wtorek, 31 grudnia 2013

Dobrej muzy przez kolejny ro(c)k! Najważniejsze wydarzenia roku 2013 w subiektywnym spojrzeniu Muzycznej Podróży. (UWAGA!!! Klikasz w wydarzenie i czytasz szczegóły)

Polisz Czart ma już 2 lata!!! 2-go stycznia 2012 zasiadłem po raz pierwszy w studio Radia Verulam, aby nadać dla Was debiutancki program pod tym szyldem. Cieszymy się, iż przeżyliśmy wraz z Wami już drugi rok i z tej okazji życzymy Wam i sobie kolejnych lat wspólnej zabawy. Niestety oprócz wielu chwil radosnych, mijający rok przyniósł nam także dwie smutne chwile i zarazem straty, z którymi nigdy nasze serca nie pogodzą się. Wraz z Wami obejmuję myślami naszego wspaniałego kolegę radiowego Sebastiana Piskorowskiego, który odszedł po ciężkiej chorobie oraz Roberta "Furiego" Furmana - mistrza gitarowych riffów i nieodżałowanego kompana rockowych koncertów, którzy na zawsze pozostaną w naszych sercach.  


Z okazji zbliżającego się Nowego Roku pragnę podziękować wszystkim szefom Redakcji i Instytucji, z którymi jestem lub byłem w mijającym roku związany: Teresie Bazarnik i Grzegorzowi Małkiewiczowi z Nowego Czasu, Ryszardowi Skrzypcowi i Rochowi Sicińskiemu z JazzPRESS-u, Michałowi Wilczyńskiemu z Lizarda oraz Philowi Richardsowi i Nickowi Hazelowi z Radia Verulam a także Marcinowi Taladze z Fali FM oraz Tomkowi "Dzikiemu" Likusowi z BUCH IP. Ponadto dziękuję całej Ekipie Polisz Czart: Monice S. Jakubowskiej, Piotrowi Gruszeckiemu oraz Darkowi Bańka za entuzjazm i radość w zasiadaniu za poliszczartowym sitkiem. Monice S. Jakubowskiej dziękuję za nieustającą możliwość publikacji na łamach Muzycznej Podróży profesjonalnych fotografii na najwyższym światowym poziomie. Dziękuję także wszystkim, z którymi miałem przyjemność w wielu momentach 2013 roku współpracować podczas przygotowywania koncertów, programów radiowych i publikacji prasowych: Mirkowi Boguszowi, Ivarowi, Jackowi Ozaistowi, Magdzie Danickiej, Markowi Szpyrze, Mariuszowi Kwaśniewskiemu, Mateuszowi Fenrychowi, Darkowi Kowalskiemu, Piotrowi Komosińskiemu, Piotrowi Wróblowi, Rafałowi Wronie, Sławkowi Bednarskiemu i Tomkowi "Galikowi" Gali.

Rok 2013 na łamach Muzycznej Podróży to ponad 300 postów. Najważniejsze wydarzenia roku 2013 w subiektywnym spojrzeniu Muzycznej Podróży. UWAGA!!! Klikasz w wydarzenie i czytasz szczegóły

Styczeń:
Wywiad z Ryszardem Pihanem - muzykiem i plastykiem oraz twórcą zespołu Flame
Audycja poświęcona historii polskiej muzyki rockowej
Zwycięzcą styczniowego wydania listy Polisz Czart została grupa Highlanders
Świętowaliśmy pierwszą rocznicę istnienia programu Polisz Czart
Rozmowa z Moniką Lidke dla JazzPRESS-u

Luty:
Wywiad z Adamem Bałdychem dla JazzPRESS-u
Audycja poświęcona fenomenowi i znaczeniu roku 1982 dla polskiego rocka

Marzec:
Wywiad z Alice Zawadzki dla JazzPRESS-u
Zwycięzcą marcowego wydania listy Polisz Czart została grupa Zgiełk
Polisz Czart obejmuje patronatem medialnym 25-lecie Zdrowej Wody

Kwiecień:
Zwycięzcą listy przebojów Polisz Czart został Kompleks Małego Miasteczka
Rozmowa z legendarnym współzałożycielem Rejestracji Grzegorzem "Gelo" Sakerskim
Gośćmi Polisz Czart byli Misiek Es Sędzielewski i Amro Aleks z Metasomy
Wywiad Moniki S. Jakubowskiej z Markiem Fletcherem dla JazzPRESS-u

Maj: 
Wywiad z Marią Peszek dla magazynu Lejdiz
Szepty i Krzyki - awangardowy projekt muzyczny pod patronatem Polisz Czart
Wywiad z wrocławską grupą Przeciwziemia specjalnie dla Muzycznej Podróży

Czerwiec:

Zwycięzcą lipcowego notowania Listy Polisz Czart został Human Control z Londynu

Sierpień:
Gościem Polisz Czart był późniejszy manager Kingdom Waves Libor Příbramský
Wywiad z Tomkiem "Dzikim" Likusem - twórcą firmy BUCH IP

Wrzesień:
Debiut Magdy Danickiej na łamach Muzycznej Podróży
Londyńska grupa Volumeyes zwycięzcą wrześniowego notowania listy Polisz Czart
Spóźniony buntownik - debiut Lorda Wizzarda na Muzycznej Podróży
Druga edycja Songsuite Vocal Festival w Londynie

Październik:
Emisja radiowego wywiadu z Kasią Nosowską na antenie Polisz Czart
Wywiad z Basią Trzetrzelewską dla JazzPRESS-u
Na łamach Nowego Czasu oddałem hołd legendzie blues-rocka - JJ Cale'owi
W Polisz Czart na żywo zagrał londyński zespół Gabinet Looster
Ogłosiłem jubileuszowy konkurs Muzycznej Podróży z okazji 100-tysięcznych odwiedzin

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Oskar Gackowski - To będzie rok The Riddle!

fot. Simona Marchaj
fot. Maria Wąsik
Zespół The Riddle, zanim jeszcze nim został w stu procentach, swój początek bierze w październiku 2010 roku. Jak to bywa mając lat 17-18, człowiek chce zrobić coś ponadprzeciętnego, coś po prostu „Wow!”. Dlatego też w głowie mojej (Oskara Gackowskiego – wokalisty The Riddle) i dobrego znajomego (Jędrzeja Dąbrowskiego – ówczesnego gitarzysty), który rozpoczynał z nami pracę przy bliżej nieokreślonym projekcie, pojawiła się myśl – stwórzmy grupę, róbmy muzykę!

fot. Remigiusz Naruszewicz
Wychyliliśmy kieliszek dobrej, polskiej wódki i wszystko nabrało mocy. „Mamy zespół” – mogliśmy rzec bez ogródek, lecz to - jak się później okazało - był dopiero początek drogi, która miała zaprowadzić nas do występów na scenach wrocławskich pubów, inowrocławskich hal widowiskowych czy wydania własnej EP-ki.

To, że zaczynaliśmy swoją muzyczną podróż [swoją drogą niezłe określenie ;) - przyp. red.], wcale nie oznaczało, że z muzyką jesteśmy zapoznani za pan brat. Wręcz przeciwnie, dla mnie osobiście było to wyzwanie – pierwszy raz stanąć przed mikrofonem i wydobyć z siebie dźwięki, które zadowolą na początek moich współtowarzyszy, a w przyszłości publiczność, przed która przyjdzie nam występować. Pierwszy progres poczyniliśmy, kiedy do zespołu dołączył - nadal obecny w The Riddle - Damian Suseł – basista, człowiek który w tym czasie o muzyce wiedział najwięcej z nas.

fot. Remigiusz Naruszewicz
Miał bowiem już za sobą doświadczenie sceniczne grając we wrocławskim zespole Offhand. Od tego czasu mogliśmy powiedzieć, że czas najwyższy zacząć wspólne granie. Co z tego, że pomysł był, nadszedł czas na jego realizację i zderzenie z rzeczywistością. Mieliśmy już przecież część sekcji rytmicznej, sekcję gitarową i wokal. Czemu więc nie spróbować? I tak zaczęło się wspólne muzykowanie, od spotkania trójki młodych ludzi, gdzieś przy pl. Orląt Lwowskich we Wrocławiu, wspólnej drodze do pobliskiej sali prób i podpięcia sprzętu.

Pierwszym utworem (wykonanym strasznie, ale to strasznie – piszę o tym przez pryzmat doświadczeń ;) ), był cover zespołu Guns ‘N’ Roses – Don’t Cry. Podjęliśmy bodajże tylko jedną próbę wykonania tego utworu. Rzec można, że wszystko zaczęło rodzić się w bólach. Nie zważając na wszelkie przeciwności, których chyba nawet sami nie byliśmy jeszcze świadomi, parliśmy dalej przed siebie.

Czas mijał, próby się odbywały, lepsze lub gorsze, jak to zazwyczaj bywa w młodych, undergroundowych kapelach. Dla nas była to sielanka, lecz wraz z kolejnymi godzinami spędzonymi ze sobą, z instrumentami, nadszedł też czas, żeby zespół powiększył się o kolejne osoby, żeby sprawa nabierała rozpędu. Do zespołu dołączył dobry znajomy naszego basisty – Mateusz Ambroszko (podobnie jak Damian, będący do dziś dzień członkiem zespołu The Riddle).


fot. Remigiusz Naruszewicz
Z tego co sobie przypominam, były to dopiero jego początki z „wiosłem”, a mimo wszystko niesamowicie dawał radę zyskując naszą wielką sympatię. Efektem tego było powstanie naszego pierwszego własnego utworu, napisanego jeszcze w języku polskim, pod jakże enigmatycznym tytułem: „Klatka”, który w naszych głowach siedzi po dziś dzień. Może któregoś dnia nawet coś z nim zrobimy. Po pewnym czasie - jak to nieraz w życiu bywa - tory naszej twórczości rozeszły się w różne strony.

fot. Krzysztof Zatycki
Efektem tego było pożegnanie z Jędrkiem i jego gitarą. Skład się skurczył i po raz kolejny przyszło nam odbywać próby w trójkę. Również wtedy, przez progi naszej sali prób przewinęło się kilka osób, które potencjalnie mogłyby zająć jego miejsce. Jak się jednak okazało, nie był to łatwy okres. Matury naszych znajomych, obłożenie zajęciami prywatnymi czy po prostu brak czasu i chęci, spowodowały, że jeszcze trochę przyszło nam czekać na drugiego gitarzystę. Mimo wszystko, dużo gorzej sprawa kreowała się jeśli chodzi o uzupełnienie sekcji rytmicznej. Nawet jeśli jeden z gitarzystów zdążył odejść, to był taki czas, kiedy udało nam się tworzyć gitarowe riffy z podziałem na sekcję rytmiczną i solową. W przypadku perkusji, nie było tak kolorowo.

fot. Simona Marchaj
Byliśmy świadomi, że znaleźć wtedy we Wrocławiu dobrego perkusistę, który na dodatek był wolny i miał czas na to, żeby spokojnie bawić się przy tworzeniu muzyki, graniczyło niemal z cudem. Czemu więc nie perkusistka? Ostatecznie Kasia Kowalska, która przy „garach” radzi sobie jak żadna inna kobieta, którą znam osobiście, dołączyła do nas na stałe. Musiało minąć niemal 10 miesięcy, od kiedy zespół zaczął istnieć, żeby sprawę w tej kwestii wyjaśnić w stu procentach. W między czasie przewijało się kilka osób, efekt perkusyjny , czy po prostu cisza wydobywająca się ze stojących na sali bębnów. Dopiero Kasi uderzenia zadowoliły nas całkowicie, choć i podobnie jak w przypadku moim, czy Mateusza, dołączenie do zespołu oznaczało kompletnie nowe doświadczenie jakim było posługiwanie się swoim instrumentem. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy do zespołu dołączyła Kasia (a był to maj/czerwiec 2011 roku), w naszych szeregach pojawił się mój znajomy ze szkolnej ławki w liceum Krzysztof Wojtuś. Wiedziałem, że gra na gitarze, lecz dopiero któraś z „osiemnastkowych” imprez, jakie odbywały się wiosną, spowodowały, że udało nam się porozmawiać na tematy muzyczne. Koniec końców, wyszło na to, że szukamy osoby, która wypełniłaby nam lukę jaką niewątpliwie był dla nas brak drugiego gitarzysty.

Backstage MBTM - Oskar z Pawłem Drygasem - perkusitą Katedry
 Ostatecznie, gdzieś nad ranem, umówiliśmy się że jak najszybciej się ze sobą skontaktujemy w sprawie najbliższej próby, podczas której ustalimy coś w kwestii wspólnego grania. Nie chcę, żeby to co teraz napiszę, zabrzmiało niestosownie, ale nasze serca zaskarbił sobie już tym, że na pierwszą próbę przyniósł 6 lub 8 piw, po czym je dla nas zostawił, bo niestety musiał szybciej opuścić nasze pierwsze muzyczne spotkanie. Dopiero później okazało się jak fenomenalnie radzi sobie z gitarą. Tym samym przypieczętował swoją obecność w The Riddle.

fot. Remigiusz Naruszewicz
Od czasu założenia zespołu do naszego pierwszego koncertu minęło prawie dziewięć miesięcy. Można więc powiedzieć, że idąc śladem matki natury, wytworzył się organizm z potencjałem i ambicjami, aby tę muzykę rozwijać wkładając w nią swój własny pierwiastek.

Ciepły czerwcowy wieczór, koncert dobrze znanych obecnie we Wrocławiu zespołów Katedra i Strain oraz my – bodajże jeszcze pod nazwą Reverse. Na sam koniec jako sceniczni debiutanci dostaliśmy swoje „pięć minut” przy okazji jam session, które odbywało się w nieistniejącym już niestety pubie „Wagon”. Jeszcze wtedy bez własnych aranżacji, jedynie z kilkoma coverami m.in. „Boom Boom” John Lee Hookera stawialiśmy swoje pierwsze kroki na scenie. Nasze własne utwory zaprezentowaliśmy dopiero w październiku 2011. Od tego momentu oficjalnie funkcjonowaliśmy już jako zespół The Riddle.

Zaczęło się poważne granie i koncertowanie, zaczął spoczywać na nas obowiązek podjęcia próby tworzenia własnej muzyki bazującej na wspólnych inspiracjach latami 60'. i 70', kiedy to na czołówkach widnieli Jimi Hendrix, Led Zeppelin, Cream itp. Swój pierwszy sukces osiągnęliśmy już w listopadzie 2011 zdobywając wyróżnienie na Ogólnopolskim Przeglądzie Piosenki Licealnej „WYBRYK”, przedstawiając dwa własne utwory, a już chwilę po tym występowaliśmy na jednej scenie wraz z Romanem „Pazurem” Wojciechowskim, Leszkiem Cichońskim, Andrzejem Ryszką czy Jackiem Krzaklewskim przy okazji koncertu zespołu Pazur Rock-Blues Band w klubie Liverpool. Wszystko szło po naszej myśli! Koncertów nie brakowało. W kwietniu 2012 roku udało nam się zagrać w Inowrocławiu na hali widowiskowo-sportowej (dzięki uprzejmości niefunkcjonującego już zespołu Nevermind). Po raz pierwszy mogliśmy poczuć namiastkę tego, co Ci bardziej znani doświadczają pod hasłem „trasa koncertowa” i niesamowicie nam się to podobało!

projekt graficzny EP-ki Maria Wąsik
W końcu wróciliśmy do koncertowania w rodzimym mieście i pracy nad własnym materiałem co ostatecznie zaowocowało naszą pierwszą EP-ką - „Stories of Uncle Jim”, wydaną własnym nakładem sił (do odsłuchania pod linkiem:ttps://soundcloud.com/the-riddle-official. To chyba właśnie ten moment możemy nazwać naszym największym dotychczasowym sukcesem. Osobiście nie sądzę, że jest w karierze osoby tworzącej muzykę coś piękniejszego niż wydanie na świat swojego „dziecka” pod postacią muzyki, która płynie z nas samych. Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdyby nie cudowna oprawa graficzna naszej dobrej znajomej Marii Wąsik (tu można pooglądać jej prace, w tym okładkę naszej płyty - https://www.facebook.com/wasikmaria), Olka Sobeckiego, który to wszystko dla nas nagrał, zmasterował i po prostu miał do nas cierpliwość, oraz Romkowi Gomułkiewiczowi i zespołowi Braksnu, dzięki którym mogliśmy skorzystać częściowo ze sprzętu.

To oprócz nas twórcy naszego, jak do tej pory, największego osiągnięcia. do pracy nad własnym materiałem, co ostatecznie zaowocowało naszą pierwszą EP-ką - „Stories of Uncle Jim”, wydaną własnym nakładem sił - do odsłuchania pod linkiem:

Podsumowując, zespół działa i ma się dobrze. Czekamy na kolejne okazje do tego, aby koncertować, aby dzielić się z ludźmi muzyką. Chyba po raz pierwszy publicznie mogę powiedzieć o tym, że pracujemy nad zupełnie nowym materiałem, który usłyszeć będzie można już wiosną, gdzieś w stolicy Dolnego Śląska, a później – kto wie - może uda się zebrać fundusze i wydać pierwszy long play. Na to liczymy!

niedziela, 29 grudnia 2013

IVAR i LECHU zapraszają! 28-go grudnia w pubie ROCKY zagra grupa The Riddle!

IVAR i LECHU zapraszają!
pub ROCKY na rogu ulic:
Gwiaździstej i Swobodnej
we Wrocławiu
28-12-13 sobota, godz. 21:00, 
wstęp wolny
THE RIDDLE – rock + JAM SESSION







Więcej informacji o The Riddle znajdziecie w artykule 
Oskara Gackowskiego  - To będzie rok The Riddle! który znajduje się tutaj

fot. Krzysztof Zatycki
Skład obecnego zespołu The Riddle zaczął się kształtować w październiku 2010 roku, dzięki szalonemu pomysłowi Oskara Gackowskiego – wokalisty i Jędrzeja Dąbrowskiego – ówczesnego gitarzysty. Wkrótce do kapeli dołączył basista Damian Suseł, który miał za sobą doświadczenie sceniczne grając we wrocławskim zespole Offhand. I tak zaczęło się wspólne muzykowanie, od spotkania trójki młodych ludzi, gdzieś przy pl. Orląt Lwowskich we Wrocławiu, wspólnej drodze do pobliskiej sali prób i podpięcia sprzętu. Po jakimś czasie do zespołu dołączył gitarzysta Mateusz Ambroszko, a następnie z grupą pożegnał się Jędrzej Dąbrowski, którego zastąpił kolejny gitarzysta Krzysztof Wojtuś. Z czasem przy perkusji zasiadła Kasia Kowalska.

 

fot. Simona Marchaj


Od czasu założenia grupy do jej pierwszego koncertu minęło prawie dziewięć miesięcy. Zespół -  działający wówczas pod nazwą Reverse, otrzymał swoje „pięć minut” przy okazji pewnego jam session, które odbywało się w nieistniejącym już wrocławskim pubie „Wagon”. Od tego momentu formacja oficjalnie rozpoczęła funkcjonowanie jako The Riddle. Pierwszy sukces grupa osiągnęła w listopadzie 2011, zdobywając wyróżnienie na Ogólnopolskim Przeglądzie Piosenki Licealnej „WYBRYK”, a już chwilę po tym wystąpiła na jednej scenie wraz z Romanem „Pazurem” Wojciechowskim, Leszkiem Cichońskim, Andrzejem Ryszką i Jackiem Krzaklewskim przy okazji koncertu zespołu Pazur Rock-Blues Band w klubie Liverpool. W kwietniu 2012 The Riddle dzięki uprzejmości niefunkcjonującego już zespołu Nevermind zagrał na hali widowiskowo-sportowej w Inowrocławiu. Po powrocie do Wrocławia i pracy nad własnym materiałem, zespół wydał swoją pierwszą EP-kę - „Stories of Uncle Jim”. The Riddle  to piątka muzyków inspiracjami sięgająca przełomu lat 60 i 70. Zespół wyrasta z samych korzeni bluesa i rock n rolla, a w jego muzyce słychać hipisowski duch, dekadenckie teksty i energiczną ekspresję emocji.
 
Oskar Gackowski - wokal
Mateusz Ambroszko - gitara
Krzysztof Wojtuś - gitara
Damian Suseł - bas
Katarzyna Kowalska - perkusja

niedziela, 22 grudnia 2013

Niech Wam w sercach gra muzyka w te Święta - 23-go grudnia druga dziesiątka Listy Wszech Czasów Polisz Czart



Drodzy Słuchacze,

Tym programem, jak i kolejnym, przedstawiającym pierwszą dziesiątkę wszech czasów, który wybrzmi już w 2014 roku pragniemy uczcić dwa ważne wydarzenia: Życzyć Wam Radosnych Świąt i szczęścia w nadchodzącym roku oraz podziękować, za wszystkie chwile, które spędziliście z nami w ciągu roku mijającego, wyrażając przy tym nadzieję, że kolejny rok przyniesie Wam jeszcze więcej dobrej muzyki i pozwoli spełnić wszystkie dotychczas jeszcze niespełnione marzenia.

Za nami podsumowanie przebojów 2013 roku, które przyniosło sukces piosence "Angel" wrocławskiego zespołu Frühstück. Tym razem jednak zapraszamy Was na zestawienie szczególne. Pragniemy podarować Wam podczas ostatniej tegorocznej i pierwsze przyszłorocznej audycji Polisz Czart taką muzykę, którą wszyscy bardzo dobrze znamy od wielu lat i na którą w ciągu dwóch lat istnienia naszej Listy Przebojów także od czasu do czasu przychodziły głosy od wielu z Was. W związku z tym, że aktualne wydania naszej listy przebojów zawierają tylko utwory zrealizowane po roku 2010, lista wszech czasów zawiera dla odmiany te wszystkie polskie utwory, które pamiętamy jeszcze z lat 60', 70', 80' i 90' ubiegłego stulecia oraz z pierwszej dekady nowego tysiąclecia. Jednym słowem usłyszycie najpopularniejsze Waszym zdaniem polskie kompozycje, które powstały od lat 60' do roku 2010 włącznie wg liczby głosów, jakie wpłynęły do nas w ciągu dwóch lat istnienia programu.

A teraz bardzo osobista refleksja związana z najbliższym programem. Kiedy spojrzałem na zestawienie piosenek z pozycji 11 do 20, które w najbliższy poniedziałek usłyszycie... objąłem myślami cały mijający rok i wszystkie jego dobre i złe chwile. Po dramatycznych wydarzeniach ostatnich tygodni, które jeszcze ciągle są dla nas bardzo świeże i bolesne, nie jesteśmy na chwilę obecną jeszcze gotowi na tak huczne świętowanie drugiej rocznicy naszego istnienia, jak miało to miejsce rok temu, kiedy to obchodziliśmy nasze pierwsze Urodziny. Tak jak nasze nastroje, w których w ciągu mijającego roku przeplatały się radość i melancholia, podobnie przedstawia się... nasza druga dziesiątka. Odnajdziecie w tym zestawieniu piosenki prześmiewcze, ale odnajdziecie też i takie, które mówią o przemijaniu. Tak więc niech najbliższa audycja będzie muzycznym odzwierciedleniem mijającego roku dla naszej radiowej Społeczności, a piosenki, w których śmiech będzie przeplatał się z melancholią niechaj stanowią tych naszych nastrojów najpiękniejszą ilustrację.

Frühstück - muzyka niosąca Nadzieję (Nowy Czas nr 198)

Powstali 16 lat temu. Mieszkają we Wrocławiu. Śpiewają tylko w języku angielskim. Mimo, że grali w Londynie już kilkukrotnie, a ich poziom artystyczny porównywalny jest z najlepszymi polskimi kapelami, ich twórczość ciągle jeszcze nie jest znana w takim stopniu, na jaki zasługuje. Zespół Frühstück łączy ostre rockowe granie z chrześcijańskim przekazem tekstowym. W mijającym roku do serii wielu sukcesów Frühstück dołożył jeszcze jeden. Mimo, że nie wygrał żadnego z tegorocznych notowań Listy Przebojów Polisz Czart - polskiej audycji radiowej nadawanej ze studia brytyjskiego Radia Verulam w St. Albans - w podsumowaniu rocznym tego zestawienia piosenką "Angel" zwyciężył z ogromną przewagą nad innymi wykonawcami. Kilka lat temu ich istnienie wisiało na włosku. Dziś przygotowują się do wydania nowej płyty. Zachęcając do lektury poniższej rozmowy, życzę Czytelnikom Nowego Czasu, Słuchaczom i Artystom związanym z programem Polisz Czart oraz byłym i obecnym Muzykom zespołu Frühstück radosnego przeżywania Świąt Bożego Narodzenia.



Sam na sam z Frühstückiem
- Rok 1997 był ważny dla Wrocławia z dwóch powodów. Po pierwsze miała tam wtedy miejsce powódź tysiąclecia, po drugie powstał zespół Frühstück ...

Martijn: ...po trzecie odwiedził nas Papież i po czwarte Wrocław odwiedziła Królowa Holandii.

- Jako że jestem Wrocławianinem, zapewne w latach 90’ mijaliśmy się czasami chodząc po ulicach. 


Kocham to miasto...
Jak bardzo zmienił się Wrocław od tamtego czasu?

Łoś: Jest przepiękny.

Szczypior: Najpiękniejsze miasto w Polsce.

- Nie pozostaje mi więc nic innego, jak się z tą opinią zgodzić i przyjąć do aprobującej wiadomości (śmiech).

Martijn: Infrastruktura bardzo się zmieniła. Powstały nowe drogi i obwodnice. Zupełnie inaczej teraz podrużuje się po Wrocławiu. Ma to duży wpływ na jakość życia...

Łoś: ... i na robienie muzyki we Wrocławiu.

- Co was skłoniło w roku 1997, aby połączyć się w dziele muzycznym?

Łoś: Każdy z nas miał plan robienia muzyki czy też hałasowania. Różnie można to zdefiniować. Marcin, czyli Szczypior w początkach tego projektu jeszcze nie uczestniczył, ponieważ - o ile dobrze pamiętam - właśnie wychodził z pieluch.

- Skąd wzięła się ta ksywa?

Szczypior: Moje życie to Fruhstuck - fot.Bogumił Skoczylas
Szczypior: O to trzeba zapytać Łosia czyli Wojtka.

Łoś: Nie pamiętam (śmiech)

Martijn: Ja pamiętam. Kiedy Marcin po raz pierwszy stanął z nami na scenie, miał z włosów zrobiony taki śmieszny, mały ogonek...

Łoś: ... ale gdyby to była ta linia dedukcji, to powinien mieć ksywę Szczuru...

- Czyli też na „szcz” (śmiech). Jeden z was mówi po polsku z lekko słyszalnym akcentem zachodnioeuropejskim? Gdzie tak dobrze nauczyłeś się języka polskiego?

Martijn: We Wrocławiu...

- Jak czyta się twoje imię?

Martijn - fot.Bogumił Skoczylas
Martijn: Martajn.

- Co skłoniło człowieka urodzonego w kraju Marco Van Bastena i Johana Cruyffa...

Martijn: ... żeby przyjechać do kraju Lewandowskiego? (śmiech) To jest długa historia, która zaczęła się jeszcze w roku 1987. Przyjechałem wtedy do Polski z Amsterdamu z zupełnie innym zespołem. Wzięliśmy udział w festiwalu rockowym w Jarocinie. Koncertowaliśmy także w innych miastach.

- W jaki sposób znaleźliście się w Polsce?

Martijn: Lider mojego ówczesnego zespołu obejrzał na BBC dokument o młodych ludziach, którzy w latach 80’ walczyli o wolność w Polsce. Bohaterem tego filmu był Paweł „Guma” z zespołu Moskwa. Dokument ten pokazał ich jarocińską przygodę. Po obejrzeniu tego filmu nasz lider powiedział: „Tam chciałbym zagrać!” Bardzo chcieliśmy wtedy coś przekazać poprzez ten występ. Chcieliśmy zaśpiewać o wolności, którą możemy mieć dzięki odnowieniu więzi z Bogiem.

- Był to rok 1987, czyli czas, kiedy wolności w Polsce jeszcze nie było.

PRL-owskie wspomnienie Martijna
Martijn: Tak, dokładnie. Przy wjeździe musieliśmy okazać się posiadaniem 10 marek niemieckich na każdy dzień pobytu. To był zupełnie inny czas. Pamiętam, że kupiłem jakiś dziwny zegar, bo nie wiedziałem, co zrobić z taką ilością złotówek. Pamiętam też, że był wówczas w sklepach jakiś dziwny polski napój, który wyglądał jak Coca Cola, ale nią nie był (śmiech).

- Czy Polska, jaką zobaczyłeś w roku 1987 była tym krajem, jaki miałeś w swojej wyobraźni wyjeżdżając z Holandii, czy zaskoczyła Cię czymś?

Martijn: Byłem bardzo zaskoczony otwartością ludzi i ich głębokością w podejściu do życia. Pochodzę z kraju, który podobno jest bardzo bogaty, ale tak naprawdę jest on bardzo płytki, jeśli chodzi właśnie o podejście do życia, o stawianie sobie przez ludzi głębszych pytań itd.

Demo sprzed lat
W Jarocinie spotkałem osoby, które dzięki swoim sercom i temu, co mają w głowach, byli o wiele bardziej bogaci od wszystkich ludzi, jakich znałem z Holandii. Być może trochę to teraz generalizuję, ale wtedy oczekiwałem zupełnie innej rzeczywistości. Polacy byli głodni życia, głodni wiedzy i coś zaczęło dziać się w moim sercu. Dwa lata później ponownie przyjechałem z tym samym zespołem do Polski.

- Dlaczego akurat Wrocław stał się miejscem, w którym postanowiłeś zostać na długie lata?

Martijn: Była to decyzja logiczna. Chcieliśmy zamieszkać w Polsce gdzieś, gdzie moglibyśmy uczyć się języka polskiego i jednocześnie musiało być to miejsce, w którym już znaliśmy ludzi. Do wyboru były: Gdańsk, Warszawa i Wrocław. Zdecydowałem się na Wrocław, bo znajduje się on najbliżej Holandii.

- Gatunek muzyczny, jaki postanowiliście wspólnie grać powstał spontanicznie podczas narodzin zespołu, czy też był wynikiem bardzo konkretnych ustaleń?

Łoś: Każdy z nas jest fanem podobnego stylu gry. Starczyło, że wpięliśmy gitary do wzmacniaczy i pierwszym dźwiękiem, jaki się wtedy wydobył, był post grunge, rage core.

Martijn: Od samego początku szliśmy w stronę gitarowego rocka.

- Jak po 13 latach od wydania pierwszej płyty „: mine” patrzycie na nią dziś?

Łoś: Cały czas dobrze mi się jej słucha. Wydaje mi się, że uchwyciliśmy na niej to wszystko, co mieliśmy muzycznie wówczas do powiedzenia. Z bałaganiarskiego konceptu poważny porządek zrobił Robert Szydło, który realizował wtedy ten materiał. Niekończące sie ukłony dla niego z mojej strony za to co zrobił. Jest to bardzo dobrze brzmiąca płyta. Jest to brzmienie, jakiego dziś już nie mamy. Zdryfowaliśmy przez lata w kierunku bardziej agresywnego rocka, oldskulowego i hałaśliwego. Nasze dwie pierwsze płyty, które Robert realizował są bardzo poukładane i brzmieniowo czyste. Niemniej lubię często do tych płyt wracać. Wtedy był też zupełnie inny skład. Obie te płyty nagraliśmy z Danielem Kulikiem na gitarze, który był z nami od początku istnienia zespołu.

- Marcinie, jesteś najmłodzy wiekiem i stażem w zespole. Wyobrażasz sobie swoje życie bez Fruhstucka?

Szczypior: Moje życie to Fruhstuck. Gram w nim od stycznia 2008. Fruhstuck bardzo mocno ukształtował mój charakter. Posiadając starszych braci, którzy przecierali szlaki, nie musiałem niczego odkrywać od nowa. Oprócz Wojtka „Łosia” w zespole Fruhstuck grał jeszcze jeden nasz brat - Piotrek „Kopara”, który dziś występuje w londyńskim zespole Beauty For Ashes. Zarówno „Łoś” jak i „Kopara” są dla mnie ogromnymi autorytetami. Uczę się od nich całe życie tego jak grać i jak nie grać.

- Jak obaj patrzycie na Piotra „Koparę” przez pryzmat tego, co robi w Beauty For Ashes?

Łoś: Jest dla mnie sporym zaskoczeniem, że Kopara odnalazł się w takich dźwiękach i do tego robi to w taki sposób, jakby grał je całe życie, więc jest to dla mnie przekonujące.

oj... kiedy to było?
- Po nagraniu pierwszej płyty „Main”, dość szybko pojawiła się druga „Muza”, ale już do nagrania trzeciej musiało upłynąć aż dziewięć lat. Dlaczego?

Martijn: Nie było to zamierzone. Miało to ścisły związek z falą emigracji Polaków do krajów Unii Europejskiej, jaką można było zaobserwować po roku 2004. Nasz perkusista Tomek „Scottie” Kuźbik także wtedy wyjechał. Musieliśmy szukać kogoś nowego, kto mógłby z nami grać. Do Irlandii wyjechał Piotrek „Kopara”. Nie tworzyliśmy więc dość długo nowego repertuaru, ponieważ nasz skład ciągle się zmieniał. Prawie każda próba odbywała się z jakimś nowym muzykiem i dotyczyła tylko najbliższych koncertów, ale nie wnosiła żadnych nowych kompozycji, które mogłyby stanowić materiał na nową płytę. Pamiętam nawet pewną rozmowę w momencie, w którym byliśmy w poważnym dołku. Rozmawialiśmy wtedy, czy mamy jeszcze siły, aby nadal wspólnie grać, aby przetrwać i czy to wszystko, co robimy ma jeszcze sens. W końcu doszliśmy do wniosku, aby nie przejmować się aż tak bardzo przeciwnościami losu.

Łoś: Graliśmy na koncertach kilka moim zdaniem dobrych, nowych piosenek i był to najważniejszy powód, aby – jeśli będzie taka konieczność - zamknąć swoje istnienie ostatnią płytą.

Martijn: W międzyczasie niczym marnotrawny syn wrócił „Scottie” i dołączył Szczypior. W zespole pojawiła się nowa energia i świeży powiew. Był to dla nas przełomowy moment, który nie tylko zadecydował o wydaniu kolejnej płyty, ale przede wszystkim o dalszym istnieniu zespołu.

- Dzięki temu, że nie masz polskiego pochodzenia, o wiele łatwiej jest ci chyba wykonywać piosenki w języku angielskim. Bardzo rzadko bowiem zdarza się, aby polski wokalista śpiewał piosenki w tym języku w sposób na tyle poprawny, by jego akcent był dla przeciętnego Anglika niezauważony. Nie uważasz, że wasz zespół właśnie dzięki temu dość łatwo odnajduje się za granicą? Myślę, że dzięki tobie, wielu z potencjalnych słuchaczy nie ma często świadomości, że na scenie stoi zespół z Polski.

Martijn: Największym komplementem, jaki przeczytałem w jednym z angielskich magazynów było stwierdzenie, że mimo iż zespół nie pochodzi z Wielkiej Brytanii lub ze Stanów, posiada autentyczną wymowę języka angielskiego.

Łoś: Wynika to też z tego, że w takich krajach jak Holandia czy Szwecja język angielski od dziecka jest niejako drugim językiem.

- Kiedyś nawet usłyszałem taki żart, że holenderski i szwedzki są tak trudnymi językami, że ludzie w tych krajach wolą mówić po angielsku (śmiech).

Martijn: Ja natomiast uważam język polski za bardzo trudny.

- W mojej opinii nie tylko nasz język jest bardzo trudny. Trudna do zrozumienia jest niekiedy także nasza polska mentalność i to nie tylko dla obcokrajowców, ale czasami także dla tych Polaków, którzy przez kilka lat zdążyli już pożyć poza granicami Polski i odzwyczaili się od niektórych mechanizmów myślenia, które Tam nadal obowiązują. Wróćmy jednak do waszego zespołu. 

Jesteście znani w wielu krajach, w tym także za Oceanem. Występowaliście na różnego rodzaju festiwalach w USA. Holandii, Niemczech, na Łotwie i Słowacji. Jak to jest, że polskim zespołom jest tak trudno koncertować za granicą, natomiast wam przychodzi to z łatwością?

Łoś: Ani nie przesadzałbym, że przychodzi nam to z łatwością, ani z tym, że jesteśmy znani za granicą. Mamy przyjemność korzystania z zaproszeń naszych przyjaciół porozsiewanych po całym świecie. Uzupełniając Twoje wyliczanki, dodam, że mieliśmy okazję grać także w Austrii, Chorwacji i we Włoszech. Trochę faktycznie pojeździliśmy, natomiast nie nazwałbym tego międzynarodową karierą.

- Ja tego również tak nie nazwałem. Po prostu bywacie za granicą, co nie jest dziś zbyt proste dla bardzo wielu dobrych polskich kapel z kilku - jak sądzę - powodów. Po pierwsze finansowych, ale zapewne też i marketingowych.

Łoś: Ważny jest także język. Przed chwilą zresztą rozmawialiśmy o tym. Gdyby ABBA śpiewała po szwedzku, zapewne nigdy nie wyjechałaby poza Szwecję. Dzięki temu, że śpiewali po angielsku, mogła być rozpoznawalna o wiele szerzej. Język angielski w muzyce jest językiem uniwersalnym, a język uniwersalny działa tak samo dobrze w Niemczech jak i w Chorwacji. Wykorzystujemy fakt, że dysponujemy naturalnym sposobem komunikacji obowiązującym poza granicami Polski.

- Kto jest autorem waszych tekstów?

Martijn: Ja

O czym są twoje teksty i jaki jest ich przekaz?

Martijn: O życiu, o nadziei, o miłości, o wierze, o wątpliwości, o radości, o bólu...

- Czy to, że wywodzicie się z kręgu chrześcijańskiego, ma znaczący wpływ na treści, które chcesz przekazać swoim słuchaczom poprzez teksty?

Frontman z charyzmą
Martijn: W tym kontekście chcę w moich tekstach wyrazić pogląd, że możliwe jest mieć osobiste relacje z Bogiem. Kiedy czytam psalm, widzę teksty, które są proste tak, jak proste jest serce człowieka, który woła Boga, gdy odczuwa ból i który wysławia Boga, kiedy odczuwa radość, śpiewając to wszystko, co jego szczere serce wyraża. Myślę, że wielu ludzi rozumie Chrześcijaństwo jako pewien system wartości, jako pewien styl życia, jako zasady, których należy się trzymać jak systemu prawnego – co ci wolno, a czego nie. Ja chcę z takim pojmowaniem religijności w swoich tekstach walczyć. Owszem, wszystkie te zasady, które wyznaczają system religijny są istotne, ale to czy ja piję wodę z kubka czy ze szklanki, to już nie jest tak bardzo istotne. Ważne jest to, że jestem spragniony i dlatego piję. Formy pojmowania religii mogą się różnić, ale ja poprzez teksty pragnę wyrażać to wszystko, co moje serce chce powiedzieć Bogu. Nie chcę mówić o różnicach w pojmowaniu Boga, jakie są podstawami istnienia takich religii jak Buddyzm, Chrześcijaństwo czy Islam. Wierzę, że jako człowiek, jestem spragniony i potrzebuję „wody” w ujęciu metaforycznym, czyli Jezusa.

Bo wszyscy basiści, to fajne chłopaki...
- Jest w Polsce zespół 2TM2,3 popularnie nazywany Tymoteuszem, który - podobnie jak wy - łączy ostre rockowe granie z treściami o charakterze religijnym. Jest też chrześcijański nurt heavy metalowy, do którego należy np. zespół Malchus. Wszystkie te grupy łącznie z Waszą tworzą teksty inspirując się Psalmami lub innymi księgami biblijnymi. Jak połączenie takich treści z muzyką rockową jest postrzegane przez osoby, które przypadkiem znalazły się na waszym koncercie i które nie są zainteresowane ewangelizacją? Mieliście zapewne niejednokrotnie kontakty z taką publicznością. Jaka zazwyczaj jest reakcja ze strony tych odbiorców?

Spotkanie  z Łosiem we wrocławskim pubie Rocky
Łoś: Cały czas mamy do czynienia z taką publicznością. Nie gramy w chrześcijańskich gettach. Mówiąc i o muzyce i o przekazie, łączymy te rzeczy, które są istotne dla każdego z nas. Jeśli chodzi tylko o warstwę muzyczna, każdy z nas "ciśnie" tematy rockowe, bo to jest coś, co jest dla nas wspólnym mianownikiem. Dla każdego z nas taka forma wyrażania siebie jest czymś naturalnym. Warstwa tekstowa jest natomiast naszym wspólnym mianownikiem jeśli chodzi o nasz mental - to jacy jesteśmy, w co wierzymy, czym żyjemy itd.

- Znacie na pewno Darka Malejonka, Tomka Budzyńskiego, czy Roberta „Litzę” Fridricha, którzy często przy okazji koncertów składali różnorakie świadectwa. Czy zderzenie takich form kontaktu - które są także częścią waszych koncertów - z publicznością, której światopogląd jest daleki od waszego, przyniosło wam jakieś ciekawe spostrzeżenia?

Angel, down deep divine how did you find me here
In this dark state of soul and time
Martijn: To są najfajniejsze koncerty. Udowadniają nam one, że muzyka podczas przekazu takich treści musi być na jak najwyższym poziomie. Jeśli muzyka nie nie jest atrakcyjna dla sluchacza, który nie podziela naszego światopoglądu, nie można liczyć na to, aby ten przekaz został przez niego wysłuchany. Jeśli ludzie przyjeżdżają na nasz koncert i widzą, że gramy z sercem, z zaangażowaniem i opieramy to na naszych zdolnościach muzycznych, zyskujemy u nich pewien rodzaj autorytetu niezależnie od przekazywanych treści. Jeśli natomiast muzyka się nie broni i jest do niczego, to napewno dotarcie z treściami będzie co najmniej trudne. Nie jesteśmy najlepszym zespołem w Polsce, ale jednocześnie uważam, że nie mamy się także czego wstydzić. To co robimy, czynimy najlepiej, jak tylko potrafimy. Nigdy przynajmniej nie słyszałem jakichś negatywnych opinii na nasz temat. Pamiętam jak pewien dziennikarz wrocławski, który był na jednym z koncertów w początkowym okresie naszej działalności napisał, że był zachwycony klimatem i że w jego opinii jest to coś zupełnie nowego we Wrocławiu – śpiewają o Bogu, ale w taki

sposób, że nie mam wrażenia, iż jestem na spotkaniu hiszpańskiej Inkwizycji (śmiech).

Szczypior: Dzięki temu, że nasze teksty napisane są po angielsku, ludzie nie są zmęczeni ich tematyką. Ktoś, kto słucha nas w Polsce, aby w całości zrozumieć nasze przesłanie, musi dogrzebać się do tekstów drukowanych i dopiero wtedy może się nad nimi zastanowić, aby zrozumieć je do końca.

- W londyńskim Ravenscourt Art Centre macie wierną publiczność, która w dużym stopniu posługuje się na co dzień tylko językiem angielskim i z tej przyczyny w sposób naturalny wasze teksty trafiają do niej bezpośrednio.
Czym jest dla was występ właśnie w tym miejscu?

Martijn: Tu najbardziej mam świadomość, że bezpośrednio trafiam do odbiorców. Na koncertach w Polsce najczęściej nikt wszystkiego do końca nie odbiera i być może tylko pewna część publiczności sięga potem do naszych tekstów.

Łoś - fot.Bogumił Skoczylas
- Jednak to właśnie w Polsce występujecie najczęściej. Między innymi graliście także na ubiegłorocznym Slot Festival w Lubiążu?

Łoś: Zgadza się. W roku ubiegłym zagraliśmy tam promując nasz krążek "Quiet".

- W roku ubiegłym na Slocie zagrał także bliski memu sercu młody wrocławski zespół Katedra. Znacie tę kapelę?

Martijn: Tak. Widziałem ten zespół w programie Must Be The Music i bardzo mi się podobało to, co ci młodzi ludzie grają.

- Co najbardziej podoba Ci się w Katedrze?

Martijn: Podoba mi się to, że przywracają polskiej muzyce autentyczny nurt rocka i jednocześnie jest to niezwykle świeże.

- Co uważacie za wasze najważniejsze tegoroczne osiągnięcie?

Łoś: Kilka dużych tematów mamy już za sobą. Udało nam się nawiązać współpracę z nowym wydawcą. Pozdrawiamy firmę Luna Music z Wrocławia, która będzie

wydawać naszą najnowsza płytę „Story” oraz wznowi „Quiet”, której nakład praktycznie już się wyczerpał. W międzyczasie odpaliliśmy nowego singla „Rage”.

- Jaka będzie wasza najnowsza płyta?

Martijn: Jest stylistycznie podobna do Quiet. Ten krążek to nasz kolejny rozdział.

- Pomimo, że o to nie zabiegaliście, dzięki waszym londyńskim sympatykom skupionym wokół Sławka Bednarskiego, jesteście jedną z największych gwiazd programu radiowego Polisz Czart, a piosenka „Angel” mimo, że nie wygrała żadnego z tegorocznych notowań naszej listy przebojów, zdobyła najwięcej głosów na przestrzeni całego roku i jest naszym numerem jeden z olbrzymią przewagą nad pozycją nr 2? Jak odbieracie ten sukces?

Łoś: Bardzo nam miło rzecz jasna, ale nie ukrywam, że jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, że akurat ta piosenka wdarła się na waszą listę. „Angel” nie jest próbką reprezentatywną naszego grania, jeśli już mówimy o pozycjach singlowych. Zazwyczaj są one bardziej rockowe, nośne, a „Angel” jest według mnie trudnym numerem i tym bardziej jestem zaskoczony.

Martijn: Moment tworzenia muzyki, potem jej grania i w końcu nagrywania są niewątpliwie pięknymi chwilami dla każdego artysty. Jeśli jednak historia naszego tworzenia i grania idzie dalej i owoc tego, co robimy, objawia się potem w postaci dobrego przyjęcia naszej muzyki przez słuchaczy, to jest to dla nas radość podwójna.

- Jako twórca tej listy, nie ukrywam, że cieszę się także waszym sukcesem. „Angel” jest bowiem także bardzo dobrze odbieranym utworem przez wielu polskich muzyków z Londynu, którzy niejednokrotnie podkreślali wielkość tej kompozycji. Sławek Bednarski napisał mi podczas trwania programu radiowego z waszym udziałem następującej treści sms: „To unikalna kompozycja. Jedna z tych, do których nie można niczego dodać, ani niczego ująć bez czynienia szkody dla całości.” O czym jest „Angel”?

- Martijn: Angel jest refleksją o tym, że Bóg spotka się z człowiekiem, który jest w „dolinie”, który złapał depresję. Ten utwór jest inspirowany pewnym biblijnym zdarzeniem. Eliaszowi Bóg pokazał swoją wielkość.

Kopara - kilkanaście lat z Fruhstuckiem
Po tym wydarzeniu Eliasz uciekł na pustynię. Stracił wiarę, stracił nadzieję i chciał umrzeć. W tym momencie Bóg, który widzi wszystko to, co dzieje się z Eliaszem, wysyła do niego Anioła. Ta historia symbolizuje stan duszy każdego człowieka, którego dopada depresja i który krzyczy: „wyślij do mnie swojego anioła, bo ja też potrzebuję Twojego dotyku, świeżej siły, powietrza i światła”. Śpiewając ten tekst podczas koncertu, chcę pokazać słuchaczowi, że jesteśmy dla siebie jak lustrzane odbicia, że ten tekst jest nie tylko o mnie, ale i o Tobie i że może dotyczyc i dotykać każdego z nas w podobny sposób.

- Postanowiłeś w tym roku wrócić do Holandii. Jak widzicie swoją przyszłość?

najbardziej wrocławski Holender na świecie
Martijn: Staliśmy się prawdziwie europejskim zespołem i rozszerzamy nasze horyzonty. Jednocześnie na pewno z częstotliwością naszych koncertów będzie zupełnie inaczej niż do tej pory. W lutym będzie premiera naszej nowej płyty „Story” i jest już czas, aby pomyśleć o następnym albumie. Powstają już nawet nowe piosenki. Staramy się utrzymać tempo pomimo różnicy geograficznej pomiędzy nami.

Szczypior: Na szczęście istnieje internet. Martijn może dostawać o każdej porze szkice utworów i spokojnie nad nimi pracować.

- Zastanawialiśmy sie kiedyś ze Sławkiem Bednarskim dlaczego Angel nie jest jeszcze przebojem na skalę Polski czy Holandii. Piosenka ta - pomimo bardzo specyficznej tematyki - posiada wszelkie znamiona przeboju. Czując dumę, iż kariera tej ballady na listach przebojów rozpoczęła się od programu Polisz Czart, życzę tej pięknej kompozycji dotarcia na szczyty polskich i holenderskich list przebojów - rzecz jasna tylko tych list, na których dominuje wartościowa muzyka.

Zespół: Dzięki za rozmowę Sławek!


Sławek Bednarski: w geście tryumfu
Z muzykami grupy Frühstück 

Martijnem Krale - vocal
Wojtkiem Karelem (Łoś) - bass
Marcinem Karelem (Szczypior) - gitara


rozmawiał Sławek Orwat (Nowy Czas/Polisz Czart)