niedziela, 19 grudnia 2010

Bob Dylan - Highway 61 Revisited (USA) 1965 Wizjer nr 53

Toczący się kamień nie porasta mchem - stare przysłowie angielskie

Rok 1975 był niezwykle ważny dla polskiej kultury. Zwycięzcą prestiżowego Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina odbywającego się co pięć lat w Warszawie został polski wirtuoz - Krystian Zimmerman. Również w 1975 roku amerykański artysta o tym samym nazwisku – Robert Allen Zimmerman znany bardziej jako Bob Dylan wydał jeden ze swoich najlepszych albumów – Blood on the Tracks. Dziś jednak przypomnę inny krążek tego genialnego artysty. Powodem takiego wyboru jest umieszczenie jednej z piosenek z tego wydawnictwa na pierwszym miejscu listy „500 Greatest Songs Of All Time” - równie prestiżowej jak Festiwal Chopinowski instytucji - Rolling Stone Magazine, który wziął swoją nazwę właśnie od tytułu piosenki Boba Dylana – „Like A Rolling Stone”, którą to po latach jego czytelnicy ogłosili utworem wszech czasów. Cóż takiego wyjątkowego jest w tej piosence?


Obraz hippisów z kultowego filmu Milosa Formana "Hair"
Jest ona przede wszystkim manifestem ideowym hippisów, którzy pojawili się na świecie pod koniec lat 60' i wywarli ogromny wpływ na kształt muzyki i całej praktycznie kultury drugiej połowy XX wieku. Hippisi stworzyli mieszaninę rhythm and bluesa i folku będącą muzyczną oprawą dla zaangażowanych politycznie i społecznie tekstów. Młodzi hippisi przewrócili do góry nogami cały dotychczas obowiązujący system wartości oraz obnażyli zakłamanie relacji zaobserwowanych przez nich w hipokratycznym świecie dorosłych, poddając powszechnej krytyce nietykalne do tej pory instytucje jakimi były: rodzina, Kościół, elity polityczne, wojsko, finansjera i szkoła.


Protestowali przeciw wojnie w Wietnamie, normom, przymusom, zakazom, hipokryzji, konwencji ubioru, a także przywiązaniu do rzeczy materialnych. „Dzieci Kwiaty” tworzyły rządzące się własnymi prawami komuny, co w konsekwencji doprowadziło do powstania ideologii pacyfistycznych i ekologicznych. Propagowali duchowość Wschodu, krytykowali konsumpcyjny i konformistyczny styl życia oraz drapieżną walkę o pieniądze. Przyczynili się także do rozpowszechnienia substancji psychoaktywnych, szczególnie LSD i marihuany oraz do szerzenia rewolucji seksualnej i powstania ruchu New Age.

Andy Warhol (fot. Jack Mitchell)

Edie Sedgwick z filmu "Ciao Manhattan"
Edie Sedgwick pochodziła z artystycznej rodziny. Jej ojciec był rzeźbiarzem, a dziadek historykiem i pisarzem. Otoczona ludźmi sztuki, niejako w sposób naturalny została dziewczyną Andy’ego Warhola i w konsekwencji zetknęła się z nieodłącznym atrybutem artystycznej bohemy – narkotykami. Związek Edie z Warholem był szalony. Przyszedł nagle i trwał bardzo krótko. Boba Dylana poznała prawie natychmiast po rozstaniu ze słynnym artystą. Wpływ Edie Sedgwick na twórczość Dylana był w tamtym czasie ogromny. Wielu biografów dostrzega Edie w takich utworach jak „Just Like A Woman” czy „Lay Lady Lay”. Dylan nie został jednak kolejnym partnerem życiowym Edie. W jego otoczeniu znajdował się bowiem niejaki Bob Neuwirth, który wprawdzie takiej sławy jak Dylan nie zdobył, ale miał w sobie to „coś”, co przyciągało kobiety.


Edie Sedgwick bardzo szybko uzależniła się od niego, a wraz z nim także i od narkotyków. Związek z nowym partnerem, podobnie jak z poprzednim nie trwał długo, ale związek z psychotropami przetrwał wszelkie burze, co w połączeniu z alkoholizmem doprowadziło Edie do zaburzeń psychicznych i w konsekwencji do śmierci w roku 1971. To właśnie jej postać stała się głównym tematem „Like a Rolling Stone”, a Andy Warhol został w tym utworze nazwany przez Dylana „Napoleonem w łachmanach”. Dziwne są genezy wielu nieśmiertelnych przebojów, ale najdziwniejsze jakże często jest to, że ich bohaterami są jak najbardziej śmiertelni (czasami przedwcześnie) ludzie. Bob Dylan jako jeden z nielicznych autorów tekstów do piosenek nazywany jest poetą i jako jeden z nielicznych na to miano w pełni zasługuje, wpisując się do grona artystów, których twórczość budzi emocje nawet po kilkudziesięciu latach.

niedziela, 12 grudnia 2010

Polanie - Polanie (Polska) 1967 Wizjer nr 52

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy wokaliści popularnych zespołów musieli być obdarzeni świetnym lub przynajmniej przyzwoitym głosem, a muzycy posiadać choć minimalne umiejętności gry na instrumentach, na świecie pojawił się rhythm and blues. Obecnie, kiedy piosenkarze nie muszą dysponować jakże często już nawet przeciętnym głosem, bo wszystko może zrobić za nich odpowiednio dobrany program komputerowy, sprytni twórcy popkultury postanowili wykreować muzykę tak mało wyrazistą, że aby zapewnić jej finansowy sukces, zapożyczyli nazwę od tego wielce zasłużonego gatunku. Aby zakamuflować swój podstęp, nie użyli jednak pełnej nazwy, lecz wpadli na pomysł niewinnego z pozoru zapożyczenia skrótu. W konsekwencji powołany został do życia całkowicie nowy styl będący mieszaniną popowego rapu z niezbyt ambitnymi tekstami oraz hukiem basów w tle. Spora część fanów tej muzyki (co sprawdziłem) nie ma nawet pojęcia, co ów skrót faktycznie oznacza. Jak widać oryginalność nie jest cnotą, gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze i nie dotyczy to jedynie nurtu R&B. 
 

Polanie pojawili się nagle, bo - jak przyznali to sami muzycy - byli już znudzeni graniem w takich grupach jak Czerwono i Niebiesko-Czarni i nie ukrywali swojej fascynacji królującym wówczas na świecie rhythm and bluesem. Powstali w Łodzi w sierpniu 1965 roku oczarowani stylem stworzonym przez Raya Charlesa, a już w listopadzie tego samego roku w warszawskiej Sali Kongresowej udało im się zagrać jako support grupy The Animals. Pomiędzy 23 i 27 czerwca 1965 roku podczas III Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu jeden z wokalistów grupy Niebiesko-Czarni – Wojciech Korda spotkał się po swoim występie z Włodzimierzem Wanderem (saksofonistą Niebiesko-Czarnych), Andrzejem Nebeskim (perkusistą Niebiesko-Czarnych) oraz braćmi Bernolakami - Zbigniewem (basistą Niebiesko-Czarnych) i Wiesławem (grającym na organach w Czerwono-Czarnych). Efektem tego spotkania było powołanie do życia nowego zespołu. Po krótkim czasie Wojciech Korda podjął jednak decyzję o pozostaniu w Niebiesko-Czarnych, a wokalistą Polan został śpiewający dotychczas w Czerwono-Czarnych Piotr Puławski.

Polanie byli pierwszym zespołem, który w poszukiwaniu nowych brzmień wyraźnie odchodził od powszechnej wówczas w Polsce muzyki big beatowej. Na sukcesy młodej grupy nie trzeba było długo czekać. Już rok później Polanie występowali z powodzeniem w Danii, a zaraz potem wzięli udział w International Folk-Beat Festival w Hamburgu, gdzie otrzymali propozycję nagrań dla tamtejszego radia i telewizji, co w owych czasach miało wymiar nie tylko artystyczny. Zaistnienie muzyków z Europy wschodniej za „żelazną kurtyną” wymagało wszak także pokonania barier politycznych, które z dzisiejszego punktu widzenia wydają się być kuriozalne. O klasie Polan niech świadczy chociażby liczba 178 zagranicznych koncertów. Co istotne - nie odbywały się one jedynie w zachodniej części Europy, gdzie muzyka rhythm and bluesowa święciła swoje tryumfy, lecz także w ZSRR, gdzie nasi muzycy zagrali w krótkim odstępie czasu aż dwa razy. Uwieńczeniem tych sukcesów było nagranie w 1967 roku płyty długogrającej.


Konstrukcja debiutanckiego (i jak się później okazało jedynego albumu Polan) jest rzadko spotykana w historii naszej fonografii. Artyści na pierwszej stronie płyty umieścili własne kompozycje a na odwrocie covery tych utworów, które ukształtowały ich muzyczną wrażliwość. Znalazły się tam takie standardy jak „Cool Jerk” amerykańskiej grupy The Capitols, „Summer In The City - The Lovin' Spoonful, „Sunny Afternoon” The Kinks, „I'm Crying” The Animals oraz „Black Jack” z repertuaru Raya Charlesa. Jak wielki wpływ na Polan miał ten ostatni artysta niech świadczy fakt, że jedna z najlepszych piosenek albumu – „Nie wiem sam” do złudzenia przypomina wielki przebój Raya Charlesa – „Hit The Road Jack”. Za każdym razem kiedy słucham tej piosenki, przychodzi mi do głowy zabawne skojarzenie. „Hit The Road Jack” został bowiem wykorzystany w latach 70-tych jako czołówka do programu „Telewizyjne Technikum Rolnicze”. Trudno dziś powiedzieć, na ile autorzy tego pomysłu posiadali świadomość propagowania w PRL-owskich mediach wartościowej muzyki rodem z Zachodu, która z rolnictwem miała chyba tylko tyle wspólnego, że odegrała ważną ROLĘ w kształtowaniu wrażliwości muzycznej mojego pokolenia.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Kayah i Goran Bregović - Kayah i Bregović (Polska/Bośnia i Hercegowina) 1999 (Wizjer nr 51)

O Goranie Bregovicu usłyszałem po raz pierwszy będąc uczniem szkoły podstawowej. Już podczas polskiej trasy koncertowej grupy Bijelo Dugme dało się zauważyć jego fascynacje folklorem bałkańskim. Goran przyszedł na świat dokładnie 60 lat temu w stolicy Bośni i Hercegowiny – Sarajewie jako dziecko Serbki i Chorwata. Takie pochodzenie wyznaczyło mu nie tylko muzyczne fascynacje, ale także stosunek do późniejszej wojny pomiędzy narodami jego rodziców. Rozgłos na skalę światową przyniosła mu współpraca z Emirem Kusturicą, dla którego stworzył ścieżki dźwiękowe do takich arcydzieł jak „Arizona Dream”, „Czas Cyganów” i „Underground” oraz z Patrice’em Chereau, której owocem była muzyka do filmu „Królowa Margot”. Dzięki tak zdobytej popularności Bregović miał możliwość współpracy z wokalistami tego formaty, co Cesaria Evora, Iggy Pop, Ofra Haza, Sezen Aksu czy Scott Walker. Kiedy więc 11 lat temu pojawił się w Polsce by nagrać swoje niezapomniane kompozycje z udziałem Kayah, był już osobowością, która potrafiła ze średnio popularnej wówczas piosenkarki stworzyć gwiazdę pierwszej wielkości.

niedziela, 21 listopada 2010

Voo Voo i Haydamaky (Polska-Ukraina) Wizjer nr 49

Całkiem niedawno, gdy wzięłam do ręki pewną książkę, wypadł z niej kawałek kredowego papieru. Jak się okazało, był to bilet sprzed trzech lat na koncert zespołu Haydamaky we wrocławskim klubie Łykend. Pamiętam, że była zima i kiedy weszliśmy z przyjaciółmi do klubu wszystkie stoliki i miejsca przy barze były już zajęte. Tylko jeden stół był wolny, więc właśnie tam skierowaliśmy nasze kroki. Sącząc piwo i rozmawiając, czekaliśmy na rozpoczęcie koncertu. Po drugiej stronie naszego "blatu" usiadła niewielka grupa. Dopiero gdy impreza się zaczęła, zdaliśmy sobie sprawę, że byli to ukraińscy muzycy we własnych osobach. Wtedy to po raz pierwszy miałam okazję usłyszeć tę grupę na żywo. Przygoda z Haydamakamy zaczęła się dla mnie rok wcześniej, kiedy to znajomy podarował mi płytę "Ukraine calling" - moją pierwszą płytę Haydamaków. Od tego momentu datuje się moja szczera fascynacja tym zaspołem. Formacja powstała na początku lat dziewięćdziesiątych i początkowo działała pod nazwą Aktus. Choć grupa nie należy do najmłodszych, poza Ukrainą jest znana szerszej publiczności od dość niedawna i właśnie z wyjściem poza granice kraju wiąże się zmiana nazwy zespołu. Polskim odbiorcom może się ona wydać nieco kontrowersyjna, ale artyści pragnęli, aby jednała ona ich muzykę z ideałami wolności oraz sprawiedliwości i była mocniej związana z ukraińską kulturą. Grupa Haydamaky to zespół grający etno-rocka. Ich muzyka to mieszanka rytmów ska, reggae, punku i alternatywnej ukraińskiej muzyki folkowej. Sami muzycy określają ją mianem kozak-rock. Liderem zespołu jest Ołeksandr Jarmoła, któremu na scenie towarzyszą Iwan Lenio - akordeon i cymbały, Wołodymyr Szerstiuk - gitara basowa, Serhij Borysenko – perkusja, Ołeksandr Demianenko - gitara i mandolina; Serhij Sołowij – trąbka oraz Ołeksandr Czarkin - puzon. 

Kayah i Toxique w Londynie (Wizjer nr 49)

Podczas gdy 11-go listopada cala Polska świętowała kolejną rocznicę odzyskania niepodległości, w londyńskim Shepards Bush Empire odbył się koncert naszej popularnej piosenkarki Katarzyny Szczot znanej bardziej pod scenicznym pseudonimem Kayah. Nie było to jednak wydarzenie związane ściśle z naszym świętem narodowym. Organizatorem występu była bowiem popularna wśród Polaków telefonia komórkowa O2. Ideą cyklu koncertów organizowanych przez O2 było pokazanie artystów reprezentujących te rejony świata, do których dociera taryfa „Your Country”, którą O2 stworzyła specjalnie dla mniejszości narodowych na Wyspach. Jedną z grup narodowościowych jaką O2 przewidziała w cyklu imprez była Europa Centralna, którą 11-go Listopada reprezentowali nasza Kayah i czeska grupa Toxique. Nieprzypadkowo jak sądzę brytyjska telefonia komórkowa wybrała dla przedstawicieli środkowej Europy akurat ten termin koncertu, który jednoznacznie kojarzył się z ukłonem w stronę Polski. Koncert okazał się bardzo udany, a słowa uznania należą się nie tylko naszej wokalistce, ale i czeskiemu zespołowi Toxique, który zaprezentował muzykę stylistycznie nawiązującą do panującego w latach 80-tych stylu New Romantic. Wokalistka grupy Klara Wytiskova to obdarzona znakomitym głosem młoda piosenkarka stylem śpiewu przypominająca Cyndi Lauper, a towarzyszący jej muzycy udowodnili, że znają się znakomicie na gatunku muzycznym, który wykonują. Kayah po raz kolejny pokazała, że potrafi jak mało kto nawiązywać kontakt z publicznością, w czym nie przeszkodziła jej nawet rozerwana podczas koncertu sukienka, odkrywająca nieco głębsze tajemnice artystki, skrywane na co dzień przed wścibskimi paparazzi.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Abadden - Sentenced To Death (UK) 2010 Wizjer nr 48


Steve Beebee to nie byle kto. To postać ogromnie znana w angielskim środowisku muzycznym. Jest on między innymi autorem wydawnictwa „Chaos AD - Rock In The Nineties”. Obecnie pracuje dla magazynu Kerrang! i znany jest przede wszystkim z tego, że pisze tylko o interesujących artystach. Nie tak dawno Steve Beebee zaprezentował na łamach swojego magazynu heavy metalowy zespół Abadden, którego znakomity poziom miałem okazję podziwiać 16-go października w studenckim klubie UBSU Subclub na Vicarage Street w Luton. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że muzycy Abaddenu to bardzo młodzi ludzie a ich dojrzały warsztatowo perkusista ma zaledwie 19 lat. Nie tak dawno rozpisywałem się o równie młodej i zdolnej kapeli z Wrocławia o nazwie Katedra. Jak widać, pokolenie nastolatków w Polsce i UK nie ogranicza się tylko do clubbingu i hip hopu, ale docenia także kunszt artystyczny Led Zeppelin, Deep Purple i tych wszystkich, którzy, aby istnieć na scenie nie musieli wspierać się komputerami i samplami. Nie jestem wrogiem nowoczesnych form artystycznych. Chciałbym jednak, aby stara rockowa muzyka odzyskała należne jej miejsce w mediach i od czasu do czasu była zauważana we wszechobecnych komercyjnych stacjach radiowych.

piątek, 5 listopada 2010

Maria Sadowska, Anna Serafińska, Janusz Szrom oraz trio Pawła Tomaszewskiego „Kaczmarski & Jazz” (Polska) 2010 (Wizjer nr 47)

Ta płyta to niewątpliwie jedno z większych muzycznych wydarzeń tej jesieni w Polsce, choć - i tu od razu się przyznam - trafiłem na nią dość przypadkowo, wertując zasoby internetowe empiku. Być może dlatego przypadkowo, gdyż - podobnie jak czytający te słowa - nie mieszkam w Polsce i uczestnictwa w takich wydarzeniach jestem pozbawiony. Ale jak już na nią trafiłem, to natychmiast pokochałem. Myślę, że podobnie jak ja uważa wielu fanów niezapomnianego Jacka Kaczmarskiego.

Czołówka jazzmanów młodego pokolenia: Maria Sadowska, Anna Serafińska, Janusz Szrom oraz trio pianisty Pawła Tomaszewskiego dokonała rzeczy niezwykłej. Z przeogromnego dorobku poety i pieśniarza artyści wybrali 15 utworów i przedstawili w "ambitnych, jazzowych i zaskakujących brzmieniach". Zarówno całość jak i każde z osobna brzmią cudownie niezależnie od czasu i miejsca. Żywiołowych a zarazem refleksyjnych wykonań poezji Kaczmarskiego równie dobrze słucha się w parku na spacerze, w aucie stojąc w korku czy mknąc autostradą, jak też wieczorem, gdy światło świecy odbija się w szklanicy wybornego wina, a z głośników sączą się te przepiękne jazzowe aranżacje. Wielu miłośników poezji Jacka może mieć za złe za te różne przeróbki jego utworów. Wszak dla wielu surowy dźwięk samej gitary i "pazur" Jacka jest nie do podrobienia, czasami nawet nie do zaakceptowania. O tym, co mam na myśli pisząc "pazur" można się przekonać słuchając jego wcześniejszych piosenek, choćby jednej z "Obław", "Zbroi" czy "Epitafium dla Wysockiego". Chociaż warto przypomnieć, że sam twórca nie tylko często śpiewał przy akompaniamencie fortepianu i drugiej gitary, lecz całą jedną płytę "Między nami" nagrał z towarzyszeniem perkusji, kontrabasu, saksofonu czy oboju. Dla mnie wyszło przepięknie! Co ciekawe, aż 3 piosenki z piętnastu składających się na płytę Kaczmarski&Jazz pochodzą właśnie z krążka "Między nami".

sobota, 30 października 2010

Helloween - The Time of the Oath (Niemcy) 1996 (Wizjer nr 46)

"Choć nie mogę zmienić świata, w którym żyję, mogę zawsze zmienić siebie. Obudź górę. Sprzeciwiaj się rozkazom, jednemu po drugim. Skrusz górę kamień po kamieniu"
                                                                                                                   "Wake Up the Mountain"


Starożytny lud Celtów wierzył, że w dzień Samhain zacierała się granica pomiędzy światem zmarłych, a światem żyjących. Owej nocy złe i dobre duchy mogły pojawić się między żywymi, a ci ostatni mieli okazję zaprosić zmarłych przodków do swoich domów, okazując im w ten sposób należny szacunek. Coś jednak należało zrobić ze złymi duchami, aby chronić przed nimi swoją rodzinę. Z tego powodu narodził się zwyczaj przebierania w straszne maski i stroje, aby za ich pomocą odstraszać nieproszonych gości z innego wymiaru. Noc Samhain przypadała według naszego kalendarza pomiędzy 31 października a 1 listopada. Nazwa Halloween pojawiła się już w czasach chrześcijańskich i jest skrócona wersją "All Hallows' Eve", czyli “Wigilia Wszystkich Świętych”. W roku 1984 na pamiątkę tej uroczystości w Niemczech powstał heavy metalowy zespół, który dziś stanowi już klasykę gatunku, a jego teksty w wielu utworach ściśle nawiązują do tajemniczości i metafizyki. Album "The Time of the Oath", który dziś prezentuję, jest jedynym w dyskografii grupy albumem koncepcyjnym, a wszystkie zawarte na nim utwory łączy motyw przepowiedni Nostradamusa o końcu świata. Będzie więc dziś apokaliptycznie ale... nie postraszyć Was w taką noc, byłoby zaniedbaniem. Wszak ze statystyk wynika, że thrillery i horrory to jedne z najchętniej oglądanych przez nas filmów.

"Wszystkie kolory z wolna stają się szare. Nasz świat ogarnia mrok. Kasa i kariery zbudowane na niezliczonych sumach strachów. Wszystko co dobre w życiu zaczyna znikać za łzami. Czemu wybieramy tą drogę, którą podążamy? Czemu ranimy tych, których kochamy"
                                                                                                   “Wake Up The Mountain”

piątek, 22 października 2010

United Flavour - Unity (Czechy/Hiszpania/Ivory Coast) 2007 (Wizjer nr 45)

„Pewnego razu istniał piękny świat,
w którym wszyscy żyli w pokoju i miłości.
Znaleźli się jednak tacy, którzy chcieli bogacić się
kosztem swoich braci i zapanował Babilon .
Zapytajcie ich, dlaczego zniszczyli harmonię,
bogacąc się na handlu ropą i wyścigu zbrojeń,
podczas gdy my wiązaliśmy koniec z końce”.

Jest 14-go listopada 2009. Wrocławska Hala Stulecia. Właśnie trwa coroczny festiwal reggae "One Love Sound Fest 2009". Na scenie pojawia się czeski zespół Unitet Flavour. Muzyka rodem z Jamajki nie jest popularna u naszych południowych sąsiadów, a jedynym znanym zespołem z tego kręgu jest słowacki Polemic, grający muzykę ska. Z tym większym zaciekawieniem czekam na występ czeskiej grupy. Pierwsze co zaskakuje to urocza, ciemnowłosa dziewczyna, która śpiewa w języku… hiszpańskim. W tle na pierwszy plan wybija się czarnoskóry basista z Wybrzeża Kości Słoniowej. Mieszanka z reggae ilatino porwała publiczność i już po chwili wiedzieliśmy, że to właśnie ten zespół będzie największym odkryciem festiwalu.
W drugiej połowie lat 90-tych do Pragi niezależnie od siebie przybyło dwoje ludzi. Bardzo młoda Hiszpanka o imieniu Carmen oraz urodzony na Czarnym Lądzie - Djei. To właśnie w stolicy Czech los zetknął tych dwoje ludzi. Oboje oczarowani atmosferą Pragi postanowili osiąść w niej na stałe. Dwójka egzotycznych emigrantów najpierw współtworzyła  międzynarodowy projekt muzyczny Hermakuti, a po jego rozpadzie w 2004 roku założyła Unitet Flavour, który stylem przypomina czołową hiszpańską grupę nurtu reggae - Amparanoia. W muzyce Unitet Flavour słychać wpływy latynoskie, afrykańskie oraz środkowoeuropejskie.

piątek, 15 października 2010

Opowieści z krypty (Wizjer nr 44)

Monika Lidke i Maciek Pysz (fot. Sławek Orwat)
Polska społeczność Luton pamięta zapewne recitale i występy londyńskich artystów skupionych wokół prestiżowego polskiego dwutygodnika Nowy Czas. Takie nazwiska jak Monika Lidke, czy Aneta Barcik wpisały się już na trwałe w kulturalny krajobraz Luton. Zetknąłem się z nimi po raz pierwszy rok temu podczas andrzejkowego spotkania artystów związanych z tym środowiskiem. Gospodarzem tej imprezy był wówczas niezwykle zasłużony rysownik Andrzej Krauze, którego pamiętam jeszcze z czasów mojej młodości, kiedy to publikował swoje rysunki w rozwiązanej wraz z wybuchem stanu wojennego niezapomnianej Kulturze. Londyński Nowy Czas jest kontynuatorem jakości i stylu tamtego wydawnictwa i stara się od lat utrzymywać niezmiennie wysoki poziom drukowanych na swoich łamach artykułów. Tym co wyróżnia to czasopismo spośród innych emigracyjnych magazynów jest nieuleganie komercjalizacji oraz budowanie środowiska ludzi sztuki, którzy identyfikują się z jego stylem.

Dominika Zachman (fot. Sławek Orwat)
20-go września 2010 miałem przyjemność po raz kolejny odwiedzić kryptę kościoła St. George the Martyr. To właśnie to miejsce ukochali sobie polscy plastycy, muzycy, pisarze i intelektualiści Londynu. Tam także udało mi się rok temu poznać Anetę Barcik, która uświetniła później lutońską Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy oraz Monikę Lidke, która przyjęła zaproszenie do zaśpiewania podczas naszej tegorocznej imprezy walentynkowej. W tej krypcie spotkałem także muzyków, którzy pomimo że jeszcze w Luton nie koncertowali, zapewnili mnie, że w przyszłości takiego występu nie wykluczają. Znakomity wokalista i gitarzysta bluesowy Leszek Alexander to artysta, którego bardzo chciałbym kiedy usłyszeć w naszym mieście, a Dominika Zachman, której przed rokiem akompaniował, z zainteresowaniem taką propozycję także rozważa. Jej stylistyczna metamorfoza zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Bluesowy repertuar który zaprezentowała przed rokiem, został tym razem zastąpiony stylistyką jazzową, a francuski saksofonista Oli Arlotto i japoński gitarzysta Yujiro Wada stworzyli dla niej niezwykle piękną kameralną aranżację. Odnotuję także przepiękny minirecital Moniki Lidke, którą po raz pierwszy miałem okazję oglądać w duecie z Maćkiem Pyszem. Ten utalentowany gitarzysta, który podstaw gry jazzowej uczył się samodzielnie, znakomicie ozdobił swoją gitarą delikatny wokal Moniki przenosząc słuchaczy w magiczny świat subtelnych dźwięków.

Emigration Blues (fot. Sławek Orwat)
Na koniec pozwolę sobie wyrazić osobistą radość. Mimo, że widziałem już lepsze występy tej oldskulowej formacji z pobliskiego Hatfield, czułem ogromną radość i satysfakcję podczas pierwszego arteryjnego występu zespołu Emigration Blues. Współpracując z nieistniejącym już radiem Flash z Luton, byłem bowiem pierwszym dziennikarzem, który poświęcił ponad dwugodzinny program radiowy właśnie temu zespołowi. Przypomnieć należy, że oprócz Romka Iwanowicza, Ryszarda Pihana i znanego dziennikarza Nowego Czasu Włodka Fenrycha, jednym ze współzałożycieli tego zespołu był nie grający już w nim Ryszard Węgrzyn - gitarzysta zasłużonej dla polskiego fusion grupy Kwadrat i jednocześnie jeden ze współtwórców polskiego rocka lat 80'. Romek Iwanowicz w tym samym okresie był także jednym z pionierów hard rocka współtworząc zapomnianą już nieco znakomitą grupę Korpus, która na początku lat 80-tych zdobywała nagrody na Mokotowskiej Jesieni Muzycznej i koncertowała wspólnie z Oddziałem Zamkniętym. Wokalista Ryszard Pihan to przede wszystkim utalentowany instrumentalista i jednocześnie artysta plastyk, który na co dzień specjalizuje się w grze na gitarze akustycznej.

Sabaton - Art Of War (Szwecja) 2008 Wizjer nr 44

„Wczesnym wrześniem nadeszła, wojna nieznana światu.
Bez ostrzeżenia wtargnęli na ziemię bronioną Polską ręką.
’Mimo, że jest was 40 do jednego, wasze siły wkrótce zostaną zniszczone!’
Ochrzczeni w ogniu 40 do jednego. Duchem Spartanie. Śmierć i Chwała.
Polscy żołnierze, najlepsi z najlepszych zatrzymują wściekłość Wehrmachtu.”


Rok temu we wrześniu minęło 70 lat od jednej z najważniejszych bitew II wojny światowej. Rozegrała się ona na polskiej ziemi i nazywana była później polskimi Termopilami na pamiątkę starożytnej bitwy, w której garstka Spartan starła się z tysiącami perskich najeźdźców, zadając im ogromne straty. W 1939 roku w okolicach Wizny znajdował się niezwykle ważny punkt strategiczny polskiej linii obronnej w oparciu o rzekę Narew. 720 polskich żołnierzy walczyło 3 dni przeciwko 54.200 żołnierzom, 350 czołgom, 657 moździerzom, działom i granatnikom Wehrmachtu oraz wsparciu lotniczemu Luftwaffe. Kilkudziesięciu Polaków dostało się do niewoli. Reszta poległa. Pomimo ogromnej różnicy w ilości wojsk, Polacy zadali Niemcom olbrzymie straty. 


Generał Władysław Raginis - Bohater spod Wizny
Czy będzie to artykuł historyczny? Nie, będzie to tylko kolejna recenzja płyty. Dlaczego akurat Sabaton? Mimo, że są zaliczani do podgatunku nazywanego power-metalem, stworzyli muzykę treściowo zaangażowaną z nieukrywanymi ambicjami edukacyjnymi. Postanowili, że będą w swoich tekstach opiewać bohaterstwo ludzi na przestrzeni dziejów, z wyraźnym przesłaniem antywojennym i gloryfikować obrońców zaatakowanej przez agresora ojczystej ziemi. Drugi powód jest bardzo emocjonalny. Jest dla mnie czymś niezwykłym, że szwedzka grupa stworzyła jeden z najbardziej patriotycznych utworów, który opiewa bohaterstwo polskiego żołnierza. Noszę w pamięci ten dzień, kiedy mój syn po raz pierwszy pokazał mi amatorsko zrealizowany teledysk do tej szczególnej pieśni chwały. Poczułem wtedy nieopisaną dumę, wzruszenie i rodzaj szczególnej wdzięczności dla sześciu szwedzkich muzyków, którzy z pasją pochylili się nad heroizmem polskiego żołnierza.

Utwór opiewający Bitwę pod Monte Cassino

Lider grupy Joakim Brodén powiedział: „Polski fan przesłał nam kiedyś informację o bitwie pod Wizną. Kiedy przeczytaliśmy o czynach kapitana Władysława Raginisa i jego przyjaciół, była to dla nas tak nieprawdopodobna historia, że sądziliśmy najpierw, iż nie może być prawdziwa. Taka niesamowita odwaga, by 720 żołnierzy stawiało opór 42 tysiącom Niemców! Uznaliśmy natychmiast, że to najbardziej interesująca bitwa historii i oczywiście napisaliśmy o tym piosenkę ‘40:1’". 40:1 to jedynie proporcja symboliczna odnosząca się do Termopil. Faktyczny stosunek sił niemieckich w bitwie pod Wizną wynosił ok. 58:1.

Sun Zi - Sztuka Wojenna
”The Art Of War”, to jednak nie tylko „40:1”. Tytuł albumu został zaczerpnięty z chińskiego dzieła „Sztuka wojenna” napisanego przez niejakiego Sun Zi. Rozprawa składa się z trzynastu rozdziałów (tylu ile jest utworów na płycie) poświęconych różnym elementom skutecznego prowadzenia wojny. Sun Zi jest uznawany za pierwszego człowieka w historii, który opisał strategię i taktykę prowadzenia wojny. Mimo, że dzieło powstało w VI wieku p.n.e., do Europy trafiło dopiero w roku 1782 przetłumaczone na francuski przez jezuitę Jeana Josepha Marie Amiota. Sabaton zaczerpnął z chińskiego dzieła nie tylko tytuł i tematyczne inspiracje, ale także jego antywojenne przesłanie. Jeden z cytatów owej księgi brzmi bowiem: „Osiągnąć sto zwycięstw w stu bitwach nie jest szczytem umiejętności. Szczytem umiejętności jest pokonanie przeciwnika bez walki”.



Od 25 kwietnia 1915 roku do 9 stycznia 1916 toczyła się jedna z najkrwawszych bitew I Wojny Światowej. Walki o Gallipoli w planach państw Ententy miały być początkiem operacji mającej na celu zdobycie Stambułu i zniwelowanie znaczenia Imperium Osmańskiego. Operacja ta zakończyła się fiaskiem, a straty obu stron wyniosły 131.000 zabitych i 262.000 rannych. „Cliffs of Gallipoli” traktuje o dramacie rodzin, które straciły najbliższych podczas działań wojennych. Mimo że tytuł albumu brzmi „Sztuka wojenna”, także i ten utwór jest w swojej wymowie antywojenny. Sabaton opiewając bohaterstwo tych którzy giną w słusznej sprawie, w rytmach muzyki zagrzewającej do walki przekazuje odbiorcom treści o honorze, szacunku dla przeciwnika i bezsensowności wojny.

Joakim Brodén (fot. Jonas Rogowski)



Generał Waldemar Skrzypczak
„40:1” nie jest jedynym polskim akcentem w twórczości Sabatonu. W tym roku ukazał się kolejny album grupy – „Coat Of Arms”, na którym muzycy umieścili utwór „Uprising” traktujący o Powstaniu Warszawskim z 1944 roku. Teledysk do tej piosenki został nakręcony w Fabryce Norblina w Warszawie z udziałem generała broni Waldemara Skrzypaczka. Generał jest postacią kontrowersyjną. 17-go sierpnia 2009 roku, po udzieleniu wywiadu, w którym skrytykował funkcjonowanie polskiej administracji wojskowej, oddał się do dyspozycji prezydenta i został odwołany ze stanowiska dowódcy Wojsk Lądowych. Zapraszając do wysłuchania albumu ”The Art Of War”, wyrażam nadzieję, że obraz naszego Kraju dzięki bohaterom spod Wizny opiewanym przez wokalistę Sabatonu Joakima Brodéna, utrwali się w świadomości innych narodów skuteczniej, niż awanturnictwo i brak kompetencji współczesnej polskiej pseudo elity politycznej.

piątek, 8 października 2010

TSA - Heavy Metal World (Polska) 1984 (Wizjer nr 43)

„Ten gitarowy huk, jak ryk wściekłego lwa to Heavy Metal Rock!
Niczym armatni strzał kiedyś obudzi cię, wtedy odkryjesz, że...
Hałasy wielkich miast i brudnych maszyn zgiełk
Gniewnego tłumu ryk, całkiem zagłuszył cię,
Ale pozostał nam, nasz Heavy Metal krzyk!”



TSA dzis (fot. Artur Grzanka)
Dawno, dawno temu, gdy nie było jeszcze tak ogromnej ilości punktów skupu złomu, w granicach naszego kraju pojawił się… heavy metal. Mimo że pierwsze objawy tej epidemii na początku lat 80-tych nie były jeszcze powszechnie dostrzegalne, wszyscy fani ostrego grania wyczuwali, że fala kulminacyjna wybuchnie w końcu z siłą tsunami. Tajne Stowarzyszenie Abstynentów powstało w Opolu i szybko skróciło nazwę do trzech liter. TSA rozpoczął heavy-metalowe szaleństwo kultową balladą „51”, podejmującą temat śmierci młodego człowieka w skutek przedawkowania narkotyków, aby z czasem przejść metamorfozę od nieśmiałego hard rocka do ostrego metalowego łojenia. Początkowo w stylu gry i zachowaniu na scenie grupa przypominało australijską formacją AC/DC, ale z czasem wykrystalizowała swoje własne oblicze. Rok po debiutanckim krążku zespół nagrał swój najlepszy moim zdaniem album. Heavy Metal World jest mieszanką dynamicznych hard-rockowych utworów i dobrze zagranych metalowych ballad, będących do dziś wzorem dla adeptów tego rodzaju muzyki.

„Wierzyłem w coś, bez tego ciężko żyć. Marzyłem też - wolno było marzyć.
Nie chciałem być takim jak ci ludzie, co tylko biorą nie dając nic.
We śnie słyszałem matki głos - Uczciwym bądź, dobrym bądź!
"Świat" - w tym słowie było coś. Radość i lęk, miłość i fałsz.


Nie wierzę w nic, bo chyba nie potrafię. 
Nie marzę już. Nie ma o czym marzyć.
Zgubiłem gdzieś prawdziwą radość życia. Smutno mi...
Już tylko Ciebie mam i to mnie jakoś tutaj trzyma.
Już tylko Ciebie mam. Nie wolno Ci odejść teraz stąd.”

Andrzej Nowak (fot. Marek Jamroz)
fot. Artur Grzanka
„Alien” chyba jest najlepszym fragmentem albumu i jednocześnie utworem najbardziej dojrzałym tekstowo. Mimo, że jego treść jest dołująca, w końcówce każe nam jednak wierzyć w siłę uczuć i pokładać w niej nadzieję na przetrwanie najgorszych chwil. Siłą płyty jest to, że autorami utworów są wszyscy członkowie zespołu. Pomimo, że najbardziej charyzmatycznym w zespole TSA w powszechnej opinii zawsze był i wciąż jest Andrzej Nowak, każdy z muzyków wniósł do ostatecznego kształtu tego wydawnictwa coś od siebie. Heavy Metal World należy docenić tym bardziej, że krążek powstawał w bardzo trudnym dla zespołu momencie. Podczas nagrywania albumu do szpitala trafił gitarzysta Stefan Machel, a perkusista Marek Kapłon i jeden z założycieli Andrzej Nowak podali do publicznej wiadomości, że jest to ich ostatnia płyta nagrana z zespołem. Szczyt popularności TSA przypadł na lata osiemdziesiąte. Był to czas, gdy ogromne zainteresowanie odbiorców muzyką nie szło w parze z możliwością zarabiania przez jej twórców dużych pieniędzy. Być może właśnie dlatego artyści tamtej dekady zamiast ścigać się o główne role w reklamach wielkich firm, skupiali się przede wszystkim na tworzeniu i spełniali artystycznie i być może dlatego też epoka ta nie pozostawiła w polskiej muzyce wstydliwej spuścizny robionych pod mało wymagającą publikę gniotów, czego świadkami jesteśmy obecnie, czego przykładem mogą być choćby tegoroczne Superjedynki.


Marek Piekarczyk (fot. Artur Grzanka)
Porównując dokonania grupy TSA, do brzmienia heavy metalowych kapel grających współcześnie, ma się wrażenie, jakby słuchało się dwóch absolutnie różnych gatunków. Mimo, że album, który dziś przypominam nosi tytuł Heavy Metal World, z obecnym spojrzeniem na ten gatunek niewiele ma wspólnego. Z czasem pojawiły się u nas takie nurty jak trash, death, czy black-metal, ale nikomu nie wolno zapomnieć, że to właśnie TSA był zespołem, który przecierał szlaki dla takich kapel jak późniejsze oblicze Turbo, Kat, Behemoth czy Vader. Jeden z twórców TSA Andrzej Nowak próbował realizować własne projekty muzyczne i współpracował z innymi artystami, jak choćby z Martyną Jakubowicz. Nigdy jednak nie osiągnął z nimi aż takiej popularności, jaką zdobył, grając dla TSA. Sam gitarzysta podsumowuje to w sposób następujący: ”Status TSA ciągnie się za moją osobą tak, jak za Mikulskim status "Stawki większej niż życie".

piątek, 1 października 2010

"Katedra" w "Liverpoolu", czyli Fryderyk 2010 (Wizjer nr 42)

Historyczny skład Katedry z roku 2009. Karolina Synowiec - perkusja, Michał Zasłona - instr. klawiszowe, Maciek "Jim" Syępień - bas oraz Fryderyk Nguyen - wokal i gitara (fot. Sławek Orwat)
14-go wrzenia 2009 roku w studio nieistniejącego już internetowego radia Flash w Luton miałem przyjemność gościć blues-rockową formację z pobliskiego Hatfield – Emigration Blues. Po nagraniu audycji, poprosiłem Romka Iwanowicza i Ryśka Pihana o pozostanie w studio jeszcze około jednej godziny. Przywiozłem właśnie z Wrocławia materiał demo młodej grupy rockowej The Riffers i postanowiłem przedstawić go słuchaczom. Zapytałem wówczas muzyków z Emigration Blues, czy zechcieliby skomentować twórczość utalentowanych nastolatków. Muzyka Riffersów zaskoczyła swoją dojrzałością nie tylko moich gości, ale jak się później okazało, także słuchaczy. Po dwóch godzinach od wyemitowania audycji poświęconej grupie The Riffers, ich piosenka „Kim jesteś?” wdrapała się na pierwsze miejsce listy przebojów internetowej radiostacji, wyprzedzając wielotygodniowy numer jeden „Leszka Żukowskiego” zespołu Coma.
 
 

Grupa The Riffers już nie istnieje. Fryderyk Nguyen (współzałożyciel Riffersów) powołał jednak do życia wraz z basistą Maćkiem Stępniem i klawiszowcem Michałem Zasłoną nowy zespół o nazwie Katedra, który włączył do repertuaru niektóre utwory dawnej formacji oraz stworzył szereg nowych piosenek z gatunku rocka progresywnego. 19-go września 2010 roku miałem okazję oglądać koncert Katedry we wrocławskim klubie "Liverpool". Założyciele wzmocnili grupę nową perkusistką. Karolina Synowiec zdobyła już wiele nagród, a jej gra jest tak dojrzała, że w pokonanym gronie na różnego rodzaju przeglądach zostawiała sporą grupę o wiele starszych stażem i wiekiem adeptów tego instrumentu. Fryderyk Nguyen pokazał wraz z kolegami znakomity warsztat muzyczny, a jego kompozycje i teksty w środowisku wrocławskim są świetnie znane, gdyż Katedra supportowała już występy takich gwiazd ostrego grania jak TSA.

 
Niniejszy artykuł nie ma być jednak tylko zwykłą recenzją z koncertu Katedry. Chciałbym postać Fryderyka Nguyena przedstawić nieco bliżej także z innego powodu. Fryderyk bowiem, oprócz ogromnego talentu muzycznego, ma też w swoim dorobku bardzo dojrzałe teksty do skomponowanych przez siebie piosenek, ale pisze też poezję oraz jest autorem licznych recenzji płytowych. Dzięki gitarzyście basowemu Maćkowi Stępniowi, który wyszukał zapomniany już nieco tekst Leonarda Da Vinci, Katedra wykorzystując utwór geniusza renesansu wzbogaciła swój repertuar ciekawą piosenką zatytułowaną "Strach i pragnienie". Nazwisko Fryderyka pochodzi z języka wietnamskiego. Jego tato przybył przed laty z tego pięknego kraju i właśnie w naszej Ojczyźnie odnalazł swoją życiową przystań. Rodzice Fryderyka, których miałem okazję poznać, przekazali mu ogromną kulturę i skromność, co pozwala mi wierzyć we właściwy rozwój kariery tego młodego muzyka. Być może za kilka lat Fryderyk i jego formacja otrzymają statuetkę... nomen omen "Fryderyka". Jeśli tak się stanie, czego Katedrze i jej gitarzyście szczerze życzę, będziemy mieli także okazję podziwiać ten wrocławski zespół także podczas występu w stolicy UK.

piątek, 24 września 2010

Breakout - Blues (Polska) 1971 Wizjer nr 41

Spójrz nadchodzi noc, kilimem mroku z nieba spływa
I dom mój i ścieżkę  na której czekam w sobie chowa.
Więc nie każ mi już dłużej tak na siebie czekać w chłodzie nocy.
Spójrz, już przyszła noc. Zakrywa sobą szyby okien.
Jej mrokiem twarz otul. Nikt cię nie pozna w szalu mroku,
Więc uchyl drzwi i nie każ mi na siebie czekać w chłodzie nocy.

W roku 1969 po nagraniu pierwszej płyty zespół Breakout został oskarżony przez PRL-owską propagandę o szerzenie zachodnich wzorców kulturowych oraz o kreowanie kojarzonej z ideologią hippisowską mody na długie włosy. Władza ludowa obawiała się w tamtym czasie wszystkiego, co pochodziło zza żelaznej kurtyny, zwłaszcza że był to czas, gdy niepokorna Czechosłowacja dopiero co domagała się „socjalizmu o ludzkiej twarzy”. Sytuacja ta doprowadziła do całkowitego zakazu emitowania utworów Tadeusza Nalepy i wyeliminowała grupę z udziału we wszelkich festiwalach. Nagrania takich zespołów jak Trubadurzy, Czerwone Gitary i Niebiesko-Czarni - mimo że stylistycznie nawiązywały do „zgniłego zachodu” - były przez cenzurę akceptowane, ponieważ teksty piosenek tych grup w mniemaniu "strażników socjalizmu" nie niosły zagrożenia dla powszechnie obowiązującego ustroju. Bo też cóż wywrotowego mogło zrodzić się w głowach młodych ludzi podczas słuchania narzekań, że jakaś dziewczyna boi się myszy, albo że dwoje ludzi zna się tylko z widzenia, a jedno o drugim nic nie wie? 


Tadeusz Nalepa wywołał obyczajową rewolucję. Teksty Breakoutu niosły powiew wolnego świata i w dodatku wybrzmiewały w rytmie bluesa, który od początku swego istnienia był muzyką niechcianą i o swoje miejsce musiał walczyć pod prawie każdą szerokością geograficzną. Tam gdzie się  narodził, czyli na pełnym dziś potomków niewolników ubogim południu USA, został przez pastorów okrzyknięty muzyką szatana, przez co początkowo został zepchnięty do spelun i slumsów tego regionu. We wschodniej Europie blues kojarzył się nie tylko ze Stanami Zjednoczonymi, ale przede wszystkim z nurtem hippisowskim, który zawładnął zachodnioeuropejską młodzieżą przełomu lat 60' i 70'. Kiedy więc w Polsce pojawiły się pierwsze próby bluesowego grania, władza postanowiła w zarodku zdławić powiew wolności, jaki ta muzyka ze sobą niosła.


 „Kiedy byłem małym chłopcem” - najbardziej popularny utwór albumu obnaża słabość konsumpcyjnego świata, w którym uczucia zabijane są twardymi prawami ekonomii i do dnia dzisiejszego nie traci na swojej aktualności. Jego przesłanie obecnie nikogo już nie straszy, a być może jedynie przygnębia. W czasach gdy „za chlebem” nie można było legalnie wyjechać za granicę, a prywatna przedsiębiorczość była postrzegana, jak godne potępienia kułactwo lub cwaniactwo, piosenka ta mogła wywoływać emocje dla rządzących niepożądane.


Brutalna prawda o otaczającej nas rzeczywistości oraz brudy i patologie, które dziś już nikogo nie szokują w tekstach piosenek, wówczas były nowością i zaskakiwały nie tylko cenzurę. Podczas, gdy w latach 90' Kasia Nosowska obnażała ohydę pedofilii, a Robert Kostrzewski pokazywał złamane życie wyrzucanych z domu kilkuletnich dzieci, Tadeusz Nalepa ponad 20 lat wcześniej w utworze „Oni zaraz przyjdą tu” wyśpiewał emocjonalny stan człowieka, który zamordował wiarołomną kobietę. Ówcześni słuchacze przyzwyczajeni do infantylnych piosenek o miłości, po raz pierwszy stykali się z najbardziej ponurym światem ludzkich przeżyć, który nie był wcześniej tematem piosenek z list przebojów.


Blues to także tęsknota. Rozstanie z ukochaną osobą wyśpiewane na sposób bluesowy jest pełne cierpienia i goryczy niezależnie od tego czy jest to prosta ballada „Ona poszła inną drogą”, czy też swingujący kawałek „Przyszła do mnie bieda”. Do tej tematyki nawiązuje także jeden z najlepszych utworów Breakoutu „Co się stało kwiatom”.
Gitarzysta Dariusz Kozakiewicz, basista Jerzy Goleniewski, perkusista Józef Hajdasz oraz grający na harmonijce ustnej Tadeusz Trzciński wraz z Tadeuszem Nalepą otworzyli nowy rozdział w polskiej muzyce i mimo trudnych początków przetrwali jako Breakout aż do rockowego boomu lat 80'.  Przed nimi jedynym zespołem próbującym grać ambitniejsze utwory była  grupa Polanie. Album „Blues” w niczym nie ustępował poziomem klasycznym wydawnictwom blues-rockowym na świecie. Mało kto dziś pamięta, że Breakout miał także wpływ na rozwój muzyki rockowej na Węgrzech. Takie zespoły jak Omega, czy Locomotiv GT czerpały z muzyki Tadeusza Nalepy garściami, przewyższając z czasem naszą formację popularnością na zachodzie Europy. 


piątek, 17 września 2010

Riverside - Second Life Syndrome (Polska) 2005 (Wizjer 40)

"Żyjemy z dnia na dzień wiążąc koniec z końcem bezwolnie uwikłani w błędny rytuał. Przyzwyczajamy się do wszystkiego. Do kolejnych upadków. Czekamy na wyroki opatrzności."

"Second Life Syndrome"


Na początku tego roku opublikowałem recenzje dwóch legendarnych albumów grupy Pink Floyd będące muzyczną podróżą po zakamarkach ludzkiej duszy. Zastanawiałem się wówczas, czy zawsze mamy jasną odpowiedź na pytanie dlaczego podejmowaliśmy kiedyś takie, a nie inne decyzje. Dark Side Of The Moon i Wish You Were Here powstały na początku lat 70' ubiegłego stulecia. Co z nimi wspólnego ma album polskiej grupy Riverside z roku 2005? Mimo że ukazał się on dokładnie 30 lat po Wish You Were Here, bardzo wyraźnie słychać na nim echa myśli i muzyki Floydów. W tekstach z Second Life Syndrome znajdujemy bowiem aż dwa ściśle powiązane ze sobą wątki: zagubienie człowieka w labiryntach otaczającej go rzeczywistości, oraz wynikająca z tego zagubienia samotność. Płyta rozpoczyna się końcem, a kończy początkiem pewnej zawiłej fabuły. Gerry Driscoll powiedział o albumie Dark Side Of The Moon: "Nie ma ciemnej strony księżyca, w rzeczywistości... on jest cały ciemny". Album Riverside jest chyba jeszcze bardziej mroczny. 


Riverside w Londynie - rok 2011 (fot. Sławek Orwat)
Mariusz Duda i Michal Lapaj (fot. Sławek Orwat)
"Już nie mogę. Duszę się. Mam dosyć tej cholernej czerni. Dosyć smutku i łez. Zwracam je codziennie razem z wczorajszą kolacją. Kompletnie się pogubiłem. Wmówiłem sobie, że jestem kimś innym. Na Boga! Potrzebuję rzeczywistości. Potrzebuje kontaktu! Potrzebuję... ludzi? Muszę zmienić swoje życie… Ale pozostanę sobą, prawda…?"
„After”

Rozpoczynające ten album słowa to stan duszy zagubionego człowieka już po zakończeniu jego walki z samym sobą, której etapy będziemy mogli uważnie śledzić wsłuchując się w kolejne części płyty, a będąca przedmiotem rozważań trudność w zachowaniu własnej tożsamości z tytułu podejmowania przełomowych dla życia decyzji, najbardziej przypomina przesłanie z Wish You Were Here.


Moje bezcenne spotkanie z Piotrem Grudzińskim
"Muszę stanąć o własnych siłach. Zmienić swoje życie. Uwolnić się od wspomnień. Unoszę się w ciemności. Jak daleko jeszcze do światła? Wewnątrz – kraina lęku. Na zewnątrz nie okazuję strachu. Dosyć snu bez snów. Zejdź mi z oczu. Możesz mnie wrzucić na arenę z lwami. Zabrać mi duszę. Wepchnąć do szuflady. Ale ja nie przestanę walczyć. Nie boję się."

"Volte-face"

Gdyby kontynuować zbieżność epokowego albumu Floydów z krążkiem Riverside, to fabuła Second Life Syndrome rozpoczyna się praktycznie w tym samym momencie, w którym bohater Wish You Were Here usłyszał wołanie świata, do którego kiedyś należał: Szkoda, że nie ma Cię TU... że jesteś teraz TAM, w miejscu które dawniej byłoby dla Ciebie zimne i obce...


Mariusz Duda (fot. Sławek Orwat)
fot. Sławek Orwat
"Obserwuję Cię, ale nie czekam na właściwy moment, żeby podejść. Chcesz wiedzieć dlaczego unikam Twojego spojrzenia? Zbyt długo Cię wymyślałem. Być może jestem skazany na samotność. A może jest ktoś, kto zrozumie że nie potrafię dzielić się swoim światem? Wciąż uciekam.Gdybym tylko mógł zmienić rzeczywistość. Przyzwyczaiłem się do tego. Wciąż wymyślam Cię na nowo…"

"Conceiving you"

Kreowanie partnera, zamiast przyjęcie go takim, jakim jest, kiedy już się pojawi, to zjawisko powszechne. Wiele relacji nie wytrzymuje dziś próby czasu. Egoizm, który wyniszcza szczęście i wpędza w samotność, to choroba która w ostatnich czasach jest szczególnie widoczna. Świat jest pełen chwilowych związków uczuciowych trwających do czasu wyczerpania się limitu straconych złudzeń. Egoizm jest dziś niczym nowotwór, który wyniszcza cały współczesny świat.


Piotr Kozieradzki (fot. Sławek Orwat)
fot. Sławek Orwat
"Dotarłem do punktu, z którego nie ma odwrotu. Nie chcę już marnować swojego życia. Żyć z dnia na dzień. Wiązać końca z końcem. Widzę światło. Mam gdzieś Twoje plany. Teraz wszystko będzie po mojemu. Bez Twej pomocy nareszcie zacząłem żyć własnym życiem i wiem, że Cię już nie potrzebuję. Życie jest zbyt krótkie, by marnować czas na łzy. Usuwam Cię z pamięci. (...) Usuwam Cię wraz z całą moją przeszłością"

"Second Life Syndrome"

Tytułowy utwór to kilkunastominutowa rockowa suita - gatunek w zasadzie dziś już prawie  wymarły. Stosując taki środek artystyczny Riverside świadomie odnosi się do stylistyki grupy Pink Floyd. Słuchając tego utworu, może się wydawać, że zbuntowany człowiek który odrzucił kiedyś uczucia w imię zachowania tożsamości, w końcu odnalazł swoje ego. Czy dało mu to jednak poczucie spełnienia? W kolejnym utworze zaczyna odczuwać nieopisaną samotność...


"Odrzuciłem Cię tak pochopnie, a to strasznie boli. W głębi serca krzyczę i rozpaczam i jest mi bardzo zimno. Odrzuciłem Cię tak bezmyślnie, a to strasznie boli.

"I Turned You Down"

Jaką cenę płaci się za bezkompromisowość? Ile można zyskać, a jeśli można, to czy to wszystko co się traci, nie zabija powoli duszy? Ilu z nas stawiało sobie takie pytania?


Michał Łapaj (fot. Sławek Orwat)
"Próbuję się odnaleźć, czekam. Stoję w punkcie, z którego nie ma odwrotu. Nadchodzi chwila prawdy. Nieważne czy moje spojrzenie zdradza czego pragnę. Może naplujesz mi znów jadem w twarz. Stoję na krawędzi, bliski upadku. Próbuję zapomnieć, że mi się nie udało. Zaszedłem zbyt daleko. Już prawie widzę światło. Prawie dotykam chwili, na którą tak długo czekałem. Odniosłem sukces i już wszystko jest jasne. Z otwartymi ramionami zrywam z przeszłością".

"Dance With The Shadow"

Podejmując wyzwanie, nasz bohater jest bardzo pewny siebie. Płyta kończy się stanem emocjonalnym z punktu wyjścia. Czy jednak stan z utworu "Before" różni się od stanu z "After"?


Piotr Grudziński
"Uodporniłem się na samego siebie, na swoje słabości i na ból. Stałem się tym, który chce żyć i po prostu znowu poczuć, że żyje. Zmieniłem się. Uzależniłem się od bycia silnym. Zacząłem swoje drugie życie, a pozostałości Twoich łez i uśmiechów usunąłem z umysłu. Bez świadomości, jak to boli czuję się bezpieczny. Czy to jest TO, czego naprawdę chciałem?"
"Before"

Mariusz Duda wykonuje wszystkie utwory jak zawsze w języku angielskim. Może właśnie dlatego grupa jest bardziej znana i szanowana za granicą niż w Polsce. Hipnotyczny charakter utworów akcentowany genialnymi solówkami Piotra Grudzińskiego idealnie wpisuje muzykę Riverside do kanonu najlepszych dokonań rocka progresywnego. Perkusista Piotr Kozieradzki, klawiszowiec Michał Łapaj i gitarzysta Piotr Grudziński czerpią garściami ze sposobu myślenia grupy Pink Floyd i nie jest to jakakolwiek krytyka, a wręcz przeciwnie. Nikt bowiem dotychczas w naszej rodzimej twórczości nie spróbował dotknąć tego obszaru muzyki w sposób tak konsekwentny i zarazem doskonały.

sobota, 11 września 2010

Kat - Ballady (Polska) 1994 (Wizjer nr 39)

"Ogień wolno gasł, wiatr w kominie mielił dym.
Czarodziejski dom mówi do mnie.
Za oknami chłód starodawnych duchów nocy.
Nie otwieraj drzwi, nie otwieraj bramy mroku.
Lodowaty cień mojej dłoni zmieniał kształt.
Czasem owcą był, czasem wilkiem.
Odwróciłem twarz na srebrzysto biały księżyc.
W srebrnej poświacie szła...  Dziewczęcy duch Bogini Ziemi.
Choć raz twego światła, choć raz twego ciała pragnę dotknąć."
                                                                                "Legenda wyśniona"

Album rozpoczyna "Legenda wyśniona". Wsłuchany w jej pierwsze słowa i takty, wspominam moją młodość i fascynację literaturą romantyzmu, pełną duchów, zjaw i mistycyzmu, który pojawił się w sztuce na początku XIX wieku w dziełach młodych, zbuntowanych artystów. Fantastyczny świat "Balladyny" i "Dziadów" fascynował wiele osób mojej generacji, a czucie i wiara silniej wtedy do nas mówiły niż mędrca szkiełko i oko. I nieistotne, że na zewnątrz jawiła się nam okrutna szarość schyłku epoki, która musiała niczym senna mara w końcu kiedyś odejść do rynsztoka historii. Moje pokolenie uciekało w świat fantastycznych stworzeń, zanurzając się w wyimaginowaną krainę duchowej emigracji... oby jak najdalej do tego, co działo się za oknami. Romantycy rodzili się zawsze jako odpowiedź na niemożność zmiany rzeczywistości.


Roman Kostrzewski (fot. Artur Grzanka)
11 lat po mojej maturze pojawiły się Ballady grupy Kat i romantyczne wspomnienia we mnie odżyły. Nie słyszałem nigdy wcześniej bardziej romantycznej płyty w dziejach polskiej muzyki rockowej. Pisząc "romantycznej" nie mam wcale na myśli miłosnych uniesień i patetycznych wyznań. "Czarodziejski dom znów przemówił do mnie. Za oknami dał się wyczuć chłód starodawnych duchów nocy,[a ja, jak niegdyś] odwróciłem twarz na srebrzysto biały księżyc..."

"Córko weź perły Ziemi, klejnoty zwierzęcych praw.
Mają świętą moc Sheol. Wiele lat, dla mnie chwil. Byłem jak grom.
Uczyłem Cię. Z wilka wilk, z nędzy nędza, a z krwi krew.
Za mną car, loch i potop. Mijałem słońca i trwam.
Dawna bestia, smok - dziś człek. Demon siał, mielił, żył..."

"Głos z ciemności"

Roman Kostrzewski (fot. Artur Grzanka)
Wraz z buntowniczo zaśpiewanym drugim utworem, płyta powoli zwiększa swoją dynamikę nie tracąc nic z balladowej formuły. Utwory nie mają nic wspólnego z balladami Scorpionsów, TSA, czy Metalliki. To jest coś dotychczas - jak dla mnie - niespotykanego. Ogromnie emocjonalna muzyka z niepowtarzalnym wokalem Romana Kostrzewskiego i magnetyczny tekst działający na wyobraźnię. I kiedy wydaje się, że dalej będzie już coraz ostrzej, trzeci kawałek jest dla tej płyty tym, czym sabathowski "Fluff". "Talizman" niczym hiszpański romans pochłonął mnie w świat zakamarków ludzkiej duszy i przyniósł ukojenie. Utwór jest krótki i już po chwili wiadomo, że był on jedynie przerywnikiem przed najbardziej znanym fragmentem tego albumu. "Łza dla cieniów minionych" to mistrzostwo gatunku, który ktoś nazwał "muzyką smutnego piękna".

"Na dnie sarkofagu noc, czarna suknia. Rozrzucam korale wspomnień.
Wtulona we włosów płaszcz, wonna rodnią swą, teraz okryta snem.
Na wpół lodowata dłoń, zimne twe usta, a jeszcze nie dawno ogień tlił.
Pamiętam rozkoszny wiatr, masztem gnący sztorm. Daję ci moją łzę
Okręt mój płynie dalej, gdzieś tam. Serce choć popękane, chce bić.
Nie ma cię i nie było, jest noc. Nie ma mnie i nie było - jest dzień." 
"Łza dla cieniów minionych"

Piotr Luczyk (fot. Dariusz Ptaszyński)
Po "Łzie..." wiadomo już, że płyta jest zjawiskiem. Oczekując na kolejne odsłony, spodziewam się już tylko utrzymania poziomu i nie doświadczam zawodu.

"Mamo, tyle lat... Mamo nie ma cię! Mamo, ciepła brak. Mamo a Ty gdzie?
Uciekasz za dom. Uciekasz jak pies.
Mamo, ogarnia mnie koszmarny sen, Mamo, boje się!
Mamo ramię daj. Mamo błagam Cię. Mamo trzech lat... kocham Cię!
Chociaż mnie nie chciałaś mieć. Mamo, tak bym chciał... Mamo, chwalić Cię.
Mamo, ale jak? Mamo skoro wiem?" 
"Delirium Tremens"

Piotr Luczyk (fot. Robert Zembrzycki)
W tym samym roku podobnie przejmujący utwór napisała Kasia Nosowska i umieściła go na albumie Fire, wykrzykując całemu światu słowa traktujące o ohydnym zjawisku pedofilii. Kostrzewski zagrał emocjami na podobnych strunach, dotykając problemu odrzuconych dzieci, a jego monolog - "Mam 25 lat i życie połamane jak patyk..." wywołuje do dziś ciarki na moich plecach.

Wszystkich dziewięć utworów, to jedna spójna stylistyczna całość, a ich spoiwo stanowią emocje pokazane za pomocą poetyckiego języka fantasy i jego oddziaływania na ludzką wrażliwość. Chwilami jest ono tak ogromne, że nie polecam słuchać Ballad nikomu, kto właśnie wdepnął w problemy natury sercowej lub jest nad wyraz empatyczny w stosunku do cierpiących osób bliskich. Mimo, że Kat nie po raz ostatni obdarował swoich odbiorców balladami (jak choćby "Trzeba zasnąć" z płyty Szydercze zwierciadło czy piosenka do słów wiersza Tadeusza Micińskiego "Płaszcz skrytobójcy" ), Ballady nie unikając tematów mrocznych i dramatycznych, są niezwykle liryczne w formie i niezwykle trafne w swoim przesłaniu. Album wydany kilkanaście lat temu, nie stracił nic ze swojej świeżości. Ballady to muzyka, która pozostaje w pamięci na zawsze, a dowodem na to są aż dwa wznowienia tej płyty w latach 1996 oraz w 2003, co jest rzeczą w polskiej muzyce dotychczas niespotykaną w tak krótkim odstępie czasowym.

Pomysłodawcą Ballad był ówczesny menadżer zespołu - Alfred Sosgórnik i pomimo, że w polskim metalu istniały i istnieją tak wielkie zjawiska jak TSA, Turbo, Behemoth czy Vader, to właśnie ten album został przeze mnie najbardziej zapamiętany. Spójność klimatu płyty oraz charyzmatyczny wokal Romana Kostrzewskiego na wieki pozostaną niczym legenda wyśniona.... Zasiądźcie więc wygodnie w fotelu i zgaście światło. Odwróćcie twarz na srebrzysto biały księżyc... i w blasku świecy zatopcie się w świat legend i mitów. Nadchodzą bowiem czasy, gdy romantycy znów będą urywać łeb kolejnym hydrom i wzlatywać nad martwym światem w rajską dziedzinę ułudy, kędy zapał tworzy cudy, nowości potrząsa kwiatem i obleka w nadziei złote malowidła...