niedziela, 31 marca 2019

Rock'n'roll to długa i kręta droga - z Michałem Dąbrowskim, Marcinem Boguszem i Mateuszem Kolatem - muzykami kamiennogórskiej formacji Porażeni rozmawia Sławek Orwat

Marcin Bogusz - gitara, Mateusz Kolat - bas i Michał Dąbrowski - gitara i wokal oraz autor wywiadu


- Kiedy powstaliście i kto wymyślił nazwę?

Michał Dąbrowski: To był 11 listopada, 2012 rok, godzina 10 rano. Pracowałem wtedy jeszcze w sklepie i - pamiętam - jechaliśmy dostawczakiem z moim dobrym kumplem z podwórka Tomkiem Kubielewiczem, którego zarażałem grą na gitarze. W pewnej chwili powiedziałem - Ty Kubiel... dawaj, zakładamy zespół! On na to - jak chcesz to zrobić? Normalnie, tego wsadzimy na bas, tego na perkusję, a, ty grasz ze mną na gitarze. I tak powstał pomysł. Pozbierałem wszystkich kumpli z podwórka i poszliśmy do kolegi, którego ojciec w garażu miał warsztat. Była w nim taka pakamera - ciasna klitka dwa na dwa.


To, co tam się działo, to była prawdziwa rzeźnia! Umówiliśmy się o 10:00 i tak miał się z początku nazywać zespół - "To o dziesiątej" (śmiech). Przyszliśmy i zaczęliśmy od remontu. Wiadomo jak to początki... wszyscy zapaleni. Pozbierałem jakieś piecyki ze starych zespołów, jakieś resztki perkusji, które pospawaliśmy, tentegi wkręcaliśmy wiertarkami - mam to wszystko na zdjęciach (śmiech). Zaczynaliśmy od pospawanego złomu i to był... werbel, a blacha brzmiała tak, jakbyś ściągnął z dachu śmierdzącą papę i w nią napier... Chcieliśmy po prostu grać. Zapał był, wiadomo... ja byłem szefem...

Jedno z pierwszych zdjęć Porażonych
Mateusz Kolat i Marcin Bogusz: Wiadomo! (śmiech)

Michał: Kandydatów z początku było dużo. Połowa szybko się wykruszyła, ale ja od pierwszych chwil w to wszystko wierzyłem. Pozbierałem ten cały zlutowany sprzęt i podzieliłem role: Tomek Kubielewicz był na gitarze, bo gdzieś już tam coś grał. Christian Skóra pseudonim "Czopek" był basistą, a Szymon Wypych został perkusistą. Długo nie mieliśmy wokalu, więc w początkowej fazie tylko graliśmy. Szukaliśmy, szukaliśmy, aż w końcu powiedziałem - muszę to wziąć w swoje ręce i zacząłem śpiewać.


Było ciężko, ale uparcie uczyłem się i nadal się uczę. Początki były bardzo trudne, bo tak naprawdę żaden z chłopaków nie był muzykiem, więc wszystko od podstaw musiałem im pokazywać, chociaż tak naprawdę sam jakimś wirtuozem nie bylem. Z reguły jest tak, że jak ktoś już coś umie, to wszystko idzie lżej. My zaczynaliśmy od totalnego zera. Już sama pakamera była taka, że jak ktoś tam wszedł i oparł się o ścianę, to ta ściana leciała, pająki to był pikuś, a zimą podłogę pokrywał lód. Poszedłem - pamiętam - do "lumpa", kupiłem "prześcieluchy" i uszyłem na wymiar pokrowce na wzmacniacze, żeby nie zamarzły. Jedną ze ścian tak wymalowaliśmy farbą fluorescencyjną, że jak gasiłeś światło, to widziałeś tylko napisy: "AC/DC", "Led Zeppelin", "Porażeni" itd.

Legendarna pakamera Porażonych przed remontem
- Rozumiem, ścisła czołówka światowa...

Michał: Dokładnie! Kasy nie było, ale chłopaki łapali powoli zajawkę i gdzieś tam zaczęły powstawać nasze pierwsze numery, które teraz znamy jako "Biegnij mała" i... w zasadzie to tyle, bo reszta jest utajniona (śmiech). To znaczy... one zostały nagrane, ale według mnie jako lidera, były za słabe, żeby puścić je w eter.


- Jak to się stało, że z "To o dziesiątej"  nagle zrobili się "Porażeni"?

Michał: Najpierw miało być "To o dziesiątej", potem padła propozycja "Pakamersi", bo graliśmy w pakamerze, aż w końcu nazwa powstała sama. Powiem tak... ten garaż i ta pakamera tak były zdezelowane, że kiedy dotykało się żeliwnej klamki, to pieścił prąd. Każdy, kto do nas wchodził i dotknął klamki był pier...ty prądem.

Pospawany statyw do werbla
Marcin: I wszystko jasne (śmiech).

Michał: Podczas pewnej próby - wszyscy pijani jak zwykle - wziąłem do ręki gitarę i zapomniałem o klamce. Drugą rękę miałem zaciśniętą na gryfie, a że korków pod ręką nie było, to - pamiętam - prąd telepał mnie z kilkanaście dobrych sekund. Mam być szczery? Myślałem, że będzie po mnie. Różne momenty z życia zaczęły mi nagle przelatywać przed oczami. Pamiętam tylko, że podniosłem głowę i widzę, że chłopaki dziwnie na mnie patrzą i nagle "Czopek" mówi - może ci kopa zaje...ć?

AC/DC - największa inspiracja Porażonych

Myślał, że jestem pijany i coś odwalam. Nagle mnie puściło. Włosy miałem najeżone i zwyczajnie myślałem, że umrę. Od tamtej pory boję się prądu.

- Ale herbatę z prądem, jak widzę, dajesz radę?

Michał: E no, taki prąd to tak... Od tamtej pory staliśmy się Porażeni, a przede wszystkim porażeni rock and rollem. 

Głośnik samoróbka
- Dlaczego zmieniał się skład?

Michał: Popadliśmy w skrajny alkoholizm.

- W końcu rock and roll zobowiązuje...


Michał: Na czterogodzinną próbę było 30 minut rock and rolla, z czego 15 minut to strojenie. Dochodziło do takich momentów, że nie musieliśmy składać się na czynsz za próby, ponieważ butelki po piwach nie dość, że wystarczały na opłacenie prądu...

- ... który gromadził się w klamce...

Michał: ...to jeszcze nam zostawały.

- Kiedy ostatecznie ustalił się aktualny skład Porażonych?

Michał: Wszystko zaczęło się jakoś na przełomie lat 2016/2017, kiedy doszedł św.p. Kuba. Wtedy też zmieniliśmy naszą siedzibę. Mój ojciec miał garaż, którego tak naprawdę nie używał, więc stwierdziłem, że tam się przeniesiemy. Przestałem wtedy pić i powiedziałem, że albo gramy, albo mamy melinę. Wziąłem wszystko w garść i kiedy wchodziliśmy już na poziom wyżej, chłopaki zaczęli się wykruszać. Pierwszy odpadł perkusista, więc puściliśmy ogłoszenie, że szukamy nowego.


Wiadomo jak to Kamienna Góra... wszyscy się znają i szybko poszła fama, że jest gościu, który siedzi w garażu po 8 godzin dziennie i napier... na garach. To był Kuba. Przyszedł, rozejrzał się, a ja puściłem mu kilka naszych numerów, które już mieliśmy nagrane. Był podekscytowany i powiedział, że podoba mu się to i że chce z nami grać. Był małomówny i praktycznie wcale go nie znałem, ale coś sprawiało, że szybko mu zaufałem i jeszcze  tego samego dniaałem mu klucze, żeby spokojnie mógł zainstalować się z perkusją. Nazajutrz przychodzimy, a on... godzina przed próbą: sklejka OSB na wymiar, palety, dywanik, perka wyczyszczona, wszystko ogarnięte, a on zna nasze numery na pamięć.

- Kto był drugi?

Marcin: Drugi byłem ja. Z Dąbkiem znałem się już wcześniej, bo graliśmy razem w szkolnym zespole. Spotkaliśmy się akurat w momencie, kiedy Kubiel wyjeżdżał za granicę, a ja odszedłem z mojej poprzedniej kapeli Korpis Karmel.

Michał: Korpis Karmel grali rap-core i Marcin przyznał mi się, że nie bardzo mu się z nimi układa, a że ja akurat traciłem Kubiela, więc z dnia na dzień pożegnał się z tamtymi i przyszedł do nas. Na basie był "Czopek". On był świetny na koncertach - sto procent charyzmy! Prywatnie też był fajnym gościem, tylko był jeden problem - nie potrafił grać na basie. Czopek był tak zakręcony, że pewnego razu połączył wzmacniacz ze wzmacniaczem i chciał grać. Ja mówię - Co ty robisz? Nie masz kabla przy gitarze (śmiech). Było dużo rock and rolla, ale mało muzyki i w końcu powiedziałem - fajnie jest, ale trzeba zacząć grać. Mieliśmy w tym czasie w składzie klawiszowca Nazywał się Mateusz Andrzejewski. Wystarczyło, że się uśmiechnął i od razu skradał ludziom serca. Był organistą z mojego kościoła, dzięki któremu w kościelnych murach zagrałem kiedyś "Smoke On The Water"! To właśnie on polecił nam Mateja.

Mateusz: Pomagałem mu z gitarą przy scholi dziecięcej, którą się zajmował. Tak naprawdę jestem nominalnym gitarzystą, ale że w Porażonych wszystkie instrumenty były już ustawione, z przymusu zostałem basistą.


Z początku grałem tylko techniką piórową, ale z czasem rozwinąłem swoje umiejętności.

Michał: W pewnym momencie powiedziałem - brakuje mi klangu. Matej wziął sobie te słowa do serca i zaczął ćwiczyć klang, jak prawdziwy basista.

Mateusz: Trochę było mi z tym nie po drodze, ale z czasem przywykłem i cieszę się, że dostałem szansę gry w takim zespole jak Porażeni tym bardziej, że swoją przygodę z muzyką rozpoczynałem od... akordeonu. Miałem wtedy 7, 8 lat i tak naprawdę wstydziłem się tego akordeonu, ale mój tato tab bardzo był w ten instrument zapatrzony, że przez 4, może 5 lat regularnie raz w tygodniu przychodził do mnie nauczyciel i ćwiczyłem.


- A wy od kiedy gracie na gitarach?

Marcin: Ja gram od gimnazjum. Miałem pałę z muzyki i z przymusu musiałem nauczyć się grać. Bez tego prawdopodobnie nigdy nie zostałbym gitarzystą.

Michał: U mnie gitara była w domu zawsze. Jako małe dzieci, siadaliśmy z bratem na łóżku naprzeciwko taty i słuchaliśmy, jak grał. Pewnego dnia wziąłem gitarę do ręki i po prostu zacząłem grać.

Mateusz: Na gitarze grałem dorywczo, czasami jako muzyk sesyjny, ale nigdy nie należałem do żadnego zespołu. Zawsze byłem niezrzeszony i pewnie dlatego z taką pasją podjąłem wyzwanie nauki gry na basie, bo była to moja pierwsza w życiu szansa gry w kapeli.


Michał: Mówiąc o składzie Porażonych nie wolno nam pominąć jeszcze jednego człowieka. Jest to nasz znakomity inżynier dźwięku Marcin Wysopal, który regularnie nagłaśnia nas na koncertach. To jest gość, który jeździ w trasy z Ewą Farną i Edytą Górniak i jest geniuszem w swojej dziedzinie. To on pierwszy pokazał nam różnicę pomiędzy koncertem, a koncertem i pomiędzy dźwiękiem, a "dźwiękiem".

Marcin Wysopal



św.p. Kuba Wiktor
- Jaki był Kuba?

Marcin: Był dobrym człowiekiem.

Michał: To był gość, z którego wszyscy mogliśmy brać przykład. Był konkretny. Jak powiedział, że coś zrobi, to robił to. Nic nie robił na pokaz. Był tajemniczy, skryty i małomówny. Pewnego dnia zaskoczył mnie kompletnie. Szukałem animatora, który zgodziłby się zabawiać dzieci podczas jakiejś zabawy. Kiedy rzuciłem hasło na próbie Kuba kompletnie nas zaskoczył i powiedział - ja często zabawiam dzieci jako klaun. Wyobraź sobie... wytatuowany gość z rozpuszczonymi włosami i z brodą na 20 centymetrów, więc wypaliłem - Kuba, koniecznie muszę cię zobaczyć w przebraniu klauna! I co zrobił Kuba? Na drugi dzień przyniósł zdjęcie, na którym jako klaun zabawia dzieci! (śmiech). Takich akcji było więcej. Któregoś dnia na przykład przyszedł na próbę i powiedział - chłopaki ożeniłem się. Kuba był gościem, którego o wszystko trzeba było pytać. Sam prawie nigdy nic nie powiedział.

- Do końca nie domyślaliście się zbliżającej się tragedii?

Michał: Niewiele dało się po nim poznać. Jak rok przed jego śmiercią zmarła mu mama, to poinformował nas o tym fakcie jednym krótkim komunikatem i jak gdyby nigdy nic graliśmy próbę dalej.

- Zostawił jakiś list?


Marcin: Zostawił, ale tylko dla córki.

Kuba
Michał: Jakieś dwa, trzy tygodnie przed śmiercią dawał wyraźne znaki, że nie radzi sobie sam ze sobą. Z naszej strony były próby rozmów, a Marcin był nawet u niego w domu. Pamiętam też jedną próbę, kiedy powiedziałem - panowie wyłączamy instrumenty i rozmawiamy. Zapytałem go - Kuba, co ty odpier...? Staraliśmy się przekonać go, że przecież żadne problemy nie są końcem świata i że życie musi toczyć się dalej. W końcu powiedziałem - nie zostawaj sam na sam z myślami, bo zwariujesz. Pamiętaj, że możesz na nas liczyć. Jeśli chcesz, to grajmy próby nawet codziennie. Niestety, nadszedł ten feralny dzień, kiedy dostałem od Marcina telefon, że pod domem Kuby stoi karetka. Był to dla mnie podwójnie ciężki czas, bo miesiąc przed śmiercią Kuby zmarła moja mama.

- Na Facebooku ogłosiliście, że nie odwołujecie żadnych koncertów. Macie kogoś, kto będzie w stanie usiąść za perkusją?

Michał: I tak i nie. Mamy kolegę, który na co dzień mieszka w Niemczech i nazywa się Dawid Zawadzki. Boi się, bo nie ma zbyt dużego doświadczenia, ale wspieramy go i mamy tylko tydzień, aby nauczyć go 12 numerów.

- Co w siedmioletniej historii Porażonych uznałbyś za największy sukces?

Michał: Dla mnie największym sukcesem jest to, że ten zespół istnieje. Porażeni medialnie zaczęli funkcjonować tak naprawdę dopiero po czterech, pięciu latach, a koncertowanie z prawdziwego zdarzenia miało się zacząć dopiero w tym roku. Zdecydowałem, że dopóki nie będziemy mieli czego pokazać, to nie wyjdziemy do ludzi, bo koncerty traktujemy jako najwyższą formę sprzedawania siebie i swojej twórczości. Wrzucić na Facebooka piosenkę, wpis czy zdjęcie może każdy, ale jeśli już pojawia się informacja - jeśli chcesz zobaczyć Porażonych, przyjdź na koncert, to bardzo się przykładamy i każdy aspekt solidnie trenujemy, bo tak sprzedaje się muzę. Naszym ogromnym sukcesem są także ludzie, którzy chcą nas słuchać. Dociera do nas mnóstwo ciepłych słów typu - widzę, że robicie to, co kochacie, utożsamiam się z waszymi tekstami, albo - jak idę do pracy, to mam wasze piosenki na słuchawkach lub w samochodzie itd. Szacujemy, że liczba naszych stałych fanów kształtuje się gdzieś pomiędzy 100, a 200 osób.



- Skąd inspiracja AC/DC i dlaczego hard rock?

Michał: Ja dokładnie ten moment pamiętam. Mój Stary kiedyś zajazzował, a on jak popije, to lubi słuchać muzyki. Mama - pamiętam - krzyczała, że jest za głośno, bo dzieciaki (czyli ja z bratem) śpią itd i powiem ci, że nawet ja byłem wtedy na niego zły, aż do momentu, gdy... puścił "Smoke On The Water". Jak on to dał na pełną parę, to moje ciało przeszedł prąd...


- Teraz rozumiem, dlaczego tak dzielnie przetrwałeś porażenie...

Michał: Na drugi dzień specjalnie wstałem o 6:00 rano i przez godzinę szukałem, co to był za kawałek, ale że trzeba było w końcu iść do szkoły, to tego dnia nic nie znalazłem. Dopiero po dwóch dniach zapytałem ojca, co to było i on mi wtedy tę płytę pokazał. Potem poznałem AC/DC i szczerze muszę powiedzieć, że chyba nie ma takiego numeru AC/DC, który by do mnie nie trafił. A teraz powiem ci sedno - na tyle ich kupiłem, że wytatuowałem ich sobie na dupie.

- Żeby na moment odpocząć od prądu i miejsc intymnych, porozmawiajmy trochę o waszym mieście. Ile zespołów rockowych działa w Kamiennej Górze?

Michał: Przede wszystkim The Light Street - młoda kapela pop-rockowa składająca się ze świetnych, doświadczonych muzyków. Jest  też Rock Tube, który istnieje niezbyt długo i gra covery.


Jest jeszcze jedna z najstarszych w Kamiennej kapela, która niby działa, niby jest zawieszona i nazywa się Post Scriptum. Grają ciężką muzę przypominającą death metal. Jest też kapela szkolna, która nazywa się Elo Music.

- Czyli, można powiedzieć, że trochę rocka tu jest.

Michał: Kiedyś Kamienna była bardziej rockowa, ale ogólnie nie jest źle. Są koncerty, wszyscy się znamy i coś się dzieje.

- Myśleliście, aby pójść do jakiegoś telewizyjnego talent show?

Michał: Na pewno na tę chwilę tego nie potrzebujemy. Poza tym... chyba jeszcze nie dojrzeliśmy do tego, aby pójść do TV, ale nie mówimy nie. Poza tym, wiesz... zawsze uważałem, że są pewne stopnie. Pierwszym było wyjście z garażu do ludzi, żeby zagrać koncert, potem żeby wejść do studia,  i nagrać jakieś kawałki, a dopiero potem... Facebook. Teraz jest czas, aby zagrać kilka większych koncertów, potem wystąpić w jakimś większym konkursie lub festiwalu, a co będzie dalej? Czas pokaże.


- Kojarzycie mi się bardzo ze środowiskiem motocyklowym.

Michał: Dobrze ci się kojarzymy. Prywatnie też jeżdżę na motocyklu i powiem ci, że dużo koncertów zagraliśmy w lubawskim klubie Chopper Garage. Mamy tam wielu przyjaciół i jest to typowy motocyklowy "gang", który ma swoją knajpę i mamy w ich gronie wielu fanów, których spotykamy na naszych koncertach.

- Jakim człowiekiem jest wasz lider?

Michał Dąbrowski
Marcin: Michał posiada wrodzone cechy przywódcze, jest niesamowicie charyzmatyczny i tak naprawdę to on ciągnie wszystko do przodu. Zawsze ma jakąś wizje, zawsze ma pomysły i każdemu imponuje. Jest otwarty i nigdy nie ściemnia.

Mateusz: Przede wszystkim jest szczery i zawsze mówi to, co myśli. Nasza muzyka jest głównie jego pomysłem, dzięki czemu mamy odbiorców, którzy wpatrzeni w postać Michała w naturalny sposób przyjmują do siebie jego teksty.

- Kto pisze muzykę?

Michał: Zazwyczaj przynoszę na próbę wersję roboczą, którą potem razem dopieszczamy i oceniamy, czy nadaje się, czy nie. Jakie mamy kryteria? To ma być rock and roll i ma być czad. Nie chcemy, aby nasze kawałki były zbudowane według schematu refren - zwrotka - refren - zwrotka. Staramy się przemycić w nich jakąś przygodę, chcemy żeby coś tam się działo i żeby ten numer był czymś więcej niż trzyminutową radiówką. Kombinujemy i zmieniamy każdy dźwięk. Chłopaki bardzo mi ufają. Owszem, nie wszystko, co przynoszę zawsze się wszystkim podoba i nieraz się o coś kłócimy, ale to, za co najbardziej ich szanuję, to krytyka konstruktywna.


Mieliśmy kiedyś takiego członka zespołu, który prawie zawsze wszystko krytykował, ale sam od siebie nie dawał nic. U nas jest inaczej. Nie jeden raz Matej powiedział, że coś mu się nie podoba, a Boguś [Marcin Bogusz - przyp. red.], że to kojarzy mu się z czymś, ale w zamian, zawsze proponowali coś od siebie, a potem wszyscy razem pracowaliśmy nad efektem końcowym. Wiadomo, że czasem się na coś uprę i jeśli bardzo chcę to grać, to i tak zrobię wszystko, aby ten pomysł przeforsować (śmiech).

- A teksty?

Michał: Teksty są moje.
 
- Piszesz też po angielsku?

Michał: Nie pcham się w coś, czego nie umiem.


- O czym traktują?

Michał: Dotyczą spraw, które mnie otaczają.

- Kto odpowiada za solówki?

Marcin: Ja gram solo.

Michał: Ja tworzę riffy pod wokal.

- Ile wydaliście płyt?

Michał: Ani jednej. Mamy nagranych 14 numerów studyjnych, ale jeszcze  nie ma płyty, bo wymyśliłem sobie, że ta płyta musi być dopracowana, czyli zawierać odpowiednie numery. Nigdzie nam się nie spieszy i nigdy nie śpieszyło, chociaż doskonale wiem, że  spokojnie moglibyśmy już wypuścić krążek, bo już byliśmy bliscy tego. Niestety Kuba nam wszystko spowolnił. Pamiętam doskonale, jak powiedziałem chłopakom kiedyś podczas próby, że dogrywamy jeszcze tylko jeden, góra dwa numery i skręcamy płytę.

Korpis Karmel - dawna kapela 
Marcina Bogusza i Łukasza Pazderskiego

- Macie już jakiś pomysł na nowego perkusistę?

Mateusz: Tak. Jedzie do nas z Afryki.

- Co!!!???

Marcin: Kiedyś grał w mojej dawnej kapeli Korpis Karmel 

Michał: Nazywa się Łukasz Pazderski i wszyscy go dobrze znamy. Każdy z nas gdzieś tam po drodze miał okazję z nim współpracować. Jest doskonałym perkusistą, który po rozpadzie Korpis Karmel też jakoś próbował się odnaleźć, bo jest to człowiek ambitny, ale bez większego powodzenia. Po różnych perturbacjach ostatecznie postanowił wyjechać do Afryki, gdzie uczy dzieci gry na perkusji.

- W ojczyźnie rytmu? To trochę tak, jakby Wierzcholski pojechał nad Missisipi uczyć bluesa (śmiech).

Michał: Albo jakby pojechać do Harlemu uczyć rapować, albo grac w kosza.

- Gdzie wystąpiliście najdalej od Kamiennej Góry?

Michał: W Czechach, a konkretnie w miejscowości Žacléř na Bornflossrock Festival.


- Jak do tego doszło?

Michał: Kompletnym przypadkiem, ale było tak super, że dla Czechów możemy grać o każdej porze dnia i nocy. Ktoś im wtedy odpadł i wzięli nas "na szybko" jak kota w worku. Byliśmy tam jedyną polską kapelą, a najzabawniejsze było to, że załatwił nam ten występ nasz przyszły perkusista Łukasz Pazderski, bo kapela, w której wtedy grał, nie mogła pojechać. I co się okazało? Był to jeden z lepszych, jeśli nie najlepszy nasz koncert w życiu. Polska publika ma w sobie jakąś blokadę. Często widzę, że są ludzie, którzy chcieliby rozpuścić włosy i poskakać pod sceną, ale gdzieś tam coś ich blokuje. U Czechów tego nie ma. Wypadliśmy wtedy tak dobrze, że główny szef tego wydarzenia - Attila napisał do nas, że w tym roku gramy ponownie i do tego nie w czwartek o wczesnej godzinie, jak w tamtym roku, ale w piątek wieczorem, żeby mogło nas sobaczyć więcej ludzi. Tak się złożyło, że pojechał z nami wtedy Czopek, który nie dość, że jest charyzmatyczny, to doskonale znał jako dawny basista nasze numery. Kiedy piwo zadziałało (śmiech), zaczął skakać po scenie i robić atmosferę. W pewnym momencie wziął z publiki 2-3 letnie czeskie dziecko i... ja tu gram i śpiewam, ale kątem oka widzę, jak on unosi to dziecko do góry jak Rafiki małego Simbę w Królu Lwie, a ono śmieje się i macha rączką! Nie uwierzysz, jaki klimat się zrobił a punktem kulminacyjnym naszego występu był moment, kiedy jakiś Czech wskoczył na scenę i dał nam jointa na oczach tłumu!(śmiech)


- Najdziwniejszy koncert, na jakim zagraliście?

Michał: W Kamiennej jest cyklicznie organizowana gala MMA dla około tysiąca widzów. Nigdy nie graliśmy wcześniej dla tak dużej publiczności i do tego... z playbacku. Ja śpiewałem do... banana...

- Podobnie jak Kazik do suszarki do włosów na festiwalu w Sopocie w roku 1991 (śmiech)

Michał: ...Marcin odwrócił  gitarę strunami do brzucha, a Kuba zamiast pałek chciał użyć kurczaków, tylko nie zdążyliśmy ich załatwić (śmiech).  Chodziło o to, aby wyraźnie wszystkim pokazać, że to jest playback i że dla muzyka rockowego taki granie to poważna ujma.


- Jakie jest wasze największe marzenie?

Marcin: Zagrać jak najwięcej koncertów.

Michał: Jeśli kiedyś stanę na największej scenie Woodstocku, to potem mogę już umrzeć (śmiech). Nigdy nie mieliśmy ciśnienia. Granie ma nam sprawiać przyjemność, a gramy po to, aby docierać do ludzi. Wiadomo, że z czasem robi się z tego mała firma, gdzie trzeba dbać o wizerunek, gdzie pojawiają się pieniądze, bo studio i promocja kosztują itd, ale nie ma i nigdy nie będzie u nas ciśnienia, które mogłoby obrzydzić nam granie. Cały czas staramy się rozwijać, cały czas staramy się iść do przodu i to jest główne założenie naszej kapeli.

-  Czy chcielibyście być popularni?

Michał: Jasne, że chcielibyśmy, bo kto by nie chciał? Z drugiej jednak strony, jeśli ceną za to miałaby być droga, którą iść nie chcemy, a co najgorsze, taka, która nie sprawiałaby nam żadnej przyjemności, to ja wolę grać podczas Dnia Pieroga w okolicznej wiosce, niż sprzedać się komercji.

sobota, 30 marca 2019

30 marca w Wałbrzychu zagrają Watch The Fire, The Lighstreet i kamiennogórska formacja Porażeni!










Był perłą i wyjątkiem wyodrębnionym z chaosu swoich dziejów i przeżyć - z Marią Gutowską, córką Czesława Niemena rozmawia Sławek Orwat

Czesław Niemen w Wasiliszkach 1979r.



- Zgodzi się Pani ze mną, że w przebogatej biografii Czesława Niemena najważniejszym momentem był rok 1958, kiedy to w ramach ostatniej fali przesiedleń Polaków z Kresów Wschodnich rodzina Wydrzyckich zdecydowała się na repatriację? Dlaczego Pani tato czekał z tą decyzją tak długo?

Czesław Wydrzycki w kożuszku w Wasiliszkach
- Jeśli prawdziwe jest twierdzenie, że los człowieka kształtuje się wraz z powstaniem jakiejś zapalnej myśli w nim - myśli, która rozwija ideę, to na losie Czesława Wydrzyckiego zaważyło lato 1957 roku. Z pierwszą turą repatriacji tuż po wojnie w latach 40-tych wyjechał do Polski stryj Czesława - Józef Wydrzycki wraz z żoną i dwoma synami - Romualdem i Jerzym. Osiedlili się na Ziemiach Odzyskanych w Świebodzinie. Brat Józefa Antoni - mój dziadek nie palił się do wyjazdu, gdyż wierzył, że na tereny nad Niemnem wkrótce powróci Polska. Kochał tę ziemię rodzinną, gdzie się urodził, wychował i gdzie od XVI wieku żyli przodkowie Wydrzyckich. Widząc tę zwłokę i niezdecydowanie oraz wiszący nad jego głową pobór do Czerwonej Armii, mój ojciec latem 1957 roku napisał list do stryja Józefa z prośbą o pomoc w wyjeździe. Okazało się, że przysłanie zaproszenia znacznie usprawni wyjazd. Co ciekawe, Czesław prosił stryja o zaproszenie w pierwszej kolejności dla siebie, ponieważ nie miał zamiaru czekać na decyzję rodziców. Oczekiwanie na odpowiedź z Polski dłużyła się młodemu Czesławowi, ponieważ w październiku 1957 roku wyjechała do Gdańska jego dalsza rodzina, w tym także kazachscy zesłańcy, którym udało się powrócić z katorgi w rodzinne strony. Stryj stanął jednak na wysokości zadania i na czas przysłał zaproszenia dla wszystkich członków rodziny: rodziców - Anny i Antoniego, siostry Jadwigi i dla Czesława. Wyjechali w maju 1958 roku i byli ostatnią polską rodziną, która opuściła Wasiliszki.

- Bardzo tęsknił za krainą dzieciństwa?


- Zdecydowana decyzja Czesława Wydrzyckiego o szukaniu ojczyzny, skoro ona nie wraca na swoje dawne tereny, wypaliła w nim ślad na resztę życia. Tęsknotę za krainą dzieciństwa w jego twórczości muzycznej i w poezji słychać już było zawsze. Każda myśl warta wyśpiewania, oglądana była przez czas przeszły, zaszczepione wartości domu rodzinnego - wartości szlachetnego, prostego życia, grobów przodków, smętek straty cennego, pierwotnego daru, który jednocześnie dał mu wolność tworzenia i stworzył prekursora nowych nurtów w polskiej muzyce.

Wasiliszkowskie pagórki - Czesław Wydrzycki z żoną Marią
- Jak Pani postrzega decyzję o repatriacji w kontekście rozwoju artystycznego swojego taty?

- Mając możliwość obserwowania rozwoju i życia dzisiejszej Białorusi - ja szczególnie, bo jeździłam tam do rodziny mojej mamy w latach 60,70,80-tych, mogę przypuszczać, że talent Czesława Wydrzyckiego - późniejszego Niemena nie miałby takiego bodźca do rozwoju, gdyby nie wyjechał we właściwym czasie do Polski. Potwierdziły to dwa powroty mojego ojca do Wasiliszek (1976 i 1979).

 - Jakie emocje przywiózł z tych sentymentalnych podróży?

Czesław Niemen w Wasiliszkach 1979r.
- Przywoził rozczarowanie. Wszystkie cenne wspomnienia, które nosił w sobie tyle lat, w świecie fizycznym były już tylko prochem. Jego piękny, budowany przez ojca i stryja dom, zastał zdemolowany i zrujnowany. Odsprzedany jakiemuś krajanowi, trafił w końcu w ręce białoruskich władz jako sklep spożywczy. Bujny, zadbany ogród - miejsce zabaw i odpoczynku, zasobny i hołubiony przez matkę i starszą siostrę, zryty koleinami dostawczych samochodów, traktorów kołchozowych, zarósł chaszczami. Rzeka Lebiodka niegdyś obrośnięta pachnącym tatarakiem, malowniczo meandryczna, miejsce radości dzieciaków i młodzieży, kąpielisko i romantyczne uroczysko, a zimą lodowisko, została przeobrażona w zwykły ciek wodny, kanał melioracyjny, nad którym już nic nie chciało rosnąć.


Pola pełne pagórków, skupisk drzew i kęp krzewów zrównane zostały na potrzeby płaskich zasiewów pobliskiego kołchozu. Jest takie zdjęcie z 1979 roku, na którym ojciec siedzi na kamieniu, na wasiliszkowskim polu, w tle kościół Piotra i Pawła. [zdjęcie to rozpoczyna niniejszy wywiad - przyp. red] I jeszcze jedno - profilowa zaduma nad widzianym przed sobą krajobrazem [powyżej - przyp. red]. Te zdjęcia są jak kropka na końcu rozdziału. Więcej nic nie ma. Nie chciał już nigdy wracać w te strony - wszystko co cenne uniósł i zachował w sercu. Do końca.

Czesław Wydrzycki z kolegą w Wasiliszkach
- To, że los skierował Pani rodziców do Trójmiasta, to  dowód na to, że oprócz wyjątkowego talentu Czesław Wydrzycki miał w życiu też dużo szczęścia. To przecież tam działał Franciszek Walicki, bez którego trudno dziś sobie wyobrazić pierwsze lata Jego kariery.

Lata 60-te Gdańsk
- Wpływ Trójmiasta na karierę muzyczną mojego ojca miał ogromne znaczenie, ale wybór, że zostanie właśnie tam, nie był taki oczywisty. Pierwszy pomysł rozwoju swojej muzycznej edukacji powstał w nim od razu po przyjeździe do Polski. Niestety, Białogard, gdzie w rezultacie zatrzymała się rodzina ojca i dokąd dojechała z Wasiliszek moja mama, gdzie w końcu i ja się urodziłam, nie stwarzał możliwości muzycznego rozwoju. Ojciec chciał się uczyć w szkole muzycznej w Poznaniu i prosił o pomoc swojego stryja Józefa, który był pedagogiem, dyrektorem liceum i mieszkał blisko Poznania - w Świebodzinie, o rekomendację w jego staraniach dostania się do szkoły. Nie było to jednak takie proste dla repatrianta i w rezultacie jedyne miejsce znalazło się właśnie w Gdańsku w Liceum Muzycznym na ul. Partyzantów. Jednak klasa śpiewu czy fortepianu dla dorosłego absolwenta radzieckiej dziesięciolatki, z radziecką maturą też była szalonym wyzwaniem. Ojciec wybrał jedyną możliwą opcję nauki - klasę fagotu. Od września 1959 roku zamieszkał u swojej rodziny na gdańskim Osieku i to tutaj dojechała do niego z Wasiliszek 19-letnia żona Maria, która też rozpoczęła naukę w Gdańsku w szkole pielęgniarskiej przy Akademii Medycznej.


- Jak tato godził naukę z pracą zarobkową?

- Szkoły muzyczne, tak wtedy, jak i dzisiaj (moja najmłodsza córka, a wnuczka Czesława Niemena jest uczennicą IX klasy Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia) są dosyć elitarne oraz hermetyczne w metodyce nauczania i stanowią wyzwanie dla niepokornych, mających swoją wizję rozwoju i idących własną drogą uczniów. Dość powiedzieć, że wybitny indywidualizm ojca nie był mile widziany przez dyrektora szkoły muzycznej. Gdy w sierpniu 1960 umarł mój dziadek Antoni Wydrzycki, ojciec musiał sam utrzymać się i oprócz nauki podejmować różne, dorywcze prace (w tym także w porcie przy przeładunkach). Często były też występy w kawiarniach i restauracjach do tzw. kotleta, co rzecz jasna w tamtych czasach nie było dobrze widziane, a wręcz tępione. Przemęczenie, często pusty żołądek, na utrzymaniu żona i dziecko w Białogardzie doprowadziło do opuszczania godzin lekcyjnych, opuszczenia się w nauce, a w rezultacie do wyrzucenia ze szkoły i z bursy szkół muzycznych przy ul. Gnilnej. W liście do siostry ojciec skarżył się wręcz na prześladowanie ze strony dyrektora , a z jego treści wynika, że był na granicy załamania.

Czesław Wydrzycki w wydaniu latynoamerykańskim
- Jaki wpływ w Pani ocenie na twórczość Czesława Niemena miał Franciszek Walicki? Podobno z niemałym trudem przekonał ojca, żeby zamiast piosenek latynoskich i rosyjskich zaczął śpiewać big bit?

- Pasmo niepowodzeń, jak powszechnie wiadomo, przerwał wreszcie sukces na Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie w 1962 roku i poznanie Franciszka Walickiego. Jeśli pan Walicki miał trudności w namówieniu ojca do zmiany swojego repertuaru i wizerunku, to być może powodem był wrodzony, ojcowy profesjonalizm. Można powiedzieć, że w roku 1962 Czesław Wydrzycki był już profesjonalnym wykonawcą muzyki południowoamerykańskiej, bo korzystał z bardzo autentycznych jej źródeł. Otóż, występując w gdańskim kabarecie "To Tu" w Klubie Studentów Wybrzeża Żak z gitarą i zespołem Zbigniewa Wilka, poznał tam attache kulturalnego konsulatu brazylijskiego w Gdańsku, pana Orlando. Podziwiając piękny głos Czesława Wydrzyckiego, pan Orlando w geście  uznania udostępnił mu swoją bogatą płytotekę i oryginalne teksty. Tak hojnie wyposażony i doceniony, młody Czesław z wielką lubością śpiewał bossa-novy. Przyzwyczajenie jest drugą naturą, na szczęście nie w przypadku mojego ojca, który dał się jednak w końcu namówić Franciszkowi Walickiemu na oczekiwaną w kulturze muzycznej odmianę.


- W roku 1962 Czesław Wydrzycki odniósł sukces na Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie i w nagrodę pojechał w trasę z Czerwono-Czarnymi. Jak bardzo ten moment wpłynął na Pani Ojca oraz na funkcjonowanie całej rodziny?

Czołowe gwiazdy polskiego big bitu w paryskiej Olympii
- Nie mogę pamiętać nic z początków kariery mojego ojca. Urodziłam się w 1960 roku i przez pięć lat wychowywała mnie w Białogardzie babcia Anna - matka mojego ojca, bez rodziców, którzy oboje wrócili na Wybrzeże, aby ukończyć swoje szkoły. Do Białogardu wieści z wielkiego świata nie dochodziły. Dopiero, gdy zamieszkałam z mamą w Gdyni, dotarło do mnie, że - po pierwsze mam rodziców, ojca, który jeździ po świecie i nigdy nie ma go w domu i ludzi dookoła, którzy moim ojcem szalenie się ekscytowali. Do domu mamy przychodziły kolorowe pocztówki ze świata i listy do mnie, a przyjazd taty okupowany był tłumem wielbicieli i zwykłych gapiów, którzy podziwiali jego samochody. Nie mam niestety wspomnień domowego ojca w kapciach, przy pracy, przy stole, gdyż moi rodzice rozwiedli się w 1969 roku. Oblicze ojca, jako głowy rodziny, patriarchy poznałam dopiero z wizyt w jego domu w Warszawie, w otoczeniu nowej rodziny, przyrodnich sióstr. Z obserwacji gościa trudno się jednak wypowiedzieć, szczególnie że byłam już wtedy dorosłą kobietą, wkrótce mężatką, matką.


- Jakie wspomnienie z dzieciństwa szczególnie Pani zapamiętała?

- Ojciec z mojego wczesnego dzieciństwa zawsze będzie dla mnie efemerycznym gościem, owianym tajemniczością i tajemniczym zapachem, z długim spojrzeniem oceniającym mój wzrost i rozwój, ale nie taksującym. Patrzył na mnie jakby przez coś, przez namacalną perspektywę, z czułością, jaka zawsze była w tym wzroku. Posiadał też łagodny głos i uśmiech. Zabierał mnie od mamy na wszystkie swoje występy na Wybrzeżu i stąd w sopockim Grand Hotelu czułam się jak we własnym domu, a Opera Leśna zawsze będzie mi się kojarzyć ze sceną Niemena. Miałam wówczas także okazję poznać współpracujących z ojcem muzyków, przysłuchiwać się próbom, słuchać koncertów i chodzić z nimi na plażę. Mam w pamięci Adę Rusowicz, która w latach 60-tych była przyjaciółką ojca, Piotra Janczerskiego, Jerzego Grunwalda i zawsze bardzo serdecznie witaną przez niego Marylę Rodowicz.

Czesław Wydrzycki w Świebodzinie z rodziną stryja Józefa
- W tym roku mija 52 lata od powstania polskiego utworu wszech czasów. Czym dla Pani jest "Dziwny jest ten  świat"?


- Te lata nie były przeze mnie analizowane i oceniane jako studium kariery ojca. Mimo, że był to dla niego świetny okres prosperity, uznania i uwielbienia przez wielu miłośników, dla mnie było to po prostu chłonięcie ojca, jako zjawiska i naturalnej potrzeby po prostu bycia. Ocenę powstawania i rozsławiania kolejnych przebojów zostawiałam zawsze jego wielbicielom. Dla mnie był tylko ojcem. Wraz z dojrzewaniem i dorosłością miało się to zmienić, na profesjonalne studium także i tego, jak dziwny jest ten świat i jak sprawić, aby może dzięki muzyce i poezji Czesława Niemena stał się piękny i bardziej zrozumiały.

Mielenko 1958r.
- Jak przyjęła Pani decyzję taty o zmianie nazwiska?

- Kwestia zmiany nazwiska, poprzez dołączenie do rodowego Wydrzyckiego, wymyślonego przez panią Czesławę Walicką - Niemena ominęła mnie. Ja zawsze (aż do zamążpójścia) byłam tylko Wydrzycka i może dlatego bardzo skutecznie umiałam oddzielić sławnego artystę Czesława Niemena od mojego ojca.


Farida przytula małą Marię - córkę Czesława Niemena fot. Stefan Figlarowicz
- W czerwcu 1970 Czesław Niemen wystąpił na festiwalu Cantagiro we włoskiej Fiuggi...

- ...gdzie w jego życiu pojawiła się Concetta Gangi, czyli Farida - jedyna miłość, jaką świadomie było mi dane u ojca obserwować i jedyne dzielone ze mną jego osobiste szczęście. A potem osobisty dramat. Doświadczenie niepowtarzalne, gdyż miłości moich rodziców już nie widziałam, a miłość do drugiej żony, Małgorzaty działa się z daleka ode mnie. Dlatego właśnie tę miłość tak zapamiętałam od czasu koncertu w Sopocie, gdy podczas ich wspólnych tras po Polsce, ojciec specjalnie przywiózł mnie do Opery Leśnej i przedstawił Faridzie. Jej gest serdecznego przytulenia obcego i okazuje się, bardzo bliskiego dziecka, pozostanie ze mną na zawsze z wdzięcznością, która wyposaża na lata. Do dnia dzisiejszego jesteśmy sobie z Faridą bardzo bliskie. Ona widzi we mnie swojego Niemena, a ja w niej mojego szczęśliwego ojca. Ojca już nie ma, ale ciągle żyje jego wielkie, chociaż krótkotrwałe szczęście. Czasami tyle musi wystarczyć.

- Jakie piosenki z repertuaru Czesława Niemena są Pani najbardziej ulubionymi i przy których najbardziej Pani się wzrusza?


Festiwal opolski 1975 fot. Wikipedia
- Z przebogatego repertuaru ojca najbardziej lubię interpretacje twórczości naszych wielkich poetów, w tym Cypriana Kamila Norwida. Wydaje mi się, że poezja jest dla mnie codziennością, bo widzę świat przez jej dygresyjną ulotność, toteż i niemenowe interpretacje są dla mnie najbardziej wzruszające. A głos Czesława Niemena, który jednocześnie jest głosem mojego ojca, śpiewającego słowa wchodzące w duszę i z niej wychodzące, jest przeżyciem na samotną raczej kontemplację.

- Pani ukochany album Czesława Niemena?

- Bardzo przeżywam słuchanie płyty Terra Deflorata. Nie tylko ze względu na opisane w niej także i moje widzenie świata, ale też dlatego, że dane mi było zostać jednym z pierwszych słuchaczy roboczej taśmy i poczuć się dumną recenzentką, z której opinią tata zawsze bardzo się liczył. Jechaliśmy wtedy razem jego żółtym Mercedesem dostawczakiem (przede wszystkim sprzętu muzycznego na koncerty) na mazowiecką wieś. Sielski, typowo polski krajobraz, nieśpieszna podróż, rozmowa i zasłuchanie - Dałeś nam Panie...


- Słowa, które stanowią dla Pani Jego duchowy testament?

- W każdym autorskim utworze Niemena, czy w interpretacji innych, ale też niemenowych, bo niesionych jego muzyczną duszą, znajduję coś dla siebie. Bywa, że jako odpowiedź na jakiś codzienny dylemat, ale najbardziej lubię "Sonancję" z płyty Spodchmurykapelusza i słowa do tej pieśni uważam za jego duchowy testament.

Żeby z chaosu
rzecz wyodrębnić
z kształtu
ułożyć wątek
to jak ocenić
dzieło bezcenne
z jarmarcznych
stosów
unieść perełkę
wyjątek

I tak się zachwycić
doskonałością
unikalnego odkrycia
by ponad interes
przepych i blichtr
cieszyła urodą
prostota życia

Żeby z patosu
słów nadużytych
wydobyć sens
najpiękniejszej idei
to jak odbudować
ruinę domu
odnowić ducha
Per
G r a t i a m
D e i


Niechaj więc
gniewny
vulgaris głosiciel
któremu modernizm
namieszał w głowie
niech nie zaciemnia
myśli przedświtu
poezja
to nie obsesja
narkonałogu
to dobroć poety
w ucieleśnionym
słowie 

 - Jaki był Czesław Niemen?

- Był perłą i wyjątkiem wyodrębnionym z chaosu swoich dziejów i przeżyć. Na szczęście tylu ludzi dobrej woli rozpoznało jego wyjątkowość, zachwyciło się i doceniło sens duchowej prostoty. Z takim podejściem do życia można odbudować ruinę wszystkiego i odnowić ducha tego dziwnego, lecz pięknego świata.


Autor wywiadu dziękuje Wiesławowi Wilczkowiakowi za pomysł na tę rozmowę oraz kontakt z Panią Marią. Wszystkie zdjęcia oprócz jednego pochodzą z rodzinnego albumu pani Marii Gutowskiej.

czwartek, 21 marca 2019

21 marca we Wrocławiu w ramach spotkania promującego książkę "Instynkt sztuki" Denisa Duttona zagra wrocławski zespół Tangram!



Ivar gra, ja rekomenduję.
Członkowie wrocławskiej formacji Tangram niejednokrotnie grali na różnych wernisażach itp. starając się połączyć dźwięki z innymi rodzajami sztuki. Tak będzie i tym razem. 21 marca we wrocławskiej księgarni "Tajne Komplety" - czwartek o godz. 18:00, gdzie Tangram zagra improwizacje i fragmenty swojej debiutanckiej płyty podczas spotkania promującego książkę wydaną przez Copernicus Center Press "Instynkt sztuki" Denisa Duttona. Będzie to spotkanie z tłumaczem i znawcą twórczości tego autora - doktorem Jerzym Lutym oraz z cenioną artystką plastykiem Anną Kloza-Rozwadowską. Zespół serdecznie zaprasza na to niecodzienne wydarzenie!

wtorek, 19 marca 2019

W tym roku minie 10 lat od momentu, kiedy to nadałem swoją pierwszą autorską audycję radiową i opublikowałem swój pierwszy artykuł muzyczny. Moje 10-lecie będę obchodził w znakomitym towarzystwie!


Eklektik - Eklektik (Polska 2019)

Każdy człowiek posiada jakieś marzenia, które z czasem zamieniają się w misternie opracowane plany. Najczęściej dotyczą one spraw niewielkich i nie wymagających angażowania zbyt dużego nakładu sił, pytania kogoś o zgodę, podejmowania ryzyka, ominięcia jakiegoś paragrafu, albo innej karkołomnej "jazdy po muldach". Są jednak i takie plany, których realizacja wymaga albo ogromnych wyrzeczeń, albo złamania ściśle określonych zasad, a niekiedy nawet przekroczenia tak zwanej dopuszczalnej granicy. Żyjemy w czasach niemal pełnej dostępności do wszelkich dóbr i usług, a szybkość ich uzyskania nie rozbija się już - jak dawniej - o żadne mury lub żelazne kurtyny, a jedynie o ekonomię. Problem zaczyna pojawiać się wtedy, kiedy wyidealizowana w naszej wyobraźni prosta droga do celu zaczyna stawać się kręta, a niekiedy nawet cierniowa. W takich chwilach zaczynają budzić się uśpione demony, a pospolity brak przyzwoitości zaczyna być określany mianem mniejszego zła. Kiedy jednak nadchodzi noc, a światła ulicznych lamp i wszechobecna elektronika przy akompaniamencie kapiącego kranu, trzeszczących schodów i szabrujących po kuchni gryzoni rozpoczynają swój upiorny teatr, w głowie uwikłanego w sidłach podwójnej moralności człowieka niczym demony zaczynają budzić się pierwsze lęki i refleksje, które bez pomocy farmakologii trudno jest w sobie zaakceptować. 

"Mam nadzieję, iż masz świadomość, że żyjemy w zakłamaniu i że tracimy każdą sekundę, by wszystko wokół zabić" - dyskretnie przypomina bohater niedawno prezentowanego przeze mnie albumu Czas/o/Przestrzeń cieszyńskiej grupy Rumore. "Liczę grzechy, tak jak ty owieczki przez zaśnięciem" - dodaje, jakby chciał przypomnieć, że za zabijaniem pierwotnej uczciwości oraz czystych intencji, jakie dostajemy u progu naszego życia, stoją między innymi twórcy pojęcia "mniejszego zła" czynionego w imię doraźnych korzyści. Czyż nie o tym śpiewa Klaudia Derda w otwierającym debiutancki album toruńskiej formacji Eklektik dynamicznym utworze zatytułowanym "Myszy"?

Kto usłyszy myszy w ciszy, kogo pająk złapie w sieć?
Komu głodne karaluchy nie dadzą spokojnie zjeść?
Czy we włosy nietoperze pięknej pani wplączą się?
Jakie nocą wredne stwory pod poduszką skryją się?

Czarny kot przebiegnie drogę, złota rybka szczecie da,
Ćma w płomieniach skończy życie, a odpowiedź będzie zła. 
 

Kiedy straszyć będą cienie, zimne dłonie musną twarz,
Wielkie będą oczy strachu, przerażenie sięgnie dna.

Czy sen zdoła krzyk uciszyć i bezpiecznie ukryć się,
Film wyłączyć i odlecieć, być szczęśliwym nowym dniem?
Może nocne paranoje to jest tylko taka gra
Moich małych śmiesznych fobii, w tym ekranie tylko ja!
"Myszy"

"Lęku jest pod dostatkiem. Każdy ma jakieś lęki, tylko żeby ten lęk nas nie zniewalał." - ostrzega w wywiadzie dla MuzykTomani Darek Malejonek. Czyż strach nie jest w istocie obronną reakcją organizmu spowodowaną długotrwałym życiem w zakłamaniu? Czy nie jest on także - o czym traktuje ostatnie zdanie "Myszy" - efektem zwycięstwa przeróżnych egoizmów nad uczuciami i empatią? "Czy sen zdoła krzyk uciszyć i bezpiecznie ukryć się? Może nocne paranoje to jest tylko taka gra moich małych śmiesznych fobii, w tym ekranie tylko... JA!" Medialnie napędzany hedonistyczny egocentryzm to dziś szczególnie niebezpieczna i często spotykana choroba cywilizacyjna, która niczym złośliwy nowotwór wyniszcza ludzkie szczęście i wpędza człowieka w SAMOTNOŚĆ...
 
"Alienacja to często spotykany substytut skradzionego spokoju i odpowiedź na brak ciepła. Na pewno nie jest to świat bezpieczny, ale doskonale niweluje wpływ otoczenia. Pink nie posiadał jeszcze wiedzy, która umożliwia odróżnianie dobra od zła. Instynktownie czuł tylko, że lepiej nie wpuszczać niczego, niż pozwolić przedostać się nieznanemu".

Maciej Felka
Tymi słowami przed ośmiu laty rozpocząłem rozważania na temat floydowskiej The Wall - płyty, która o wyobcowaniu powiedziała praktycznie wszystko, a szaleństwo, jakie dokonało się w głowie jej głównego bohatera długo jeszcze będzie niewyczerpaną inspiracją dla dociekliwych twórców naukowych rozpraw. Dlaczego temat alienacji tak często dotyka artystów rocka? Zagubienie człowieka w labiryntach otaczającej go rzeczywistości i wynikająca z tego stanu samotność to także temat znakomitego albumu Second Life Syndrom grupy Riverside. Odnoszę nieraz wrażenie, że przykładów "samotności wśród ludzi" jest wokół nas z każdym dniem coraz więcej. Drugi na albumie grupy Eklektik utwór zatytułowany "Wołanie" pokazuje to zjawisko w sposób wyjątkowo emocjonalny i nie dzieje się tak jedynie dzięki trafności tekstu Jerzego Czarnieckiego, lecz w równorzędnym stopniu za sprawą niezwykle ekspresyjnej aranżacji z niesamowitą improwizacją Waldemara Zaborowskiego na saksofonie. Utwór składa się z dwóch połączonych tytułowym wołaniem części. Pierwsza z nich przedstawia nudną, szarą codzienność samotnej, zgorzkniałej kobiety, dla której nieustanne zmaganie się z samotnością jawi się niczym bezlitosny wyrok pozbawienia wolności. Część druga niespodziewanie przenosi naszą utrudzoną życiem bohaterkę do bliżej nieokreślonej krainy szczęśliwości, która podobnie jak wymyślona przez Wergiliusza Arkadia niewiele ma wspólnego z realną rzeczywistością.

To był znowu ten zwykły, nudny dzień
Wstałam rano i rozejrzałam się.
Czarnej kawy smak, papierosa dym
W autobusie tłok, niedospane sny

Jeszcze ciemno jest, jakby trwała noc
Chciałabym bardzo nie rozbudzać się
Pomalować mój szary zimny świat
Milionami barw nowych ciepłych barw



To mój przystanek i wysiąść muszę już
Jest szaro, brudno, dzień dobry mówię snu
Zapinam szczelnie mój szary zimny płaszcz
W autobusie tłok, wołanie zza krat

Może tak będzie choć przez chwilę
Na pięknej wyspie znajdę się
Swoje marzenia rozkołyszę
Marnemu życiu powiem: Nie!
Ja powiem "Nie!"
 "Wołanie"

Umiejętność dyskretnego przedostania się twórczej wrażliwości Jerzego Czarnieckiego do hermetycznego i tajemniczego świata kobiecej intymności budzi mój nieskrywany szacunek i przywołuje na myśl najlepsze toruńskie skojarzenia. Trudno bowiem nie pomyśleć w tym momencie o geniuszu Grzegorza Ciechowskiego, który pisanymi niegdyś pod szyldem "Ewa Omernik" przesyconymi subtelną zmysłowością tekstami hipnotyzował głosem Justyny Steczkowskiej słuchaczy obu płci. Gdzie i kiedy Jerzy Czarniecki posiadł tę niezwykłą zdolność empatii? 

"Ciągle mam w głowie mnóstwo myśli, obserwacji - odpowiada klawiszowiec Eklektika. Odkąd pamiętam ciągle leci w mojej głowie taki swoisty stary szpulowy magnetofon, który cały czas rejestruje wszystko, co się dzieje wokół mnie i we mnie. Na początku mnie to męczyło. Po wielu latach przyzwyczaiłem się tak samo jak ktoś, kto mieszka obok stacji kolejowej, do stukotu pociągów".

Jerzy Czarniecki wczoraj...
Romans Jerzego Czarnieckiego z muzyką rozpoczął się już na początku lat 80-tych. Był on nie tylko świadkiem, ale i aktywnym uczestnikiem narodzin polskiej nowej fali. W 1981 roku Jerzy Czarniecki założył awangardową grupę Locus Solus, która po dwóch latach istnienia przekształciła się w nazwę Bon Ton, a następnie w The Name. Lata 90-te późniejszy lider Eklektika poświęcił dydaktyce. Założył i prowadził jedną z trzech pierwszych Szkół Muzycznych Yamaha w Polsce. Do rock'n'rolla wrócił w roku 2010 zakładając zespół Porananas, w którego składzie znalazł się m.in perkusista legendarnej Republiki - Sławek Ciesielski. W roku 2014 na fundamentach Porananas powołał do życia Eklektik, którego obecny skład to: Klaudia Derda - śpiew, Jerzy Czarniecki - klawisze, Kacper Katolik - gitara, Waldemar Zaborowski - saksofon, Piotr Warszewski - gitara basowa, Maciej Felka - perkusja. W przeszłości w grupie Eklektik występowali także: Mariusz Rumiński - gitara oraz Kamil Kuliński - śpiew.

Duch Republiki nie tylko nieustannie i wszechwładnie unosi się nad Grodem Kopernika, ale przede wszystkim sprawia, że wielu znanych i mniej znanych toruńskich muzyków - w moim subiektywnym odbiorze - odczuwa, poza szczególnym naznaczeniem tą środowiskową przynależnością, również pozytywne zobowiązanie - w sposób nieuchwytny, acz niezwykle wyczuwalny. Jeśli bowiem nawet nie nawiązują oni w swojej twórczości do geniuszu Grzegorza świadomie i bezpośrednio, jak czyni to choćby Half Light, to ukrytych i często niezamierzonych odniesień do republikańskiego sposobu ukazywania rzeczywistości można dopatrywać się nawet tam, gdzie nie dostrzegają tego sami twórcy.

Waldemar Zaborowski
Takim tematem na pewno jest wszechobecny konformizm i tak powszechne dziś sprzedawanie swoich poglądów i idei w zamian za korporacyjne awanse i doraźne korzyści materialne. Przed laty tę duchową prostytucję piętnował w "Białej fladze" Grzegorz Ciechowski, obecnie w utworze zatytułowanym "Królowa"  temat ten po swojemu poodejmuje toruński Eklektik.

Kiedy uświęca się morderstwa, zagładę stawia na ołtarzu,
A wszystkie winy i przekleństwa wręcza Stwórcy w geście wiary.
Kiedy samice dopuszczają samców, bo wstydzą się dziewictwa,
A seks bez uczuć - zwykła orgia pięknie nazywa się kochaniem.

Kiedy bezdomny tanim winem zapija w bramie swoje żale,
A wszelkie kłamstwa polityków, nie są skandalem a programem.
Kiedy na aukcji za miliony sprzedają suknię Marylin Monroe,
A milion dzieci głód zabija, albo pochłania je zaraza



Kiedy uświęca się morderstwa, zagładę stawia na ołtarzu
A wszystkie winy i przekleństwa wręcza Stwórcy w geście wiary.
Kiedy w świątyniach armie wiernych klepią bezmyślnie swe modlitwy,
Gdy płoną domy i żyrafy, czy jesteś winny!?

Po co obietnice, po co puste słowa,
Prostytucja rządzi światem - bezwzględna królowa!
"Królowa"

Dawny, totalitarny porządek zastąpiony dziś został precyzyjnie sterowanym chaosem, gdzie - parafrazując Ciechowskiego - nie ma już wiodących tłum wybawców, za to mamy ściśle kontrolowany układ wrogich sił, skutecznie wywołujący w nas poczuciu strachu i czającego się zewsząd zagrożenia. I tak, jak kiedyś wybuchały konflikty lokalne, dziś wybuchają maniakalni szaleńcy, a wszystko to dzieje się blisko 40 lat po tym, jak Grzegorz Ciechowski napisał następujące słowa: "fanatyczne mowy, opętany kociokwik, opętane łowy, czarownice idą w dym".

... i Jerzy Czarniecki dziś.
Na płytowym debiucie Eklektika Jerzy Czarniecki dopisuje do tej smutnej historii niezbyt optymistyczny ciąg dalszy: "Kiedy uświęca się morderstwa, zagładę stawia na ołtarzu, a wszystkie winy i przekleństwa wręcza Stwórcy w geście wiary. Kiedy w świątyniach armie wiernych klepią bezdusznie swe modlitwy, gdy płoną domy i żyrafy, czy jesteś winny!?" Jak wielu dawnych buntowników, którzy przed laty z dumą prowadzili lud na barykady sprzedało dziś swoje młodzieńcze ideały za posadę posła, prezesa spółki, albo za kluczyki do służbowego BMW? "Z posadami, podatkami i z białymi chorągwiami idą tłumy ich" - wołał przed laty Grzegorz Ciechowski, a dziś Jerzy Czarniecki nie pozostawia najmniejszych złudzeń: "Po co obietnice, po co puste słowa, prostytucja rządzi światem - bezwzględna królowa!"

Protest songi można pisać na różne sposoby. Można jak Bob Dylan w "Blowin' in the Wind" zadać serię retorycznych pytań na temat wojny, pokoju i wolności. Można też niczym Spięty z Lao Che realną rzeczywistość przystroić w baśniowe metafory, a potem szelmowsko mrugnąć okiem. Jerzy Czarniecki na tym wydawnictwie postanowił użyć obu tych form i obok drastycznego naturalizmu, jaki dominuje w "Królowej", podobnie jak Lao Che na płycie Dzieciom zaprezentował nam także swoją niewielką próbkę talentu rodem z Brzechwy:

Za górami, za lasami, gdzie monarcha rządzi zły,
Omamiony żyje naród, wierząc nadal w lepsze dni.
Jak w letargu, twardym śnie, daje za nos wodzić się.
Obietnice, zapewnienia, tak bez wstydu, bez zmrużenia,
Oszukać się zawsze uda, ludzie łatwo wierzą w cuda.


 
Jak się skończy? Kto to wie? Może dobrze,  może źle.
To jest prawda, to nie żarty, ludzie łatwo wierzą w bajki,
Wszystkie brednie łapią zgodnie, bez sprzeciwu, tak pokornie.
Król i jego wierna świta, przyklejeni do koryta,
Lud zarobi, lud wykarmi, pracuj dzielnie, umrzyj marnie.
"Bajka"
 
Album nie koncentruje się w warstwie tekstowej wyłącznie na nadużyciach władzy, lecz przede wszystkim dotyka problemu nietrwałości związków uczuciowych i szuka przyczyn coraz częściej spotykanej samotności. Krążek nie pozostawia też wątpliwości, że nieuczciwość polityków nie tylko przekłada się na globalną ekonomię, lecz w równym stopniu wyniszcza więzi rodzinne i relacje międzyludzkie oraz może być przyczyną licznych frustracji, uzależnień, kryzysów małżeńskich, a nawet prób samobójczych. Na płycie aż roi się od utworów, które po mistrzowsku odsłaniają mroczne zakamarki ludzkiej duszy i śmiało mogą uchodzić za retrospekcję wydarzeń poprzedzających psychiczne katusze bohaterki "Wołania". Nietrwałość relacji damsko-męskich to temat medialnie sponiewierany. Ludzie coraz rzadziej dziś czekają na pełne ludzkiego szczęścia kino familijne, lecz niczym żądni krwi bywalcy walk gladiatorów, z wypiekami na twarzach wypatrują zdrad, intryg i patologii.  


Piotr Warszewski
"Znów tak dziwnie patrzysz mi w oczy, nie mów tylko, że chcesz przepraszać. Nawet jeśli kiedyś zrozumiesz, zostaniesz sam i poczujesz, jak tętni w żyłach strach, jak samotność boli... Teraz zimna jak ścięty nagle kwiat, więdnę wolno. Umarł cały świat, nic już nic mnie nie cieszy" - z żalem i nutą rezygnacji śpiewa Klaudia Derda w "Czerwonym winie" tuż po nieudanej walce o szczęście pochodzącej z piosenki "Powrót": "Daj mi jeden oddech z życia, całą wieczność do przepicia, daj mi kłamstwa, w które wierze, czas i tak nam je zabierze" i definitywnie składa broń w kończących to wydawnictwo utworach "Zwątpienie": "Spala się świeca, kolejny dzień w samotności. Za oknem tłum… i znów nie patrzymy sobie w oczy. Ja siedzę, ja czekam, ja wątpię. Ja siedzę, ja wątpię, ja czekam!" oraz "Zapachy i kolory": "Wodospad moich pragnień chłodzi spokój nasz. Ja w oczach mam czekanie, a ty ciągły strach. Niewinne nasze lata gdzieś w albumie mam, zasypiam znowu sama, ty zasypiasz sam. Na bardzo cienkiej linii między nocą, a dniem z nów dziś się spotykamy, choć nie wiem czy chcę...".


Klaudia Derda
Na niedawno wydanej płycie Anny Mysłajek Pamięć psa słyszymy następujące słowa: "Jest we mnie pamięć psa dobra i zła, pamiętam wszystko. Jak mnie głaskano - raz, jak mnie kopano - dwa, kto nalał mi wody do miski, ochoczo kto przyjął pod dach, kto wabił, by kijem wlać, kaganiec zakładał mi kto, gdy chciałam bronić swych praw." Krążek grupy Eklektik jest oprawiony w bardzo wymowną okładkę przedstawiającą elegancko ubraną postać człowieka, który podobnie jak bohater książki Ludwika Jerzego Kerna "Ferdynand Wspaniały", posiada głowę psa. Po dokładnym wsłuchaniu się w teksty tej płyty, ta psia symbolika staje się doskonale czytelna, a zapożyczony od Anny Mysłajek cytat może zastąpić cały komentarz. Przypuszczam, że każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu został choć raz przez życie skopany, a rany na duszy bolą może nawet do dziś. Jednocześnie niejednokrotnie na pewno spotkaliśmy się także z uśmiechem i życzliwą gościnnością. Niestety, kiedy mówisz prawdę, to już nie jest tak fajnie. Nagle przestają cię lubić i to jest cena, którą się płaci - przypomina nam Darek Malejonek. Ileż to razy zakładano nam w życiu kaganiec, kiedy stawaliśmy po stronie prawdy, albo piętnowaliśmy wyrządzoną komuś krzywdę?

Kacper Katolik
Na szczęście pies pamięta wszystko i albo na nasz widok pomacha radośnie ogonem, albo najzwyczajniej w świecie wbije ostre kły. Muzycznie płyta jest bardzo eklektyczna (nazwa w końcu zobowiązuje) i znakomicie zaaranżowana. Eklektik jest wybuchową mieszanką młodości Klaudii Derdy, Kacpra Katolika i Macieja Felki oraz kilkudziesięcioletniego doświadczenia scenicznego lidera Jurka Czarnieckiego, znanego z gry w Kobranocce Waldemara Zaborowskiego i znakomitego basisty Piotra Warszewskiego. Album nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych i zdecydowanie wymaga od słuchacza minimum wyrobienia muzycznego i niemałej koncentracji, aby wychwycić wszystkie najdrobniejsze aranżacyjne smaczki oraz liczne tekstowe metafory Jurka Czarnieckiego (8 z 11 utworów zawartych na tym krążku) i Klaudii Derdy. Zespołem jestem oczarowany od pierwszych chwil jego istnienia i muszę uczciwie przyznać, że zawsze z radością i tęsknotą oczekiwałem na każde nowe nagranie, które regularnie zajmowało czołową lokatę na liście Polisz Czart.


Mimo, że tylko jeden raz utwór z repertuaru sympatycznych torunian wdrapał się na sam szczyt jednego z naszych notowań, a było to nagranie zatytułowane "Zwątpienie", to bezsprzecznie największym hitem grupy jest utrzymana w rytmie walca rewelacyjna piosenka "Inna" z tekstem napisanym przez Klaudię Derdę. Utwór ten nie tylko został uznany głosami słuchaczy przebojem roku 2017 na Liscie Przebojów Polisz Czart, ale ponadto w mojej opinii jest to jedno z najlepszych nagrań w całej historii polskiej muzyki rockowej. Ludzie rocka nieczęsto porywają się na rytm 3/4, ale jeśli już to uczynią, nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości, że są wielkimi mistrzami. Do dziś jestem ogromnym fanem nagrania nieskrywanych ulubieńców Jerzego Czarnieckiego - grupy The Stranglers i ich nieśmiertelnego walca "Golden Brown". "Inna" to taka wisienka na torcie tego albumu i jednocześnie dowód na to, że Eklektik poza umiejętnością przekazywaniem głębokich treści, posiada też zdolność pisania wpadających w ucho, melodyjnych radiowych przebojów.

Szum nad miastem pośrodku ulicy słyszę,
Niechybnie rozmazany na poręczy szklanej.
Lekko za ściany bez wyraźnej postaci.
Nie chciałam być sama z ostatków zlepiana,
Na ludzkich odłamach egzystowana.
Obawa ze strachem, przejęty tym samym,
Nie dla nas, a dla was nieakceptowany,
Bez granic bezkarnie spisany na straty...



To ja poddałam się wam, nie chciałam, by on został sam.
Trochę inna, nie ta sama, pozlepiana trzynasta
Lecz obiecaj, że nigdy więcej nie będzie ciebie obok beze mnie
"Inna"