kreowały te postaci. Co do poezji śpiewanej: należałoby od razu postawić pewną definicję. Poezja śpiewana jest wtedy, kiedy ktoś bierze wydrukowany uprzednio przez poetę wiersz i opatruje go muzyką. W tej kategorii mieści się choćby "Bema pamięci żałobny rapsod" Cypriana Kamila Norwida zaśpiewany przez Czesława Niemena. Ponieważ jednak zwyczajowo przylgnęło, że poezja śpiewana to jest piosenka kameralna, to wszystkie podobnie wykonane piosenki wrzuca się do tego worka. Wystarczy, że wykonawca podaje tekst ze zrozumieniem w odróżnieniu na przykład od piosenkarza rockowego (to przykład - nie chcę wcale uogólniać).

fot. Marek Jamroz
- Raz, Dwa, Trzy jest tu na pewno bardzo dobrym przykładem balansowania pomiędzy rockiem i tym, co wielu ludzi rozumie pod pojęciem poezja śpiewana. 


- Ja bym to jednak nazwał piosenka autorską, bo to jest bardzo autorski teatr Adama Nowaka i te utwory powstawały jednak jako piosenki, a nie jako wiersze, do których ktoś napisał muzykę. Mam wrażenie, że poetyckie teksty Adama - bo jest tam przecież pewne nagromadzenie metaforyki, że śmiało można powiedzieć, iż są to utwory poetyckie - są to jednak utwory pisane jako piosenki. Natomiast, jeśli ktoś waży się skomponować coś do poezji Adama Mickiewicza czy Czesława Miłosza, to wtedy mówimy, że jest to poezja śpiewana. A wracając do twojego pytania o kondycję tej sceny, to wygląda to dziś bardzo odmiennie od tego, co działo się w latach 60' i 70', bo w tej chwili jest tak kolorowa młodzież i są oni aż tak różni od siebie i w tak różnych stylistykach operują, że to wszystko aż mieni się różnymi barwami. Nie ma dziś jednej określonej stylistyki muzycznej, ani też stylistyki tekstowej. To wszystko się w tak szerokie obszary rozlało, że wyszło poza wszelkie kategorie i poza wszelkie szufladki. Dlatego nikt tego całego młodego nurtu dziś już chyba nie nazwie poezją śpiewaną czy piosenka autorską, Każdy z nich jest po prostu bytem osobnym.

Tomasz Wybranowski (fot. Tomasz Szustek)
- Jak wspominasz Tomka Wybranowskiego?

- Jako przyjaciela. 

- Co powiesz o jego poezji?

- Bardzo dobry pisarz. Bardzo dobry, przytomny i wrażliwy człowiek. Przegadaliśmy mnóstwo czasu. On zawsze potrafił w tych rozmowach zaprowadzić nas w takie rejony, dokąd byśmy się nawet nie spodziewali zajść. Ma taką właśnie wrażliwość. Kiedy rozmawiamy, on kieruje, a my docieramy do nieoczekiwanych miejsc.

- Pytanie to nie padło z moich ust tylko dlatego, że dobrze znasz się z Tomkiem z licznych wieczorków poetyckich z czasów lubelskich. Ten napis Polisz Czart, który widzisz na mim T-shircie, to nazwa programu radiowego, który od miesięcy wspólnie realizujemy. Kiedy tak słucham jego i teraz ciebie, to muszę powiedzieć, że wy - twórcy z Lublina rzeczywiście macie bardzo specyficzny rodzaj wrażliwości, jaki poza tym regionem nie występuje. Gdybyś miał w kilku zdaniach określić tę waszą kulturową, specyfikę jakich słów byś użył?


- Lublin to nie tylko specyfika kultury muzycznej. Wszystko tu wynika z samego miejsca. A miejsce to jest spotkaniem Wschodu i Zachodu. Dawniej takim miastem był Lwów, ale od momentu, kiedy historycznie się to wszystko przesunęło, jest nim Lublin. W Lublinie krzyżowały się różne szlaki, przechodzili tędy Węgrzy, przechodzili Cyganie...

- Istniała też liczna diaspora żydowska.

- Przede wszystkim! Podczas wojny właściwie pół miasta przestało istnieć i mówimy tu nie o budynkach, tylko o ludziach, więc... tak, rzeczywiście te różne kultury się tutaj stykały, nawzajem przenikały się i wspierały. To był rodzaj takiego pokojowego współistnienia i jest to coś takiego, co w Lublinie jest niezwykłe do dziś.

- W muzycznej sferze chyba również. Z jednej strony wy, z drugiej Budka Suflera, a z trzeciej Bajm...


- Nie dzielimy się na strony! Nie ma barykad i podziału na gatunki. Kiedy Budka Suflera grała ostatni, pożegnalny koncert na Placu Zamkowym w Lublinie, było nam niezwykle miło, że muzycy tego zespołu zaprosili nas do udziału w tym koncercie. Wyszliśmy, zaśpiewaliśmy, wyraziliśmy im olbrzymi szacunek i naszą wieloletnią przyjaźń. Kiedy zeszliśmy ze sceny, dostaliśmy od nich wielką flaszkę whisky, czyli prezent, którego kompletnie nie spodziewaliśmy się (śmiech). To było niesamowite, a ich gest odebraliśmy tak, jakbyśmy dostali pałeczkę w sztafecie. Od starszych kolegów z Lublina. 

fot. Marek Jamroz
- Umownie rzuciłem Bajm, Budka Suflera i Lubelska Federacja Bardów, ale przecież nie wolno zapomnieć także o bardzo silnej lubelskiej scenie reggae...

- ...i o muzyce folkowej Orkiestry św. Mikołaja. 

- Także Lublin jawi mi się takim artystycznym konglomeratem wszystkiego tego, co w Polsce się dzieje. Odnoszę nawet takie wrażenie, że u was spotkało się jakby wszystko na raz. 

- Ale nie można tego też demonizować, bo jest to jednak miejsce, które jest zbyt blisko Warszawy. Centrum wszechświata jest w Warszawie, a Lublin tę siłę przebicia ma jednak o wiele, wiele mniejszą. 

- Pocieszę cię... Suwałki i tak mają gorzej.

Z Markiem Andrzejewskim
rozmawiał Sławek Orwat


Autorzy:
Justyna Urbaniak (Recenzja)

Jedyne co wie o sobie Justyna Urbaniak to to, że sobie odpowiada. Nie bierze odpowiedzialności za to, jak postrzegają ją inni. Bierze odpowiedzialność tylko za to, co sama zrobiła i powiedziała. Zmienia swoje życie według tego, co ją uszczęśliwią. Jej gust muzyczny.jest stały i bardzo szeroki.Muzykę jako formę ekspresji samej siebie odkryła dość późno. Otaczała ją, wypełniała, ale ona sama nie skupiała się na niej. Dopiero, gdy popadła w stan całkowitej alienacji i została z nią "sam na sam", odkryła jej moc. Podobno całkiem niezłe grała kiedyś na klawiszach. Instrument ten jednak nie pozostał na długo w jej życiorysie.  Podczas nabożeństw śpiewała hymny w scholi kościelnej, dzieli czemu do dziś jej zostało śpiewanie podczas prac domowych i zamiłowanie do imprez karaoke. Od zawsze uwielbiała wieczory przy ognisku, kiedy ktoś brał gitarę i zaczynał śpiewać. Czuła wówczas - jak sama mówi - przemożną chęć życia w szczęściu.Muzyka ją uszczęśliwia i określa kim jest. Słucha prawie wszystkiego. Nie rozumie zmiksowanych dźwięków, przypominających odgłos upadających sztućców i puszczanych w radiu piosenek pop, które bezlitośnie ja bombardują. Zawsze gdy zaczyna widzieć efekty celów postawionych przed sobą lub gdy czuje się dobrze, słucha reggae. Punk rock to dla Justyny te dźwięki, które dają jej siłę do walki z każdym dniem i z wszystkimi przeciwnościami, jakie los jej zsyła. Rock towarzyszy jej najczęściej i jest muzyka,jakiej słucha po przebudzeniu. Słucha tez muzyki poważnej, rockowych i metalowych ballad, bluesa, muzyki alternatywnej, skocznych melodii, ciężkiego brzmienia gitar i poezji śpiewanej Wracając do kawałków sprzed lat odkrywa nowe ścieżki, dostrzec coś, czego wcześniej nie widziała.  Stara się nie ograniczać. Ciągle odkrywa i poszukuje czegoś nowego. Muzyka ja określa i pomaga jej dokonywać wyborów, często życiowych. Dużą rolę w życiu Justyny odegrała tworczosc Renaty Przemyk i Comy. Bardzo dawno temu powiedziała, że "byłaby najnieszczęśliwszą osobą na świecie, gdyby przestała słyszeć, bo przestałaby słyszeć muzykę" i często wraca do tego stwierdzenia

Sławek Orwat (wywiad)

Muzyki słuchał wcześniej niż potrafił mówić. W dojrzałość wprowadził go stan wojenny. Przez półtora roku był redaktorem muzycznym tygodnika Wizjer oraz współorganizował dwie edycje WOŚP w Luton, gdzie także prowadził polskie programy w internetowym radio Flash i brytyjskim Diverse FM. W roku 2010 założył kabaret 3 x P, który wystąpił m.in w imprezie poprzedzającej zawody strongmanów Polska - Anglia. Z londyńskim magazynem Nowy Czas współpracuje od marca 2011. W latach 2012 - 2014 prowadził autorską audycję Polisz Czart na antenie brytyjskiego radia Verulam w położonym niedaleko Londynu St. Albans. W roku 2013 program ten był emitowany również na nieistniejącej już platformie radiowej Fala FM z siedzibą w kanadyjskim Toronto. Od lipca 2012 związał się z warszawskim magazynem JazzPRESS, a od października tego samego roku z wychodzącym w Sosnowcu muzycznym kwartalnikiem Lizard. Tłumaczenie jego wywiadu z Leszkiem Możdżerem ukazało się w brytyjskim magazynie LondonJazz. Pojedyncze publikacje jego tekstów pojawiły się się m.in. w londyńskim magazynie Lejdiz, wychodzącym w Edynburgu Pangea Magazine oraz na łamach toruńskich Nowin. Poza działalnością dziennikarską, od czasu do czasu można go także spotkać w roli konferansjera. Największą imprezą, jaką miał okazję zapowiadać dla blisko 2,5 tysięcznej widowni, był zorganizowany przez Buch IP w dniu 8-go marca 2014 londyński koncert, na którym wystąpiły Nosowska, Brodka i Maria Peszek.. W czerwcu 2015 wraz z Tomaszem Wybranowskim reaktywował Listę Przebojów Polisz Czart, która ukazuje się w każda drugą środę miesiąca na antenie NEAR FM w irlandzkim Dublinie. Od roku 2014 dołączył do najbardziej muzycznego polskojęzycznego portalu na Wyspach Brytyjskich - Polski Wzrok z siedzibą w malowniczym Bedford.