poniedziałek, 31 grudnia 2018

Toksycznych ludzi w branży muzycznej naprawdę jest wielu - z Anią Bieryt i Piotrem Bierytem - muzykami grupy Sachiel po 4 latach od zwycięstwa w programie Must Be The Music rozmawia Sławek Orwat

Moje spotkanie z zespołem Sachiel

Moja znajomość z zespołem Sachiel rozpoczęła się kilka tygodni temu od takiej oto wiadomości, jaką po obejrzeniu ich najnowszego klipu zdecydowałem się wysłać tej przesympatycznej - jak się okazało - parze młodych artystów:

"Wybaczcie, ale muszę wam to napisać i uwierzcie, kieruję się tylko ogromną sympatią do muzyki, z jakiej pamiętam was z Must Be The Music. Ze smutkiem obejrzałem wasz nowy teledysk "Ponad chmurami". Rozumiem, że czasy mamy ciężkie, a dla artystów potrójnie, ale błagam was, nie mając w tym poza szczerością żadnych interesów, wracajcie z tej drogi jak najszybciej. Ten mezalians z tym nurtem potraktujcie jak jedną z życiowych pomyłek, bo każdy ma do nich prawo. Proszę przyjmijcie te słowa nie jako atak, a jedynie cenną radę. Tym nowym nagraniem w moim przekonaniu zatracacie to, co gdyby pielęgnować, mogło was wynieść na szczyty. Podążając tą drogą, rozmywacie się w powodzi najniższych lotów gatunków i nawet jeśli wasze teksty stoją o kilka szczebli wyżej, to - wybaczcie za porównanie - siedząc w czymś, co nie jest wasze, zatrujecie z czasem swoją artystyczną wrażliwość, jaką zawsze mieliście i za jaką szanowałem was ja i zapewne wielu innych dziennikarzy muzycznych oraz radiowców. Pozdrawiam was i ufam, że odbierzecie tę krytykę właściwie."


Po kilku godzinach od zespołu Sachiel nadeszła następująca odpowiedź:

"Witamy. Dziękujemy za konstruktywną krytykę. Zresztą ostatnio dostajemy wiele takich wiadomości. Tak, przyznajemy się do ogromnego błędu. Na początku faktycznie chcieliśmy spróbować zrobić nutkę w stylu dance, następnie chcieliśmy się z tego wycofać, ale niestety podpisany kontrakt na to nie pozwolił. No... nieważne. Wiemy, że to nie nasza droga, wiemy też, że cholernie trudno jest napisać tandetny tekst. Są słowa i wersy, które nie mogą nam przejść przez gardło i właśnie takich tekstów od nas oczekiwano, ale nie przebrnęliśmy przez to (na szczęście). A szczerze... spróbować zrobić taki numer disco, to tak jak próba skoku ze spadochronem z lękiem wysokości. Nie da się zrobić kroku nawet, jak się wie, że tak trzeba. Ale mniejsza z tym... Wiemy, że nie po drodze nam z taką muzyką i właśnie robimy singiel, poprzez który wracamy na odpowiednie tory i robimy to po naszemu, tak jak to czujemy. Dziękujemy raz jeszcze za wiadomość, bo takie wiadomości nas tylko utwierdzają w tym, że jesteśmy coś warci, jeśli jesteśmy sobą. Pozdrawiamy i życzymy wszystkiego dobrego..."

Potem okazało się, że Ania i Piotr mieszkają... kilka minut jazdy samochodem ode mnie. Po kilku dniach duet Sachiel siedział już przy moim stole. Wywiązała się między nami niezwykle ciekawa rozmowa, do lektury której niniejszym zapraszam.

***

fot Kasia Byczkowska
- Macie jakieś rodzinne koneksje muzyczne, czy talent w tej dziedzinie odkryliście u siebie w sposób nagły i nieoczekiwany?

Piotr: Moja babcia odkąd pamiętam, zawsze była ludową tekściarą i jeździła na wszystkie możliwe zloty Kół Gospodyń Wiejskich, gdzie odbywały się przedstawienia jej autorstwa. Jej były wszystkie teksty, scenariusz itd. Tak więc nie wykluczam, że moją zdolność przelewania myśli na słowa odziedziczyłem właśnie po niej.

- A jak to jest z tobą Aniu?

Ania: Mi nic o tym nie wiadomo, żeby ktoś w rodzinie był muzycznie uzdolniony.

- Poznaliście się w muzyce, czy poza muzyką?

Ania i Piotr: Poza.

- Czyli zostaliście parą, kompletnie nie przypuszczając, że będziecie kiedyś razem śpiewać?

Ania i Piotr: Tak.

- Wasza córeczka też rapuje?

Piotr: Nie, nie rapuje. Wiktoria ma 10 lat i śpiewa.

- Wasze powołanie artystyczne odkrywaliście wspólnie?

Ania: I tak i nie (śmiech). To jest trochę skomplikowane.

Piotr: Ja wcześniej już trochę pisałem, ale było to raczej pisanie do szuflady.

- Wiersze?

Piotr: Wiersze też, ale z czasem pojawiły się też teksty hiphopowe, które próbowałem potem z chłopakami śpiewać jeszcze zanim poznałem Anię.

- Ty też pisałaś jakieś teksty?

Ania: Nie.

- Czyli jesteś tylko odtwórczynią tekstów Piotra?

Ania: Z początku tak.

Piotr: Teraz Ania już pisze.

Ania: Teraz piszę, ale kiedy zaczynaliśmy, nie miałam nic wspólnego z muzyką.

- Czyli pierwszy raz zaczęłaś rapować przy Piotrze?

Ania: Tak, a zdarzyło się to po siedmiu latach małżeństwa, kiedy to Piotr postanowił wspólnie ze swoim kolegą stworzyć pierwszy kawałek.

- Ile lat już trwa wasza muzyczna przygoda?

Ania: Pięć lat.

Piotr: Od roku 2013...

- ...w którym stwierdziliście, że będziecie nazywać się Sachiel. Kto wymyślił tę nazwę i dlaczego właśnie taką?

Piotr: Zaczęło się od tego, że napisałem tekst i zadzwoniłem do kolegi, żeby pomógł mi go zarapować. Był to akurat okres wielkanocny, oglądaliśmy TVP1, a tam wymieniali akurat wszystkie imiona aniołów i nagle padło imię Sachiel, na co my: o! dobra nazwa.

- Na samym początku byłeś tylko ty z kolegą, a Ani w tym wszystkim nie było?

Ania: Ja byłam z boku.

- Jak nazywał się kolega?

Piotr: Krystian Krok, który obecnie zajął się sportem, ale oczywiście coś tam sporadycznie nagrywa.

Ania: Krystian zaproponował wtedy, żebym z nimi zaśpiewała, a dokładniej zarapowała, z czym - jak wiesz - nic wspólnego do tej pory nie miałam (śmiech), ale kiedy trochę mnie poduczyli... spodobało mi się.

- Pierwszym waszym utworem, jaki kojarzę, był kawałek zatytułowany "Kiedy" z roku 2013. To był twój pierwszy tekst, jaki upubliczniłeś?

Piotr: Tak, dokładnie.


- Tekst mówi o straconym czasie, o niespełnieniu, o nietrwałości związków. Czy były to przemyślenia wynikające z twojego życia?

Piotr: To dotyczyło życia kolegi...

Ania: ...który miał życie w rozsypce.

Piotr: Zawsze mi się żalił, opowiadał i jakoś tak bardzo to do mnie dotarło, że napisałem o tym tekst i nagraliśmy to. Kiedy roznosiłem ulotki po Jeleniej Górze, nagle zobaczyłem, że jest tam muzyczne radio. Pomyślałem sobie... wejdę i zapytam, być może numer się spodoba. Minęło kilka tygodni i dokładnie pamiętam, że akurat z tym samym kolegą remontowaliśmy w tym czasie pewne mieszkanie. Nagle usłyszeliśmy, że nasza piosenka jest na 10 miejscu na HitPlanecie! I tak rozpoczęła się nasza muzyczna przygoda, a najlepsze w tym wszystkim było to, że nikt z nas na nic wtedy nie liczył i o nic nie zabiegał.

Fot Kasia Byczkowska
- Na Festiwalu Form Muzycznych we Wrocławiu spotkaliście Piotra Cugowskiego, który był tam jurorem.

Piotr: Tak, powiedział nam, że gdybyśmy mieli wtedy band za plecami, to wygralibyśmy ten festiwal, a co ciekawe, byliśmy tam jedynym zespołem nierockowym!

- Podobno w 7 edycji Must Be The Music, który - jak powszechnie wiadomo - wygraliście, znaleźliście się zupełnym przypadkiem.

Piotr: Wszystko rozpoczęło się właśnie przez wspomniany Festiwal Form Muzycznych. Jego organizatorzy napisali do nas sms-a: "o godz. 7:00 przyjedźcie po odbiór nagrody". Był to bon na 700 zł. do sklepu muzycznego. Dla mnie godz. 7:00 to jest siódma rano. Kiedy pojechaliśmy o 6:00 rano do Wrocławia, okazało się, że mieli na myśli 19:00! Co było robić? Zimno, listopad, końcówka 2013 roku, bez prawa jazdy, więc chodziliśmy sobie po tym Wrocławiu. Nagle patrzymy, a tam odbywa się akurat jakiś casting.

Ania: Pre-casting.

Piotr: To co robimy? Idziemy się zagrzać. Mieliśmy wtedy właściwie tylko nagraną jedną piosenkę "Kiedy", a tam trzeba było wpisać 5 tytułów. Wymyśliliśmy więc na poczekaniu jeszcze dodatkowe utwory, które w ogóle nie istniały i które do dziś nie istnieją i tym sposobem weszliśmy na ten pre-casting i... grzejemy się (śmiech).

Ania: Mieliśmy wtedy tak naprawdę dwie piosenki - "Kiedy" i "Quo vadis?"


- I bez żadnego podkładu pojechaliście totalnym spontanem?

Piotr: Mieliśmy jeden podkład na pendrive, ale ogólnie była to jednak improwizacja. Siedzimy sobie, aż tu nagle wołają nasz numer. Wchodzimy, zaczęła grać muzyka, ja zacząłem śpiewać, później wszedł Krystian, Ania nawet jeszcze nie zaczęła, a oni krzyknęli "stop! wszystko wiemy".

Ania: Podziękowali nam, a my nie wiązaliśmy z tym żadnych nadziei.

Piotr: Zapomnieliśmy nawet o tym.

Ania: Przygoda...

- Kiedy zadzwonili?

Ania: W wigilię. Powiedzieli, że dostaliśmy się na główne przesłuchanie przed jury w Warszawie 18. stycznia. Był to najlepszy nasz prezent gwiazdkowy, jaki kiedykolwiek dostaliśmy.

- Czy podczas trwania tego konkursu, pojawiały się w waszych głowach jakieś myśli, że możecie ten program wygrać?

Piotr: Mam wrażenie, że byliśmy jednym z tych nielicznych zespołów, które w ogóle nigdy o tym nie pomyślały. Wszyscy byli tam dla nas tacy mega i w ogóle zadawaliśmy sobie pytanie... co my tam robimy? Czuliśmy się jacyś... gorsi.

fot. Archiwum zespołu
- Może dlatego, że w tym, o czym śpiewacie, jesteście szczerzy, a współczesny show biznes to - jak doskonale wiecie - wszechobecne pozowanie zgodnie z narzuconymi przez popkulturę trendami?

Ania: Byliśmy tam sobą. Pojechaliśmy do Warszawy z zamiarem, że będziemy tacy, jacy naprawdę jesteśmy.

- Jak z perspektywy czasu patrzycie na tę wygraną? Pomogła wam, czy bardziej zaszkodziła?

Piotr: Ogólnie to pomogła, ale dziś - powiem szczerze - gdybym mógł wrócić w czasie do tego momentu, kiedy już dostaliśmy się do finałowej dwójki, zrezygnowałbym z dalszego udziału w programie na tym właśnie etapie.

Ania: Regulamin tego konkursu był tak skonstruowany, że najbardziej opłacało się zająć drugie miejsce.

- Jak trafiliście na deski Opery Leśnej w Sopocie?

Ania: To było zaproszenie na Top Trendy w związku z wygraną w Must Be The Music.

- W sierpniu 2014 wydaliście swój pierwszy oficjalny singiel zatytułowany "Po prostu walcz" mówiący o konsekwentnej realizacji swoich marzeń mimo upadków i zwątpień, o nie poddawaniu się. Czy ten tekst znów wyniknął z przeżyć kogoś z bliskich wam ludzi?

Piotr: Nie, to już były zdecydowanie nasze osobiste doświadczenia.


Fot Kasia Byczkowska
Ania: Mieszkamy w małej miejscowości, gdzie wszyscy ludzie się znają i żyją każdą sensacją. Pamiętam, poszła taka fama: oni poszli do Must Be The Music i robią sobie jakieś nadzieje. Byliśmy wytkani palcami, słyszeliśmy: po co tam pojechaliście, tylko siara z tego będzie itd. Byli na szczęście też i tacy, którzy mówili: trzymamy kciuki, będziemy oglądać i głosować... "Po prostu walcz" napisaliśmy, aby pokazać, że nie jest ważne, co ludzie o nas mówią i nieistotne, co się wokół nas dzieje, bo jeśli będziemy walczyć, to w końcu coś osiągniemy. Ten przekaz był dokładnie o nas.

Piotr: Taki trochę protest-song.

- Rok później - w czerwcu 2015 pojawił się utwór "Nostalgia", a jego kompozytorem był Marcin Kindla...

Ania: ...znany z takich przebojów jak "Oddaję ci wolność"czy "Z kimś takim jak ty".


- Tekst tego utworu jest waszego autorstwa i traktuje o hipokryzji, o budowaniu sobie fałszywego obrazu człowieka poprzez słuchanie niesprawdzonych opinii innych ludzi.

Ania: Trafiłeś w sedno!

Piotr: Dlatego ten numer napisałem właśnie zaraz po Must Be The Music, bo tak jak kiedyś wielu ludzi z naszego środowiska mówiło, że narobimy sobie tam wstydu, to kiedy już zdobyliśmy pierwsze miejsce, ci sami ludzie zaczęli nas krytykować za to, że wygraliśmy ten program. Zwyczajnie wylała się na nas fala hejtu.

Ania: Zarzucono nam, że wzbudziliśmy w ludziach litość i że nie muzyka tu wygrała, tylko nasza bieda.

- Dlaczego akurat takie postrzeganie?

Ania: W programie Must Be The Music - jak pewnie pamiętasz - przed ścisłym finałem realizowane były filmiki o każdym wykonawcy. Kiedy ekipa TV przyjechała do nas do Krzeszowa, najpierw zobaczyli, że Krystian jest bezdomny. Poza nami nikt mu wcześniej nie chciał pomóc. Załatwiliśmy mu mieszkanie u naszych znajomych, a pomogliśmy mu w momencie, w którym jego rodzina i znajomi odwrócili się od niego i mieli go gdzieś.

Fot Michał Broś
Piotr: Organizatorzy uznali tę historię jako świetny materiał do pokazania w TV pomimo, że my nie chcieliśmy ujawniać za dużo faktów z naszej prywatności i z przykrej sytuacji Krystiana, który ostatecznie się na to zgodził, bo zwyczajnie miał już dość wszystkiego i oni ten temat ciągnęli już do końca.

Ania: A wracając do tej fali hejtu, to byli nawet tacy ludzie, którzy zarzucili nam, że to nie był w ogóle nasz dom, tylko że myśmy do tego programu specjalnie sobie te warunki gdzieś wynajęli, że jesteśmy alkoholikami itd.

- Jak udało wam się psychicznie pozbierać po tym wszystkim?

Ania: W Sopocie na Top Trendy powiedzieliśmy, że jest to ostatni nasz występ, że psychika nam wysiada i że nie dajemy sobie z tym wszystkim już rady. Z drugiej jednak strony coś nam wtedy mówiło, że szkoda to wszystko tak zostawić i nagle przyszła do nas świadomość: a kto dziś nie ma hejterów? Przecież istnienie hejterów świadczy, że chyba jesteśmy dobrzy w tym, co robimy i nie poddaliśmy się.

Piotr: My sami dziwimy się nieraz, jak to się stało, że z tego załamania poszliśmy wtedy dalej i że jesteśmy teraz w tym miejscu.

- W listopadzie 2015 pojawił się kolejny wasz singiel zatytułowany "Gdy", który tekstowo bardzo nawiązywał do "Nostalgii". Śpiewacie w nim o tym, że trzeba mieć w życiu wytrwałość, że nic nie będzie ci dane, jeśli sam nie wyciągniesz po to ręki i jak tak dobrze się wsłuchać w wasze utwory z tamtego okresu i zestawić ich przekaz z tym, o czym przed chwilą opowiadaliście, to te teksty były dla was chyba czymś w rodzaju terapii?

Piotr: Tak.

Ania: I dzięki temu przetrwaliśmy.


- Sporo mówimy o waszych tekstach. Pomówmy teraz o waszej muzyce. Poza tym jednym utworem, który napisał wam Marcin Kindla, kto z reguły pisze muzykę do waszych kawałków?

Ania: Często bywało tak, że Piotr ułożył na przykład jakiś fragment zwrotki, a ja wymyślałam kawałek refrenu jak właśnie w utworze "Gdy", gdzie śpiewam: "czasem się wszystko wali". Przez moment współpracowaliśmy też z chłopakami, którzy sami się do nas zgłosili ze swoimi bitami, a czasami korzystaliśmy z darmowych bitów dostępnych w Internecie. Najczęściej jednak, jak tylko przyjdzie nam do głowy jakaś ciekawa melodia, nagrywamy się na telefon, wysyłamy to do naszych kolegów i oni robią nam z tego muzykę.

Fot2 Natalia Stańczak Jazukiewicz
- Tuż po nagraniu kawałka "Gdy", Sachiel stał się duetem. Czy Krystian odszedł od was sam, czy to wy mu podziękowaliście?

Piotr: Sam.

Ania: Nasz kolega się poddał.

- Dlaczego?

Ania: Pewnego dnia zadzwonił do nas i powiedział, że ma już dość Sachiela, że ma dość takiego życia i... poszedł w swoją stronę.

- Wspomnieliście, że trenuje sztuki walki w Czechach. Jest szczęśliwy?

Ania: Mówi, że jest mu dobrze. Odwiedził nas niedawno.

- Ale już nie rapuje?

Ania: Rapuje dla siebie.

- Żałujecie, że Krystian was opuścił, czy tak jak jest teraz, jest dla was lepiej?

Ania: Z początku brakowało nam Krystiana, bo był świetnym raperem, ale z czasem pogodziliśmy się z tym i teraz we dwoje jest nam po prostu łatwiej organizacyjnie.


- Wasza pierwsza produkcja w obecnym składzie to singiel "Swoją Drogą" wydany w maju 2016.

Ania: Tak i był to nasz moment przełomowy. Jest to piosenka mówiąca o wierności swoim ideałom i konsekwencji w realizowaniu własnych pragnień.

- Jak wiele waszych tekstów dotyka waszego osobistego życia?

Fot Bartłomiej Czarnecki
Ania: Pełno mamy takich tekstów!

Piotr: Bardzo często na przykład tekst rozpoczyna się od jakiegoś wersu, który siedzi w szufladzie od trzech miesięcy i do którego nagle pod wpływem jakiego impulsu wracamy i tak powstaje potem błyskawicznie cała historia.

- Jeszcze w tym samym 2016 roku powstał kolejny wasz numer, który zatytułowaliście "Pozytywnie".


Piotr: To był kawałek zrobiony z dziećmi i zasugerowany nam przez pracowników gminy Lubawka.

- Przyznacie sami, że był on nieco bardziej popowy, niż to wszystko, co stworzyliście do tej pory. Był to taki dość przyjemny - muszę przyznać - ukłon w stronę nieco szerszej publiczności?

Piotr: Tak, a powód tego był taki, że - tak jak już wspomniałem - utwór ten nie powstał z potrzeby serca, ale był zrobiony na zamówienie.

Fot Bartłomiej Czarnecki
- Przyznam się wam, że utwór "Gdyby", który nagraliście w marcu 2017 trochę mną wstrząsnął. Z tych wszystkich optymistycznych klimatów, jakie dominowały w waszych tekstach już po tym pamiętnym załamaniu, o którym rozmawialiśmy, znów pojawił się u was pesymizm. "Za późno, by się poddać, by wygrać, zbyt wcześnie" - śpiewacie. Ja poczułem w tym tekście, jakbyś stanął nagle na rozdrożu i nie bardzo wiedział, którą drogą powinieneś dalej kroczyć. 


Piotr: Tekst do "Gdyby" powstał jeszcze przed "Nostalgią", a napisałem go w momencie, kiedy to chłopaki z pewnego wydawnictwa powiedzieli: albo robimy disco polo, albo rozwiązujemy umowę.

Ania: To były nasze wspólne przeżycia z tym związane, bo pamiętam, że zwrotki są tam Piotra, a refren jest mój.

Fot Natalia Stańczak Jazukiewicz
- Przedostatnim - nie licząc nieszczęsnego "Ponad chmurami" - waszym nagraniem jest utwór z maja 2017 zatytułowany "Love Story", który przyjąłem bardzo ciepło. O miłości napisano już wszystko, a nawet więcej i napisać dziś o miłości jakiś odkrywczy tekst to rzecz naprawdę niełatwa. Wam się to udało. Wasz tekst mówi, że nie ma w życiu przypadków, że pozornie ludzie spotykają się w trudny do logicznego wytłumaczenia sposób, a tak naprawdę jest to w najmniejszych detalach historia gdzieś tam w czasoprzestrzeni misternie zaplanowana.

Piotr: Dokładnie tak.


Ania: Mieszkaliśmy z Piotrem latami kilometr, może dwa od siebie i kompletnie nie znaliśmy się, a poznaliśmy się dlatego, że pewnego dnia wysłałam sms pod przypadkowy, źle wpisany numer, a był to numer... Piotra (śmiech) i o tym właśnie jest ta piosenka.

- W lipcu 2017 nagraliście utwór "Wierzę w nas", którego - zauważyłem - kompletnie nie promujecie. Dlaczego?

Fot. Kasia Byczkowska
Ania: Przez ten numer załamaliśmy się kompletnie. Powstał on zresztą o wiele wcześniej, ale rzuciłam go w kąt, bo zwyczajnie nie dawałam sobie rady z zaśpiewaniem refrenu. Po roku wróciliśmy do niego, bo wtedy uwierzyłam już w siebie, że dam sobie z tym radę i o tym właśnie jest tekst, że ja nadal wierze w siebie, że wierzę w swoje możliwości i na pewno jest to utwór, który bardzo dotyka mojego życia i moich emocji. Tekst tej piosenki mówi o tym, że ze wszystkim sobie poradzę, że pokonam wszystkie swoje lęki i dlatego tak bardzo wiązałam z tym utworem ogromne nadzieje na radiowy sukces. Niestety, otrzymaliśmy negatywne odpowiedzi od stacji radiowych, przez co załamaliśmy się tak bardzo, że daliśmy się ponieść w tą niewłaściwą stronę, którą skrytykowałeś ty i wielu naszych oddanych fanów.


Piotr: Wyobraź sobie sytuację, że latami robisz muzykę, o której bardzo wielu ludzi mówi, że jest dobra, w którą wkładasz dużo serca i emocji i z takim nastawieniem jedziesz na koncert. I nagle... wychodzi na scenę jakiś zespół, który brzmi jakby wyszedł z jakiejś remizy, muzyka beznadziejna, teksty o niczym, ludzie tego słuchają, oni robią na tym czymś pieniądze, a my nadal walczymy o godne miejsce na rynku...

- ...będąc przecież artystami rozpoznawalnymi i docenionymi przez ludzi, którzy rzetelnie was kiedyś ocenili i wypuścili w świat!

Ania: My każdy koncert śpiewamy na żywo, a tu patrzymy... wchodzi jeden, drugi zespół disco polo i jadą z playbacku tekstami, które każdy szanujący się człowiek wstydziłby się publicznie zaśpiewać, a ludzie co? Szaleją!


- Wiesz... taki mamy dziś poziom sztuki, jakie mamy społeczeństwo. Ja od wielu lat domagam się rozliczenia decydentów wiodących mediów, którzy od lat promują muzyczną tandetę. Za co rozliczyć? Za planowe zabijanie wrażliwości młodych ludzi! I tu często słyszę głosy, że skoro są słuchacze, to jest zasadność grania takiej muzyki. Pozornie tak mogłoby się wydawać, ale... aby ludzie rzeczywiście rzetelnie mogli dokonać wyboru - jakiej muzyki chcą słuchać, a jakiej nie chcą - najpierw musieliby usłyszeć wszystkie rodzaje muzyki składające się na tzw. dziedzictwo kulturowe. W sytuacji, kiedy w mediach prawie nie ma jazzu, rocka piosenki literackiej czy fusion, natomiast nieustannie leci tandetnej jakości pop czy disco polo, ludzie nie są w stanie dokonać jakiegokolwiek wyboru, bo po prostu pewnych brzmień - jeśli nie są szperaczami YouTube - nigdy nie usłyszeli!

Piotr: A najsmutniejsze jest to, że na tej tandecie zarabiają ogromne pieniądze ludzie, którzy kompletnie nie potrafią śpiewać i dlatego nikt z nich nie odważy się wykonać czegokolwiek na żywo. Nie jest przecież tajemnicą, że w nurcie disco polo jest pewien pan, który tworzy ogromną ilość piosenek tego gatunku, co więcej, który często śpiewa za tych, którzy nie potrafią tego robić podczas nagrań, po czym oni potem wychodzą na scenę i udają, że to wykonują! I teraz zadaj sobie pytanie: co czują wtedy ludzie tacy jak my, którzy włożyli w powstanie piosenki całe serce, olbrzymie emocje, często wynikające z dramatycznych przeżyć i nie są w stanie wyżyć z muzyki, którą tworzą, podczas gdy beztalencia zarabiają fortuny!?

fot. Archiwum zespołu
Ania: I tu nie tylko chodzi o to, że wkładamy w to mnóstwo pracy i ogrom serca. Wielu ludzi z branży muzycznej zwyczajnie "skroiło" nas na kasę! Ludzie pracujący w przeróżnych studiach nagrań naobiecywali nam złote góry, tylko... musicie nam zapłacić - tu dwie stówy, tu siedem stów, a potem co? W radiach orzekli, że jest to nieemisyjne. Nieraz graliśmy przez cały weekend koncerty tylko po to, żeby wszystkie zarobione pieniądze wpakować w brzmienie jakiejś kolejnej naszej piosenki. Na przykład w "Wierzę w nas" włożyliśmy 6000 złotych, które zwyczajnie przepadły! I sam powiedz... jak długo po takich akcjach można jeszcze mieć chęć do tworzenia szczerej muzyki?

- Powiedzcie mi, czy łatwo było wyrwać się z szatańskich sideł - że tak metaforycznie nazwę to, w czym artystycznie tkwiliście w ostatnim czasie - czy też pociągnęło to jakieś koszty związane ze złamaniem jakichś umów?

Piotr: Nie, na szczęście sami zniechęciliśmy tych ludzi do siebie. Powiedziałem im np., że niektóre teksty, jakich ode mnie oczekują, zwyczajnie mi przez gardło nie przejdą i... sorry.

- W tej waszej odpowiedzi na moją krytykę jest następujące zdanie: "Wiemy, że nie po drodze nam z taką muzyką i właśnie robimy singiel, poprzez który wracamy na odpowiednie tory i robimy to po naszemu, tak jak to czujemy". Co to będzie i o czym? Podejrzewam, że tekst będzie dość mocno zaangażowany.

Piotr: A zaczynał się będzie tak: "Tu nie ma nic. Codziennie rodzę, po czym umieram. Los dawkuje mi szczęście, więc zaczynam od zera."

- Czyli mocny tekst rozliczeniowy...

Ania: ...pokazujący, że jesteśmy już na sto procent pewni, którą drogą mamy iść i czego naprawdę chcemy. Od sukcesu w Must Be The Music minęły cztery lata i dziś mamy świadomość, że w ciągu tych lat nie wiedzieliśmy tak naprawdę czego chcemy i na czym ta rzeczywistość polega.

Fot2 Michał Broś
- Nie macie wrażenia, jakbyście się w tym wielkim świecie show biznesu znaleźli zbyt wcześnie?

Ania: Nie tylko zbyt wcześnie, ale kompletnym przypadkiem.

- Z drugiej jednak strony, gdyby nie ten przypadek, bylibyście dziś w kompletnie innym miejscu.

Piotr: I nie poznalibyśmy wielu ludzi, którzy po dziś dzień de facto nam pomagają. Z drugiej strony wiemy też już, czego nie dotykać i z jakimi ludźmi się nie zadawać, a toksycznych ludzi w branży muzycznej naprawdę jest wielu.

Ania: Są to typowe wampiry energetyczne, od których należy trzymać się jak najdalej.

- Co was dziś interesuje najbardziej? Sukces artystyczny, sukces finansowy, czy jeszcze coś innego?

Piotr: Najbardziej chcemy stabilizacji. Przez lata chodziliśmy od studia do studia, od producenta do producenta i dlatego bardzo chcemy wypracować sobie wreszcie ten jeden styl i to jedno nasze docelowe brzmienie.

- Jeśli wolno mi podzielić się z wami moją refleksją w tym temacie, to w mojej opinii tego, co w chwili obecnej najbardziej wam brakuje, to żywych muzyków, z którymi moglibyście stworzyć profesjonalną aranżację podczas sesji nagraniowej i którzy zapewniliby wam absolutny komfort podczas koncertów. Wasze teksty bronią się znakomicie, a to co dziś wyróżnia dobrze piszących raperów, to właśnie oprawa instrumentalna, która jest elementem najbardziej decydującym o całokształcie dzieła, którego sednem zawsze w tym gatunku bezsprzecznie będzie tekst.

Piotr: Nasza muzyka zawsze lepiej brzmiała na żywo i na tym kierunku będziemy starali się najbardziej koncentrować.

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Sławomir Rybka - Opowieść wigilijna, w której tylko Ty możesz dopisać realne zakończenie...

fot. Sławek Orwat



Uczono nas, że anioł nie stracił wiary,
gdy zwiastował Słowo Maryi.

Wpajano nam, że Prawda nie straciła wiary,
gdy nie było miejsca w gospodzie.

Opowiadano nam, że matka nie straciła wiary,
gdy Miłość narodziła się w szopie.

Podobno mędrcy nie stracili wiary,
gdy zastali dziecię w żłobie.


a po latach ...

Uczono nas, że wino nie straciło wiary,
gdy stało się Krwią.

Wpajano nam, że chleb nie stracił wiary,
gdy stał się Ciałem.

Opowiadano nam, że Słowo nie straciło wiary,
gdy stało się Światłem.

Podobno człowiek nie stracił wiary,
gdy stał się Miłością.

Przekonywano nas, że Miłość nie straci wiary,
gdy żyje Słowem.



a po latach ...

Uczono nas, że opłatek nie stracił wiary,
gdy jest gdzieś ktoś z kim możesz go przełamać.

Podobno wolne miejsce przy stole nadal nie straciło wiary,
bo ktoś czeka na Twoje zaproszenie.


A dziś...

Tylko Ty możesz dopisać zakończenie.

autor: Sławomir Rybka

sobota, 22 grudnia 2018

Tomasz Wybranowski zaprasza na Dzień z Republiką w Radio WNET - 22 grudnia 2018

Od północy do północy, 22 grudnia, na antenie Radia WNET będą rozbrzmiewały nagrania grupy Republika, która była i jest jednym z fenomenów na polskim rynku muzycznym. Republika to zjawisko kulturowe. Wspominać będziemy także Grzegorza Ciechowskiego, charyzmatycznego lidera grupy REPUBLIKI, znakomitego tekściarza i poety, twórcę muzyki filmowej, ciepłego i pogodnego Człowieka, który zarażał apetytem na życie i światło. To wszystko w 17. rocznicę Jego odejścia. 17 lat temu, w grudniu 2001 roku, niespodziewanie odszedł Grzegorz Ciechowski, pozostawiając w żalu setki tysięcy fanów oraz puste miejsce, do dziś nie do zastąpienia na polskiej scenie muzycznej. W sobotnim programie Radia WNET zaplanowaliśmy cztery bloki tematyczne. Tutaj jedna ciekawostka! Oto z mojego archiwum zremasterował analogowe taśmy z rozmowami z Grzegorzem Ciechowskim, szef techniczny radia WNET – Karol Smyk, któremu bardzo, bardzo dziękuję. Rozmowy z Grzegorzem Ciechowski przeprowadziłem na przełomie zimy i wiosny 1995 roku, w studiu nieistniejącego już lubelskiego Radia TOP. Wspomagali mnie moi przyjaciele – dziennikarze muzyczni Dominika Wszystko, Piotr Sykuła, oraz Piotr Gałęzowski i realizujący programy Jarosław Humeniuk. A oto słów kilka zaproszeń na nasze WNETowe muzyczne Republikańskie niespodzianki i rozmowy:














Serdecznie dziękuję za pomoc w przygotowaniu bloku „Dzień z Republiką” : Katarzynie Sudak, Dominice Wszystko, Karolowi Smykowi, Janowi Włodzimierzowi Brewczyńskiemu i Konradowi Tomaszewskiemu, oraz Sławomirowi Orwatowi, za wsparcie metaforyczne i graficzne.

Zapraszam – Tomasz Wybranowski

środa, 19 grudnia 2018

Marry No Wane - Rozdział pierwszy (Polska 2016)

"Nadzieja to niebezpieczne słowo, może doprowadzić człowieka do szaleństwa"
Morgan Freeman do Tima Robbinsa w filmie "Skazani na Shawshank"

Płyta zespołu Marry No Wane zatytułowana Rozdział pierwszy to zestaw 11 melodyjnych piosenek napisanych na przestrzeni siedmiu lat przez Aleksandrę Nykowską - młodą dziewczynę wchodzącą w skomplikowany świat ludzi dorosłych, w świat nieznany i całkowicie dla niej nieprzewidywalny, w którym - jak twierdzi sama autorka - "człowiek dla samego siebie jest najokrutniejszym zwierzęciem (utwór nr 3 "Łowca"). Krążek jest zapisem obserwacji relacji międzyludzkich i uczuć, jakie przeżywała ta utalentowana songwriterka poszukując wartości i autorytetów w otaczającym ją świecie. Album ten to jedno z najciekawszych odkryć mojego niedawnego, kilkudniowego pobytu w Warszawie i zarazem kolejny dowód na od lat głoszoną przeze mnie tezę, że wiele wciąż jeszcze nieodkrytych muzycznych perełek bardzo często odnajdujemy przypadkowo, a że przypadków podobno w kosmosie nie ma, pozwolę sobie to nazwać dziwnym zrządzeniem losu. W domu Oli znalazłem się nagle i niespodziewanie, a następnie... spędziłem w nim uroczy wieczór z muzyką Marry No Wane, w której zatopiłem się bez reszty.


Zespól powstał w roku 2010 za sprawą Piotra Nykowskiego, który zasłuchany w melodyjne kompozycje Aleksandry miał pewnego dnia powiedzieć: "nazwijmy to - zostańmy zespołem muzycznym". Wkrótce do nowego składu zaczęli nadciągać instrumentaliści o przeróżnych wrażliwościach i doświadczeniach artystycznych, a ich eklektyzm zaowocował powstaniem niepospolitego, ujmującego brzmienia, które - jeśli już miałbym do czegoś porównać - w niektórych momentach może kojarzyć się z moją ulubioną Kapelą ze Wsi Warszawa. Po krótkiej przerwie w działalności, w roku 2014 zespół wraz z odświeżonym zestawem instrumentów i nowymi pokładami energii ponownie wyruszył na podbój świata.

Pierwsze, co przykuwa uwagę nabywcy tego pięknego wydawnictwa, to niezwykle oszczędna w swej formie, acz bogata w metafory śnieżnobiała, kartonikowa okładka z wyciętym na samym jej środku szablonem w kształcie zakręconego słoika. Wewnątrz okładki zespół sprytnie umieścił składającą się z sześciu kwadratów, odpowiednio złożoną, piękną wkładkę z fragmentami tekstów niektórych piosenek, która poprzez wspomniany już słoikowaty otwór ukazuje nam otoczony czerwienią anatomiczny obraz serca. O ile znaczenie serca w sztuce jest dość czytelne i często spotykane nie tylko na wydawnictwach muzycznych, o tyle w kwestii owego zakręconego słoika zespół uznał za stosowne zabrać głos:

"Mamy nadzieje, że będzie to czas, w którym na chwilę zejdziesz do piwniczki ze swoimi słoikami tęsknot i marzeń, a uwolnione zamarynowane uczucia wkomponują się w paletę barw [radzę zapamiętać to malarskie określenie, które jeszcze w tym tekście powróci - przyp. red] naszej muzyki. Pozwól nam zabrać się w drogę pisaną gorącym uczuciem, przez deszcze, wczesne poranki, i ciche ulice".

Album ukazał się dokładnie przed dwoma laty - w grudniu 2016 i jak wiele mu podobnych wydawnictw niszowych rozszedł się w niewielkim nakładzie docierając - jak to zwykle bywa - głównie do przyjaciół i najgorętszych sympatyków grupy, od czasu do czasu wpadając również w ręce szalonych radiowców i muzycznych pasjonatów, którzy posiadają tę szczególną przypadłość, że niczym misjonarze uznają za swą powinność głoszenie tych wszystkich naładowanych emocjami historii wiecznie zabieganemu i nieustannie zapatrzonemu w smartfonowe ekrany światu.


Dlaczego moje rozważania na temat tego krążka rozpocząłem właśnie takim, a nie innym mottem? Odpowiedzią na to pytanie niechaj będą słowa piosenki "Pieśni świata" opatrzonej na płycie numerem 11:

"Chmury nade mną lecą, słońce ogrzewa mnie,
Dzisiaj będę miała najszczęśliwszy w życiu dzień.
Wyjdę za mąż za mężczyznę, który kocha tylko mnie...
[...]
Nieważne wszystkie pieśni świata!
Ja wolę śpiewać swoją!
I w swoje życie chcę wplatać nadzieję nieskończoną!"

Wiara, nadzieja, miłość przewijają się na wielu znaczących polskich albumach, jak choćby na kultowym Trudno nie wierzyć w nic grupy Raz, Dwa, Trzy. Powiedziano już o nich niemal wszystko. Dlaczego więc kolejne pokolenia młodych mistrzów metafor odczuwają nieustanną potrzebę rozmyślania o wartościach najwyższych? Dlaczego ludzie wypatrują za szczęściem nawet wtedy, kiedy chwieje się ich wiara w jego istnienie? Czy dlatego, że "gdy celu mi zabraknie, któż będzie mnie chciał? - jak z lekką nutą bezsilności opowiada pierwszy z czterech walczyków z tej płyty? W jaki sposób objawia się ta nigdy nie kończąca się nadzieja w Rozdziale pierwszym grupy Marry No Wane? Wsłuchajmy się uważnie w słowa utworów oznaczonych numerami 9 ("Klucz") oraz 8 ("Obudziłam się nad ranem")

"Nie mogę cię mieć, oddycham twym zapachem ukradkiem.
Upadam, potem wstaję - przepraszam, że musisz na to patrzeć.
W zimnym korytarzu pod twoimi drzwiami,
Stukam obcasami przypadkiem, przecież nie chcę cię zbudzić.
Tylko dla ciebie żyję w tym mieście, tylko dla ciebie ubieram się w kwiaty...
[...]
Obudziłam się nad ranem, ciebie już nie było,
Moje ciało zgniło niepotrzebne tobie już.
Odeszły szare chmury stąd - ciebie nie ma rok.
Dalej będę stała i będę wyglądała, aż horyzont mnie ucieszy."

Napisałem wcześniej, że w niektórych momentach album ten może kojarzyć się z moją ulubioną Kapelą ze Wsi Warszawa. Owszem, ale tylko w niektórych. Kto wie... być może gdyby Rozdział pierwszy ukazał się 16 lat wcześnie wraz z krążkiem Ano! zespołu Brathanki, albo 17 lat wcześniej wraz z pierwszą płytą Golec uOrkiestra, dziś byłby już folkową klasyką, a  przepiękny walczyk "Paleta barw" (czwarty z kolei na krążku) byłby tańczony na weselach gdzieś pomiędzy "Prawy do lewego", a "Bałkanicą". Niestety kilkuletnia dziewczynka, jaką w roku 2000 była Ola Nykowska, ani nie mogła posiadać jeszcze w swoim repertuarze takich metafor, a już na pewno nie byłaby w stanie utrzymać ciężkiego akordeonu.


Ale skoro jesteśmy przy instrumentach, nie sposób nie wspomnieć o grającej na trąbce Agacie Ławickiej, saksofoniście i klarneciście Macieju Marcinkowskim, puzoniście Jakubie Jóźwiaku, o drugim głosie tej płyty - Annie Rynkiewicz oraz o zagadkowych instrumentach: darbuce - rodzaju bliskowschodniego bębna, który na płycie słyszymy dzięki Danielowi Kaczmarczykowi. Jest także duduk - instrument dęty pochodzący z Armenii, na którym gra wspomniany już Maciej Marcinkowski. Wszyscy oni wystąpili na albumie gościnnie. Ścisły skład zespołu to: basista Piotr Nykowski, Marcin Styborski - cajon, instrumenty perkusyjne oraz  śpiew, Filip Świeży - gitary i Stella Karalis - skrzypce i Bağlama - bliskowschodni instrument strunowy. Wszyscy ci znakomici instrumentaliści sprawili, że aranżacyjnie ta płyta po prostu oczarowuje.

"Nie boimy się swojego głosu - nie staramy się nikogo naśladować, odważnie proponujemy odbiorcom nas takimi jacy jesteśmy. Muzyka ludowa, poezja śpiewana, piosenka aktorska - to tylko niektóre skojarzenia, które przychodzą na myśl naszym słuchaczom na koncertach i nagraniach, a to potwierdza fakt, że niełatwo jest nas zamknąć w jednym stylu muzycznym. Wiele zespołów oraz wokalistów genialnie aranżuje, dobrze osłuchane przeboje. Zyskują one drugie, piękne życie… My chcemy urzeczywistnić nasze najszczersze pragnienie, chcemy zapisać coś absolutnie od siebie, chcemy muzyką opowiedzieć Wam historię." - mówią o swym dziele sami muzycy.

I rzeczywiście, trudno nie dostrzec tej gatunkowej różnorodności, z akcentem na folk, a ściślej rzecz ujmując na rytm trzy czwarte. Na 11 kompozycji, jakie zawiera to urokliwe wydawnictwo, aż cztery to walczyki i jest to w mojej opinii nie tylko znakomity pomysł na odmienność wizerunku grupy w powodzi wielu często bardzo sztampowych wykonawców tak zwanej sceny poetyckiej. Największy jednak walor tego pomysłu to zupełnie coś innego. Ubranie tak trudnych i ważnych tematów jak nadzieja, szukanie szczęścia, czy ból samotności w taneczną - wydawałoby się - lekką i niezobowiązującą formę muzyczną nadaje tym utworom nie tylko wyjątkowości, ale jeszcze bardziej skupia uwagę słuchacza na samej, jakże istotnej przecież dla autorki tekstu treści, która jest opowieścią do bólu emocjonalną, często niełatwą, a momentami wręcz dramatyczną.

"Bądź mi jak deszcz, bądź mi jak słońce, bądź mi jak dreszcz, jak wiatr kojący,
Bądź mi jak światło czekające w domu w późny listopadowy wieczór.
A ja ci za to dam paletę barw, którą pokoloruję ci świat,
W szary dzień kawę osłodzę, gdy rano zaspany będziesz musiał wstać..."


Niechaj słowa tego najbardziej radiowego utworu płyty będą nie tylko spełnieniem dla uroczej poszukiwaczki szczęścia, ale także przyczynkiem do kontynuacji tematu. Czekam bowiem z niecierpliwością na Rozdział drugi. Dwa lata ciszy dla młodej dziewczyny, to spory szmat czasu pełen nowych doświadczen. Wystarczy tylko pozbierać słowa i ponownie... zamarynować je w sercu.

"Nadzieja to wspaniałe uczucie, może najwspanialsze. Ona nigdy nie umiera"
Tim Robbins do Morgana Freemana w filmie "Skazani na Shawshank"

wtorek, 18 grudnia 2018

Dla mnie zawsze najważniejszy był człowiek - z kamiennogórską malarką Bernadetą Nowak rozmawia Sławek Orwat

Moje spotkanie z Bernadetą Nowak w kamiennogórskiej restauracji "U Leszka"







O twórczości Bernadety Nowak dowiedziałem się dość przypadkowo. Wskutek przeróżnych dziwnych kolei losu, 17 września pojawiłem się w Polsce, a ściślej  mówiąc w Karkonoszach. Aby co nieco dowiedzieć się o środowisku muzycznym regionu, zacząłem regularnie kupować wychodzący w Kamiennej Górze Regionalny Tygodnik Informacyjny (RTI), którego Redaktorem Naczelnym przez ostatnich kilkanaście lat był Janusz Chodasewicz, który w wyniku niedawnych wyborów samorządowych od kilku tygodni zajmuje zaszczytne stanowisko burmistrza. Bernadeta Nowak zaciekawiła mnie najbardziej faktem, iż pośród wielu innych swoich wspaniałych dzieł, jest też autorką niezwykłego cyklu "Moje Fascynacje Muzyczne", w którym ta urocza artystka uwieczniła twarze największych herosów jazzu i rocka - w tym przede wszystkim tego oldskulowego. Tyle tytułem wstępu, a teraz już z radością zapraszam do lektury.


- Nieprzypadkowo rozpocząłem nasze spotkanie od lampki wina. Powiedziałaś kiedyś, że impreza nie jest dobra bez ludzi z poczuciem humoru i... dobrego wina.

- Święta prawda (śmiech), ale przede wszystkim jednak bez ludzi z poczuciem humoru.

- Twoją maksymą jest cytat z książki Romaina Rollanda "Colas Breugnon".

- Moja ukochana!

- "Nie ma smutnych czasów, są tylko smutni ludzie."

- Tak, to prawda.

- A czy nie uważasz, że widzi się dziś coraz więcej smutnych ludzi? Nie wypominając nam wieku, w czasach naszej młodości chyba więcej radości było w ludziach pomimo, że czasy łatwe przecież nie były?

- Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że współcześni ludzie tak naprawdę nie mają się czym smucić. Zdrowie mają, pieniądze mają, a jak tak dokładniej się przyjrzeć, to najbardziej cieszą się życiem ci, którzy mało mają, ale coś ich tam kręci. Jeżeli życie się jakoś układa, jest zdrowie, rodzina, są dzieci, wnuki, jeśli można realizować swoją pasję i cieszyć się tym, to czego jeszcze nam trzeba?

- Pamiętasz swój pierwszy sprzedany obraz "Senne żeglowanie"?

- Ojoj! To jeden z pierwszych, jakie w ogóle namalowałam.

- W dobre ręce trafił?

- W dobre, za nieduże pieniądze, ale rozpierała mnie radość...

- Czym różniła się tamta twoja zabawa w malowanie od tego, co robisz teraz?

- Były to początki mojego szaleństwa. Wszystko zaczęło się około 10 lat temu tak całkiem na hurra! Spotkałam na portalu Nasza Klasa moją dawną koleżankę, świetną kanadyjską artystkę o międzynarodowej renomie Krysię Sadej, która podobnie jak ja, także pochodzi z Krynicy i tak od słowa do słowa opowiedziałam jej, że od niedawna maluję do szuflady. Ona na to: to pokaż. Wysłałam jej zdjęcia, a ona: rany boskie, rewelacja! I zrobiła mi stronę, gdzie umieściłam moje wszystkie pierwsze obrazy, w tym także "Senne żeglowanie".

- Jak on wyglądał?

- Szczegółowo już nie pamiętam. Był na papierze i był jak sen, jak marzenie. Patrząc na niego czułbyś się, jakbyś skoczył w morską toń.


- Nigdy wcześniej nie malowałaś?

- Zawsze coś tam malowałam, ale wiesz... praca dom, rodzina a przede wszystkim dzieci, które zawsze były dla mnie najważniejsze. Potem to już jakoś samo poszło... Boże kochany... dzień i noc.




- Przeczytam ci pewien tekst. Ciekaw jestem, czy zgadniesz, co to jest.

- (śmiech)

Jesteś dzieckiem księżyca i wkrótce,
Mam wrażenie, że sprawię że uśmiechniesz się na zawsze
Po prostu daj mi znak, a ja pokażę ci mój plan.

Jesteś smutnym dzieckiem, prawdziwym dzieckiem
Postaram się pomalować niebo na zawsze na niebiesko,
Po prostu daj mi znak, a ja pokażę ci mój plan.

Powiedz mi, dlaczego jesteś taka smutna?
Czas przelatuje jak ziarna piasku,
Po prostu powierz swoją przyszłość w moich rękach.


- Nie wiem, co to jest.

- Jest to tłumaczenie utworu "Moonchild" Rory Gallaghera.

- O Boże! To był mój pierwszy obraz z serii wielkich mistrzów rocka.

- To wiem z twojej biografii, ale wiesz, co mnie najbardziej zastanawia? Nie znałaś wcześniej tego tekstu po polsku, nigdy go sobie nie próbowałaś przetłumaczyć, a zauważ, co w nim jest. Jest o malowaniu, jest o smutku, o którym mówiliśmy na wstępie, a teraz padnie pytanie, które nasuwa się samo: co pomimo nieświadomości znaczenia tego tekstu, który dotyka przecież i twojej wrażliwości i samego malarstwa sprawiło, że zaczęłaś swoje fascynacje muzyczne właśnie od Gallaghera?

- Ja kocham rocka we wszystkich jego odmianach, ale z Gallagherem to był jakiś rodzaj impulsu. Usłyszałam "Moonchild" i od razu sobie pomyślałam: muszę go namalować! Ja w ogóle maluję bardzo spontanicznie, więc siadłam i tak się to wszystko zaczęło. Wiesz... to była taka jazda, że potem przez dwie noce w ogóle nie spałam. Zawsze tak mam po namalowaniu obrazu z serii Moje Fascynacje Muzyczne, bo to jest jedna, wielka emocja. Muzyka głośno gra, farby się mieszają, toczę dialog z artystą...

Rory Gallagher - obraz autorstwa Bernadety Nowak
- Gdzie ten obraz teraz wisi?

- Dokładnie teraz do końca stycznia wisi na wystawie w Jeleniej Góry w Domu Kultury Muflon.

- Znasz biografię tego muzyka?

- Wiem tylko, że był samotny i szybko umarł.

- Zmarł w wieku 47 lat w Londynie, a urodził się w niewielkim miasteczku Ballyshannon w najbardziej na północ wysuniętej części Irlandii. Był chyba jednym z najbardziej niedocenionych gitarzystów. Chociaż nigdy nie zbliżył się do popularności takich wirtuozów "wioseł" jak Eric Clapton, czy Jeff Beck, to o jego klasie niech świadczy fakt, że po odejściu Ritchiego Blackmore’a z Deep Purple, właśnie on dostał propozycję dołączenia do tej legendy i co ciekawe... z tego daru losu nie skorzystał.

- Czyli, że był aż takim indywidualistą?

- Można tak to ująć. Z relacji osób, które miały szczęście słuchać jego gry na żywo wynika, że posiadał niesamowitą swobodę w poruszaniu się po skalach oraz ogromną łatwość improwizowania, co predestynowało go - gdyby tylko chciał - do zrobienia kariery jazzowej. Podobno o ile pod względem wirtuozerii Gallagher słusznie porównywany był do Blackmore’a, o tyle pod względem wrażliwości i bluesowego feelingu znacznie go przewyższał, a jego wielkość i wyjątkowy talent najlepiej można było usłyszeć właśnie podczas koncertów, które stanowiły kwintesencję jego życia.


- Kiedy tak słucham tego, co mówisz, to po raz kolejny uświadamiam sobie, że nasze pokolenie posiada szczególną wrażliwość słuchania i delektowania się tymi wszystkimi drobnymi smaczkami, do których współcześni muzycy chyba nie przywiązują aż takiej wagi. Z drugiej jednak strony, być może cechujemy się po prostu wiernością pewnym ideałom i bezkrytycznie hołdujemy tamtym mistrzom, bo przecież i dziś są artyści, którzy tworzą dobrą muzykę, a to, że my słyszymy coś więcej w grze tamtego pokolenia, zwyczajnie może wynikać z naszego sentymentu do młodości chmurnej i durnej, jak i do tego, że tamto pokolenie przecierało w muzyce kompletnie nowe szlaki, wyznaczało nieznane dotychczas kierunki i po prostu stawiało fundamenty rockowego grania i towarzyszącej mu buntowniczej ideologii.

- Rozpoczęłaś od Rory Gallaghera, a potem to już wszystko poszło niejako za ciosem. Czym kierowałaś się wybierając właśnie te, a nie inne postaci i na przestrzeni ilu lat to trwało?

- Półtora roku, niecałe dwa lata...

- Tak krótko i aż tyle wspaniałych portretów!?

- One zawsze powstawały pod wpływem jakiegoś impulsu. Siedzę sobie kiedyś na przykład z moim kolegą - wielkim fanem Pink Floyd, który opowiada mi, że Waters tak świetnie teraz wygląda i daje wspaniałe koncerty, że koniecznie muszę obejrzeć jego koncert. Obejrzałam i... padłam z wrażenia. 72 lata, a taka w nim piękna, młoda energia.


- Ale zauważyłem, że z reguły wolisz malować twarze z czasów ich młodości.

- Nie wszystkich. To zależy. W różnych momentach ich maluję i nie zawsze musi być młody, żeby mnie zafascynował. Coś musi być w jego spojrzeniu i czymś musi mnie ująć. To chyba w Meksyku był ten koncert "Ściana" oczywiście już bez Floydów i wtedy nadszedł ten impuls...

- Wśród tych wszystkich wielkich muzyków bohaterami twoich obrazów są również artyści jazzu... 

Louis Armstrong - obraz autorstwa Bernadety Nowak
- Ja kocham jazz. Zawsze, gdy chcę się trochę wyciszyć, kiedy już zanadto trzymają mnie emocje, to dla ich złagodzenia często włączam właśnie jazz.

- Pamiętam portret Billie Holiday.

- Uwielbiam ją i to tak dzięki synowi trochę, bo on w różnych kierunkach oscyluje muzycznie.

- Jest też Ella Fitzgerald, jest Luis Armstrong, jest nawet Cesaria Evora, którą trudno zaszufladkować gatunkowo.

- Uwielbiam Cesarię Evorę! To jest kobieta - balsam dla duszy, normalna, wspaniała kobieta! Nie mogłabym jej nie uwiecznić. Pozwól, że ci się czymś pochwalę. Odezwała się do mnie pewna pani, która napisała książkę o Cesarii. Kiedy przyjechała do Polski, napisała do mnie maila, w którym było stwierdzenie, że gdyby Cesaria zobaczyła swój portret mojego autorstwa, to na pewno by się jej spodobał i by go kupiła. Chwilę później zapytała, czy mogę jej go sprzedać. Nie zgodziłam się, bo jakoś nie mogę się zdobyć na sprzedawanie moich muzycznych obrazów i przede wszystkim chciałam je powystawiać, pokazać ludziom. Czuję także do nich jakiś szczególny sentyment, a muszę ci powiedzieć, że mają one szczególne branie. Stawiam na razie tak zaporowe ceny, że ludzie dość szybko rezygnują (śmiech).


- Czytelnicy by mi nie wybaczyli, gdybym nie spytał, jaka to jest ta twoja zaporowa cena.

- Z reguły jest to 5000 zł.

- No... powiem ci, że znam ludzi, a może bardziej środowiska, które - kto wie? - mogłyby wysupłać te 1300 funtów, powiesić sobie na przykład Micka Jaggera nad łóżkiem i poczuć ogromną satisfaction (śmiech).

- To daj mi na nich namiary (śmiech). Tu w Polsce jest inaczej. Wielu ludzi myśli kategoriami, że siedzi sobie kobiecina, macha tym pędzelkiem i potem za stówkę, czy za 50 zł. opchnie te swoje malowidła. A to są tak nieopisane emocje i takie odczucia, że nie możesz tego tanio sprzedać. Najpierw obcujesz z tym człowiekiem, gdzieś tam w środku rozmawiasz z nim, słuchasz tej jego muzyki od lewa do prawa, od prawa do lewa... Podobne emocje i odczucia są przy malowaniu przeze mnie obrazu każdej innej treści.

- Patrząc na te wszystkie portrety, można zauważyć, że obok tych muzyków, którzy odeszli już na "Drugą Stronę", wielu z bohaterów twoich dzieł szczęśliwie ma się świetnie, jak choćby Robert Plant, Eric Clapton, James Hetfield, Ian Gillan, wspomniany Mick Jagger, czy Tina Turner. Myślałaś kiedyś, aby wysłać im zdjęcia ich portretów, które wyszły spod twojego pędzla i poczekać na ich reakcję?

- A pomożesz mi znaleźć te kontakty?

- Postaram się. Niedawno mój radiowy kolega z irlandzkiego Dublina Tomasz Wybranowski przeżył niesamowitą ucztę muzyczną w postaci koncertu Roberta Planta, który również jest w twojej kolekcji rockowych herosów.

- A zaczęło się od "Pieśni imigranta", kiedy to wspominałam sobie, jak to chciałam kiedyś wyjechać do Stanów i nie dano mi dwukrotnie wizy... a zresztą może i dobrze.


- "Po prawdzie wielce fascynującą osobą nie jestem... pochodzę z Krynicy Górskiej, gdzie jako dziecko miałam okazję przypatrywać się jak tworzył Nikifor." - napisałaś mi kiedyś o sobie. Popełniłbym poważny grzech zaniedbania, gdybym o ten wczesny etap twojego życia cię nie zapytał bardziej szczegółowo. Spotkać oko w oko człowieka, który nie tylko znał osobiście tego wybitnego artystę, ale jeszcze na dodatek dane mu było go podpatrywać podczas pracy twórczej, to - sama przyznasz - wyjątkowy dla mnie dar losu. Ile miałaś wtedy lat?

- Byłam małą dziewczynką.

Nikifor Krynicki, właściwie Epifaniusz Drowniak
polski malarz łemkowskiego pochodzenia
- Jak to jest obcować z kimś takim jak Nikifor?

- Wówczas była to dla mnie taka postać trochę egzotyczno-dziwaczna. Mieszkał przez jakiś czas na tej samej ulicy, co ja, a była to ul. Kościuszki, w willi Orlęta. Opiekował się nim wtedy krynicki artysta malarz Marian Włosiński, z którego córką Alą chodziłam do szkoły. No cóż... on siedział i - pamiętam - rysował nam różne obrazki, które przynosiłam potem z koleżankami do domu, a ojciec darł się i je wyrzucał do kosza, bo Nikifor miał gruźlicę i wiadomo - ojciec bał się zarazków. Z żadnej artystycznej rodziny się nie wywodzę, w związku z czym nikt w domu nie miał tego czuja, żeby wiedzieć, czy to jest coś warte, czy nie. Nieraz śmiejemy się z koleżankami, że gdybyśmy wtedy zatrzymały chociaż kilka tych obrazków, nasze portfele byłyby o wiele zasobniejsze...

- Czy wspominasz jakieś konkretne rozmowy z Nikiforem?

- Wiesz, on miał problemy z prawidłowym artykułowaniem.

- Trudno mu się w zasadzie dziwić, skoro jego mama, która go samotnie wychowywała, była osobą głuchoniemą.

- Poza tym dodatkowo miał jakieś anatomiczne problemy z narządami mowy.


- W tej owianej mgłą tajemnicy biografii Nikifora najbardziej zainteresował mnie wątek, który - jak przypuszczam - mógł mieć wpływ także i na twoje malowanie. Twórczość Nikifora odkryta została w 1930 roku przez ukraińskiego malarza Romana Turyna, który zapoznał z nią polskich i ukraińskich malarzy kapistów przebywających wówczas na emigracji w Paryżu, którzy przede wszystkim zwracali wówczas uwagę na jego bezbłędne operowanie kolorami. Kiedy patrzę na twoje obrazy, właśnie kolor jest tym elementem, który najbardziej przykuwa moją uwagę. Czy podglądanie Nikifora mogło mieć nieświadomy wpływ na twoje malarstwo w tym konkretnym znaczeniu?

Nikifor podczas pracy
- Ciężko mi jest na to pytanie odpowiedzieć. Podobno albo ktoś się rodzi kolorystą, albo nie. Ja mam takie odczucie, że jak kładę kolory i coś mi w nich nie pasuje, robi mi się niedobrze. Po prostu patrzę i wiem...

- "Czucie i wiara silniej mówi do mnie...

- ...niż mędrca szkiełko i oko"...

- Jak radził sobie Nikifor w tym szarym, codziennym, pozaartystycznym życiu?

- Kojarzę, że niedaleko mojej babci była taka rodzina, która przyjmowała go na zimę. Kiedy się u nich pojawiał, to niejednokrotnie rozcinano na nim ubranie, bo jak powszechnie wiadomo Nikifor był bardzo zaniedbany, nie mył się, przez kilkanaście lat nie zmieniał odzieży, a potem... nagle okazało się, że rozsławił Krynicę na cały Świat.

- No właśnie... Jakie masz odczucia z perspektywy tych kilku dziesięcioleci, kiedy wspominasz tę niezwykłą postać? Czujesz się wyjątkowa, że miałaś okazję z nim tak blisko obcować?

- Czy wyjątkowa? Chyba nie jest to dobre słowo. Ja po prostu cieszę się tym, że dane mi było przebywać z człowiekiem, który tyle obecnie znaczy dla naszej kultury.

- Gdybyś miała sama określić, jaki wpływ tamten niezwykły czas miał na twoje malarstwo i czy w ogóle miał, to czy odnajdujesz coś? 


- Jego wpływ na mnie to chyba najbardziej idea, że można coś robić na przekór wszystkiemu i wszystkim. To jest tak, jak z tym bacą, który "jak mo cas, to myśli, a jak ni mo, to ino myśli". I ja właśnie tak sobie nieraz siądę i myślę (śmiech)... A tak poważnie, to... bardzo trudne momenty miałam nieraz, różne przykrości, ktoś tam próbował złamać moją wartość, obśmiać i skierować mnie na zupełnie inne, obce mi tory. I właśnie w takich chwilach inspiracja Nikiforem dawała mi najwięcej sił do wytrwania. Uparłam się, że będę robiła swoje na przekór wszystkim, którzy chcieliby mnie widzieć inaczej. Przychodziłam do domu, brałam farby, płótna, robiłam i głęboko czułam, że to jest właśnie to, że to jest to moje szczęście i że życia już sobie bez tego nie wyobrażam. Ja się podczas malowania bardzo uspokajam. Nawet mąż i synowie zadają mi nieraz pytanie, gdy długo nie maluję: co się z tobą dzieje? A ja wtedy odpowiadam: odpoczywam.

Obraz autorstwa Bernadety Nowak
- "Jestem mamą, babcią, a od maja szczęśliwie na emeryturze - szczęśliwie bo myślałam, że dostanę rozdwojenia jaźni od tej mieszaniny - pasja i praca w sanepidzie... Nijak nie konweniowało" - zwierzyłaś mi się kiedyś.

- "Bigos i sernik w jednej szklance" - jak mawiał dziadek Poszepszyński (w tej roli Jan Kobuszewski) w humorystycznym słuchowisku radiowym, napisanym prze Macieja Zembatego i Jacka Janczarskiego...

- Pamiętam! Lata 80-te i codzienny bieg ze szkoły, aby koniecznie zdążyć na trójkową Powtórkę z rozrywki (śmiech).

- Pracując, malowałam przez te 10 prawie lat. Kiedy jednak opuszczałam jedno miejsce, aby znaleźć się w tym drugim, to dostawałam jakiegoś rozdwojenia jaźni. Zdarzało się, ze ktoś przychodził, coś ode mnie chciał, a ja właśnie w głowie malowałam obrazy. Na szczęście miałam w pracy świetną koleżankę, która niejednokrotnie mnie "ratowała". Jestem jej wdzięczna do dziś...

- Mam wrażenie, że w twoich obrazach często jest impresja, że nieustannie starasz się uchwycić będącą w nieustannym ruchu rzeczywistość. Chociażby ci fantastyczni muzycy, którzy podczas ich scenicznego szaleństwa zastygli na twoich obrazach w bezruchu, a jak doskonale wiesz, w przypadku artystów rocka, złapanie ich w jakiejś szczególnie atrakcyjnej dla widza pozie wymaga niesamowitych zdolności także w przypadku mistrzów obiektywu, a cóż dopiero złapać tę ulotną chwilę pędzlem.

- O to mi właśnie chodzi. Emocja u człowieka tak mnie zachwyca, że mogłabym nawet tłuc głową o ścianę, ale i tak pokaże ją światu. Nieraz siadam i płaczę, albo malując cały tydzień, potrafię nieraz zamalować cały obraz, jak mi coś nie wyjdzie i maluję go od nowa.


- "Kieruje mną tylko intuicja i wielka miłość do malowania." - powiedziałaś kiedyś.

- Tylko!

- Kiedy odkryłaś u siebie ten zew do malowania? Czy zanim po raz pierwszy wzięłaś do ręki pędzel, to już wiedziałaś, że będziesz to robić, czy był to impuls?

- Ja zawsze malowałam. Już w szkole podstawowej malowałam dzieciom zadane przez panią tematy na lekcji. Rodzice jakoś u mnie tego nie wyczaili, a jeżeli już, to nie traktowali tego poważnie. Kiedy chciałam iść do szkoły plastycznej w Zakopanem, do Kenara, to ojciec mi powiedział: "nie będziesz mi tu sklepów dekorować!". Poszłam wiec do technikum chemicznego, a po technikum znowu nie udało mi się pójść w tym kierunku, ponieważ tuz przed maturą trochę żeśmy z klasą narozrabiali (śmiech).

- Cóż takiego zmalowałaś? (śmiech)

- Poszliśmy nad Dunajec poskakać do wody, mieliśmy piwo i... zawiesili nas. Teraz nic by z tego nie było, ale wtedy czasy były inne i tolerancja także. No i tak oto pożegnałam się z marzeniami o szkole plastycznej, a miałam już nawet przygotowane pewne prace, które miały mi pomóc, aby się tam dostać. Pamiętam nawet przemówienie dyrektora: "w naszej szkole są wrzody! Ale my te wrzody poprzecinamy!" I zaraz potem poleciały nazwiska. Pamiętam też, że w ramach buntu ubrałam wówczas ojca GOPR-owski sweter i dżinsy sztruksowe, na których były "wyskubane" nazwy zespołów: Deep Purple i Black Sabbath. Było tam jeszcze ok 10 takich Wrzodów jak ja i wszyscy usłyszeliśmy od dyrektora: "my wam nie będziemy stać na przeszkodzie w zdaniu matury, ale droga na studia jest dla was zamknięta". Przez ten wilczy bilet prawie wszyscy ci ludzie niemal natychmiast powyjeżdżali i kiedy po latach wszyscy spotkaliśmy się, to właśnie to spotkanie klasowe było to dla mnie takim pierwszym impulsem do malowania portretów.


- Od kiedy mieszkasz w Karkonoszach?

- Od 30 lat. Cała młodość przypadła mi na Krynicę, ale zanim osiadłam w Kamiennej Górze, najpierw wyjechałam na Górny Śląsk. Wiesz dlaczego? Bo tam odbywały się fajne koncerty.

- Zauważyłem, że muzyka od zawsze musiała być istotnym elementem twojej codzienności. Kiedyś powiedziałaś takie słowa: kolory, światło, radość, smutek, zachwyt, oszołomienie urodą Świata sprawiają, że sięgam po pędzel próbując uwiecznić "muzykę mojego serca".

- No tak... kolory, smutek, radość, czyli to wszystko, co w danej chwili w duszy nam gra. Maluję, kiedy jestem szczęśliwa, maluję, kiedy jestem smutna, zawsze jest jakaś motywacja. Jak jestem radosna, to kolory wtedy same idą, a jak jestem smutna, to tak długo maluję, aż stanę się radosna.

- Częściej jesteś...

- Zdecydowanie radosna. Owszem, miewam czasem takie doły, że wygrzebać się z nich nie mogę i wtedy zawsze sobie mówię: Bernatka weź się zbierz się do kupy durna babo! (śmiech).

- "Wierzę, że na widok moich prac zaczynają patrzącym błyszczeć oczy i wypełniają się wzruszeniem" - napisałaś kiedyś. Często to widzisz?

- Tak i jest to dla mnie ogromna nagroda. Ważne dla mnie też jest, kiedy ktoś coś do mnie napisze. Ja bardzo potrzebuję dobrych słów. Bardzo mnie ranią złe słowa, chociaż teraz już znacznie mniej, niż kiedyś. Najgorsze jest mówienie oszczercze.

- Tak, hejt jest trudny do przyjęcia. Zawsze powtarzam, że jeśli ktoś ma coś do mnie, to zapraszam go do rozmowy na argumenty. Niestety, w dobie Internetu hejtowanie jest na porządku dziennym, a rzucanie oszczerstw i obrażanie kogoś jest praktycznie bezkarne. Dawniej istniało pozytywne zjawisko zwane krytyką. Ignacy Krasicki napisał w Monachomachii, że "prawdziwa cnota krytyk się nie boi". Dziś tę zdrową, rzetelną formę dysputy coraz częściej zastępuje ordynarny hejt i jest to rzeczywiście dramat naszych czasów.


- Nieraz trzeba by mieć słoniową skórę, żeby przejść nad tym do porządku dziennego.

- "Malowanie mnie uszczęśliwia i uskrzydla powodując, że staję się silna wewnętrznie i potrafię pokonać prawie wszystko co mnie zasmuca"- znalazłaś w końcu antidotum na zło tego świata.

- Czasami jest to zło, które nie dotyka bezpośrednio mnie. Nieraz wystarczy nawet, że obejrzę wiadomości i jestem czymś głęboko poruszona, a jeśli już coś złego dotyka moich najbliższych, to działa to na mnie okropnie, działa do bólu, chociaż zazwyczaj nigdy tego nie okazuję, bo po co im jeszcze mam dokładać. Kiedy przypomnę sobie nieraz moją śp. mamę, to ona też taka była. Nieraz słyszałam jak w nocy płakała. Była taką ostoją, wsparciem, a kiedy wchodziła do domu, to wszystkie problemy same znikały

- "Inspiruje mnie gwałtowne, chwilowe wzruszenie". Co najbardziej cię wzrusza?

- Ludzka twarz, z której wszystko można wyczytać. Jej malowanie to dla mnie swoista terapia. Uwielbiam wieczory i noce! Są bardzo inspirujące. Jest noc, siedzę szczęśliwa przed sztalugami, a kolory wirują mi w głowie.

- "Bach, Elvis czy Madonna Obojętnie. Byle 'wcisnęło w ziemię' i spowodowało chwilową utratę tchu". Jaka muzyka wciska cię najgłębiej?

- Przede wszystkim jest to głos. W głosie jest coś takiego, co mnie zatrzymuje. Czasem jak stanę zasłuchana w czyjś głos, to nie ma końca. Poza tym mimika twarzy wykonawcy podczas koncertu, w której odbija się każdy najdrobniejszy element przeżywania.

- Pierwsza wystawa twoich prac odbyła się w kamiennogórskiej Galerii "Lotos" w roku 2010 i chociaż z każdym kolejnym rokiem było ich coraz więcej, to miały one wciąż charakter lokalny. Jednak już w roku 2014 twoje prace pojawiły się po raz pierwszy w zakopiańskim Art Parku i we wrocławskiej Bibliotece Letniej.


- Koleżanka z Kanady, o której wspominałam ci na wstępie, miała wystawę w Zakopanem, którą zorganizowała jej zakopiańska artystka Ewa Bartosz-Mazuś pracująca w Centrum Kultury. Zaproszono mnie, pojechałam i pozmawiałam z dyrektorem galerii z panem Krzysztofem Jędrzejowskim. Krysia i Ewa zareklamowały mnie... Dyrektor zaproponował mi wystawę i tak to się wszystko zaczęło. Miałam w Zakopanem dwie wystawy. A jeśli chodzi o Wrocław, to kilka wystaw w tym okresie tam miałam. Nie pamiętam już dokładnie ile. Może 5, może 6. To było Dolnośląskie Stowarzyszenie Artystów Plastyków, to była Galeria "YPSOS" i "Promyk" oraz Dom Kultury "Bakara", dwie biblioteki i Klub 4 - Regionalnej Bazy Logistycznej...

- W 2016 twoje obrazy po raz pierwszy pojawiły się we Francji.

- Tak, nasze miasto współpracuje z francuskim Vierzon, a człowiek, który tam działa jest szefem organizacji La Palette du Monde (Paleta Świata), do której należą malarze z całego świata. Zostałam tam zaproszona na XXII Międzynarodowy Festiwal Sztuk - Salon Jesienny. Pomijając już, że zostałam wtedy zwerbowana do tej organizacji, to na dodatek moja praca "Akt w zieleni i fiolecie" otrzymała wówczas Drugie Grand Prix


- Tego samego roku była jeszcze Bawaria.

- Bawaria to był plener na Zamku w Adelsdorf. Wiesz... kiedy wchodzi się w ten świat, to dość szybko tworzy się taki łańcuch informacji i w błyskawicznym tempie poszerzają się możliwości promowania siebie i prezentowania swoich prac. Oczywiście jeżeli podobają się one organizatorom.

- Wspomniałaś rok 2016 i francusko-niemieckie sukcesy twoich obrazów, ale tak naprawdę po raz pierwszy poza granicami Polski twoja twórczość pojawiła się w roku 2015 w czeskim Lanckorun.

- Gdybyś o tym nie wspomniał, to - uwierz mi - umknęłoby mi to uwadze. W pewnym momencie nabrało to wszystko takiego tempa, że straciłam już trochę rachubę i rzeczywiście kojarzę teraz to wydarzenie. Muszę ci powiedzieć, że mieszkam na IV piętrze w bloku, a moje obrazy są dosyć duże i z każdym rokiem mam coraz mniej sił, w związku z czym coraz częściej proszę zainteresowane moimi pracami galerie o fizyczną pomoc w transporcie w obie strony. Mąż już zaczął nawet kiedyś z tego powodu żartować - weź ty zacznij w końcu pocztówki malować (śmiech).

- Co jest dla ciebie w malarstwie najważniejsze?

- Dla mnie zawsze najważniejszy był człowiek. Czasami maluję też portrety na zamówienie. Uwieczniłam już wielu ludzi z Kamiennej Góry w tym byłego Burmistrza, ludzi z Niemiec, Kanady, USA, Ukrainy, Włoch, Szwajcarii.

 - Gdzie i w jakich okolicznościach rozpoczęła się promocja twojej twórczości?

- Ten świat malarski zaczął się dla mnie od kamiennogórskiej kawiarni "Lotos" i jej właścicielki pani Bożenki Ziemiańskiej, która jest w naszym mieście szanowanym mecenasem sztuki. Tam mnie zarekomendowano, tam przyniosłam po raz pierwszy swoje prace i tam się ta moja przygoda tak naprawdę zaczęła. Konkluzja nasuwa się sama - bez ludzi nie ma nic.

- Napisałaś kiedyś, że Album "Moje fascynacje muzyczne" powstaje pod wpływem wspomnień, kontaktów z ludźmi, oczarowania poszczególnymi utworami i jeszcze z wielu innych względów. Przed i pomiędzy jest jeszcze trochę do opowiedzenia. Może na zakończenie tej naszej rozmowy zdradzisz te tajemnicze "inne względy", czyli to, co jest "przed i pomiędzy"?

- Przed i pomiędzy powstają nowe fascynacje i "świeże" oczarowania. Malowanie uczy mnie pokory. Im więcej maluję, tym bardziej widzę, jak wiele jeszcze nie umiem.