niedziela, 18 stycznia 2015

Paweł Freebird Michaliszyn: Big Head Todd - Crimes Of Passion (2004)

Paweł Freebird Michaliszyn, urodzony w 1959 roku w Pleszewie. Z wykształcenia zootechnik, z pasji i zamiłowania dziennikarz muzyczny. Bezlitosny krytykant amatorszczyzny. Współpracował ze specjalistycznymi magazynami muzycznymi Metal Hammer, Tylko Rock i Twój Blues. Autor cyklu Magia Białego Południa. Popularyzator amerykańskiego southern rocka i tzw. jam bands. Autor suplementów do książki Scotta Freemana "Jeźdźcy Północy. Historia The Allman Brothers Band" wydanej nakładem poznańskiej firmy Kagra. W polskim wydaniu tejże książki jest autorem historii zespołu Gov't Mule. Autor znakomitych wywiadów. Promotor muzyczny. Od lat wspiera medialnie swych amerykańskich przyjaciół: Gov’t Mule, Point Blank, Lynyrd Skynyrd, Warren Haynes Band, Derek Trucks, Allman Brothers Band, Dickey Betts, Mike Harris, The Soulbreaker Company, The Breakfast, PHISH, Moe., Devon Allman, Royal Southern Brotherhood, Outlaws. Współpracuje z Agencją Koncertową Tangerine. Prowadzi specjalistyczny sklep muzyczny. Od 20 lat autor jednej z najciekawszych audycji radiowych "Wieczór Nie Tylko Rockowy by Pawel Freebird Michaliszyn". Słuchacze nazywają ten mistyczny program „Spotkaniem Wilczej Watahy” Każda środa od 23:00 Radio Centrum Kalisz 106,4 FM 




Kolejna płyta o której krótko chcę Wam opowiedzieć, nosi tytuł Crimes Of Passion. Zbrodnie Namietnosci – tak ją nazwałem. Nagrał ją zespół Big Head Todd & The Monsters. 

Kiedy ponad rok temu Todd Park Muhr gitarzysta i wokalista tej świetnej formacji przysłał mi pełną dyskografię swego zespołu, w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, że trafią do polskiej dystrybucji. Ponownie Mystic stanął na wysokości zadania. Jest oto ich nowa płyta. Cudny, eteryczny album. Od dawna przymierzałem się by napisać o nich w Magii. Ale to długa historia i niezwykle trudno zdefiniować to co robią. Moi znajomi, którzy już tę muzykę poznali twierdzą, że najbliżej im do Widespread Panic. Paskudne to porównanie, bo BHT to równie znakomity zespół. Formuła rzeczywiście podobna; normalne piosenki przeradzające się w klasyczne jamowanie. Ale Big Head jest jednak inny. Co oczywiste. Mniej skomplikowany formalnie jest chyba „najnormalniejszym” z wszystkich jambandów; a tym samym bardziej przystępny. Wszystkie płyty, które leżą przede mną, to na pierwszy rzut ucha jednorodna stylistyka. Nic bardziej mylnego. Każda jest inna. Każda ma swój własny, niepowtarzalny klimat: Live Monsters, Another Mayberry, Strategem, mój ulubiony Sister Sweetly, Riviera, Beautiful World czy New Years Eve. Wszystkie piękne, wyważone i niezwykle eleganckie. Takie słowo przyszło mi do głowy. Czy to southern rock? Chyba nie do końca. A jednak jest tu klimat południowego grania. Wiecie o co mi idzie. O te wszystkie emocje, o te melodie i łkające gitary... i rewelacyjny śpiew. Właściwie trudno wybrać tę jedną. Tak jak pisałem – może Sister Sweetly albo Live Monsters. Koncert, gdzie cała ta energia skumulowała się w jednym miejscu; no i wybór utworów. Chwili nudy. Wszystko naturalnie płynie i kołysze. Jest to wybór utworów z trasy po Południowych Stanach; i już wszystko wiadomo. Powstali w 1980 roku, kiedy studiowali na uniwersytecie w Colorado. 

No i w końcu jest ta najnowsza. Crimes Of Passion. Leży przede mną, a ja kompletnie zdezorientowany nie bardzo wiem co o tym powiedzieć. Może zacznę od tego, że zachwyciła mnie przy pierwszym słuchaniu; i ciągle zachwyca; coraz bardziej. Im więcej jej słucham tym bardziej jest moja. Ale jakżeż to inny album aniżeli pozostałe. Nie ma tu potężnych riffów, nie ma gitarowej galopady, nie ma tej charakterystycznej agresji. Jest wyciszenie i spokój. Pozorny co prawda. Bo to dźwięki, które fascynują swą niezależnością. To płyta z muzyką, której nie da się do niczego i nikogo porównać. I dobrze! Ileż ciszy jest w tych wysublimowanych nutkach. Ileż czasu trzeba było żeby wymyślić taką koncepcję i takie teksty. Myślę, że to najlepsza ich płyta. Dziś tak myślę. Surowa, a przecież tak bardzo ciepła. „Dirty Juice”... riff, brudny jak u Mellencampa, prosto rytmika i dziwnie zmienione brzmienie perkusji. Piękna melodia śpiewu. Coś jakby dalekie echo Dylana, ale to śpiew, a nie melorecytacja. Wybaczcie mi te porównania, ale myślę, że dla Was to droga na skróty. „Dirty Juice” to również świetnie przybrudzona opowieść gitary i ozdobniki psychodelicznego klawisza; i slide w tle. Pięknie i stylowo... i nie nachalnie. Płynie jak woda. 

„Beauty Queen” delikatne jak najcieńsze szkło. Zespół gra szeptem; i znowuż ten śpiew – wyciszony, lekko zachrypnięty i refren którego już się nie zapomina. Dziwne to porównanie, ale to coś w klimacie wczesnego Dire Straits i opowieści nieodżałowanego Jeffa Buckleya. Drugi numer a nie chce się już wędrować dalej. Tylko replay... Jest też w tym delikatność i prostota twórczości JJ Cale’a.


„Conquistador” – przytłumiona perkusja i zakręcony riff gitar. Dać to na full i jest rockowy killer. Ale nie. Oni bawią się inaczej. Pojawia się hammond B3. Pojawia się i znika wypełniając szczeliny gitarowych akcentów. Piękne i transowe; bardzo transowe.


„Angela Danger Love” – nie sposób o tym pisać. Aż mrozi. Ponownie wolne tempo. Jak wędrówka po uliczkach małego miasteczka pełnego wspomnień. Śpiew – przejmujący, wysoki, ciągnący za sobą delikatne muśnięcia strun. Ascetyczne arcydzieło. Solo gitary to właściwie nie solo, a spokojny i przesmutny lament. Jak gitarowa opowieść z pamiętnika pełnego dramatycznych wydarzeń. Grają i wszystkie trzciny na jeziorach muszą przy tym zafalować.


„Come On” – klawisz - bardzo klimatyczny i ostre intro gitar. Przytłumiony fantastyczną realizacją dźwięk. Gdyby nie świetna, rockowa aranżacja byłby to „najnowocześniejszy” numer płyty. Przecież i tak jest. Głęboko ukryte solo gitary, nie ona jest tu najważniejsza.


„Drought Of 2013” – to znowuż delikatność JJ Cale’a. Akustyczna opowieść z bębnem w tle i zniekształconą gitarą... i zabawą strunami w szukanie dźwięków odpowiednich by nie utracić nic z atmosfery tej wybornej kompozycji. Tu jest cisza – namacalna.


„Love Transmission” – i znowuż mam problem by to nazwać. Wolne tempo prosty rytm; zakręcony i powtarzający się temat gitary. To bardzo korzenne podejście do muzyki (tak, teraz właśnie dotarło do mnie, że to w sumie trudna płyta) i tu jest to solo, które powala. Oszczędne, ale jakże emocjonalne.


„Imaginary Ships” – piękny tytuł i kolejny zachwyt. Kompozycja pełna świeżego powietrza i śpiewu, którym wręcz zachłysnąłem się. Jeśli dotkniesz w upalny dzień chłodnej tafli jeziora poczujesz to samo.


„ICU In Everything” – ma w sobie coś z magnetyzmu twórczości Bena Harpera. Znakomite. To samo tyczy kolejnego „Lost Child Astronaut”.


Ostatni, zamykający ten przepiękny album „Peacemaker’s Blues” to najsmutniejsza opowieść z tej księgi dźwięków. Przyszedł mi do głowy Neil Young i jego „After The Gold Rush”. Big Head Todd wrócił do tamtych czasów. Człowiek – głos i dwie niezwykle subtelne gitary. Bardzo nieśmiałe. Tak masz to poczuć słuchaczu. Jakby nie chciały przeszkadzać tej opowieści. Tej ważnej opowieści. I harmonijka, żeby przydać melancholii jeszcze więcej. I żal, ogromny żal, że to już koniec. Piękny, niezwykle wyważony i zmysłowy albm – Big Head Todd & The Monsters – Crimes Of Passions. Ten tytuł mówi wszystko. U mnie najwyższa półka, a wy przekonajcie się sami, czy mam rację.


Pawel Freebird Michaliszyn
LATO 2004

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza