poniedziałek, 12 listopada 2018

Antoni Malewski - Przechodziłem, wstąpiłem, zobaczyłem

Budynek dzisiejszej Katolickiej Szkoły Podstawowej przy ulicy Warszawskiej 95/97
fot. Antoni Malewski






PRZECHODZIŁEM

Poranek 8 listopada 2018 roku, dochodziła godz. 9.30 jak wyszedłem z wieżowca (ten przy Biedronce, w którym przyszło mi mieszkać) przy ul. Dzieci Polskich, udając się w kierunku mojej, byłej dzielnicy Starzyce, w której się urodziłem, wychowałem, wyedukowałem (róg ulicy Warszawska/Zawadzka). Kiedy znalazłem się na wysokości mojej dawnej szkoły podstawowej nr. „3” na tzw „górce” (dziś Katolicka Szkoła Podstawowa przy ul. Warszawskiej 95/97), zobaczyłem, że na dziedzińcu szkoły znajduje się więcej samochodów niż zazwyczaj bywało.


Wówczas przypomniało mi się, że pewnego dnia w rozmowie z Sylwkiem Lublinem (kolegą mojego syna Daniela) – wspomniał mi, że współorganizuje (gra zawodowo na gitarze i śpiewa, pełniąc w tej szkole funkcję instruktora, nauczyciela muzyki) szkolną akademie z okazji rocznicy 100–lecia odzyskania niepodległości przez państwo o nazwie – POLSKA. Spowodowało to, że natychmiast zadecydowałem i … i do budynku byłej, mojej szkoły podstawowej...

WSTĄPIŁEM

Moja szkoła tak wyglądała jak na FOTO w okresie mojego dorastania, szkoła to całe moje dzieciństwo i wczesna młodość, w której nie tylko się edukowałem ale istniejące na jej terenie boiska (do koszykówki, piłki siatkowej czy boisko z bramkami do piłki ręcznej), botaniczny ogród, służyły mi i moim kolegom do wypełniania poza lekcyjnego czasu wolego w postaci (w tamtych latach nie istniały komputery, TV a radio było w powijakach), zabaw, konkurujących gier i rozrywki. Towarzyskie. rozrywkowe życie odbywało się „w moich czasach”, czy to latem czy zimą, tylko na powietrzu. Kiedy w 1954 roku do „7” klas podstawówki „dołożono” „4” klasy licealne powstała pierwsza „jedenastolatka” w woj. łódzkim czyli liceum LO-29, protoplasta dzisiejszego II LO przy ul. Jałowcowej. Dla mnie miało to ogromne znaczenie bo w latach 1957/58 (do Polski zza „żelaznej kurtyny” przenikał zakazany, muzyczny styl zwany – Rock’n’Roll) a chłopcy z klas licealnych (9, 10 czy 11) posiadający instrumenty muzyczne (gitara, trąbka, kontrabas) w kotłowni szkoły, wieczorami w tajemnicy przed Radą Pedagogiczna, kierownictwem szkoły „uprawiali” ten zakazany styl o egzotycznej nazwie, którym osobiście się (przez okno wsypowe, po cichu przedostawałem się na trwające próby) „zaraziłem”.


Dlatego z wielkim sentymentem przekroczyłem próg Sali Gimnastycznej, w którym to pomieszczeniu odbywała się, zasłyszana od Sylwka, uroczysta akademia odzyskania po 100 latach nieistnienia na mapie świata, Europy, po 123 latach niewoli, upragnioną przez wszystkich Polaków z trzech, obyczajowo różnych zaborów - NIEPODLEGŁOŚĆ.

ZOBACZYŁEM 

...„swoją” dawną Salę Gimnastyczną przepięknie wystrojoną przez różne, patriotyczne gadżety, hasła o odzyskanej niepodległości, upragnionej przez cały, polski naród wolności czy wycinki przeróżnych artykułów, publikacji z przedwojennej, i nie tylko, prasy i kolorowych magazynów, ułożonej chronologicznie wg stuletniej historii odrodzonej OJCZYZNY, przez uczniów - gospodarzy katolickiej szkoły. Ten szczególny, ponad godzinny spektakl słowno muzyczny pt „TA, CO NIE ZGINĘŁA” stanowił główną podwalinę szkolnej akademii z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę, niepodległość. Po wprowadzeniu na salę sztandaru szkolnego, Martyna zadeklamowała wiersz Norwida („Do kraju tego”) a Nina przepięknie zagrała trzy (na skrzypcach) patriotyczne utwory.


Po wypowiedzeniu przez Oliwię słowo wstępne – „Spotykamy się dzisiaj, aby wspólnie przeżyć 100 rocznicę odzyskanie przez Polskę niepodległości (11 listopada 1918 roku). Po 123 latach, Polska oswobodziła się z więzów niewoli osiągając WOLNOŚĆ. Chcemy patriotycznie uczcić dzisiejszy dzień refleksją nad historią i współczesnością naszej Ojczyzny. Spróbujmy dziś inaczej niż zwykle przyjrzeć się Polsce. Posłuchajmy polskich pieśni patriotycznych, wierszy, w których jak w lustrze odbiły się losy narodu polskiego. Dlatego proszę wszystkich o powstanie i odśpiewanie hymnu narodowego”. Proszę o powstanie i …. DO HYMNU.

Konkursowy obraz wykonany przez moją
wnuczkę Martę z okazji 100 lat Niepodległości
Po odśpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego, wszyscy uczestnicy akademii usiedli (sala wypełniona po brzegi, na tzw „ful”) i rozpoczął się w treści, wg sporządzonego scenariusza (całość wspaniałego, patriotycznego widowiska - scenariusz i reżyseria – opracowała i przygotowała Pani MARIA CELOCH, nauczycielka historii w miejscowej szkole), słowno muzyczny spektakl, składający się z wierszy patriotycznych naszych polskich poetów (Maria Konopnicka, Krzysztof Kamil Norwid, Wiktoria Wiśniewska, Edward Słoński, Ludwik Wiszniowski, Maria Studnicka), historycznych tekstów oraz pieśni patriotyczno militarne odśpiewywane jako przerywniki muzyczne przez śpiewającego gitarzystę, „suflera” scenicznego wspomagającego aktorów szkolnych - Sylwestra Lublina. Pozwolę sobie wymienić tylko imiona wszystkich recytujących patriotyczną poezję, to: w/w Nina, Martyna oraz Kamila, dwie Oliwia, Sandra, Amelia, Simona, Marta, Piotrek, Janek, Marcin i Jakub. Przez cały okres trwania widowiska na szkolnym telebimie ukazywały się krótkie filmiki, na których w archiwalnych zapisach występowały takie postacie z naszej historii, jak Ignacy Paderewski, Józef Piłsudski, Roman Dmowski, Wincenty Witos czy Wojciech Korfanty. Po wyrecytowaniu kilku wierszy, Oliwia odczytała kolejny tekst historyczny, który pozwolę sobie zacytować - „Przeszło 1000 letnia historia państwa polskiego obfitowała w wiele zaskakujących wydarzeń natury politycznej, społecznej, gospodarczej. Były okresy wzlotów i upadków, lecz najbardziej trwale okazał się koniec XVIII wieku. Trzej potężni sąsiedzi Polski (Rosja, Austria, Prusy) korzystając z kraju osłabionego i skłóconego, podzielili jego ziemię sobą, wprowadzając własne rządy. Katastrofa rozbiorów i utrata państwowości jednak nie załamała narodu polskiego.


Jego wola przetrwania i uparte dążenie do odzyskania niepodległości stały się podstawą do odrodzenia WOLNEJ OJCZYZNY”. Pozwolę sobie wymienić, w kolejności wszystkie (tytuły) muzyczne przerywniki jakie Sylwek Lublin w tym patriotycznym widowisku zaśpiewał – „Piechota”, „Pierwsza Brygada”, „Wojenko wojenko”, „Mury”, „Żeby Polska”, „Rota”. Pięknym akcentem tego widowiska był APEL POLEGŁYCH na stojąco, z przybraniem postawy zasadniczej przez uczestników, poprowadzony przez Janka, gdzie po zakończeniu wypowiedział – „Dziękuję, proszę usiąść!”.

Duchową, wspomagającą opieką tego pięknego, patriotycznego widowiska stanowili i byli na akademii obecni, to Pan dyrektor szkoły Mariusz Węgrzynowski i Jego zastępczyni Pani Marzena Baran Radwańska (autorka wielu FOTEK, które otrzymałem od niej na swoją pocztę z wykorzystaniem w tym felietonie). Na zakończenie widowiska Sylwek Lublin zaśpiewał głośny song Jacka Kaczmarskiego, „Mury” po czym poczet sztandarowy opuścił pomieszczenie i wystąpił dyrektor szkoły Węgrzynowski z podziękowaniem artystom wykonawcą, Pani Marii Celoch i Panu Sylwestrowi Lublinowi, wszystkim uczestnikom przybyłym na spotkanie, VIP-om i innym gościom, np. takich jak ja. Również i ja miałem swoje, przysłowiowe pięć minut. Stanąłem w miejscu, w którym w 1951 roku stałem na szkolnym apelu, wypowiadając słowa podziękowania za wspaniały spektakl, po czym dodałem: - „Tu gdzie stoję moi drodzy, miałem okazję zaśpiewać dziś HYMN POLSKI, w 1951 roku musiałem śpiewać „Stalinowski słońce”, dziękuję jeszcze raz WAM wszystkim”.

tekst:Antoni Malewski

fotografie występujących w  wydarzeniu dzieci nie zostały zamieszczone na podstawie Ustawy z 23 kwietnia 1964 r. - Kodeks cywilny (tekst jedn.: Dz.U. z 2014 r. poz. 121 ze zm.) - art. 23 i 24.



Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.

środa, 7 listopada 2018

12 listopada Radio WNET rozpoczyna nadawanie w eterze! 87,8 FM Warszawa i 95,2 Kraków






Z niezmiennie aktualnym muzycznym credo Radia WNET można zapoznać się tutaj

Arczista oficjalnie w szeregach MaxFloRec! Wystartował pre-order 1. albumu









30 października na MaxFloRecTV trafił klip Arczisty. Singiel pt. „To o mnie mowa” jest 1. zwiastunem debiutanckiego krążka rapera. Równolegle z premierą wideo ruszyła przedsprzedaż wydawnictwa, którego premiera odbędzie się jeszcze w tym roku. Tym samym młody MC dołącza do grona artystów stajni MaxFloRec


− Przesłuchując artystów działających w undergroundzie, jakiś czas temu natknąłem się na Arczistę. Pomimo młodego wieku, chłopak ten uprawia świetne gry słowne, które w połączeniu z jego flow tworzą wartość, na jaką stawiamy w MaxFloRec. Myślę, że dobrze odnajdzie się w towarzystwie innych graczy labelu − komentuje wybór Rahim.

Autorem teledysku do premierowego numeru Arczisty jest grupa Filminati. Za produkcję samego utworu natomiast w całości odpowiada raper. Wraz z publikacją singla wystartował pre-order wydawnictwa pt. „Nic dla każdego”. Limitowany album Arczisty dostępny jest już pod adresem: https://maxflosklep.pl/pl/c/PREORDER/105. Dla tych, którzy zamówią go w przedsprzedaży czekają bonusy w postaci: niższej ceny, zestawu wlep z niespodzianką oraz przedpremierowej wysyłki płyty. Premiera 1. krążka artysty przewidziana jest 6 grudnia. Arczista już kilkukrotnie pojawiał się na MaxFloRecTV z luźnymi, niezobowiązującymi utworami. Kilka tygodni temu był uczestnikiem inicjatywy WYNURZENIE, podczas której zaprezentował 2 numery. Jednym z nich był utwór „Bez bilbordów”. Album „Nic dla każdego” jest 1. odsłoną dwuczęściowego projektu, którego kontynuacja planowana jest na 2019 r.

Tekst: Anna Grabowska (MaxFloRec)

Kleszcz życzy „Miłego dnia”

Kleszcz nie zwalnia tempa z promocją krążka Czerń i biel. 18 października na MaxFloRecTV pojawiła się 10. z kolei wizualizacja w ramach odsłuchu najnowszego albumu artysty. Posłuchaj, komu Kleszcz zadedykował utwór „Miłego dnia”! Do najnowszej odsłony „Czerni i bieli” wideoklip zrealizował Radosław Bereś z Ace of Art. Za warstwę muzyczną do „Miłego dnia” odpowiedzialny jest natomiast Greg (bit) oraz DJ Geto (scratche). Ogólnopolska premiera albumu „Czerń i biel” odbyła się 14.09. Dzień później w zabrzańskim klubie CK Wiatrak miał miejsce koncert promujący wydawnictwo Kleszcza połączony ze świętowaniem urodzin artysty.

 
3. w karierze płyta Kleszcza, po wydanych z DiNO „HorRYM JESTem” oraz „Cyrku na qłq”, dostępna jest w MaxFloSklepie oraz w dobrych sklepach muzycznych w całym kraju. Wraz z dzisiejszą publikacją wystartowała sprzedaż unikatowych T-shirtów Kleszcza dedykowanych fanom artysty. Koszulki z limitowanej edycji zamawiać już można pod adresem: https://maxflosklep.pl/pl/c/PREORDER/105.

Tekst: Anna Grabowska (MaxFloRec)

24 listopada w poznańskiej Auli UAM odbędzie się koncert znakomitej skrzypaczki jazzowej Reginy Carter







24 listopada w poznańskiej Auli UAM odbędzie się koncert Reginy Carter – światowej gwiazdy jazzu, projekt specjalny Era Jazzu All Stars oraz kolekcjonerskie wydawnictwa to tylko wybrane elementy specjalnego wydarzenia artystycznego, jakie przygotowała Era Jazzu na swój jubileusz w prestiżowej Auli UAM w sobotę 24 listopada.

„To specyficzna i nieszablonowa impreza - mówi Dionizy Piątkowski, pomysłodawca i szef Ery Jazzu - Gramy już 20 lat mając za sobą kilkaset znamienitych koncertów i nieszablonowych projektów. Nie ma chyba jazzowej gwiazdy, która nie pojawiłaby się z naszym logo: od Cassandry Wilson i Jana Garbarka po Dianę Krall i Marcusa Millera. Ale pokazaliśmy, często po raz pierwszy w Polsce, także artystów, którzy zadebiutowali na naszych estradach: Patricię Barber, Omara Sosę, Diannę Reeves. Zrealizowaliśmy wiele niepowtarzalnych projektów specjalnych: Amadeus Orchestra z Al Di Meolą, Herbie Hancock z Orkiestrą Symfoniczną oraz wieloletni Poznań Jazz Project z laureatami Nagrody Ery Jazzu i światowymi gwiazdami”.

W ciągu dwudziestu lat Era Jazzu stała się cyklem koncertów klubowych i galowych najwybitniejszych gwiazd współczesnego jazzu oraz znaczącym przedsięwzięciem kulturalnym plasowanym w ścisłej czołówce europejskich i polskich imprez jazzowych. Kulminacją jest wielodniowy Aquanet Jazz Festival, który obejmuje zarówno koncerty wielkich gwiazd, jak i szeroką prezentację najciekawszych jazzowych zjawisk i trendów. Od lat realizowany jest także Poznań Jazz Project promujący młodych, poznańskich muzyków.

Gwiazdą galowego koncertu „Era Jazzu – gramy już 20 lat!” będzie najwybitniejsza skrzypaczka jazzu, Regina Carter. Podczas koncertów ma się wrażenie, że skrzypaczka ma niekończące się zasoby energii, czym w uroczy i zabawny sposób zdobywa publiczność na całym świecie. „Regina Carter tworzy muzykę łatwą w odbiorze i jednocześnie zapierającą dech w piersiach.


Swoją muzyką zabiera słuchacza w niezwykłą podróż, na którą składają się przeszłość i przyszłość jazzu” - pisał o genialnej artystce Time Magazine.

Regina Carter jako czterolatka rozpoczęła naukę gry na skrzypcach a mając dwanaście lat była najmłodszym muzykiem słynnej Detroit Civic Symphony Orchestra. Studiowała muzykę w New England Conservatory of Music oraz Michigan’s Oakland University. W 1994 roku związała się z lokalnym ruchem Black Rock Coalition i nawiązała współpracę z liderami modnej „new black music”. Przełomowym dla skrzypaczki był rok 1998, gdy zrealizowała albumy “Rhythms of the Heart” oraz “Motor City Moments”, które przedstawiły zdumionemu jazzowemu środowisku wielki talent artystki a zrealizowany w duecie z pianistą Kenny’m Barronem album „Freefall” zyskał nominacje do prestiżowej Grammy Award. Odtąd jazzowa skrzypaczka zapraszana była do projektów wybitnych artystów: zagrała w „Blood on the Fields” Wyntona Marsalisa, zaproszona została przez Cassandrę Wilson do udziału w jej „davisowskim” albumie „Travelling Miles”, pojawiała się w nagraniach i koncertach królowej hip-hopowego soulu Mary J. Blige oraz awangardowych projektach Johna Blake’a.

Jako pierwsza artystka jazzowa i zagrała na Il Cannone Guarnei del Gesu, skrzypcach należących do samego mistrza Paganiniego i nagrała album „Paganini: After A Dream". Świat jazzu i muzyki klasycznej był zauroczony. Recenzent Time Magazine komplementował „Carter tworzy muzykę, której się pięknie słucha, która jest odkrywcza, czasami wręcz brawurowa... swoich słuchaczy Panna Carter zabiera na wyprawę w przyszłość jazzu”. Kolejna, autorska płyta Reginy Carter „I’ll Be Seeing You: A Sentimental Journey" to muzyczny hołd dla matki Reginy. Album zawiera intymne, akustyczne aranżacje utworów z lat dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych. W poszukiwaniach specyficznego nastroju tamtych czasów Regina Carter zaprosiła do współpracy m.in. wybitne wokalistki Dee Dee Bridgewater i Carlę Cook, klarnecistę Paquito D’Riverę, akordeonistę Gila Goldsteina.


Album „Reverse Thread” skrzypaczka zrealizowała wraz z muzykami afrykańskimi, ale w tak kulturowo zagmatwanym tyglu, że trudno dopatrywać się w pomyśle znamion „mody na ludowość”.

 Album zyskał rekomendujące recenzje prestiżowych mediów i nominowany był Grammy Awards. W światowe obchody setnej rocznicy urodzin Elli Fitzgerald wpisała się realizując album „Ella: Accentuate the Positive” składając wspaniały hołd interpretując wielkie hity Elli Fitzgerald. Regina Carter genialna instrumentalistka, powszechnie uznawana za najwybitniejszą skrzypaczkę jazzową na świecie jest od lat honorowana najważniejszymi laurami jazzu (od prestiżowych ankiet Down Beat, gdzie uznawana jest za Jazzową Skrzypaczkę Roku po udział w najważniejszych festiwalach i prestiżowych wydarzeniach oraz lukratywny grant McArthur Fellows Program). Wybitna skrzypaczka wymyka się komercyjnej sferze muzyki, stając się bezwiednie ikoną tego, co w wielkiej sztuce najważniejsze: artystką non-konformistką z ogromnym talentem i ambicjami.

Koncert na gali „Era Jazzu – gramy już 20 lat!” będzie także premierą „Star Cadillac” - nowego albumu poznańskiego zespołu Weezdob Collective - oryginalnego kolektywu improwizatorów, kompozytorów i laureatów... Nagrody Ery Jazzu. Perkusista Adam Zagórski (laureat nagrodzonego w 2016 roku Zagórski / Skowroński Quartet), gitarzysta Piotr Scholz (Nagroda Ery Jazzu w 2017), harmonijkarz Kacper Smoliński (laureat nagrody Era Jazzu 2018) wspólnie z basistą Damianem Kostką i saksofonistą Kubą Marciniakiem tworzą Weezdob Collective – jeden z najważniejszych zespołów, młodego polskiego jazzu i laureata głównej nagrody Jazz nad Odrą 2018. Premierowy album oraz nowy kwintet (Damian Kostka / Maciej Brzostowski / Maciej Kociński / Paweł Kaczmarczyk) zaprezentuje - także laureat Nagrody Ery Jazzu – gitarzysta Dawid Kostka.

Partnerem Strategicznym Ery Jazzu jest Aquanet S.A.
Projekt realizowany jest przy współpracy Miasta Poznań


wtorek, 6 listopada 2018

Tekst jest duszą piosenki - myśli i wyznania autora tekstów, kompozytora i wokalisty Staszka Głowacza spisała Maria Duszka

Staszek Głowacz mieszka w niewielkiej miejscowości pod Krakowem. Jest autorem tekstów, kompozytorem, a przede wszystkim wokalistą. Właśnie ukazała się jego druga płyta, która nosi tytuł "Słoneczne popołudnie". Długo na nią czekał, ale było warto. Teraz jego życie artystyczne nabiera tempa. 

Muzyka była we mnie już od dziecka. Tata grał na perkusji, mama śpiewała. W szkole średniej zacząłem pisać pierwsze teksty i komponować. Chętnie występowałem na akademiach szkolnych i różnego rodzaju przeglądach – wspomina artysta.

 Swoją pracę rozpoczął na początku lat 80-tych w Ośrodku Kultury w Budzowie, a następnie w Suchej Beskidzkiej. Tu stworzył swój pierwszy zespół „Ars amandi”. Potem został menadżerem grupy „Salwator”, z którą pracował przez kilka lat. Na początku lat dziewięćdziesiątych wyjechał do Wiednia. Przez 8 lat mieszkał tam, pracował, studiował muzykę, śpiewał koncerty.


Wtedy też zaczął nagrywanie debiutanckiej płyty pt. „Różaniec małych pragnień”, którą w styczniu 1999 r. wydała krakowska wytwórnia Fraza Records. Płytę wyprodukował wespół z Krzysztofem Maciejowskim i Tomkiem Lipertem – gitarzystą De Mono. Piosenki z niej grało m.in. Radio dla Ciebie, Radio Bielsko, Radio Kraków i wiele innych rozgłośni. Zamieszkał w Bielsku-Białej i zaczął występować z jazzmanami: Beatą Przybytek, (która teraz robi karierę solową),Robertem Szewczugą, Dorotą Zaziąbło, Krzysztofen Sandeckim i Maciejem Caputą.

Chcieliśmy nagrać autorski materiał z moimi tekstami, wynajęliśmy studio w Krakowie, ale w trakcie nagrań producent się wycofał. Zraziłem się i na kilka lat zamilkłem. Uznałem, że to za drogie hobby. Przez kilka lat pracowałem w knajpie jako barman. – mówi Staszek


W 2007 r. Telewizja Katowice organizowała benefis Gaygi. Staszek przyjaźnił się z piosenkarką, która odwiedzała go jeszcze, kiedy mieszkał w Wiedniu. Zaprosiła go do udziału w tym programie. Zaśpiewał „Ruchomy cel” i „Kabbalah”. Gayga była zachwycona, zaproponowała, aby wspólnie nagrali płytę. Powstały pierwsze kompozycje, Staszek napisał teksty i znów wszystko na nic – Gayga zachorowała i niedługo potem zmarła. Artysta był załamany. Pomyślałem wtedy, że wszystko jest przeciwko mnie. Skoro nie jest mi dane zajmować się muzyką, zajmę się czym innym.- wspomina


Przez kilka lat pisał teksty i odkładał je do szuflady. W 2016 r. postanowił jednak, że stworzy nową płytę i spróbuje od nowa. Zaproponował napisanie utworów do swoich tekstów m.in. Mieczysławowi Jureckiemu z Budki Suflera. 

Miał skomponować dwie piosenki, a przysłał mi ich pięć – i wszystkie były piękne. Wysłałem mu kolejne teksty, Mietek się zachwycił i zaproponował, abyśmy zrobili płytę autorską. W lutym 2018 r. wytwórnia MTJ wydała krążek „Słoneczne popołudnie”. Pierwszy nakład tej płyty już się rozszedł w całości, czekamy na wznowienie. Przy okazji wydany niedawno ponownie „Różaniec małych pragnień” dostał swoje drugie życie. Moje piosenki są zamieszczane na radiowych playlistach. Wróciłem do muzyki na dobre, ciągle dostaję nowe propozycje. – nie kryje radości Staszek.


Pracuje teraz nad czterema różnymi płytami. Pierwsza nosi tytuł „Zimowe impresje”. To utwory okołoświąteczne - w ich nagraniu bierze udział ponad 40 osób. Powinna się ukazać w przyszłym roku przed świętami Bożego Narodzenia. Przy okazji pracy nad tą płytą pojawiło się kilka ciekawych pomysłów na kolejną - tym razem w jazzowym anturażu.

Bedzie nosiła tytuł "Niezapominajki”. Na trzeci krążek złożą się piosenki Agnieszki Osieckiej. Dostałem propozycję udziału w spektaklu „Gdzieś w hotelowym korytarzu” realizowanym przez „Teatr na banicji” w Nowym Sączu. Cieszę się, bo uwielbiam Osiecką. Zawsze chciałem zaśpiewać piosenki z jej tekstami. Poproszono mnie też, abym wybrał utwory do spektaklu. Wyszukałem takie, które są mniej znane. Znalazłem też jeden tekst Agnieszki, który nie był jeszcze śpiewany. Krzysztof Maciejowski skomponował do niego muzykę. Przedstawienie zakończy mój utwór „Do zobaczenia, Agnieszko”. Premiera zaplanowana jest na 2019 r. – cieszy się artysta


Twórcy, których Staszek podziwia i którzy go inspirują to m.in.: Wojciech Młynarski, Wisława Szymborska, Edward Stachura, Bolesław Leśmian, Jonasz Kofta, Andrzej Mogielnicki, Bogdan Olewicz. Uwielbia też odkrywać dla siebie utalentowanych artystów młodego pokolenia i chętnie nawiązuje z nimi współpracę.

Ostatnio jest zachwycony płytą Kuby Dudy i zespołu Dym. To utwory proste w przekazie, ale mające duszę. Czuję się jak zahipnotyzowany, kiedy słyszę głos, który przykuwa moją uwagę – a tak właśnie jest w przypadku Oskara Jensena, mieszkającego w Olsztynie młodego muzyka z kanadyjskimi korzeniami. Zaproponowałem mu napisanie muzyki do moich tekstów i w ciągu tygodnia powstały dwie piękne piosenki. Postanowiliśmy, że nagramy razem autorską płytę. Lubię czerpać energię od młodych ludzi. Nadrabiam stracony czas i na szczęście pomysłów mi nie brakuje. Cieszy mnie, że mam wiele propozycji i coraz więcej piszę też dla innych artystów. – mówi piosenkarz.


Z Mietkiem Jureckim
Cały czas intensywnie pracuje nad nowymi piosenkami. Stara się zawsze, aby każdy utwór był dopieszczony w warstwie tekstowej i muzycznej. Inspiracje przychodzą same. Piszę o tym, co czuję, nie chcę się silić i tworzyć czegoś sztucznego. Tekst to dusza piosenki – muzyka to ciało. Bez duszy piosenki są martwe. Ja mam czasem takie poczucie, że ktoś z góry dyktuje mi utwory. Zapisuję tekst, a potem go czytam. Jestem z niego zadowolony, jeśli uznam, że mógłby egzystować samoistnie. Każdą płytę układam tak, aby była opowieścią – miała początek, środek i koniec. – opowiada o swojej pracy Staszek.


Jak dziś wspomina swoje wcześniejsze niepowodzenia? Nie uważam, że to był czas stracony, zdobyłem doświadczenie, z którego mogę do woli korzystać i dzielić się nim z innymi. Kocham ludzi, uwielbiam z nimi rozmawiać i czerpać pełnymi garściami z życia to, co najpiękniejsze, a potem dzielić się tym z innymi. Moje motto z Osieckiej:

„Póki świecą światła rampy i choć został jeden widz,
to do szczęścia nie potrzeba nic”.
Maria Duszka

Audycja Piotra Spottka, w której jest obszerny 
wywiad ze Staszkiem Głowaczem

Maria Duszka - mieszka w Sieradzu. Jest poetką, dziennikarką, bibliotekarką, animatorką kultury, założycielką i opiekunką działającego od 2002 r. Koła Literackiego „Anima”. Członkini Wielkopolskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. W 2012 r. otrzymała stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a w 2013 r. Odznakę Honorową za Zasługi dla Województwa Łódzkiego. Wydała dotychczas dziewięć tomików. Ostatni z nich to polsko-litewski wybór wierszy "Wolność chmur /Debesų laisvė". Jej utwory zostały przełożone na kilkanaście języków obcych. Publikowała je m.in. w: „Odrze”, „Toposie”, „Przekroju”, „Poezji Dzisiaj”, „Reibeisen” (Austria), „Modern Haiku” (USA), „Krantai” (Litwa), „Kiyv” (Ukraina) oraz w antologiach w Niemczech, Serbii i USA. Prezentowała także swoją twórczość w Telewizji Polonia, Radiu Łódź, Radiu Alfa i Naszym Radiu. Od października 2017 r. czyta wiersze ulubionych poetów w cotygodniowej audycji „Pod wielkim dachem nieba” w Radiu Muzyczna Cyganeria. Jako dziennikarka publikowała artykuły, wywiady i recenzje na łamach „Dziennika Łódzkiego”, „Kalejdoskopu” (miesięcznika kulturalnego Łodzi i województwa łódzkiego) i „Toposu”, a od kilku lat współpracuje z „Ziemią Łódzką”. Była gościem festiwalu PolnischerSommer 2010 w niemieckim landzie Schleswig - Holstein. W latach 2013 - 2016 czterokrotnie uczestniczyła w Międzynarodowym Festiwalu Poetyckim "Maj nad Wilią" w Wilnie, a w 2017 r. reprezentowała nasz kraj na Międzynarodowym Festiwalu "Wiosna Poezji" organizowanym przez Związek Pisarzy Litwy.

niedziela, 4 listopada 2018

Piotr "Struna" Strojnowski (Strojnowy) - pierwszy lider legendarnego zespołu DAAB wraca po 30 latach z nowym albumem, który ukaże się 09.11.2018 nakładem wytwórni Karrot Kommando.

Piotr "Struna" Strojnowski urodził się w 01.02.1958r. w Warszawie. W 1982 założył zespół DAAB wspólnie z Dariuszem Gierszewskim oraz Arturem Miłoszewskim i został jego pierwszym wokalistą i liderem. Wymyślił hasło "Muzyka Serc" które towarzyszy zespołowi do dzisiaj. Piotrek napisał wszystkie teksty na pierwszą płytę zespołu. Jest współkompozytorem i autorem tekstów kultowych przebojów t.j. "W moim ogrodzie", "Fala ludzkich serc", "Zakamarki moich dusz", "Serce jak ogień" i innych... W 1985r. w trakcie tournee po Europie ze względu na atmosferę w zespole "Struna" zdecydował się na odejście z zespołu. Przed ostatnim koncertem w Amsterdamie, poinformował kolegów o swojej decyzji i był to jego ostatni koncert z zespołem DAAB.


Przez 30 lat Piotr nie zajmował się muzyką. Pojawiał się kilkukrotnie jako gość ale w pełni oddał się pracy jako złotnik a później po wyjściu z własnych zawirowań terapeuta uzależnień - co z sukcesem wykonuje do dzisiaj. Ten okres nie był zupełnie bierny artystycznie, ponieważ Piotr cały czas pisał teksty - bardzo dobre teksty i komponował muzykę.


W 2015 jego drogi splotły się z producentami Grzegorzem Rytką i Michałem Mareckim i postanowili powołać do życia zespół "Strojnowy". Od tego czasu rozpoczęły się pracę nad płytą "Wolność Serc" bazującej na tekstach Piotrka i wspólnych kompozycjach. Równolegle do zespołu dołączyli muzycy, którzy mają swój udział w tworzeniu polskiej sceny reggae.

Muzyczna bezpretensjonalność oraz teksty Piotra wypełniają niszę w liryce polskiej muzyki, w której tak niewiele słyszy się komentarzy do czasów współczesnych. Śpiewa również o miłości w sposób bardziej wyrafinowany niż standardowy poziom polskiej piosenki. Na set listę koncertową składają się nowe utwory zespołu uzupełnione utworami Piotrka z dawnych lat.


Pozostałymi członkami zespołu są:

Grzegorz Rytka - saksofon
Michał Marecki - instrumenty klawiszowe
Paweł Mazurczak - bass
Jacek Orłow - perkusja
Piotr Hrycyk - instrumenty perkusyjne
Krzysztof Nowicki - gitary
Łukasz Hodor - puzon
Mariusz Dziurawiec - soundmaster

a teraz.... powspominajmy...

wtorek, 30 października 2018

26 listopada w toruńskim HRP Pamela odbędzie się koncert Arka Jakubika. Wokaliście towarzyszyć będzie zespół w składzie: Olaf Deriglasoff g. basowa i gitary, Piotr Jabłoński perkusja, Maks Kucharski - saksofon altowy i instrumenty klawiszowe. Wieczór otworzy swoim występem formacja Lustro

Ruszyła przedsprzedaż biletów na koncert Arka Jakubika w HRP Pamela. Do końca października bilety w rewelacyjnej cenie.

W poniedziałek (26.11.2018) Hard Rock Pub Pamela zaprasza na koncert Arka Jakubika w solowym projekcie. Wokaliście towarzyszyć będzie zespół w składzie: Olaf Deriglasoff g. basowa i gitary, Piotr Jabłoński perkusja, Maks Kucharski - saksofon altowy i instrumenty klawiszowe. Wieczór otworzy swoim występem formacja Lustro. 

Bilety: 20 zł (przedsprzedaż do 31.10.2018) / 30 zł (przedsprzedaż do 25.11.2018) / 40 zł (w dniu koncertu).

Bilety można kupić w Hard Rock Pubie Pamela (Toruń, ul. Legionów 36). Można je również zarezerwować pisząc na adres mailowy hrppamela@gmail.com i po uprzedniej wpłacie na konto odebrać przed koncertem.



poniedziałek, 29 października 2018

Tak dziś jest artysta stawiany: albo możesz pocałować mnie w d..., albo się dostosować - z Przemkiem "Sledziuhą" Śledziem rozmawia Sławek Orwat

Moje drugie spotkanie ze Sledziuhą


Sledziuha to jeden z tych wirtuozów gitary, którzy od momentu, kiedy ujarzmili "wiosło", nie rozpychają się łokciami, aby zdobywać świat na siłę, ale skutecznie i konsekwentnie jak przykazał mistrz Młynarski... robią swoje. Pewnie dlatego więcej osób bardziej kojarzy ucho od śledzia, niż Śledzia gitarę. Przemek kilkukrotnie pojawiał się i znikał na widnokręgu zainteresowań Andrzeja Donarskiego (wywiad z roku 2012 tutaj), ale to dopiero pewna upojna noc gitarowych harców z nieodżałowanym gitarzystą Mr. Zoob Waldkiem Lechem zadecydowała o tym, że Sledziuha oficjalnie znalazł się w składzie legendy. Od lat akompaniuje wielu solistom oraz koncertuje solo, występuje w teatrze, szkoli młodych adeptów gitary, towarzyszy na scenie Wojciechowi Kordzie, ale przede wszystkim zbiera materiał na swoją debiutancką solową płytę i zdobywa listę Polisz Czart wraz ze swoim najambitniejszym muzycznym dzieckiem o tajemniczej nazwie Iż. Poniższa rozmowa to pokłosie dwóch moich spotkań z tym przesympatycznym i niezwykle utalentowanym artystą. Pierwsza miała miejsce w roku 2012 w Poznaniu, druga 20 października tego roku w.... Karkonoszach. Wszystkie zdjęcia poochodzą z profilu Fb Sledziuhy. Zapraszam do lektury. 


- Kiedy po raz pierwszy wziąłeś do ręki gitarę?

- Miałem wówczas 12 lat?

- Ktoś cię jakoś szczególnie zafascynował, usłyszałeś coś w radiu, czy powód był jeszcze inny?

- Muzyczny talent mam w genach. Moja mama jeszcze pod panieńskim nazwiskiem Irena Dziechciarz w wieku 18/19 lat była wokalistką zespołu, który występował w programach radiowych.

fot. Wisława Nawrocka
Gitarę wziąłem do ręki właściwie po to, żeby się czymś zająć i nie robić na osiedlu bałaganu (śmiech), a tak poważnie to mama kupiła mi gitarę, bo dość szybko zauważyła, że często sobie podśpiewuję i pomyślała, że może rzeczywiście dobrze byłoby w tym kierunku mnie rozwijać i zapisała mnie do ogniska muzycznego. Już w pierwszym roku, w wieku 13 lat dostałem się na konkurs Wieniawskiego, gdzie otrzymałem wyróżnienie.

- Grałeś na skrzypcach?

- Nie, szkoła była im. Wieniawskiego i stąd taka nazwa konkursu.

- Zespół Iż jest chyba najbardziej ambitnym twoim muzycznym dzieckiem?

- Zależy co masz na myśli. Iż, gra utwory, które są awangardowymi piosenkami. Są bardzo zróżnicowane, jaką piosenkę masz na myśli, bo aż trzy powstały z moich wcześniejszych utworów instrumentalnych.

- Zdecydowanie mam na myśli "Moje miasto", bo tylko ten utwór znajduje się na YouTube, tylko ten utwór znamy z wersji studyjnej i tylko on znalazł się na naszej radiowej playliście.


- No tak, reszta piosenek grana jest na chwilę obecną tylko na koncertach i jeszcze przez jakiś czas chciałbym je tak potrzymać.

- Kim jest wasza wokalistka i gdzie ją znalazłeś?

Magda "Mechagodzilla" Nowakowska (fot. Jerzy Kot)
- Magda "Mechagodzilla" Nowakowska. To było na konkursie kapel rockowych w Czarnkowie, gdzie byliśmy z Zoobem w jury. Śpiewała wtedy ze swoim zespołem. Tak się poznaliśmy. Ma duże możliwości i charakterystyczny głos. Ja niestety nie mam dobrego głosu, a piszę dość trudne piosenki. Kolega, który uważał się za dobrego wokalistę, próbował je wykonać naśladując to, co w cudzysłowie było moim śpiewem. Okazało się, że nie dał rady ani rytmicznie, ani harmonicznie. Magda sobie radzi, ma czuja i możliwości.


- To, że piszesz trudne i ambitne kompozycje słychać nie tylko w partiach wokalnych. Tej wycieczki po skalach, jaką słychać w twojej solówce nie powstydziliby się moim zdaniem uznani gitarzyści jazzowi.

- Widzę, że słuchałeś tego dokładnie (śmiech), a muszę ci powiedzieć, że pierwszą część tej solówki nagrałem za pierwszym podejściem, a potem już tylko dograłem końcówkę. Akurat to solo nie jest układane pod harmonię utworu, jest opowiadaniem. Chciałem, żeby było integralną częścią, na którą się czeka.

fot. Jerzy Kot
- Zespół Iż w notowaniu 29 Polisz Czart zajął zaszczytne 15 miejsce!

- Ale to chyba tylko dzięki temu, że to ty nas puszczałeś (śmiech) i otaczałeś miłymi słowami. Bardzo się cieszę, że cenisz sobie takie rzeczy.

- W tym momencie koniecznie muszę dodać, że mój znakomity kolega radiowy z Irlandii Tomasz Wybranowski także niezwykle ciepło wypowiadał się o tej piosence i rzeczywiście niewiele mieliśmy w historii naszej listy utworów z tak świetnym żeńskim wokalem i tak dobrą jazzującą gitarą jednocześnie.

- Nie sądziłem, że ktoś tak kiedyś określi moją gitarę, bo sam raczej nie chciałbym tego tak nazywać. Nie szczędzisz komplementów, albo masz dobry gust.

- Z jednej strony nie chciałbyś być wrzucany do tego koszyka, ale jednocześnie utarło się powiedzenie, że łatwiej gitarzyście jazzowemu zagrać rockowe riffy, niż gitarzyście rockowemu pobawić się w wycieczki po skalach.

- Nie zgodzę się z tobą do końca. Musisz wiedzieć, że są teraz takie młode wilki gitary rockowej, które zagrają ci to, to i jeszcze tamto, zagrają rockowo, jazzowo, folkowo a nawet trash metalowo. Nie jest to dla nich problem.

- Na pewno znasz Janka Pentza. 


- Tak, Janek nie tylko zagra ci na różne sposoby, ale na dodatek potrafi tworzyć świetne kompozycje, w tym filmowe i ma już za sobą wspólne występy z Tommym Emmanuelem. A słyszałeś mojego ucznia Michała Obrębskiego?

- Jeszcze nie, ale już go zapraszam do Polisz Czart. Twoja rekomendacja jest na wagę złota (śmiech).

- To powiem ci, że jeśli lubisz King Crimson i progresywną nutę, to Michał nie tylko znakomicie potrafi ją zagrać, ale dodatkowo wszystkie kompozycje nagrywa sam.

fot. Dobrosława Nawrocka
- Gdybyś miał wybrać moment, w którym byłeś najbardziej zadowolony z siebie jako muzyk w ciągu 30 kilku lat grania, to co by to było?

- Pozornie było to małe zdarzenie, ale dla mnie było ważne. Grałem kiedyś w Norwegii koncert solowy w miejscowości Hamar. Poza pewnym perkusistą, wszyscy zebrani tam widzowie i muzycy byli dla mnie kompletnie obcymi ludźmi. Po występie podszedł do mnie pewien kompletnie nieznany mi gość i będąc pod wrażeniem mojego występu, bardzo chciał ode mnie kupić płytę. Dał mi nawet swój adres i poprosił, abym mu ją przysłał pocztą, jeśli nie mam przy sobie.

- Pod jakim szyldem wtedy grałeś?

- Grałem jako Przemysław "Śledziuha" Śledź, Był to koncert solowy, a ja nie mogłem mu tej płyty podarować, bo... do dziś solowej płyty jeszcze nie udało mi się nagrać (śmiech).

- A kiedy uda ci się w końcu tę płytę wydać?

- Wiesz co... nie wiem. Ja sukcesywnie coś tam wbijam do swojego repertuaru, ale wciąż jeszcze nie dojrzałem do wydania tego materiału i gram go na razie tylko na koncertach. Liczę bardzo, że dzięki tej rozmowie zachęcę twoich czytelników na tyle, że zechcą licznie przybywać na moje występy, a kiedyś także kupować moje płyty.

- Na pewno znasz świetnego gitarzystę sprzed wielu lat, który nagrywał solowe utwory instrumentalne. Nazywał się Ryszard Sygitowicz.


- Jasne! Na nim się przecież uczyłem. Pamiętasz jego kawałek "Cavalcado"?

- Pamiętam nawet jak świetnie sobie radził na Liście Przebojów Trójki.

- Czasem sobie wspominam, jak siedziałem z gitarą na kolanach w kiblu, albo na korytarzu, żeby nie przeszkadzać i uczyłem się motywu z "Cavalcado", a jeśli chcesz zapytać, czy wzoruję się na nim, to tak, uczyłem się na nim konkretnych technik i aranżacyjnie na pewno Sygitowicz jest dla mnie autorytetem i wzorem.

- A od kogo uczyłeś się solówek?

- Pierwszą moją solówką, jaką zagrałem, była solówka Scorpionsów z "When The Smoke Is Going Down". Do tego kawałka razem z kuzynem i jego siostrą dopisaliśmy nawet później nasz własny, smutny tekst o końcu świata.


- Oprócz swojej formacji Iż, jesteś też gitarzystą jednej z bardzo zasłużonych polskich grup. Jak trafiłeś do Mr. Zoob?

- Poznaliśmy się z Andrzejem w momencie, w którym Mr. Zoob akurat się rozpadł. Andrzej chciał zrobić w Poznaniu skład, bo w Poznaniu mieszkał Marcin Zabrodzki. Z Marcinem graliśmy razem w bluesowej kapeli.

fot. Mariusz Skrok
Ja miałem wtedy akurat zespół Śledzie, w którym oprócz mnie grał ściągnięty przez Marcina, Andrzej Święs i właśnie Marcin Zabrodzki znany także z występów w Pogodnie i z Kasią Nosowską.

- Skoro tak blisko znasz Andrzeja Święsa, to musisz też znać Bartka "Sabio" Janiaka, który od lat jest w Londynie cenionym multiinstrumentalistą (wywiad tutaj)?


- Bartek był wtedy tylko młodym bębniarzem, ale już wtedy dał się poznać jako ktoś niesztampowy. Janiak był z Koszalina, Marcin też.

- Jaką muzykę graliście?

Bartek "Sabio" Janiak (fot. Monika S. Jakubowska)
- Ogólnie określiłbym ją jako fusion. Improwizowałem bluesowo, ale numery, które wymyślałem, raczej takie nie były. Oni byli świetnymi muzykami już wtedy mimo, że byli bardzo młodzi.

- Teraz trochę lepiej rozumiem skąd u Sabia w roku 2011 pojawił się pomysł na bardzo ciekawy, jazzujący projekt Spherical Emotion, który Sabio realizował właśnie z Andrzejem Święsem i ze znanym polskim trębaczem Maćkiem Fortuną.


- Maciek Fortuna swój pierwszy koncert w Poznaniu zagrał ze mną i choć dziś może zabrzmi to zabawnie, byłem przez moment dla niego kimś w rodzaju guru (śmiech). On wie, o co chodzi. Otóż dwaj moi uczniowie mieli przygotować materiał na jakąś imprezę charytatywną i poprosili mnie, żebym pomógł zorganizować im na tę okazję skład. Impreza wprawdzie się nie odbyła, ale skład i pomysł pozostał.


Tak powstał Onus Probandi. Mieliśmy koncert w poznańskim klubie i Jacek Winkiel przed koncertem spytał, czy może z nami zagrać młody trębacz. I zagraliśmy w "Minodze" z... Maćkiem Fortuną. Zdaje się że nawet jest nagranie.

- Co to było?

- Covery Johna Scofielda i kilka moich


- Wróćmy do Mr. Zoob...

- Donar, po prostu przyjechał, pokazał nam kilka numerów, a my je zrobiliśmy. Niestety, kiedy po miesiącu Donar przyjechał na kolejną próbę, nikogo oprócz mnie w Poznaniu nie było. Pojechał więc do Koszalina, gdzie dogadał się jakoś z chłopakami z Zooba i to nasze wspólne granie wtedy umarło.

- Donar jednak był ci pisany (śmiech).

Sledziuha z nieżyjącym już wieloletnim gitarzystą Zooba Waldkiem Lechem znanym pod ksywą Gilmur
- Z Marcinem pojechaliśmy do Koszalina zagrać koncert w jakimś niewielkim klubie. Pojawił się tam akurat Marek Dyjak, który zaproponował nam, żebyśmy zagrali z nim koncert w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie. Na tym koncercie pojawił się także... Andrzej Donarski. Zaśpiewał z Dyjakiem „Kawałek podłogi”. Po koncercie Donar, zaproponował mi, żebym zagrał z nim Zooba akustycznie na koncercie w Kołobrzegu. Pojechałem i... nie wziąłem ze sobą gitary, ale w zamian wziąłem... harmonijkarza, który z nim wtedy zagrał (śmiech). Dopiero wieczorem, tak się zaprzyjaźniłem z nieżyjącym już wieloletnim gitarzystą Zooba Waldkiem Lechem znanym w środowisku bardziej pod ksywą Gilmur, że przerobiłem z nim cały ich materiał koncertowy do ostatniej kropli. Było tak dobrze, że Gilmur zaproponował chłopakom, żeby wziąć mnie na najbliższy koncert do Bytowa i właśnie od Bytowa wskoczyłem do zespołu. Zostałem pełnoprawnym członkiem legendy lat 80', łoł!


- Jak myślisz, na czym polega fenomen piosenki "Mój jest ten kawałek podłogi"? Pamiętam, że gdy powstawał Polisz Czart, z początku była to lista polskich utworów wszech czasów i to właśnie Mr. Zoob przez długie miesiące okupował pierwsze miejsce.

- Wiesz... ten numer ma fajny tekst, który zawsze będzie aktualny, bo przecież każdy niezależnie od wieku chce mieć ten swój kawałek podłogi, każdy wie, że są momenty, że czujesz się „osaczony” albo przez rodziców, albo przez szkołę, przez uczelnię czy korporację, że czujesz się po prostu przytłoczony i że potrzebujesz wtedy tego azylu, gdzie możesz być tylko sam ze sobą i na tym polega jego fenomen.

Andrzej Donarski w interpretacji Kamili Kuik i własnej

Jest to jeden z tych utworów, który pomimo, że tak naprawdę jest jedynym tak dobrze znanym kawałkiem tej kapeli, ciągle po prostu jest aktualny. I czy to będzie 14-latek, czy 65-latek, zawsze będzie wiedział, o czym jest ta piosenka.

Znowu ktoś mnie podgląda,
Lekko skrobie do drzwi.
Strasznym okiem cyklopa,
Radzi, gromi i drwi!

- Ja w tym tekście dostrzegam też analogie do Ściany Floydów, którą bohater tego dwupłytowego albumu budował przez całe swoje życie od wczesnego dzieciństwa z okrzykiem: "nauczycielu zostaw nas w spokoju!"




Wielkie dzieło skończyłem,
Głód do wyjścia mnie pcha.
Prężę się i napinam,
Lecz mur stoi jak stał.

- Jest to prosty sposób na komunikat i przekazuje go kapela, która była mocno alternatywna w tym czasie. Do tego piaszczysty głos Donarskiego. Połączenie, które dało nam dobrą piosenkę, a zespołowi miejsce w antologii.

- W Poznaniu jesteś popularnym muzykiem.

Niech żyje przyjaźń poznańsko-wrocławska, czyli Sledziuha z Leszkiem Cichońskim (fot. Ewa Gardoń)


- Dziękuję, po tylu latach większość cię kojarzy (śmiech). Trochę pograłem za granicą Poznania i Polski też.

- W jakim kraju?

- I tu cię zaskoczę. Anglia i Norwegia. Był taki moment, że moich kompozycji słuchali też ludzie w... Japonii. Po różnych reperkusjach Andrzeja Donarskiego, założyłem z nim kiedyś projekt o nazwie Mister Z.U.B, z którym zrobiliśmy numer pod tytułem "Mina Tyma".

- Ja ten kawałek doskonale pamiętam, bo grałem go nawet w propozycjach do listy Polisz Czart.


- Pamiętam, że wysłaliśmy "Minę Tyma" do polonijnego radia w Chicago i do ciebie, bo w Polsce nikt nie chciał tego grać. Okazało się, że w Chicago ten kawałek przez dwa miesiące był na pierwszym miejscu! Był on w Stanach tak popularny, że w pewnym momencie odezwał się do mnie pewien kolega, który mieszkał na Florydzie i który wprowadzał właśnie na rynek 12 firm zajmujących się sprzedażą i rozpowszechnianiem piosenek w formacie mp3. Zaproponował nam, abyśmy na bazie popularności tego przeboju wydali w Internecie całą płytę i za pośrednictwem tych firm rozpowszechniali. Uznał, że skoro aż dwa miesiące ta piosenka utrzymywała się na szczycie popularności, to na pewno sporo ludzi za przysłowiowego dolara będzie chciało mieć ją u siebie i że wystarczy odpowiednio na stronie tego radia podać link do jej ściągnięcia i biznes będzie się kręcił.

fot. Mariusz Skorupiński
Niestety, pomimo, że zrobiłem nawet specjalną okładkę do tego singla, ostatecznie nie udało się nam wtedy wpuścić "Miny Tyma" do sklepów internetowych. Kiedy już zorientowałem się, że całe przedsięwzięcie się nie uda, przeprosiłem tego chłopaka z Florydy i zapytałem go, czy w zamian za ten kawałek, mogę dać mu do dystrybucji około 10 moich własnych utworów instrumentalnych. On się zgodził, tylko poprosił mnie, żebym znalazł sobie szybko jakiś pseudonim artystyczny, a że Donar kiedyś spontanicznie podczas koncertu Zooba krzyknął: "a teraz solówkę zagra nasz kochany Śledziucha", pomyślałem sobie... po co wymyślać nową ksywę, skoro jedna już istnieje. Wtedy on jeszcze poprosił mnie, żebym pozbył się z tej ksywy wszystkich polskich czcionek i dwuznaków jak "ś" i "ch" i w ten sposób w Internecie pojawiło się 10 moich kompozycji pod szyldem Sledziuha. Pamiętam, że namawiałem wtedy różnych znanych mi muzyków w Polsce, aby w ślad za mną też wpuszczali swoje kawałki do tych platform. Dziś - jak dobrze wiesz - sprzedaż mp3-kowa jest już standardem i najbardziej popularną formą pokazania swojej muzyki, ale w tamtym czasie ludzie w Polsce bali się jeszcze zaufać tej formie dystrybucji,

- A co z tą Japonią?

- Pamiętam, że dałem mu wtedy totalny miszmasz. Zebrałem na tej składance rock, fusion, trzy piosenki. Do jednej z tych kompozycji Waldek Chyliński, który regularnie pisał dla Mr. Zooba (jest także autorem wspomnianej "Miny Tyma") napisał tekst i dziś ten kawałek z powodzeniem wykonujemy z projektem Iż pod tytułem "Mnie tu nie ma".


Wszystkie te piosenki i utwory instrumentalne - nie pytaj mnie proszę teraz o ich jakość (śmiech) - poszły wtedy w jednym worku do rozpowszechniania na całym świecie. To właśnie wtedy okazało się, że moje akustyczne utwory mają swoich fanów w Japonii, którzy porównali mnie wtedy do Tommy Emmanuela!!! Najbardziej spodobał im się kawałek, który nagrałem dla mojego syna.

- Kiedy możemy spodziewać się w Radiu WNET nowej piosenki grupy Iż? Czy będzie to wspomniana przez ciebie "Mnie tu nie ma", czy jeszcze inna?

- "Mnie tu nie ma" trwa ponad 5 minut, wiec do radia chyba średnio się nadaje...

fot. Monika Miller
- Mnie to akurat nie przeraża. My z Tomkiem Wybranowskim nie dzielimy utworów na 3-minutowe i dłuższe, tylko na dobre i słabe.

- I tu wracamy do nieustającej dyskusji o rozbieżnościach pomiędzy tym, co na siłę ostatnimi czasy promuje się w dużych mediach, a wartościową polską piosenką, która w świadomości naszej generacji istnieje jeszcze gdzieś tam od Kabaretu Starszych Panów, gdzie tekst i muzyka były ze sobą bardzo mocno kompatybilne i stanowiły istotny element naszej narodowej kultury, co było gwarantem wysokiej jakości, jaką latami dostawaliśmy do uszu, dzięki czemu dziś jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Dziś chciałoby się zaapelować do tych panów, którzy bezkrytycznie puszczają w radiach podsuwaną im muzykę, żeby w końcu zastanowili się choć przez moment, co nasze dzieci dostają do uszu dzięki ich bezmyślnemu traktowaniu swojej medialnej pracy.

- Ja to wprost nazywam zbrodnią na młodym pokoleniu i często zadaję sobie pytanie: czy dobra muzyka z dobrym tekstem i dobrą aranżacją po tylu latach regularnego i świadomego zabijania muzycznej wrażliwości w głowach młodych słuchaczy ma jeszcze realną szansę wrócić do masowych, a przede wszystkich do państwowych mediów, które chyba już dawno zapomniały o swojej misji i o tym, że działają dzięki pieniądzom podatników?

- Wiesz... zawsze uważałem, że ludzie sami sobie powinni weryfikować to, czego chcą lub nie chcą słuchać. Dziś już tak jest, nie muszę słuchać tej stacji, przełączam. Ale to ja, a młodzi? Patrzą, co jest modne, fajne, super... gdzie się tego dowiedzą z czego? Od zawalonych robotą lub niepracujących rodziców?! Z piosenek Zenka? (śmiech).


- Tak, absolutnie masz rację, tylko właśnie... aby ludzie rzetelnie mogli sobie tę weryfikacje przeprowadzić, najpierw w mediach publicznych powinni usłyszeć wszystkie rodzaje muzyki składające się na tzw. dziedzictwo kulturowe, aby świadomie wiedzieli pomiędzy czym, a czym takiego wyboru dokonują. W sytuacji, kiedy dziś w mediach prawie nie ma jazzu, rocka czy fusion, natomiast nieustannie leci tandetnej jakości pop czy disco polo, młodzi ludzie nie są w stanie dokonać jakiegokolwiek wyboru, czego chcieliby słuchać, bo po prostu pewnych brzmień - jeśli nie są szperaczami YouTube - nigdy dotychczas nie usłyszeli. 

Gitarowy Rekord Guinnessa 2017
I tu wypada zadać kolejne pytanie: dlaczego tępiona, a wręcz banowana jest w mediach komercyjnych muzyka gitarowa? Przecież kiedy Kora wydawała w roku 2011 solowy album Ping pong, po rozmowach z kilkoma producentami, w końcu zdecydowała się na Rafała Paczkowskiego, który jako JEDYNY zgodził się na rockowe, gitarowe brzmienie! Masz świadomość, że twój ukochany instrument, na którym zbudowana została muzyczna wrażliwość naszego pokolenia jest dziś w mediach niemile widziany? 


- Słyszałem pewną historię. Ktoś znany, chciał, aby jego nowa produkcja, która była zrealizowana po własnej linii ze świetnymi muzykami, została puszczona w pewnym mainstreamowym radiu, co gwarantuje, że od razu jesteś dużą literą. Usłyszał, że owszem, ale pod warunkiem, że będzie ona wyprodukowana przez ich producenta... i on się na to zgodził. Wiedział, że albo będzie na rynku, albo... Tak dziś jest artysta stawiany: albo możesz pocałować mnie w d..., albo się dostosować.

Sesja u Andrzeja Mikołajczaka


- Dorastaliśmy w czasach, w których w dużych stacjach promowani byli przede wszystkim artyści oryginalni jak choćby Freddie Mercury, który nie uległ naciskom i uparł się, że, "Bohemian Rhapsody" będzie trwał dokładnie 5:53 i ani minuty krócej i że właśnie tak, a nie inaczej będzie ten numer brzmiał. Przecież, gdyby wtedy ktoś mu nie uległ, prawdopodobnie nie byłoby już grupy Queen!!!


- I nigdy być może nie byłoby MTV, bo przecież pierwszy fabularny clip, jaki powstał na świecie, to był właśnie clip do "Bohemian Rhapsody" i to od tego momentu rozpoczęły się tak naprawdę clipy. Wcześniej - jak dobrze wiesz - wszystkie zespoły prezentowane w TV, były po prostu filmowane na planie do playbacku. Ktoś tam tych muzyków zapowiadał, oni grali i to były ich clipy. Tak to wyglądało aż do momentu, w którym świat po raz pierwszy usłyszał "Bohemian Rhapsody".

- Kto wymyślił fabułę do clipu "Moje Miasto"?

- Ja pracuję w Teatrze Nowym i lubię ulicę Dąbrowskiego w Poznaniu. Do dyspozycji mieliśmy dwie kamery i pomysł, że grupa przyjaciół spotyka się w jakimś miejscu i chodzą sobie po mieście, a to miasto w nich płynie. Część zdjęć robiliśmy sami i widać to, o to chodziło. Montował Mariusz Skrok, który też robił zdjęcia z auta. Yach Paszkiewicz stwierdził, że fajny klip, ale niepotrzebne są te zdjęcia. Porównał piosenkę z Jaco Pastoriusa and Joni Mitchell, fajnie, co?

- Jesteś szczęśliwy, że przyszło ci żyć w Poznaniu?


- Lubie Poznań, ale lubię też Wrocław itd....

- A środowisko muzyczne Poznania?

- Wielu bardzo dobrych muzyków tu żyje, ale jeśli jesteś naprawdę dobrym muzykiem i masz świadomość, że stać cię na wiele, to aby coś osiągnąć w tym kraju, musisz mieszkać w Warszawie. Inaczej nie masz szans, aby zaistnieć w świadomości ogólnopolskiej i nieważne, czy to jest klasyka, czy inny gatunek. Jeśli nie wyjedziesz zagranicę, to przynajmniej musisz udać się do Warszawy.

- Gdybyś nie został muzykiem, co byś robił?

- Mógłbym być urzędnikiem, bo studiowałem prawo administracyjne. Byłem też przez jakiś czas elektromonterem, sprzedawcą, technikiem emisyjnym w TV..., więc spokojnie dałbym sobie radę.

- A w teatrze kim jesteś?

fot. Małgorzata Chwalisz
- Aktorem (śmiech), który już od 6 lat jest w obsadzie sztuki "Dom lalki" Ibsena.

- Kogo tam grasz?

- Zakochanego gitarzystę. Ale głównie akompaniuję elektrycznie i akustycznie

- Pewnie perfekcyjnie już znasz tę rolę?

- Znam ją dokładnie, a niektóre zwroty nawet stosuję w życiu prywatnym (śmiech). Szymon Adamczak bardzo dobrze napisał dialogi, Michał Siegoczyński świetnie tę sztukę wyreżyserował, a ekipa aktorska jest naprawdę bardzo dobra. Można ich oglądać w różnych popularnych serialach i reklamach. Jest tam też młoda aktorka, która znakomicie śpiewa.

- Jak się nazywa?

- Ania Mierzwa. Śpiewa rewelacyjnie. Podrzucę ci kiedyś jej płytę z piosenkami Kaliny Jędrusik, którą nagrała z moim uczniem - młodym adeptem perkusji.


- Spełniasz się w roli nauczyciela?

- Uczę dzieci gry na instrumentach strunowych szarpanych, przekazuję im wiedzę o tych instrumentach, o ich historii i zrobiłem nawet specjalną audycję zatytułowaną "Szarpanej struny brzdęk". Pokazuję na żywo w szkołach, przedszkolach historię instrumentów szarpanych, wykorzystując przeróżne instrumenty jak buzuki czy ukulele, kończąc na gitarze elektrycznej z przesterami na tle podróży po świecie.

fot. Jerzy Kot


- Należysz do zespołu giganta polskiego rock and rolla Wojtka Kordy. Jak tam trafiłeś?

- Gigant big bitu Wojciech Korda sam też jest gitarzystą. Zawsze cenił gitarzystów, wiele lat grał z Kozakiewiczem z Perfectu. Zagrałem Wojtkowi gitary do piosenki „Jak w Maratonie”. Słowa Andrzeja Sobczaka (autora "Przeżyj to sam"), muzyka Andrzeja Mikołajczaka ("Napisz proszę"). Potem grałem zastępując gitarzystę Tomka Dziubińskiego. Kilka lat później Wojtek za namową Tomka reaktywował Niebiesko-Czarnych. Za moją też trochę (śmiech) i już w tym składzie jestem na gitarze.


- Słyszałem gdzieś, że kultowe powiedzenie "ucho od śledzia" z filmu Vabank ma jakiś związek z twoją osobą?

- Ucho od śledzia to skrót czegoś niemożliwego. "Śledź nie Ryba" to nazwa mojego spektaklu muzycznego w Teatrze Nowym. Związek jest oczywiście osobowy związany z nazwiskiem. "Ucho Na Śledzia" to wydarzenie do promocji, które było przed "Uchem Prezesa". A tobie chodzi o to, że prezes zaprosił mnie na wódkę, żeby mnie poznać po tym, jak gadałem z jego dziewczyną na kabaretonie w Koszalinie.

Sledziuha z Wojciechem Kordą
- Jaka muzyka jest ci najbliższa?

- Każda szczera, emocjonalna, ale nie omijam brudów, krzyków. Lubię dużo muzyki.

- Podobno istnieje ciekawa historia o tym, jak wszedłeś w posiadanie swojej ulubionej gitary akustycznej. Mógłbyś opowiedzieć?

- Byłem w Koszalinie u kolegi sprzedawcą w sklepie muzycznym. Pewnego dnia wchodzi starszy gość z instrumentem do komisu. Gość grał w znanym polskim zespole i był zawiedziony mocno nasza branżą (nic nowego), co wynikło z rozmowy. Pomagałem mu, gadaliśmy plotkowaliśmy. Kiedyś trafił jak grałem na akustyku. Kiedy skończyłem, zaproponował, że mnie podrzuci. Jedziemy, gadamy j nagle zaproponował mi swoją gitarę, jeśli potrzebuję, bo ma i też chce sprzedać. Ja nie miałem kasy na nową, ale chciałem zobaczyć, co ma. Poprosiłem żeby przywiózł. Następnego dnia Bartek mnie odwiedził i zapomniałem o tym. Wpada z pokrowcem i gitarą. Oglądam, widać że stara, struny... szkoda gadać, ale wygląda solidnie. Bartek krzyczy, że jak ja nie chcę, to on bierze. Chciałem sprawdzić co to za marka, skąd i w ogóle. Umówiliśmy się na wieczór. Sprawdzam co to za gość ten Lowden, a jak zobaczyłem cennik, to kilka razy sprawdzałem, czy się nie pomyliłem w czytaniu. Clapton, ze współczesnych Ed Sheeran, ceny kosmiczne. Wieczorem spotkaliśmy się z bólem serca, bo wiedziałem, że to okazja. Mówię, że to ekskluzywna marka i że może ją za dużo więcej sprzedać i żeby się zastanowił. On na to: "co, nie chcesz?". No chcę! To dawaj kasę, ładnie grasz! \i tak zostałem jej użytkownikiem. Wiem tylko tyle, że pływała na statkach.


- Twoje największe niespełnione marzenie artystyczne?

- Ojej! Nie wiem (śmiech).

- Może zagrać koncert w Royal Albert Hall?

- Ale ja kompletnie nie znam tego miejsca i ono mnie naprawdę nie jara. Co ma mnie kręcić w koncertowej sali do wynajęcia? Poznań też ma ładną, też można wynająć. Ludzie się liczą.

fot. Agata Ożarowska-Nowicka

- To zapytam inaczej. Co byś najbardziej chciał?

- Czuć się dobrze i czuć, że ludzie, którzy mnie znają, mają powód do dumy. Ok?

- Ja mam.