piątek, 29 lipca 2011

Skazani na ARTerie (Nowy Czas nr 170)



Grzegorz Małkiewicz - Naczelny Nowego Czasu (fot. Sławek Orwat)

Radiowe spotkanie z bohaterem ARTerii Nowego Czasu z lipca 2011 roku - Krystianem Datą i Maćkiem Pyszem, można wysłuchać pod adresem:



fot. Sławek Orwat
Arteria to rodzaj naczynia krwionośnego rozprowadzającego krew z serca do narządów ciała. Polska kultura w Londynie tętni od lat rytmem serc artystów, którzy cyklicznie spotykają się w krypcie kościoła St George the Martyr niedaleko stacji Borough, ożywiając swoją twórczością jego stare mury.To właśnie tutaj można spotkać ludzi, którzy emigracyjne życie sprowadzają nie tylko do zarabiania pieniędzy. Różne są życiorysy twórców – począwszy od tych urodzonych na brytyjskiej ziemi, a swoją polską tożsamość zawdzięczających rodzicom, a skończywszy na tych, którzy przybyli na Wyspy z falą najnowszej emigracji.

Według innej definicji, „arteria” to trakt komunikacyjny charakteryzujący się dużą przepustowością. Przepustowość ostatniej ARTerii „Nowego Czasu” trudno określić za pomocą liczb. Było to wydarzenie ze wszech miar unikalne. Nie była to typowa wystawa fotograficzna z umiejętnie dobraną do klimatu prac muzyką ilustracyjną. Krystian Data postawił sobie inny cel.

Dwudziestu dwóch instrumentalistów i wokalistów, których uwiecznił podczas wielodniowej sesji fotograficznej (Music Portret Personality) zostało zaproszonych do wzięcia udziału w zaimprowizowanym wielogodzinnym jam session, które wyznaczono na 15 i 16 lipca. Wielu spotkało się ze sobą w tych dniach po raz pierwszy. W oczach niektórych z nich zobaczyłem ten rodzaj… twórczego szaleństwa, który uwielbiam. Nie wszyscy spośród portretowanych muzyków przybyli na ARTeryjne jam session. Niektórych zatrzymały inne artystyczne zobowiązania.

Leszek Alexander (fot. Sławek Orwat)
Dominika Zachman (fot. Sławek Orwat)
Wśród tych, którzy weszli na scenę, można było doszukać się debiutantów oraz postaci znane od lat bywalcom krypty. Niektóre z nich można określić wręcz jako legendarne. Leszek Alexander, jak zawsze, oprócz nieodłącznej gitary przywiózł ze sobą swój magiczny sprzęt nagłaśniający oraz kilometry kabli, których pajęcza sieć połączyła wszystkie mikrofony i instrumenty w perfekcyjną dźwiękową harmonię. Ten znakomity muzyk fascynuje mnie od pamiętnej andrzejkowej ARTerii z roku 2009, podczas której perfekcyjnie wykonał bluesowe kompozycje, a zaraz potem swoim akompaniamentem pomógł Dominice Zachman wzbić się na artystyczne wyżyny. Dzięki doskonałej grze na gitarze oraz niepowtarzalnej barwie i sile głosu, w opinii wielu miłośników bluesa, Leszek bez większego problemu mógłby zagrać na jednej scenie nawet z samym Ericem Claptonem i gdyby nie światowa popularność tego drugiego, trudno byłoby wyrokować, który z nich otrzymałby dziś większe owacje. Leszka Alexandra podziwiam nie tylko za grę i śpiew.

Agata Rozumek z zespołem (fot. Sławek Orwat)
Urodzony w Anglii, doskonale mówi w języku swoich rodziców – 16 lipca opowiadał mi o swoich początkach gry na gitarze, o nagranej w Stanach płycie i udzielał praktycznych rad jak odnaleźć się w Zjednoczonym Królestwie. Wielki muzyk, wielka indywidualność i niespotykana intuicja odnajdywania się we właściwym miejscu i czasie nie tylko podczas jam session, które mimo że pozornie spontaniczne, dzięki Leszkowi było technicznie kontrolowane w sposób dla widza prawie niezauważalny. Pierwszego dnia robił to wspólnie z Bartkiem Nowakiem.

Sabio Janiak (fot. Sławek Orwat)
Znakomity występ Dominiki Zachman w POSK-u tydzień przed ARTerią okazał się jedynie rozgrzewką przed piątkowo-sobotnim jamem. To, co najbardziej obecnie podziwiam w tej wokalistce, to umiejętność nawiązania scenicznego dialogu z grającymi dla niej instrumentalistami. Dominika, niczym orkiestrowy dyrygent wyznaczała solówki, improwizowała, przyspieszała lub zwalniała tempo, płynnie przechodząc z jednej frazy w drugą. Drugiego dnia zupełnie pochłonęło ją etniczno-jazzowo-folkowe szaleństwo zainicjowane przez Sabio Janiaka.

Sabio to postać szczególna. Łączy w sobie najlepsze tradycje polskiego jazzu lat 70. z aranżacją wykorzystującą najnowsze zdobycze elektroniki. Na jam session pokazał znaczną część swoich umiejętności. Ten wykształcony perkusista, który potrafi także grać na trąbce i instrumentach klawiszowych, sprawnie wykorzystuje urządzenia nieodzowne do wykonywania muzyki klubowej.

Katy Carr i Jarek Sadowski (fot. Sławek Orwat)


Katy Carr (fot. Sławek Orwat)
Podczas ARTerii zachwycił swoimi umiejętnościami wszystkich, włącznie z Katy Carr, która wykonując swoją utrzymaną w rytmie walca uroczą piosenkę The White Cliffs płynęła unoszona rytmem wyznaczanym przez siedzącego przy perkusji Sabia.

Katy Carr zaprezentowała się głównie w stylistyce partyzancko-patriotycznej, jakby chciała przypieczętować swoją przynależność do polskiej społeczności, a jej interpretacja ułańskiego szlagieru O mój rozmarynie zaśpiewanego przy dźwiękach czerwonego ukulele była kwintesencją prezentowanego przez nią w tych dniach wizerunku scenicznego. Jej utrzymany w całkowicie odmiennym klimacie przepiękny album Coquette objawił mi zupełnie inne oblicze Katy, które chciałbym zobaczyć kiedyś na żywo z udziałem towarzyszącego jej zespołu.

Katy i Dominika to nie jedyne wokalistki obu wieczorów. Podobał mi się kameralny występ Agaty Rozumek, której piękne poetyckie piosenki zaśpiewane przy akompaniamencie własnej gitary oraz towarzyszącego jej basisty przypominały klimatem atmosferę Piwnicy pod Baranami oraz studenckich festiwali z czasów, gdy to określenie posiadało zupełnie inny wydźwięk.

Główny bohater wystawy - autor wszystkich fotografii Krystian Data z gośćmi (fot. Sławek Orwat)

Marta Carillion (fot. Sławek Orwat)
Marta Carillon zaprezentowała gatunek, który zdaniem wielu krytyków jest najbardziej ryzykowny. Jej repertuar to muzyka środka, która mogłaby z powodzeniem podbijać listy przebojów. Grając rocka lub jazz wykonawca posiada świadomość zaszufladkowania. Repertuar Marty wpisuje się w nurt, który jest skierowany do szerszego kręgu odbiorców, co pociąga za sobą poważne wyzwanie. Marcie udało się znaleźć swój styl i jeśli będzie konsekwentnie podążać w wybranym kierunku, wróżę jej połączenie sukcesu artystycznego z karierą na listach przebojów.

Magda Filipczak jako jedyna reprezentowała skrajnie inny gatunek muzyki. Jej piękna gra na skrzypcach oderwała na chwilę skupionych na słuchaniu jazzowego jam session widzów, przenosząc ich nie tylko do innej sali, lecz przede wszystkich do innego świata wrażliwości muzycznej. Muzyka klasyczna, którą wykonuje

Krystian rozrywany przez tłum wielbicielek (fot. Sławek Orwat)

Magda Filipczak (fot. Sławek Orwat)
Magda nie jest często spotykana na ARTeriach, ale sukcesy naszych młodych wirtuozów są od lat powszechnie doceniane w Europie i na świecie. Niedawno recenzowana przeze mnie na łamach „Nowego Czasu” płyta Leszka Możdżera z kompozycjami Krzysztofa Komedy udowadnia, że fuzja muzyki jazzowej i klasycznej jest możliwa i kto wie, czy w przyszłości nie powstanie ARTeryjny projekt, który zbliżyłby do siebie te dwie pozornie różne grupy słuchaczy.

Prawdziwymi perełkami obu dni były jazzowe popisy instrumentalne, podczas których zmieniający się cyklicznie muzycy byli nagradzani żywiołowymi owacjami po niemal każdym solowym popisie. Pianiści: Ula Szczepanek z grupy The Jigsaw Trio (która koordynowała jam session) oraz Tomasz Żyrmont z Groove Razors oddawali się scenicznym konwersacjom z saksofonami Marka Tomaszewskiego oraz Filipa Filipiuka. Maciek Pysz, podobnie jak Dominika, niedawny występ w POSK-u potraktował jak preludium do ARTeryjnego szaleństwa. Jazzowa improwizacja wchłaniała muzyków niczym gąbka.

Kuba Cywiński (fot. Sławek Orwat)
Kuba Cywiński i Tomek Żyrmont (fot. Sławek Orwat)
Pojawiali się, znikali, przyciągali także tych, którzy nie stanowili ścisłej kadry zdjęciowego teamu Krystiana. Jak grzyby po deszczu pod scenicznym szyldem „Nowy Czas” zaczęli pojawiać się bezimienni muzycy, którzy albo przyszli na jam session podziwiać swoich kolegów po fachu, albo znaleźli się tam przypadkowo, zwabieni dźwiękami muzyki dochodzącej z krypty. Jak w kalejdoskopie zmieniały się także składy sekcji rytmicznej. Wirtuozi instrumentów perkusyjnych: Jarek Sadowski, Tadeusz Pałosz i wspomniany już Sabio Janiak nadawali rytm na zmianę z basistami: Chrisem Webbem i Kubą Cywińskim.

Na ARTerii pojawiły się także dwie wokalistki, które nie zaśpiewały. Moniki Lidke przedstawiać czytelnikom „Nowego Czasu” nie muszę. Jej znakomity album Waking up to Beauty to prawdziwa jazzowo-folkowa perełka. Wydawnictwo to urzekło również Marka Niedzwieckiego który piękną balladę Moniki Rozpalona kołyska zamieścił na jednej z firmowanych swoim nazwiskiem jazzowych kompilacji.

Teresa Bazarnik - wydawca Nowego Czasu z jedną z uczestniczek jamu (fot. Sławek Orwat)
Krystian Data tym razem jako muzyk (fot. Sławek Orwat)
Aksamitny głos Pauliny Pospieszalskiej znam jedynie z nagrań, a nadesłane przez nią Breath oraz You Disappear będą ozdobą niejednej mojej audycji radiowej. Współtwórca sukcesów Sade i Ive Mendes Robin Millar usłyszał w głosie naszej Poli coś takiego, co przekonało go, aby zająć się promowaniem jej talentu. Mam nadzieję, że już wkrótce uda się nam posłuchać jej pięknych piosenek na żywo.

Nie wiem, jakie emocje towarzyszyły Teresie i Grzegorzowi podczas przygotowań do pierwszej ARTerii. Zapewne mieli jakieś oczekiwania. Przypuszczam, że podejmując takie wyzwanie musieli zdawać sobie sprawę z konsekwencji swojego czynu. Zawsze należy pamiętać, że gdy rzuca się jedną śnieżkę, można wywołać lawinę. Nie wiem jednak, czy lawina ludzi, z jaką zetknęli się teraz, nie przerosła ich najśmielszych wyobrażeń. Po raz pierwszy zobaczyłem Teresę, która dokonywała cudów, aby skutecznie zakończyć jam session.

Moja gorąca dyskusja z Sabio i Krystianem
Widziałem, jak muzykom trzeba było zabierać instrumenty, jak dzieciom zabiera się zabawki, aby poszły spać. Zapamiętałem moment, w którym Leszek Alexander musiał wyłączyć wzmacniacze i mikrofony, aby w końcu wszyscy poszli do domów. Muzyka, której już realnie nie było, brzmiała w uszach jeszcze godzinami. Słyszałem ją wsiadając do pociągu, słyszałem zasypiając. W tytule niniejszego artykułu nie ma błędu. Jeśli ktoś doszukuje się braku litery „ę” wyjaśniam, że nadając taki tytuł, w sposób zamierzony użyłem liczby mnogiej, skazując redakcję „Nowego Czasu” na dożywotnie organizowanie ARTerii. Jeśli ktokolwiek z moim wyrokiem nie zgadza się, uprzejmie proszę o kontakt mailowy.

Amy Winehouse - Samotność w cieniu uzależnień (Nowy Czas nr 170)

„W ciągu dnia, kiedy czymś się zajmuję, wszystko jest OK.
Uwiązana w miłości, nie muszę się zastanawiać gdzie on jest.
Aż chora z zapłakania, łapię się na tym, że robię zwrot o 180.
Kiedy sprzątam, to przynajmniej nie piję.
Biegam dookoła, więc nie muszę myśleć o myśleniu.
Ciche uczucie zadowolenia, które każdy posiada,
Znika wkrótce po zachodzie słońca.
W  snach widzę twarz w moich wnętrznościach.
On zalewa mnie swoim strachem,
A przemoczona dusza pływa w moich oczach obok łóżka.
Wylewam się nad nim, rozlewa się księżyc,
A ja budzę się sama”.

Lipiec nie jest szczęśliwym miesiącem dla muzyki rozrywkowej. Szczególnie feralny dla fanów rocka jest dzień 3. lipca. Tego właśnie dnia w roku 1969 legendarny założyciel grupy The Rolling Stones – Brian Jones został utopiony we własnym basenie przez robotnika remontowego Franka Thorogooda. Dokładnie dwa lata później w Paryżu w wyniku przedawkowania heroiny odszedł człowiek, który podczas pewnej imprezy sam o sobie wypowiedział słowa: "Jimi Hendrix, potem Janis Joplin. Teraz pijecie z numerem 3." Czy Jim Morrison rzeczywiście był trzecim z największych? Nie jest to temat do rozważań niniejszego wspomnienia. Trudno jednak nie napisać o dwojgu pozostałych bohaterach tego rankingu. 18.września 1970 roku w londyńskim szpitalu St. Mary Abbots w wyniku przyjęcia dziewięciu tabletek nasennych Vesperax zmieszanych z czerwonym winem zmarł gitarzysta wszech czasów i zarazem nr 1 według Morrisona – Jimi Hendrix. Do dziś istnieją dywagacje, czy był to nieszczęśliwy wypadek, morderstwo, czy samobójstwo.

wtorek, 5 lipca 2011

Leszek Możdżer - Komeda (Polska) 2011 Nowy Czas nr 169

Dawno już nie odczuwałem takiej radości z odkrywania na nowo znanych muzycznych tematów. Zalewany zewsząd słabymi, a czasem wręcz profanującymi oryginalne wykonania coverami, z coraz większym dystansem biorę do ręki kolejne interpretacje niedoścignionych mistrzów. Jako poszukiwacz niebanalnych kompozycji jedynie od czasu do czasu dostępuję zaszczytu obcowania z taką muzyką, która wkrada się w najskrytsze zakamarki duszy i silnie pobudza moją wyobraźnię. W przypadku muzyki instrumentalnej, brak tekstu dodatkowo zwalnia słuchacza z dokonywania oceny podmiotu lirycznego, przenosząc całą uwagę wyłącznie na świat dźwięków.
Krzysztof Komeda żył tylko 38 lat, ale zdążył skomponować tematy aż do 65 filmów, a rok przed śmiercią pamiętną kołysanką „Sleep Safe And Warm” z „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, przypieczętował swoją pozycję wśród największych kompozytorów XX wieku.
Cechą wyróżniającą grę Leszka Możdżera jest umiejętność nawiązywania emocjonalnego kontaktu ze słuchaczem. Artysta czyni to poprzez przeplatanie tradycyjnego stylu jazzowego z klasycznymi improwizacjami, którymi niczym wytrawny pejzażysta maluje obrazy własnych przeżyć. Delikatność wydobywanych przez niego dźwięków pozwalających słuchaczowi odpocząć i zapomnieć o upływającym czasie porównałbym do niosącej ukojenie oczom odbiorcy dzieła plastycznego gamy pastelowych barw.