piątek, 30 kwietnia 2010

Republika - Nowe Sytuacje (Polska) 1983 (Wizjer nr 20)

Kiedy "Dziewczyna Szamana" miała dużo nominacji do Fryderyków, wszyscy zaczęli interesować się dziewczyną, która pisała dla mnie teksty. Opowiadałam o niej, że jest miłą młodą dziewczyną, ale nie chce się kontaktować z prasą. Na Fryderykach wyciągnęłam go na scenę i powiedziałam, że to jest właśnie Ewa Omernik.
                                                                               Justyna Steczkowska.

Z Republiką było podobnie jak z Lady Pank. Chłopcy z Torunia także w 1983 roku wydali swoją pierwszą płytę. Nadali jej jakże wymowny tytuł - "Nowe sytuacje". Podobnie jak na albumie "Lady Pank" również i na debiutanckim krążku Republiki nie znalazły się największe radiowe przeboje. Zabrakło takich hitów jak "Kombinat", "Sexy Doll", "Telefony", a przede wszystkim zabrakło  największego przeboju - "Biała flaga". Pomimo takiego pomysłu na album, podobnie jak stało się to w przypadku Lady Pank, płyta Republiki okazała się ogromnym sukcesem, a przez wielu znawców jest uznawana za najlepszą płytę w historii grupy. Największe sukcesy Republiki i Lady Pank miały miejsce w tym samym czasie. Lata 1983-1985 to niespotykane już nigdy później w naszym kraju rockowe szaleństwo. Wszyscy czekaliśmy na każdą muzyczną premierę w radiowej Trójce, bo też prawie wszystkie nowe piosenki szybko zdobywały listę Marka Niedźwieckiego a ich popularność nie wygasła do dnia dzisiejszego.
Republika nie była zwykłym zespołem rockowym. Było to niepowtarzalne na naszym rynku muzycznym zjawisko artystyczne. Lider grupy Grzegorz Ciechowski był człowiekiem ogromnie wszechstronnym. Pisał teksty, komponował, grał na flecie i instrumentach klawiszowych i potrafił śpiewać w jedyny, niepowtarzalny sposób. Takiego rodzaju wokalu nie znaliśmy wcześniej.

sobota, 24 kwietnia 2010

Lady Pank - Lady Pank (Polska) 1983 (Wizjer nr 19)

"Taką historię mogło tylko ułożyć życie, albo wymyślić..."
Andrzej Mogielnicki

Mimo, że data 11 września kojarzy nam się dziś fatalnie, to właśnie tego dnia w roku 1982 Jan Borysewicz oraz Andrzej Mogielnicki postanowili założyć zespół Lady Pank. Mało kto chyba pamięta, że piosenkę "Mała Lady Punk" (bo tak brzmiał właśnie tytuł, a słowo "pank" pojawiło się dopiero później) Jan Borysewicz nagrał z Wojciechem Bruślikiem i Andrzejem Dylewskim przy okazji zupełnie innego projektu w grudniu 1981, który to miesiąc w historii naszego kraju kojarzy się notabene także nienajlepiej. Wspomniani artyści byli wówczas częścią grupy muzyków sesyjnych, z którą swój album Układy nagrywała Izabela Trojanowska. Jeden z największych hitów zespołu Lady Pank, który stał się potem jego wizytówką, powstał więc blisko rok przed założeniem samej grupy. Dzięki ogromnej popularności piosenki "Mała Lady Punk" założyciele postanowili nazwać grupę po prostu Lady Pank rezygnując z pierwotnej propozycji nazwy - "Żużel". Płyta, którą dziś chcę przypomnieć powstała w roku 1983, a był to dla Lady Pank rok niezwykły. Został wtedy bowiem pobity koncertowy rekord Polski, a może i Europy. Trudno sobie dziś wyobrazić jak wyglądało prywatne życie muzyków, skoro tego właśnie roku zagrali oni około 400 koncertów. Biorąc pod uwagę, ze rok ma 365 dni, musieli prawdopodobnie występować na scenie czasami nawet dwa razy dziennie, co na pewno miało wpływ nie tylko na funkcjonowanie samych muzyków, ale i ich najbliższych. O tym właśnie traktuje tekst jednego z największych przebojów z płyty - "Wciąż bardziej obcy". Piosenkę tę w odróżnieniu od pozostałych zaśpiewał pierwszy wokalista grupy Jan Borysewicz.

"Są dni, kiedy mówię: dość
Żyję chyba sobie sam na złość
Wciąż gram, śpiewam, jem i śpię
Tak naprawdę jednak nie ma mnie"

Mimo, że album Lady Pank nie zawierał dwóch największych przebojów wylansowanych wcześniej, czyli "Mała Lady Punk" oraz "Tańcz głupia tańcz",absolutnym hitem stał się już w dniu premiery, a prawie każda zawarta na nim piosenka została później okrzyknięta przebojem. Płyta w całości jest wspólnym dziełem obu założycieli grupy. Wszystkie teksty piosenek napisał Andrzej Mogielnicki, muzykę natomiast skomponował Jan Borysewicz. "Mniej niż zero", "Kryzysowa narzeczona", "Fabryka małp", "Zamki na piasku", "Wciąż bardziej obcy", "Moje Kilimandżaro", "Vademecum skauta", "Du du", "Pokręciło mi się w głowie"... kto z nas nie zna tych piosenek? Dwie z nich zdobyły jednak największą popularność - "Mniej niż zero" oraz wspomniana już "Wciąż bardziej obcy". "Mniej niż zero" jest piosenką bardzo dynamiczną i charakteryzującą się brawurową grą Jarosława Szlagowskiego na perkusji oraz Pawła Mścisławskiego na basie.


Taki sposób gry sekcji rytmicznej w połączeniu z ostrym brzmieniem gitar Jana Borysewicza i Edmunda Stasiaka był wówczas w Polsce nowatorski i do złudzenia przypominał ogromnie wtedy popularny zespół The Police. Nikt w naszym kraju wówczas nie wydobywał takich dźwięków. Przyznam, że pomimo szczególnej popularności tych dwóch utworów, moją ulubioną piosenką z płyty na zawsze pozostanie "Vademecum skauta". Chyba w żadnym innym utworze bunt nastolatków przeciw otaczającej ich rzeczywistości i narzucanym im regułom postępowania nie został pokazany w sposób tak ciekawy i sarkastyczny, a jednocześnie jakże bardzo trafny. Mistrzostwo Andrzeja Mogielnickiego to prostota tekstów trafiająca w samo sedno problemów dorastającego pokolenia. Janusz Panasewicz bez którego trudno sobie dziś wyobrazić Lady Pank, zastąpił na wokalu samego Jana Borysewicza. Janusz śpiewał wcześniej w mało znanym zespole Desant, występując w nim wspólnie z żoną Andrzeja Mogielnickiego, skąd trafił do Lady Pank dopiero w 1982 roku.


fot. Artur Grzanka
Rockowy boom którego byliśmy świadkami na początku dekady lat 80-tych wynikał w naszym kraju zasadniczo z dwóch powodów. Po pierwsze posiadaliśmy bazę, na której można było budować rockowy rynek. Takie zespoły jak Kombi, Perfect, Budka Suflera, Maanam lub Dżem posiadały już swoją krótszą lub dłuższą historię, a ich pojawienie się w mediach było jedynie konsekwencją przemian, jakie zaszły w myśleniu ówczesnych decydentów.


fot. Artur Grzanka
 Drugim powodem były jednak niewątpliwie przemiany polityczne, jakie zaszły w Polsce po roku 1980. Powiew wolności, jaki poczuliśmy w sierpniu '80 wpłynął także na sztukę. Dyskryminowana wcześniej w mediach muzyka rockowa jako przejaw niepożądanego wpływu tzw. "zgniłego zachodu" nagle znalazła możliwość zaistnienia poza garażami. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się rockowe festiwale z Jarocinem na czele,a zespół Lady Pank był chyba wówczas największym fenomenem tego okresu. Zespół wziął się praktycznie znikąd. Grupa bez historii zawładnęła polskim rynkiem muzycznym pojawiając się nagle niczym huragan. Oczywiście, że postać Jana Borysewicza była w muzycznym światku powszechnie znana choćby już z tego powodu, że od roku 1978 był on gitarzystą ogromnie popularnej wówczas Budki Suflera, z którą nagrał trzy płyty długogrające. Borysewicz był nawet autorem kilku piosenek Budki, z których "Nie wierz nigdy kobiecie" zdobyła największa popularność. Niewiele brakowało, a zespół Lady Pank nigdy by nie powstał. W roku 1970 piętnastoletniego Jana Borysewicza wypatrzył bowiem angielski bluesman Alexis Korner, który współpracował między innymi z samym Muddym Watersem. Zaproponował on wówczas młodemu muzykowi z Polski wyjazd do Anglii. Jan Borysewicz tylko dlatego pozostał wtedy w domu, że na jego brytyjską przygodę nie wyrazili zgody rodzice.


Współczesne wydanie Lady Pank (fot. Artur Grzanka)
Ciekawostką jest, że opisywany przeze mnie album dwa lata po premierze doczekał się skierowanej na rynek amerykański wersji anglojęzycznej pod tytułem Drop Everything. Niestety bez powodzenia. Nie będę tu chyba zbyt odkrywczy, jeśli wyrażę osobistą opinię dlaczego prawdopodobnie tak się stało. Chyba tylko Basi Trzetrzelewskiej udało się na tyle dobrze opanować język angielski, że jako jedyna polska artystka z kręgu muzyki pop została doceniona zarówno w Wielkiej Brytanii jak i w USA. Nikomu więcej z naszych wokalistów sztuka ta jednak nie powiodła się i Janusz Panasewicz z tytułu najdelikatniej rzecz ujmując słabego akcentu nie powinien czuć jakiegoś szczególnego dyskomfortu. Lady Pank jest zespołem popularnym do dnia dzisiejszego. Jednak to właśnie pierwsza płyta utorowała mu drogę na same szczyty i była niezbitym potwierdzeniem popularności, jaką muzycy zbudowali mozolną pracą na koncertach. Grupa miała swoje blaski i cienie a nawet i skandale, a ogromny sukces zawdzięcza przede wszystkim talentowi i pracy wszystkich osób związanych z zespołem.

piątek, 16 kwietnia 2010

Luton in Harmony (Wizjer nr 18)

Luton to jedno z tych miast Wielkiej Brytanii, w ktorym rożnorodność kultur i narodowości jest elementem wyrożniającym je spośrod innych miejscowości o podobnej liczbie mieszkańcow. W tego rodzaju środowiskach w naturalny sposob zawsze istniało zagrożenie aktywności ekstremalnych i agresywnych zachowań, które nawet jeśli występują tylko marginalnie, powinny zawsze spotykać się z brakiem  społecznego przyzwolenia i ostrego sprzeciwu wszystkich nacji zamieszkujących tego rodzaju skupiska. Tylko taka postawa obywatelska może stworzyć atmosferę wzajemnego zrozumienia i tolerancji niezależnie od wyznawanej religii i życiowej filozofii. „Luton in Harmony” jest akcją promującą takie właśnie pozytywne  postawy, a coroczne spotkania wszystkich jej działaczy wpisują się na trwałe do kalendarza imprez. Happeningi i uliczne pokazy mają podnieść reputację miasta w oczach brytyjskiej i międzynarodowej społeczności oraz udowodnić możliwość wielokulturowego współistnienia i trwałego budowaniu lokalnej społeczności. Byliśmy świadkami różnorodnych form teatralnych i zabaw artystów z licznie zebraną publicznością. Podziwiać było można między innymi pokazy tańca nowoczesnego i salsy, połączone z ekspresowym kursem tańca. Na fasadzie windy umieszczona była biała ogronych rozmiarów plansza, na której wszyscy widzowie i uczestnicy mieli możliwość napisania kilka słów od siebie. Dużym zaskoczeniem dla polskiej społeczności był wokalny popis stałego współpracownika technicznego, z ramienia „Luton in Harmony”. Po raz pierwszy zobaczyliśmy, że Frankie Prazer oprócz talentów technicznych, posiada również umiejętności wokalne. Jednym z ważnych elementów akcji, było uświadamianie potrzeby podnoszenia bezpieczeństwa na terenie szkół, a także poza nimi. Brak polskiego akcentu w uroczystościach był wynikiem narodowej tragedii która właśnie 10-go kwietnia w godzinach porannych dotknęła naszą ojczyznę i pogrążyła w żałobie takżę całą polską społeczność w Wielkiej Brytanii. Spotykaliśmy się na każdym kroku z wyrazami ubolewania od wielokulturowej społeczności Luton. O godzinie 18.00 polska mniejszość narodowa spontanicznie zebrała się w kościele w Dunstable na modlitwie w intencji ofiar lotniczej katastrofy w Smoleńsku.

sobota, 10 kwietnia 2010

Depeche Mode - Violator (UK) 1990 (Wizjer nr 17)

Słowa niczym przemoc łamią ciszę. Przychodzą włamując się
do mojego małego świata sprawiając mi ból.
Uczucia są głębokie. Słowa są bezsensowne...
                                                                        "Enjoy The Silence"

Poczatek lat 80-tych przyniósł światu nowe brzmienie przez jednych zwane techno-popem, a przez innych new romantic. Od tego momentu nic juz w muzyce nie bylo takie jak dawniej. Rola gitary została bardzo zminimalizowana, a głównym instrumentem stał się elektroniczny syntezator. W niektórych kręgach padały zarzuty, że jest to zamach na muzykę i wyniszczająca ją dehumanizacja. A jednak zapotrzebowanie na taką muzykę przerosło wszelkie oczekiwania.
"Depeche Mode" stal sie szybko jednym z tych zespołów, które nowy rodzaj grania zamienił w sztukę. Z kazdym kolejnym albumem muzycy doskonalili warsztat, a w tekstach poruszali sprawy coraz bardziej kontrowersyjne. Debiutancka płyta "Speak And Spell" to lekka, neoromantyczna muzyka pop do złudzenia przypominająca późniejszy dorobek duetu "Yazoo". Nic w tym dziwnego, gdyż prawie w całości autorem wydawnictwa był  późniejszy założyciel tego duetu Vince Clarke. W kolejnym albumie "A Broken Frame" jak przystało na niepoprawnych romantyków, muzycy wyrażali naiwną ufność w potęgę miłości, aby już w następnym "Construction Time Again" propagować idee budowania nowego porządku na świecie. Po nihilistycznym "Some Great Reward" w kolejnym - "Black Celebration" artyści osiągnęli zdaniem wielu fanów muzyczną i emocjonalną dojrzałość. Dlaczego zatem "Violator" uważany jest powszechnie za najlepszy album w ich dorobku?

piątek, 2 kwietnia 2010

Monika Lidke - Waking up to Beauty (UK/Polska) 2008 Wizjer nr 16

„Muzyka nigdy się nie kończy ... Muzyka jest jednym z cudów tego świata. Śpiewanie jazzu jest dla mnie koniecznością. Nie potrafię nie śpiewać.”
                                                                                                             Monika Lidke

„Piękny, delikatny, uzależniający. Nie mogę przestać słuchać.”
                                                                    Marek Niedźwiedzki o albumie


Monika Lidke już jako dziecko śpiewała w chórze a później studiowała grę na gitarze klasycznej. W roku 1992 wyjechała do Paryża, aby studiować śpiew, teatr i taniec. To właśnie tam w zafascynowała się śpiewem jazzowym. Jak sama mówi, od lat jest obsesyjnie wsłuchana w Elle Fitzgerald, co miało znaczący wpływ na jej warsztat wokalny oraz emisję głosu. Podziwia także Cassandre Wilson. W 1999 roku we Francji wspólnie z polskimi muzykami stworzyła zespół No Way i nagrała pierwsze demo. Aby doskonalić jazzowy wokal, Monika w 2004 zdecydowała się na wyjazd do Londynu. Tu dzięki edukacji u Anity Wardell, odkryła w śpiewie zupełnie nowe barwy, a spacery nad Tamiza zaowocowały takimi piosenkami jak „Barnes bridge” czy „Higher self”.
„Waking up to Beauty” jest zachwytem nad życiem. Album jest bardzo intymny i wprowadza słuchacza w klimat pozwalający oderwać się od otaczającego nas hałaśliwego świata. W swoich piosenkach Monika maluje piękne krajobrazy z dźwięków i słów.

"Przetrwałam zimę. Nie wiem jak to zrobiłam.
Sama siebie zaskoczyłam.
Obudziłam się a maj na twoich ustach wyczarował
taki uśmiech od którego lód rozpuścił się."

Monika zabiera nas w ekscytującą podróż do świata jazzu i ukrytej w nim energii. Swoboda i charakterystyczny feeling wybuchają swoją pełnią w piosence "Vincent". Nawet nie rozumiejąc tekstu śpiewanego w języku francuskim, można zatopić się w klimacie tego pięknego utworu. Rozpoznajemy tu styl starej francuskiej piosenki wzbogaconej o współczesne jazzowe brzmienie. Monika Lidke od lat ma szczęście trafiać na dobrych muzyków jak choćby Witold Pawlik, Kristian Borring, Nick Haseman, Pascal Roggen, Tim Fairhall, Maciej Pysz i Jurek Bielski. Piosenki Moniki są pełne emocji i pokazują co z każdym z nas potrafi zrobić kochająca osoba. Są w nich łzy i śmiech, poszukiwanie ciepła i zwyczajne ludzkie sprawy.

"Gdyby tylko Bóg zmrużył jedno oko,
całą gorycz moja zamieniając w żart,
śmiałabym się w glos bo płakać nie mogę.
Wypłakałam całe oceany łez."
                                       "Oceany łez"

W ujęciu całościowym chyba pierwszą rzeczą jaką uświadamia sobie słuchacz to fakt, ze Monika bardzo dobrze czuje się w tego rodzaju stylistyce. Muzyka oraz śpiew tworzą harmonijną, konstruktywna całość. Historia chwilowych przeżyć artystki została dobrze opowiedziana bez zbytniego patosu i rozwlekłości. Rozmaite subtelności życia podane są z delikatnością właściwą dla kobiecej perspektywy. Dopracowane detale brzmieniowe i widoczny ogólny zamysł albumu dopełniają obrazu dzieła, które co dobrze słychać, nie zostało zrodzone na kamieniu.

Trzynastego lutego w Hat Factory w Luton z okazji Walentynek, odbył się bardzo kameralny koncert Moniki Lidke, której na gitarze towarzyszył Jurek Bielski. Artystka zaprezentowała wszystkie piosenki z płyty oraz kilka standardów. Podczas koncertu stanowiące element wystroju sali serca powoli opadały jedno po drugim na podłogę, otaczając zewsząd artystką. Czuliśmy jak Monika stąpając po nich, swoją muzyką dotyka naszej wrażliwości.


Łukasz Żmuda - współautor recenzji
Koncert Moniki, o którym wspominam w powyższym artykule poprzedzony był występem powołanego przeze mnie do życia polskiego kabaretu "3 xP", o czym także można przeczytać w jednym z postów. Mój kabaretowy kolega i jednocześnie serdeczny przyjaciel - Łukasz Żmuda, podobnie jak ja był oczarowany śpiewem Moniki oraz grą Jurka Bielskiego. Dlatego też poprosiłem Łukasza o wspólne napisanie powyższej recenzji. Efekt naszej fascynacji koncertem i płytą przedstawiam powyżej.