czwartek, 31 grudnia 2015

Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 78 - Herosi Rock’n’Rolla VII – Carl Perkins contra Chubby Checker

Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj  Część 9 tutaj  Część 10 tutaj Część 11 tuta jCzęść 12  tutaj  Część 13 tutaj  Część 14 tutaj  Część 15 tutaj   Część 16 tutaj  Część 17 tutaj  Część 18 tutaj  Część 19 tutaj  Część 20 tutaj Część 21 tutaj Część 22 tutaj  Część 23 tutaj  Część 24 tutaj   Część 25 tutaj  Część 26 tutaj Część 27 tutaj Część 28 tutaj  Część 29 tutaj Część 30 tutaj Część 31 tutaj   Część 32 tutaj Część 33 tutaj Część 34 tutaj  Część 35 tutaj  Część 36 tutaj  Część 37 tutaj Część 38 tutaj Część 39 tutaj Część 40 tutaj  Część 41 tutaj Część 42 tutaj Część 43 tutaj Część 44 tutaj  Część 45 tutaj Część 46 tutaj  Część 47 tutaj Część 48 tutaj  Część 49 tutaj Część 50 tutaj Część 51 tutaj Część 52 tutaj Część 53 tutaj  Część 54 tutaj Część 55 tutaj Część 56 tutaj Część 57 tutaj Część 58 tutaj Część 59 tutaj, Część 60 tutaj  Część 61 tutaj Część 62 tutaj  Część 63 tutaj  Część 64 tutaj Część 65   tutaj, Część 66 tutaj Część 67 tutaj Część 68 tutajCzęść 69 tutaj  Część 70 tutaj  Część 71 tuta Część 72 tutajCzęść 73 tutaj Część 74 tutaj  Część 75 tutaCzęść 76 tutaj Część 77 tutaj



W dotychczasowych spotkaniach w Galerii przedstawiłem największych z największych w dziedzinie rock’n’roll czy jak w przypadku Fatsa Domino także stylu rhythm and blues. Rok 1960/61 na światowych listach przebojów, na koncertowych estradach, na parkietach w lokalach z dancingami – to dominacja twista. Pomyślałem, że warto by było temu stylowi poświęcić czas w swoich Herosach. Ponieważ ważną rolę odegrał w połowie lat 50 - tych inny, zbliżony do rock’n’rolla a ważny w tej dziedzinie, mało znany styl rock-a-billy, więc doprowadziłem go konfrontacji tych styli. Carla Perkinsa wytypowałem na reprezentanta rock-a-billy a Chubby Checker miał reprezentować twist. Z stąd spotkanie moje w Galerii ARKADY zabrzmiało groźnie – „Carl Perkins contra Chubby Checker”. Contra – to termin, który zabrzmiał bardzo wojowniczo, wzywający na pojedynek pomiędzy muzycznymi stylami rock-a-billy a twistem czyli przedstawicielami tych styli, które wybrałem na bohaterów kolejnego spotkania w ARKADACH - Carla Perkinsa i Chubby Checkera. Może troszkę przeholowałem z tym pojedynkiem budując kontrowersyjną, słowną konstrukcję kolejnego spotkania z cyklu Herosi Rock’n’Rolla.


Carl Perkins
Style te diametralnie różniły się od siebie linią melodyczną i rytmem a jednak znalazły się w jednej, wielkiej rodzinie, nazwanej - Rock’n’Roll. Przygotowując się do spotkania, traktując je jako wszechnicę oświatową, chciałem uczestnikom Herosów wykazać zasadnicze różnice między stylami, które wywarły pomimo różnic, ogromny wpływ na światowe, społeczne przemiany, obyczajową wolność czy podniecająco estetycznie taneczne walory. Tym samym przyczyniły się do burzliwego rozwoju rock’n’rolla (taniec) na wszystkich kontynentach świata na przełomie lat 50/60-tych minionego wieku.

Słynne spotkanie 4.12.1956 w studio SUN RECORDS od lewej  Jerry
Lee Lewis, Carl Perkins, Johnny Cash oraz siedzący Elvis Presley
Rock-A-Billy, to wcześniejsza forma rock’n’rolla powstała z bluesa, country, boogie. Styl ten był w tempie nieco szybszym od rock’n’rolla a charakteryzował się tym, że z grającego zespołu wyróżniał się najbardziej dźwięk kontrabasu. Instrument kontrabas a nie gitara basowa był podstawowym w każdym zespole uprawiający ten styl. Również wczesne nagrania Jerry Lee Lewisa, Johnny Casha czy Roya Orbisona określane są jako rockabilly. Jednym z gatunków pochodnych temu stylowi jest psychobilly. Rock-a-billy przetrwał do dzisiaj, w Memphis organizowane są co roku festiwale połączone z konkursami piosenki tego stylu. Początki rock-a-billy, jak mówią znawcy tematu, zaczęły się właśnie w Memphis (stolica stanu Tennessee) w 1954 roku w studio Sama Phillipsa, Sun Records podczas nagraniowych sesji z Elvisem Presleyem. W zespole Elvisa w tym czasie grał na kontrabasie, świetny Billy Black. To Elvis dał początki rock-a-billy, łącząc bardzo odważnie country z muzyką czarnych (gospel, blues).


Billy Lee Riley z żoną Joyce i dwóch Wojciechów: Szymański i Mann
Za klasyk rock-a-billy uważa się pierwowzór tego stylu, wielki przebój króla rock’n’rolla Elvisa Presleya, „Thats All Right Mama”, kompozycji czarnoskórego piosenkarza Arthura Crudupa. Również w tym okresie w studio nagrywali, uważany za jednego z pionierów tego stylu, Billy Lee Riley - (największy rock-a-billista nagrywający w studio Sun Records, przyjaciel Wojka Szymona. Bill zaproszony był w 2000 roku przez Szymona i Wojtka Manna do Sopotu na dwa koncerty), Barbara Pittman – przystojna i piękna, wspaniała rock-a-billistka, wielbicielka twórczości, fanka i przyjaciółka Elvisa. Wojtek miał okazję poznać ją bawiąc kiedyś w studio Sun w Memphis. Barbara zmarła w dniu 21 stycznia w 2006 roku, kiedy Wojtek Szymon przebywał w moim domu. Przygotowywaliśmy się do wyjścia, do ARKAD na inaugurację Herosów gdy informację o śmierci Pittman telefonicznie przekazała nam Wojtka żona, Łucja). Inni, znani w tym stylu piosenkarze to, Carl Mann, Warren Smith, Gene Simmons, Jack Earls, Slim Rhodes czy bohater, którego wybrałem na najbliższe spotkanie
w Galerii ARKADY - Carl Perkins.


Carl Perkins
Carl Perkins (1932 – 1998) – amerykański gitarzysta i piosenkarz. Oczarowany Presleyem, choć był jego starszym kolegą, wybrał rock’n’roll. Wcześniej specjalizował się w country
i rock-a-billy. Po niezbyt wielkich osiągnięciach w rock’n’rollowym światku powrócił do muzycznych korzeni pozostając im wierny do końca życia tj country i rock-a-billy. W każdym utworze rock’n’rollowym, w jego interpretacji wyczuwa się ślady rock-a-billy, country. Nie był tak płodnym w nagraniach wykonawcą jak inni w tym okresie, kiedy na świecie eksplodował rock’n’roll. Perkins również komponował, pisał teksty. Jest autorem jednego z największych rock’n’rollowych przebojów Blue Suede Shoes, który to utwór rozsławił na świecie sam Elvis Presley. Możliwe, że niebieskie, zamszowe buty zaszufladkowały Carla Perkinsa. Był bardzo dobrym gitarzystą, jego wprowadzoną technikę gry na tym instrumencie - licksy (liźnięcia) - stosowali inni gitarzyści, tacy jak; John Fogerty (CCR), Brian Setzer czy słynny Beatles, George Harrison. Przez całe życie borykał się z alkoholem co przyczyniło się do pewnych zahamowań w muzycznej karierze, braku postępu i przedwczesnej śmierci. Był w Wielkiej Czwórce wykonawców w studio Sun Records, która na słynnym w grudniu 1956 roku, jam session, nagrała legendarną płytę, Million Dollar Quartet.


hula-hoop
Twist, to taniec towarzyski w takcie dwudzielnym, popularny w latach sześćdziesiątych XX wieku. Polegał na energicznym, jednoczesnym skręcie bioder, nóg i rąk. Popularnie mówiono, że taniec twist, to gaszenie pod butem równocześnie dwóch papierosowych niedopałków. Taniec, w którym partnerzy poruszają się po parkiecie bezkontaktowo, każdy sobie, nawiązuje do rock’n’rolla, bo można go również tańczyć krokiem, jive'a. Wcześniej, bo pod koniec lat pięćdziesiątych, była popularna, młodzieżowa zabawa podwórkowa, hula-hoop. Można powiedzieć, że podwórkowa zabawa  to protoplasta twista. Polegała ona na kręceniu kółkiem - przeważnie z tworzywa sztucznego o średnicy około metra - szyją, korpusem ciała, biodrami, nogami i rękami. Nie było dziewczyny, chłopaka, którzy nie próbowaliby tej podwórkowej zabawy na szkolnych dziedzińcach, w ulicznych zaułkach, gimnastycznych salach, również na lekcjach wychowania fizycznego, tak w szkołach podstawowych jak i średnich. Tańczyłem, bawiłem się w hula hoop również ja. Organizowano w szkołach zawody, konkursy a na polskich podwórkach zaniedbywano młodzieżową, tradycyjną grę w dwa ognie, w klasy, klipę, na rzecz zabawy w hula hoop. Szaleństwo hula hoop zawładnęło nie tylko dziećmi i młodzieżą, również dorosłymi na wszystkich kontynentach ziemskiego globu.


Chubby Checker
Chubby Checker (Ernest Evans) – urodził się 3 października 1941 roku w Spring Gulley w Południowej Karolinie a wychował się w Filadelfii w stanie Pensylwania. Amerykański piosenkarz rock’n’rolla znany z popularyzowania twista, dzięki piosence z 1960 roku The Twist. Przez znawców tematu uważany jest za niekwestionowanego króla tego stylu. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że uczęszczał do jednej szkoły ze znanym piosenkarzem - Frankie Avalonem, którego płyty długogrające (LP) mieliśmy w muzycznym skarbcu przy Placu Kościuszki 17. W 1964 roku ożenił się z Cathriną Lodders holenderka z pochodzenia, która w 1962 roku została Miss World. Właśnie Chubby Checkera wybrałem reprezentantem twista w konfrontacji z Carlem Perkinsem i stylem rock-a-billy. Twist, jeśli chodzi o formy tańca w odniesieniu do rock-a-billy, wywołał taneczną rewolucję, stał się bardziej popularny niż inne formy taneczne (tango, walc, fokstrot, jive czy rock’n’roll). Tańczyli wszyscy od dziecka do wieku starczego. Stał się na wiele lat, dla wielu pokoleń dominującym na parkietach świata. Zapoczątkował bezkontaktową, taneczną erę, która jak zjawisko osmozy przenikała, asymilując się z nią, w dyskotekową zabawę trwającą do dzisiaj.


Carl Perkins w akcji podczas festiwalu rock-a-billy w Memphis w 1968 roku
Sobota 27 maja 2006 roku, na długo przed rozpoczęciem spotkania tłumy fanów waliły do Galerii. Czułem, że kolejni herosi będą bardzo atrakcyjnymi reprezentantami swoich muzycznych styli. W cale się nie pomyliłem, mimo pięknej pogody lokal Galerii wypełniony był po brzegi. O rock-a-billy wiedziało niewielu, kiedy wchodzili do wewnątrz lokalu padało pytanie, - Antek co to jest rock-a-billy, co to za styl? Twist jako bezkontaktowy taniec był bardziej znany, do dzisiaj króluje na wszelkich potańcówkach, fajfach, zabawach, dancingach, prywatkach czy dyskotekach. Spotkanie rozpocząłem stylem rock-a-billy. Carl Perkins jak przystało na wybrańca tej formacji rozpoczął największym hitem swojej kompozycji Blue Suede Shoes. W Galerii ARKADY zrobił się natychmiast rock’n’rollowy nastrój by kolejne przeboje Honey Don’t, Matchbox i presleyowski hit That’s All Right Mama, wywołał na widowni niespotykaną euforię. Całkowite szaleństwo zapanowało nieco później gdy na ekranie ukazał się śpiewający Chubby Checker wykonując największe, rock’n’rollowe w rytmie twista covery jak; Good Golly Miss Molly czy All Shook Up.


Jak okazało się później było to preludium do tego co wydarzyło się, kiedy kończący swój występ Checker, zaśpiewał dwa nieśmiertelne hity, Let’s Twist Again i The Twist. Wszyscy w Galerii jak jeden mąż powstali z miejsc i swingując między stolikami zachowywali się jak na tanecznym, ekranowym parkiecie. Państwo Lambertowie (Barbara i Jurek) jako pierwsi rozpoczęli między stolikami kołatanie, kręcenie się przenosząc taneczny krok na środek lokalu. Do nich dołączyło kilku mężczyzn i kobiet, między innymi wymienię tych, których zapamiętałem - Bożena Dulas, jej siostra Monika i członek stowarzyszenia ALA, Rafał Rogowski. Ostatnie dwa utwory powtarzałem parokrotnie. Rafał, o słusznym wzroście i wadze jakby zapomniał o swoich parametrach, kręcił ciałem niczym mistrz Checker. Pociągnął za sobą innych i w Galerii zrobiło się jak za dawnych lat bywało w naszych lokalach - Literacka czy Jagódka. Dziś mogę powiedzieć, że od strony rozrywkowo tanecznej, ze wszystkich dotychczasowych spotkań, pod względem ogólnej zabawy było najwspanialszym w cyklu Herosi Rock’n’Rolla. Za niespełna 10 dni, 19 stycznia, minie 16 lat jak zmarł Carl Perkins. By czytającym portal „nasz tomaszow” przypomnieć a młodemu pokoleniu przybliżyć postać, jednego z największych prekursorów rock’n’rolla, country, rock-a-billy, sięgnąłem do swojego archiwum, w którym odnalazłem liderów pojedynkujących się w muzycznych odmianach rock’n’rolla, to jest rock-a-billy kontra twist.

środa, 30 grudnia 2015

Wiesław Kaczmarek rozmawia z Gwiazdami: Adam Fulara i Full - X. Święto muzyki w Ostrzeszowie - koncert 27.12.2015 rok / Full – X Trio /... Kawiarnia - BASZTA - Ostrzeszów - Polska.

Wiesław Kaczmarek. Dziennikarz niezależny/Dziennikarz Obywatelski. Mieszkam w niedużym mieście OSTRZESZÓW w Wielkopolsce. W naszej miejscowości i regionie bardzo dużo się dzieje w Kulturze/muzyka – malarstwo – poezja – fotografia – historia i inne. Ostatnio regularnie umieszczam artykuły w gazecie: Nasze Strony Ostrzeszowskie oraz w prasie regionalnej. W tej redakcji znajdują się dziennikarze, którzy chcą ze mną współpracować oraz drukować w swej ciekawej gazecie moje artykuły. Interesuje mnie głównie fotografia reporterska. Brałem udział w dwóch wystawach fotograficznych. Na przełomie Lutego/Marca 2016 planowana jest moja wystawa Fotografii w Ostrowie Wlkp/Galeria 33. Urodziłem się w 1953 roku. Moja młodość to Wrocław lata 1970/81. Spotkania, koncerty w Piwnicy Świdnickiej – Klubie dziennikarza – Szklanym Pałacu / studenckim. Wspomnienia zespołów PAKT oraz ROMUALD & ROMAN, OSJAN, koncerty Cz. Niemena w Filharmonii  oraz sławny – Jazz nad Odrą. Tam też poznałem osobiście czołówkę gwiazd kina: B. Łazukę – K. Sienkiewicz – T. Rossa / podczas kręcenia filmu MOTOCROS. Czuję się wspaniale, młodo i chętnie rozmawiam z piosenkarzami, aktorami, ludźmi sztuki i fotografii. Jestem szczęśliwy i radosny.


- W zapowiedziach koncertu organizatorzy użyli określenia „święto muzyki”, czy to nie jest Pana zdaniem zbyt odważny tytuł? W Ostrzeszowie odbywają się przecież też inne koncerty. 

Adam Fulara: Jeśli chodzi o ścisłość powiedziałbym „święto muzyki improwizowanej” i nie ma w tym stwierdzeniu przesady, ponieważ w Ostrzeszowie poza naszymi nie odbywają się w ogóle koncerty muzyki improwizowanej, a i te są rzadko. Tak zwana „kultura wysoka” w muzyce to dziś dwa nurty akademickie: pierwszy to muzyka klasyczna, drugi to właśnie muzyka improwizowana, czyli szeroko pojęty jazz. O ile koncerty klasyki zdarzają się w Ostrzeszowie, o tyle muzyki improwizowanej nie ma.

- Co jest takiego wyjątkowego w muzyce improwizowanej, że zaliczana jest właśnie do wspomnianej „kultury wysokiej”?

Adam Fulara: Inny jest proces twórczy. Gdy idziemy na koncert popowy, czy rockowy oczekujemy utworów zagranych w wersji płytowej, wykonawca jest zatem odtwórcą, nawet jeśli skomponował utwór. Z tego powodu kolejne koncerty tego samego wykonawcy są bardzo do siebie podobne. Dla samego wykonawcy każdy kolejny koncert jest „dniem świstaka”. Inaczej ma się sprawa w przypadku improwizacji – utwory zaczynają się ustalonym tematem, ale potem jest otwarta część improwizacyjna, w którą włącza się cały zespół – inaczej niż w przypadku tzw. solówek rockowych, które są zaledwie namiastką improwizacji zespołowej. Ten sam utwór na naszym koncercie niekiedy może trwać 3 minuty, a niekiedy kilkanaście. Dlatego mają sens nawet organizowane czasem „maratony koncertowe” w czasie których zespół gra koncerty przez np. 3 dni w tym samym miejscu, z tym samym improwizowanym repertuarem, ale każdy koncert jest inny i różnice (jak choćby czasy utworów) są ewidentne nawet dla laika. Ten sam program zagraliśmy na koncercie we Wrocławiu kilka dni temu, wtedy graliśmy ok 75 minut, tu graliśmy 120.

- Czy jest to muzyka naszych czasów?

Adam Fulara: Nie. Tradycja improwizacji jest w muzyce od zawsze. W muzyce poważnej była obowiązkowa do początku XX wieku, a ten kto nie potrafił improwizować, był uważany za słabego muzyka. Najwięksi improwizatorzy to Bach, Chopin, Mozart i Beethoven. Na przykład król Prus Fryderyk II zaprosił Bacha na koncert na którym poprosił o zaimprowizowanie fugi na temat, który sam wymyślił. Bach odmówił, ale zagrał improwizację opartą o przygotowany temat, potem jednak wrócił do domu i skomponował na królewskim temacie utwór znany dziś jako „Muzyczna ofiara”. Bach improwizował dla króla godzinę na jednym temacie - to tak jakby dziś dać gitarzyście godzinę na zagranie solówki do jednej piosenki na dodatek bez zespołu towarzyszącego. Bach uważany był za znacznie lepszego improwizatora, niż kompozytora. Dziś też improwizacja jest bardzo ważnym elementem muzyki jako sztuki jest nauczana na uniwersytetach i wykonywana w klubach jazzowych. Takim klubem stała się „Baszta” w dniu naszego koncertu.

- Dlaczego muzyka została podzielona na początku XX w. na improwizowaną i zaaranżowaną? 

Adam Fulara: Chodzi o specjalizację i szybkie efekty nauczania. Niezaprzeczalny jest fakt, że od czasu tego „rozdzielenia” improwizatorów od rzemieślników czytających nuty nie mieliśmy żadnego wielkiego kompozytora formatu np. Chopina. Można porównać ten proces do uczenia się włoskich piosenek poprzez ich naukę na ucho - fonetycznie, bez znajomości języka włoskiego. Dla słuchaczy nie ma znaczenia, czy piosenka „Felicita” zaśpiewana jest fonetycznie, czy wokalista zna język włoski. Ma to znaczenie jednak, jeśli ten sam muzyk miałby skomponować kolejną włoską piosenkę, albo zaimprowizować część piosenki po włosku, wtedy bez języka ani rusz. Pokazałem to ostatnio na przykładzie Oli Danielskiej, która przeistacza się z wokalistki „fonetycznej”, potrafiącej wyłącznie skopiować piosenkę, w wokalistkę świadomą, znającą język muzyki, która z piosenką potrafi zrobić wszystko. Brakuje takich wokalistów...
Chciałem tu zaznaczyć, że improwizacja nie jest domeną wyłącznie jazzmanów. Improwizatorami byli np. Michael Jackson (śpiewał standardy jazzowe w młodości) i Freddie Mercury, choć u szczytu sławy nie śpiewali oni koncertów improwizowanych.

- Jest to muzyka dla znawców i snobów?

Adam Fulara: Nie. Jest to muzyka dla każdego słuchacza o otwartych horyzontach, a jak powiedziałem w czasie koncertu – wysłuchanie go nie przekracza słuchowych i intelektualnych możliwości żadnego normalnego człowieka. Niezaprzeczalny jest tez fakt znacznie bogatszych doznań estetycznych w obcowaniu z tą muzyką podobnie jak w przypadku muzyki klasycznej. Twierdzenie o „snobach” to wymysł popkultury związany z małą popularnością muzyki improwizowanej. Był Pan na koncercie, wysłuchał go w całości. Mam nadzieję, że nie był to czas stracony. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze z innego powodu – brakuje jej w mediach. Nasze utwory pojawiały się w Trójce, ale i tak sądzę, że czas antenowy przeznaczony na muzykę improwizowaną w tej rozgłośni to mniej niż 5%.

- A jakie są Pana dalsze plany związane z muzyką?

Adam Fulara: Z Michałem Bednarzem i Tomkiem Fularą - moim bratem – przygotowujemy nową płytę o roboczym tytule „Triple Timing”. Jak Pan słyszał w czasie koncertu – na nowej płycie będzie wiele nowych dla nas rzeczy na przykład polirytmy. Na koncercie zagraliśmy utwór „352 stars” z polirytmem 3:5:2 i improwizacją polifoniczną. Poza tym z Aleksandrą Danielską gościnnie występującą na koncercie planujemy nagrać nowatorską, bardzo odważną wersję standardu „Summertime”, a sam też kończę pracę nad podręcznikiem „Podstawy teorii improwizacji dla każdego” połączonego ze zwrotnym systemem multimedialnym – to innowacja pedagogiczna o której rozmawialiśmy ostatnim razem. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa ABsonic prawdopodobnie na początku 2017 roku. Przygotowuję się też do festiwalu gitarowego w Słupsku.

- Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.


Rozmawiał Wiesław Kaczmarek / zdjęcia: Wiesław Kaczmarek / Ostrzeszów.

środa, 23 grudnia 2015

22 grudnia i 2 stycznia w Londynie wystąpi doskonale znany Czytelnikom Muzycznej Podróży Mark Olbrich Blues Eternity - zdobywca tytułu bluesowej płyty roku w Polsce. UWAGA! Wielka promocja piwna!


22 grudnia – Jackdaw Jazz Cafe 
201 Lower Clapton Road, Hackney, London E5 8EG 
Wstęp wolny przed 21:00, potem £ 5.00 

PROMOCJA! pierwszych 10 polskich fanów, którzy zgłoszą się do Marka Olbricha w przerwie między setami i powołają się na mój anons - dostaną piwo za darmo – a piwo w Jackdaw jest przednie!
Chętni proszeni są o kontakt ze mną na fb 

***
2 stycznia – Jazz Cafe POSK 20:30  £12.00 
Dla pierwszych 20 widzów -  także promocja piwna! 

 Najdłuższy wywiad mojego życia to rozmowa właśnie z Markiem Olbrichem zwanym Bestią, a znajdziecie ją tutaj

fot. Tomasz Woźniak

sobota, 19 grudnia 2015

Lista Przebojów Polisz Czart - NOTOWANIE 18 (UWAGA!!! Klikasz w tytuł pierwszej 20-ki i oglądasz teledysk!!!)




1 50 +49 1 Pora Wiatru W tłumie
2 - - N 1 Korpus Nafta
3 - - N 1 4INT Droga
4 - - N 1 Janusz Raptus Wasciński Za głosem serca
5 1 -4 2 BIGQueens  I Feel The Same
6 - - N 1 Iza Kowalewska Nocna zmiana kobiet
7 46 +39 1 Leski Ulotny
8 - - N 1 Horytnica Już nie musimy umierać
9 31 +22 1 Blend Moja M 
10 21 +11 1 The Cookies Kickin
11 - - N 1 BIGQueens  Na koniec świata
12 - - N 1 Marek Dyjak Modlitwa
13 - - N 1 Katedra feat. Ania Rusowicz Wicher wieje
14 12 -2 1 Strain Białe miasto
15 - - N 1 Hey Lot pszczoły nad tymiankiem
16 - - N 1 Regres Znów jestem
17 - - N 1 H5N1 Warto żyć
18 24 +6 1 Tomek Lipiński Ku swojemu zdumieniu
19 - - N 1 Olaf Jasiski Tożsamość
20 27 +7 1 Xazz I'm Going Home
21 - - P - Fryderyk Nguyen Margaret Came Home
22 - - N - Bezbarwni Babcia gra w pokera
23 - - N - ANN Zerwanie kontaktu bojowego z zyciem
24 8 -16 1 Regres Skończyłem z tobą 
25 28 +3 - Bartek Grzanek Jak duch
26 40 +14 - Fisz Emade Tworzywo Ślady
27 - - N - Saluminesia Budzimy się
28 7 -21 1 P.A.G.E. Polska
29 - - N - CATSELF feat.Saint NicholasOrch Alien Vampiress Is Fitting In
30 45 +15 - Animators Whatever I Said Whatever  
31 37 +6 - The Walkers Black'N'Bad
32 - - P 2 The Broken Bridges Endless Road
33 33 - - - Piotr Woźniak Tango Mortale
34 - - N - KaAtaKilla Zawrzeszczeć ciszę
35 - - N - Variete Polska B
36 - - N - SteelFire Lolita 
37 35 -2 - Radogost Raróg  
38 9 -29 1 Mindfield Find Myself  
39 22 -17 - Night Mistress Hand Of God
40 26 -14 - Diaboł Boruta Kikimora i zboże
41 15 -26 1 Turbo Myśl i walcz 
42 - - P - Lipali Popioły
43 48 +5 1 Harmfool Piku Piku 
44 - - N - Julia Marcell Superman
45 - - N - PsychoPigs Calves On Speed
46 36 -10 - Lion Shepherd Lights Out
47 39 -8 2 Edyta Bartosiewicz Żołnierzyk 
48 - - N - Human Bazooka The Day After All
49 49 - - 1 Kazik i Kwartet ProForma Kalifat 
50 - - P - Syndrom Kreta Luzak














Poranek jazzowy w kinie Muranów - 19 grudnia o godz. 11:00

Fundacja Jazz Jamboree i Fundacja Muranów zapraszają dzieci z rodzinami na niezwykłe spotkanie z muzyką i filmem. Repertuar poranku stanowią znane i lubiane filmy animowane dla najmłodszych, a znani i popularni jazzmani są autorami tła muzycznego wykonywanego równolegle z wyświetlanym filmem. Muzyczna interpretacja „obrazu” to improwizacja artystów, którzy za każdym razem tę samą historię mogą opowiedzieć innym „muzycznym językiem”. Językiem ambitnym, magicznym, ale nie trudnym, nawet dla najmłodszego widza. Poranek jazzowy udowodni, że jazz nie jest muzyką niezrozumiałą, trudną, a pobudza wyobraźnię najmłodszych odbiorców.



Na żywo zagrają zespoły Blues Fellows Swingin’ Band & Ewa Konarzewska oraz Warsaw Dixielanders. Ale to nie wszystko! Po projekcji zapraszamy dzieci i rodziców na warsztaty artystyczne. Świetna lekcja wyobraźni dla każdego dziecka.


Podczas pokazu zostaną przedstawione następujące bajki:
Podwodna wycieczka Bolka i Lolka,
Reksio i pielęgniarz,
Pampalini i Yeti,
W zbójeckim obozie,
Wyspa

Bilety w cenie 15 zł.
Zapraszamy! | muranow.gutekfilm.pl

19 grudnia z Żorach odbędzie się koncert z okazji 30-lecia istnienia zespołu Psy Wojny. Oprócz Jubilata zagrają m.in. Farben Lehre, KSU, Sedes, Bulbulators i Defekt Muzgó


czwartek, 17 grudnia 2015

Boże Narodzenie mam teraz co trzy miesiące - z Robertem „Litzą” Friedrichem rozmawiają Jakub Mikołajczyk i Sławek Orwat - Nowy Czas, Londyn grudzień 2015

fot. Marek Jamroz
fot. Monika S. Jakubowska
Kuba: Wspólnota neo... kate... chumenalna... 

Litza: Neokatechumenalna od słowa katechumenat. Wielu ludzi ma problem, żeby wymówić słowo neokatechumenat dlatego, że źródłosłów pochodzi od słowa katechumen. W pierwotnym Kościele byli to ludzie, którzy przygotowywali się do chrztu i to, co przechodzili, to był właśnie katechumenat. Wspólnota, w której ja jestem, to neokatechumenat, czyli NOWA, ale ta nowość polega na tym, że kiedyś ludzie przygotowywali się przed chrztem. Teraz wszyscy jesteśmy ochrzczeni jakby z urzędu, ale nie mamy żadnego wtajemniczenia i wprowadzenia w chrzest i nie wiemy, czym tak naprawdę jest Chrześcijaństwo. Siłą rozpędu jest tradycja itd, ale ci co chcą, mogą jakby cofnąć się trochę niezależnie od tego, czy są ochrzczeni czy nie, zrobić ten katechumenat, zobaczyć czym jest Chrześcijaństwo i czy ja w ogóle w to wchodzę, czy nie.


fot. Marek Jamroz
fot. Monika S. Jakubowska
Kuba: U Wojewódzkiego powiedziałeś, że uczysz się wiary. Nauczyłeś się już?

Litza: Wiesz co, myślę, że ta nauka skończy się dopiero parę godzin po śmierci (śmiech).

Sławek: 1994 rok. Czy to był twój przełom?

Litza: Nie! Media z jakimś oślim uporem powtarzają rzecz, która nie jest prawdą. W 1984 roku poznałem Dobrochnę, fajną dziewczynę i byliśmy najpierw kumplami, przyjaciółmi, potem jakby chodziliśmy ze sobą i byliśmy narzeczonymi. W 1988 roku przyjęliśmy sakrament małżeństwa i ja przed tym świadomie przygotowywałem się do bierzmowania. Wcześniej nie bylem za bardzo w parafii, więc bierzmowany bylem dopiero jako 20-latek i to był początek mojego powrotu do Kościoła. Ja to powtarzam za każdym razem, ale to wraca, a rok 1994 - rok operacji zastawek wręcz przeciwnie u mnie zadziałał.


fot. Marek Jamroz
fot. Monika S. Jakubowska
Miałem wtedy wielki bunt i niezrozumienie tego cierpienia, tych doświadczeń. Nie umiałem tego odczytać w kontekście bycia w Kościele i mojej relacji z Bogiem i wtedy okazało się, że ja nie mam wiary, tylko mam jakąś naturalną religijność, która jest nacechowana jakimś lękiem, że jak nie zrobię pewnego kultu, nie pójdę na mszę, nie pójdę do spowiedzi, nie pójdę do komunii, to Ten, który mnie podobno kocha, będzie mi złorzeczył, albo nie będzie mi sprzyjał. Ale to nie jest Chrześcijaństwo. To jest pogańska religijność naturalna i każdy człowiek ją ma - złożyć Bogu ofiarę, żeby On mi błogosławił. Po tych operacjach stwierdziłem, że tak nie chcę żyć i w ogóle przestałem się modlić, zakazałem w domu się modlić i powiedziałem KONIEC! Z tego letargu i z pustki, która pojawiła się kilka miesięcy po operacji wyprowadził mnie Tomek Budzyński z Armii, który zaprosił mnie na katechezy, Na tych katechezach w parafii w Poznaniu usłyszałem parę słów nadziei i to zachęciło mnie, żeby ruszyć ze wspólnotą, która z tych słuchających ludzi właśnie wtedy się rodziła. 21 lat już jesteśmy razem we wspólnocie i tam uczymy się wiary i dzisiaj wiem jaka jest różnica miedzy wiarą a religią i to jest bardzo ważne dla mnie.


fot. Monika S. Jakubowska
fot. Monika S. Jakubowska
Sławek: Naliczyłem aż 8 znanych kapel, w jakich masz lub miałeś udział plus dwie grupy z początków twojego muzykowania. Do Luxtorpedy dorastałeś poprzez Turbo, Acid Drinkers i inne zespoły. Jak kształtowała się twoja muzyczna tożsamość i dlaczego odnalazłeś się akurat w ciężkich brzmieniach?

Litza: Początek mojej muzyki wiązał się na pewno z ucieczką. Problemy jakie mieliśmy w domu, rodzice, którzy się rozwiedli i różne problemy z alkoholem w domu powodowały, że ja jako młody, dorastający nastolatek jakby nie umiałem sobie poradzić z tą rzeczywistością i uciekałem w muzykę. Grałem sobie i marzyłem. Wystarczyło, że brałem gitarę, grałem na niej i już przenosiłem się w świat, w którym było mi dobrze. Potem rodziły się rożne kapele punkowe jak Sajgon, skąd wzięli mnie metalowcy do trashowej kapeli Los Desperados. Na dwie centrale graliśmy. To była nowość wtedy! Podobało mi się tam, bo oni grali w sumie bardzo podobnie do punkowych zespołów. Potem był Acid Drinkers, potem dopiero było Turbo, a dopiero jak Titus wyszedł z wojska, to Acid Drinkers zaczął funkcjonować jak normalny zespół, a potem... tych zespołów było dużo.


fot. Marek Jamroz
fot. Monika S. Jakubowska
Sławek: Creation of Death...

Litza: Flapjack...

Kuba: A propos Creation Of Death... Twoje teksty często mówią o Bogu. Może nie dosłownie, ale przekaz jest jasny, mówią o określonych wartościach. Zastanawiałeś się dlaczego polscy katolicy nie znają niektórych zespołów, w których grałeś?

Litza: Creation of Death tak naprawdę nazywał się Jerusalem, tylko że kiedy nagraliśmy płytę i wysłaliśmy ją do Anglii, to Music For Nations i Tomek Dziubiński - człowiek, który nas prowadził, jakby managerował, stwierdzili, że Jerusalem jest bardzo słabą nazwą dla tak mocnej, metalowej kapeli. Dostałem od nich wtedy płytę analogową, patrzę... a na okładce, gdzie był krzyż jerozolimski i ludzie, którzy wyciągają do niego ręce, jest taki znak radioaktywny, taki jak ten "Buch" [tu Litza wskazuje na mój T-shirt z czaszką autorstwa Krzysztofa Grabowskiego z Dezertera] i napis Creation of Death.


fot. Marek Jamroz
Mówię - kurna, co to jest? Gdzie jest nasza nazwa? On na to - nazwa się nie podobała wytwórni. Nazywacie się Creation Of Death. Ja mówię - jesteście wieśniakami! Tylko dlatego, że Kreator i Death byli na topie, to zrobiliście Creation Of Death? Zmieniliśmy tę nazwę potem na COD, ale byłem wtedy bardzo zły. To było pionierskie granie w Polsce. Śpiewaliśmy Psalm 69 i tak naprawdę to były czasy mojej religijności naturalnej. Bardzo wtedy moralizowałem, jakby wymagałem itd. Muzyk rockowy jest takim stworzonkiem, które zawsze w muzyce wyraża siebie i to, czego chciałby i w tym czasie bylem akurat taki, śpiewałem takie rzeczy i było to pionierskie.


fot. Monika S. Jakubowska
Kuba: Dlaczego przestałeś? Co takiego się stało?

Litza: Gdzieś się to rozsypało. Tomek Goesh miał trochę problemów rodzinnych i zdrowotnych i w końcu się to rozpadło.

Kuba: Skąd wzięło się w Kościele takie spojrzenie na muzykę heavy metalową, ze jest ona zła, a nawet satanistyczna? Przecież Luxtorpeda to też są ciężkie riffy...

Litza: To nie muzyka, to nie forma, ale treść. Można by było bardzo dużo na ten temat mówić. Niczego nie chcę usprawiedliwiać, ani nie mam prawa wyrokować jakieś opinie na ten temat. W muzyce zawsze ważna jest treść i intencja. Jeżeli ona wynika z jakichś depresji, braku szacunku do życia, wynika z niechęci lub idzie w stronę śmierci, to jest to muzyka, która nie niesie ze sobą nadziei, życia i tego, co może drugiemu człowiekowi dać wiatru w żagle i powiedzieć mu - życie jest piękne! Natomiast podsumowywanie, ze coś jest satanistyczne, to... kiedyś Dickinson fajnie powiedział, że z satanizmem ma niewiele wspólnego, a jedyne co mógłby podejrzewać, że jest związane z satanizmem, to jego księgowy. Ja myślę, że właśnie finansjera, życie ciała, wyuzdanie...


fot. Monika S. Jakubowska
Graliśmy w tym roku z KNŻ w Liverpoolu i o godzinie 23:00 niezależnie od panującej akurat temperatury na ulice wyszło pełno kuso ubranych nastolatek. Wyglądały trochę jak prostytutki... Byliśmy z żoną bardzo smutni, bo powiedz mi, czy może być coś smutniejszego i gorszego od takiego widoku? Tam dopiero jest zło, ale to zło wynika z głupoty, nieświadomości, braku szacunku do życia i do wartości, bo nie składamy się tylko z białka.i nie jesteśmy tylko materią. Dla mnie ważne jest pytanie - czego ja szukam dzisiaj w życiu? Dobra czy zła, życia czy śmierci? Ewangelia zadaje pytanie - kim Chrystus jest dzisiaj dla ciebie i to jest pytanie do mnie. Ja nie mam prawa oceniać innych.


fot. Monika S. Jakubowska
Cieszę się, że ja nie muszę sądzić, że jest Bóg, który to osądzi i mało tego... On to zrobi sprawiedliwie! Ja mogę to osądzić na podstawie własnych afektów, różnych chwilowych predyspozycji i będzie to zawsze niesprawiedliwy sąd nad drugim człowiekiem, a Bóg jest sprawiedliwy. Ufam, ze to co robimy, ma jakiś wpływ i nie zostaje bez echa na otoczenie. Sumując, nie chcę bronić jakiejkolwiek muzyki, ani nie chcę bronić tego nowoczesnego człowieka, dla którego ważny jest pieniądz i ciało. Ja nie chcę sądzić, bo od tego jest Bóg.

Sławek: To co mnie zawsze najbardziej urzekało w twojej twórczości, to zespól 2Tm2,3. Po raz pierwszy zetknąłem się tam z muzyką stylistycznie różnorodną, a jednoczenie tak mocno osadzoną w Jarocinie. Tam jest reggae, tam jest rock i tam jest heavy metal z tekstami opartymi na Biblii. Była to pierwsza i chyba jedyna do tej pory chrześcijańska kapela na tak wysokim poziomie. Jak zetknęliście się ze sobą?


fot. Monika S. Jakubowska
fot. Monika S. Jakubowska
Litza: Po pierwsze to rzeczywiście to co robi 2Tm 23 jest związane z Jarocinem dlatego, że tworzy ten zespól pokolenie, które w Jarocinie się wychowywało i ten eklektyzm 2Tm 2,3 wynika z tego, że jest tam Darek Malejonek, jest Tomek Budzyński, jestem ja i jest przedstawiciel sceny jazzowej Marcin Pospieszalski. Pod koniec lat 90' było takie przebudzenie w świecie rockowym, gdzie ludzie doświadczyli obecności Boga w swoim życiu i jak się jeden o drugim dowiedział, to stwierdziliśmy... pograjmy razem i było wtedy dla nas - tych którzy mieli to doświadczenie, że Bóg istnieje, szokiem to, że nie można lepiej opisać tej rzeczywistości, tego jak żyjemy i jak to przeżywamy, jak poprzez Psalmy. Przecież Maleo tam sadzi ostro, jak śpiewa "nie każdy, kto mówi Tobie Panie, do Królestwa Bożego się dostanie. Bo byłem głodny, nie daliście mi jeść, byłem spragniony, a nie daliście mi pić. byłem w więzieniu, a nie odwiedziliście mnie". To są konkrety! Tam nie ma czegoś takiego, że wiesz... ptaszki śpiewają, a Jezus skacze z chmurki na chmurkę, bo to nie o to chodzi, bo Ewangelia bardzo konkretnie mówi o tym, że człowiek może iść jedną drogą - albo do życia, albo do śmierci. My to śpiewamy, bo to jest nasze życie.


fot. Marek Jamroz
fot. Monika S. Jakubowska
Kuba: Wróćmy do muzyki, a właściwie do jej konstrukcji. Chodzi mi konkretnie o tryton, którego używanie w średniowieczu było wręcz zakazane. Interwał ten był tak dysonansowy, że został nazwany diabłem w muzyce. Czy rzeczywiście w tym słynnym trytonie, którym rozpoczyna się "Enter Sandman" kryje się szatan?

Litza: Co!? (śmiech). "Enter Sandman" nie jest oparty.na trytonie. Jak już chcemy rozmawiać o tak poważnych, głębokich rzeczach, to jest Fibonacci. Znasz złotą regułę Fibonacciego?

Kuba: Nie

Litza: Polecam. Włoski matematyk Fibonacci opisał pewien wzór matematyczny, który istnieje w kosmosie, w kalarepie, w brokule, w muzyce. Nazywa się to złota spirala i możesz ją spotkać w największych dziełach muzycznych, plastycznych, w przyrodzie, w proporcjach ciała ludzkiego; Wszystko to, co zbliża się do Fibonacciego, jest dla człowieka bardzo harmonijne. Jak siedzę i sobie gram, to oczywiście każdy riff albo wywołuje, albo nie wywołuje jakąś emocję - negatywną lub pozytywną. Bylem niedawno zaskoczony, bo zrobiliśmy z Luxtorpedą smutny numer pod tytułem "Mambałaga", a ludzie mówią, że on jest bardzo wesoły. Tam są same mole i melodie bardzo melancholijne, natomiast dla ludzi ważny jest rytm.


fot. Marek Jamroz
fot. Marek Jamroz
Sławek: Moim zdaniem jest to najlepszy kawałek na waszej ostatniej płycie.

Litza: Nie jest najlepszy. To jest po prostu jedyna "Mambałaga". Na płycie.każdy utwór ma swoją tożsamość. Muzyka nie jest sportem, nie oceniamy tego. Dzisiaj "Mambałaga" może ci dać dużo szczęścia, a innego dnia na przykład utwór pod tytułem "Smoła". Odbiór tych wszystkich rzeczy przez ludzi jest subiektywny. Dla mnie ważne są w muzyce intencje i nieświadomie zawsze można dawać coś ze zła lubi dobra. Wstaję rano, modlimy się z żoną i proszę wtedy, aby to, co dzisiaj zrobię, nikogo nie zraniło, nie zabiło, nie krzywdziło, żeby mu dało trochę szczęścia, trochę miłości, żeby ten człowiek, który będzie tego słuchał, czuł się kochany, doceniony i żeby czul, że jest czegoś wart. A wracając do twojego pytania o szatana w muzyce, to odpowiedź na nie znajdziesz w Piśmie Świętym, gdzie Jezus fajnie powiedział: „Nic, co wchodzi do człowieka z zewnątrz, nie może go splamić, lecz co wychodzi z człowieka, to go plami. Z wnętrza, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, rozpusta, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zawiść, bluźnierstwo, pycha, głupota. Całe to zło wychodzi na zewnątrz i plami człowieka” (Mk 7,15-23).


fot. Marek Jamroz
fot. Marek Jamroz
Tak zwani ludzie niewierzący mają w sobie wbrew pozorom wiele religijności. Spotkałem bardzo religijnych niewierzących. Faryzeusze głosili, żeby na zewnątrz kubka było czysto i żeby to wszystko jakoś wyglądało, a Jezus mówi - dbajcie o wnętrze kubka, bo zło pochodzi z serca człowieka, a to co wchodzi w ciebie, ty to wydalasz i na tym koniec, natomiast to, co pochodzi z serca, może być albo złe albo dobre. Dużo zależy od intencji tego, co masz w sercu. Zapytałem kiedyś mojego przyjaciela egzorcystę - słuchaj, ci ludzie, którzy cierpią opętanie... z czego to wynika? Okultyzm, magia, muzyka satanistyczna? On mówi, że to jest niewielki procent. Najwięcej ludzi, a szczególnie kobiet. jest opętanych przez lata nieprzebaczenia, lata gniewu, lata sądzenia innych i ja myślę, że to ma ten smród - sądzenie, gniew... i taka osoba może codziennie biegać do kościoła na liturgię, ale od lat mieć nieprzebaczenie w sercu i to jest ten smród, który przyciąga zło.


fot. Marek Jamroz
fot. Artur Grzanka
Sławek: "Nie boję się, gdy ciemno jest, Ojciec za rękę prowadzi mnie". Od tego tekstu zaczęła się Arka Noego. Kiedy tworzyłeś tę piosenkę, prawdopodobnie jeszcze nie wiedziałeś, ze powstanie ten zespól, Z tego co wiem, wyszło wam to dość spontanicznie. Dziś ta pierwsza Arka to już dorośli ludzie, którzy mają już swoje dzieci. Jak Arka Noego wpłynęła na ich życie?

Litza: W ogolę nie wpłynęła. Arka wynikała z naszego życia, a nie Arka wpływała bezpośrednio na nasze życie. W tej wspólnocie, w której jesteśmy, bardzo dużo czasu poświęcamy dzieciom. Na każdej Eucharystii jest dialog z dziećmi - co było czytane, co to konkretnie mówi do twojego życia. Kiedyś tak sobie siedziałem i miałem taką intencję w sercu - szkoda, że tylko nasze dzieciaki, tych kilkanaścioro dzieci we wspólnocie może takie coś przechodzić, szkoda że dzieci żyjące poza wspólnotą nie mogą na ważne tematy usłyszeć czegoś tak prosto, tak konkretnie. I tak pojawił się nie mój pomysł, tylko siostry Marioli z Ziarna, żeby coś takiego robić i nagle zobaczyłem to, co miałem w sercu, nagle zobaczyłem, że Arka przetłumaczona jest na cztery języki i ponad siedem milionów płyt poszło do ludzi!


fot. Marek Jamroz
fot. Artur Grzanka
Sławek: Dzięki programowi Ziarno i Arce Noego stałeś się nagle popularny w kręgach, w których do tej pory cię nie odbierano.

Litza: Nie interesuje mnie popularność. Mnie interesuje, żeby moja żona była dzisiaj zadowolona, żeby czuła się kochana, a cała reszta jest przy okazji i tak samo Arka nie wpłynęła na nasze dzieci. Dla nich to była fajna przygoda. Po pierwsze był to pierwszy zespół, w którym one mogły być ze mną cały czas w trasie. Jak wyjeżdżałem z Acidami, z Flapjackiem czy z Kazikiem, to one nie mogły ze mną jechać, a z Arką jesteśmy całą rodziną i zawsze jest fajna zadyma, Do dzisiaj zresztą Arka gra, a dzieci zawsze czekają, kiedy będzie maj, czerwiec i kiedy będą mogły wsiąść do tego autokaru i powiedzieć: jedziemy w Polskę robić zadymę.

Kuba: Czego oczekiwałeś po wydaniu pierwszej płyty Luxtorpedy? 


fot. Marek Jamroz
fot. Marek Jamroz
Litza: Oczekiwałem, żebyśmy ją w końcu nagrali i posłuchali jej sobie w domu na słuchawkach jak to brzmi i usłyszeli efekt końcowy. Myśmy nie po za bardzo ją nagrywali, żeby to trafiło gdzieś do ludzi. Ważnych było tych paru przyjaciół i zresztą z początku na koncertach było po 15, 20 osób. My nigdy nie mamy planu biznesowego, tylko po prostu sobie gramy. Kolega Franciszkanin zrobił mi teledysk do "Autystycznego" za 700 zł, bo tyle kosztowała nas benzyna z Poznania do Trójmiasta i ten teledysk ma parę milionów obejrzeń, mi się podoba i to jest fajne.

Sławek: O powstaniu Luxtorpedy dowiedziałem się od mojego kumpla Kreda. Mieszkaliśmy wtedy w Luton i któregoś dnia Kred mówi - Słuchaj, Litza zmontował nowy zespól i my musimy ściągnąć go do Luton! Zrobiłem wtedy program w Radio Diverse FM z Kredem w roli głównej, który o was opowiadał, a pomiędzy naszymi wejściami leciała wasza muzyka z pierwszej płyty i muzyka innych kapel, w jakich w przeszłości grałeś. 


fot. z archiwum Kreda
fot. Sławek Orwat
Litza: Kred to jest człowiek, który do dzisiaj jest jednym z moderatorów naszego forum. Myślę, że forum Luxtorpedy bardzo dużo nam pomogło jeżeli chodzi o Trójkę, bo to oni wysłali nasz utwór do Trójki i to ich załoga pod sceną na Woodstocku zrobiła zadymę, co zrobiło wrażenie na organizatorach i innych ludziach, że nie wiadomo jaki to zespół i że Litza znowu z czymś wyskoczył i wszyscy się przy tym fajnie bawili.

Sławek: Fenomen Luxtorpedy zobaczyłem na LuxFeście 2013. Takiego entuzjazmu i święta, jakie zgotowali wam ludzie z Forum nigdy jeszcze na żadnym festiwalu nie widziałem.

Litza: LuxFest jest fajny i mimo, że co roku robimy taki festiwal, to wolimy koncerty w klubach. Jak organizujesz taki LuxFest, to się do niego przygotowujesz, chcesz dobrze wypaść i chcesz żeby to fajnie wszystko zagrało, a najlepsze koncerty to są te niespodziewane. Jedziesz do Włocławka i tam masz kolejny, normalny koncert. Jest cudowna atmosfera i jest taki klimat, że my potem mówimy: żeby to było nagrane, to byłoby można pokazywać, że był to najlepszy koncert jaki zagraliśmy. Takie koncerty niespodziewane, nieprzygotowywane, bez takiego ciśnienia... wiesz, że musi wypaść fajnie, żeby to zabrzmiało, żeby wszystko było słyszalne itd. Każdy koncert ma swój dzień i swój czas...


fot. z archiwum Kreda
fot. Marek Jamroz
Sławek: Czy pomyl na podwójny wokal - Hansa i twój wyniknął z popularności muzyki nu metalowej?

Litza: My nie mamy pomysłów. My tylko tak gramy jak umiemy. Ja nie umiem śpiewać i Hans też nie umie śpiewać. On rapuje, a ja się drę. To nie jest pomysł. To jest jak użycie młotka i piły. Mi się to spodobało, bo kiedy Luxtorpeda powstawała, to pomyślałem... kurde to będzie nie do wytrzymania, jak ja będę darł ten ryj cały czas, wiesz... to jest nieprzyjemne. Przydałby się ktoś, kto to rozluźni i nagle przypadkowo w studiu pojawił się Hans, który akurat nagrywał swoje rzeczy. Zaproponowałem mu jeden utwór. Zrobił to, a ja mówię do mojej żony - fajnie by było, jakby cała Luxtorpeda taka była, że ja się drę a Hans nie dość, że mówi coś z sensem, to jeszcze mówi w taki sposób, że można przy tym trochę odpocząć, że nie ma cały czas takiego ciśnienia i ona mówi - to zaproponuj mu. No co ty, on ma swój zespół, ale w końcu mu zaproponowałem, a on... spoko spróbuję i tak jest z nami do dzisiaj.


fot. Marek Jamroz
fot. Monika S. Jakubowska
Kuba: Koniec KNŻ. Pojawiły się informacje, że brakuje ci czasu.

Litza: Tak

Kuba: Powstaje nowy projekt?

Litza: Nie. Jest tylko 2Tm2,3, Arka i Luxtorpeda. Mam czwórkę wnuków, widzę że jestem dużo za połową życia. Nie wiem, czy wy też macie takie wrażenie, że im dłużej człowiek żyje, tym rok jest krótszy, a to Boże Narodzenie jest dla mnie jakby co trzy miesiące, a nie co dwanaście. Zaczynam szanować dzień i patrzeć tak, że muszę jednak z pewnych rzeczy, nawet tych świetnych po prostu zrezygnować. Muszę robić tak dlatego, ze są priorytety. Chciałbym być więcej w domu, nawet nie tyle z wnukami, ale z żoną. Nie chciałbym potem tego żałować kiedy będę umierał, że nie poświęciłem wystarczająco czasu żonie albo dzieciom - tym, których najbardziej kochałem i właśnie w tym momencie pojawia się to bolesne cięcie


Tomek "Dziki" Likus (więcej tutaj), Litza, facet z torbą i Mark "Bestia" Olbrich (więcej tutaj) fot. Monika S. Jakubowska
fot. z archiwum Kreda
Sławek: Jest coś, o co zawsze chciałem cie zapytać. Rozmawiałem o tym zresztą wielokrotnie z Kredem. Będąc jednym z najbardziej rozpoznawalnych muzyków naszego kraju, kompletnie udało ci się uniknąć celebryctwa...

Litza: Nie, no błagam cie... Po prostu jednemu ze zwykłych ludzi udało się dostać na dużą scenę (śmiech). Nie, no proszę cie, nie ma czegoś takiego.

Sławek: Dlaczego w takim razie zdarzyło mi się jednak spotkać i takich muzyków, którym popularność znacznie mniejsza od twojej jednak zaszkodziła?


Robert z Markiem Jamrozem - autorem wielu fotografii zamieszczonych w tym artykule (więcej tutaj)
fot. Monika S. Jakubowska
Litza: Większość muzyków to są normalni ludzie. Pewnie, że niektórzy próbują robić pewien dystans, bo psychicznie jest w tym dużo emocji, ale generalnie muzycy są to normalni ludzie, nie srają fiołkami i żyją normalnie. Nawet to, co mi się kiedyś wydawało - bo są to subiektywne odczucia - że to są gwiazdy i bałem się do nich podejść, pogadać, potem okazywało się, że to są zupełnie normalni ludzie. Wyobrażenia o drugim człowieku nie zawsze są prawdziwe. Dwa dni temu bylem u Pete'a Cornisha w domu. To jest człowiek, który od lat robi kable, efekty i całą elektronikę Stingowi, McCartney'owi, Queenom czy Black Sabbath. Pojechałem do niego... normalny facet. Malo tego, jak otworzyły się drzwi, to mówi - O Litza! On mnie zna ze zdjęć, bo jak ja gram na jego efektach czy kablach od paru lat, to on ogląda gdzie jestem i na jakiej gram scenie i przez to mnie poznał. To jest niesamowite, że ten człowiek może ci odpisać: "słuchaj Litza, nie mogę ci teraz zrobić kabla. Jak wrócę z trasy sir McCartneya, to ci zrobię" (śmiech). Kazik jest normalny, wszyscy jesteśmy normalni i wszystkich nas spotykają te same doświadczenia, te same pytania o sens życia, o istnienie itd. Oczywiście, że są korporacje, które jednych rozdmuchują bardziej i ludzie robią na nich większą kasę, ale są i tacy, którzy się nie dają, są cały czas w podziemiu i łatwiej im się żyje. Ja bym tam nie świrował z tym za bardzo.


fot. Marek Jamroz
fot. Monika S. Jakubowska
Ale jest taki jeden moment, który jest związany ze sceną. To jest moment związany z pieniądzem i o tym mówili mi bracia we wspólnocie. Bo jak z Arką wydaliśmy płytę sami i sprzedało się półtora miliona, to wiesz... ja nagle z dwupokojowego mieszkania na parterze ze wspólnym korytarzem z innymi ludźmi, moglem kupić dom w Puszczykowie, studio wybudować, mieć samochód, który jest nie 20-letni, tylko nowy. Mój status bardzo wtedy się podwyższył i moi bracia ze wspólnoty mówili, że jestem inny i to była prawda mimo, że ja tego wtedy tak nie widziałem. Mówili - po pierwsze myślisz, że masz pieniądze i że przez to wiesz lepiej pewne rzeczy od nas. Wiesz... taki człowiek często robi się pyszny, zarozumiały, ale na szczęście artyści bardzo szybko te pieniądze trwonią i wracają do słusznych wymiarów (śmiech).


fot. Marek Jamroz
fot. Marek Jamroz
Ale rzeczywiście... pieniądze mogą zrobić z człowieka "biedaka", który myśli, że jest lepszy od drugiego. Teraz mi na pewno to nie grozi. Ledwo mogę zapłacić podatek za zeszły miesiąc. Wracając do twojego pytania, to spotkałem (na szczęście niewielu, ale spotkałem) takich artystów, którzy wytworzyli wyraźne bariery, że ochrona, że nie podejdziesz do mnie teraz itd. Graliśmy ze Slayerem, gdzie Kerry King powiedział mi żebym spadał, albo z Soundgarden, że jak chciałem wyjść, to usłyszałem: "z powrotem do namiotu, bo idzie Soundgarden". No OK, może to wynika z jakiegoś lęku, wiesz... jeżdżą po świecie, może czegoś się boją. Nie mam pojęcia.

Kuba: Tworząc z Arką cover "Gaz na ulicach", opowiadałeś dzieciakom, o czym tak naprawdę to jest?

Litza: Oczywiście, że tak

Kuba: Zrozumiały?


fot. Marek Jamroz
fot. Marek Jamroz
Litza: Tak, dzieci są bardzo mądre. Dzieci to są mali ludzie. W ogóle cała ta płyta była taka. Czasem potrzebuję wyrwać się z chłopakami tylko i wyłącznie moimi, a wtedy jeszcze jechały chlopaki od Ślimaka bębniarza Acid Drinkers, bo to rodzina jest, I mówię - chłopcy jedziemy na ferie zimowe do Słowacji na baseny i oni tam do mnie mówią - czemu nie nagramy coverów? Ja mówię, że już nagrywaliśmy jakieś covery z Arką, Tak, ale ale one są takie pobożne. Nagrajmy jakieś czadowe covery. Ja mowie - fajny pomysł, ale jakie? No i chłopcy zaczęli propozycje różne dawać, a ja potem pomyślałem, ze jest to fajna okazja, żeby ich zainteresować polską rockową muzyką lat 80', która miała bardzo dużo treści, która była osadzona w konkretnym czasie i która walczyła o coś konkretnego. To nie było sztuczne, tylko prawdziwe. No i tak zachęciłem ich do sluchania takich rzeczy jak Jarocin 80-te lata i tak pojawiały się kolejne propozycje utworów i wtedy była też okazja, aby o tym pogadać.


fot. z archiwum Kreda
fot. Monika S. Jakubowska
Kuba: Jak im wyjaśniłeś piosenkę "Spytaj milicjanta"?

Litza: Jeśli chodzi o kontekst tego kawałka, to bardziej rozmawiałem z dzieciakami na temat cynizmu. Tłumaczyłem im, że w Polsce w tamtych czasach nie wolno było pewnych rzeczy pisać wprost i żeby wyrazić swój sprzeciw i bunt przeciwko tej trudnej sytuacji, jaka jest, często używano takich form, jak cynizm, czyli żartobliwie śpiewano odwrotnie, niż chciałoby się zaśpiewać. Kogo - mówię do dzieci - ty pytasz, jeżeli chcesz coś wiedzieć o życiu, kogo pytasz w pierwszej kolejności? Mamę, tatę, oczywiście radzisz się przyjaciół i mówiłem im, że jak wtedy zapytałeś milicjanta, mogłeś dostać pałą i to wszystko i to była cala jego odpowiedź. I to było bardzo fajne, że stosowało się taka formę jak cynizm, aby wyrazić swój bunt. Pamiętacie Pomarańczową Alternatywę we Wrocławiu i Majora Frydrycha i to, co oni robili w czasach komuny? Oni we Wrocławiu robili takie happeningi, że kupowali goździki, które dawali potem milicjantom, albo robili transparenty z hasłami "Niech żyje komuna - cudowny ustrój" i nikt im nie mógł nic zrobić, bo to zgromadzenie było pro.


fot. Sławek Orwat
fot. Monika S. Jakubowska
Sławek: Stąd dziś we Wrocławiu na pamiątkę tamtych wydarzeń można spotkać mnóstwo kamiennych skrzatów.

Litza: I to był tez Majora pomysł.

Kuba: Trudno było powrócić do koncertów z Acidami po tylu latach?

Litza: Nie. Fajnie było ich spotkać po latach. Fajny dla mnie szczególnie był czas prób i to, że po latach można było pograć z Popcornem. Super!.

Kuba: Mieliście podczas tej przerwy jakiś kontakt ze sobą?

Litza: Tak, my z Titusem mamy kontakt, a Ślimak jest moim szwagrem,

Sławek: Niedawno robiłem wywiad z Edytą Bartosiewicz, która opowiadała mi tę słynną historię, jak to was spotkała, kiedy robiliście z Acidami płytę Striptease...

Litza: Hahaha

Niezapomniana rozmowa z Edytą Bartosiewicz o jej udziale w piosence Acid Drinkers
Sławek: Niesamowite legendy już narosły wokół tego spotkania i podobno trochę się wtedy tam działo zanim nagraliście wspólnie...

Litza: ..."Seek And Destroy"

Sławek: Możesz coś więcej o tym spotkaniu dziś powiedzieć?

Litza: Słuchaj, było cudownie! My chłopcy ze wsi Poznań przyjechaliśmy do wielkiej stolicy i w miejscu, gdzie mieszkaliśmy podczas nagrywania z Acid Drinkers płyty Striptease co chwile ktoś dzwonił i padały jakieś wielkie nazwiska, a przynajmniej dla nas to był wtedy taki wielki świat. Drrrrrrrrrrr Kto tam? Martyna. Taaaa, Jakubowicz? Tak. Potem drrrrrr... Kto tam? Edyta. Bartosiewicz i... rzeczywiście wchodzi. Byliśmy w szoku, że ci ludzie naprawdę istnieją, Cześć, cześć aaa to wy jesteście ci rozrabiacze. No i pamiętam, mieliśmy wtedy ograniczony budżet. W momentach wolnych od pracy piliśmy trunki najtańsze, jakie były dostępne i pamiętam, że u Kasi Kanclerz - ówczesnej managerki wielu kapel, u dziewczyny, która wynajęła nam to mieszkanie blisko Studia Izabelin, były piękne kryształowe karafki i myśmy to Wino Okęcie marki Wino mocno mrozili, następnie wlewaliśmy je do karafek i kulturalnie przy śniadaniu piliśmy z karafki. I przyszła właśnie pani Edyta Bartosiewicz i pamiętam jak dziś - O, co tam macie? A my - och trudno wypowiedzieć słowami, jaki to jest trunek. Mogę spróbować? Oczywiście! Piła z tej karafki, a to było mocno schłodzone wino i gdzieś tam te walory smakowe zostały zabite, Ona mówi - No cudowne, cudowne i czar prysł dopiero wtedy, kiedy Titus dolewał z zamrażalnika kolejne Okęcie do karafki, ale wtedy to już było więcej śmiechu i zabawy...

Sławek: Podobno dużo przy tym śpiewaliście?

Litza: Wiesz co, Edyta robiła niesamowitą atmosferę przy tej płycie. Brała gitarę i właśnie taką Edytę Bartosiewicz najbardziej wspominam, kiedy siada jak przy ognisku. Miała wtedy - pamiętam - taką suknię, grała na gitarze i śpiewała jak Janis Joplin i tak super to śpiewała, że myśmy byli podjarani i co Acid Drinkers robi w takim momencie? Śpiewasz z nami na płycie! Ejjj, jaki utwór? Jak to jaki? "Seek And Destroy" . Było to śmieszne, bo pamiętam, że jak uczyłem się grać na gitarze, to akurat dzielnicowy, który mnie zgarnął i pojechaliśmy razem do domu, pokazywał mi pierwsze akordy E-dur i wiesz... on mi pokazał E-dur obok pół tonu wyżej i takie flamenco się wtedy robiło i myśmy ten "Seek And Destroy" nagrali w taki prostacki sposób flamenco. Zresztą potem byłem przez to na notowaniach gitarzystów flamenco jako propozycja (śmiech).

Londyński koncert Rejestracji (fot. Monika S. Jakubowska)
fot. Monika S. Jakubowska

Sławek: Jak trafiłeś na płytę Rejestracji?

Litza: Ja Rejestrację pamiętam z koncertów. Wychowywałem się pod Operą Poznańską bardziej jako pancur. Chodziliśmy na Abadon, Rejestrację, WC i co tam jeszcze było. Pamiętam, że w Sedesie nawet miałem grać na gitarze. Pamiętam też, że Kajtek, który grał wtedy na garach, przyjechał do mnie do domu i w bloku na trzecim piętrze grał na tych garach [w tym momencie Litza zaintonował - przyp red] wszyscy pokutujemy za to, ze żyjemy. Nie dostałem się jednak, bo byłem za cienki. I to była ta muzyka, przy której na koncertach byłem szczęśliwy i między innymi Rejestracja przyjechała i pamiętam jak Gelo [i tu Litza tubalnym głosem do złudzenia przypominającym wokal Gelo zaintonował - przyp. red] Rządy tego kraju dążą do ograniczenia myśli. Takie były jeszcze utwory, które mało kto dziś zna. Wtedy też pierwszy raz usłyszałem Bieliznę Geringa - bardzo fajny zespól z Trójmiasta, potem Bielizna się nazywali, Taniec wielkich goryli - taką płytę mieli. Fajne, fajne, fajne czasy to były.


Robert ze śp. Robertem "Furi" Furmanem (więcej tutaj)

fot. Sławek Orwat
Kuba: Cena płyt w Polsce podobno zwaliła cię kiedyś z nóg.

Litza: To znaczy nie cena mnie zwaliła. Każda płyta jest dla mnie bezcenna, bo tyle, ile tam serca i czasu i wszystkiego w tą płytę jest włożone, to cena tej pracy, którą w to wkładamy, nigdy tego nie odda. Patrzmy jednak na to realnie, biznesowo. Jeżeli my sprzedajemy płytę za 15 zł., a ona kosztuje 50 zł,, to coś jest nie halo z tym handlem.

Kuba: Co myślisz o ludziach, którzy ściągają muzykę z Internetu?

Litza: To jest sprawa sumienia.

Kuba: I tylko tyle?

Litza: Tak, bo jak ukradniesz mi lusterko od samochodu, to pójdziesz siedzieć, a jak ukradniesz mi muzykę to nie. To znaczy ja w ogóle nigdy się tym nie przejmowałem, bo jak Arka Noego miała piratów, to oni robili dobrą robotę, bo tam gdzie ja nie docierałem, tam docierali piraci z fajnym przekazem, a mi nie jest potrzebne jeszcze więcej pieniędzy. Wystarczy żebym miał ZUS zapłacony i podatki i żebym mógł kupić w Londynie kieckę żonie raz na pięć lat i to już wystarczy. Nie bilansujmy tak życia.


Potęga LuxForum (fot. Sławek Orwat)
Kuba: Pochodzę z małego miasta i pamiętam, że jak w Polsce sprzedaż płyt malała, a piractwo rosło, to tak naprawdę żaden sklep muzyczny u nas się wtedy nie utrzymał.

Litza: Słuchacz, kory słucha tego, co ja tworzę, jest ze mną bardzo blisko i kupuje płytę oryginalną i dlatego my nie boimy się przed premierą wrzucić całą płytę do Internetu, bo wiemy, że nasi słuchacze tego posłuchają, będą się cieszyć tym, że ta płyta wychodzi, a potem tę płytę kupią. Mnie nikt nie okradnie.

***

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, życzę Czytelnikom Nowego Czasu i Muzycznej Podróży radosnego przeżywania rodzinnej bliskości oraz osobistej refleksji na temat Miłości, której przyjście na świat dla jednych stało się duchowym wyzwoleniem, innym przyniosło Znak, który do dziś wzbudza sprzeciw, a wszystkim wyznaczyło początek nowej rachuby czasu, którego upływ nieuchronnie zbliża nas do Źródła.
Autor bloga

Autorzy wywiadu:

Jakub Mikołajczyk przyszedł na świat w Strzegomiu. Już w dzieciństwie poznał muzykę grupy TSA, a krótko potem album swego życia - The Animals Floydów. Wkrótce w jego domu pojawiło się także The Best of Deep Purple i krążki Dire Straits, Roda Stewarta i grupy Queen, której bardzo szybko stał się oddanym fanem. Następnie w jego życiu pojawiło się pierwsze magiczne słowo Punk, a wraz z nim takie załogi jak Sedes, Defekt Muzgó, KSU, Dezerter, Big Cyc i Ga-Ga. Pogujące szaleństwo spowodowało u młodego Kuby decyzję o nauce gry na gitarze pomimo, że rodzice usilnie chcieli z niego zrobić pianistę. Młody buntownik nie dał jednak za wygraną, a szczytowym "osiągnięciem" okresu buntu był jego relaksacyjny pobyt na komisariacie plus domowy szlaban na koncerty gratis, co nie tylko nie odstraszyło Kuby od punk rocka, lecz skierowało go na takie kapele jak Metallica i Guns N' Roses. Wkrótce w jego życiu pojawiło się kolejne magiczne słowo - Internet, a wraz z nim przepastne zasoby muzycznych informacji i videoclipów. Czytał, słuchał i chłonął wszystko, co tylko było dostępne. Dzięki ucieczkom z domu umożliwiającym skuteczne omijanie szlabanów, Kuba zaliczał kolejne punkowe koncerty. W jego życiu pojawiły się z czasem takie marki jak The Offspring, Roger Waters, Deep Purple i Iron Maiden. Około roku 2000 Kuba po raz pierwszy usłyszał Piotra Kaczkowskiego oraz dwóch kolejnych Piotrów - Stelamcha i Metza i innych prezenterów Trójki, po czym w życiu Kuby pojawiło się trzecie magiczne słowo - Emigracja. W Anglii nawiązał współpracę z Radiem Bedford, dzięki czemu mógł mówić to wszystko, co przez lata gromadziło się w jego głowie. W Bedford Kuba powołał do życia autorski program radiowy "Prąd Przemienny". Niedawno, wraz z radiowym przyjacielem - znanym z łamów mojego bloga zwycięzcą II tury Jubileuszowego Konkursu Muzycznej Podróży Mateuszem Augustyniakiem, Kuba stworzył portal muzyczno - kulturalny www.polskiwzrok.co.uk, który dopiero nabiera kształtu. Celem portalu jest promocja młodych zespołów i wydarzeń kulturalnych w UK. Od czasu do czau Jakub sięga także po jazz i muzykę klasyczną. Za swój największy życiowy sukces uznaje fakt, iż jego 5-letni syn potrafi odróżnić Metallice od AC/DC i zaliczył już koncert Deep Purple. Od niedawna Polski Wzrok  - muzyczny portal Kuby i Mateusza oraz blog Muzyczna Podróż nawiązały stosunki bilateralne oraz ścisłą współpracę w postaci wymiany informacji i publikacji w celu zapewnienia jeszcze lepszego przepływu dobrych wieści pośród polskich fanów muzyki żyjących na Wyspach Brytyjskich i nie tylko.

Sławek Orwat - Muzyki słuchał wcześniej niż potrafił mówić. W dojrzałość wprowadził go stan wojenny. Przez półtora roku był redaktorem muzycznym tygodnika Wizjer oraz współorganizował dwie edycje WOŚP w Luton, gdzie także prowadził polskie programy w internetowym radio Flash i brytyjskim Diverse FM. W roku 2010 założył kabaret 3 x P, który wystąpił m.in w imprezie poprzedzającej zawody strongmanów Polska - Anglia. Z londyńskim magazynem Nowy Czas współpracuje od marca 2011. W latach 2012 - 2014 prowadził autorską audycję Polisz Czart na antenie brytyjskiego radia Verulam w położonym niedaleko Londynu St. Albans. W roku 2013 program ten był emitowany również na nieistniejącej już platformie radiowej Fala FM z siedzibą w kanadyjskim Toronto. Od lipca 2012 związał się z warszawskim magazynem JazzPRESS, a od października tego samego roku z wychodzącym w Sosnowcu muzycznym kwartalnikiem Lizard. Tłumaczenie jego wywiadu z Leszkiem Możdżerem ukazało się w brytyjskim magazynie LondonJazz. Pojedyncze publikacje jego tekstów pojawiły się się m.in. w londyńskim magazynie Lejdiz, wychodzącym w Edynburgu Pangea Magazine oraz na łamach toruńskich Nowin. Poza działalnością dziennikarską, od czasu do czasu można go także spotkać w roli konferansjera. Największą imprezą, jaką miał okazję zapowiadać dla blisko 2,5 tysięcznej widowni, był zorganizowany przez Buch IP w dniu 8-go marca 2014 londyński koncert, na którym wystąpiły Nosowska, Brodka i Maria Peszek.. W czerwcu 2015 wraz z Tomaszem Wybranowskim reaktywował Listę Przebojów Polisz Czart, która ukazuje się w każda drugą środę miesiąca na antenie NEAR FM w irlandzkim Dublinie. Od roku 2014 dołączył do najbardziej muzycznego polskojęzycznego portalu na Wyspach Brytyjskich - Polski Wzrok z siedzibą w malowniczym Bedford.