środa, 24 lipca 2013

Tune - komercyjna alternatywa (Lizard - lipiec 2013)

Koncert w Poznaniu "U Bazyla"
 Tune od początku istnienia nie wybrał prostej drogi do kariery. Mimo, iż muzycy nie ukrywają, że chcieliby podbić rynek, nie sięgnęli do artystycznego populizmu, a progresywnymi brzmieniami, jakie przed dwoma laty umieścili na debiutanckim krążku Lucid Moments, świadomie skierowali się na gusta wrażliwego i potrafiącego wsłuchiwać się w teksty autorstwa Leszka Swobody odbiorcy. Jak liczna jest w Polsce ich publiczność? Rozmawiając z Leszkiem, Witkiem i Januszem tuż przed ich koncertem 15-go marca w poznańskim klubie „U Bazyla”, z radością chłonąłem wzrokiem schodzących się niewielkimi grupkami widzów, którzy w kilkanaście minut wypełnili praktycznie wszystkie miejsca. Trójka instrumentalistów w oczekiwaniu na Adama i Kubę - których „porwał” do studia poznańskiego Radia Merkury mój dobry znajomy Mariusz Kwaśniewski - bez oporu zgodziła się na rozmowę, która podobnie jak historia ludzkości rozpoczęła się od... Adama.

Adam, Leszek, Kuba, Janusz i Witek
Leszek: „Adama poznałem jeszcze, gdy grał w zupełnie innym gatunkowo zespole. Po dwóch wspólnych próbach zauważyłem, że obaj całkowicie odstajemy od tamtego składu. Chłopaki chcieli grać zupełnie coś innego. Kiedy po kilku spotkaniach z Adamem okazało się, że coś może z tego wyjść, zaczęliśmy budowę grupy. Najpierw poznaliśmy Witka, który miał wtedy zaledwie osiemnaście lat. Gdy już była perkusja, zaczęliśmy zastanawiać się nad gitarą. Rozważaliśmy także klawisze. Nie chcieliśmy brzmieć całkiem progrockowo, a raczej bardziej alternatywnie i dlatego szukaliśmy brzmień, jakich jeszcze nie było. To wtedy narodził się pomysł na akordeon”. 

Moje spotkanie z Kubą podczas Must Be The Music
Kubę spotkałem nie tak dawno ponownie w Warszawie podczas finału telewizyjnego programu Must Be The Music. Ten charyzmatyczny i obdarzony nieprzeciętnym głosem wokalista znakomicie odnajduje się także jako frontman, a jego przeszłość związana z zespołem KamieńKamieńKamień nie tylko nie wchłonęła go do świata popkultury, ale paradoksalnie udowodniła, że podobnie jak w lżejszych klimatach, Kuba doskonale sprawdza się także w kompozycjach skierowanych do bardziej wymagającego odbiorcy, a barwa jego głosu jest wręcz wymarzona do psychodelicznego nastroju kompozycji Adama i Leszka. 

Kuba Krupski - vocal
Witek: „Wydaje mi się, że Kuba szukał czegoś innego i chyba nie do końca był spełniony w tamtym składzie. Poza tym Kuba jest na tyle uzdolnionym wokalistą, że mógł iść w każdym stylu muzyki. Myślę też, że mu w sercu taka muzyka grała. Jest szczery w śpiewaniu. Czy zaśpiewałby pop, czy arię, czy jakąś wokalizę jazzową, zawsze stara się być szczery. Realizując nasz debiutancki album, mieliśmy duży problem z utworem tytułowym. Różni wokaliści różnie podchodzili do tego numeru. W końcu uznaliśmy, że wokal tam się ma nijak. Przydałby się raczej kolejny instrument, który wprowadziłby linię melodyczną. W konsekwencji pomysł ten został zaniechany i akordeon pełnić zaczął funkcję harmoniczną, a nie melodyczną jak było to we wstępnym założeniu. Kiedy już wszystkie kawałki były nagrane, całkowitym przypadkiem pojawił się Kuba, który nauczył się wszystkich tekstów w tydzień, wszedł do studia i nagrał cały materiał w trzy dni”. 

Witek Pogoda - perkusja
Tune nie chce być traktowany jako zespół progresywny lub artrockowy. Nowe kompozycje, których miałem okazję wysłuchać „U Bazyla” przesuwają nieco ciężar gatunkowy ich grania w stronę alternatywy i lekko wyczuwalnego uproszczenia formy. Owszem... zespół nie odżegnuje się zupełnie od wyrafinowanych dźwięków i klimatów znanych z Lucid Moments, ale uważny słuchacz bez trudu wychwyci nuty będące zaproszeniem skierowanym do szerszego kręgu odbiorców. Dokąd wiodą artystyczne ścieżki Tune’a? Mogę przypuszczać, że sami muzycy nie do końca znają odpowiedź na to pytanie. W ich pojęciu progresja, to nie tylko nazwa gatunku, ale przede wszystkim zaskakiwanie fanów i samych siebie odkrywaniem nowych muzycznych przestrzeni, które nie pozwolą nam znudzić się kolejnymi ich wydawnictwami. 



Adam Hajzer – gitara
Adam: Nigdy nie chcieliśmy grać ARTrocka. Owszem, każdy z nas prawdopodobnie kiedyś słuchał Floydów czy Jethro Tull, więc trudno uniknąć pewnych wpływów. Powstały piosenki, nagraliśmy płytę i nie zastanawialiśmy się nad tym, jaka ona jest pod względem gatunkowym. Na drugim krążku naszą muzykę trochę uprościmy – choć nie jest to do końca właściwe słowo - ale nadal będzie to Tune. 

Leszek: Lucid Moments jest psychodeliczna. To wyniknęło z ówczesnego naszego stanu umysłów, z pewnego uśpienia i zawieszenia. Ta płyta długo się przegryzała. To nie było tak, że wydaliśmy płytę i... bum! To jest płyta, która nabierała rozpędu powoli... od osoby do osoby i coraz więcej i jeszcze więcej. Druga nasza płyta będzie już zupełnie inna od pierwszej. W moim domu słuchało się dużo klasyki, z uwagi na to, że mój ojciec jest zawodowym muzykiem. Przez mój okres buntu, „przewaliłem” się przez grunge, metal, klimaty Tool-owe, a nie przez progresywne. Przykład grupy Riverside to nie nasz kierunek. Oni konsekwentnie trzymają się swojego brzmienia. To brzmienie jest wypracowane. Są dobrzy w tym, co robią i to jest ich rozpoznawalny styl. My chcemy podążać nieco inaczej. 

Janusz Kowalski - akordeon, keyboards
Zespół w swoich aranżacjach coraz rzadziej sięga po akordeon, którego dźwięki bardzo mocno kojarzą się z Lucid Moment i są tam wyraźnie obecne, nadając całości unikalny w polskiej muzyce rockowej klimat. W nowych utworach, przygotowywanych na mający ukazać się jesienią tego roku drugi album, akordeon już nie pojawia się tak często jak dawniej, co można było usłyszeć podczas poznańskiego koncertu. 

Leszek: Czy byliśmy polskimi prekursorami wykorzystania akordeonu w muzyce rockowej? Był taki zespół Something Like Elvis. Oni tez używali akordeonu do jeszcze większej alternatywy. Oni bardzo "młócili". U nas akordeon pojawił się dlatego, że chcieliśmy nadać płycie melancholijny charakter. Obecnie testujemy nowe utwory. Chcielibysmy z nową płytą uderzyć gdzieś za granicą – być może wytwórnia Inside Out? Chcielibyśmy tam trochę zaistnieć, pokoncertować i być może wrócić do Polski niejako z zagranicy. Dostrzegamy, że na świecie jest bardzo duża liczba odbiorców takiej muzyki. 

W dobie kryzysu koncertów i zamykania rockowych klubów w wieluh miastach Polski z nieukrywaną radością obserwowałem spontaniczne reakcje zebranej „U Bazyla” publiczności. Entuzjastycznie przyjmowała ona tak znane utwory jak „Cabin Fever” czy „Confused”, owacyjnie oklaskując także nowe kompozycje. Tylko niewielka część widowni zniknęła od razu po koncercie. Większość została jeszcze długo, aby porozmawiać z muzykami i wymienić się wrażeniami. Było to dla mnie niezwykle miłe zaskoczenie. Poczułem się w tym momencie trochę jak w czasach przypadającej na lata osiemdziesiąte mojej młodości, kiedy to koncert rockowy stanowił wydarzenie zupełnie innej rangi, niż ma to miejsce obecnie, a jego echa wybrzmiewały później jeszcze tygodniami podczas szkolnych rozmów i domowych spotkań.

Leszek Swoboda - bass, teksty
Leszek: Koncerty obecnie w Polsce idą słabo i nie dotyczy to tylko wykonawców spod szyldu rocka progresywnego. Wymieniłeś przykład tłumów, jakie widziałeś w Londynie na koncercie Archive. Oni jednak ciągle eksperymentują brzmieniami, bawią się dźwiękami i robią po prostu „dzisiejszą” muzę. Mam wrażenie, że niestety wiele zespołów w Polsce próbuje "ściągać" i iśc tą samą drogą, jaką szły zespoly w minionych latach i to już nie jest progresywne. To jest wracanie do tego, co już było, a nie eksperymentowanie i poszukiwanie nowych brzmień. My chcemy spróbować iść do przodu. Stąd na przykład pianino zmieni na nowej płycie akordeon. Progres to rozwój i gdyby nawet przyszło nam zdecydować się na emigrację, aby ten rozwój osiągnąć, jesteśmy i na to gotowi pod warunkiem, że będzie to jakiś konkret. Może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale chcemy być komercyjni. Mamy zamiar być pierwszym polskim alternatywnym zespołem komercyjnym. Wiem, że to słowo nie kojarzy się w Polsce dobrze, ale to wcale nie oznacza, że zaczniemy robić coś pod publikę. W tym znaczeniu, które mam na myśli Pink Floyd też był komercyjny, Muse jest komercyjny, komercyjny jest także Riverside i nikt przez to się od nich nie odwraca. Chcemy obalić stwierdzenie, że jak coś podoba się wielkiej ilości osób, to musi to być „badziew”. Chcemy robić to, co nam w duszy gra i godnie z tego żyć. Wydaje mi się to szczerze i normalne”.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Olek Miliczek, Piotrek Boros i Tomek Kubiak, czyli Human Control - najstarszy polski band Londynu

Jeszcze nieświadomi Wielkiego Sukcesu
- Jak przyjęliście wiadomość, że zostaliście pierwszym polskim bandem z Londynu, który zdobył szczyt listy przebojów Polisz Czart i to głównie głosami słuchaczy z... Polski? Jak udało się Wam pozyskać tak oddaną fankę z Torunia, jaką jest Sylwia Zając, która nawet auta ozdabia Waszym logo?

Olek: Jak się dowiedziałem, to spadłem z dywanu na podłogę. A Sylwia? Cóż, gruba koperta poszła, ale dziękujemy jej serdecznie, że po wydaniu całej jej zawartości nadal jest z nami (śmiech).

Kuba: Wdzięk, talent i urok osobisty.

Piotrek: Osobiście byłem bardzo mile zaskoczony. Naprawdę nie spodziewałem się, że "Buried" zajdzie się tak wysoko na liście. Wielkie dzięki dla Sylwii i wszystkich, którzy oddali na nas głosy, za wsparcie i pomoc w osiągnięciu tego sukcesu.

- O czym traktuje zwycięski „Buried” zwany przez Was żartobliwie Beretem?

Olek: Opowiada o człowieku, który odkrył manipulację ludźmi przez rządzących, i nie chce więcej brać w tym udziału. Odrywa się od standardów społeczeństwa i liczy że odnajdzie swoją własną wolność

- Muzyka od zawsze była obecna w Waszych domach?

Olek: Pochodzę z rodziny artystycznej. Mój ojciec oprócz talentu malarskiego posiada również talent muzyczny, a konkretnie gitarowy. Mój starszy brat gra na gitarze w zespole muzyki irlandzkiej. Wszystko zaczęło się od "Dookie" Green Day. Od momentu, gdy usłyszałem jej pierwsze dźwięki, wiedziałem, że gitarowe brzmienia będą towarzyszyły mi przez resztę życia. Pewnego dnia w moim domu pojawił się kolega, który postanowił zorganizować swojej dziewczynie mały koncert na urodziny. Słyszał, że ponoć coś tam gram. Miałem wtedy 15 lat. Nazajutrz za oszczędności życia kupiłem swoją pierwszą gitarę elektryczną, a ojciec skonstruował do niej wzmacniacz i przester.

Kuba: Najbardziej rockową płytą w domu moich rodziców był Afric Simone (mam ją do dziś). W wieku 12 lat usłyszałem The Exploited i wszystko się zmieniło.

Piotrek: Muzyką zainteresował mnie mój starszy brat, który na początku lat 90-tych puszczał mi pierwsze nagrania Acid Drinkers, Biohazard i Rage Against The Machine. Od tego wszystko się zaczęło. W mojej rodzinie - oprócz mnie - gitarzystą jest także mój kuzyn, który gra w gdańskim zespole Medebor.

- Jak wspominacie nasze radiowe spotkanie 8-go kwietnia w St. Albans? 

Olek: Czekamy na następne, tylko... więcej kawy, no i może weźmiemy Kubę tym razem.

Kuba:  Niestety, mnie tam nie było.

Piotrek: Bardzo sympatycznie i mam nadzieje, że będziemy mieli okazję szybko to powtórzyć.


- Jakich tematów dotykają teksty piosenek Human Control?

Olek: Wyrastałem na muzyce punkowej, która pokazuje świat takim jakim jest naprawdę i dlatego w moich tekstach zawsze staram się ująć to wszystko, co jest dookoła nas, to jak jesteśmy traktowani przez rządzących, którzy robią z nami to, co chcą i nie pozwalają nam żyć tak, jak byśmy sami tego chcieli. Przekaz jaki płynie z naszych utworów, to zachęta do tego, aby ludzie w końcu przeciwstawili się temu stanowi rzeczy i odważnie zażądali tego, co im się słusznie należy, zamiast bezwolnie płynąć z prądem narzuconym im przez innych wbrew swoim ideałom i poglądom na życie.

Olek Miliczek - współzałożyciel bandu
- Śpiewasz czasami w języku polskim?

Olek: Aktualnie w naszym repertuarze mamy tylko jedną piosenkę po polsku. Mam także gotowe polskie teksty do kilku innych utworów. Z reguły jednak śpiewam po angielsku. Pomyśleliśmy, że skoro żyjemy w Londynie i dość często zdarza się, że pośród widzów na naszych koncertach znajdują się także Anglicy i słuchacze innych narodowości, teksty powinny być w języku angielskim po to, aby nasz przekaz mógł być zrozumiały przez każdego, kto akurat znalazł się na naszym występie. Mieszkamy na obczyźnie i stąd właśnie takie a nie inne podejście do tekstów.

- Pisząc teksty w języku angielskim skierowane do Brytyjczyków będąc Polakiem, to rodzaj wyzwania, które wymaga dość dobrego opanowania języka obcego? Miewasz czasami z tym problemy?

Olek: Największy problem to ubogie słownictwo. W końcu nie jest to mój język ojczysty. Pisząc po polsku można teksty ubarwić, użyć bogatszego słownictwa i różnych metafor, żeby lepiej je podać. Pisząc po angielsku, jest się niestety mniej lub bardziej ograniczonym i czasami trudno jest użyć wyszukanych wyrazów, a pisanie ze słownika nie jest najlepszą metodą. Trudniej jest też w związku z tym przekazać wszystko to, co ma się w głowie. Z tego powodu moje teksty często są często prostsze od tych, jakie mógłbym na ten sam temat napisać w języku polskim. Widać to chociażby na przykładzie piosenki „Sen”, która jest napisana właśnie po polsku. Znajdziesz w niej o wiele więcej przenośni, niż w tych, które śpiewam po angielsku. Staram się jak mogę i piszę na tyle, na ile potrafię. Chłopaki do dziś właściwie nie wiedzą w stu procentach o czym śpiewam (śmiech). Jako ciekawostkę podam przykład, że mieliśmy w naszym repertuarze pewną kompozycję, którą zagraliśmy może dwa razy, do której nie mieliśmy napisanego tekstu. Śpiewałem więc jakieś losowe wyrazy, a chłopaki z zespołu nawet się nie kapnęli. Zdarzyło się nawet, że podczas wykonywania tego wymyślonego na poczekaniu tekstu, ktoś podszedł do mnie ze słowami „o jaki fajny wokal” (śmiech)

Human Control podczas WOŚP w Londynie
- Anglicy też się nie zorientowali?

Olek: Nikt nic nie mówił (śmiech)

- Dużo macie fanek, które czekają na Was po koncertach?

Olek: Wszystkie uciekają, jak zaczynamy grać (śmiech)

- Mam jednak nadzieję, że po koncercie jakieś jeszcze zostają, aby powiedzieć Wam coś miłego?

Olek: Z reguły same emerytki i rencistki, które już nie słyszą i myślą, że my tam na scenie jakąś pantomimę uprawiamy (śmiech)

- Jak formował się Human Control?

Olek: Wszystko rozpoczęło się jeszcze w Polsce, gdzie grałem z naszym pierwszym perkusistą Mariuszem. Zrobiliśmy tam razem kilka kawałków i zagraliśmy kilka koncertów, po czym wyjechałem do Londynu i ściągnąłem go tu dopiero po paru kilku latach. Human Control powstał w 2009 roku. Na początku brakowało nam basisty. Po jakimś czasie w cudowny sposób nagle pojawił się Piotrek, który odważył się dołączyć do naszego zespołu. W trzyosobowym składzie graliśmy około trzech lat. Zagraliśmy parę gigów i wzięliśmy udział w kilku większych imprezach typu Emergenza Festiwal czy WOŚP.

Tomek Kubiak zwany Kubą
Piotrek: Mój pierwszy zespół grał muzykę z kręgu gothic. Stylistycznie przypominał brzmienie grupy Tiamat. Potem graliśmy muzykę a la In Flames. W obu tych projektach grałem jako perkusista. Dopiero w Human Control rozpocząłem przygodę z basem.

- Od kiedy próbowaliście dołożyć do składu drugą gitarę?

Olek: Taki pomysł powstał dość wcześnie. Niestety potencjalni nowi gitarzyści albo z osobistych powodów opuszczali Londyn, albo zwyczajnie nie sprostali naszym wymogom. W rezultacie ustaliliśmy, że skończymy jako zespół trzyosobowy i nie będziemy na siłę niczego w nim zmieniać. Kiedy już ustaliliśmy, że nikogo nie szukamy, przez przypadek zdarzyło się nam kilka nieprzewidzianych zmian. Najpierw pojawił się drugi gitarzysta Mateusz, następnie Krzysiek na perkusji zastąpił Mariusza, który grał w Human Control od samego początku. Na sam koniec pojawił się grający z nami po dziś dzień Kuba, który zastąpił Mateusza. W tym składzie występowaliśmy przez ostatnie pół roku.

- Co Waszym zdaniem Kuba wniósł do zespołu, jako drugi gitarzysta?

Olek: Dwie zgrzewki piwa (śmiech). A tak poważnie... przede wszystkim wzbogacił brzmienie i wprowadził solówki. Granie na jedną gitarę, zwłaszcza granie gitara/wokal jest o tyle trudne, że nie jest łatwo grac i jednocześnie śpiewać. Druga gitara pozwala dodać o wiele więcej wyszukanych dźwięków, które nie jestem w stanie zagrać, kiedy jestem skupiony na tekście. Dzięki Kubie nasze brzmienie jest obecnie dużo bogatsze. Dzięki temu też nasze nowe kawałki, które przygotowujemy brzmią zupełnie inaczej od dotychczasowych. Również starsze kompozycje grane na koncertach z drugą gitarą brzmią o wiele lepiej od uboższych aranżacyjnie wersji studyjnych.

Human Control u zarania dziejów :-)
- Kuba jak odnalazłeś się w Human Control?

Kuba: Krzysiek, z którym grałem wcześniej w NIMH i Mitfinch zaproponował, abym wpadł na próbę i tak już zostało.

- Jesteś wszechstronnym muzykiem. W Human Control grasz na gitarze, ale przecież to nie jedyny zespół w jakim występujesz. W Barcode Slave jesteś basistą. Czasami grasz w obu tych kapelach podczas jednego wydarzenia. Jak sobie radzisz z szybkim przestawieniem się?

Kuba i jego optymizm :-)
Kuba: Tak naprawdę basista ze mnie żaden, więc na basie gram jak na gitarze. Stylistyka obydwu grup rożni się diametralnie, więc podczas gdy w Human Control niektóre partie gitary wymagają kunsztu i koncentracji, w Barcode Slave stawiamy bardziej na prostote i punkową energię.

- Zauważyłem, że jesteście ludźmi wrażliwymi na potrzeby tych, którzy potrzebują pomocy. Dość często gracie koncerty charytatywne. Od lat widuję Was na WOŚP-ach. 29-go września zagracie podczas ogromnego koncertu charytatywnego dla małej Wandzi cierpiącej na nowotwór oka. Graliście także dla powodzian, co dla mnie jako mieszkańca Wrocławia z roku 1997 ma wymiar osobisty.

Nie jedz tego Olo!!!
Olek: Ano nie ukrywamy, że lubimy robić cos w szczytnym celu. Zagraliśmy parę koncertów dla powodzian i w kilku mniejszych akcjach, ale największe dwa koncerty zagraliśmy dla WOŚP w POSK-u wspólnie z dobrze znanym słuchaczom Polisz Czart, nieistniejącym już zespołem Tottus Tuus. Chociaż nie... największym był tegoroczny WOŚP w Scali.

- Właśnie... przyznacie, że po rozpadzie Tottus Tuus, Human Control zdaje się obecnie być jedynym polskim „dinozaurem” nad Tamizą, który pamięta początki tworzenia się polskiej sceny rockowej w Londynie?

Olek: Rzeczywiście. Istniejemy już sporo lat i zagraliśmy chyba najwięcej koncertów z wszystkich polskich kapel. Nie uważamy się jednak za jakiś wyjątkowy band. Gramy tam, gdzie jest to możliwe i staramy się udzielać tak często, jak się tylko da. Przede wszystkim lubimy grać dla Polaków i być może dlatego jesteśmy w taki sposób kojarzeni, bo pojawiamy się przy każdej nadarzającej się okazji. Są to koncerty charytatywne, są też i inne koncerty, które coraz częściej ostatnimi czasy dają nam możliwość pokazania się szerszej publiczności.

Rozłazi się ten HC po świecie, oj rozłazi ;-)
- Jak to jest z tym „rockandrollowym życiem” po koncertach? Czy potwierdzacie, że wokół grania istnieje ta słynna tajemnicza otoczka i że tak zwane „różne rzeczy” się wtedy dzieją (śmiech)?

Olek: Jasne, że się dzieją. Codziennie rano muszą być płatki owsiane i mleko 3,2 %. Inaczej trudno w ogóle rozpocząć dzień (śmiech)

- Czy istnieje jakiś szczególnie odjechany epizod z Waszego życia, który moglibyście opowiedzieć?

Olek: Jest, ale go nie pamiętamy. Za dużo „kawy”(śmiech)

- Mam nadzieję, że nie macie na sumieniu jakiejś akcji, przy której słynne wyczyny Oddziału Zamkniętego byłyby jedynie przemarszem oddziału sanitariuszek (śmiech)?

Olek: Zdarzyło się, że ktoś tam kiedyś wylądował na intensywnej terapii (śmiech)

- O czym jest tekst „Eyes Of The Maniac”?

Olek: To jeden z lepszych tekstów, jakie udało mi się napisać. Jest to kawałek, jaki stworzyłem jeszcze z naszym pierwszym perkusistą. Tekst opowiada o maniaku, który cały czas kogoś obserwuje i prześladuje go. Coraz bardziej jesteśmy dziś wszyscy kontrolowani przez przeróżne instytucje - państwo, rząd, pracodawców. Wszyscy nas obserwują. Prawie każdy nasz ruch jest podpatrywany. Wiedzą co robimy i na co wydajemy nasze pieniądze. Nieustannie jesteśmy na celowniku nie mogąc osiągnąć pełnej swobody i wolności.

- Coraz częściej też można spotkać zakłady pracy, gdzie znajduje się cała armia takich maniaków...

Olek: Masz na myśli stonkę, czy biedronkę (śmiech)?

- Myślę, że nie tylko w Polsce można znaleźć takie miejsca. Jak sami określilibyście swoją muzykę?

Olek: Ciężko ją jednoznacznie określić tak naprawdę. Nasza muzyka powstaje trochę na tej zasadzie, że jeśli ktoś ma pomysł na piosenkę, nagrywa zajawkę w domu, żeby na próbie pokazać ją kolegom z kapeli. Stąd na przykład mamy jeden kawałek typowo rockowy, jeden podchodzący pod punka, jeden trochę mocniejszy, a inny znów lżejszy. Dzięki temu stworzył się nam pewien niepowtarzalny styl. Potocznie mówiąc, na pewno nie gramy na jedno kopyto.

No i kto by się spodziewał, że wygramy?
- Jak powstaje utwór? Kto odpowiada za kompozycję, a kto za aranżację?

Olek: Może ja wprowadzę, a Piotrek dokończy, bo większość naszego materiału komponuje Piotr. Pomysły wypływają czasem ode mnie, a czasem od niego, ale to właśnie Piotrek zasiada w domu, nie wiem czy przy „kawie”, czy przy herbacie (śmiech). Nie wnikam w to. Istotne jest, że na drugi dzień dostajemy od niego pierwowzór/prototyp piosenki, która kształtuje się ostatecznie podczas próby.

Piotrek: Staram się realizować swoje pomysły tak, aby wkomponowały się niejako w nasz styl. Nie ukrywam, że czasami chciałbym zagrać nieco ciężej, ale w tym momencie jestem strofowany przez naszego wokalistę (śmiech).

- Chciałbyś grać bardziej metalowo?

Piotrek: Może nie do końca metalowo, ale znacznie ciężej.

Olek: Co najmniej brown metalowo (śmiech).

Piotrek: Generalnie to ja wychodzę z pomysłami, które przynoszę na próby, gdzie staramy się aranżować nasze utwory.

- Jak tak Was słucham, odnoszę wrażenie, że Piotrek jest chyba najpoważniejszym człowiekiem w Human Control.

Olek: Angażuje się chłopak (śmiech)

Piotrek:  Bo ja nie jestem taki jak Wy. Muzyka to jest moja pasja, to jest moje życie. Nie... no to był dowcip (śmiech)

- Jaka jest owiana już legendami prawda na temat zaskakującego odejścia z Human Control Waszego perkusisty Krzyśka Adamowskiego. Jeszcze nie tak dawno widziałem go za perkusją podczas Waszego występu na Earthshaking Fest Vol. 1. Jakimi informacjami zechcecie się podzielić ze słuchaczami, którzy wynieśli Wasz kawałek na szczyt naszej listy?

Piotrek Boros - niezastąpiony
Olek: Słyszałem, że ma jakąś tajną misję w Przedszkolu nr. 5 w Szczecinie, ale oficjalna wersja to sprawy osobiste. Cóż... miał powody, podjął taka decyzję, ale w żaden sposób nie mamy mu tego za złe. Pograliśmy trochę razem, a teraz mamy nadzieję, że wpadnie kiedyś na nasz występ.

Kuba: To była decyzja Krzyśka, więc gdy nadarzy się okazja, może uchyli rąbka tajemnicy.

Piotrek: Chciałem pozdrowić PoliszCzartowcow i wszystkich tych, którzy nas wspierali przez te wszystkie lata naszej działalności

- Dziękujemy Piotrze. Jestem pewien, że wszyscy PoliszCzartowcy Was teraz także pozdrawiają. Kiedy w najbliższym czasie będzie można usłyszeć Human Control na żywo?

Olek: Prawdopodobnie dopiero 29-go września, chyba że nakręci się coś jeszcze po drodze

Kuba: Jak tylko rozwiążemy kwestie braku perkusisty. Prawdopodobnie po wakacjach.

- Kiedy planujecie wydanie Waszego pierwszego albumu?

Olek: Nagrywamy właśnie nowy materiał, więc już za chwileczkę, już za momencik.

Piotrek: Jeszcze w tym roku planujemy wydać nową EP-kę, nad którą już pracujemy.

Olek: Obecnie posiadamy te wszystkie kawałki, które zaprezentowałeś 8-go kwietnia podczas naszej wizyty w Radio Verulam plus jeszcze dwa inne. Na razie udostępniliśmy je w internecie w formacie mp3 z możliwością ich legalnego ściągnięcia po wpisaniu hasła „hope”, czyli nadzieja. Taki tytuł będzie nosiła nasza EP-ka. Jak już wspomniałem, są to kawałki nagrane jakiś czas temu jeszcze bez drugiej gitary. Teraz brzmią one dużo lepiej, ale jeśli ktoś chce mieć pogląd jaką muzykę gramy, to jest to w chwili obecnej jedyna możliwość zapoznania się z naszym brzmieniem.

Lista Przebojów Polisz Czart - NOTOWANIE 6 (UWAGA!!! Klikasz w tytuł pierwszej 20-ki i oglądasz teledysk!!!)


1 - - N Human Control Burried
2 41 +39 GoodWay Marzenia
3 10 +7 Frűhstűck Angel
4 - - N Volumeyes Tick Tock
5 43 +38 Zdrowa Woda W butach czy na boso
6 - - N Katedra Oto widzisz, znowu idzie jesień
7 13 +6 Ossa Dlaczego
8 - - N Beauty For Ashes On Demand
9 - - N Atrament Bądź tu
10 6 -4 Metasoma Older
11 - - N Bęsiu Antidotum
12 - - N Zgiełk O zakopywaniu
13 - - N Aleks Gala Save My Soul
14 37 +23 Ergo Enfant Terrible
15 18 +3 Syndrom Kreta Luzak
16 5 -11 Volumeyes Revenge
17 - - N Es Family Samochwała
18 26 +8 Panzerhund All We Need
19 - - N The Riddle Black Parrot
20 - - N Dawid L. Andrzej
21 - - N Barcode Slave & Adverse Effect Zagłada
22 - - N EKS feat. Gosia List do Boga
23 - - N Jamaya Bigi Ocean Wszystko Chłonie
24 1 -23 Kompleks Małego Miasteczka Moja
25 11 -14 Teksasy Zielony dymek
26 - - N Lemon Napraw
27 - - N Materia Give Me Some Free
28 44 +18 MGM Kot
29 - - N Enej Lili
30 - - N Tune Repose
31 42 +11 Half Light Time
32 - - N Rejestracja Idziemy do pracy
33 - - N Zdrowa Woda Policz czas
34 48 +14 Reszta Pokolenia Od rana
35 24 -11 Zgiełk Spotkamy się
36 8 -28 Stara Szkoła Więzienny blues
37 39 +2 Katedra Nie przejdziemy do historii
38 28 -10 Strachy na Lachy I Can't Get No Gratisfaction
39 35 -4 Luxtorpeda Hymn
40 - - N Syndrom Kreta Korporacja
41 23 -18 Maria Peszek Sorry Polsko
42 - - N Zwłoki Za moimi drzwiami
43 3 -40 Human Control Dusk
44 12 -32 Frűhstűck Follow
45 30 -15 Maria Peszek Ludzie psy
46 50 +4 New Way Mówili mi
47 - - N Klara Nothing and Everything 
48 39 -9 Ga-Ga Zielone Żabki Pytamy jak
49 46 -3 Dell Arte Wielkomiejskie tajemnice
50 4 -46 Atrament Droga z gwiazd

poniedziałek, 15 lipca 2013

14 lipca w Londynie projekt THE ULTIMATE TANGO przeniesie nas w świat rytmu, który 100 lat temu ze spelun Buenos Aires trafił na arystokratyczne salony Europy

Tegoroczni laureaci nagrody publiczności w St. Martin in the Fields Chamber Music Competition - Trio fortepianowe A Piacere Trio we współpracy z polskim akordeonistą Mariuszem Miśdziołem zapraszają na unikalny wieczór z tangiem inspirowany muzyką legendarnego argentyńskiego kompozytora tego gatunku – Astora Piazzolli. Projekt The Ultimate Tango łączy w sobie klasyczne interpretacje jego utworów wzbogacone improwizacjami we własnych aranżacjach i z dość nietypową instrumentacją.

Koncert odbędzie się 14 lipca (niedziela) 2013 roku, 
o godzinie 19.00 w St. John’s Church, 
Waterloo Road, SE1 8TY w Londynie

Podczas koncertu istnieje możliwość zakupienia płyty CD z muzyką The Ultimate Tango. Rezerwacja biletów online: apiaceretrio@gmail.com oraz pod numerem telefonu 07892698977.

Więcej szczegółów dotyczących koncertu i projektu: www.apiaceretrio.com

czwartek, 11 lipca 2013

Sławek Kurek - PoliszCzartowiec z Płocka i jego... Reszta Pokolenia

Sławek Kurek zasiada przy głośnikach regularnie w każdy poniedziałek o 22:00 polskiego czasu aby słuchać naszych audycji. Mimo że jego zespół - Reszta Pokolenia jeszcze nie zadebiutował na naszym TOP20, Sławek odczuwa radość przeżywania naszych programów wspólnie z innymi najwierniejszymi Słuchaczami Polisz Czart, którzy nie wyobrażają już sobie poniedziałków bez nas i bez facebookowych rozmów na tematy muzyczne i nie tylko. Nie tak dawno - 5-go lipca miałem okazję po raz pierwszy spotkać Sławka osobiście podczas koncertu Dzieci Polisz Czarta w Miastku, dokąd przyjechał z rodzinnego Płocka, a nasze spotkanie prezentuję poniżej na fotografii. A oto, co Sławek mówi o sobie:

"Wrzesień 1975. Ostatni turnus obywateli wprędce wraca ze swoich rodzinnych zakładowych wczasów pod gruszą do swoich domostw. Tak, to właśnie wtedy postanowiłem, że nastąpiła pora na przyjście na świat.



Urodziłem się w mieście w centralnej Polsce, gdzie dymiące kominy zastępowały nam chmury na niebie. Tam też dorastałem w niewielkim mieszkaniu na osiedlu z wielkiej płyty z widokiem na „Petrochemię” dzieląc pokój ze swoją starszą siostrą o całkowicie odmiennym charakterze i innym spojrzeniu na rzeczywistość. Niczym szczególnym nie wyróżniałem się, może tylko tym, że byłem osobą o pogodnym usposobieniu, pewnie po mleku i płatkach owsianych. Dzieciństwo upływało z roku na rok w szkolnej melancholio-monotonii, aż do roku 1986, kiedy to po katastrofie elektrowni jądrowej w Czarnobylu musiałem wypić 0,50 ml czarodziejskiego płynu Lugola.

 
Tu nastąpił zwrot w moim życiu. Zacząłem uwagę swą skupiać na wsłuchiwaniu się w kawałki Lady Pank, przeleciała mi przez uszy biało-czarna płyta Republiki, aż dotarłem w mroczne klimaty heavy metalu. Z czasem odkryłem, że tak naprawdę spośród różnorodnych dźwięków, najlepiej stan mojej duszy oddaje muzyka o podłożu punkrockowym. Z dziecięcych marzeń o karierze lokalnego grajka przyszedł czas na urzeczywistnienie swojego celu. Powstał mój pierwszy punkowy zespół „Okupacja” (Jarocin ’93 dni otwarte)


Kolejnym krokiem na muzycznej ścieżce był rockowy projekt „Pandora” (utwór „Niewidzialne dłonie” znalazł się na składance „Petrohałas”) https://myspace.com/pandoraplock, a następnie uczestniczyłem przez chwilę w składzie „P-13”, dostarczając dźwięków „żywej” gitary do klimatów hiphopowych (koncert z Molestą) i długo, długo nic, aż do 2008 kiedy to z Pitrem postanowiliśmy wrócić do korzeni i grać dalej (hmm, z tego się nie wyrasta, tylko trzeba dojrzeć) jako Reszta Pokolenia   Z początkowo granego ostrego i szybkiego punka ewoluowaliśmy w łagodniejsze klimaty, które można zaszufladkować w przedziale punk rock z dozą ska. Na przełomie czerwca i lipca zapisaliśmy w studiu band.pl jedenaście utworów, które zostały wydane na krążku pt.„Prawda”. Pierwsze egzemplarze płyty ujrzały światło dzienne 23 grudnia 2012 roku. Jednym słowem płocki odjazdowy PKS;-)



Polska dziesiątka Sławka:
T.Love - Wychowanie
Kult - Polska
Anna Maria Jopek - Ja Wysiadam
Siekiera- ja stoję, ja tańczę, ja walczę
Dezerter- Spytaj milicjanta
ONA - Drzwi
Siekiera - Ludzie Wschodu
Republika - Biała flaga
Maanam - Nie poganiaj mnie bo tracę oddech
Lady Pank - Zamki na piasku

wtorek, 9 lipca 2013

Każdy z nas miał inną historię muzyczną - rozmowa z londyńskim pianistą jazzowym Tomaszem Żyrmontem (JAZZPress - lipiec 2013)


Z Tomaszem Żyrmontem – pianistą jazzowym spotykamy się w Londynie – mieście, stolicy rozmaitych gatunków muzycznych.

Tomasz Żyrmont (fot. Franco Chen)
- Czym jest dla Ciebie muzyka? Dlaczego najbardziej urzekł Cię Jazz?

- Muzyka jest dla mnie sposobem wyrażania siebie, swoich emocji, formą kontaktu z ludźmi. Gdzieś we mnie tkwi potrzeba odkrywania nowych przestrzeni. Komponowanie pozwala utrwalić jakąś myśl, wewnętrzny stan, etap w życiu, stworzyć inny kształt. Improwizacja natomiast otwiera to wszystko na nowo i zawsze pozwala wyrazić w niepowtarzalny i wolny sposób.

- Nigdy nie myślałeś, aby zostać pianistą klasycznym?

- Klasykę darzę wielkim szacunkiem i myślę, że jest ona bogactwem i fundamentem muzyki, ale mnie chyba za wcześnie urzekła wolność improwizacji, klimat klubów jazzowych i prób pierwszych zespołów jeszcze w czasach liceum.

- Jazz Club “Pod Filarami” w Gorzowie Wielkopolskim – tu znalazłeś swój artystyczny “dach nad głową”.

- Tak, to właśnie w moim rodzinnym mieście mogłem po raz pierwszy posłuchać z bliska wybitnych muzyków. Później zaczęły się próby, jamy, warsztaty i koncerty Pod Filarami. Spędzałem tam z przyjaciółmi naprawdę sporo czasu.

- Ukończyłeś Akademię Muzyczną w Katowicach. Czy myślałeś kiedykolwiek o zdobywaniu polskiej sceny muzycznej, czy emigracja była wpisana od zawsze w Twoje plany życiowe?

- Studia licencjackie w klasie fortepianu na Akademii Muzycznej w Katowicach były dla mnie bardzo przełomowe. Dojeżdżałem wówczas z drugiego końca Polski, gdyż mieszkałem 5 lat w Szczecinie. Po ukończeniu studiów poczułem potrzebę większej przestrzeni, nowych wyzwań oraz inspiracji, ale chciałem też kontynuować edukację muzyczną. Londyn okazał się miastem bardzo otwartym, ale także wymagającym. Podjąłem wówczas decyzję, że tu przez jakiś czas zostanę i znajdę swoje miejsce.

Groove Razors
- Czy prestiżowa Guildhall School of Music and Drama mieszcząca się w londyńskim Barbican Art Centre otworzyła Ci nowe możliwości, czy była jedynie kolejnym etapem muzycznej edukacji.

- Program moich studiów w Guildhall trwał rok. Szkoła pomogła mi w dużym stopniu rozwinąć warsztat, a międzynarodowy klimat pozwolił otworzyć się na nowe drogi artystyczne i wymienić doświadczeniami ze studentami z wielu krajów. Brałem udział w warsztatach z takimi gwiazdami jazzu jak: Joshua Redman, Danilo Perez, Christian McBride czy Bobo Stenson, a także miałem okazję uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez brytyjskich wykładowców. Szkoła otworzyła mi nowe możliwości i kontakty na Wyspie.

- Jeszcze zanim powołałeś do życia zespół, miałeś okazję współpracować z wieloma znaczącymi muzykami. Jak do tego doszło?

- Tak, jeszcze przed przyjazdem do Anglii miałem okazję zagrać z wyjątkowymi muzykami. W Londynie natomiast drzwi otworzyły się znacznie szerzej. Odbywa się tu wiele festiwali, koncertów, produkcji muzycznych, jest sporo uczelni muzycznych i można spotkać tu muzyków z całego świata. W branży muzycznej istnieje rotacja, wielu nowych artystów przyjeżdża, inni wyjeżdżają. Oni wszyscy są otwarci na współpracę. Każdy indywidualnie ma do zaoferowania coś niezwykłego. Zdarzało się także, że Polscy muzycy koncertujący w Londynie zapraszali mnie do współpracy.

- Kiedy i w jakich okolicznościach powstał Twój międzynarodowy kwintet Groove Razors?

Grove Razors
- Projekt Groove Razors powstał w 2009 roku. W tamtym czasie miałem silniejszą potrzebę ekspresji, co łączyło się z fascynacją muzyką fusion, którą to fascynację przywiozłem jeszcze z Polski. Miałem wiele własnych kompozycji, które spodobały się kilku muzykom otwartym na wspólne granie. W składzie Groove Razors grają: Alan Short - saksofon, Luca Boscagin - gitara, Lorenzo Bassignani - bass, Laurie Lowe - perkusja i Tomasz Żyrmont - klawisze. Często też zapraszaliśmy gości do współpracy na scenie i w studio. Byli to m.in.: Alex Hutchings, Francesco Mendolia, Adam Bałdych, Chris Webb, Rick James, Andrea Marongiu i Jono McNeil.

- Jak udało się piątce muzyków z tak różnymi korzeniami i temperamentami zbudować band, który od początku jest owacyjnie przyjmowany przez polską i międzynarodową publiczność?

- Każdy z nas miał inną historię muzyczną, wychowany był w innej kulturze, co wpłynęło na styl gry, a to właśnie jest bardzo ciekawe, gdy zostanie poddane fuzji. Liczy się bardzo dobry kontakt na scenie i między nami prywatnie. Myślę, że publiczność entuzjastycznie odbiera nasz przekaz, dostrzega indywidualność muzyków. Grając razem tworzymy całość i właściwe sobie brzmienie.

- Jak dalece to, co wykonujecie podczas występu różni się od wersji studyjnych i jaką część stanowią spontaniczne improwizacje? Czy zdarza się, że zachowanie publiczności ma wpływ na jakieś nieoczekiwane ucieczki od formy?

- Wersje studyjne były dopięte aranżacyjnie, natomiast granie na żywo zawsze otwiera ustalone formy. Po nagraniu płyty zagraliśmy wiele koncertów, więc pozwoliło to na eksperymenty i nowe aranżacje. Obecność publiczności i spontaniczne reakcje słuchaczy są bardzo odczuwalne, co w wyjątkowy sposób wpływa na muzyków na scenie.

- Czy koncerty dla Jazz FM i nagranie płyty uważasz za swoje największe osiągnięcia w Londynie?

- Dla Groove Razors były to największe osiągnięcia. Cały proces przygotowań i nagrań wymagał wiele uwagi i wyrzeczeń. Był to dla mnie bardzo rozwojowy etap, który otworzył wiele możliwości. Nasza muzyka była emitowana w Jazz FM oraz w wielu innych rozgłośniach. Uważam, że odnalezienie i określenie siebie w tak wymagającym, pełnym pośpiechu miejscu jakim jest Londyn jest ważnym życiowym osiągnięciem. Praca dla firmy Yamaha jest aktualnie moim nowym ciekawym życiowym wyzwaniem.

- Czy praca dla firmy Yamaha również otwiera Tobie nowe okno na świat?

- Tak. Dwukrotnie już prowadziłem tu zajęcia z improwizacji i zagrałem na ważnej imprezie prezentacji fortepianów. Firma jest największym producentem instrumentów muzycznych na świecie, a mający dwustuletnią tradycję Chappell of Bond Street posiada największy katalog nut w Europie. Jest to inspirujące miejsce w samym sercu Londynu.

- Jak zmieniło się Twoje podejście do życia w Londynie? Czy ma to wpływ na Twoje nowe kompozycje?

Groove Razors
- Myślę, że do wielu spraw podchodzę z nowym spojrzeniem. Mieszkając tutaj już szósty rok, przyzwyczaiłem się do pędu i dźwięków stolicy. Odkryłem swoje ulubione miejsca i znalazłem sposób na oderwanie się od szaleńczego rytmu tego miasta. Staram się czerpać z możliwości Londynu, ale wiem, że nie można poddawać się gonitwie. Bardzo ważni są najbliżsi ludzie. W moich nowych kompozycjach właśnie chyba to jest dostrzegalne. Są to całkowicie nowe historie.

- Gdzie będzie można usłyszeć nowy materiał ?

- Nowy materiał zagramy z Groove Razors w ramach tegorocznego London Jazz Festival już jesienią. Koncert odbędzie się w Jazz Café POSK, który od początku jest dla mnie ważnym miejscem w Londynie. Tam odbywały się próby zespołu i tam spotykałem najważniejsze na mojej drodze osoby.

- Nie uważasz, że udział w London Jazz Festival może być dla Was „przepustką” do innych renomowanych festiwali w Europie?

- Jest to prestiżowa impreza, która odbywa się w kilku częściach Londynu i przyciąga wielu słuchaczy jazzu. Na festiwalu występują gwiazdy i legendy jazzu, ale także pojawia się zawsze wiele niespodzianek. Udział w festiwalu pozwoli nam trafić do szerszego grona odbiorców i na pewno przyciagnie uwagę organizatorów innych imprez. Urok Londynu jako europejskiej muzycznej stolicy i jej produkcji działa na całym świecie. Nasza muzyka była emitowana już w kilku rozgłośniach po za wyspą. Mam nadzieje, że zagramy w innych krajach także na żywo.

- Ujawnij czytelnikom JAZZPRESS-u swoje jeszcze niespełnione muzyczne marzenia.

Tomasz Żyrmont (fot. Franco Chen)
- Myślę, że jest to m.in. chęć komponowania muzyki na większy skład niż kwintet. Chciałbym też kiedyś napisać muzykę do filmu lub spektaklu teatralnego, a także zagrać moją muzykę w różnych odleglych częściach świata. Staram się otwierać na nowe muzyczne i życiowe wyzwania. Bardzo ważny jest balans i właściwy kierunek. Najważniejsze, aby realizując swoje muzyczne marzenia mieć nadal szerokie spojrzenie na życie. Chwilowe oderwanie się od muzyki, może otworzyć wyobraźnię na nowe inspirujące przestrzenie.