sobota, 27 kwietnia 2019

Legendarna Sun Ra Arkestra pod niewidzialną batutą 95-letniego Marschalla Allena oczarowała Wrocław.

Z Marschallem Allenem
"Ze wszystkich muzyków jazzowych, Sun Ra był prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnym", napisał kiedyś popularny krytyk muzyczny Scott Yanow.


Sun Ra w New England Conservatory 1992 rok.
(fot. Pandelis Karayorgis)
Najbardziej kontrowersyjny jazzman Wszechświata (dlaczego aż tak? Za chwilę wszystko się wyjaśni.) urodził się 22 maja 1914 roku w miejscowości o jakże brytyjskiej nazwie Birmingham, tym razem jednak położonej w południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, największym mieście stanu Alabama. 30 maja 1993 roku w tym samym Birmingham wielki Sun Ra... powrócił "na łono Saturna", skąd - jak sam twierdził - przybył na Ziemię. Aby uspokoić wszelkiej maści sceptyków, od razu śpieszę wyjaśnić, że w tej jakże ekscentrycznej wypowiedzi Sun Ra nie było jakiejś specjalnie zamierzonej chęci zrobienia wokół siebie medialnego zamieszania, a cała ta niepokojąca historia związana z drugą co do wielkości planetą układu Słonecznego, to nic innego jak świadome nawiązanie do założonej przez niejakiego Hermana Blounta kultowej wytwórnia El Saturn Records.


To Oni zawładnęli 26 kwietnia Wrocławiem (fot. Sławek Orwat)
Następca Sun Ra - Marschall Allen (fot. Sławek Orwat)
Kimże był szanowny Mr. Blount? Otóż prawdziwe nazwisko Sun Ra brzmiało właśnie Herman Poole Blount  i był on znakomitym jazzowym kompozytorem, pianistą, poetą i filozofem, powszechnie znanym przede wszystkim z wieloletniego prowadzenia utworzonego rzez siebie legendarnego bandu noszącego nazwę The Arkestra, z którym wprawdzie nigdy nie osiągnął jakiegoś spektakularnego sukcesu komercyjnego, za to dzięki trudnej do policzenia liczby koncertów, zasłużenie zbudował swą niepodważalną legendę i bezdyskusyjnie wszedł do panteonu najwybitniejszych artystów jazzu począwszy od pionierów ragtime'u i swingu, a skończywszy na wirtuozach bebopu i free jazzu. Większość albumów nagranych przez tego genialnego mistrza klawiatury jest już dziś nieosiągalna. W opinii fachowców najpopularniejszymi płytami w przebogatej, bo obejmującej ponad 100 krążków dyskografii Sun Ra są: Atlantis, Jazz In Silhouette, Space Is the Place, The Magic City, Super-Sonic Jazz, Interstellar Low Ways, Lanquidity, The Nubians of Plutonia, Secrets of the Sun, The Heliocentric Worlds of Sun Ra, Mayan Temples i Cosmic Tones for Mental Therapy i to właśnie nieśmiertelne przeboje legendarnej Arkestry z tychże krążków wraz z licznie zebranymi mieszkańcami Wrocławia oraz tłumnie przybyłymi gośćmi z różnych zakątków Polski i Świata miałem niebywałą okazję wysłuchać w ramach 55. już edycji Festiwalu Jazz Nad odrą, czyli wydarzenia bez którego trudno jest sobie wyobrazić to niezwykłe i jakże otwarte nie tylko dla artystów miasto.


95-letni Marschall Allen może zawstydzić swoją żywotnością i wirtuozerią niejednego młodego muzyka (fot. Sławek Orwat)
Tara Middleton (fot. Sławek Orwat)
Po śmierci Człowieka - Legendy, The Arkestra znalazła się pod miłościwym panowaniem urodzonego 25 maja 1924 roku (tak, ten pan za niecały miesiąc zakończy 95 rok życia!) Marshalla Belforda Allena, który za młodu występował z tak znakomitymi muzykami jak pianista Art Simmons, Don Byas i James Moody, po czym rozpoczął studia w Konserwatorium Muzycznym w Paryżu. Po przeprowadzce do Chicago Marschall Allen został uczniem wielkiego Suna Ra, dzięki czemu w 1958 roku w sposób naturalny trafił do The Arkestra kierując przez kolejne 40 lat rewelacyjną sekcją dętą tego znakomitego bandu. Na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia panowie Marshall Allen, John Gilmore, June Tyson i James Jacson zaliczyli wspólnie z Sun Ra praktycznie wszystkie ówczesne trasy koncertowe, a także brali udział w powstawaniu najwspanialszych krążków w budzącej szacunek dyskografii tego wyjątkowego zespołu. Allen zapisał się swoją grą aż na ponad 200 utworach Sun Ra, w związku z czym nikogo chyba nie dziwił fakt, że po śmierci Sun Ra, to właśnie on podjął się trudnej, acz niezwykle zaszczytnej roli kontynuatora dzieła swojego Mistrza, które dzięki geniuszowi i wysiłkom nowego lidera, odzyskało swój dawny blask i świetność.


Zespół The Arkestra 26 kwietnia 2019 roku wystąpił we Wrocławiu w składzie: Marshall Allen - saksofon altowy, flet oraz kierownictwo, Cecil Brooks - trąbka, Tara Middleton wokal, skrzypce, KNoel Scott - saksofony, wokal, James Stewart - saksofon tenorowy, Danny Ray Thompson - saksofon barytonowy, Dave Davis - puzon, Farid Barron - piano, Francis Middleton - gitara, Elson Nascimento - surdo i instrumenty perkusyjne, Tyler Mitchell - kontrabas oraz Wayne A. Smith - perkusja.

Sun Ra Arkestra w pełnym scenicznym rynsztunku (fot. Sławek Orwat)




KNoel Scott (fot. Sławek Orwat)
Sun Ra Arkestra to nie tylko sama muzyka. To także kolorowe stroje artystów i precyzyjnie wyreżyserowana gra świateł. Arkestra to muzyczny fenomen, który szczęśliwie trwa już ponad 50 lat, a to, co najbardziej należy podkreślić, to nieustanny ruch sceniczny, bez którego ten zespół trudno jest w ogóle sobie wyobrazić, a mój oraz Ivara, który namówił mnie do udziału w tym wydarzeniu, rówieśnik - 54-letni saksofonista Knoel Scott skakał chwilami po scenie niczym cyrkowy akrobata, czym wywoływał u publiczności ogromny podziw i szczere zdumienie, czego wyrazem były entuzjastyczne okrzyki, gwizdy i brawa. Niezwykle zabawny i bez zbędnej spiny sposób prowadzenia tego koncertu przez jego leciwego lidera oraz nieustanne dyskusje sceniczne muzyków, którym mikrofony w tych momentach wcale w nich nie przeszkadzały, dopełniły całości, a prawdziwą wisienką na torcie było pojawienie się bohaterów tego wieczoru w oczarowanym ich występem tłumie widzów, którzy w radosnym nastroju pstrykania sobie wspólnych zdjęć, leniwie opuszczali plac Społeczny oraz znajdującą się pomiędzy wrocławskim Impartem, a ogromnym budynkiem Urzędu Wojewódzkiego festiwalową scenę.


Z rewelacyjną Tarą Middleton
I na koniec pozwole sobie jeszcze wspomnieć o niesamowitej Tarze Middleton i proszę mnie w tym momencie źle nie odebrać, iż pomijam wkład i talent pozostałych znakomitych wirtuozów poszczególnych instrumentów stanowiących o wielkości i sile The Arkestra.


Tara Middleton to nie tylko jedyna kobieta, jaka pojawiła się tego wieczoru na scenie, ale to także urodzona frontmanka plus znakomity wokal zamknięty w jednym wulkanie emocji, a przede wszystkim niesamowicie charyzmatyczna i nieustannie skupiająca na sobie wzrok widzów niezaleznie od ich wieku, płci oraz reprezentowanej ideologii.

czwartek, 25 kwietnia 2019

"Kiedyś było widać, kto naprawdę jest dobry, a kto kopiuje" - z basistą Franka Zappy i The Aynsley Dunbar Retaliation, synem polskiego żołnierza armii gen. Andersa - Alexem Dmochowskim rozmawia Sławek Orwat. Współudział i tłumaczenie: Mark "Bestia" Olbrich

fot. Dominik Witosz
Alex Zygmunt Stanisław “Erroneous” Dmochowski jest synem żołnierza armii gen. Andersa. Alex zaczął być niezwykle poważany w Wielkiej Brytanii od czasów jego gry dla Aynsley Dunbar Retaliation. Byli absolutnie kultowym zespołem bluesowym, a wydane przez nich albumy, które bardzo szybko stały się hitami, do dziś sprzedają się za duże sumy w renomowanych sklepach muzycznych. Cena niektórych z nich dochodzi nawet do 60 funtów! W konsekwencji tej popularności Alex został zaproszony do John Mayall Bluesbrakers, z którym grywał w Anglii, na kontynencie europejskim i w USA. W pewnym momencie Alex dołączył do zespołu Franka Zappy, gdzie grał, nagrywał i tworzył pod pseudonimem Erroneous. Kultowe albumy Franka Zappy jak Waka Jawaka, Hot Rats, Grand Wazoo, Quaudiophiliac i Apostrophe są także produktami geniuszu Alexa Dmochowskiego. Jego praca jest obecna również na albumach The Lost Episodes 1972, 1974, 1996, 2004. Alex Dmochowski grał także z takimi legendami rocka jak brytyjscy pionierzy bluesa - Long John Baldry i Graham Bond, a także stworzył własny zespół, do którego min. należał sam Peter Green (ex. Fleetwood Mac), a także wziął udział w nagraniu albumu Petera Grrena The End of the Game. Wielkość Alexa Dmochowskiego można dodatkowo podkreślić faktem, że jego numer “Warning” został nagrany przez legendarny zespół Black Sabbath na jego debiutanckiej płycie! Z Alexem Dmochowskim rozmawiałem w Londynie nieopodal Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego.

Podział Polski wg paktu Ribbentrop-Mołotow opublikowany w dzienniku Izwiestia 18.09.1939
- Jesteś synem polskiego żołnierza armii gen. Andersa. Twoja mama też była Polką. Jaką posiadasz wiedzę o przeszłości swojej rodziny?

- O ojcu nie wiem za dużo. Rodzice się rozwiedli, a tata potem umarł. Generalnie ci, którzy przeżyli wojnę, nie rozmawiali między sobą zbyt wiele o tym, co się działo. Co wiem o Polskiej historii? To, że Polacy zostali wydymani [to jest chyba najdelikatniejsze tłumaczenie czasownika fucked over - przyp. red.] przez Rosjan i zdradzeni przez Anglię. Takie jest moje myślenie o tym, co się stało. Poza tym… jak może jeden aliant okupować drugiego!? Moja mama, ojciec i siostra (sporo starsza) byli zesłani na Syberię do niewolniczej pracy. Mówili żartem - zostaliśmy “wyzwoleni”. Po dwóch latach wyszli przez Persję. Z tego co mi mówili, była to zasługa Sikorskiego, który wywierał presję na Anglię i w końcu się udało. Mama opowiadała (mieli farmę), że z samego rana ruskie wojsko wywaliło drzwi z okrzykiem: “wstawać i wynocha”. Pozwolili wziąć tylko trochę rzeczy, które można było nieść w rękach i… na Sybir. Zabili psa i wszystkich, których spotkali po drodze do naszej farmy.


- Czujesz się Polakiem?

- Jestem Polakiem wtopionym w Brytyjską kulturę.

fot. Dominik Witosz
- Jednak nigdy jeszcze nie byłeś w ojczyźnie swoich rodziców. Chciałbyś kiedyś odwiedzić Polskę?

- Słyszałem, że jak nie pijesz wódki i nie jesz mięsa, to w Polsce już po tobie (śmiech). Ja już wprawdzie alkoholu nie piję, ale w latach 60-70 było na odwrót. Pamiętam jak "jechało się" na koniaku, brandy lub whisky, a potem był 2-3 dniowy kac. Za to po wódce idziesz spać pijany, wstajesz trochę pijany, ale kaca nie ma (śmiech)!


- W jakich okolicznościach dołączyłeś do zespołu Franka Zappy i jak wspominasz postać tego genialnego artysty?

- Graliśmy kiedyś w Belgii z The Aynsley Dunbar Retaliation, a on akurat tam zapowiadał. W pewnym momencie poprosił o jam z nami i to wtedy zdecydował, że chce z nami współpracować. Frank najpierw zabrał Aynsleya Dunbara. Ja potem byłem w Nowym Jorku i szukałem lepszego układu. Rozmawiałem o tym z Aynsleyem i ten zapytał Franka o mnie.

fot. Dominik Witosz
Zappa powiedział, że jak będę w Los Angeles w styczniu, to chętnie ze mnie skorzysta. Planował tylko nagranie jednego numeru, który nosił roboczy tytuł "Think It Over" ("Przemyśl to sobie") i który na płycie nazywa się "Grand Wazoo". Pierwotnie miała to być piosenka, ale w trakcie pracy zdecydowaliśmy, że będzie to utwór instrumentalny. Bylem w LA w styczniu, a Frank był wtedy w gipsie po tym jak spadł ze sceny, co dla mnie było nawet korzystne, bo nagle z krótkiego pobytu zrobiło się aż sześc miesięcy!


- Muzyka Franka Zappy nie jest łatwa i wymaga od instrumentalistów dużych umiejętności technicznych. Łatwo było ci przejść od bluesa do karkołomnej progresji?

fot. Dominik Witosz
- Zaczęło się od przesłuchania. Album zakładał udział 12 muzyków, a Frank planował grać wszystko z nut. Ja nie czytam zbyt szybko, więc dokładnie mnie przesłuchał, aby upewnić się jak szybko łapię to, co trzeba. Trwało to cały dzień! Pamiętam, że pierwszy numer był na 7/8 (ta da ta da da ta na). Potem przejechał się po mnie na wszystkich riffach. Było ¾, ½ bardzo szybko i nie pozwolił powtarzać. Potem dodał coś na ⅝, a potem… kazał grac mi to wszystko razem bez żadnego wgrania się. Robiło się "ciasno w dupie", ale zagrałem wszystko (śmiech)! Zespół, który się temu wtedy przyglądał, powiedział potem, że byłem w zupełnym transie. Na koniec Frank spytał: “chcesz to grać? Próby raz w tygodniu - stawki związkowe”. To był też jedyny moment, kiedy Frank powiedział mi komplement, co nie było jego bajką. Wychodząc jeszcze o kulach mruknął: “szybko łapiesz”.

- Jak powstała twoja ksywa Erroneous?

- Ta ksywa nie wzięła się z kontraktów - jak niektórzy sądzą - tylko pojawiła się jako alias sceniczny (stage name). Najpierw Frank chciał mnie nazwać Alexis, ale u nas już był Alexis Korner i byłoby głupio. Była też Alexis z "Dynastii" i była tam wiodącą damą, więc nie był to dobry pomysł. W końcu wyszło tak, że Frank czytał jakieś komiksy oparte na Rzymie - myślał zrobić pełny film rysunkowy do płyty - i tam byli tacy bohaterowie jak Victorious, Gregorius, Erroneous. Ja wziąłem sobie Erroneous.


- Twój utwór ”Warning” został nagrany przez Black Sabbath na ich debiutanckiej płycie! Myślę, że to jeden z najważniejszych momentów w twojej karierze. Jak doszło do tej kolaboracji?

fot. Dominik Witosz
- Nie wiem czy - jak niektórzy mówią - Sabbath nie byli pewni swoich kompozycji i dlatego wzięli naszą. Wiem tylko, że “Warning” to był singiel Ainsley Dunbar Retaliation, który oni wzięli i nagrali. Jak tak patrzę na Google, YouTube etc, to jest tam o mnie mnóstwo rzeczy zmyślonych. Na przykład ktoś gdzieś napisał, że na koncercie w Marquee Club grałem tak gwałtownie, że zerwałem trzy struny i skończyłem z jedną. Prawdą jest, że miałem silne palce i czasami trzeba było szarpać mocniej, bo nagłośnienie sceny nie było wtedy takie jak dziś, no i struny tez nie były takie, ale wtedy zerwałem tylko dwie - D & G.


- Stworzyłeś własny zespół, w którym zagrał min. Peter Green.

- Dostałem serię koncertów w słynnym miejscu - Town and Country Club i ktoś potem napisał, że grał tam Peter Green, a ja w jego zespole. Było jednak na odwrót. Nie miałem wtedy swojego zespołu, ale dostałem gig, więc zadzwoniłem po kolegów - w tym po Petera Greena, a on powiedział: “twój zespół - twoja nazwa”. Peter zagrał raz, inni też po razie, w tym John Warley - popularny wtedy sax player.

fot. Dominik Witosz
- Zostałeś też zaproszony do John Mayall Bluesbrakers, z którym grałeś w Anglii, na kontynencie europejskim i w USA. Jak wspominasz postać Johna Mayalla, którego nie tak dawno miałem okazję podziwiać na koncercie w St. Albans, a nawet zrobić z nim krótki wywiad?

- Mayall dwa razy oferował mi członkostwo w czasie Retaliation, ale odmówiłem mu mówiąc, że to honor dla mnie, ale muszę dotrzymać zobowiązań. Dla basisty najważniejszą sprawą jest też dobry pałker, a Aynsley był najlepszy. U Johna był Keith Hartley - nie bardzo.

- A jednak później występowałeś z nim.

- Tak. Zadzwonił kiedyś do mnie nagle jego manager z prośbą, aby następnego dnia zrobić z nimi gig w Niemczech w Nürnbergu, bo ich basista złamał palec. Jakoś doleciałem. Zdążyliśmy dojechać na 10 minut przed wejściem na scenę! Nie znałem nawet materiału, ale wszystko poszło jak się należy. Dali mi nawet zagrać solo, a John powiedział: “You motherf...er I didn’t know you could play like that!!!” Potem kontynuowałem z nimi trasę Niemcy, Francja i jeszcze gdzieś tam. Kilka lat później grałem z nimi też w LA. Żadnych prób. To była dobra szkoła jazdy, bo sam musiałem się połapać jak się gra, bez YouTube i bez szkół muzyki popularniej. Kiedyś było widać, kto naprawdę jest dobry, a kto kopiuje. W moim życiu było zresztą jeszcze sporo ciekawych muzycznych kolaboracji, ale o tym - myślę - jeszcze kiedyś sobie porozmawiamy.


Alex wrócił na stałe do Londynu i obecnie współpracuje z kilkoma wytwórniami płyt jako session-man. 

Autor wywiadu dziękuje Markowi "Bestii" Olbrichowi (którego dzieje życia można znaleźć tutaj) za wszystkie działania, które przyczyniły się do powstania powyższej rozmowy.

Mark "Bestia" Olbrich (fot. Dominik Witosz)

Znakomity lubelski bard Piotr Selim wraz z autorką tekstów Hanną Lewandowską 25 kwietnia wystąpią w Łodzi!


„Czerpaliśmy szczerą radość z grania” - z basistą i współzałożycielem legendarnej brytyjskiej grupy The Yardbirds, synem polskiego żołnierza RAF-u - Chrisem Dreja rozmawia Sławek Orwat. Współudział i tłumaczenie: Mark "Bestia" Olbrich

fot. Dominik Witosz


Chris Walenty Dreja urodził się w Surbiton, a wychował w Kingston upon Thames. Jego ojciec był Polakiem z Bytomia. Młody Chris wraz ze swoim kolegą Anthonym "Top" Tophamem rozpoczynali w bluesowym kwartecie Metropolitan. W ciągu roku do grupy dołączyli Keith Relf, Jim McCarty i Paul Samwell-Smith. W roku 1963 przekształcili się w legendarny zespół The Yardbirds - czołowy band należący do nurtu powszechnie nazywanego Brytyjską Eksplozją, a po podbiciu rynku amerykańskiego Brytyjską Inwazją. W tym samym roku The Yardbirds zastąpili grupę The Rolling Stones jako klubowy zespół w legendarnym Crawday Club i to właśnie wtedy narodziła się ich sława. The Yardbirds zadebiutowali koncertem z Dusterem Bennettem i bardzo młodym wówczas Jimmy Pagem. 15-letni Topham opuścił grupę, kiedy zespół stał się już formacją zawodową. Chris kontynuował grę na gitarze rytmicznej, a rolę gitarzystów solowych w jego zespole dostawali tacy wirtuozi "wioseł" jak Eric Clapton, a później Jeff Beck i Jimmy Page. Unikalnym nagraniem w jest  "Stroll On", gdyż tylko w nim wspólnie z Chrisem Dreja zagrali razem Jimmy Page i Jeff Beck.


Po odejściu pierwszego basisty Paula Samwell-Smitha, Chris zmienił gitarę rytmiczną na basową Jest on współautorem wielu kompozycji grupy The Yardbirds, a szczególnie tych z albumu Roger the Engineer z roku 1966. Po rozpadzie Yardbirds, Jimmy Page zaproponował Chrisowi pozycję basisty w nowym zespole, który otrzymał później nazwę... Led Zeppelin! Chris Dreja jednak odmówił, aby oddać się pasji fotografii. To właśnie jego dzieło można podziwiać na tylnej okładce debiutanckiego albumu grupy Led Zeppelin. W latach 80-tych Chris Dreja grał także w spin-offowym zespole Yardbirds Box of Frogs i był częścią reaktywowanego The Yardbirds od 1992 do 2013 roku. W roku 2002 pojawił się nowy album The Yardbirds zatytułowany Birdland. W sezonie 2012/2013 Chris Dreja przeszedł serię udarów, przez co nie występował z The Yardbirds od połowy 2012 roku. W lipcu 2013 roku ogłoszono, że oficjalnie opuścił zespół z powodów medycznych. Z tym niezwykłym artystą rozmawiałem wraz z Markiem "Bestią" Olbrichem w prywatnym studio Chrisa w Londynie:

Chris Dreja i Mark Olbrich - nasze wspólne pamiątkowe zdjęcie.
- Przenieśmy się na moment do twojego dzieciństwa. W jakim stopniu masz świadomość swojej polskości i czy pamiętasz jakieś rozmowy z ojcem w języku polskim?

- Mama była bardzo angielska. Wyglądała nawet jak królowa. Tata był w Polsce kadetem lotnictwa i uciekł przez Hiszpanię do Anglii, gdzie dostał się do RAF-u. Był bardzo przystojny. Zaczął jako pilot samolotu Westland Lysander, a następnie przesiadł się na większe maszyny. Do dziś mam jego książkę lotów wykonanych podczas wojny. Jest tam min. zapis, że tata zbombardował jeden z niemieckich pancerników. Rozmów w języku polskim nie pamiętam, ale za to doskonale kojarzę, że tata śpiewał mi często przed snem: "wlazł kotek na płotek i mruga...".


Był wspaniały. Kiedy opuścił bazę RAF-u w St Andrews w Szkocji, trafił do bazy w Londynie, gdzie testował odrzutowce. Często brał mnie na pokazy w Farnborough. Pamiętam jak na jednym z takich pokazów tuż nad nami wybuchł odrzutowiec testowy po przekroczeniu bariery dźwięku.

- Jak wspominasz kwartet Metropolitan i w jakich okolicznościach powstał pomysł, aby stworzyć The Yardbirds, który z czasem stał się jednym z czołowych zespołów w UK?

fot. Dominik Witosz
- Metropolitan był klubowym zespołem funkcjonującym w tym czasie, kiedy w dobrych klubach grało się jazz tradycyjny. Bluesa i rock and rolla pozwolili nam grać tylko w przerwach podczas koncertów zespołów jazzowych, ale to właśnie te krótkie momenty sprawiły, że widownia szybko była z nami. Potem dołączyło do nas kilku muzyków z innego bandu i tak powstał The Yardbirds. Rock and rolla spotkałem dzięki Radiu Luxembourg, gdzie można było usłyszeć dobrą amerykańską muzykę rythm and bluesową. Zaczynałem od pianina grając typowe boogie woogie stylistycznie nawiązujące do Fatsa Domino i innych tego typu muzyków. Pamiętam też, że kiedy grałem kompozycje Fatsa, wszyscy w szkole gromadzili się dookoła mojego pianina. Anthony "Top" Topham był moim kolegą za szkoły artystycznej. Kupiliśmy używane gitary z lombardu. Struny - pamiętam - były twarde i silna dłoń, jaką zawsze miałem, bardzo się wtedy przydawała, aby w ogóle ich używać.

- Jak to się stało, że The Yardbirds zastąpił The Rolling Stones jako klubowy zespół w legendarnym Crawdaddy Club i czy był to przełomowy moment dla twojego zespołu?

- Stonesi poszli grac w kinach, a my zastąpiliśmy ich w Crawdaddy Club. Wcześniej graliśmy w Station Hotel. Do Crawdady przeszliśmy po dwóch tygodniach. Koncerty były tam bardzo wyczerpujące. Graliśmy codziennie przez całe noce, dzięki czemu złapaliśmy dobre podstawy! Pamiętam, że ludzie nawet wspinali się na pale i wisieli pod sufitem, aby nas oglądać.


- Eric Clapton, Jeff Beck, Jimmy Page... czym przyciągaliście najwybitniejszych gitarzystów solowych i którego z nich darzysz największą sympatią jako człowieka i jako artystę?

- Graliśmy bardzo dobrą muzykę, więc wszyscy chcieli z nami grać. Eric był z tej samej szkoły artystycznej, do której chodziłem ja i Topham. Szybko zrobiliśmy własny materiał. Byliśmy odkrywczy i nowatorscy, a zarazem super szybcy i energiczni. Keith był wtedy najlepszym wokalistą w Londynie. Byliśmy tak popularni, że nawet inni grali nasze kawałki, przez co musieliśmy potem kilka rzeczy formalnie prostować.

fot. Dominik Witosz
Zawsze miałem dobrą współpracę z gitarzystami. Ja i Eric mieliśmy nawet wspólny pokój do spania. Jimmy natomiast z początku był tak nieśmiały, że chował się za aparaturę. Beck był najbardziej utalentowany. Keith i Jimmy mieli mini morrisa, w którego pakowaliśmy cały nasz sprzęt plus cztery osoby! Nie było wtedy autostrad i to wszystko podczas jazdy skakało. Eric był purystą bluesa. Grał wprawdzie nasze piosenki, ale jak już stały się słynne... odszedł. Yardbirds chciał eksperymentować we wszystkich kierunkach. Eric poszedł do Mayalla, ale jako ciekawostkę powiem, że i ja miałem kiedyś z Mayallem długą trasę we Francji.


- Po odejściu waszego pierwszego basisty Paula Samwell-Smitha zmieniłeś gitarę rytmiczną na basową. Czy była to dla ciebie łatwa decyzja i jak patrzysz na ten moment z perspektywy lat?

- Wtedy w zespole byli Jeff i Jimmy. Na basie nauczyłem się grać w jeden dzień. Przypominam sobie nawet pewną sytuację z czasów, kiedy Jimmy nie był jeszcze zbyt znany, a był to dopiero mój drugi koncert w USA na basie. Jeff był chory i na gitarze był tylko Jimmy. Jak zapowiedzieli, że Jeffa nie ma, to ludzie zaczęli wychodzić, ale kiedy Jimmy zaczął grać, zostali.

fot. Dominik Witosz
- Jesteś współautorem wielu kompozycji grupy The Yardbirds, a szczególnie tych z albumu Roger the Engineer z roku 1966. Jakie utwory Yardbirds, których jesteś współtwórcą wspominasz najlepiej?

- Na pewno "Shapes of Things". Na tym albumie grałem też na pianinie. Lubie ten krążek. Byliśmy zawsze gotowi do adaptowania nowych rzeczy jak choćby world music.


- Po rozpadzie The Yardbirds Jimmy Page zaproponował ci pozycję basisty w nowym zespole, który otrzymał później nazwę... Led Zeppelin. Ty jednak odmówiłeś.

- Przez 6 lat istnienia The Yardbirds graliśmy w Anglii i USA non-stop (dosłownie!) codziennie. Stąd narodziła się w nas chęć zmian. Widziałem wiele rzeczy przez te lata. Wtedy była wojna w Wietnamie. Było okropnie. Durni ludzie pluli na powracających żołnierzy, kiedy tam byliśmy. Pewnego dnia wraz z Jimmym poszliśmy zobaczyć w Birmingham zespół, w którym grali Bonham i Plant. Plant nie bardzo wówczas nam się spodobał. Wtedy poznaliśmy też Johna Paula Jonesa i... ja z nim nie chciałem konkurować.

fot. Dominik Witosz
Kiedy Jimmy zakładał z nimi nowy zespół, to najpierw nazwali się New Yardbirds, bo mieliśmy z Jimmym wspólne kompozycje, ale wówczas powiedziałem, że to ja mam moralne prawo do tej nazwy, przez co zmienili ją na Led Zeppelin. Zrobili Led a nie Lead dlatego, aby także Amerykanie wymawiali ją poprawnie. Zresztą to ja przyczyniłem się do powstania pierwszej okładki Led Zeppelin. Pojawiła się nawet kiedyś w The Times taka karykatura - stary człowiek siedzi z dziećmi i... najpierw jest Yardbirds, z którego jest Cream i Led Zeppelin, a z innego pnia wychodzą Deep Purple i Black Sabbath.


- Podczas wręczania Polish International Musicmakers Hall of Fame widziałem w twoich oczach szczere wzruszenie. Czym dla ciebie jest ta nagroda?

fot. Dominik Witosz
- Zaczęło się od Rock and Roll Hall of Fame w LA. Wprowadzili nas tam dopiero za trzecim razem. Nasz stół był obok stołu Stax, w którym grał min. świetny gitarzysta Steve Cropper i musieliśmy ubrać się w smokingi (śmiech). W końcu usłyszałem o Polskim International Hall of Fame. Super! Miło być tak wyróżnionym - niesłychane i nieoczekiwane. Osiem lat temu grałem jako Reunion Yardbirds w Polsce.

- Poza muzyką niezwykle ważna w twoim życiu zawsze była i wciąż jest fotografia...

- Przez te wszystkie lata kontynuowałem fotografię i wielu teraz chce, aby robić im sesje i żeby był ten "look" lat 60-tych i miło, że chcą.

- Powiedziałeś, że Yardbirds jak na realia tamtej epoki grał muzykę popularną. Wtedy jakość takiej muzyki była bardzo wysoka. Jak myślisz, dlaczego teraz popularne granie jest tak marne. Dlaczego wysokiej jakości pop nie przebija się dziś do tej rangi popularności jak wasza twórczość w latach 60-tych lub muzyka takich grup jak Smokie czy ABBA w latach 70-tych?

- Mieliśmy wiele hitów, w tym mnóstwo top-ten, ale wtedy była inna motywacja - czerpaliśmy szczerą radość z grania. Dziś muzyka jest wypychana na piedestał za pomocą pieniądza, a nie jakości. Ludzie lubią pop, ale wraz z upływem czasu nie potrafią już połapać się, jakie powinny być jego standardy.


Chris mieszka w prestiżowej dzielnicy Fulham. Kilka lat temu przeszedł bardzo ciężką chorobę (wylew) i nie może już występować, ani poruszać się bez asysty, ale nadal w jego oczach widać błysk i radość z życia i muzyki.

Autor wywiadu dziękuje Markowi "Bestii" Olbrichowi (którego dzieje życia można znaleźć tutaj) za wszystkie działania, które przyczyniły się do powstania powyższej rozmowy.

Mark "Bestia" Olbrich (fot. Dominik Witosz)

czwartek, 18 kwietnia 2019

"Całe nasze życie jest jednym wielkim teatrem" - Sachiel skręcił teledysk do "Nic więcej".

Ania Bieryt i Piotr Bieryt - Sachiel

Historia teledysku - o czym prawdopodobnie wie niewielu - sięga zamierzchłych lat 30-tych ubiegłego stulecia, kiedy to duże amerykańskie studia filmowe wypuściły trwające od 3 do 8 minut filmiki przedstawiające piosenki takich gigantów swingu jak Bing Crosby, Billie Holliday czy Duke Ellington. Owszem, przytłaczająca większość tej produkcji była jedynie wiernym odtworzeniem ich scenicznych występów, ale od czasu do czasu zdarzały się też tak ambitne wyjątki jak nakręcony w roku 1935 "Jitterburg Party" w reżyserii Franka Wellera, w którym tuż po obowiązkowej zapowiedzi konferansjera artyści wychodzą nagle za kulisy i najspokojniej w świecie... spacerują sobie ulicami Harlemu, by w końcu dotrzeć do jakiegoś mieszkania, gdzie wspólnie tańczą i śpiewają na tytułowej prywatce.


W latach 40-tych pojawiły się dwutonowe skrzynie zwane Panoram będące czymś w rodzaju szaf grających do oglądania, gdzie niezwykle skomplikowany mechanizm luster umożliwiał wyświetlanie wybranego i opłaconego monetą trzyminutowego klipu zarejestrowanego na rolkach 16 mm obejmujących już nie tylko piosenki spod szyldu jazz i rhythm’n’blues, lecz także numery w stylu country, a nawet rosyjski i irlandzki folk.

W latach 50-tych we Francji do akcji "teledysk" wkroczyli tacy rewolucjoniści kina jak Claude Lelouch, który tuż przed swoim pełnometrażowym debiutem nakręcił krótkie filmiki takim gwiazdom jak Fernandel, Françoise Hardy czy Paul Anka, wyprzedzając epokę oficjalnych teledysków niemal o pokolenie. Absolutnym przełomem w tej dziedzinie stała się jednak dopiero epoka rock and rolla, a zwłaszcza jej pełnometrażowe filmy muzyczne, będące tak naprawdę niczym innym jak sprytnie przemyślanym i połączonym w fabułę zlepkiem niezależnych od siebie teledysków.


Powszechnie przyjęto, że kluczowym momentem w historii teledysku był rok 1974 i nieśmiertelny przebój grupy Queen "Bohemian Rhapsody". Klip w reżyserii Bruce,a Gowersa miał powstać podobno w ciągu 4 godzin i kosztować 7000 dolarów. Prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się jednak dopiero 1 sierpnia 1981 wraz z emisją pierwszego programu MTV.

Zanim pojawił się ten bogatszy...
Niekwestionowanym królem polskiego teledysku jest zmarły przed dwoma laty Yach Paszkiewicz - współtwórca Festiwalu Polskich Wideoklipów Yach Film i autor ponad czterystu teledysków, który współpracował m.in. z takimi wykonawcami jak: De Mono, Kult, Kazik Staszewski, Apteka, Maciej Maleńczuk, Wojciech Waglewski, Golden Life, Hey, Budka Suflera, Big Day, Formacja Nieżywych Schabuff, Bielizna, Big Cyc, Czarno-Czarni czy Elektryczne Gitary.*


Dziś nastała epoka Młodych Gniewnych. Niejednokrotnie wystarczy mieć ukończonych kilkanaście lat, posiadać "trochę" kasy i kozacką fantazję, zainwestować w przeróżne drony, kamery, głowice, aparaty i... przy odrobinie talentu i szczęścia spokojnie można zmontować całkiem zgrabny teledysk. Ekipę młodych adeptów wrocławskiej Szkoły Filmowej dane mi było spotkać twarzą w twarz nie tak dawno, bo 9 marca w malowniczo położonym w Karkonoszach Krzeszowie oraz w pobliskiej Kamiennej Górze, a stało się tak za przyczyną pewnego trudnego do logicznego wytłumaczenia faktu - zostałem zaproszony przez zespół Sachiel do udziału w tym niezwykłym przedsięwzięciu w charakterze... aktora!

Kornelia Ryczkowska i Noel Kotela
Jakby tego było mało, zgodnie ze scenariuszem miałem wcielić się w niezbyt sympatyczną rolę przywiązanego do dóbr materialnych tatusia wiarołomnej córeczki, który nie tylko jej występkowi tu przyklaskuje, lecz na dodatek swoim niegodnym postępowaniem w uczciwym sercu pewnego młodego człowieka zabija resztki tlącej się nadziei. Dlaczego akurat na taką fabułę zdecydował się Sachiel?

"Jest to najbardziej rozbudowany i chyba najlepiej zrealizowany teledysk z wszystkich, jakie dotychczas nagraliśmy - mówi Piotr Bieryt, połowa duetu Sachiel - Pomysłodawcą fabuły jest operator Michał Barszczewski, który stworzył ją po zapoznaniu się z tekstem naszej piosenki. Co chcemy powiedzieć światu za pośrednictwem tego filmu? To, że całe nasze życie jest jednym wielkim teatrem i nieustającą grą oraz to, że nie wolno nam oceniać ludzi tylko na podstawie ich statusu majątkowego, zapominając o tym, jakimi kierują się wartościami. Główny bohater zostaje porzucony tylko dlatego, że nie jest człowiekiem majętnym, a dotychczasowe uczucia i wspólnie przeżyte chwile przestają mieć dla jego dziewczyny jakiekolwiek znaczenie".

Dlaczego zwycięzcy Must Be The Music z roku 2014 zawierzyli akurat tej ekipie?

Z Kornelią Ryczkowską - teledyskową córeczką oraz reżyserem clipu i zarazem bogatym Alvaro (Piotr Nowak)
"Michała Barszczewskiego znamy już długo - kontynuuje Piotrek - Będąc jeszcze uczniem szkoły średniej, zrealizował nam teledysk do utworu "Gdy", którego kompozytorem jest Krzysztof "Flobeatz" Sadowski. Był to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Niemal wszyscy zgodnie do dzis uważają, że jest to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy z naszych teledysków. Autorem tekstu jestem ja, natomiast kompozytorem jest mieszkający w Jeleniej Górze Piotr Lemański. Za miks i mastering odpowiada wrocławianin Jacek Miłaszewski, który na co dzień pracuje dla takich wokalistek jak Ania Wyszkoni, Kasia Kowalska czy Ewelina Lisowska" - dodaje Piotr.

Ania Bieryt podczas przygotowań do ujęć studyjnych
"Myślą przewodnią tego filmu nie tyle jest sama historia miłosna, ile jej sens i refleksja nad tym, co takiego dzieje się w głowie głównej bohaterki, że tak łatwo potrafi wyrzec się wieloletniego uczucia - uzupełnia wypowiedź męża Ania Bieryt - Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że tym utworem wracamy z Piotrem do naszych korzeni i cieszymy się, że znów wszystko robimy po swojemu.


Michał Barszczewski zobrazował całą tę historię i scalił w logiczny ciąg wydarzeń, a Piotr Nowak, który dodatkowo gra tu majętnego człowieka, który wyrywa Kornelię z ramion jej dotychczasowego chłopaka, jest reżyserem, czyli czuwa nad całością, dba o szczegóły i o to, aby wszystko odbywało się z godnie ze scenariuszem".

Noel Kotela - główny bohater teledysku
Ekipa biorąca udział w realizacji teledysku do piosenki "Nic więcej" to: Piotr Nowak - reżyser i jedna z głównych ról, Michał Barszczewski - operator, Noel Kotela - porzucony chłopak, Kornelia Ryczkowska - dziewczyna / moja córka, Sławek Orwat - ojciec dziewczyny, czyli ja, Mateusz Wagan - making of, Kacper Żyła - zdjęcia, Małgorzata Dorożyńska - making of oraz rzecz jasna czuwający nad wszystkim Ania Bieryt i Piotr Bieryt. Kim są najważniejsze dwie postaci tego "zamieszania"?

"Zanim skierowałem swoje kroki do wrocławskiej Szkoły Filmowej, aby uzyskać niezbędne w tym zawodzie podstawy artystyczne, przez rok studiowałem fotografię - mówi Michał Barszczewski - Bardzo ważne jest to, aby obraz, który nagrywam nie był stricte telewizyjny tylko, żeby posiadał swoje drugie, głęboko ukryte dno. Zrealizowałem już w swoim życiu około setki teledysków. W tym klipie jestem operatorem, czyli odpowiadam za obraz, ustalam kadry i to jakie ma być światło w przypadku scen nagrywanych w studiu filmowym" - dodaje.

Piotr Nowak i Michał Barszczewski - Kierownictwo Produkcji
"Moja historia filmowania rozpoczęła się od fascynacji dronami - mówi Piotr Nowak - Reżyseria filmowa to zagadnienie bardzo obszerne, do którego dojrzewa się powoli, wymaga wielu lat pracy i wytrwałości w zdobywaniu doświadczeń. W tym teledysku skupiam się na tym wszystkim, co dzieje się poza obrazem, czyli nad scenariuszem, odpowiadam za cały plan pracy oraz czuwam, aby wszystko grało od strony produkcyjnej, czyli w jakim momencie mają pojawić się odpowiednie samochody, stroje aktorów i wszystkie inne rekwizyty". 


Kornelia Ryszkowska, czyli moja teledyskowa urocza córeczka
Na sam koniec pozwoliłem sobie zostawić wypowiedź mojej teledyskowej córeczki Kornelii Ryczkowskiej, z którą z uwagi na jej talent wokalny i plany muzyczne zapewne spotkam się jeszcze niejednokrotnie.

"Pomimo, że jest to już mój drugi udział w teledysku, tym razem było to dla mnie wyjątkowo trudne wyzwanie, ponieważ mój realny chłopak gra tutaj tego, którego w wyniku chwilowego zauroczenia porzucam. Udział w klipie traktuję jako kolejne doświadczenie i zarazem sprawdzenie moich możliwości aktorskich, chociaż na co dzień bardziej staram się skupić na śpiewaniu i pisaniu własnych piosenek. Posiadam sporo nigdzie dotychczas niewykorzystanych tekstów, które czekają na odpowiednie kompozycje i tak naprawdę dopiero wtedy będę w pełni gotowa, aby podjąć wyzwanie" - mówi Kornelia.

Piotr Nowak i Michał Barszczewski podczas pracy
Cóż pozostaje mi jeszcze dodać? Duetowi Sachiel życzę artystycznego i finansowego (dokładnie w tej kolejności) sukcesu piosenki "Nic więcej", ekipie technicznej popularności ich filmowych produkcji na miarę legendarnych klipów Yacha Paszkiewicza, a uroczej Kornelii i sympatycznemu Noelowi ogromu szczęścia w miłości. Ponadto całej ekipie filmowej oraz zespołowi Sachiel obiecuję medialnie wspierać wszystkie wasze artystyczne zamierzenia. Dziękuje wszystkim za niezapomniane chwile i przeżycia!

*Fragment dotyczący historii teledysku to moje opracowanie dwóch odcinków cyklu kino. muzyka / zbliżenia opublikowanych w "Ruchu Muzycznym" nr 15-17 z roku 2013.

wtorek, 16 kwietnia 2019

Pomóżmy młodym wokalistkom z Piły spełnić dziecięce marzenia!

Liliana Grzesiak
Stowarzyszenie Złote Nutki z Piły z siedzibą przy ul. Lotnicze 17/6 zwraca się z uprzejmą prośbą o wsparcie finansowe bądź sponsoring swoich podopiecznych - młodych uzdolnionych wokalistek Liliany Grzesiak  i Matyldy Jodda, które wywalczyły nominację na Międzynarodowy Festiwal Magia Italiana w Rimini. 
 
 
 
Liliana jako jedyna w ubiegłym roku reprezentantka z Piły wywalczyła III miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Orfeo In Italy w Lido di Jesolo oraz reprezentowała Piłę na pięciu festiwalach międzynarodowych i każdy z nich zakończyła na podium. W październiku Lila i Matylda zostały zauważone na festiwalu w Iłowie przez Pana Aleksandra Pałaca, producenta m.in. Tęczowego Miusic Boxu i łowcy talentów. Obydwie wokalistki otrzymały nominację na Magia Italiana w Rimini. 
 
Liliana Grzesiak
29 marca Liliana Grzesiak na Międzynarodowym Festiwalu Super Mikrofon Radia Jard w Białymstoku, oprócz III miejsca w swojej kategorii liczącej 39 osób, zdobyła także nominację na festiwal w Grecji. Niestety jest to zbyt duży koszt dla rodziców, a Stowarzyszenie Złote Nutki uważa, że Europa powinna poznawać polskie przyszłe gwiazdy piosenki. Piła ma się kim chwalić i nie powinniśmy pozwolić, by takie talenty śpiewały tylko w kraju. Koszt wyjazdu na festiwal to kwota 300 euro za osobę plus przelot 500 zł plus koszty opiekunów. Zarząd Stowarzyszenia postanowił, że nie zawiedzie artystek i uzbiera potrzebną kwotę ok. 8000 zł + 5000 zł na Festiwal w Grecji. Do tej pory wszystkie koszty związane z realizacją udziałów w festiwalach (stroje, podkłady, dojazdy, kwatery) ponosili rodzice. Stowarzyszenie Złote Nutki wspierając młode talenty wokalne w Pile, postanowiło wspomóc finansowo Rodziców, którym zależy na rozwoju swoich pociech. W zamian za pomoc w realizacji marzeń młodych wokalistek, mogą Państwo liczyć na reklamę swojej firmy na tworzonej obecnie stronie Stowarzyszenia Złote Nutki Piły oraz umilenie przez nasze wokalistki imprez firmowych organizowanych dla Państwa Pracowników bądź Gości. Stowarzyszenie pragnie zwrócić uwagę, że zapisy ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych umożliwiają odliczenie przekazanej darowizny od podstawy opodatkowania do wysokości 10%. W przypadku osób fizycznych, darowiznę przekazaną można odliczyć w wysokości do 6% podstawy opodatkowania.


Dane do przelewu:
Stowarzyszenie Złote Nutki Piły
Ul. Lotnicza 17/6,64-920 Piła
Numer rachunku bankowego
89 8943 0004 0009 9639 2000 0010
Z dopiskiem : Rimini, Grecja

sobota, 13 kwietnia 2019

W dniach 15 - 20 lipca odbędzie się w Bolesławcu Blues Nad Bobrem


13 kwietnia w Krakowie zagra znany z Listy Polisz Czart zespół Normalsi







13-go Radio String Quartet, a 14-go kwietnia w poznańskiej auli UAM wystąpi Rebekka Bakken





Radio String Quartet – wraz z The Kronos Quartet, Turtle Island Quartet i polskim Atom String Quartet – należy do elity współczesnej kameralistyki. To wirtuozerskie kwartety, które w budowanie własnego wizerunku i brzmienia sięgają nie tylko po klasyczny repertuar, ale kreują swoją muzykę interpretując standardy jazzu, rocka i współczesnej awangardy. Nie dziwi zatem, że w rozległym repertuarze Radio String Quartet znajdują się arcyciekawe wersje kompozycji Johna „Mahavishnu” McLaughlina, Joe Zawinula i The Weather Report, Henry’ego Manciniego, Milesa Davisa, grupy Radiohead, George’a Gershwina, Keitha Jarretta. Poznański koncert Ery Jazzu przyniesie interpretację muzyki Krzysztofa Komedy w premierowym programie Radio String Quartet.


„Radio String Quartet tworzą niezwykle oryginalną muzykę, odważnie przekraczając granice między muzyką klasyczną, popularną a jazzem – mówi Dionizy Piątkowski, szef Ery Jazzu – Perfekcyjna improwizacja, wirtuozeria oraz rozległa kreatywność zachwyca publiczność i krytyków. Są jednym z wybitnych zespołów o klasycznym rodowodzie (najsłynniejszy to Kronos Quartet), ale tylko Radio String Quartet ma w repertuarze przede wszystkim kompozycje jazzowe, które w ich wirtuozerskiej interpretacji brzmią często jak poważna muzyka współczesna niż jazz czy klasyka”.

Radio String Quartet z dużą swobodą wnosi własne pomysły muzyczne i własną tożsamość kulturową. W tym znaczeniu międzynarodowi muzycy – Austriak Bernie Mallinger, Berlińczyk Igman Jenner, Chorwatka Asja Valcic i Tajwanka Cynthia Liao postrzegają siebie jako protagonistów nowej wiedeńskiej szkoły smyczkowej. To „muzyczny Wiedeń” ze swoją bogatą tradycją i nową kulturową otwartością pokazywany talentem zdolnych muzyków-wirtuozów. Radio String Quartet, nieklasyczny kwartet smyczkowy rozpoczął swą karierę w 2006 roku od autorskich interpretacji kompozycji Johna McLaughlina i jego The Mahavishnu Orchestra. Wybitny gitarzysta napisał w komentarzu do debiutanckiego krążka wiedeńskiego kwartetu „Od pierwszej nuty byłem poruszony tym, w jaki sposób ci muzycy zawłaszczyli dla siebie moje kompozycje i uczynili z nich coś własnego i pięknego”. Równie entuzjastycznie przyjęto kolejny album kwartetu „Posting Joe – Celebrating Weather Report”, swoiste epitafium dla zmarłego Joe Zawinula – lidera słynnego zespołu Weather Report. Jego słynne kompozycje „In A Silent Way”, „Black Market”, „Birdland”, „Cannonball” zostały przez Radio String Quartet na nowo zaaranżowane i z ogromnym sukcesem prezentowane na niemal całym świecie. 
Radio String Quartet wydał dotąd siedem doskonałych i zupełnie różnych pod względem stylistycznym albumów: od „Celebrating The Mahavishnu Orchestra” i „Posting Joe – Celebrating Weather Report” po „Love Is Real” z udziałem gitarzysty Ulfa Wakeniusa, „Radiotree” nagrany z akordeonistą Klausem Paierem i jazzowo-popowy album „Calling You” z udziałem wokalistki Rigmor Gustafsson oraz wzbogacany elektronicznym brzmieniem „In Between Silence”. Radio String Quartet specjalnie na koncert „Era Jazzu – Czas Komedy” przygotowuje premierowe wykonanie kompozycji Krzysztofa Komedy Trzcińskiego. Być może jest to zapowiedź kolejnego albumu?

“Najpopularniejsza wokalistka Skandynawii” oraz „piękność i wielkie odkrycie” – tak przedstawiana jest w europejskich mediach norweska gwiazda Rebekka Bakken, gwiazda koncertu galowego festiwalowej Ery Jazzu. Wokalistka o niezwykłej emisji głosu, którym buduje jazzowe brzmienie i nadaje mu skojarzeń, które nie zawsze odnoszą się do typowego “scandinavian touch of jazz”.


„Rebekka Bakken - rekomenduję wokalistkę Dionizy Piątkowski, szef Ery Jazzu - nie jest emisariuszką skandynawskiego jazzu, ale najznamienitszym przykładem artystki, która rozwijając swój talent potrafiła doskonale zaistnieć na hermetycznym rynku śpiewających jazz dam. Jest melancholijnie ujmująca jak Marianne Faithfull, jazzująca jak Diana Krall, charyzmatyczna jak Joni Mitchell i folkowo przekonująca jak Norah Jones”.

Wychowała się w muzykalnej rodzinie, w niewielkiej wiosce Lier, niedaleko Oslo. Już w dzieciństwie grała na skrzypcach, jednak od dziecka interesował ją śpiew; sama nauczyła się grać na fortepianie po to, by móc sobie akompaniować. Po latach śpiewania norweskich utworów ludowych i pieśni kościelnych, jako nastolatka zainteresowała się muzyką funkową, soulem i rockiem, wtedy też zaczęła zbierać bezcenne doświadczenia na scenie, grając z lokalnymi zespołami.


Choć wychowała się w Norwegii to dłuższy czas mieszkała również w Nowym Jorku i Wiedniu. To kosmopolityczne uwarunkowanie jest dość mocno akcentowane także w jej muzyce.

Jej debiutancki, doskonale przyjęty album „The Art Of How To Fall” zapowiadał lokalny sukces, ale artystka potrzebowała nagrania, które wylansowałoby jej muzykę dalej niż opłotki Oslo. Takim okazał się album “Morning Hours” - stylistycznie budowany jako chłodny, “skandynawski”, z drugiej strony niezwykle “amerykański”, wręcz przebojowy. Może powodem takich właśnie skojarzeń jest fakt, iż nad brzmieniem i charakterem tego albumu czuwał znany producent Craig Street, odpowiedzialny wcześniej za kreację i brzmienie albumów Norah Jones, K. D. Lang, Cassandry Wilson czy Manhattan Transfer. Nieoczekiwanie norweska wokalistka dołączała do tej elitarnej grupy a jej najnowszy album „Things You Leave Behind” jest jakby syntezą tych brzmień. Tym razem Rebbeka Bakken stylowo śpiewa kompozycje jazzowe, które wzbogaca swoją charakterystyczną folkową manierą. Jest tam także sporo amerykańskiego rhytm & bluesa, nastoje rockowe i funky. Wokalistka gra także na skrzypcach oraz instrumentach klawiszowych ubarwiając swoją wirtuozerią doskonały band.

fot.. Tore Saetre
Pojawiają się melodyjne kompozycje Rebbeki, ale także słynny standard „Time After Time” wylasowany niegdyś przez Cynthi Lauper i Milesa Davisa. Wszystko utrzymane w nastroju tak modnej ostatnio (np. u Norah Jones) przebojowej, folkowo-jazzowej ballady. „Nigdy nie sądziłam – mówi o nowej płycie Rebbeka Bakken - że moje otoczenie i kraj z którego pochodzę, będzie miało tak duży wpływ na to, co tworzę”. Może właśnie dlatego, słuchając jej piosenek staramy się w nich doszukać owego "Scandinavian touch of music” z odrobiną amerykańskiego, folkowo-jazzowego szaleństwa.


Partnerem Strategicznym Ery Jazzu jest Aquanet S.A.
Projekt realizowany jest przy współpracy Miasta Poznań.