czwartek, 17 marca 2016

Mateusz Augustyniak - Festiwalowe Reminiscencje Polski Wzrok/Nowy Czas marzec 2016

Mateusz Augustyniak Jest zwycięzcą II edycji Jubileuszowego Konkursu Muzycznej Podróży dzięki ironicznemu, acz niezwykle wnikliwemu artykułowi, który można przeczytać tutaj. Muzyka była z nim od zawsze. Po maturze trafił do Krakowa, gdzie znalazł pracę jako szklankowy w Tower Pub - mrocznej spelunie dla typów spod ciemnej gwiazdy. Jego jakże odpowiedzialna praca polegała na zbieraniu szklanek ze stolików i obserwowaniu kamery skierowanej na wejście do pubu, a wszystko to działo się w rytmach mocnych metalowych brzmień. Zabawił tam niedługo, ale wspomina to miejsce z wielkim rozrzewnieniem. Po kilku zawirowaniach wylądował w studenckim klubie Studio, gdzie spędził blisko cztery lata, awansując na stanowisko menadżera. Do Anglii - jak wielu innych - przyjechałem na kilka miesięcy, aby sobie dorobić i... został na stałe. Powrotu do Polski sobie nie wyobraża. Przedkłada - jak sam mówi - szarość aury nad szarością nastrojów. Obecnie pracuje w lokalnym Radio Betford, gdzie bez przeszkód naśmiewa się z wszystkiego, co go śmieszy. Mateusz wychodzi z założenia, że w obecnym świecie trzeba śmiać się z otaczającej nas pokracznej rzeczywistości, gdyż inaczej trzeba by się jej bać. Gra także na gitarze w kapeli, z którą spodziewa się odnieść w niedalekiej przyszłości oszałamiający sukces, doskonale zdając sobie sprawę z beznadziejności owych zamierzeń. Codzienne osiem godzin w jego mało ambitnej pracy, wydaje mu się celem samym w sobie. Mateusz wraz z Kubą Mikołajczykiem prowadzi od niedawna portal muzyczny www.polskiwzrok.co.uk, który na razie dopiero się rozkręca, a plany z nim związane są ogromne. Dzięki Mateuszowi czuję wielką radość i sens organizowania cyklicznych konkursów na muzyczny artykuł. Szykujcie się więc już teraz do kolejnej jego edycji, którą ogłoszę z okazji 300-tysięcznej wizyty na Muzycznej Podróży. Podróż Mateusza - jak sam zainteresowany mówi o swojej muzycznej przygodzie - dopiero się zaczyna...

fot. Marek Jamroz
Za oknem znowu pada deszcz. Szarobura aura przypomina mi, że brytyjska wiosna z właściwą sobie nonszalancją zawitała na wyspy. Nieśmiałe słońce przedziera się przez chmury ogrzewając osowiałe gałęzie spragnionych już lata drzew, by zaraz potem stwierdzić że jednak bardziej wypadałoby zajrzeć w gościnniejsze europejskie rejony. W miniony weekend miało jednak miejsce wydarzenie, mające za zadanie z pomocą dobrej muzyki i dużej dawki pozytywnej energii rozegnać brunatne chmury i skrócić oczekiwanie na krótkie brytyjskie lato. Mowa tu oczywiście o festiwalu Buch Fest – bez wątpienia największym tegorocznym święcie muzycznym dla Polonii w UK. Dwa dni wypełnione najlepszym rockiem minęły niesamowicie szybko, było to wręcz mgnienie oka i kilka szybszych uderzeń serca, pozostawiając jednak po sobie niezatarte wspomnienia. Po kilku dniach nadal jeszcze słyszę w głowie pulsującą perkusję i dźwięki przesterowanych gitar, a wspomnienia tego niesamowitego wydarzenia rozkwitają wszystkimi kolorami tęczy, nie przejmując się deszczem za oknem. Można śmiało stwierdzić, że festiwal okazał się niesamowitym sukcesem, czego najlepszym przykładem są kształtujące się już w głowie sprawcy całego zamieszania plany kolejnej edycji Buch Festu. Trudno wyobrazić sobie co może czekać nas za rok, skoro już w tegorocznej edycji liczba znamienitych osobistości które pojawiły się na deskach londyńskiego klubu O2 Forum przyprawia o zawrót głowy. Dezerter, Katarzyna Nosowska z zespołem, Gabinet Looster, Pidżama Porno, Maciek Maleńczuk, Strachy Na Lachy, Raz Dwa Trzy i Voo Voo to pełen skład Buch Festowej oprawy artystycznej, prawda że robi wrażenie?


Tomasz Żąda - korespondent Programu III Polskiego Radia podczas Buch Fest (fot. Evi Naumowicz)
Bart Kowalski (Gabinet Looster) fot. Sławek Orwat
Buch Fest jako pierwsza impreza na wyspach została objęta patronatem polskiego radia. Z tej okazji w Londynie pojawił się również dziennikarz radiowej trójki – Tomasz Żąda, którego efekty pracy można było wysłuchać w miniony wtorek 8 marca, w audycji Przed Godziną Zero. Jeśli ktoś przegapił – w sieci bez problemu można znaleźć nagranie programu lub jego stenogram tutaj. Nie wybiegając jednak za daleko, przypomnijmy co dokładnie się działo w miniony weekend bo sam tam byłem, muzyki słuchałem i Guinessa piłem. Strzeliste zarysy The Forum – Sali koncertowej w centrum Kentish Town spoglądały na gromadzący się powoli tłum zawierający nowe znajomości, odświeżający stare i powoli zajmujący miejsca w kolejce do drzwi prowadzących do krainy muzycznych uniesień. Gdybyśmy oglądali film, kamera powinna teraz płynnie przenieść się do środka, aby przekonać się że na scenie ostatnich przymiarek przed rozpoczęciem koncertu dokonuje świetna londyńska formacja Gabinet Looster. Obsługa koncertu jeszcze gdzieś biega, każdy zajęty swoimi zadaniami, walcząc z nieubłaganie upływającym czasem i starając się dopiąć wszystko na ostatni guzik. Adam Szczebel śpiewa Spokojnie sprawdzając czy wszystko – nomen omen – gra, a nowy nabytek zespołu – klawiszowiec Bart Kowalski – zapewne odczuwa narastającą tremę. W końcu drzwi otwierają się i kolorowe zastępy fanów polskiego rocka wlewają się do środka. Kolejka do szatni, kolejka do baru i w końcu sala koncertowa, oblana kolorowym światłem odbijającym się od perkusyjnych talerzy.


Gabinet Looster (fot. Monika S. Jakubowska)
Sławek Orwat (fot. Monika S. Jakubowska)
Na scenie pojawia się wodzirej, czyli dobrze znany w środowisku człowiek instytucja – Sławek Orwat, autor najbardziej rozpoznawalnej zagranicznej listy przebojów Polisz Czart, bloger i człowiek bez reszty oddany muzyce. Szybka wymiana grzeczności i na scenie pojawia się w końcu pierwsza gwiazda tego wieczoru, wspomniany już wcześniej Gabinet Looster, tym razem po raz pierwszy w pięcioosobowym składzie. Jeśli jeszcze ktoś nie miał okazji widzieć tej fenomenalnej kapeli na żywo, polecam z całego serca. Gabinet idealnie łączy wszystko to co najlepsze w polskim rocku, żywo pulsująca perkusja Roberta Wiktorowicza, skoczne gitary Piotra Wróbla i funkujacy bas Rafała Wrony dopełnia niesamowity wokal Adam Szczebla oraz poważne, zmuszające do refleksji teksty. Bartek Kowalski – nowy klawiszowiec zaliczył doskonały debiut i według mnie już teraz można powiedzieć że jest integralną częścią zespołu. Chłopaki zaliczyli doskonały koncert i rozpętali pod sceną całkiem spory młyn, oprócz dobrze znanych z nagrania demo numerów, mogliśmy usłyszeć nowy kawałek zatytułowany Pajęczyny Na Ustach. Publiczność nie pozwoliła Gabinetowi Looster szybko opuścić sceny i domagała się bisów, co zespół skwapliwie uczynił prezentując dwa bonusowe kawałki. Wszyscy trzymamy kciuki za naszych lokalnych muzyków, w chwili gdy to czytacie Londyński zespół dwoi się i troi w studiu w Polsce, aby nagrać swego pierwszego longplaya, który bez wątpienia nie przejdzie bez echa.


Dezerter (fot. Artur Grzanka)
Ronert Matera (fot. Rafał Piętka)
Po koncercie inauguracyjnym, na scenie pojawił się Dezerter, świętująca w tym roku 35 – lecie działalności scenicznej, żywa legenda polskiego punk rocka. Warszawskie trio w składzie Robert Matera, Krzysztof Grabowski i Jacek Chrzanowski dało niesamowity koncert, śmiem nawet twierdzić że najlepszy tego wieczoru. Agresywne teksty, traktujące zdawałoby się o dawno minionych problemach zaskakują swą aktualnością i siłą przekazu. Galopujące riffy i huczący bas nie pozwoliły publiczności na chwilę wytchnienia, pogo trwało w najlepsze aż do ostatnich dźwięków bisu, a młyn pod sceną nie oszczędzał nikogo. Doskonały Jacek Chrzanowski pokazał na scenie iście mistrzowski popis, całkowicie odmienny od tego co prezentuje w popularnym zespole Hey, gdzie również udziela się jako basista. Zespół zaprezentował przekrojową setlistę, od najbardziej znanych numerów, będących już niejako klasykami gatunku jak Spytaj Milicjanta czy Panie Prezydencie, po kawałki z nowych płyt jak choćby Większy Zjada Mniejszego z wydanego w 2014 roku albumu pod tym samym tytułem.


fot. Artur Grzanka
fot. Artur Grzanka
Po mocno żywiołowym koncercie uciekinierów z wojska, przyszedł czas na jedyną podczas festiwalu przedstawicielkę płci pięknej, mowa oczywiście o solowym projekcie Katarzyny Nosowskiej, zatytułowanym po prostu Nosowska. Ten koncert był mocno odmienny niż wszystkie pozostałe tego wieczoru i pozwolił rozgrzanej do czerwoności publice na ochłonięcie i rozsmakowanie się w muzyce niesamowitej wokalistki ze Szczecina. Kasia jak zawsze emanuje niesamowitym magnetyzmem niepozwalającym wręcz oderwać od niej oczu, skąpana w czerwieniach i fioletach padającego z reflektorów światła przyciąga i zachwyca swym charakterystycznym głosem, którego nie da się nie rozpoznać. Mimo pięciu lat, jakie minęły od czasu ukazania się ostatniej płyty zatytułowanej 8, jej piosenki emanują świeżością, a liryczne teksty trafiają głęboko. To był już drugi londyński występ Kasi Nosowskiej w przeciągu ostatnich sześciu miesięcy. Wraz z zespołem Hey mogliśmy zobaczyć ją w londyńskim klubie Scala 25 października ubiegłego roku. Gromkie brawa jakie towarzyszyły koncertom zarówno wtedy, jak i w miniony weekend pozwalają mieć pewność, że brytyjska publiczność pozostaje nienasycona jeśli chodzi o talent Kasi.


Pidżama Porno (fot. Marek Jamroz)
Maniek (fot. Artur Grzanka)
Po zakończeniu koncertu Nosowskiej, zarówno na sali koncertowej, jak i przed drzwiami klubu dało się usłyszeć szum i zaobserwować wzmożony ruch – to ostatni koncertowi maruderzy docierali na gwiazdę wieczoru – poznańską formację Pidżama Porno z charyzmatycznym wokalistą i genialnym tekściarzem Krzysztofem „Grabażem” Grabowskim. Jeśli wydaje wam się że to nazwisko już gdzieś przewinęło się w tym tekście, to macie rację. Krzysztof Grabowski bowiem, jest również perkusistą i autorem wielu tekstów Dezertera, przy czym są to dwie różne osobistości. Ciekawostką jest, że punktem zapalnym i wydarzeniem które skłoniło Grabaża do zajęcia się muzyką na poważnie, był Jarociński koncert grupy SS-20. Grupy która z powodów szalejącej w owych czasach cenzury, zmuszona została do zmiany nazwy zespołu na Dezerter. Można sobie wyobrazić że usłyszenie ze sceny swojego imienia i nazwiska, a potem doświadczenie jednego z największych muzycznych spektaklów w owych mrocznych czasach, mogło odcisnąć ślad w duszy poznańskiego młodzieńca. Pidżama Porno zrobiła oszałamiającą karierę w latach 90, aby w 2007 roku zawiesić działalność i skupić się na kolejnym projekcie Grabaża – zespole Strachy Na Lachy. Po wydaniu kilku kolejnych płyt, ku uciesze rzeszy fanów, Pidżama reaktywowała się w 2015 roku, rozpoczynając swoje pierwsze wielkie tournée po przerwie od koncertów w Dublinie i Londynie.


Krzysztof "Grabaż" Grabowski (fot. Artur Grzanka)
Lo (fot. Artur Grzanka)
Tak oto, niemal po roku od pierwszego koncertu odświeżonej Pidżamy Porno, brytyjscy fani po raz kolejny mogli usłyszeć na żywo Ezoteryczny Poznań czy Marchewkę w Butonierce. Koncert był zaiste przedni, pogo ponownie rozgorzało pod sceną, koszulki latały w powietrzu, uczestnicy pływali niesieni na ramionach ludzkiego morza a muzyka wypełniała każdy zakątek budynku. Koncertowi muzycy Pidżamy, czyli znani z formacji Strachy Na Lachy basista Longin oraz gitarzysta Maniek sprawują się wyśmienicie i sprawiają wrażenie jakby byli z Pidżamą od zawsze. Na koncercie mogliśmy wysłuchać największych hitów z sześciu studyjnych nagrań grupy. Kocięta i Szczenięta, Taksówki w Poprzek Czasu, Taka Miłość to numery które już na stałe wpisały się w kanon polskiej muzyki rockowej i niejedno amatorskie wykonanie wybrzmiewało przy dźwiękach akustycznej gitary i trzaskającego ognia. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, jednak pędzący nieubłagania czas w końcu oznajmił wybicie godziny 23 i rozhulana, acz nieco już zmęczona brać koncertowa zmuszona była udać się na zasłużony spoczynek, aby nabrać sił przed drugim muzycznym daniem serwowanym w niedzielę przez całe popołudnie, aż do późnego wieczoru.



Kozak i Lo (fot. Monika S. Jakubowska)
Dzień drugi festiwalowego młynu rozpoczął się podobnie jak dzień wcześniej o godzinie 16. Publiczność nadciągała jednak zgoła niemrawo, zapewne starając się uzupełnić braki elektrolitów i uporać się ze świadomością nadciągającego poniedziałku. Niemniej wystarczyła nieco ponad godzina, aby odświeżona i jakby niepomna wczorajszego koncertu sala koncertowa po raz kolejny zapełniła się szeregami melomanów. Drugi dzień festiwalu zainaugurował koncert wspomnianego już wyżej zespołu Strachy Na Lachy, a właściwie Międzymiastówki Muzykującej Strachy Na Lachy, kolejnego projektu Grabaża, który przez czternaście lat działalności ugruntował sobie pozycję i według mnie stawiany może być na równi z Pidżamą Porno. Na wejściu czekała nas niemała niespodzianka. Okazało się bowiem że dzień wcześniej późna pora, która tak brutalnie zakończyła koncert Pidżamy, nie pozwoliła na zagranie jednego z utworów który muzycy z Poznania mieli jeszcze w planach. Szapoklak po raz kolejny pojawił się na głowie Grabaża i StrachoPidżama wykonała dla nas cover Iggy’ego Popa – Pasażer.


Strachy Na Lachy (fot. Rafał Piętka)
Tom Horn i Grabaż (fot. Monika S. Jakubowska)
Sporym ewenementem była obecność na scenie Toma Horna, który o ile jest stałym elementem w Międzymiastówce Muzykąjącej Strachy Na Lachy, o tyle zawsze starał się ograniczać swą działalność tylko i wyłącznie do tego jednego zespołu. Tym razem jednak jego klawisze zabrzmiały wraz z gitarami i odśpiewany wraz z publicznością Pasażer zakończył niesamowity koncert Pidżamy Porno. Zespół z Poznania szybko przepoczwarzył się na scenie w zespół z Piły i zaczął po raz kolejny dawać czadu. Mimo niemal takiego samego składu, można wyraźnie zauważyć różnicę pomiędzy muzyką obu formacji. Romansująca z punkowymi tekstami Pidżama ustępuje w Strachach na rzecz bardziej lirycznych tekstów i rozbudowanych aranżów. Nadal jednak Grabażowa charyzma nadaje kapeli charakterystycznego pazura, a towarzyszący mu muzycy kipieli energią jakby dopiero co wysiedli z samolotu. Publiczność szalała z zachwytu w rytm takich numerów jak Moralne Salto, Raissa czy Czarny Chleb i Czarna Kawa. Chociaż sam jestem zatwardziałym fanem Pidżamy Porno, muszę się w tym wypadku przyznać, że koncert Strachów przypadł mi do gustu bardziej, czym sam byłem mocno zaskoczony. W założeniu, dwa festiwalowe dni miały dzielić się na część mocno rockową i żywiołową, oraz bardziej liryczno – muzyczną. Stąd po występie Strachów, na scenie pojawić się miał jeszcze Maciek Maleńczuk, Raz Dwa Trzy, oraz Voo Voo.


Maciej Maleńczuk (fot. Rafał piętka)
fot. Monika S. Jakubowska
Po zakończeniu koncertu Strachów, klub wypełniony był już po same brzegi oczekując na solowy występ Maćka Maleńczuka, artysty o tyle kontrowersyjnego co niesamowicie utalentowanego. Jego teksty poruszają trudne tematy, udaje mu się niemal zawsze uchwycić sedno problemu i przedstawić je słuchaczom w zaskakujący sposób. Musze jednak ze smutkiem stwierdzić że koncert Maleńczuka należał do najsłabszego punktu programu, nie tylko niedzielnego, ale biorąc również pod uwagę cały festiwal. Składam to odczucie na karb formuły, jaką zaproponował nam sam artysta. Występując bowiem solowo przed ponad tysiącami ludzi trzeba porwać ich czy to talentem, czy osobowością, czy też w końcu mieszanką obu tych cech, uwaga publiczności skupiona jest bowiem tylko na tej jednej jedynej osobie, która musi być w tym momencie niezaprzeczalnym władcą sceny. Tego niestety w tym przypadku wokaliście Pudelsów oraz Homo Twist po prostu zabrakło. Mimo zaprezentowania znanych chyba wszystkim hitów jak Ostatnia Nocka, czy bardzo poważnego Synu odczuwałem pewien niedosyt. Nie mogę jednak nie nadmienić, że londyńska publiczność przyjęła solowy występ artysty bardzo dobrze, a gromkie brawa rozbrzmiewały po każdym wykonaniu. Maciek pomiędzy piosenkami prowadził ożywiony dialog z publicznością która raz po raz wybuchała śmiechem i nie pozwoliła wokaliście szybko zejść ze sceny, domagając się bisów.


Raz, Dwa, Trzy (fot. Marek Jamroz)
Adam Nowak (fot. Monika S. Jakubowska)
Dwa ostatnie koncerty tego pamiętnego wieczoru były dla mnie istną gratką, tym większą że kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać po Voo Voo, której to grupy jeszcze nigdy nie dane mi było zobaczyć na żywo. Zanim jednak na pierwszym planie pojawił się Wojciech Waglewski, czekał nas koncert zespołu z Zielonej Góry. Raz Dwa Trzy, z czarującym frontmanem Adamem Nowakiem łączy ze sobą tak wiele gatunków, że trudno jednoznacznie określić rodzaj muzyki prezentowany przez grupę. Romansując z rockiem, poruszamy się w stylistyce piosenki autorskiej, a także poezji śpiewanej poprzetykanej folkowymi nutami. Poetyckie teksty Nowaka wybrzmiewają przy akompaniamencie delikatnej perkusji i szklanych dźwiękach bluesowych gitar. Raz Dwa Trzy obudził w publiczności niesamowite emocje i wzruszał, nieraz aż do łez. Chociaż zdarzyło mi się już kilka razy być na koncercie tej niecodziennej formacji, zawsze były to koncerty akustyczne. W niedzielę natomiast mogłem zobaczyć co dzieje się kiedy przez Raz Dwa Trzy popłynie prąd i muszę przyznać że umiejętności panów z Zielonej Góry zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Doskonałe kompozycje jak choćby najbardziej znany szlagier zespołu Trudno Nie Wierzyć W Nic, Talerzyk czy Jutro Możemy Być Szczęśliwi pulsowały delikatnymi nutami, by po chwili nabrać tempa i wybuchnąć całą paletą dźwięków. Podczas koncertu miało miejsce kolejne niecodzienne zdarzenie, które jeszcze bardziej podkreśliło niesamowitość wieczoru. W połowie występu Adam Nowak stwierdził, że kilka miesięcy temu pewien pan zwrócił się do zespołu z ciekawą prośbą, na którą cała kapela chętnie przystała. Zanim publiczność zdążyła zrozumieć co się dzieje, ktoś z tłumu wdrapał się na scenę i w blasku reflektorów poprosił o rękę swoją partnerkę – odpowiedź była pozytywna i spotkała się z gorącymi owacjami – serdecznie gratulujemy świeżo upieczonym narzeczonym.


Voo Voo (fot. Marek Jamroz)
fot. Monika S. Jakubowska
Niedzielny wieczór trwał nadal, zbliżając się jednak ku nieuchronnemu końcu. Koncertem zamykającym pierwszą edycję Buch Festu był występ utytułowanego zespołu Wojciecha Waglewskiego, czyli Voo Voo. Z racji późnej pory i faktu że do znienawidzonego przez wszystkich pracujących poniedziałku pozostały zaledwie godziny, sala koncertowa nieco się przerzedziła, ze swej strony mogę jedynie stwierdzić, że wszyscy którzy zmyli się przed czasem powinni żałować. Nawet koszt podpięcia się na drugi dzień do kroplówki z kawą i wstawienia zapałek pod powieki nie wydawał się zbyt wielki w porównaniu z tym co zaprezentowała supergrupa Waglewskiego. Voo Voo to dwadzieścia pięć płyt długogrających, dziewięć albumów koncertowych i dwie kompilacje. Obecny skład zespołu jaki zaprezentował się przed londyńską publicznością, to Wojciech Waglewski, Mateusz Pospieszalski, Karim Martusiewicz oraz Michał Bryndal.


Wojciech Waglewski i Mateusz Pospieszalski (fot. Monika S. Jakubowska)
fot. Monika S. Jakubowska
Po raz pierwszy mogłem podziwiać tę kepelę na żywo i mimo iż nie jestem wielkim fanem ich muzyki, to bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić że był to dla mnie najlepszy koncert z całego muzycznego menu zaproponowanego przez BUCH IP. Członkowie Voo Voo to bez dwóch zdań wirtuozi swych instrumentów, perfekcyjne aranże i masa improwizacji przeplatały się z kompozycjami z przepastnej płytoteki. Mateusz Pospieszalski – Saksofonista i wokalista zaczarował publiczność, a to co wyprawiał na scenie ze swoimi instrumentami i głosem zakrawało na niemożliwość. Przesterowana gitara Waglewskiego na przemian akompaniowała i przejmowała rolę instrumentu prowadzącego, a perkusista Michał Bryndal sprawiał wrażenie posiadania dodatkowej pary rąk. Mieszanka muzyki etnicznej, folku i porywającego rocka okazała się bardzo smacznym deserem, a Voo Voo zyskało dzięki temu koncertowi nowego oddanego fana. Trwający blisko półtorej godziny koncert zdawał się minutą zaklętą w czasie i nikt nie spostrzegł się, kiedy po raz kolejny wybiła magiczna godzina 23, niczym w baśni o kopciuszku oznajmiając że bal się kończy.


Tomasz Likus - Firma Buch Organizator Festiwalu (fot. Monika S. Jakubowska)
Recenzja Mateusza w Nowym Czasie
Dochodzimy oto do najtrudniejszej części tekstu czyli podsumowania, mam tutaj spory problem bowiem żadne słowa nie będą w stanie oddać magii tego marcowego weekendu. Zwiedziłem już niejedną salę koncertową i widziałem naprawdę sporo, nie skłamię jednak mówiąc że była to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza impreza w jakiej dane mi było uczestniczyć. Atmosfera panująca na wszystkich koncertach BUCH IP jest wspaniała, ale podczas Buch Festu skumulowana dawka pozytywnych emocji przekraczała dopuszczalną skalę bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia jest tutaj zapewne ilość wspaniałych ludzi, jakie dane mi było poznać podczas tych dwóch wieczorów. Ludzi całkowicie poświęconych i oddanych muzyce bez reszty. Chciałbym podziękować wszystkim na raz i każdemu z osobna za możliwość uczestniczenia w tym niesamowitym evencie i nie mogę się doczekać, kiedy zobaczymy się ponownie. Już teraz można powiedzieć że Buch Fest zakończył się wielkim sukcesem i na pewno możemy spodziewać się kolejnych edycji. W międzyczasie zapracowany organizator nie osiada na laurach i zaprasza na kolejne koncerty – już 17 kwietnia będziemy mieli okazję podziwiać w londyńskim klubie Scala zjawiskową Marysię Peszek, a dwa tygodnie później wielka uczta dla fanów mocnego grania, do których sam się zaliczam. W O2 Forum wystąpi dla państwa Illusion, Acid Drinkers i Afromental – serdecznie zapraszamy w imieniu BUCH IP.

Mateusz Augustyniak

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza