sobota, 13 maja 2017

Ja nie boję się psów, zdecydowanie bardziej obawiam się ludzi. Z Kasią Moś - reprezentantką Polski na tegoroczny Festiwal Eurowizji rozmawia Sławek Orwat

Fragment koncertu Kasi Moś w londyńskim klubie Mikrus, który miałem okazję zapowiadać (fot. Dominik Witosz)
Propozycja wywiadu z Kasią spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba. Pamiętam tylko jak powiedziałem do mikrofonu mojego oldskulowego telefonu z klawiaturą - "Eurowizja? Kompletnie mnie ten temat nie interesuje, bo to straszna tandeta się ostatnio zrobiła". Cierpliwa rozmówczyni ze stoickim spokojem odczekała moją irytację, po czym poprosiła, abym jednak zdecydował się posłuchać pewnej piosenki, po czym sam zdecyduję, czy wybiorę się do Londynu na spotkanie z naszą reprezentantką.

Tak powstawał wywiad (fot. Maciej Malinowski)
Podałem więc adres mojej skrzynki mailowej, odpaliłem kompa, wysłuchałem "Flashlight" i... oniemiałem. Następnie wykonałem telefon zwrotny i zanim podjąłem dalszą rozmowę, grzecznie najpierw przeprosiłem przemiłą panią, która w roli promotorki talentu Kasi spisała się zawodowo. A potem odbył się koncert Kasi Moś w londyńskim klubie Mikrus, który miałem radość poprowadzić, a także po raz pierwszy wysłuchać wszystkich perełek, jakimi naszpikowany jest repertuar tej uroczej artystki, po czym... nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni poczuć złość do polskich stacji radiowych za to, że tak dobrej jakości pop notorycznie jest medialnie spychany w odmęty niebytu, a zamiast jego od lat lansowana jest niskich lotów "popelina" z tekstami o niczym jakże często ilustrowana pięknymi widokami tudzież cielesnymi walorami wokalistek, aby tak "nakarmiony" elektorat masowy dał się w końcu przekonać o wyższości muzycznego prostactwa (nie mylić z prostotą) nad intelektualną głębią i przeżyciami artystycznymi. Zapraszam więc do rozmowy z Kasią Moś, która od samego początku w moim zamyśle miała być nie tylko rzetelnym przybliżeniem postaci tej utalentowanej wokalistki, lecz także aby mogła stać się powodem do zastanowienia nad jakością i kondycją tak zwanej muzyki popularnej, czy - jak to inaczej się kiedyś nazywało - muzyki środka lub "muzyki dla wszystkich".

fot. Dominik Witoszt
- To rzadkość brać udział w tych maleńkich 5 minutach istnienia gwiazdy pomiędzy supernową, a pełnią jej blasku. Tak napisałem na swoim profilu Facebooka tuż po otrzymaniu propozycji przeprowadzenia z tobą wywiadu. Podzielasz moje zdanie, że wielki wybuch masz już w końcu za sobą, a teraz - trzymając się tej astralnej terminologii - zaczynasz budować swoją galaktykę fanów?


Kasia podczas wywiadu (fot. Sławek Orwat)
Kasia Moś: (śmiech) ...Bardzo podoba mi się hasztag wymyślony przez moich fanów - "Niech Moś będzie z Tobą"!!! A tak na poważnie, chyba nigdy tak naprawdę nie będę czuła się gwiazdą. Jestem na scenie już tyle lat, jest to moja ogromna pasja i skupiam się głównie na radości, którą odczuwam, gdy śpiewam. Na pewno czuję się teraz bardziej docenioną wokalistką, niż byłam jeszcze rok temu. Czuję, że wreszcie ziarno, które posiałam ładnych parę lat temu, zbiera swoje plony. Gdybym nie poświęciła nauce śpiewu tyle czasu, gdybym pomimo "paru" załamań i wątpliwości nie była wytrwała i pewna słuszności wybranej drogi, nie byłabym dziś w tym miejscu, w którym jestem. Śpiewanie było i jest moją największą pasją. Jeśli robi się coś zgodnie ze swoim sumieniem, nie chodzi na muzyczne kompromisy, to droga do "sukcesu" zawsze jest dłuższa. Z tego powodu przez te wszystkie lata słyszało o mnie niewiele osób, ale za to ci, którzy o mnie usłyszeli - mam przynajmniej taką nadzieję uważają, że jestem całkiem dobrą wokalistką. Prawdą jest, że gdy nie funkcjonujesz w prasie czy w rozgłośniach radiowych, to tak naprawdę dla większości ludzi nie istniejesz w ogóle. Bez mediów jest się znanym w bardzo wąskim gronie, które interesuje się konkretnym gatunkiem muzycznym.

Aukso i Marek Moś z Motion Trio (fot. Maciej Jaros)
- Twój tato wraz z Kwartetem Śląskim występował na wielu scenach świata. Powołał także do życia znaną Orkiestrę Aukso, której jest dyrygentem i dyrektorem. Czy wzrastając w takiej atmosferze już jako mała dziewczynka czułaś naturalną potrzebę bycia na scenie, czy też swój talent odkryłaś znacznie później?


Kasia: Od najmłodszych lat jeździliśmy na festiwale, na których występował tata ze swoim kwartetem. Byliśmy dziećmi, więc zapewne wolelibyśmy wraz z moim bratem Mateuszem bawić się w tym czasie z naszymi rówieśnikami (śmiech). Ale rzeczywiście przez samo uczestnictwo w tych wydarzeniach mieliśmy styczność z muzyką klasyczną. W naszym domu w zasadzie słuchało się tylko klasyki. Dopiero z bratem wprowadziliśmy do domu Pop, R'n'B czy Soul. Chciałam pójść do szkoły muzycznej i wydawało mi się to czymś zupełnie naturalnym. Poza tym Mateusz był w szkole muzycznej, znałam praktycznie wszystkich jego kolegów i koleżanki.To był mój świat.

fot. Dominik Witosz
- Ukończyłaś szkołę muzyczną im. Fryderyka Chopina w Bytomiu w klasie wiolonczeli i fortepianu. Zamiast jednak zostać prześliczną wio wiolo, wiolonczelistką la la la (śmiech), jako 15-latka postanowiłaś wybrać się na zajęcia wokalne prowadzone przez panią Elżbietę Chlebek? Dlaczego wokal wygrał z instrumentalistyką?

fot. Dominik Witosz
Kasia: Bardzo szybko przekonałam się, że granie na instrumencie to jednak nie jest to, co lubię. Śpiew natomiast to od początku była moja prawdziwa pasja. Pani Ela Chlebek - wybitna pedagożka - zgodziła się udzielać mi prywatnych lekcji śpiewu. Trochę czasu zabrało nam, znalezienie odpowiedniego materiału do śpiewania - utworów, które pomogą mi się otworzyć, dzięki, którym znajdę swój "naturalny" głos i w końcu, takich, które pomogą mi ten głos rozwinąć. Na początku - jak pewnie każda dziewczynka - chciałam śpiewać piosenki Whitney Houston, szybko okazało się, że to nie jest repertuar dla mnie. Któregoś dnia przyniosłam piosenkę "Fallin" Alicii Keys, która wydała akurat świetną płytę Songs in A Minor. To był właśnie ten przełomowy moment dla mojego głosu. Wtedy. zrozumiałyśmy, że może będą ze mnie ludzie (śmiech). Coś się we mnie otworzyło, znalazłyśmy drogę, którą powinnam dalej podążać. Lekcje u pani Eli były dla mnie wspaniałą odskocznią od szkoły muzycznej, której za bardzo nie lubiłam. Grałam - jak już powiedziałeś - na wiolonczeli i przez parę lat na fortepianie. Lekcje śpiewu były dla mnie ulubionym momentem całego tygodnia.

 
- Jesteś absolwentką Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w klasie wokalu Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Czym dla ciebie jest jazz i czy zamierzasz pójść kiedyś w tym kierunku, czy też wolisz pozostać w kręgu piosenki popularnej?


fot. Dominik Witosz
Kasia: Obecnie gatunki muzyczne tak bardzo się wymieszały, że trudno określić je jednym słowem. Na pewno dobrze odnajduję się w piosenkach soulowych. W jazzowych - owszem - też, ale o wiele bliższe jest mi jednak połączenie popu z soulem, chociażby takie, utwory, które wykonywałam wczoraj [rozmawiamy nazajutrz po londyńskim koncercie Kasi w klubie Mikrus - przyp. red.] "Charlene" Anthony'ego Hamiltona czy "Tyrone" Erykah Badu. To piosenki, które bardzo lubię śpiewać i w których mogę bawić się głosem. Jest to dla mnie bardzo ważne, staram się wszystkie śpiewane przeze mnie utwory urozmaicać. Nawet kiedy śpiewam cover, to zawsze wykonuję go po swojemu. 


Stevie Wonder podczas próby przed koncertem w holenderskiej TV (fot. Jac Nijs)
- Zawsze uważałem, że najlepsza muzyka pop istniała w wówczas, kiedy była uboczną produkcją artystów jazzu, soulu i rocka. Takim przykładem jest choćby nieśmiertelny kawałek Stevie Wondera "I Just Callled To Say I Love You", czy też kilka znakomitych numerów Freddiego Mercury i Phila Collinsa, którzy po nagraniu hitów dla masowej publiczności spokojnie wracali do swoich macierzystych zespołów i nadal robili to, za co kochaliśmy ich od zawsze. Muzyka pop całkowicie straciła w mojej opinii polot i klasę w momencie, kiedy zaczęła być konfekcyjną produkcją sztucznie powołanych do tego celu zakładów pracy, gdzie w określonych godzinach po podpisaniu listy obecności odpowiedzialni za napisanie piosenek pracownicy, mają w ramach jednej dniówki zrobić ich np. 6, po czym jakaś tam "kontrola jakości" wybiera z całego tygodnia te 3, które "wydział propagandy" za pomocą funduszy właściciela tej kuriozalnej "fabryki przebojów" tak długo i namolnie emituje je w największych stacjach radiowych, aż w końcu masy zaczną to niczym gumę do żucia lub papier toaletowy kupować. Twój rodzaj popu Kasiu dlatego jest dobry, bo posiada feeling i jest wyraźnie jazzujący, a dlatego nie jest popularny, gdyż ośmielasz się nie podzielać entuzjazmu panów z grubymi portfelami i nie idziesz w stronę byle jakich melodii z tekstami o niczym, których jedynym atutem mogłaby być jedynie prezentacja w teledyskach twoich zgrabnych nóg i rozwianych za pomocą wentylatora włosów (śmiech).

Dodaj napis
Kasia: Bardzo miło jest mi to słyszeć. Jeżeli rzeczywiście tak jest, to dlatego, że moja muzyka nie była komponowana pod przymusem. Nie jest wykalkulowana, tylko wypływała prosto z nas. Nigdy też tworząc kolejne piosenki nie zastanawiałam się jaki to jest gatunek. Praca polegała na wysłuchaniu jakiegoś pomysłu, i wtedy padało - "O! to jest dobre", "fajne", albo "zróbmy to tak i tak" i właśnie dlatego nasza pierwsza płyta "Inspination" jest po prostu prawdziwa.


- Powiem ci, że piosenką "Fat" kompletnie powaliłaś mnie wczoraj na kolana. To, co wyczyniasz w niej ze swoim głosem już od pierwszych taktów wyraźnie pokazuje, że tego nie śpiewa "dziewczyna z podwórka", tylko artystka z zawodowo wyćwiczonym wokalem, a to, że jest to muzyka popularna wynika jedynie z tego, że jest ona skierowana do znacznie szerszego kręgu publiczności niż np. jazz. Wróćmy jednak do twoich początków: Stetsons, Lotharsi, The Fire. Opowiedz trochę więcej o swoich pierwszych doświadczeniach scenicznych.

Kasia: O kurcze... kiedy to było? Stetsons to rzeczywiście był zespół, z którym zagrałam kilka fajnych koncertów, w tym support przed koncertem zespołu pana Wojciecha Karolaka w Tychach w Teatrze Małym.

fot. Dominik Witosz
- Co to była za muzyka?

Kasia: Śpiewaliśmy głównie covery takich wykonawców jak np. Earth Wind & Fire. Założycielem zespołu był Paweł Steczek. Jego brat Piotr gra u mojego taty w orkiestrze i kiedy usłyszeli moje demo, zaproponowali mi współpracę. Lotharsi natomiast to jest big-band z Żor, który zresztą nadal istnieje. Śpiewałam z nimi jako 16-letnia dziewczynka i do dnia dzisiejszego czasem wspólnie koncertujemy. The Fire miał być w założeniu zespołem akademickim, który powołali do życia ludzie związani z Akademią Muzyczną w Katowicach. Miało tam śpiewać trzech wokalistów, a skończyło się na tym, że zrobiliśmy sesję zdjęciową i nie zagraliśmy żadnego koncertu (śmiech).

fot. Dominik Witosz
- W 2012 roku zdecydowałaś się na udział w programie Must Be the Music, który nie jest mi obcy, gdyż rok później jako duchowy opiekun wrocławskiej Katedry także dotarłem wraz z nimi do wielkiego finału. Nie będę chyba odkrywczy, jeśli powiem, że aby wystartować w tego typu TV show, trzeba się odznaczać niemałą odwagą, gdyż z jednej strony można tam zostać zauważonym, ale z drugiej można też zostać medialnie pogrzebanym. Pod obróbkę wzięłaś wtedy kompozycje Arethy Franklin i Dżemu, co ostatecznie dało ci trzecie miejsce. Czułaś się po tym programie bardziej rozpoznawalna czy tez towarzyszył ci lekki niedosyt?

Kasia: Na program zostałam troszkę namówiona. Tuż po powrocie ze Stanów i po rozpoczęciu pracy z Grzesiem Piotrowskim. Dosyć długo zastanawiałam się nad decyzją. Trochę się tego bałam, bo np. mogę mieć gorszy dzień, czy, za bardzo się zestresuję. Taki program to zupełnie inne środowisko niż to, do którego jestem przyzwyczajona. Obawiałam się, że gdy coś pójdzie nie tak, moja kariera w skutek jakiejś chwilowej negatywnej oceny może skończyć się zanim się jeszcze na dobre zacznie. Z drugiej strony pomyślałam sobie, że może warto spróbować. Od czasu do czasu znajduję u siebie ten rodzaj odwagi, którego nie jestem nawet świadoma. Nie żałuję mojego udziału w tym programie. Rzeczywiście moja interpretacja "(You Make Me Feel Like) A Natural Woman" Arethy Franklin, przypadła jury i słuchaczom do gustu. Z komisją inaczej sprawy miały się w drugim odcinku. Zaśpiewałam Dżem... jury bardzo mnie za tę piosenkę skrytykowało...



fot. Dominik Witosz
- Jaki kawałek Dżemu zaśpiewałaś?

fot. Dominik Witosz
Kasia: "Czerwony jak cegła". Pamiętam gdy pani Ela Zapendowska powiedziała, że dziewczyna nie powinna śpiewać takiej piosenki, że nie zmieniłam tekstu na "Czerwona...", tylko zaśpiewałam tak, jakbym była mężczyzną. Ja jednak uznałam, że tekstu takich piosenek po prostu się nie zmienia.

- Absolutnie się z tobą w tym temacie zgadzam, bo przecież w ślad za taką zmianą musiałyby pójść kolejne:

"Nie wiem jak mam to zrobić, by kobietą się stać,
I nie wypaść ze swej roli, tej co pierwszy raz,
Gładzę czule jego ciało, skradam się do jego ust..."

Pomimo ogromnego szacunku, jaki mam dla pani Eli i to nie tylko za całokształt jej osobowości, ale - i tu będzie odrobina prywaty - także za to, że rok później jako jedyna jurorka stwierdziła, że to właśnie moja Katedra powinna wygrać finał, tym razem jednak nie mogę podzielić jej pomysłu, ponieważ dla mnie takie odwrócenie ról akurat w tym utworze po prostu się gryzie.

fot. Dominik Witosz
Kasia: Wiem jedno, uwielbiam śpiewać bluesa, doskonale odnajduję się w tej stylistyce. Ten gatunek jest bliski mojemu sercu i osobowości. Nie wiem... być może jurorzy po "Natural Woman" spodziewali się, że zaśpiewam coś jeszcze bardziej epickiego, a ja tu nagle postanowiłam promować swój Śląsk (śmiech). W finale zaśpiewałam piosenkę "I Can't Say", nad którą pracowałam ze wspomnianym wcześniej Grzesiem Piotrowskim. Ostatecznie zajęłam trzecie miejsce. Powiem szczerze, że wiedziałam, że tego programu nie wygram, w finale spotkałam się także z zespołem LemOn. Igor Herbut jest fenomenalnym wokalistą i przyznam się, że od początku im kibicowałam.


- Czyli żadnego niedosytu nie było?

Kasia: Nie.

- W trakcie udziału w MBTM nagrałaś piosenkę "Uwierz" umieszczoną na debiutanckiej płycie zespołu Tax Free zatytułowanej Na ostatnim piętrze nieba. Utwór ten został stworzony na potrzeby akcji przeciwko bezmyślnemu kupowaniu psów. Masz 4 psy, 2 koty. Czy jakiegoś pupila pominąłem?

Kasia: Mam już pięć psów (śmiech).

Podczas wywiadu w pubie pojawił się pies, co wywołało u Kasi spontaniczną reakcję (fot. Sławek Orwat)
- Z myślą o bezdomnych zwierzętach zgodziłaś rozebrać się dla Playboya. Skąd ta wielka miłość do czworonogów i dlaczego ten temat jest ci tak bliski?

fot. Maciej Malinowski
Kasia: Historie związane ze zwierzętami i ich los zawsze były mi bliskie. To w jaki sposób traktujemy zwierzęta, w jaki bestialski sposób je mordujemy, to że na nie polujemy lub to, że niektórzy z nas hodują zwierzęta futerkowe po to, żeby je później odzierać żywcem ze skóry, czy w końcu to, że trzymamy psy na łańcuchach nie pozwala mi spokojnie spać, ta myśl od zawsze nie daje mi spokoju. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego jesteśmy aż tak okrutni. Dlaczego będąc, teoretycznie, najbardziej inteligentnym ze wszystkich gatunków nie rozumiemy, że te zwierzęta czują, że się boją, a przede wszystkim tego, że potrafią kochać i to w taki sposób, w jaki człowiek często nie potrafi, czyli bezgranicznie i bezwarunkowo. I dlatego już jako dziecko postanowiłam, że będę z tym naszym stosunkiem do zwierząt na wszelkie sposoby walczyć, że będę starała się coś z tym zrobić. Zdaje sobie sprawę, że sama świata nie zmienię, bo jest to niemożliwe, ale zawsze powtarzam, że to właśnie małe kroki świadczą o wielkości i rozwoju ludzkości. Ja zrobię coś dobrego, ty zrobisz coś dobrego i tak zmieniamy nasz najbliższy krąg.


- Zawsze uważałem, że miłość do zwierząt przekłada się na miłość do ludzi, ponieważ dotyka istoty życia.

Kasia: Każdy z nas ma w sobie odrobinę egocentryka. Chcemy, aby było nam dobrze. Ale to nie może być tak, że skupiamy się tylko na sobie, że tylko my się liczymy, że potrafimy być zaangażowani tylko w nasze szczęśliwe życie. Chcę być głosem tych, którzy nie mają głosu i kiedy dostałam propozycję od magazynu Playboy, na początku nie chciałam jej przyjąć, ale wtedy tato powiedział mi - wykorzystaj to do zrobienia czegoś dla ciebie ważnego.

fot. Sławek Orwat
- Nie bałaś się podczas sesji pieska, który leżał na twoich ramionach?

Kasia: Nie, no coś ty. One były kochane i grzeczne, a poza tym ja nie boję się psów i zwierząt dużo bardziej obawiam się ludzi.

- To były twoje psy?

Kasia: Nie, to były psy ze schroniska "Na Paluchu". Ten husky z okładki był akurat od pani, która ma psi zaprzęg złożony z zaadoptowanych psiaków.


- Wcześniej żaden wielki festiwal cię nie chciał w tym również opolski. Jak przyjęłaś dar od losu w postaci Eurowizji, bo umówmy się, że pięknie śpiewałaś zapewne od zawsze, ale to jeszcze nie stanowi żadnej przepustki do sławy? Mam na własny użytek dwie koncepcje dlaczego nie zrobiłaś dotychczas kariery - po pierwsze śpiewasz za dobrze i po drugie jesteś zbyt ładna.

Kasia: Kilka razy już to słyszałam (śmiech), ale ja nie myślę w ten sposób. Gdybym dopuściła do siebie takie myślenie, to byłoby mi najzwyczajniej w świecie przykro.

fot. Dominik Witosz
- Tu nie chodzi o to, że jesteś za dobra. Tu chodzi o to, że bardzo rzadko spotyka się wokalistki, które łączą w sobie talent artystyczny z niepospolitą urodą. We współczesnym show biznesie - zauważ - jest tak, że albo jesteś śliczna, ale śpiewasz tak, że robisz teledysk, na którym do bólu eksponujesz swoje walory ciała, albo najdelikatniej mówiąc posiadasz bardzo przeciętną urodę, ale za to potrafisz śpiewać jak Barbra Streisand. Broń cie jednak Panie Boże, abyś miała i zgrabne nogi i piękną buźkę i jeszcze do tego znakomity wokal, bo kto to widział?! (śmiech) Dostałaś więc dwa dary niebios, które w rzeczywistości są być może w robieniu kariery scenicznej twoim przekleństwem?


fot. Dominik Witosz
Kasia: Być może tak jest, bo jakże często jest też tak, że jeśli jesteś uważana za ładną dziewczynę i jeszcze do tego wzięłaś udział w sesji do Playboya, to od razu musisz być pustakiem albo pół-mózgiem. Wywalczyłyśmy sobie prawo do decydowania o sobie, mamy XXI wiek, feminizm. Niby panuje równouprawnienie, ale niestety często to nieprawda, wciąż musimy walczyć z tymi kretyńskimi stereotypami. Gdyby facet rozebrał się w jakimś magazynie i pokazał swój doskonale zbudowany tors, to każdy powiedziałby - Boże! Co za fajny gość. Jaki super facet! A ja cały czas muszę odpowiadać na pytania - czy to w ogóle warto? Czy to ma sens? A mnie nie interesuje, co myślą tzw. ‘WSZYSCY”. Dla mnie ma to sens!!! Nawet wtedy, kiedy tylko 5 osób się nad tym zastanowi i powie - Może ta Mośka ma rację i pójdą wypuścić psa z łańcucha. Jest takie powiedzenie, że jeśli uratujesz jedno życie, to uratujesz cały świat i są to święte słowa. A wracając do twoich przemyśleń, to nie chcę dopuszczać do siebie jakichś teorii spiskowych wobec mojej osoby. Wolę myśleć, że każdy ma zapisaną drogę i że jeden ma tę drogę łatwiejszą, a drugi trudniejszą i dłuższą. Zaraz też zadaję sobie pytanie - czy ten, kto ma łatwiejszą drogę do przebycia jest w stanie się z niej prawdziwie cieszyć, docenić ją i nie zaprzepaścić swojego szczęścia. I czy przez to, że zbyt szybko dużo osiągnął, jest w stanie sobie z tym darem poradzić? Wydaje mi się bowiem, że ktoś taki jak ja, kto całe życie walczył i musiał dużo pracy wsadzić w to, co robił, wiele razy dostawał po łbie, załamywał się, płakał, ale zawsze powstawał, nie poddawał się i szedł dalej, taka osoba na pewno z o wiele większą radością i pokorą przyjmie ewentualny sukces, ale też może z odrobinę większym spokojem będzie potrafiła pogodzić się ze swoją porażkę. Wiesz... ja kocham śpiewanie i nie wyobrażam sobie robić w życiu czegoś innego. Ale poza muzyką bardzo ważna jest dla mnie rodzina, zwierzęta, więc jeśli nawet nie będzie mnie w telewizji, gazetach czy na festiwalach, ale będę mogła śpiewać z zespołem i koncertować, to też będę szczęśliwym człowiekiem.

fot. Dominik Witosz
- Boisz się wygrać Eurowizję?

fot. Maciej Malinowski
Kasia: Nie dopuszczam do siebie takiej myśli, skupiam się na tym aby dobrze zaśpiewać i tyle.

- A ja tak. Muszę ci się szczerze przyznać, że po raz pierwszy wierzę w to, że Polska może to wygrać. A moje pytanie spróbuję ci zadać jeszcze raz, ale w trochę inny sposób - czy jesteś świadoma, że jeśli ci się to jednak zdarzy, to nic w twoim życiu już nie będzie takie, jak dawniej?

Kasia: Wiem.

- A twój facet będzie musiał to wytrzymać. [Maciek - osobisty mężczyzna naszej reprezentantki na Eurowizję siedzi tuż obok Kasi i przysłuchuje się naszej rozmowie wtrącając do niej od czasu do czasu swoje trzy grosze - przyp. red.]

Kasia: W najgorszym wypadku Maciuś dostanie jakieś tabletki, uda się na kilka wizyt do psychologa i będzie z nim dobrze (śmiech). A tak poważnie... myślę że to się jednak nie zdarzy.

Kasia i Maciek (fot. Sławek Orwat)
fot. Dominik Witosz
- Moja wiara w twój sukces wypływa nawet nie tyle ze świadomości twojego talentu, ile z tego, że ta piosenka jest naprawdę dobra i w tej rozmowie jeszcze do tego utworu wrócimy. Na razie jednak chciałbym się jeszcze przez moment skupić na twoim psychicznym podejściu do możliwości osiągnięcia sukcesu, gdyż uparcie uważam, że właśnie w tym tkwi cały klucz. Tegoroczne zwycięstwo w eliminacjach krajowych nie jest twoim pierwszym podejściem do Eurowizji. W 2006 Robert Janson napisał dla ciebie piosenkę "I Wanna Know", z którą w polskich eliminacjach zajęłaś dziesiąte miejsce. Dwa lata temu ukazała się twoja debiutancka płyta InspiNation, z której pochodzi utwór "Addiction", z którym ponownie zakwalifikowałaś się do preselekcji. Tym razem poszło już lepiej - zajęłaś 6 miejsce. Czy podświadomie czułaś, że tegoroczny konkurs przyniesie ci w końcu upragniony awans, czy też podchodziłaś do niego podobnie jak teraz do Eurowizji, czyli... i tak pewnie tego nie wygram?


fot. Dominik Witosz
Kasia: Ja jestem po prostu realistką, wolę się pozytywnie zaskoczyć, niż nastawiać się na jakieś wielkie rzeczy, a potem płakać. Zgłaszając piosenkę do preselekcji wcale nie liczyłam na to, że je wygram. Chciałam znowu o sobie przypomnieć, pokazać, że komponujemy i pracujemy nad utworami. To było dla mnie najważniejsze. Zgłosiłam się aby zaprezentować nowy utwór. Przez długi czas było tak, że nie koncertowaliśmy zbyt wiele, bo wielu ludzi mówiło, że nasza muzyka jest zbyt "trudna" i że jest tam za mało piosenek śpiewanych po polsku. Festiwale nas nie chciały, na jedne byliśmy za mało, a na drugie za bardzo mainstreamowi. Dlatego nie mieliśmy gdzie się pokazać. Bardzo chciałabym wystąpić na fajnych, ambitnych festiwalach. Mam nadzieję, że któregoś dnia nam się uda. Teraz wszyscy wokół mówią mi, że przez to, iż zaśpiewam na Eurowizji, nigdy nikt już nie zechce zaprosić nas na festiwal typu - Openair. Czasami wydaje mi się, że mamy po prostu za małe "plecy". Bo przecież zagraliśmy na festiwalu Spring Break w Poznaniu ukierunkowanym na twórczość muzyków bardziej alternatywnych. Mój znajomy zaprezentował nasze utwory organizatorowi i ten zaprosił nas do zagrania tam koncertu. Dlaczego np. wspomniana przez ciebie piosenka "Fat" nie miałaby zaistnieć na bardziej ambitnym festiwalu?

fot. Dominik Witosz
fot. Dominik Witosz
- Ujmę to tak - posiadasz w swoim repertuarze tak dobre piosenki jak "Fat", które zarazem tak bardzo nie pasują do współczesnego trendy-popu, że pomimo, iż każdy człowiek, który choć odrobinę zna się na muzyce, słyszy od razu, że są one znakomite, boi się podjąć decyzję wpuszczenia ich na salony tylko z tego powodu, że podczas ich wykonywania medialnie wychowana na mniej ambitnej muzyce większość widowni zrobi sobie w tym czasie przerwę na papierosa lub toaletę. Uwierz mi, że jeśli wygrasz Eurowizję i będziesz powszechnie rozpoznawalna, ci sami widzowie, którzy dziś podczas "Fat" zrobiliby sobie przerwę, przyjdą na koncert Kasi Moś, aby śledzić wzrokiem każdy twój gest i wówczas będziesz mogła nie tylko zaśpiewać sobie "Fat", ale wykonywać jazz czy muzykę alternatywną, bo wtedy ten świat kupi wszystko i to wcale nie po to, aby podziwiać wartości artystyczne zawarte w twoich piosenkach, tylko po to, aby zobaczyć dziewczynę z pierwszych stron gazet. Teraz jednak powróćmy do "Flashlight", czyli do utworu, który będzie miał wkrótce znaczenie kluczowe dla całej twojej przyszłej kariery. Ta piosenka jest zaaranżowana i wykonana w zamaszystym "bondowskim" stylu. Kto za ten stan rzeczy odpowiada i jak udało mu się zrobić to tak dobrze, żeby nie powiedzieć światowo?


Kasia: W wakacje zostałam wysłana do Holandii przez Ministerstwo Kultury. Polska po raz pierwszy w tym roku wysłała dwóch wokalistów na warsztaty pisania piosenek pod kątem Eurowizji. Pomimo, że wówczas nie miałam wcale planów zgłaszania się w tym roku na preselekcje, zaciekawił mnie sam fakt kontaktu z zagranicznymi producentami muzycznymi. Gdzieś w środku czułam, że może to być dla mnie niezwykle cenne doświadczenie. Pracowałam tam z Anglikiem, Łotyszem i z dwoma chłopakami z Belgii.

fot. Dominik Witosz
Spędziliśmy ze sobą dwa dni, podczas których mieliśmy stworzyć dwie piosenki. Ja napisałam zwrotki, ktoś inny ułożył refreny. Wspaniała praca ale wiedziałam, że tych utworów nigdzie nie wykorzystam. Przechadzając się po tych wszystkich studiach, gdzie powstawały inne piosenki, usłyszałam kompozycję pewnego producenta i zachwyciłam się nią. Po powrocie do Polski napisałam do organizatora tych warsztatów, czy mógłby mnie skontaktować z zasłyszanym producentem. Udało się. Wysłałam mu swoje utwory z płyty i w końcu szwedzki producent Rickard Bonde - bo tak się nazywa - odpisał mi, że chętnie będzie ze mną pracował. I tak chwilę później pojechałam do Londynu. Tam do mnie i do Ricarda dołączył angielski kompozytor Pete Barringer i wspólnie w trójkę pracowaliśmy i stworzyliśmy dwa utwory. Pierwszego dnia napisaliśmy piosenkę bardziej nowoczesną, a drugiego dnia powstał "Flashlight". Pamiętam, że kiedy już wyszłam ze studia, chłopcy powiedzieli do mnie - Kasia to jest fajna piosenka na Eurowizję! W pierwszej chwili powiedziałam, że nie, że nie będę kolejny raz zgłaszała się do Eurowizji i w ogóle dajcie spokój, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że może rzeczywiście warto. Wysłałam utwór i znów znalazłam się w finałowej dziesiątce.

fot. Dominik Witosz
- Kto napisał tekst?

Kasia: Razem. Wszystko robiliśmy razem. Te warsztaty na tym właśnie polegają. Od podstaw każdą piosenkę tworzy się wspólnie, a wszystko to działo się tu, niedaleko nas pod Londynem.

- Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego stylistycznie ta piosenka nie brzmi jak typowa piosenka z Polski, a jeśli już do czegoś można by ją porównać, to - tak jak już to powiedziałem - do stylistyki piosenek z filmów o Jamesie Bondzie.


fot. Dominik Witosz
Kasia: No tak, piosenkę napisał Szwed, Anglik i ja. Nie uwierzysz, jak oni szybko i fantastycznie pracują. A z ciekawostek, utwory Pete'a znajdują się na pierwszych miejscach list przebojów w Japonii.

- Czy uważasz, że to, że ci ludzie są znani w branży muzycznej, może ci jakoś pomóc podczas Festiwalu Eurowizji?

Kasia: Nie wiem, jak bardzo są znani w Europie, ale pracują po europejsku i to jest duży komplement. Poza tym super byłoby dostać się na rynek japoński czy chiński, czy ogólnie mówiąc azjatycki. W ogóle moim marzeniem jest, aby ta druga płyta, która już powstaje, znalazła swojego wydawcę również poza granicami Polski

- Wiem, że szykujesz na swój występ w Kijowie jakąś wizualną niespodziankę, która ma być taką wisienką na torcie twojego występu. Zdradzisz mi co nieco, czy nadal będzie to wielka tajemnica? Czym chcesz zaskoczyć podczas finału?

Kasia: Z jednego pomysłu, który był super , musieliśmy niestety zrezygnować.

fot. Dominik Witosz
fot. Dominik Witosz
- Co to był za pomysł?

Kasia: Chodziło o hologramy.

- I dlaczego upadł?

Kasia: Niestety technicznie nie byłoby to wykonalne.

- Czym zastąpisz ten pomysł?

Kasia: A to musisz zobaczyć nasz występ 9 maja (śmiech). Na pewno znowu nawiążemy do motywu z preselekcji czyli do ptaków.

- Ufff... ulżyło mi (śmiech).

Kasia: Dlaczego?

- Założyłem sobie jeszcze przed naszym spotkaniem, że w tym miejscu naszej rozmowy wypowiem następujące słowa - obiecaj Kasiu, że nie dokleisz sobie brody!

Kasia: (śmiech) A wąsa mogę?

fot. Dominik Witosz
fot. Dominik Witosz
- Też nie (śmiech). A tak już poważnie, wracając do tego pomysłu z ptakami, to w tym momencie będzie to czytelne nawiązanie do twojego teledysku?

Kasia: Dokładnie tak.

- O czym tak naprawdę traktuje tekst "Flashlight"?

Kasia: Tym utworem -  tytułową "Latarką" chcę naświetlić problem złego traktowania zwierząt. Jak to możliwe, że wciąż trzymamy psy na łańcuchach czy hodujemy zwierzęta na futra, to mi się nie mieści w głowie. Mój utwór ma jasny przekaz. Oczywiście ludzie też mogą się z tą piosenką utożsamiać. Na pewno wielu z nas czuło się kiedyś prześladowanym przez swoje poglądy, pochodzenie czy orientację. Śpiewam też do nich i o nich. Dla mnie między nami, a zwierzętami w wielu aspektach nie ma różnic. Utwór ten jest też dedykowany osobom, które na co dzień opiekują się zwierzętami i walczą o ich prawa. A te prawa są tak samo ważne jak prawa ludzi.


fot. Dominik Witosz
- Wiesz, o tym, że mamy prawo zachować własną tożsamość i nie pozwolić narzucić sobie określonych odgórnie norm, powstało już dziesiątki wielkich rzeczy w muzyce, jak choćby nieśmiertelny The Wall Floydów. I tu nasuwa mi się takie oto pytanie - czy nie uważasz, że niezależnie od wyrażania swoich artystycznych protestów i naświetlania przeróżnych problemów, zawsze byliśmy i zawsze będziemy sterowani przez tak zwaną grupę ludzi trzymająca kasę i tym samym władzę? To po pierwsze. Po drugie natomiast - jak myślisz - ilu ludzi wpatrujących się w ten jakże piękny teledysk będzie dopatrywać się w nim metafor, a ilu będzie tak naprawdę chłonęło piękno twego ciała, kompletnie nad twoim przesłaniem się nie zastanawiając? Dzisiejszy świat mediów zrobił bowiem z was - artystów "zwierzęta" zamknięte w czymś w rodzaju multimedialnego ZOO, gdzie patrzy się na was jak wyglądacie, jak jesteście ubrani lub raczej jak jesteście nieubrani, obserwuje się dziś jakie nosisz buty i torebki i z kim się spotykasz, a z kim właśnie zerwałaś, a kompletnie lub prawie kompletnie uwaga masowego widza nie jest skierowana na problem, jaki poprzez swoją kreatywność i wrażliwość chcesz mu pokazać. Zastanawiałaś się na tym kiedyś?

fot. Dominik Witosz
Kasia: W pewnym sensie masz rację, bo takie dziś jest życie, taki jest współczesny świat, w którym bardziej liczy się to jak wyglądasz i jak jesteś ubrany, niż to jakim jesteś człowiekiem czy w przypadku wokalisty jak śpiewasz. To jest smutne, ale są na szczęście i tacy ludzie jak ty i wielu, wielu ludzi , dla których zawsze najważniejsze będzie jakość wykonawcza, a nie to jak ktoś wygląda.

- Tak, tylko że nadal nie przekłada się to na popularność.

Kasia: Tylko czy popularność jest najważniejsza? Popularność jest dla mnie ważna tylko w tym sensie, że pomaga mi koncertować i pozwala prezentować naszą twórczość, może sprawić, że więcej ludzi kupi płytę. Ale ile razy popularność odebrała ludziom szczęście? Popatrz choćby na Amy Winehouse.

- Akurat w przypadku Amy moim zdaniem nie tyle zaszkodziła jej popularność, ile najgorszy z rodzajów samotności - samotność wśród ludzi. Napisałem nawet swego czasu na ten temat artykuł, w którym - aby to zobrazować - celowo użyłem cytatu z jej utworu "Wake Up Alone":


„W ciągu dnia, kiedy czymś się zajmuję, wszystko jest OK.
Uwiązana w miłości, nie muszę się zastanawiać gdzie on jest.
Aż chora z zapłakania, łapię się na tym, że robię zwrot o 180.
Kiedy sprzątam, to przynajmniej nie piję.
Biegam dookoła, więc nie muszę myśleć o myśleniu.
Ciche uczucie zadowolenia, które każdy posiada,
Znika wkrótce po zachodzie słońca.
W snach widzę twarz w moich wnętrznościach.
On zalewa mnie swoim strachem,
A przemoczona dusza pływa w moich oczach obok łóżka.
Wylewam się nad nim, rozlewa się księżyc, a ja... budzę się sama”.

Amy Winehouse 2008 (fot.Fion Kidney)
Kasia: Tak, ale z drugiej strony być może nie byłaby aż tak samotna, gdyby nie to, że każdy jej krok był obserwowany i oceniany, przez co może do końca być sobą.

- Na pewno tak, ale też sytuacja ta ujawniła jej słabość charakteru, bo przecież we współczesnym świecie wielu ludzi jest obserwowanych i mimo tego daje sobie świetnie z tym radę. Natomiast - masz rację - wielu z tych najbardziej popularnych nie poradziło z tym sobie jak choćby Michael Jackson, ale jednocześnie są i tacy jak Sting, którzy radzą sobie z tym znakomicie, bo ta umiejętność życia w takim, a nie innym świecie wynika jednak - jak sądzę - z wytrzymałości organizmu i z kondycji psychicznej...

Kasia:  ...jak i z tego, jakich ludzi masz wokół siebie.

- Dokładnie! Wiele zależy od tego, w jaki sposób poukładasz sobie swój własny, prywatny mikrokosmos. Wróćmy jednak do Eurowizji. W moim odczuciu jesteś pierwszą reprezentującą Polskę artystką od czasów Edyty Górniak, która ma aż tak dobrą piosenkę i do tego popartą ogromnym talentem wokalnym, że istnieje realna szansa, aby wreszcie po raz pierwszy wygrać ten festiwal dla Polski. Nie może bowiem tak być, aby artystka przystępowała do konkursu, nie wierząc w możliwość odniesienia sukcesu. Czy ty wierzysz w okrutną zmowę jakiegoś bliżej niekreślonego lobby, czy też ten brak wiary wynika z czegoś zupełnie innego?


Kasia:  Wynika on z tego, że Polska chyba nie jest najbardziej lubianym krajem w Europie.

- Chodzi ci o sytuację geopolityczną?

Kasia:  Tak, to po pierwsze. Po drugie, ta piosenka - owszem - na pewno wielu ludziom będzie się podobała, ale myślę, że jednak łatwiejsze melodie dotrą do o wiele szerszego grona odbiorców, którzy o wiele chętniej właśnie na taki utwór zagłosują. Ufam i chcę wierzyć w to, że Polonia we wszystkich krajach biorących udział w Eurowizji będzie na mnie głosowała. Bardzo bym chciała, żeby tak było.

fot. Dominik Witosz
- A nie uważasz, że właśnie te nieudane historie powinny teraz dać ci o wiele więcej sił, aby pójść za ciosem, bo skoro pomimo ogromnego talentu i ciężkiej pracy przez tyle lat nie osiągnęłaś jakiegoś szczególnie znaczącego zwycięstwa, a teraz ten upragniony sukces w postaci wygranych preselekcji w końcu jednak nadszedł, to nie wydaje ci się, że to jest właśnie ten moment, kiedy w twoim życiu odwróciła się zła karta?

Agnetha Fältskog 2013 (fot. Stockholm Pride)
Kasia:  Tak, tylko nie można wiesz... siedzieć w domu i wmawiać sobie - no tak, skoro wygrałam preselekcje, to teraz na pewno wygram Eurowizję. Ja podeszłam do tego inaczej. Zapisałam się na kolejne lekcje śpiewu, aby jeszcze bardziej dokształcić swój głos. Staram się robić wszystko, co w mojej mocy, aby w razie nie przejścia do finału czy nawet zajęcia w finale jakiegoś dalekiego miejsca, nie mieć do siebie pretensji. Dlatego przez te dwa miesiące staram się pracować nad swoim głosem. Nic więcej nie mogę zrobić. Ja nie będę miała klauna na scenie (śmiech). Mogę obronić się jedynie moim głosem.

- Nie wiem, czy to zauważyłaś, ale jesteś trochę podobna do jednej z artystek, które w przeszłości wygrały już Eurowizję. Mam tu na myśli Agnethę Fältskog z zespołu ABBA, który w roku 1974 dał Szwecji pierwsze zwycięstwo w historii tej imprezy, po czym stał się najpopularniejszym uczestnikiem konkursu Eurowizji w historii. ABBA jako jeden z niewielu zwycięzców tego festiwalu osiągnęła później ogromny międzynarodowy sukces. Nie sądzisz, że to trochę taki dobry omen dla ciebie (śmiech)? 


Zerkaj od czasu do czasu w lustro pod tym kątem i staraj się ten motyw wykorzystywać w wywiadach zagranicznych. Jeśli tylko na coś się ten mój pomysł przyda i w jakiś magiczny sposób ci pomoże, będę bardzo szczęśliwy (śmiech). A poza tym jeden ze współtwórców "Flashlight" jest przecież Szwedem. Ale skoro już cię tak porównuję do innych gwiazd, to czy czujesz się polską Adele, bo tak spontanicznie okrzyknąłem cię na swoim profilu Fb tuż po wysłuchaniu twojej konkursowej piosenki?

Kasia: (śmiech) Nie wiem. Nie, chyba nie. Chociaż może jesteśmy do siebie podobne, bo ona też jest bardzo szczera i nikogo nie udaje. Jeśli chodzi o głos, to nie śmiałabym się z nią porównywać.

fot. Dominik Witosz
fot. Dominik Witosz
- Eurowizja w moim osobistym odczuciu już od kilku dobrych lat jest obciachowym targowiskiem kiczu, tandety, próżności i epatowania skandalami. Bardziej chodzi tam od jakiegoś czasu moim zdaniem o zrobienie celebryckiego zamieszania, zaszokowania opinii publicznej, niż o rzetelne pokazanie artyzmu i talentu wykonawcy. I nagle pojawi się tam ktoś taki jak ty ze swoją świetną piosenką. Nie boisz się, że ludzie zebrani wokół tego dziwnego zjawiska wcale nie oczekują od artysty wielkiego kunsztu, a bardziej spodziewają się jakiegoś wielkiego obyczajowego "boom!"?

Kasia: Hmm... nie wiem, ale mam nadzieję, że tak nie jest. Mam również nadzieję, że w tym konkursie nie chodzi jednak o to, kto będzie najbardziej dziwny czy kontrowersyjny. W zeszłym roku wygrała Jamala z naprawdę dobrą i wartościową piosenką. Wysłuchałam tegorocznych uczestników i kilka piosenek naprawdę mi się podoba. Nie chcę za bardzo tego analizować, nakręcać się, że o Boże! Co ja teraz zrobię, bo ten tak śpiewa, a tamten tak itd, to na mnie źle wpływa. Staram się skupić na swoim występie, dopracować wszystko tak, aby być zadowolonym.


- W lutym 2017 roku wydałaś singel "Flashlight", który zapowiada twój drugi album studyjny. Czym ta płyta będzie różniła się od twojego debiutanckiego krążka i jakie masz pomysły na siebie do czasu rozpoczęcia Eurowizji, aby do perfekcji wykorzystać ten medialny szum, który z każdym dniem wokół ciebie narasta?

Kasia: Na pewno będę starała się, żeby ta płyta tak jak pierwsza, była szczera, niewymuszona i żeby znalazły się na niej wszystkie utwory, które chcę tam widzieć i w które wierzę. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, w której ktoś mi mówi, co powinno znaleźć się na mojej płycie, a co nie.

fot. Dominik Witosz
- Wiesz, że niektóre wytwórnie tak właśnie robią?

Inspination - pierwszy album Kasi Moś
Kasia: Wiem i dlatego najpierw chcemy nagrać cały repertuar, a dopiero potem będziemy szukali takiej wytwórni, która będzie chętna wydać nasz materiał w takiej formie, w jakiej chcemy. Jeżeli takiego wydawcy nie znajdziemy, po prostu wydamy ten album sami.

- I tak będzie chyba najprościej i najkorzystniej dla ciebie.

Kasia: No chyba, że nagle pojawi się jakaś mała zagraniczna niezależna wytwórnia, która się nami zainteresuje. To byłoby dla mnie wielkim spełnieniem marzeń. A jak ja zamierzam ten sukces wykorzystać? Udzielam wielu wywiadów w Polsce i za granicą, najprawdopodobniej wystąpię w tym roku w Opolu, szykuje mi się spora liczba koncertów. 1-go czerwca gramy biletowany koncert w warszawskim klubie Progresja, którego już nie mogę się doczekać. Zagramy z całym zespołem wszystkie piosenki z naszej płyty i parę utworów premierowych, kilka fajnych coverów oraz oczywiście " Flashlight. To właśnie te momenty, na które obecnie najbardziej czekam.

fot. Dominik Witosz
- Jak myślisz, czy doczekamy się kiedyś takich czasów, że muzycznym rynkiem w Polsce nie będą rządziły wielkie korporacje, które wykładając ogromne pieniądze są w stanie wypromować zwykłą przeciętność, a momentami nawet tandetę, tylko rządziła będzie po prostu dobra muzyka? Czy według ciebie jest to w ogóle wizja realna, czy moja naiwność i utopia, o której jak najszybciej powinienem zapomnieć?

Kasia: Sama nie wiem. Tak, jak wierzę w to, że pewnego dnia będziemy hodować mięso w laboratoriach i przestaniemy zabijać zwierzęta, tak samo staram się wierzyć w to, że któregoś dnia obudzimy się i stwierdzimy, że nieistotne jest to, kto płytę wydał, tylko to, jaka muzyka jest na niej zawarta i czy ta muzyka nas porusza.

- Jak to było z twoim epizodem amerykańskim i spotkaniem z Robin Antin oraz koncertem w klubie, którego właścicielem jest Johnny Depp?

Kasia: Przede wszystkim było to dla mnie ogromne zaskoczenie, kiedy dostałam się do zespołu i podpisałam kontrakt z Robin Antin. Nagle okazało się, że pierwszy koncert gramy właśnie w Viper Roomie!


- Jak w ogóle trafiłaś do Ameryki?

Kasia: Poleciałam odwiedzić moją koleżankę, która tam mieszka, 3 tygodnie byłam w Los Angeles, a pod koniec mojego pobytu na trzy dni pojechałyśmy na wycieczkę do Las Vegas.

- I tak z marszu bez żadnego planowania dostałaś się jako wokalistka do jednego z czołowych klubów Ameryki?

The Viper Room (fot. Mike Dillon)
Kasia: Miałam ogromne szczęście i tyle (śmiech). Przez przypadek też dowiedziałam się podczas wycieczki busem po Los Angeles, że jest to klub Johnny'ego Deppa, ponieważ opowiadał nam o tym kierowca. Pamiętam, że podczas pierwszej próby w tym klubie byłam nieźle zestresowana, bo nagle zobaczyłam, że stoi tam Kelly Osbourne, stoi Mya, której piosenkę "Lady Marmalade" zawsze bardzo lubiłam. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, gdzie jestem i zadałam sobie pytanie - jak ja się tutaj w ogóle znalazłam?

fot. Dominik Witosz
Wiesz... ja od dziecka miałam marzenie, aby śpiewać i występować za granicą i kiedy zaczęliśmy tworzyć piosenkę z myślą o Eurowizji, to też miałam wielkie pragnienie, aby znalazła ona odbiorców poza granicami Polski, ale to co wtedy się tam działo, to w najmniejszym stopniu nie było zaplanowane. Cała ta sytuacja była dla mnie bardzo zaskakująca i niezwykła, nagle ja - skromna dziewczyna z Polski, znalazłam się w klubie Johnny'ego Deppa i na wyciągnięcie ręki ma przed sobą te wszystkie powszechnie znane całemu światu osobistości show biznesu. Podczas pierwszej próby z tego stresu poczułam jak serce zaczyna mi nagle przyspieszać, a w głowie pojawiają się myśli typu - o Boże! Czy ja w ogóle jestem na to przygotowana, czy ja sobie z tym poradzę i czy ja w ogóle potrafię to zaśpiewać (śmiech)? Na szczęście jakoś sobie z tym stresem poradziłam

- Tęsknisz dziś za tym wszystkim?

Kasia: Czasem tęsknię, ale za Stanami i za tymi wszystkimi fajnymi ludźmi, których tam poznałam. Cała ta przygoda pozwoliła mi na nowo uwierzyć w to, że ludzie potrafią jednak być dla siebie dobrzy i robić coś dla kogoś nie oczekując w zamian niczego.

- Mniej więcej 9 lat temu spróbowałaś swoich sił w spektaklu muzycznym wcielając się w postać Judasza w spektaklu "Pasja" wg św. Marka w reżyserii Pawła Mykietyna wystawianym podczas tak dużych wydarzeń jak Wratislavia Cantans, Festiwal Muzyki Polskiej w Krakowie czy Warszawska Jesień.


Kasia: Jezusa grała wówczas Urszula Kryger - wybitna mezzosopranistka, a Piłata zagrał Maciek Stuhr. Pierwotnie Judasza miał zagrać Lech Janerka, ale nieznanych mi powodów do tego nie doszło. Potem Paweł stwierdził, że dlaczego właściwie Judaszem nie może być kobieta i w tej konwencji miała to zagrać Agnieszka Chylińska, ale ta obsada też nie wypaliła. No i Paweł w końcu zadzwonił do mnie i tak w wieku 21 lat zaśpiewałam w Pasji. Przygotowywałam się do niej bardzo długo i byłam bardzo zestresowana, bo było to pierwsze wydarzenie tego typu w moim życiu, gdzie śpiewanie było zupełnie inne od tego, jakie wykonywałam na co dzień. Pamiętam, że w trzeciej części śpiewałam dość mocno wraz zespołem rockowym i to był jeszcze mój świat, ale w piątej części była już przeplatanka, gdzie na scenie zostaje już tylko chór oraz Urszula Kryger, a potem wchodzę ja i śpiewam solowe partie a capella, więc odnalezienie się w tych dźwiękach było dla mnie nie lada wyzwaniem.

fot. Dominik Witosz
- 4 lata później u tego samego reżysera wcieliłaś się w postać Kordelii podczas prapremiery musicalu/opery "Król Lear". Nie myślałaś o zakotwiczeniu się na stałe w jakimś dobrym teatrze muzycznym?

Kasia: Pewnego dnia, dlaczego nie (śmiech).

- Zauważyłem, że na żywo wypadasz znacznie lepiej, niż w nagraniach studyjnych. Dostrzegłem to chociażby porównując, jak zaśpiewałaś "Flashlight" w teledysku i niedawno na żywo w Kijowie.


Kasia: Wiesz... prawda jest taka, że ja tę piosenkę chciałam jeszcze raz nagrać po powrocie do Polski, bo tę wersję nagrałam wtedy w Londynie w niecałe dwie godziny… Ale później zdecydowałam, że niech już tak zostanie, bo ja tak i tak zawsze inaczej śpiewam na żywo.

Klub Mikrus w Londynie w dniu koncertu Kasi Moś (fot. Sławek Orwat)
fot. Sławek Orwat
- Czy wczorajszy koncert w klubie Mikrus, który miałem zaszczyt prowadzić, był twoim pierwszym występem w Wielkiej Brytanii?

Kasia: Tak.

- Jakie wrażenia wyniosłaś z tego występu?

Kasia: Powiem ci, że bardzo fajne. Wcześniej bałam się, że nikt nie przyjdzie, ale pojawiło się sporo ludzi i odbiór tego, co się tam działo podczas i tuż po występie naprawdę był dla mnie bardzo pozytywny. Super atmosfera i bardzo fajni ludzie. Wolę zagrać taki właśnie koncert, dla niedużej grupy ludzi, którzy przyszli specjalnie dla mnie. W Mikrusie ludzie byli moim repertuarem zainteresowani, pokazywali na wszystkie możliwe sposoby, ze im się podoba i czułam się tam naprawdę bardzo naturalnie i dobrze. Była tam nawet pewna pani, która śpiewała ze mną wszystkie moje piosenki! I to jest właśnie dla artysty spełnienie marzeń, bo nieważne jest to dla ilu ludzi śpiewasz, lecz ważne jest to jak ci ludzie cię odbierają, jaką energię wysyłają w Twoją stronę i co po koncercie do ciebie mówią.



fot. Dominik Witosz
- W tym miesiącu będzie jeszcze Amsterdam, Madryt i po raz kolejny Kijów i będą to - używając terminologii wojskowej - ostatnie ostrzały artyleryjskie przed decydującą bitwą (śmiech). Boisz się?

Kasia: Cieszę się bardzo na ten występ i cieszę się, że po raz pierwszy będę mogła wystąpić na tak dużej scenie i niezmiernie jestem ciekawa jak to wszystko będzie zorganizowane. Wiesz, że nawet wczoraj, kiedy śpiewała Aleks, a ja czekałam na mój koncert, pomyślałam sobie nagle - kurcze, co ja będę czuła tam w Kijowie, skoro ja to oczekiwanie na swoją kolej tak bardzo przeżywam. Tak, na pewno będę przerażona, wiem o tym. Jedyne, co mnie pociesza to świadomość, że podobno przed tym najważniejszym występem jest zawsze aż tyle prób, że potem, kiedy wychodzisz już na ten decydujący występ, to mówisz sobie - e tam, to tylko kolejny raz (śmiech).

- Nie darowałby mi mój kolega - artysta fotograf, operator filmowy i dziennikarz muzyczny z Bedford urodzony w Rudzie Śląskiej Marek Jamroz, gdybym nie zadał ci tego pytania. Gang Olsena - mówi ci to coś?

Kasia: Tak, to zespół z Rudy Śląskiej.


- Czy oprócz ciebie i Gangu Olsena są w Rudzie Śląskiej jeszcze jacyś znani artyści z kręgu tak zwanej muzyki rozrywkowej?

Kasia: Prawda jest taka, że ja tylko urodziłam się w Rudzie Śląskiej, a konkretnie w dzielnicy Godula. Cały okres podstawówki, gimnazjum, liceum i studiów mieszkałam w Bytomiu. Potem rodzice przeprowadzili się do Tychów, ponieważ tata założył orkiestrę i ze względów logistycznych podjęli właśnie taką decyzję.

- Czujesz się Ślązaczką?

Kasia podczas wywiadu (fot. Sławek Orwat)
Kasia: Czuję, jestem bardzo związana z tym regionem, kocham Ślązaków. Ale zawsze też przypominam wszystkim o tym, że mój dziadek jest Góralem, pochodzi z Mszany Dolnej, To 60 kilometrów od Zakopanego, dzięki czemu ja jestem taką góralsko-śląską mieszanką wybuchową (śmiech). Kocham Górali, kocham Mszanę, mam tam super ciocię Gosię, która też ma pieski, jeździ tam często moja mama, jeżdżę też i ja, ale z moim Maćkiem bardzo dobrze czujemy się na Śląsku. W Bytomiu został mój brat Mateusz wraz ze swoją dziewczyną, która też pochodzi z Rudy Śląskiej. Mieszkają tam również mój dziadek i babcia.

- Na koniec pragnę ci gorąco podziękować za tak długą rozmowę oraz zapewnić cię o trzymaniu kciuków i wielu porcjach pozytywnej energii, jaka do Kijowa będzie płynęła od Polaków z Wielkiej Brytanii i Irlandii, o co - uwierz mi - postaram się na pewno, a także od wszystkich rozsianych po całym globie czytelników Muzycznej Podróży oraz słuchaczy Polisz Czart i Polskiej Tygodniówki z irlandzkiego Dublina.

Kasia: Bardzo dziękuję ci za rozmowę i pozdrawiam wszystkich, którzy dadzą radę w całości ją przeczytać (śmiech) oraz tych, którzy będą mi kibicować podczas mojego występu w Kijowie.

2 komentarze:

  1. Świetny wywiad. Bez względu na lokatę tegoroczny utwór jest w top 2 naszych wszystkich eurowizyjnych propozycji. To się nie zmieni. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przyjemny i fajny wywiad. Bardzo mi się spodobał pomysł p. Kasi na użycie hologramów w występie i szkoda że technicznie jest to nie możliwe, ale to może da się ten pomysł przedstawić w inny sposób jak rok temu w występie Armenii lub Australii czy też Rumunii w 2014r(proszę prześledzić video). Na próbach było widać że przed kamerą był ustawiony przeźroczysty materiał na którym były wyświetlane różne elementy. W kamerze wyglądało to jak hologram. Nie mam takiej możliwości ale może autor tego bloga przekaże ten pomysł p.Kasi. Może da się jeszcze coś wykombinować. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń