poniedziałek, 18 lutego 2019

25 lutego w toruńskim Hard Rock Pubie Pamela wystąpi kultowa formacja Non Iron. Wieczór otworzą: Męczenie Owiec oraz Factor 8



Wydarzenie jest biletowane. Rozpocznie się o godzinie 19. Ilość wejściówek jest ściśle limitowana. Bilety w cenie: 30 zł (przedsprzedaż do 24.02.2019), 40 zł (w dniu koncertu). Bilety można kupić w Hard Rock Pubie Pamela (Toruń, ul. Legionów 36). Można je również zarezerwować pisząc na adres mailowy hrppamela@gmail.com i po uprzedniej wpłacie na konto odebrać przed koncertem.

„idź, / pełznij, tylko wierz, / że / będzie Biegun!” - Vladimir Stockman w rozmowie z Agnieszką Kostuch

Vladimir Stockman (fot. Przemysław Lipski)
Agnieszka Kostuch: Pochodzi Pan z Rosji. Dzieciństwo spędził w miasteczku Gulkiewiczi. Jak je Pan wspomina? Poznał Pan góry Kaukazu?

Vladimir Stockman: Gulkiewiczi to centrum rejonowe – 35 tysięcy mieszkańców. W okolicy znajdowało się kilka wielkich zakładów przemysłowych, gdzie z miejscowego surowca produkowano materiały budowlane. Było też kilka szkół i domów kultury. Centralny Dom Kultury, w którym później pracowałem, miał scenę z widownią na kilkaset miejsc. Wtedy nawet w małych miastach budowano takie olbrzymie ośrodki według projektu typowego. Ten region, gdzie się urodziłem i mieszkałem, nazywa się Kaukaz Północny, ale są tam przeważnie stepy.

Do prawdziwych gór Kaukaskich jest stamtąd kilkaset kilometrów. Po raz pierwszy zobaczyłem je, gdy miałem dwadzieścia parę lat. Wtedy pojechałem na wycieczkę do Dombaju, słynnego kurortu górskiego. Wjechałem kolejką linową na zaśnieżoną górę. Wyglądało to imponująco. Tak, jakbyś stał na szczycie Kasprowego Wierchu, nad tobą wznosiłby się trzy razy wyższy szczyt, a gdzieś tam, w błękitnych przestworzach nieba, szybowałyby orły. To było moje jedyne górskie doświadczenie, mimo że w dzieciństwie, pod wpływem piosenek Włodzimierza Wysockiego, marzyłem o alpinizmie, zdobywaniu wielkich szczytów, ale jakoś mi się nie udało. Dzieciństwo miałem zwykłe. Dużo czytałem, przeważnie książki naukowo-fantastyczne. Wśród moich ulubionych pisarzy był Stanisław Lem. Chyba właśnie to zamiłowanie do SF zadecydowało o tym, że poszedłem studiować fizykę na uniwersytecie.

- Kto zaszczepił w Panu zamiłowanie do muzyki? Czy może jest Pan samoukiem?

Jestem typowym samoukiem. I nie tylko w muzyce. Gdy byłem mały, rodzice usiłowali posłać mnie do szkoły muzycznej, ale się uparłem i nie zgodziłem, chociaż, podobno, miałem niezłe zdolności muzyczne, śpiewałem w szkolnym chórze. Gdy miałem 13 lat, zafascynowany twórczością Wysockiego, sam poprosiłem ojca, żeby nauczył mnie grać na gitarze, bo chciałem śpiewać pod gitarę piosenki ulubionego barda. Mój tata, który całe życie pracował jako spawacz, ale świetnie grał na akordeonie i gitarze, pokazał mi kilka chwytów i po paru miesiącach ćwiczeń, zdzierania do krwi palców nauczyłem się akompaniować sobie na gitarze, śpiewając Wysockiego. Do teraz znam na pamięć około setki jego piosenek. Zresztą, to właśnie tata zaszczepił mi zamiłowanie do muzyki. Miał sporą kolekcje nagrań magnetofonowych, wśród których, oprócz piosenek Wysockiego, były również utwory innych bardów. Legenda rodzinna głosi, że mając zaledwie cztery lata, stojąc na taboreciku, śpiewałem „Piosenkę lotników polarnych” Aleksandra Gorodnickiego, a ojciec akompaniował mi na gitarze.

Vladimir Stockman (fot. Wasyl Jerenowski)
- Jaki był początek Pana publicznych występów artystycznych?

Na początku lat 80-tych ubiegłego stulecia, gdy porzuciłem studia i wróciłem do rodzinnego miasta, pracowałem w domu kultury jako reżyser dźwięku w zespole jazzowym. Wtedy nie traktowałem poważnie swoich zajęć muzycznych, piosenki bardów śpiewałem tylko w gronie przyjaciół. Pracując na co dzień z muzykami wysokiej klasy, wiedziałem, co to jest prawdziwa muzyka. Postrzegałem siebie przede wszystkim jako poetę. Trzeba powiedzieć, że poetę śpiewającego w Rosji traktuje się jako poetę drugiego gatunku. Z tego powodu bardzo cierpiał Włodzimierz Wysocki, którego, w odróżnieniu od władz i środowiska literackiego, zawsze uważałem za wielkiego poetę. Traktowałem Wysockiego jako swojego nauczyciela, ale nawet do głowy mi nie przychodziło, żeby tworzyć piosenki do własnych tekstów, a tym bardziej śpiewać je publicznie, żeby nie okrzyknięto mnie „bardem”. Wtedy ten „tytuł” był poważną przeszkodą dla zaistnienia w literaturze. Chyba do dziś mi to pozostało, ponieważ teraz mam w swoim repertuarze więcej napisanych przeze mnie piosenek do wierszy innych poetów niż do własnych. Chociaż muszę przyznać, że w Polsce sytuacja jest całkiem inna i bardów darzy się wielkim szacunkiem. Potem, w wieku 30 lat, sam nauczyłem się grać na flecie. Kierownik naszego zespołu przyniósł flet, który został przeznaczony do skasowania po remanencie instrumentów w orkiestrze dętej, i powiedział, że odda go temu, kto potrafi wydobyć z niego dźwięk. Mnie się udało. Dmuchnąłem raz do srebrnej rurki i zrozumiałem, że tego było mi trzeba. Kupiłem podręcznik gry na flecie i po jakimś czasie już potrafiłem zagrać z nut proste melodie. Później przydało mi się to, gdy przyjechałem do Kijowa i zacząłem pracować w teatrze „Zwierciadło”. Oprócz spektakli, zespół teatralny miał w repertuarze program ukraińskich piosenek ludowych, ponieważ praktycznie każdy z aktorów i pracowników teatru śpiewał i grał na jakimś instrumencie.


W roku 1992, już w Polsce, przez jakiś czas grałem w spektaklach kabaretowych i koncertach teatru „Zwierciadło”, ale wkrótce opuściłem teatr i na długie lata odstawiłem zajęcia związane z muzyką. Ponownie na scenę dosłownie wyciągnęła mnie Alicja Tanew - poetka, kompozytorka, właścicielka krakowskiej Piwnicy Artystycznej Scena ATA. Poznaliśmy się w roku 2011 podczas Międzynarodowej Galicyjskiej Jesieni Literackiej. Wygadałem się, że kiedyś dawno temu grałem na gitarze i śpiewałem piosenki bardów rosyjskich. Alicja, która jest zadeklarowaną rusofilką, zapragnęła mnie posłuchać i pewnego dnia zrobiła mi przesłuchanie, po którym stwierdziła, że muszę śpiewać u niej na scenie i że ona nie przyjmuję żadnych wymówek. Tak się zaczęło.

- W 1992 roku przyjechał Pan do Polski na zaproszenie Piotra Skrzyneckiego. Jak wspomina Pan tamten czas i samego guru Piwnicy Pod Baranami?

Piotr Skrzynecki (fot. Wojciech Morek)
Przyjechałem do Polski razem z teatrem „Zwierciadło” na występy gościnne. Zagraliśmy w Piwnicy Pod Baranami spektakl pt. „Mój biedny führer”. Była to ostra politycznie komedia muzyczna. W postaci tytułowego Adolfa Hitlera można było rozpoznać różnych przywódców Związku Radzieckiego, który właśnie dopiero co się rozwalił. Niezależna od niespełna roku Ukraina przeżywała ciężkie czasy, natomiast Polska powoli dochodziła do siebie po ekonomicznych wstrząsach okresu przejściowego. Przekonaliśmy się o tym, gdy podczas koncertu, który zagraliśmy w ukraińskich strojach ludowych na Rynku, nawrzucano nam „do kapelusza” tyle forsy, że jednorazowo każdy zarobił w przeliczeniu dwukrotnie więcej od swojej miesięcznej pensji, jaką dostawał w Kijowie. Dzięki ówczesnej inflacji nagle zostaliśmy milionerami. Wspominam tamte czasy jako ciągły karnawał – występy w różnych miejscach, spotkania z różnymi ludźmi. Pan Piotr Skrzynecki oprowadzał nas po magicznym Krakowie. Był dla nas bardzo życzliwy, jak prawdziwy ojciec chrzestny. Już nie pamiętam wszystkich rozmów i opowieści, ale byliśmy tak tym wszystkim zafascynowani, że postanowiliśmy zostać w Krakowie na dłużej.

- I mieszka Pan w Krakowie do dzisiaj. Co o tym zadecydowało?

Oczywiście miłość! W Krakowie poznałem moją obecną żonę Anię, która pochodzi z Kijowa. Mamy córkę Marysię, urodzoną krakowiankę.


- Posługuje się Pan językiem polskim doskonale do tego stopnia, że od 2006 roku zajmuje się tłumaczeniem wierszy polskich autorów na rosyjski i rosyjskich na polski. Lubi Pan tę pracę tłumacza, czy traktuje ją bardziej jako zarobkową?

Właściwie moja przygoda z językiem polskim zaczęła się jeszcze w podstawówce. Od dzieciństwa interesowałem się językami. Pewnego razu ojciec kupił mi podręcznik języka angielskiego wydany w Polsce. W odróżnieniu od naszych szarych szkolnych podręczników była to kolorowa książka z wizerunkami bohaterów kreskówek – Bolkiem i Lolkiem, Reksiem. A oprócz tego do podręcznika był dołączony słowniczek angielsko-polski. Tak poznałem pierwsze polskie słówka.

Edward Stachura
Później, już podczas studiów na Uniwersytecie w Rostowie nad Donem, zająłem się polskim na poważnie. Nocami ze słownikiem czytałem ulubionego Lema. Jeszcze prawie nie znając języka usiłowałem tłumaczyć na rosyjski Stachurę – jego „Fabula Rasa” wywarła na mnie niesamowite wrażenie. W Związku Radzieckim tego typu literatura była praktycznie niedostępna w języku rosyjskim. W 1981 roku postanowiliśmy z przyjaciółmi wydawać czasopismo literackie „drugiego obiegu”. Na maszynie do pisania robiliśmy nakład kilkunastu egzemplarzy i rozpowszechnialiśmy wśród studentów na kilku wydziałach. Właśnie w pierwszym numerze tego czasopisma zostało opublikowane opowiadanko Andrzeja Czechowskiego w moim tłumaczeniu na rosyjski. Jestem więc tłumaczem ze stażem. Później tłumaczyłem wiele różnych tekstów, gdy jeszcze mieszkałem w Rosji – dla siebie, a już w Polsce – również dla zarobku. A od 2006 roku zajmuję się wyłącznie przekładem, współpracując z biurami tłumaczeń i wydawnictwami w Polsce i za granicą. Od tego czasu tłumaczenia stanowią główne moje źródło dochodów. Na zlecenie tłumaczy się różne rzeczy, od korespondencji biznesowej do opasłych instrukcji obsługi maszyn przemysłowych, czy ci się to podoba, czy nie. Ale czasami zdarza się, że praca tłumacza daje wielką satysfakcję. Na przykład teraz pracuję nad tłumaczeniem na rosyjski książki pt. „Wyprawa” autorstwa znanego polskiego polarnika, zdobywcy dwóch biegunów, Marka Kamińskiego. Jest to bardzo ciekawa, mądra i inspirująca książka, która daje dużo do myślenia. Tłumaczyć takie teksty to sama przyjemność. Oczywiście, honorarium też się liczy, ale poezję tłumaczę już dla czystej przyjemności. Niestety, poezja w obecnych czasach jest traktowana przez wydawnictwa i społeczeństwo po macoszemu, nie tylko w Polsce. Mało że poeci są zmuszeni wydawać swoje dzieła na własny koszt, to i czasopisma też rzadko płacą honoraria za publikacje wierszy. Ale gdy natrafiam na ciekawy tekst, który odzywa się we mnie w moim drugim języku ojczystym (w końcu język polski po tylu latach również uważam za ojczysty), nie mogę się powstrzymać, żeby go nie przetłumaczyć. Tak powoli powstaje antologia przekładów, nad którą pracuję od lat. Nie wiem, czy uda mi się kiedykolwiek ją sfinalizować...

- Od 2012 roku występuje Pan na polskiej scenie z cyklem recitali pod tytułem „100 lat bardowskiej poezji rosyjskiej”. Oprócz własnych piosenek prezentuje Pan twórczość ponad 40 rosyjskich bardów. Skąd pomysł na taki cykl? Uważa Pan, że w Polsce ich twórczość jest mało znana?

Władimir Wysocki
Wymyśliliśmy ten cykl z Alicją Tanew, gdy okazało się, że jestem żywym nosicielem „bardowskiego folkloru” i potrafię wykonać około 300 piosenek różnych bardów rosyjskich, niektórych więcej, niektórych mniej. Była to dobra okazja, żeby zapoznać polską publiczność z twórczością bardów rosyjskich, w Polsce mniej znanych. Owszem, Okudżawa i Wysocki są w Polsce dobrze znani i lubiani, ale oni są wierzchołkiem góry lodowej. W Rosji było i jest wielu znakomitych poetów śpiewających, o których w Polsce nikt nie słyszał. W miarę sił staram się uzupełnić tę lukę, wykonując ich piosenki podczas recitali z cyklu „100 lat bardowskiej poezji rosyjskiej”. Śpiewam je przeważnie w języku oryginału, ale ostatnio zacząłem tłumaczyć piosenki mniej znanych autorów i wykonywać je po polsku, ponieważ młodsza publiczność słabo zna język rosyjski, a przecież w tych piosenkach najważniejszym składnikiem są teksty.

- Którzy z nich są Panu najbliżsi?

Jak już mówiłem, na pierwszym miejscu zawsze był i pozostaje Włodzimierz Wysocki. Wśród innych najbardziej bliscy mi są: Aleksander Gradski, Andriej Makarewicz i Borys Griebieńszczykow. Są to twórcy raczej ze świata muzyki rockowej, ale występują również jako wykonawcy piosenki autorskiej.


- Kilka miesięcy temu miałam szczęście uczestniczyć w Pana koncercie na Scenie ATA w Krakowie podczas którego prezentował Pan twórczość Aleksandra Wertyńskiego. Przyznaję, że pierwszy raz słyszałam te piosenki. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Myślę, że m.in. dlatego, że polska wrażliwość jest bardzo podobna do rosyjskiej. Czy odczuwa Pan tę bliskość wrażliwości podczas koncertów, czy jednak Polacy nie potrafią do końca zrozumieć ducha rosyjskiego?

Aleksandr Wertyński
- Wertyński jest dla mnie za trudny. W zeszłym roku po raz pierwszy zwróciłem się do jego twórczości w tak dużym zakresie. Uważam, że tamten recital nie bardzo mnie się udał. Aleksander Wertyński jest zjawiskiem na tyle niepowtarzalnym, że każdy, kto zabiera się za wykonanie jego piosenek z jednej strony powinien unikać mechanicznego naśladowania, a z drugiej – odnaleźć własny przekonujący sposób interpretacji jego piosenek. Znakomicie to robił śp. Mieczysław Święcicki. Pan Mietek nawet kiedyś zaproponował mi, żebyśmy zrobili wspólny koncert, ale nie ośmieliłem się, ponieważ uważałem, że jeszcze nie znalazłem własnego sposobu na piosenki Wertyńskiego... Co do polskiej czy rosyjskiej wrażliwości, uważam, że wrażliwość na piękno muzyki i poezji albo jest, albo jej nie ma, a dzielić ją na polską, rosyjską czy chińską – nie ma żadnego sensu. Podczas swoich koncertów nie raz przekonywałem się o tym. Pewnego razu przydarzyła mi się rzecz wręcz niesamowita. Parę lat temu brałem udział w Festiwalu Poezji w Hangzhou w Chinach. Przed nagraniem w telewizji nasza polska delegacja oczekiwała na swoje wejście do studia. Ja coś tam brzdąkałem na gitarze, rozgrzewając się przed występem. Wtedy Ania Cybulska, poetka z Bydgoszczy, zaproponowała mi zaśpiewać na dwa głosy „Piosenkę o błękitnym baloniku” Bułata Okudżawy. Była z nami młoda Chinka, tłumaczka angielskiego, która opiekowała się nami podczas festiwalu. Słuchała naszego śpiewu z otwartą ze zdumienia buzią, a gdy zabrzmiał ostatni akord, dziewczyna zalała się łzami. Szlochając, nie mogła złapać oddechu. Ledwie udało się nam ją uspokoić. „A very sad song...” - westchnęła. „Dziecko, ty przecież nie rozumiesz po rosyjsku” - powiedziałem i przetłumaczyłem na angielski treść piosenki. Dziewczyna znów się popłakała… Gdyby to widział Okudżawa!

- W 2007 roku wydał Pan polsko-rosyjsko-angielsko języczny tom poezji „Górne morze”. Bardzo ważne miejsce zajmuje w nim duchowość. Tak postrzega Pan świat – przez pryzmat duchowy?

Stanisław Grochowiak
- Dla mnie literatura, poezja zawsze była na pierwszym miejscu. Całe to moje muzykowanie i komponowanie uważam za swojego rodzaju hobby. O tym, że moje teksty mają „wschodni” akcent, słyszałem już nie raz od polskich kolegów. Chociaż akurat tomik „Górne morze” jest moim ukłonem w stronę polskiej poezji. Większość tekstów z tej małej książeczki pochodzi z okresu, gdy odkrywałem dla siebie polskich poetów – Józefa Czechowicza, Stanisława Grochowiaka, Jarosława Iwaszkiewicza, Julię Hartwig i innych. Ich wiersze często się różniły od tego, co wtedy w Związku Radzieckim uważano za poezję. W poezji rosyjskiej, w odróżnieniu od polskiej, kanonem była i nadal pozostaje rymowana sylabotonika, natomiast vers libre, wolny czy biały wiersz, charakterystyczny dla poezji zachodniej, uważano za marginalne zjawisko, w niektórych okresach nawet ideologicznie obce. Moim zdaniem, dobry wiersz nierymowany o nieregularnej strukturze trudniej napisać niż wiersz wspomagany przez metrum i rym. Właśnie tu powstaje możliwość dotknięcia głębokiej duchowości, próba wyrażenia słowami tego, co jest niepojęte i niewyrażalne. Tak właśnie, poniekąd naśladując polskich poetów, usiłowałem pisać mając dwadzieścia parę lat. Z drugiej strony, uważam, że nie warto popadać w inną skrajność. Moim zdaniem, język polski wcale jeszcze nie wyczerpał możliwości lingwistycznych do tworzenia poezji rymowanej, jak to twierdzą niektórzy. Niestety, większość mojego rosyjskojęzycznego dorobku napisanego w takiej klasycznej tradycji jeszcze nie przetłumaczono na polski, jestem jak ten przysłowiowy szewc bez butów - tłumaczę wiersze innych poetów, a dla własnych często brakuje mi czasu, sił i motywacji.

- W 2016 roku otrzymał Pan nagrodę literacką IANICIUS im. Klemensa Janickiego „Za zasługi dla kultury polskiej”. Czy to była dla Pana ważna nagroda, czy nie przywiązuje Pan wagi do takich gestów?

Czesław Miłosz (fot. Artur Pawłowski)
- Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdy podczas mojego koncertu w Bydgoszczy na scenę wyszedł przewodniczący kapituły nagrody IANICIUS, poeta Dariusz Tomasz Lebioda i wręczył mi piękną kryształową statuetkę z wizerunkiem Klemensa Janickiego. Jest to dla mnie wielki zaszczyt i znak uznania dla tego, co robię. Myślę, że takie gęsty ze strony społeczeństwa są ważne dla osoby twórczej. Byłem bardzo podbudowany, gdy w roku 2011 zostałem wyróżniony w konkursie Instytutu Książki na najlepsze tłumaczenie na język rosyjski wierszy i prozy Czesława Miłosza. Chociaż nie jestem notorycznym zbieraczem nagród i rzadko uczestniczę w tego typu „wyścigach”. Najlepszą nagrodą jest dla mnie uznanie czytelników i słuchaczy.


- Na koniec chciałabym wrócić do Pana rosyjskich korzeni i przywołać miejsce szczególnie ważne w Pana biografii – Rostow nad Donem. Tam Pan się urodził i tam studiował. To miasto leży niedaleko granicy z Ukrainą i blisko Doniecka. Czy może Pan podzielić się swoim odbiorem agresji rosyjskiej na tę część Ukrainy i oceną aneksji Krymu?

Półwysep Krymski
- Jest to dla mnie trudny temat. Doznałem szoku, gdy rozpoczęła się zbrojna agresja Rosji przeciwko Ukrainie. Jestem mocno związany z tymi dwoma krajami i ten konflikt dosłownie przecina moje serce. W Rosji mam rodzinę, w Kijowie mieszkają krewni mojej żony. I w Rosji, i na Ukrainie mam wielu przyjaciół. Dlatego, gdy rosyjskie „zielone ludziki” wkroczyły na Krym, z całą rodziną wzięliśmy udział w akcji protestu przeciwko aneksji Krymu pod Konsulatem Rosyjskim w Krakowie. Odczuwałem taki wstyd za swoich rodaków, że ponad rok nie mogłem ani pisać, ani śpiewać. Potem pomyślałem, że nie mogę odpowiadać za każdego oszołoma, który zagarnął władzę w kraju, gdzie się urodziłem. Czy mam też czuć się odpowiedzialnym za zbrodnie Hitlera tylko dlatego, że mój dziadek był Niemcem? Wtedy napisałem wiersz, który najbardziej odzwierciedla mój stosunek do tego wszystkiego:

Czekać, aż kitę smok odwali?
Jemu też jedno życie dali…
Na razie to przeżywa on,
"Wojna!" ze wszystkich słychać stron

I zewsząd tylko: "Zdrada! Wróg!",
I "Trzymać! Łapać!" - głuche dźwięki,
I komu tak nie podać ręki,
By człowiek w lustro spojrzeć mógł?

Noc. Gwiazda srebrzy się na niebie,
Pustka jak cios w słoneczny splot.
Pociągów stuk po torach, ot
I smok przeżywa mnie i ciebie.

(przełożył z rosyjskiego Maciej Froński)

fot.Wołodymyr Garmatiuk
Ale Rosjanie wcale nie tak jednomyślnie popierają politykę Putina, jak to twierdzi rosyjska propaganda. Są tam ludzie posiadający sumienie i zdrowy rozsądek. Podobnie, jak wielki bard rosyjski Aleksander Galicz, który w 1968 roku po wkroczeniu wojsk Związku Radzieckiego do Czechosłowacji, w jednej ze swoich piosenek powiedział: „Obywatele, ojczyzna jest w niebezpieczeństwie – nasze czołgi są na obcej ziemi”.

Trzy lata temu w Polsce ukazała się w moim tłumaczeniu książka rosyjskiego dziennikarza Siergieja Łojki pt. „Lotnisko”. Jest to przejmująca powieść o bohaterskiej obronie przez ukraińskich żołnierzy portu lotniczego w Doniecku. Została w niej powiedziana cała prawda o tej wojnie, opisana przez naocznego świadka. Siergiej Łojko jako fotoreporter amerykańskiej gazety „Los Angeles Times” spędził kilka dni bok o bok z ukraińskimi „cyborgami”, walczącymi w ruinach donieckiego lotniska przeciwko oddziałom regularnej armii rosyjskiej (a wcale nie ochotnikom tak zwanej „powstańczej Republiki Donieckiej”, jak wmawiają rosyjskie media). Uważam, że jest to bardzo ważna książka, ponieważ wojna nadal trwa i ten konflikt stanowi zagrożenie dla całego świata. Niestety, w Polsce ta lektura nie znalazła szerokiego odbioru. Nikt nie chce czytać o okropieństwach wojny, nawet jeżeli toczy się ona za najbliższą granicą...

- Posiada Pan jakieś życiowe czy artystyczne motto?

- Nie mam takiego motta, ale pracując nad przekładem książki Marka Kamińskiego i będąc pod jej wrażeniem, przypomniałem sobie wiersz znakomitego poety rosyjskiego Wiktora Sosnory, który od czasów młodości znam na pamięć. Przełożyłem go na język polski specjalnie dla tego wywiadu.

Karmazynowy śnieg, karmazynowy śnieg,
karmazynowy!
Idę – tak, jakby dookoła wszędzie krew.
Idę przez ten bezkresny ląd lodowy,
sam idę,
dzień za dniem, po zamarzniętej krze.

Lecz gdzie jest Biegun,
gdzie jest Biegun,
gdzież jest?
Lód dookoła,
tłustych morsów tłum.
Zamknąć powieki
chce się, wprost w odzieży
paść,
twarzą się zanurzyć w śnieżny łój.

Żelaznym bądź, żelaznym bądź,
żelaznym!
Niech droga twa –
bez ukochanej, bez pożywnych straw,
bez ziół przydatnych,
bez kompasów łacnych –
szukaj swój Biegun, depcz swój nędzny strach.

Żelaznym bądź!
Ściskając szczęki w śniegu,
idź,
pełznij, tylko wierz,
że
będzie Biegun!

Wydaje mi się, że metafora bieguna ma uniwersalne znaczenie i nadaje się do określenia każdego celu życiowego - bądź to prawdziwego bieguna czy szczytu górskiego, bądź szczytu poezji.

- Dziękuję za rozmowę i życzę wytrwałości na artystycznej drodze.

***

Agnieszka Kostuch ur. w 1978 r. w Trzemesznie. Mieszka w Trzebini. Laureatka ogólnopolskich konkursów literackich. Autorka dwóch tomów poezji Niemocni (2015) i Który odchodzisz (2017). Publikuje teksty literackie i publicystyczne w różnych pismach i w sieci (czasami pod panieńskim nazwiskiem Sroczyńska), w licznych, pokonkursowych i nie tylko, antologiach. Miłośniczka gór. Mama dwójki nastoletnich dzieci.

środa, 13 lutego 2019

"Wierzę, że jak bardzo się chce, to wiele rzeczy się spełnia" - o Małym Kinie – niezwykłym zespole z Żywca – opowiadają jego muzycy




Agnieszka Kostuch: Jak powstał zespół Małe Kino?

Jarek Kąkol: To był mój pomysł. Wymyśliłem go co prawda późno. Pierwsze próby rozpoczęły się pod koniec ’99 roku. Nie miałem nigdy wcześniej ambicji założenia zespołu, choć komponowałem już jakieś piosenki i sprawiało mi to wielką przyjemność. Ale kiedy przyszło mi na myśl, że mógłbym skonstruować coś takiego jak zespół, wówczas zapragnąłem przynajmniej nagrać te piosenki, które dużo wcześniej ułożyłem i mieć je na kasecie. I rzeczywiście, nagrałem taką kasetę z Jackiem Pawlusem.

- Wydaliście dwie płyty – drugie życie (2002) i Prawda i Sny (2016). Na obu królują wiersze takich poetów jak Jan Lechoń, Bolesław Leśmian, Artur Rimbaud, Mieczysław Jastrun. Skąd pomysł na tworzenie muzyki do wierszy, o których mało kto pamięta?

Jarek Kąkol: W latach 70-tych był taki program w radio prowadzony przez Piotra Kaczkowskiego (zresztą jest do dzisiaj), w którym puszczano świetne zespoły. Kiedy słuchałem tej pięknej muzyki, wydawało mi się, że słowa muszą być równie piękne. Ale okazało się, że nie. Te teksty były naprawdę denne. Kiedy zacząłem grać na gitarze tak na poważniej w ’98 roku, to po pewnym czasie pomyślałem – nawiążę do tych lat 70-tych, do tej muzyki, którą tak uwielbiałem, tylko podłożę wiersze, żeby one były równie piękne jak ta muzyka, którą ewentualnie ułożę sam lub z zespołem. Moja przygoda z poezją zaczęła się tak na poważnie w wojsku. To była wiosna ’81 roku. Jeszcze nie było stanu wojennego. W Polsce panowała pewna euforia, tyle miało się wydarzyć, a mnie biorą do wojska… To był trochę cios. Ale polazłem, wszyscy szli.


Miałem 19 lat. Jednym z moich obowiązków było sprzątanie lektoratu. Mogli tam przychodzić żołnierze zawodowi, żeby poczytać książkę. Co prawda, nigdy ich tam nie widziałem. Kiedyś zwróciła moją uwagę - wysunięta z regału biblioteczki - bardzo cienka książeczka. Był to tomik "Srebrne i czarne" Jana Lechonia. Wyciągnąłem go i otworzyłem na stronie z wierszem "Pytasz, co w moim życiu" z wszystkich rzeczy główną. To pytanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie… bo ja w tym wojsku i przed wojskiem cały czas się zastanawiałem, co dla mnie jest najważniejsze… I otrzymałem odpowiedź: „Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno”. Muzykę do tego wiersza ułożyłem stosunkowo późno, chyba w 2000 roku.

- Ale do swoich pierwszych piosenek ułożyłeś teksty sam.

Jarek Kąkol: Tak. Pierwszą z nich, która weszła do repertuaru Małego Kina, była "Rewolucja".


Ułożyłem ją mając 19 lat, z Jackiem Pawlusem. Taki hippisowski song. Na Żywiecczyźnie była dosyć popularna. Swego czasu Samoobrona chciała ją wykorzystać w kampanii wyborczej. Odrzuciłem ich propozycję. Drugą piosenkę z moim tekstem ułożyłem w wojsku "Dopóki Ziemia". Na marginesie, nie znałem wówczas "Modlitwy" Okudżawy. Ułożyłem ją podczas okropnej, zimowej warty w nocy, gdy rozpoczął się stan wojenny.

- Od początku graliście muzykę w zupełnie innym klimacie niż tym, do którego przyzwyczaiły nas popularne zespoły zaszufladkowane pod nazwą poezja śpiewana. Miała ona charakter bardziej rockowy. To właśnie to oryginalne brzmienie przyciągnęło Was do Małego Kina?

Mateusz Jachym: Wychowywałem się na muzyce takich zespołów jak Led Zeppelin, Deep Purple, Pink Floyd, bardziej rockowej. Kiedy dołączyłem do zespołu, jako 17-letni chłopak, najpierw spodobała mi się jego strona muzyczna. Gdyby Jarek zaproponował „krakowskie flaki z olejem”, to by to nie przetrwało nawet dwóch prób. Ale stworzyła się między nami fajna energia, stworzył ciekawy styl muzyczny, który wynikł z połączenia różnych osobowości. Kuba Kotowski, skrzypek, był typowo klasycznym muzykiem. Z kolei Wojtek Hajdusianek był muzykiem jazzowym. Eryk Urbaniec, perkusista, wychował się na graniu w jakichś heavymetalowych zespołach. Piotrek Hetnał, gitarzysta, z którym razem przyszedłem do zespołu, też miał inny charakter . Wszyscy tworzyliśmy jakiś taki mix. Na koncertach tworzyła się fajna energia, która niekiedy doprowadzała do takiego, mówiąc w cudzysłowie, „orgazmu muzycznego”.

Daniel Główczyk: Zanim osobiście zetknąłem się z muzykami Małego Kina, chodziłem na ich koncerty. To od początku był bardzo wyrazisty zespół, skupiający w swych szeregach mocne osobowości, dobrych muzyków, od których można było wiele się nauczyć. Za przyczyną ówczesnego perkusisty, Eryka Urbańca, z którym znałem się osobiście, jeszcze z czasów szkolnych, miałem nieco ułatwiony dostęp do zespołu. Starałem się być blisko nich, podglądać itd. Aż kiedyś nadarzyła się okazja zagrania z nimi koncertu opartego na jazzowych standardach. Pamiętam to jak dziś. Szedłem na spotkanie z dziewczyną, kiedy na ulicy usłyszałem dźwięki instrumentów, które dobiegały z nie istniejącego już żywieckiego „szynkwasu”. Wszedłem „na chwilę”, no i okazało się, że potrzebny był „na teraz” basista. Spotkanie z dziewczyną poszło w odstawkę, zostałem i zagrałem. Nazajutrz wyjechałem na wakacje, a jakieś dwa tygodnie później dostałem telefon, że mam się skontaktować z chłopakami w celu ewentualnej dalszej współpracy. Najpierw graliśmy standardy jazzowe oraz w dużej mierze kompozycje Wojtka Hajdusianka, który wtedy był klawiszowcem Małego Kina. Po kilku miesiącach dostałem propozycję współpracy z zespołem i tak to się zaczęło.

Łukasz Nowok: Tak naprawdę, odkąd udało mi się być pierwszy raz na koncercie Małego Kina, a był to rok mniej więcej 2007/2008, zespół stał się dla mnie wyzwaniem, które potem okazało się osiągalne. Nasze drogi z Jarkiem niejednokrotnie przecinały się grając z różnymi zespołami w różnych miejscach. Spotykaliśmy się nie jeden raz u wspólnych znajomych, a Jarek przyciągał swoimi opowieściami, swoją osobą. Dla mnie propozycja zagrania w tym składzie pojawiła się jesienią 2010 roku, kiedy to Daniel zaproponował mi spotkanie - pierwszą próbę, na której zaczęliśmy od razu uruchamiać utwory Małego Kina, a także dostosowywać je na potrzeby instrumentów klawiszowych. Większość utworów wraz z moim pojawieniem się zostało dość mocno przearanżowanych i zmienionych, co też dodawało mi z każdą próbą mnóstwa energii do wspólnej pracy.

Sebastian Adamczewski: Poznałem się z Jarkiem w zupełnie innym projekcie, w którym jednak śpiewał dokładnie te same piosenki. To był moment, w którym Małe Kino przechodziło transformację...właściwie ze składu został Jarek, Piotrek, Daniel i Wojtek Pierlak na perkusji. Jarek, jego osobowość i dar przekonywania, spowodowały, że postanowiłem spróbować. To, co robiliśmy, bardzo mi się podobało – surowe, rockowe brzmienie (jeszcze nie było skrzypiec i klawiszowca), ogromna swoboda w tworzeniu i muzyka, która wymagała specyficznego podejścia i sporego kunsztu. To było dla mnie ważne – jako muzyk lubię klimat w muzyce, ale nie cierpię nudy. Tu miałem wszystko, z czym było mi dobrze.

- Jak przyjęliście koncepcję Jarka na tworzenie i granie muzyki do wierszy klasyków?

Sebastian Adamczewski: Przewrotnie odpowiem pytaniem na pytanie: czy znając choć trochę Jarka można sobie go wyobrazić, że śpiewa co innego niż poezję? Poza tym przyszedłem do zespołu, który według tej koncepcji działał – pasowało mi to.

Mateusz Jachym: Wybór tekstów był bardzo dobry. Nie czuło się, że brzmią jakoś archaicznie. Jarek na próbach siadał i opowiadał genezę danej piosenki, o czym ona jest. Ale dopiero później, podczas koncertów, teksty wchodziły głębiej do głowy i człowiek zaczynał się nad nimi zastanawiać.

Daniel Główczyk: Doszedłem do zespołu, który tworzył już konkretną i zwartą formę z jasnym pomysłem na to, jak to ma wszystko wyglądać. Mogłem się tylko dostosować do reszty, co zresztą nie stanowiło dla mnie żadnego problemu, ponieważ zgadzałem się z tym, co zespół prezentuje i w jaki sposób to robi.

Łukasz Nowok: Ja również przyszedłem już na gotowy projekt, koncepcję, wokół której zespół skupiał swoją działalność artystyczną. Dla mnie, jeśli projekt jest nieakceptowalny, to po prostu nie biorę w nim udziału, a tutaj od początku pokładałem w tym składzie duże nadzieje w sensie rozwoju artystycznego, jak i osobistego.

- Co było największą siłą Małego Kina w okresach, w których graliście w zespole?

Mateusz Jachym: Tak, jak już wspomniałem, zbiór różnych osobowości.

Jarek Kąkol: Też tak uważam. Przez ten zespół przewinęło się ok. 30 osób. Bardzo ważną postacią, oprócz tu wypowiadających się, był też Piotr Hetnał, grający na gitarze elektrycznej, wspaniały akompaniator. Był w pierwszym składzie zespołu i nagrał z nami dwie płyty.

Daniel Główczyk: Siłą tego zespołu był od początku Jarek i jego pomysł na muzykę. Wszystko to było zawsze poparte mocną ekipą bardzo dobrych muzyków, przed którymi do dzisiaj chylę czoła, których cenię nie tylko jako artystów, ale po prostu jako fajnych ludzi, od których wiele się nauczyłem i z którymi miałem wielką przyjemność współpracować.

Łukasz Nowok: Moim zdaniem - muzyka i aranżacje. Tam nie było prostych aranżacji. Wszystko musiało być zagmatwane i skomplikowane. Nawet jeśli w pierwszym odczuciu utwór brzmiał prosto i można było powiedzieć: „to jest banalna kompozycja”, to później okazywało się, że to tylko pozorne wrażenie. Dla przykładu - środkowe Unisono w utworze "Moja bohema", które jest wykonywane równocześnie przez 5 muzyków (skrzypce/piano, 2 x gitara/bass) – instrumenty perkusyjne odpowiednio akcentują, tam wszystko musiało się zgadzać, a każda drobna pomyłka dowolnego instrumentu była dość mocno słyszalna. W zespole nie było mowy o szybkim aranżowaniu numerów. Każdy utwór miał swój czas. Każde dzieło musiało zostać bardzo dokładnie przemyślane i przegrane co do nuty.


Sebastian Adamczewski: Swoboda w tworzeniu. Graliśmy to, co chcieliśmy i jak chcieliśmy. Nie było żadnych ograniczeń. Ilustrowaliśmy Jarkowe opowieści i każdy mógł to robić „po swojemu”. Choć to wymagało sporej pracy i dużo czasu, by aranżacyjnie utwory były spójne. Nie miało to jednak znaczenia. Potrafiliśmy poświęcić pół roku pracy, by stworzyć 15-minutową suitę po to, by zagrać ją może ze dwa razy. Sama praca ze sobą dawała nam przyjemność i satysfakcję.

- A co okazało się słabością zespołu?

Daniel Główczyk: Niezdecydowanie w podejmowaniu decyzji w strategicznych momentach, które mogły zaważyć na przyszłości zespołu. Być może jednak to nie wina ludzi, a zwykły brak kogoś z branży, kto mógłby profesjonalnie poprowadzić zespół w czasach, kiedy było to naprawdę konieczne.

Sebastian Adamczewski: Zgadzam się z Danielem – jesteśmy stworzeni do grania. Nikt z nas nie umiał i nie chciał zajmować się „managerką”. Poza tym – dość ważna rzecz – nasza oryginalność też była problemem. Kilka razy ludzie z branży zauważali, że jesteśmy „zbyt rockowi” dla poetów i „zbyt poetyczni” dla ludzi lubiących rocka. To był kłopot nie do przejścia dla managerów i prezenterów stacji radiowych.

- Proszę, podzielcie się jakimś swoim jednym wspomnieniem związanym z Małym Kinem, do którego wracacie, które lubicie lub po prostu jest dla Was szczególne.

Mateusz Jachym: Festiwal w Ostrzeszowie, chyba w 2001roku, na którym zajęliśmy wszelkie możliwe pierwsze nagrody. Wyjątkowy był klimat, koncert, cała impreza pokoncertowa. Siedzieliśmy tam 2-3 dni. Byłem bardzo młody i to było moje pierwsze takie doświadczenie, że ludziom coś, co zagrałem, strasznie się spodobało i że docenili zespół.

Daniel Główczyk: Po jednym z festiwali, jeśli dobrze pamiętam, była to JAPA w Łodzi, podeszło do nas kilkoro ludzi z jury. Powiedzieli nam, że Małe Kino będzie miało zawsze „pod górkę” z jednego konkretnego powodu, a mianowicie tego, że nie przyjmą i nie zaakceptują nas muzycy rockowi, ponieważ teksty nie pasują do rockowej konwencji, którą na co dzień prezentuje się w naszym kraju; z kolei u poetów też nie będziemy mieli czego szukać, ze względu na zbyt mocną i rozbudowaną muzykę. Kilka lat później udowodniliśmy, że to nie prawda, ponieważ dostaliśmy od zespołu Perfekt propozycję współpracy z ich menedżerem śp. Adamem Galasem. Do dzisiaj uważam, że niewykorzystanie wtedy tej szansy pozbawiło nas możliwości wyjścia z szeregu, a zarazem wejścia na piedestał topowych grup muzycznych w Polsce.

Łukasz Nowok: Jak dla mnie, to każda chwila była wyjątkowa. Próby były bardzo efektywne i pamiętam, że początkowo częste. Lubiliśmy ze sobą przebywać i grać. Koncerty, duże sceny, to właściwie był nasz kąt, w którym bardzo dobrze czuliśmy się, a także rozumieliśmy się idealnie. Im większy koncert dla większej publiki, tym lepsze doznania. Chociaż pamiętam także te małe, akustyczne, piano plus wokal i gitara, które także były bardzo efektywne i nabierały totalnie innego przebiegu.

Sebastian Adamczewski: Nie mam jednego, szczególnego wspomnienia. Za to cały okres, kiedy do zespołu dołączyła Agnieszka Biniek ze swoimi cudnymi skrzypcami i zwerbowałem Łukasza na instrumenty klawiszowe. Mieliśmy próby regularnie co wtorek i czwartek od 16:00 i nie było rzeczy ważniejszej od tego. Życie prywatne przez te dwa dni było podporządkowane pod rozkład Małego Kina. Poza tym koncerty. Co prawda niewiele z nich pamiętam, bo po wejściu na scenę i kilku pierwszych dźwiękach wchodziłem w inny stan świadomości i ”wracałem” jakieś pół godziny po koncercie. Tego brakuje mi najbardziej.

- Jakie są Wasze ulubione piosenki z repertuaru Małego Kina?

Mateusz Jachym: Zawsze lubiłem grać "Obżarstwo i pijaństwo" i "Moją bohemę".


Do powstania tej drugiej znacząco przyczyniłem się wraz z Piotrkiem Hetnałem. Siedzieliśmy u niego w domu, piliśmy piwo i w którymś momencie wzięliśmy podręcznik od romantyzmu z IV klasy, w którym znaleźliśmy wiersz Artura Rimbauda "Moja bohema". Był w miarę rytmiczny. Wymyśliliśmy na szybko jakieś akordy i przynieśliśmy go na próbę. Pianista to poprzerabiał, wymyślił wstęp, Kuba ułożył temat i podczas jednej próby powstał jeden z najbardziej sztandarowych utworów Małego Kina.

Daniel Główczyk: "Chorału Bacha słyszę dźwięki" z jego środkową instrumentalną częścią, prowadzącą słuchacza przez odmęty piekła.


Za każdym razem widzę to w formie animowanego klipu w stylu Gerarda Scarfe ‘ a oraz obrazów Zdzisława Beksińskiego. "Ścieżka" - prosty, a jednocześnie ciekawy utwór z niepozornym początkiem, ciekawym rozwinięciem i przytupem na końcu, z Hammondem w tle i wokalizą Agnieszki Biniek, Basi Jaworskiej, Sebastiana Adamczewskiego.


Łukasz Nowok: Dla mnie wszystkie są wyjątkowe, ale do ulubionych mogę na pewno zaliczyć: "Szłaś przede mną". To akurat jedna z krótszych kompozycji, bardzo melodyjna i właściwie bardzo radiowa. Poza tym "Ścieżka" czy "Tęsknota".


Do jednych z trudniejszych i chyba najbardziej rozbudowanych kompozycji na płycie Prawda i Sny zaliczam "Pytasz, co w moim życiu…" . To kompozycja na prawie 8 minut, w której możemy odnaleźć różne wątki artystyczne, jak również nasze muzyczne wyzwania.

Jarek Kąkol: Dodałbym do tych wymienionych przez chłopaków - "Z Ziemią krążymy wokół Słońca… ", napisanej do wiersza ks. Jana Twardowskiego.

- Jak z perspektywy czasu oceniacie wpływ tamtego doświadczenia – grania w Małym Kinie – na Wasz osobisty rozwój?

Mateusz Jachym: Dużo rzeczy - ważnych muzycznie- robiłem po raz pierwszy z Małym Kinem . Na przykład: występowanie na dużych festiwalach, spotykanie osób, które były ważne w świecie muzycznym, obycie z dużą, małą sceną, ze sprzętem, akustykami, z całym zapleczem grania, ze studiem, z tworzeniem muzyki. Dzięki próbom z Małym Kinem, szczególnie dzięki osobom Kuby Kotowskiego i Wojtka Hajdusianka, nauczyłem się dużo rzeczy, o których nie wiedziałem, jeżeli chodzi o muzykę i o granie. Te wszystkie rzeczy wywarły na mnie duży wpływ i zaważyły na dalszej drodze. W zespole soulowym Puste biuro, który założyłem, dużo z tamtych doświadczeń wykorzystałem. Do tej pory wykorzystuję.

Sebastian Adamczewski: Małe Kino poszerzyło zdecydowanie moją wrażliwość artystyczną, dojrzałość. Komponuję nie myśląc o odbiorcy, tylko o oddaniu w właściwy sposób emocji, które w danym momencie wywołują we mnie proces twórczy. Nie dbam o odbiór.

- Jak teraz wygląda Wasza droga artystyczna?

Łukasz Nowok: Póki co każdy tę drogę kreuje działając w różnych nurtach, a także w zespołach koncertowych. Na pewno każdy z nas po takiej przygodzie, jak Małe Kino, szuka czegoś bardzo dojrzałego i pewnie zbliżonego właśnie do tego projektu zarówno pracą, zaangażowaniem, jak i kierunkiem w muzyce. Ja przynajmniej mogę tak powiedzieć o sobie. Wspomnieniami cały czas wracam do tych czasów, kiedy to Małe Kino było dla mnie priorytetem z uwagi na fakt bardzo dużego osobistego rozwoju nie tylko w muzyce, ale także w literaturze. Pozwoliło mi bardziej dojrzale spojrzeć na świat. Nie ukrywam, że cały czas w głowie układam sobie powrót do tamtych czasów i liczę, że marzenia mimo wszystko się spełniają.

Daniel Główczyk: W tym roku chciałbym wydać swój tomik wierszy, który kilka lat temu odstawiłem na boczny tor, a który teraz ma wyraźne szanse na ujrzenie światła dziennego. Planuję to zrobić w drugiej połowie tego roku. W tym samym czasie chciałbym rozpocząć nagrania swojego materiału muzycznego, który przez ostatnie lata skrzętnie kompletuję w zaciszu sali prób. Myślę, że pierwsze dźwięki będzie można usłyszeć pod koniec roku. Poza tym cały czas wierzę w Małe Kino.

Sebastian Adamczewski: Po Małym Kinie trudno znaleźć dla siebie „ciekawe miejsce” w jakimś innym zespole. Wręcz drażni mnie sztampowe myślenie o próbie znalezienia się w jakimś nurcie tak, by zostać zauważonym. Grać „jak ktoś tam”. Kiedy w jakimś składzie, w którym gram, pojawia się taka myśl – wycofuję się. Póki co – najdłużej i całkiem dobrze układa mi się współpraca z Anią Mysłajek. Może właśnie dlatego, że wspólnie tworzymy muzykę, która odzwierciedla nas i przede wszystkim Ani teksty i jej charakter.


Poza tym sporo rzeczy tworzę sam – dzisiejsza technika pozwala mi być w pewnym sensie samowystarczalnym. Dużo czasu też poświęcam na współpracę z Pawłem Kurowskim w jego Sound Stone Studio. Okazało się, że praca z dźwiękiem i artystami to nasza wspólna pasja.

- Na koniec mam pytanie do Jarka, który wydaje się, że był i jest głównym odpowiedzialnym za istnienie i kształt Małego Kina. Zespół przez dwa lata nie koncertował, m.in. z powodu Twojego wyjazdu do Francji. Od zeszłego roku wróciłeś do grania z zespołem w bardziej okrojonym składzie, akustycznie, z nową osobą – Michaliną Putek – grającą na skrzypcach. Co cenisz sobie w takim akustycznym graniu?

Jarek Kąkol: Jest łatwiejsze logistycznie. Mam też swój wiek. Skakanie po scenie rockowej już mnie tak nie rajcuje. Nie jest już dla mnie mocnym przeżyciem. Wolę grać bardziej kameralnie, nawet dla mniejszej publiczności. Wydaje mi się, że mam wtedy lepszy z nią kontakt. Mogę podzielić się z nią więcej tym, co tam kiedyś zauważyłem i w kilka nutek ubrałem. Ale nadal traktuję granie jako przygodę, jako coś, co sprawia mi przyjemność.

- Czy widzisz przyszłość Małego Kina tylko w takiej akustycznej odsłonie?

Jarek Kąkol: Daniel bardzo chce, żebyśmy grali tak, jak kiedyś, na co ja nie mówię: „nie”. Ale też nie za bardzo idę w tym kierunku. Na razie jeżdżę na koncerty tylko z gitarą, sam lub w trojkę – z Sebastianem i Michaliną. Ale kto wie, czy nie zrobimy jeszcze dużego projektu. Tym bardziej, że ostatnio Kuba Kotowski, wysunął pomysł, który mnie zainteresował – żeby zrobić niektóre utwory Małego Kina symfonicznie. Oczywiście trzeba poszukać na to sponsorów, bo to są bardzo duże koszty. Na razie jest to tylko pomysł, ale wydaje mi się realnym. Wierzę, że jak bardzo się chce, to wiele rzeczy się spełnia.


- Dzięki Wam wszystkim – obecnym i nieobecnym w tym wywiadzie – za stworzenie cudownej, całkiem wyjątkowej muzyki, która – wierzę – że jeszcze doczeka się należytego uznania ze strony krytyków muzyki i wypłynie na szerokie wody popularności. 

fot. Dariusz Murański


O Małym Kinie – niezwykłym zespole z Żywca Agnieszce Kostuch opowiadali jego muzycy: Jarek Kąkol (lider, wokalista, gitarzysta), Mateusz Jachym (basista), Daniel Główczyk (basista), Łukasz Nowok (klawiszowiec), Sebastian Adamczewski (gitarzysta) 


***


Agnieszka Kostuch ur. w 1978 r. w Trzemesznie. Mieszka w Trzebini. Laureatka ogólnopolskich konkursów literackich. Autorka dwóch tomów poezji Niemocni (2015) i Który odchodzisz (2017). Publikuje teksty literackie i publicystyczne w różnych pismach i w sieci (czasami pod panieńskim nazwiskiem Sroczyńska), w licznych, pokonkursowych i nie tylko, antologiach. Miłośniczka gór. Mama dwójki nastoletnich dzieci.

wtorek, 12 lutego 2019

Vixen zapowiada: „W tym roku 4 EP-ki i serial z klipów” - Singiel ze Skipem już w sieci!

fot. Fryderyk Ślęzak
Od wydania albumu „To nie Vixt4pe” nie minął jeszcze rok, tymczasem Vixen na najbliższe 12 miesięcy szykuje prawdziwą ofensywę wydawniczą. W czwartek (31.01) poznaliśmy 1. zwiastun jednej z 4 planowanych EP-ek artysty. Każdemu z wydawnictw towarzyszyć będzie 1 odcinek serialu w formie teledysku. Także 31 stycznia Na MaxFloRecTV trafił nowy numer Vixena. W singlu pt. „Kim” gościnnie pojawił się Skip. Utwór pochodzi z 1. zaplanowanej na ten rok epki Vixena. Krążek ukaże się już 19.02


„Kim” to 1. odsłona nowego projektu Vixena, którego efekty prezentowane będą przez najbliższe 12 miesięcy. W tym czasie artysta zapowiedział wydanie aż 4 EP-ek! Premiera pierwszej z nich już za nieco ponad 2 tygodnie. Autorem bitu jest JRS. W nagraniu gościnnie pojawia się natomiast Skip. Fani rapu kojarzyć go mogą m.in. z popularnego w serwisie YouTube utworu „Gasnę”. Jak zapowiada Vixen, lista gości, którzy zaangażowali się w jego najnowszy projekt, jest długa. Wśród zaproszonych artystów znajdą się zarówno ksywy znane każdemu słuchaczowi gatunku, jak i wykonawcy z podziemia. Na pewno można się spodziewać niejednego zaskoczenia.

– Wspólnie z MaxFloRec i ekipą 9LITER FILMY przygotowujemy niezwykły projekt, którego realizacja już wystartowała i potrwa do końca roku. W tym czasie wiele się będzie działo, przede wszystkim muzycznie. Planuję wydanie 4 odrębnych krążków, którym towarzyszyć będą wyjątkowe teledyski. Razem złożą się na taki miniserial – informuje Vixen.

Nie od dziś wiadomo, że drugą po muzyce pasją rapera jest aktorstwo. Aktorskie zacięcie niejednokrotnie dostrzec można było w jego wideoklipach, a nawet na deskach teatru. Nadchodząca produkcja składać się będzie z 4 części, przy czym każda kolejna będzie kontynuowała historię z poprzedniego odcinka. Tyle samo odsłon przyniesie muzyczna strona projektu. Poszczególne EP-ki ukazywać się będą co kwartał przez okrągły rok.

– Od jakiegoś czasu marzyło mi się, żeby stworzyć historię, która będzie trwała dłużej niż jeden klip. Jestem szczęśliwy, bo udało się to właśnie teraz. Nie mogę się doczekać publikacji – tak artysta na gorąco komentuje udział w przedsięwzięciu.

Do realizacji ambitnego planu zaangażowano jedną z najlepszych ekip filmowych w kraju (na koncie klipy m.in. dla Palucha, Kaliego czy KęKę), ale też szereg gości.

Jeżeli chodzi o EP-ki to będą skupione wokół emocji przewodnich. Jakich? Dowiecie się przy okazji ich publikacji. Udało się też zaprosić kilku zaskakujących gości zarówno z topki, jak i z podziemia. Będziemy zdradzać ich systematycznie – zapowiada Vixen.

Tekst: Anna Grabowska (MaxFloRec)

niedziela, 10 lutego 2019

Fuzzy Birds, czyli Kobiety Kobietom

fot. Denis Amirov



Fuzzy Birds to zespół czterech artystek reprezentujących różne gatunki muzyczne począwszy od jazzu, poprzez soul po współczesne brzmienia. Grupa powstała z fascynacji do twórczości kobiet światowego jazzu. Oprócz kompozycji własnych w repertuarze zespołu można usłyszeć najpopularniejsze utwory Arethy Franklin, Niny Simone, Angie Stone, Ethy James oraz wielu innych div światowego formatu.

Liliana Zieniawa (fot. Denis Amirov)
Artystki swobodnie poruszają się w wielu gatunkach muzycznych, co nadaje ich twórczości świeżości i wyjątkowości.

Skład zespołu:
Dorota Olech - saksofony, flet
Julia Amirova - fortepian
Aga Fijołek - gitara basowa
Liliana Zieniawa - perkusja, wibrafon

Liliana Zieniawa - perkusistka, wibrafonistka i kompozytorka. Jest absolwentką wydziału jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach w klasie perkusji jazzowej.Na swoim koncie ma występy z polskimi, skandynawskimi oraz amerykańskimi muzykami w tym także trasy koncertowe po Europie oraz Stanach Zjednoczonych.Na swoim koncie ma wystepy na wielu prestiżowych festiwalach m.in. Mladi Ladi Jazz, Jazz in The Ruins Festival, Krakow All-Souls Jazz Festival, Chicago Jazz Festival, MIA Jazz. Liliana jest perkusistką odważną, otwartą na eksperymenty, czerpiącą wiele inspiracji z Europejskiej muzyki improwizowanej.


Dorota Olech (fot. Denis Amirov)
Dorota Olech - saksofonistka, flecistka, producent muzyczny oraz pedagog. Ukończyła z wyróżnieniem Akademię Muzyczną w Krakowie. Była producentem oraz kierownikiem artystycznym Studenckiego Festiwalu Piosenki oraz Międzynarodowego Konkursu Współczesnej Muzyki Kameralnej. Współpracowała m.in z Teatrem Starym, Teatrem im.J.Słowackiego, Teatrem „Groteska” oraz Radiem RMF Classic w Krakowie. Ma na swoim koncie występy na znaczących festiwalach w Polsce i za granią m.in. Ladies Jazz Festival, Hot Jazz Spring Festival, Jazz nad Odrą „Złota Tarka”. Jest pomysłodawczynią i twórczynią projektów muzycznych: Fuzzy Birds, LatinSoul, SAFAduo oraz Saksofonarium. Z ostatnim zespołem w 2017 roku wydała płytę „Saksofonarium plays Gershwin”.



Julia Amirova (fot. Denis Amirov)
Jest saksofonistką pełną pomysłów, dla której nie ma działań muzycznie niemożliwych, tylko takie które zawsze można wykonać inaczej. Lubi przełamywać muzyczne stereotypy i wyznaczać nowe kierunki formalne i wykonawcze.

Julia Amirova - pianistka ukraińskiego pochodzenia. Laureatka wielu międzynarodowych konkursów pianistycznych. Ukończyła z wyróżnieniem Kijowski Instytut Muzyki w klasie fortepianu oraz Kijowski Narodowy Uniwersytet Kino, Teatr, Telewizja w zakresie realizacji dźwięku. Współpracowałam z etno-jazzowym zespołem - Strikha. Jest współzałożycielką zespołu KlezzJezz oraz Good Flow. Twórczyni również autorskiego projektu - Julia Amirova. Jest pianistką utalentowaną, w pełni ukazującą możliwości instrumentu jakim jest fortepian, posiadająca dużą wiedzę w zakresie sztuki pianistycznej.


Aga Fijołek (fot. Denis Amirov)
Aga Fijołek - basistka. Jest absolwentką Krakowskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Swoją przygodę z muzyką rozpoczęła od gry na skrzpcach i altówce. Poszerzając swoje zainteresowania zaczęła używać klasycznego instrumentu, jakim są instrumenty smyczkowe w projektach rockowych oraz funkowych koncertując m.in z Liam McMhurry Band, Urban Yellen Test, Bloody Marry. Z czasem postanowiła pójść dalej w kierunku doskonalenia swoich umiejętności , rozpoczynając grę na gitarze basowej. Jako basistka koncertowała z takimi grupami jak Chambers Maid, Sztajemka, Wu-Hae. Od kilku lat jest basistką zespołu 4 Elements z którym koncertuje na całym świecie. Jest basistką wszechstronną, z lekkością porusza się w wielu gatunkach muzycznych, a jej gra jest zdyscyplinowana i pełna swobody.

Premiera klipu Koios "Ideocracy"




Koios całymi garściami czerpie z dorobku metalu łącząc ze sobą gatunki takie jak thrash, death czy progressive death metal. W swoim arsenale brzmieniowym posługuje się częstymi zmianami rytmu, zróżnicowanymi ekstremalnymi technikami wokalnymi, szybkimi partiami perkusyjnymi, nie zapominając jednak o melodii, czy rytmicznym groove. Teledysk do utworu „Ideocracy” miał swoją premierę 31 stycznia. Nakręcony został przez wielokrotnie nagradzany duet reżysera Adama Porębowicza oraz operatora Wawrzyńca Skoczylasa ze studia RAW. Z obydwoma filmowcami zespół współpracował również przy swoim pierwszym klipie nakręconym do utworu „Hate?”, nagrodzonym na festiwalu Figueira FilmArt-Festival w Portugalii, oraz nominowanym w festiwalach BMVA w Berlinie oraz L.A. Music Video Awards w Los Angeles.


Koios powstał w 2013 r. z inicjatywy Pawła Sitnickiego i Jana Domańskiego. Charakter zespołu ostatecznie skrystalizował się po objęciu stanowiska wokalisty przez Filipa Pikulskiego i dopełnił dzięki partiom gitarowym Rafała Nowakowskiego i brawurowej grze perkusisty Pawła Solona . Styl muzyczny KOIOS porusza się po ekstremalnych odmianach metalu takich jak death metal, melodic death, czy progressive death metal. Zespół otrzymał wiele nagród na festiwalach takich jak Generacja, Error, Rock Battle of Barcja, Rock Master, Mayday, czy FMB. Swoją debiutancką płytę „Triangulate the Triangle” promował supportując takie zespoły jak Hunter, Sadist, Antigama, Thy Disease, TSA, czy Symbolical. W grudniu 2017r. miała miejsce premiera, oficjalnego video do utworu „Hate?”. Klip otrzymał nagrodę za najlepszą reżyserię oraz specjalne wyróżnienie na festiwalu Figueira FilmArt-Festival w Portugalii, oraz nominacje na festiwalach BMVA w Berlinie oraz L.A. Music Video Awards w Los Angeles.

Członkowie zespołu
Filip Pikulski - vocals
Paweł Sitnicki - guitars
Rafał Nowakowski - guitars
Janek Domański - bass
Paweł Solon - drums

środa, 6 lutego 2019

13 kwietnia w Krakowie zagra znany z Listy Polisz Czart zespół Normalsi







16 lutego w Filharmonii Opolskiej wystąpią Monika Wiśniowska-Basel, Jacek Mełnicki oraz znany z cyklu piosenek Franka Sinatry Michał Bober.


Ludzie czekają dziś albo na show, albo na tragedię, która urasta do rangi... show - z obchodzącym wkrótce swoje 10-lecie istnienia toruńskim zespołem Half Light rozmawia Sławek Orwat

Half Light to zespół, który po raz pierwszy zobaczyłem na żywo w roku 2013 na klatce schodowej jednego z toruńskich klubów. Roiło się wówczas na tychże schodach od takich gwiazd jak Zbigniew Krzywański i Sławek Ciesielski z Republiki oraz licznych legend przebogatego toruńskiego undergroundu muzycznego. Szybko dało się wyczuć, że to środowisko tętni jakimś kompletnie innym życiem, niż środowiska artystyczne innych polskich miast. Duch Kobranocki, Rejestracji, a przede wszystkim duch Grzegorza Ciechowskiego nie tylko wszechwładnie unosił się nad Grodem Kopernika, ale przede wszystkim sprawiał, że wszyscy znani lub mniej znani toruńscy muzycy w moim bardzo subiektywnym odbiorze czuli się faktem swojej środowiskowej przynależności jakoś pozytywnie naznaczeni, ale i w jakiś nieuchwytny acz niezwykle wyczuwalny sposób zobowiązani.


Trudno jest zwykłymi słowami tę toruńską inność opisać przybyszowi z zewnątrz, ale to, co rzuca się tam w oczy najbardziej, to niesamowita ilość zespołów, projektów, przeglądów i przeróżnych muzycznych wydarzeń, którymi nie tylko można by z powodzeniem obdzielić o wiele bardziej zaludnione miasta, lecz przede wszystkim które skupiają wszystkie liczące się w tej wyjątkowej społeczności nazwiska gwarantujące swoją historią pewną solidność i poziom, poniżej którego nikomu schodzić nie wolno. W takim to właśnie miejscu pełnym legendarnych opowieści o czasach Bikini i starej Od Nowy oraz nieustannie tętniących życiem i muzyką pubów i klubów wzrastali artystycznie i poza artystycznie Krzysztof Janiszewski, Piotr Skrzypczyk i Krzysztof Marciniak, czyli obchodząca 15 maja 2019 swoje 10-lecie istnienia grupa Half Light nazywana przez niektórych polskim Depeche Mode. Dziś z tej miłej okazji postanowiłem zacnych Jubilatów przepytać co nieco, a efektem tej rozmowy podzielić się z Wami.

- Twoje teksty to bardzo często historie dramatyczne, czasem dotykające także sfer intymnych. Czy przelewając na papier te wszystkie emocje i namiętności, czerpiesz z własnego życia, czy z obserwacji innych ludzi?

Krzysztof Janiszewski: Czerpię przede wszystkim z obserwacji rówieśników, ale w wielu kwestiach są to też moje prywatne historie, które opowiadam w trochę inny sposób. Myślę, że wiele sytuacji, które pojawiają się na naszych płytach, są przeżyciami faceta w średnim wieku, który przechodzi z beztroskiego okresu młodzieńczego, kiedy to można spontanicznie robić głupie rzeczy, do momentu, w którym mężczyzna przynajmniej w jakimś stopniu powinien być już odpowiedzialny za swoje czyny.


- Często się  zdarza, że bal wygrywa z otchłanią?

Krzysztof Janiszewski (fot.Sławek Orwat)
Krzysztof Janiszewski: Czasami tak. Ten bal, który jest w moim tekście, czasem jest balem radosnym, celebrującym jakiś sukces, ale jest też i bal, który pojawia się wtedy, kiedy idziemy na całość, kiedy popuszczamy zdrowe zasady postępowania i zwyczajnie... szalejemy! I nawet, jeśli staramy się zachować w tym wszystkim jakiś umiar, to niepohamowana chęć zdobycia czegoś za wszelką cenę i tak nieuchronnie pcha nas w otchłań.

- W twoich tekstach dostrzegam dwa tematy wiodące. Pierwszy z nich, to duchowe spustoszenie człowieka wynikające z życia w takim, a nie innym systemie społeczno-politycznym, czyli ten codzienny wyścig szczurów i upiorna brutalność życia, która sprawia, że zaczyna brakować nam czasu na głębsze refleksje i okazywanie uczuć. Drugi temat to cielesna zmysłowość i siła dzikiej namiętności, czyli ta cała intymność, która zachodzi pomiędzy kobietą i mężczyzną. W związku z tym, że twoje spostrzeżenia w obu tych kwestiach są w mojej opinii niezwykle celne, mogę się jedynie domyślać, że w jakimś stopniu musiałeś je osobiście przeżyć.

Krzysztof Janiszewski: Na pewno. Jeżeli mówimy o kwestiach erotycznych, czyli damsko-męskich, to na pewno są to - nie będę ukrywał - sytuacje, które przeżyłem. Żyje 48 lat na tym świecie i przeżyłem wiele historii, które kładły się cieniem na moim życiu.


- Zapewne mógłbym się w nich przejrzeć, jak w zwierciadle.

Krzysztof Janiszewski: Nie wiem, czy mam się z tego cieszyć, czy nie (śmiech)

- Jeżeli choć w niewielkim stopniu poczułeś, że nie jesteś w tym sam, to się cieszę (śmiech).

Krzysztof Janiszewski: Na pewno są to historie, które nigdy nie brały się z  próżni i rzeczywiście zdarzają się nieraz takie sytuacje, które chcę przetrawić poprzez tekst, bo też nigdy nie ukrywałem, że pisanie tekstów, śpiewanie i granie w zespole jest dla mnie rodzajem autoterapii. Zawsze mówię o tym wprost i cieszę się, że mam taki, a nie inny sposób na odreagowanie, podczas gdy inni się zapijają, albo biorą niebezpieczne używki…

- …a ty, pozwól, że użyję tu nieco turpistycznej metafory, wolisz "wyrzygać" to na scenie.

Krzysztof Janiszewski: Tak, jest to dla mnie jakiś rodzaj oczyszczenia i faktycznie jest kilka takich utworów, które naprawdę pomogły mi przeżyć, jak choćby „Prośba do następcy" Republiki.


A co do sytuacji społeczno-politycznej i wyścigu szczurów, to ja myślę, że są to sytuacje, które w tych czasach, w jakich przyszło nam żyć, stały się już normalnością, nad czym oczywiście ubolewam, bo przecież doskonale pamiętam swoje dzieciństwo, młodość i wiem, że kiedyś tak nie było i że świat był inny. Współczesność stawia przed nami ogromne wyzwania i najchętniej wziąłbym sobie od niej na jakiś czas urlop.  Najsmutniejsze jest to, że naprawdę wiele jest dziś takich osób, które drugiego człowieka mogą pchnąć w otchłań i jeśli chcemy prowadzić normalne życie, to niestety prędzej czy później będziemy zmuszeni z tą rzeczywistością się zmierzyć, ale jednocześnie ta nieustanna pogoń za wszystkim powoduje, że człowiek staje się dziś coraz bardziej oschły, wyalienowany i naładowany złymi emocjami.

- Dlaczego wszystkie ważne słowa, które chcieliście przekazać światu, postanowiliście 10 lat temu "opakować" w muzykę elektroniczną? Granie elektroniki w granicach Polski to nie od dziś inicjatywa z góry skazana na niszę i nie powiem chyba nic odkrywczego, jeśli stwierdzę, że gdyby Marek Biliński urodził się we Francji, byłby dziś prawdopodobnie tak popularny jak Jean-Michel Jarre.

Krzysztof Janiszewski: Jest to sytuacja, która pojawiła się w moim życiu w roku 2009. Grałem wcześniej w zespole Vitamina, który był zespołem stricte rockowym i w pewnym momencie uznałem, że w tej formule nie mam osobiście już nic więcej do przekazania. Wszystko, co wtedy się u mnie działo, zaczęło być wtórne i przestawało dawać mi satysfakcję. Było nas wielu, ale byliśmy bez pomysłów i robiliśmy coś, co już nas nie cieszyło i właśnie wtedy pojawiła się idea, by spróbować innych nut, innych dźwięków i innych barw.


- Piotrze, czy od początku swojej przygody z muzyką byłeś pianistą?

Piotr Skrzypczyk: Nie, ja swoje pierwsze kroki stawiałem z gitarą i poezją śpiewaną przy ognisku. Jakieś zespoły - owszem - też były, ale elektronika zawsze była dla mnie najbardziej istotną sprawą i od momentu, kiedy mogłem już poprosić rodziców, żeby mnie w tej dziedzinie wsparli, oni to uczynili i od tego czasu kombinuję z tą muzyką na dobre. Podobnie jak dla Krzyśka, rok 2009 był dla mnie też takim momentem przejścia i co najważniejsze - było ono dla mnie dość naturalne, a to, że Krzysiek zaprosił mnie do tego projektu, było dla mnie o tyle ciekawe, że łączyliśmy siły pochodzące z bardzo różnych stron i kiedy chwilę później doszedł do zespołu Krzysiek z gitarą, okazało się, że z tego wszystkiego można zrobić naprawdę coś ciekawego.

Krzysztof Marciniak (fot. Sławek Orwat
- Krzysiu, co w brzmienie zespołu elektronicznego wnosi gitarzysta? Twój instrument prawie każdemu kojarzy się z tradycyjnym zespołem rockowym, czyli gitara, bas, wokal, perkusja. Jak odnalazłeś się w składzie: wokal, gitara, klawisze i perkusyjny automat?

Krzysztof Marciniak: Podobnie jak Krzysiek, grywałem wcześniej muzykę może nie stricte rockową, ale na pewno z pogranicza rocka progresywnego. Kiedy chłopaki zaprosili mnie do współpracy, stwierdziłem, że projekt jest na tyle interesujący, że z przyjemnością będę z nimi grał. Krzyśka poznałem kilka lat wcześniej. Szukaliśmy z ówczesnym zespołem wokalisty i Krzysiek akurat się zgłosił. W ciągu kilku miesięcy nagraliśmy nawet kilka numerów, ale niestety zespół nie przetrwał zbyt długo, ale kiedy po dwóch latach Krzysiek zaproponował mi udział w HL, stwierdziłem, że jest to dla mnie interesujące. Zawsze lubiłem wyzwania gitarowe. W Half Light wymagane jest zupełnie inne podejście do gitary, niż w przypadku składu standardowego. Początkowo w muzyce HL gitara była tylko smaczkiem, dopełnieniem całości, ale z czasem jej rola uległa zmianie.

- Początkowo nie za bardzo przemawiało do ciebie pisanie tekstów w języku polskim. Teraz piszesz tylko po polsku. Co się stało?

Krzysztof Janiszewski: Było to konsekwencją tego, co zdarzyło się wcześniej. W roku 2009 poczułem próżnię i nie potrafiłem odnaleźć się ani w mojej muzyce, ani w moich tekstach. Język angielski dawał mi możliwości do wyśpiewania melodii, bo jest to język, który daje możliwość łatwego przechodzenia od frazy do frazy. Ten pomysł po jakimś czasie też się jednak wyczerpał, ponieważ anglojęzyczne  teksty były mało osobiste i w pewnym momencie ponownie straciłem pomysł, o czym mam dalej pisać. I wtedy przyszła mi do głowy myśl, czy nie byłoby dobrze wrócić do języka ojczystego aby, mój przekaz stał się bardziej osobisty.

- Wasz debiutancki album Night In The Mirror był w całości anglojęzyczny.


Krzysztof Janiszewski: Ten materiał naszym zdaniem wypadł muzycznie i tekstowo dobrze, ale po nim pojawiła się u mnie poprzeczka, której nie byłbym już w stanie przeskoczyć. Trzeba więc było wrócić do języka polskiego, żeby przekazać swoje myśli bardziej konkretnie i ubrać je we właściwe słowa. Ta decyzja pozwoliła zespołowi pójść dalej. W pewnym sensie był w tej decyzji też nieświadomy nacisk naszej publiczności, bo kiedy nagraliśmy płytę Nowe orientacje, to można było usłyszeć wiele głosów, że świetnie się nas słucha po polsku.

Niezapomniane spotkanie w Luton
- Czyli oddanie hołdu Grzegorzowi Ciechowskiemu w jakimś stopniu wyznaczyło wam kierunek rozwoju?


Krzysztof Janiszewski: Tak! Pozwoliło nam to na zrobienie kolejnego kroku i dlatego potem pojawił się Półmrok - płyta, której tytuł jest nieco przewrotny, bo jeżeli przetłumaczysz sobie nazwę naszego zespołu i zderzysz ją z tytułem płyty, to łatwo zauważysz, że życie nasze zbyt kolorowe jednak nie jest.

Spotkanie z Tomaszem Wybranowskim
- O tym wydawnictwie bardzo pięknie wypowiedział się Tomasz Wybranowski: "Półmrok to trzynaście kompozycji, które przynoszą słuchaczom morze refleksji i uspokojenia po całodniowej „szczurzej galopadzie”. Każdemu radzę przesłuchać album w całości, od początku do końca. Najlepiej samotnie, tak by każde słowo Krzysztofa Janiszewskiego i wszelki akord, dźwięk, szelest dotarł w czuły punkt. Nasz czuły punkt, gdzieś na przełęczy duszy i serca. Zabiegani, zdenerwowani, w wiecznym „nie-do-czasie” tracimy z oczu to, co najważniejsze: siebie i swoje marzenia. A być może nawet prawdziwe wyobrażenia o nas, bo bez zakłamania codzienności i gier w jakie jesteśmy uwikłani". Dla mnie natomiast ten krążek jest fenomenalnym żądłem kłującym świat bezdusznych korporacji i zblazowanych celebrytów.


Krzysztof Janiszewski: O tym mówi właśnie "Salto mortale", które także najlepiej nawiązuje do tego, o czym napisał Tomek Wybranowski, bo tak naprawdę ludzie czekają dziś albo na show, albo na twoją tragedię, która urasta do rangi... show, czekają na twój ostatni krok, chcąc obejrzeć transmisję z twojej śmierci, czy z innych niewyobrażalnych historii, które jeszcze nie tak dawno byłyby nie do przyjęcia, byłyby społecznie niemoralne, nieakceptowalne i odrzucone.

Koncert w ojczyźnie Depeche Mode (fot. Sławek Orwat)
No cóż... każdy cyrk ma swoje małpy, a dziś niestety im bardziej będziesz chamski, albo wulgarny, tym będziesz bardziej popularny i tym prędzej zbierzesz finansowe i medialne kokosy, natomiast ci artyści, którzy opowiadają o swoich przeżyciach, o swoich emocjach, są obecnie spychani przez media i wytwórnie płytowe na dalszy plan, z którego tak naprawdę nie są w stanie się nigdy wygrzebać. Należy pamiętać, że media zawsze kształtowały gusta. I tak, jak w latach 70-tych, czy w 80-tych panowie Piotr Kaczkowski i Marek Niedźwiecki kształtowali nasze gusta, tak obecnie gusta młodych ludzi  kształtuje Sylwester w Zakopanem i Roztańczony Narodowy.


- Kiedyś ludzie byli na tyle muzycznie wyrobieni, że istniało pojęcie tak zwanego obciachu. Nikt szanujący się nie przyniósłby w latach 80-tych na prywatkę nagrań, które mogłyby go towarzysko zdyskredytować. Dziś kicz i obciach są absolutnie trendy i nie tylko nikt się już nie wstydzi takiej muzyki wykonywać, lecz - i to jest najsmutniejsze - coraz mniej jest takich osób, którzy mieliby odwagę otwarcie skrytykować takie wydarzenie, żądając zapewnienia minimum poziomu artystycznego.

Krzysztof Janiszewski: Jednocześnie należy się cieszyć, że w powodzi wszechobecnej komercji, wciąż można odnaleźć takie stacje radiowe jak Trójka, Radio PiK czy Radio WNET, które starają się nie ulegać pokusom i konsekwentnie trzymają poziom. I tu należą się szczególne słowa uznania dla takich dziennikarzy jak ty czy Tomek Wybranowski, którzy od lat potrafią zachować zdrowy rozsądek i prezentować wartościową muzykę, nie bacząc na to, kto ją wykonuje i dla jakiej wytwórni została ona nagrana.

- Gdybyście mieli porównać dwie wasze ostatnie płyty: Półmrok z roku 2014 i wydane dwa lata później Elektrowstrząsy, to w jakim kierunku wasza muzyka ewoluowała?


Krzysztof Marciniak: Początkowo moja gitara była tylko dopełnieniem brzmienia HL. Na płycie Półmrok tej gitary było już trochę więcej, natomiast na Elektrowstrząsach postanowiliśmy na naszą muzykę spojrzeć z nieco innej strony i pozwolić sobie na to, aby spora część utworów kompozycyjnie wypływała z gitary, a nie jak dotychczas - z elektroniki i choć HL zawsze będzie zespołem elektro-rockowym, to w ostatnich latach tego pazura rockowego wpuściliśmy do naszego brzmienia nieco więcej.

Czy podobnie panowie z HL będą świętowali 15 maja swoje 10-lecie?
-  A czym się te płyty różnią tekstowo?

Krzysztof Janiszewski: Półmrok jest momentami dołujący do tego stopnia, że nawet ja sam, kiedy mam gorszy dzień i słucham utworu "Moje requiem", to szybko go przełączam. Ta płyta mówi o kryzysie mężczyzny w średnim wieku, który ostatecznie jednak się poddaje i nie widząc dla siebie jakiejkolwiek przyszłości, zatapia się coraz głębiej w ciemnej stronie swojej osobowości, natomiast na Elektrowstrząsach następuje jego przebudzenie. Do tej pory w moich tekstach nie było zdecydowanego buntu, a tutaj on jest. Są tu konkretne deklaracje, czego bohater tej płyty nie chce już robić, co go drażni i co mu przeszkadza, a "Krótka piosenka o pożądaniu" śmiało mówi o tym, że kontakty z kobietami wyzwalają u niego ulgę.


- Twoje teksty traktujące o seksualności wyraźnie inspirowane są poetyką Grzegorza Ciechowskiego. Zresztą wszystkie twoje teksty podobnie jak teksty Grzegorza - o czym już rozmawialiśmy - można podzielić na społeczne i erotyczne. Napisałeś wraz z Anią Sztuczką niezwykłą książkę "My Lunatycy. Rzecz o Republice", natomiast płyta Nowe orientacje - jak sam przyznałeś - popchnęła wasze granie do przodu. Czy przez pryzmat tych wszystkich faktów, można powiedzieć, że duch Grzegorza nieustannie czuwa nad twoją twórczością?

fot. Sławek Orwat
Krzysztof Janiszewski: Na pewno tak. Poezja i teksty Grzegorza Ciechowskiego zawsze były dla mnie wielką inspiracją i wciąż jestem nimi przesiąknięty. Mieszkaliśmy z Grzegorzem około 500 metrów od siebie i wielokrotnie idąc do szkoły, widziałem go, jak przechodził przez ulicę, a czasami zdarzało się, że robiliśmy zakupy w tym samym sklepie. Jego sposób ujmowania jakiegokolwiek tematu jest wielowymiarowy. Jego teksty znakomicie funkcjonowały w latach 80-tych, w okresie walki z komuną, a dzis po wielu latach okazało się, że one nadal mają wielka moc i kompletnie nie straciły na  aktualności.

- Pozwól, że sparafrazuję pewną wypowiedź Grabaża i powiem, że "Moja krew" to był dla możnych tego świata taki strzał w ryj, po którym krew praktycznie leci do dzisiaj.


Krzysztof Janiszewski: Na temat tego utworu znakomitą anegdotę opowiedział Zbyszek Krzywański. Grzegorz przyszedł tego dnia na próbę z totalnie gotowym utworem. Miał napisany tekst, miał rozpisane instrumenty i powiedział: zaczynam pianinem, a wy macie tylko zagrać drugą część.

Ta wena, która wtedy spłynęła na niego z nieba sprawiła, że powstał utwór niepowtarzalny i totalnie ponadczasowy i ja tym stylem opisywania zarówno erotyzmu jak i polityki jestem do szpiku kości przesiąknięty. Do dzis jest to mój idol, a najbardziej niesamowite jest dla mnie to, że nieustannie można z jego twórczości czerpać garściami.

- Jak wygląda wasza sytuacja koncertowa?

Piotr Skrzypczyk: Na pewno dorobiliśmy się już takiego grona słuchaczy, którzy przychodzą na nasze koncerty regularnie, a są nawet tacy, którzy potrafią okazać swoje niezadowolenie, kiedy z jakichś powodów na nasz koncert nie są w stanie przybyć. A co do sytuacji koncertowej, to gramy być może mniej koncertów, ale są one za to ciekawsze i bardziej prestiżowe, co sprawia nam dużą satysfakcję.

- Jakie wrażenia wywieźliście z waszego pobytu w Wielkiej Brytanii - kolebki new romantic?

Krzysztof Janiszewski: To jest przede wszystkim kolebka każdej dobrej muzyki. Kiedy wysiedliśmy z samolotu, to pierwsze słowa, jakie wtedy wypowiedziałem brzmiały: "witajmy na ziemi, gdzie powstał Led Zeppelin, Deep Purple, Pink Floyd, King Crimson i Depeche Mode".


Nie ukrywamy, że było to dla nas ogromne przeżycie, że mogliśmy tam być. Poza tym - jak doskonale pamiętasz - w dużym stopni dwa lata temu zagraliśmy na WOŚP w Luton dzięki twojej rekomendacji, jaką przekazałeś Izie i Sebastianowi - organizatorom tego wydarzenia i to jest właśnie dla nas najbardziej cenne, że takie koneksje przyjacielskie, poparte szczerym docenieniem naszej twórczości, powodują, że nasza muzyka dociera coraz dalej.

Artur Szuba na zawsze w naszej pamięci [*]
Po dziesięciu latach istnienia zespołu dorobiliśmy się oprócz wiernej publiczności, także grona przyjaznych nam dziennikarzy i promotorów, którzy zapraszają nas na koncerty, co pozwala nam na odpowiednim poziomie popularności funkcjonować.

Piotr Skrzypczyk: A wracając do samego koncertu w Luton, to kiedy ogarnęliśmy już wzrokiem wszystkich tych ludzi, dla których przylecieliśmy zagrać, to pierwszą rzeczą, jaka była dla nas najbardziej odbieralna, była ogromna gościnność, jaką okazywano nam praktycznie na każdym kroku. Naprawdę od pierwszych chwil pobytu czuliśmy się w Luton wspaniale.

-  W ubiegłym roku po ciężkiej chorobie odszedł wasz serdeczny przyjaciel, znakomity muzyk - lider zespołów Inni oraz Szepty i Krzyki, wielki fan twórczości Grzegorza Ciechowskiego - Artur Szuba. Poza przyjaźnią czysto ludzką, łączyło was także wiele wspólnych projektów muzycznych.

Krzysztof Janiszewski: Artur Szuba był przede wszystkim naszym przyjacielem jak i na gruncie muzycznym tak i towarzyskim. Powstał nawet nasz wspólny utwór zatytułowany "Półsłówka", z czego cieszymy się bardzo, gdyż stanowi on dziś żywą pamiątkę naszej muzycznej współpracy z Arturem.


Nasze wzajemne przenikanie się potwierdza, jak bardzo nawzajem inspirowaliśmy się, wspieraliśmy i jak silnie siebie potrzebowaliśmy. Ten rodzaj kooperacji wywodzi się z pomysłu amerykańskiego muzyka Mike'a Pattona, który w roku 2006 stworzył projekt o nazwie Peeping Tom.

Polegał on na tym, że Patton porozsyłał przeróżne swoje muzyczne pomysły do swoich przyjaciół, znanych artystów z prośbą - dograjcie swoje instrumenty lub dośpiewajcie, a ja zrobię z tego całkiem nowe utwory. My z zespołem Szepty i Krzyki współpracowaliśmy na podobnej zasadzie. Poza tym Artur zaprosił nas kiedyś na koncert do Warszawy, a my zrewanżowaliśmy się Szeptom koncertem w Toruniu z okazji 6-lecia Half Light.


- Polski elektro-pop w ostatnim czasie bardzo mocno się rozwinął. Takie grupy jak The Dumplings czy Kamp! to szyldy już w branży uznane. Czy elektronika w wykonaniu tych młodych kapel stanowi kontynuację tej samej idei lat 80-tych, z której zdecydowanie wy wyrastacie, czy jest to już zupełnie nowa, inna droga?

Piotr Skrzypczyk (fot. Sławek Orwat)
Piotr Skrzypczyk: Ja myślę, że to jest już kompletnie nowa droga i nawet, jeśli w jakimś stopniu ci młodzi muzycy czerpią jakieś elementy, które zaistniały jeszcze w latach 80-tych, to jednak w międzyczasie wydarzyło się tyle różnych rzeczy w muzyce elektronicznej, że ja sam już nie wszystko jestem w stanie ogarnąć. Oni natomiast z tego ogromnego bogactwa brzmień potrafią po swojemu zbudować zupełnie nowe muzyczne przestrzenie. Młodzież często dziś nie opiera już swojej muzyki na umiejętności zagrania czegoś na klawiszach, tylko główny nacisk kładzie na umiejętność przetwarzania dźwięków, czyli na odpowiednie zaprogramowanie komputera. Wspomniałeś grupę The Dumplings. Oni akurat są muzykami pełnoprawnymi, bo to co potrafią wyprodukować w studiu, potrafią następnie publicznie zagrać. Istnieje jednak ogromna ilość młodych adeptów elektroniki, którzy potrafią muzykę tylko wyprodukować, ale w żaden sposób nie są później w stanie zaprezentować efektów swojej pracy podczas koncertu, ponieważ interakcja z muzyką żywą kompletnie ich nie interesuje.

Krzysztof Janiszewski: Myślę, że ten gwałtowny powrót młodych kapel do elektroniki wziął się z faktu, że indie rock nie spełnia już ich wszystkich oczekiwań i niejako twórczo się już wyczerpał. Jak dla mnie w  tym nurcie jest tylko kilka wartościowych zespołów, a cała reszta albo bezmyślnie je naśladuje, albo kompletnie się już pogubiła. Poza tym dzisiejsze technologie pozwalają młodym ludziom o wiele łatwiej i o wiele taniej korzystać z elektronicznych brzmień, które dzięki przeróżnym wynalazkom są coraz bardziej z różnicowane. Poza tym - i nie jest tu moim zamiarem kogoś obrazić - dzięki tym technologiom nie zawsze trzeba dziś umieć grać. Jak powszechnie wiadomo, gitarzysta musi ćwiczyć wiele lat, aby osiągnął pewien pułap umiejętności. We współczesnych odmianach elektroniki te umiejętności schodzą często na dalszy plan, a zamiast nich dominować zaczyna wyobraźnia i umiejętność komputerowego łączenia dźwięków.


- Kiedy pojawi się nowa płyta i czym nas zaskoczy?

Krzysztof Janiszewski: Nowa płyta jest już nagrana. Prace nad nią rozpoczęliśmy latem 2018 roku. Większość kompozycji wzięła się ze wspólnych improwizacji i pomysłów gitarowych Krzysia Marciniaka. To pierwszy w historii Half Light koncept album, oparty na dziele G. Orwella "Rok 1984". Roboczy tytuł albumu brzmi (Nie)pokój Wolności. Płytę chcemy wydać po wakacjach i aktualnie szukamy odpowiedniego wydawcy.