sobota, 20 czerwca 2015

W tym co śpiewam słychać całe moje życie. Z Asią Czajkowską-Zoń rozmawia Sławek Orwat 20-go czerwca usłyszymy Asię wraz z Mark Olbrich Blues Eternity w londyńskiej Jazz Cafe POSK

fot. Maciej Grabowski


Asia Czajkowska-Zoń z muzyką związana jest od najmłodszych lat. Jako sześciolatka rozpoczęła naukę gry na fortepianie, zainteresowanie śpiewem przyszło nieco później i rozwijało się dzięki przynależności do chórów i zespołów, a także uczestnictwu w warsztatach pod okiem wielu muzycznych autorytetów. Wokalistka wykonuje zarówno muzykę klasyczną, jak i rozrywkową. Jest laureatką I miejsca 40. Międzynarodowych Spotkań Wokalistów Jazzowych w Zamościu. Ma na koncie studyjną i sceniczną współpracę z wieloma wykonawcami reprezentującymi najróżniejsze style muzyczne. Z wykształcenia i powołania jest pedagogiem, a jeden z najpiękniejszych okresów w jej życiu spędziła w szkole, pracując z dziećmi i młodzieżą jako nauczyciel języka polskiego i wychowawca.


- Zanim odkryłaś swój talent wokalny, jako sześciolatka pobierałaś naukę gry na fortepianie w klasie prof. Klary Weiner. Kiedy w twoim życiu pojawił się śpiew i jak wspominasz swoją dziecięcą przygodę z fortepianem?

- Śpiew był chyba od zawsze. Wydaje mi się dość naturalnym to, że dzieci śpiewają (śmiech). A z fortepianem to nie do końca była przygoda, tylko całkiem poważna sprawa. Nauka coraz trudniejszych kompozycji, ćwiczenie gam i pasaży, wyjazdy na konkursy pianistyczne, nawet z sukcesami, ciężka praca w domu, wieńczona semestralnymi egzaminami. 7 lat tej orki nad klawiaturą sprawiło, że po dyplomie jako czternastolatka miałam grania tego co w nutach serdecznie dosyć. Grałyśmy sobie za to z siostrą swoje ulubione piosenki, szukając akordów po omacku, bo przecież tego nas nie uczono, a Internetu jeszcze w domu nie miałyśmy, żeby znaleźć tam jaką podpowiedź. Teraz oczywiście żałuję, że zarzuciłam granie klasyki, bo po pierwsze miałabym dziś lepszą technikę, a po drugie, jak pomyślę, że nie potrafię już zagrać tych wszystkich utworów, które kiedyś miałam w małym palcu... jest mi żal pracy, którą w to włożyłam. Niemniej wszystko to, czego się wtedy nauczyłam i co zostało, bardzo przydaje mi się teraz w codziennej pracy.

z chórem Astrolabium
- Pod kierownictwem Ariela Radomińskiego śpiewałaś w żeńskim chórze Argentum oraz w zespole Los CoPiernicos, natomiast pod batutą Kingi Litowskiej od lat z powodzeniem występujesz w chórze Astrolabium. Kiedy dojrzałaś do kariery solowej?

- A dojrzałam (śmiech)? Kiedyś marzyłam o tym, by zostać damą estrady, jak Edyta Geppert czy Ewa Demarczyk. Zasłuchiwałam się w ich wykonaniach, pociągała mnie tego typu poezja śpiewana. Potem te marzenia poszły w nieco innych kierunkach, pojawiła się fascynacja jazzem, która trwa do dziś, a także inne gatunki. Może nie marzę już o byciu sceniczną damą, ale pragnę realnego kontaktu z publicznością, opowiadania muzyką ważnych historii, a śpiewanie solowe mi to umożliwia. Uwielbiam śpiewać w chórze, aktualnie działam w dwóch: we wspomnianym Astrolabium oraz OFDD. Daje mi to wciąż wiele satysfakcji i pozwala się rozwijać. Jednak śpiewanie solo to trochę inna bajka. Większy kaliber odpowiedzialności. Nie pomyśl sobie, że w chórze tego nie ma! Zawsze czuję odpowiedzialność za swój występ, niezależnie od tego, czy stoję w tłumie wśród setki innych śpiewaków na warsztatach gospel czy śpiewam na scenie a capella i słychać tylko mnie. To chyba taki mój perfekcjonizm, że zawsze lubię być dobrze przygotowana do tego, co mam pokazać.

Kantata "Modlitwy Matki" w reżyserii 
Romana Kołakowskiego (for. Robert Sawicki)

Spontaniczny duet z Januszem Szromem podczas jubileuszu L.A.Trio
(fot. Ryszard Szczepankiewicz)
- Swój wokal kształciłaś pod okiem takich znakomitości jak Grażyna Łobaszewska, Janusz Szrom czy Anna Serafińska. Od kogo nauczyłaś się najwięcej ?

- Nie wiem, czy to dobrze powiedziane, że kształciłam głos pod ich okiem. Brałam udział w warsztatach, na których wymienieni przez ciebie artyści i nauczyciele (a także wielu innych, m.in. Kevin Mahogany, Sonia Lachowolska) prowadzili tzw. masterclass. Miałam szansę wystąpić przed nimi, otrzymać indywidualne wskazówki, przygotować pod ich opieką piosenkę do wspólnego koncertu. To bardzo cenna nauka. Ale kiedy trafiłam do nich na indywidualną sesję czy na jakiekolwiek warsztaty, mój głos i sposób śpiewu był już ukształtowany, miałam grubo ponad 20 lat. Muszę ci się przyznać, że nie miałam nigdy indywidualnego nauczyciela śpiewu. Żałuję, bo pewnie dziś byłabym o kilka kroków do przodu. Ale może jak miałam te naście lat, posiadanie trenera wokalnego nie było tak popularne jak teraz i ani ja, ani żadne z rodziców nie wpadło na to, bym uczyła się śpiewać. Uczyłam się więc sama, po prostu śpiewając. Za to teraz nadrabiam z nawiązką, staram się nieustannie rozwijać technikę i zgłębiać wiedzę na lekcjach i rozmaitych warsztatach, u różnych nauczycieli.

fot. Agata Jankowska
- Kto miał największy wpływ na twoją emisję głosu?

- Mogę śmiało rzec, że podstawą tego, co wiem o emisji, są wiedza, obserwacje i umiejętności zdobyte w chórach i zespołach, w których śpiewałam. Wspomniani wcześniej - Ariel i Kinga mają tu swój przeogromny udział i za to będę zawsze wdzięczna im obojgu. Oczywiście wszystko czego dowiedziałam się na warsztatach lub konsultacjach z wokalnymi trenerami ma równie doniosłe znaczenie, ale po latach poszukiwań i drążenia tematu muszę z całym przekonaniem stwierdzić, że dobra technika jest jedna, różne są tylko style, w których śpiewamy. Tę bazę mam dzięki pracy pod batutą Ariela, potem Kingi, nieprzerwanie przez tyle lat.

- Jak powstaje twój repertuar?

- Na mój repertuar wpływa to, jaka jestem i co mnie porusza. Z istniejących kompozycji wybieram utwory w mojej opinii wartościowe i piękne - takie, które czuję i rozumiem, z którymi mogę się w jakimś sensie utożsamić. Czasem porywa mnie melodia lub czyjaś interpretacja, ale to tekst warunkuje ostatecznie, czy daną piosenkę zaśpiewam. Nikt nigdy nie narzucał mi, co mam wykonywać. Choć padały bardzo różne propozycje. Na szczęście nie wiąże mnie żaden kontrakt, który zmuszałby mnie do czegokolwiek, sama decyduję o tym, co śpiewam.


fot.Marek Hanyżewski
Czasem pozwalam podsunąć coś moim słuchaczom. Jak w przypadku koncertu zaduszkowego, gdzie jedna z piosenek na setliście jest propozycją publiczności, wcześniej wylosowaną spośród kilku i specjalnie na ten koncert przygotowaną. Traktuję to jako wyzwanie oraz możliwość poszerzenia swoich muzycznych horyzontów. Mile też wspominam sytuację sprzed kilku miesięcy, kiedy pan Bogusław Sobczuk zaproponował mi, bym śpiewała utwór, którego wcześniej nie znałam. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bardzo polubiłam tę piosenkę, czego dowodem niech będzie to, że nauczyłam się jej w jedną noc i z pewnością wykonam ją jeszcze nie raz. To Świat Ordonki z tekstem Agnieszki Osieckiej i muzyką Juliusza Loranca.

- Sama decydujesz o swoim scenicznym image?

- Być może jest to temat, nad którym powinnam nieco bardziej popracować. Nie analizuję zbytnio tego, co zakładam na scenę, nie śledzę modowych blogów. Chcę czuć się wygodnie i wyglądać pięknie jak każda kobieta. W moim przypadku staram się to robić nie tylko dla swojego dobrego samopoczucia, ale też z szacunku do tych, którzy przyszli mnie posłuchać. Choć na jamach zdarza mi się wyglądać hmmm… mniej elegancko (śmiech).

fot. Maciej Grabowski
- Wykonujesz standardy takich gwiazd jazzu jak Ella Fitzgerald, Louis Armstrong, Dizzy Gillespie czy Charlie Parker. W twoim repertuarze można także odnaleźć piosenki takich artystów jak Michael Jackson, Jim Morrison, Jimi Hendrix czy Ray Charles. Jak długo poszukiwałaś swojej artystycznej tożsamości?

- W tym, co śpiewam, słychać całe moje życie. Moją wrażliwość, poglądy na świat i poczucie estetyki. Żaden utwór nie jest przypadkowy, a śpiewam bardzo różne piosenki, nie tylko jazz, soul i blues. Czasem przerabiam na jazzowo coś, czego nigdy byś się nie spodziewał usłyszeć w takiej formie. Zrobiłam tak np. z Voyage voyage czy Come as you are Nirvany. Ale jeśli mówimy o doborze standardów, jego kryterium jest proste: to musi być dobra piosenka, utwór, który mnie poruszy, z piękną melodią, niebanalnym tekstem. Są rzeczy, które grają mi w głowie od dzieciaka, jak Manhattan Transfer, w którym zakochałam się od pierwszego usłyszenia wertując winyle rodziców lub Ella czy Mahalia, których uwielbiał słuchać mój tato, a do których sama dojrzałam nieco później.


Jam w Pameli. Na podstawie tego zdjęcia autorstwa Ryszarda 
Szczepankiewicza Robert Rybicki wykonał portret Asi za pomocą aerografu
- Dlaczego jazz stał ci się najbliższy?

- Jazz jak żaden inny gatunek daje wolność i pole do improwizacji, a ja to w muzyce kocham najbardziej. Nawet jeśli śpiewasz czyjś utwór, możesz go wykonać tak bardzo po swojemu, że albo cię za to znienawidzą albo pokochają. Chyba więc lubię ekstrema. Na pewno nie znoszę półśrodków.

- Z szacunkiem odnosisz się do tradycji polskiej piosenki, a kompozycje Henryka Warsa, Jerzego Wasowskiego, Czesława Niemena, Grzegorza Ciechowskiego, Andrzeja Zauchy raz po raz pojawiają się w twoim repertuarze. Jacy polscy wokaliści cię inspirują i jakie polskie kompozycje cenisz najbardziej? 


Na jamie w Pameli z Wiesławem Kryszewskim 
i Grzegorzem Miniczem. (fot. Wojtek Zillmann)
- Lubię słuchać kilkunastu polskich wokalistów i uważam, że mamy w naszym kraju (bądź mieliśmy) kompozytorów i tekściarzy na światowym poziomie. Odpowiedź na pytanie, kogo lubię najbardziej i kto mnie inspiruje, można usłyszeć na moich koncertach, gdzie wykonuję dobre polskie piosenki kompozytorów i wykonawców, których cenię. Tę odpowiedź zawiera również częściowo moja płyta live pt. Some of my favs, która się ukaże w tym miesiącu.

Soul Behind 3 (fot. Zbigniew Siudowski)


- Czy oprócz śpiewania cudzych kompozycji zdarza ci się także napisać jakieś piosenki dla siebie ?

- Tak, choć opornie idzie mi ich upublicznianie, ponieważ wiąże się to z ogromnymi emocjami. Zaśpiewać komuś swoją piosenkę, własny tekst, to jak nagle stanąć przed nim nago. Zresztą możesz zapytać chłopaków z zespołu, jak idiotycznie się zachowywałam, kiedy przyniosłam na próbę własny utwór. Mieliśmy go nagrać jako bonus na tę płytę z Pameli. No ale musiałam im najpierw pokazać, co to w ogóle jest. Miałam oczywiście wszystko przygotowane – tekst, funty, ale głos ugrzązł mi w gardle, więc za pierwszym razem tylko zagrałam. Potem już było trochę lepiej, ale emocji wciąż za wiele i za mocno, nie do opanowania. O tym jest ta piosenka – o odwadze wyjścia ze swoimi pomysłami poza własne sekretne miejsce, o przełamywaniu się, o trudnościach z tym związanych. Nie wiem, czy są osoby, które też tak to przeżywają, czy też jestem odosobnionym i beznadziejnym przypadkiem. Chętnie się dowiem.

fot. Agata Jankowska
- „W tym głosie jest jakaś magia, coś co trudno zdefiniować, co sprawia, że jej linie wokalne przepełnione są prawdziwymi emocjami, a słuchanie ich jest duchowym przeżyciem”. Tak wyraził się o twoim wokalu lider grupy Emoticase Tomek Janiszewski, natomiast w twojej opinii śpiew musi wypływać z serca i do serca trafiać, powinien skupić uwagę słuchacza i go poruszyć. Odczuwasz oddziaływanie swojego śpiewu na słuchaczy i w jaki sposób ci to okazują?

- Pamiętam, że gdy czytałam ten wywiad [tutaj - przyp.red], zrobiło mi się naprawdę miło. Serdeczne pozdrowienia dla Tomka! Wiesz, odczuwam to oddziaływanie. Choć cały czas uczę się kontaktu z publiką. Mam tendencję do zamykania oczu i zatapiania się we własnym świecie, gdy śpiewam, czasem więc nie wiem, jakie są te reakcje. Może kiedyś zdarzyć się tak, że w trakcie jakiejś wybujałej wokalizy publiczność wyjdzie i kiedy otworzę oczy, ujrzę pustą salę. Należy się z tym liczyć. Na szczęście jeszcze nie wychodzą grupami głośno przy tym tupiąc, a ja też coraz częściej patrzę na nich, więc mam to pod kontrolą (śmiech). A tak serio, to są takie magiczne momenty podczas koncertów, że śpiewam, jest super, wszyscy się dobrze bawimy, ale przychodzi jakiś taki liryczny moment i sama jestem zaskoczona tą ciszą, która nagle się pojawia. To naprawdę niesamowite uczucie. Pewna znana osoba, autorytet w dziedzinie piosenki, powiedziała mi kiedyś na warsztatach, że mam wyjątkowy dar – będąc na scenie i śpiewając, nie muszę się wielce starać ani przymilać do publiczności. Podobno śpiewam tak, że przyciągam uwagę. Mam nadzieję, że tego nigdy nie zgubię.

HaShir - support przed Klezmafour (fot. Wojtek Leszczyński)
- Przed kilkoma laty związałaś się z toruńskim zespołem HaShir wykonującym muzykę żydowską. Wystąpiliście m.in. podczas Inauguracji Roku Akademickiego 2012/2013 w Wyższej Szkole Filologii Hebrajskiej w Toruniu, a rok później zagraliście tam w ramach Dnia Judaizmu. Jak potoczyły się dalsze losy tego projektu i czy muzyka chasydzka na trwałe wpisała się do twojego repertuaru? 


- Tak naprawdę to myśmy założyli ten zespół, wraz z perkusistą Krzyśkiem Mellerem, który mnie tą muzyką zaraził na długo przedtem. Nadal jestem nią zafascynowana i HaShir wciąż istnieje. Niestety nie koncertujemy systematycznie, bo zwyczajnie brakuje nam managera, który by to pociągnął od strony promocyjnej. Zagraliśmy kilka razy także poza Toruniem i wszędzie spotykamy się z bardzo życzliwym odbiorem. Ostatnio wystąpiliśmy na imprezie, która odbyła się z okazji moich urodzin. To był jeden wielki jam, a nasz secik chyba się podobał (śmiech). Ta muzyka jest bardzo emocjonalna, czujemy to jako wykonawcy i myślę, że czują to też nasi słuchacze. Dużą rolę odgrywa w tych utworach ich warstwa tekstowa, która bazuje na tradycyjnych hebrajskich modlitwach oraz starotestamentowych psalmach. Mamy w planach nagranie EP-ki, na której prócz tradycyjnych chasydzkich pieśni znajdzie się coś autorskiego. To w sensie muzycznym, bo tekst będzie najpewniej po hebrajsku, zaczerpnięty z tradycji żydowskiej.

Live Act z Piotrem Piskorskim (DJ Pete Grace) w poznańskim klubie SQ, 2013. (fot. Kamil Hadyński)

- Skąd wzięła się Ginger?

- Ginger to ja. Pseudonim artystyczny, pod którym występuję w klubach, improwizując do muzyki granej przez DJ-ów. Kiedyś robiłam to częściej, a kolega DJ uświadomił mnie, że bez fanpage'a w tej branży się nie obędzie. No to założyłam. Z czasem zaczęłam zamieszczać tam aktualności dotyczące innych koncertów, a stronę tę polubiło sporo osób, na tyle dużo, że nie mogłam zmienić nazwy, kiedy po pewnym czasie chciałam to zrobić. No i tak już zostało. Obecnie używam jej do informowania sympatyków mojego śpiewania o wszelkich muzycznych poczynaniach, nie tylko liveactowych. Naprawdę chętnie zmieniłabym tę nazwę na swoje imię i nazwisko, ale z drugiej strony – to tylko Facebook, więc jakie to ma znaczenie?


Route 66 w wykonaniu okazjonalnego kwartetu w składzie: Sylwia 
Kwasiborska, Asia Czajkowska, Andrzej Frołow, Maciek Olesiński 
Na gitarze Nikodem Wróbel (fot. Ryszard Szczepankiewicz)
- Mottem twego fanpage'a jest cytat z Milesa Davisa: „To jest muzyka i ja ją lubię”. Dlaczego?

- Zapewne znasz okoliczności, w jakich powiedział te słowa. Miles był w pewnym momencie zafascynowany muzyką hiszpańską. Nagrał z Gilem Evansem taki album Sketches of Spain, na którym mamy m.in. przepiękną interpretację słynnego Concierto de Aranjuez. To jest bardzo ciekawa, klimatyczna płyta, lubię jej czasem posłuchać. Taki mariaż jazzu z klasyką, co prawda w zupełnie innym wydaniu, niż słuchaczom funduje np. inny, współczesny muzyczny geniusz, nasz rodak Leszek Możdżer, ale to jest naprawdę kawał dobrej muzyki. Zaaranżowany przez Evansa na sporą orkiestrę, w której zamiast smyków mamy same instrumenty dęte. No ale wróćmy do meritum. Album zebrał niezbyt przychylne recenzje. Niektórzy krytycy twierdzili, że to nie jest jazz, bo nie ma swingu... Miles miał odpowiedź krótką i jakże wymowną: „To jest muzyka i ja ją lubię”.


Soul Behind 4 - Marek Marszałek - sax. (fot. Ryszard Szczepankiewicz)
W tym zdaniu wyraża się największa według mnie wartość, jaką może mieć muzyka czy nawet sztuka w ogóle – mianowicie dostrzeganie tego czegoś ponad klasyfikacją gatunkową, takiego nie do końca zdefiniowanego kryterium, w którym mieści się i gust, i wrażliwość, ale także obiektywne wyznaczniki, jak wartości estetyczne. W innym miejscu Miles powiedział, że muzyka dzieli się wyłącznie na dobrą i złą. I ja się z tym zgadzam. Wszelkie rozprawianie o gatunkach służy zazwyczaj zaspokajaniu próżności krytyków i innych znawców, którzy uwielbiają rzeczy wkładać do szufladek oraz szukać skojarzeń z innymi rzeczami i nawiązań do nich. Czują się wtedy bezpiecznie, kiedy mają to wszystko poukładane. Pewnie, że fajnie jest się wykazać muzyczną erudycją. Ale po co przypinać komuś łatkę, że ten to jest jazzman, więc jak już zrobi coś innego, to jest be. Osobiście fascynuje mnie różnego typu muzyka, lubię też bardzo różne rzeczy do jedzenia. I albo to jest smaczne albo nie. Dobre jest albo złe. Nieważne czy to będzie sushi, schabowy, tort wiedeński czy kluski ze skwarkami. To wszystko może być dobrze bądź źle przyrządzone. Zależy, kto gotuje i czy robi to z sercem. Czasem zły sposób podania też jest w stanie odebrać apetyt.

Podczas występu w HRP Pamela z Markiem "Bestią" Olbrichem i Eddiem Angelem (fot. Agata Jankowska)
- 12 października 2014 w toruńskim HRP Pamela wystąpiłaś z takimi znakomitościami gitary jak Krzysztof „pARTyzant” Toczko oraz brytyjski wirtuoz Eddie Angel. Towarzyszył ci tam również od dziesięcioleci przebywający w UK współtwórca polskiego rocka - basista Mark „Bestia” Olbrich. Jak wspominasz ten koncert i czy jest szansa na ponowny występ w tym lub podobnym składzie?

- Pytasz o ważną datę, ponieważ podczas tego koncertu nagraliśmy materiał, który ukaże się na płycie, którą wydaje HRPP Records. Zagrałam tam z triem, z którym zwykle gram koncerty, to jest: Igor Nowicki na klawiszach, Michał Rybka na basie i Waldek Franczyk na bębnach. Znakomici muzycy, z którymi uwielbiam grać. Z Markiem i Eddiem wykonaliśmy kilka bluesów, dość spontanicznie, bez specjalnej próby pARTyzant zagrał z nami Little Wing, a potem na bis, też bez próby oczywiście - gershwinowski Summertime. Nie wiem, czy wypada mi to powiedzieć, ale w moim odczuciu to był świetny koncert. Choć teoretycznie nie miał prawa taki być. To naprawdę niesamowite i paradoksalne, biorąc pod uwagę różne niesprzyjające okoliczności i moją niedyspozycję tamtego dnia. Pamiętam, że byłam cholernie zmęczona, spędziwszy wiele godzin bez snu. Poprzedniego wieczoru miałam też granie, potem powrót, a rano spędziłam kilka godzin w szpitalu, czekając na badanie, gdyż zdarzył mi się dość poważny zdrowotny problem. I mimo tego, na tym zmęczu zagraliśmy tak fajnie, że naprawdę miło mi się słucha tego materiału. Niedługo każdy będzie mógł też go posłuchać, bo premiera płyty, której nadałam tytuł Some of my favs, już za miesiąc. I w związku z tym wydarzeniem właśnie po raz drugi zagramy w podobnym składzie, tym razem w polskim klubie w Londynie Jazz Cafe POSK. Przyjdziesz?

W HRP Pamela (fot. Agata Jankowska)
- Wielokrotnie kusiło mnie, aby posłuchać cię na żywo w toruńskim HRP Pamela, gdzie często śpiewasz i prowadzisz warsztaty wokalne. Właściwie tylko odległość utrudniała mi spełnienie tego marzenia. Nigdy bym sobie nie darował, gdybym 20-go czerwca nie pojawił się na twoim londyńskim koncercie. Mogę ci też obiecać, że zachęcę do przybycia wielu miłośników jazzu na Wyspach. Wracając jednak do HRP Pamela... to już chyba miejsce nie tylko magiczne, lecz także coraz bardziej znaczące dla polskiego bluesa, fusion i rocka. To tam została nagrana ubiegłoroczna bluesowa płyta roku i - jak sądzę - twórca Pameli - Darek Kowalski nie powiedział w tym temacie ostatniego słowa... 

- Też tak sądzę. Darek jest facetem o wielkich pokładach energii. Podziwiam jego determinację i konsekwencję w realizacji celów. Godne podziwu jest też zaangażowanie, z jakim prowadzi Pamelę i z jakim przemienił ją ze zwykłego osiedlowego pubu w ważne miejsce na koncertowej mapie Polski. Nigdzie indziej w Toruniu nie usłyszymy tylu muzycznych znakomitości, zwłaszcza tych z zagranicy. Darek to świetny organizator, a jego głowa aż kipi od pomysłów. Potrafi zaaranżować ciekawe muzyczne spotkania, jak to moje z chłopakami z Mark Olbrich Blues Eternity.

fot. Maciej Grabowski
- W roku 2011 wystąpiłaś na Festiwalu Twórczości Niezapomnianych Artystów Polskich „Pejzaż bez Ciebie”, rok później zdobyłaś Grand Prix na II Ogólnopolskim Festiwalu Pieśni i Piosenki Żydowskiej i Izraelskiej „Shalom" w Kaliszu, a na VII Ogólnopolskim Konkursie Piosenek Jeremiego Przybory otrzymałaś pierwsze wyróżnienie. Na jakich festiwalach będzie można podziwiać cię w tym roku i jakie są związane z tym twoje oczekiwania?

- W tym i w zeszłym roku całkowicie zrezygnowałam z udziału w tego typu konkursach. Próbuję wyłuskać trochę czasu dla siebie i skupić się na pracy nad moimi piosenkami. Z tym czasem nie jest tak łatwo, bo mam kilka projektów, w ramach nich regularne próby, do tego różne występy, no i zajęcia w szkole. Kalendarz jest napięty, ale moje podopieczne wybierają się na kilka festiwali piosenki, pomagam im się przygotować i będę mocno trzymać za nie kciuki. Natomiast ja pojawię się na festiwalach innego typu jako chórzystka. Właśnie wróciłam z Budapesztu, gdzie wraz z Astrolabium pojechaliśmy na zaproszenie agencji Meeting Music. Z chórami z całego świata wykonaliśmy wspólnie m.in. Carmina burana Carla Orrfa oraz Halleluja Haendla w jazzowej aranżacji i gospelowy standard Amazing grace. Mieliśmy też swój recital a cappella.

Soul behind 2: Igor Nowicki, Michał Rybka, Waldemar Franczyk (fot. Zbigniew Siudowski)
Na przełomie czerwca podobne wydarzenie będzie miało miejsce w Toruniu – będzie to już trzecia edycja „Per Musicam ad Astra” – festiwalu chóralnego organizowanego przez stowarzyszenie Astrolabium i wspomnianą agencję. Niecały miesiąc później będę podobnie jak w ubiegłym roku robić chórki na koncercie galowym Festiwalu Piosenki i Ballady Filmowej w orkiestrze pod batutą Krzesimira Dębskiego. Jedyny konkurs, w jakim w tym roku wzięłam udział, to „Non-stop CCM” w Mysłowicach, gdzie zgłosiliśmy się z Omnes Filii Dei Domini. Nagraliśmy i wysłaliśmy demo, zaproszono nas na finałowe przesłuchania. Wygraliśmy. 

- Gratuluję! Czy ta nagroda przełożyła się jakoś bardziej wymiernie na popularyzację waszej twórczości?

- Dzięki temu wystąpiliśmy dla sporej publiczności 4 czerwca na festiwalu „Bądź jak Jezus”, obok takich gwiazd współczesnej muzyki chrześcijańskiej jak Hillsong, Leeland czy Natalia Niemen.

Jazz Club Kosz w Zamościu. 40. MSWJ (fot. Adam Dobrzyński)
- Jesteś laureatką I miejsca 40. Międzynarodowych Spotkań Wokalistów Jazzowych w Zamościu, gdzie zostałaś okrzyknięta przez dziennikarzy największym odkryciem i brylantem festiwalu. Przypomnijmy, że wcześniej wygrywały tam takie gwiazdy jazzu jak Lora Szafran, Anna Serafińska, Ewa Uryga, Janusz Szrom czy Dorota Miśkiewicz. To chyba twój największy sukces jak dotychczas?

- Największy sukces konkursowy – tak. Największym moim życiowym sukcesem jest to, że robię w życiu to co kocham i moja praca sprawia mi ogromną przyjemność.

- Co kryje się za terminem Soul Behind?

Soul behind 2: Igor Nowicki, Waldemar Franczyk, Michał Rybka, Marek Marszałek, Łukasz Rafiński, Przemek Łosoś
 (fot. Zbigniew Siudowski)
 - Soul Behind to nazwa cyklicznego wydarzenia, podczas którego wraz z zespołem i zaproszonymi gośćmi wykonuję piosenki Wielkich Nieobecnych. Jest to przydługi koncert, który organizuję co roku w okolicach Dnia Zadusznego. Pierwszy odbył się 3 listopada 2011 roku w toruńskim klubie Lizard King. Wystąpiliśmy tylko we dwoje z Igorem Nowickim na klawiszach. Nikt (z managerem lokalu na czele) nie spodziewał się, że tylu ludzi przyjdzie, by nas posłuchać. Sami byliśmy zaskoczeni, ale być może to dodało nam skrzydeł, bo na scenie wyszły nam niezwykłe emocje i muzycznie ciekawe rzeczy, na które się nie umawialiśmy. Wtedy chyba jeszcze nie myślałam, że będę to robić co roku. Nazwa to gra słów, nawiązująca do polskiego słowa: Zaduszki, tylko w odwrotnym szyku, a także do jednego ze stylów, którymi można określić muzykę, jaką wykonujemy tego wieczoru. Gramy więc soul, bluesa, sporo standardów jazzowych, trochę opowiadam o tych, którzy je śpiewali lub grali, a których już nie ma. Tego wieczoru skupiam się na duszy, która tkwi w piosenkach. I na tych, którzy tę duszę w nie przelali.


Z Igorem Nowickim - Soul Behind 2011 (fot. Krzysztof Marcińczak)

- „Jest członkiem wielu zespołów, ale jak tylko z nami zaczął, to nie mógł skończyć i powiedział - this is this what I want to do. Blues is the devil's music, a w nim jest dusza diabła (śmiech)" - Tak o Igorze Nowickim powiedział Mark "Bestia" Olbrich. Odnoszę wrażenie, że o Igorze ostatnio jest coraz głośniej? 

- Z Igorem współpracuję cały czas. Jest to muzyk, pianista, z którym gram najdłużej i najczęściej, i dzięki temu chyba najbardziej się z nim rozumiem. Z nim zagrałam mój pierwszy poważny koncert. Grał na Talent Show, na którym próbowałam śpiewać, odkąd skończyłam piętnaście lat. Już wtedy był znakomitym muzykiem i nigdy nie stanął w miejscu. To co robi z instrumentem teraz, jest naprawdę godne podziwu. Nie chodzi tylko o umiejętności, ale o niesamowity feeling. Wiele mu zawdzięczam. W odpowiednim momencie dodał mi wiary w siebie, której kiedyś brakowało mi o wiele bardziej niż dziś. Polecił mnie też Jackowi Bryndalowi czyli Atrakcyjnemu Kazimierzowi, dzięki czemu nagrałam chórki na jego płytę.


Atrakcyjny Kazimierz, Toruńskie Gwiazdy 2011 (fot. Szymon Zdziebło / Tarantoga)

- Jak ci się pracowało z Jackiem Bryndalem?

- Świetnie! Miło spędziłam czas podczas pracy nad płytą, dużo się też wtedy nauczyłam. Nagrania były czystą przyjemnością, również dzięki Marcinowi Lampkowskiemu, który je realizował. Siedzieliśmy we trójkę z Jackiem i Lampkiem w Zębowni, która już niestety nie istnieje i nagrywaliśmy te moje różne chórkowe pomysły. Fajnie to szło. Te kilka koncertów, które zaśpiewałam z AK, też siedzi mi w pamięci. Dwa razy to były naprawdę duże sceny i liczna publika. No i jeszcze nagrywanie drugiego w moim życiu teledysku, którego reżyserem był sam Yach Paszkiewicz. To była piosenka Trzeba się napić. Mam nadzieję, że jeszcze będę miała okazję, żeby zaśpiewać z AK.

Koncert w HRP Pamela. Asia, Waldemar Franczyk, pARTyzant 
(fot. Agata Jankowska)
- Half Light, Mirek Lewandowski i Przemek Łosoś to kolejni znaczący artyści, z którymi współpracowałaś...

- Jeśli chodzi o Half Light, zostałam zaproszona wśród kilkorga innych wokalistów do nagrania końcowych refrenów w piosence Happy useless nation, która znalazła się na płycie Black Velvet Dress. Bardzo przyjemne doświadczenie, razem z Aśką Makaruk stałyśmy w studiu i nagrywałyśmy wokale. Po drugiej stronie szyby siedzieli nasi koledzy, popijając jakiś alkohol, bo już nagrali co swoje. Nie pamiętam, co nas wtedy śmieszyło, ale chichrania było przy tym co niemiara, choć my tego alkoholu nie piłyśmy. Mirek Lewandowski to świetny saksofonista, zdarza nam się dotąd grać razem. A z Przemkiem – wokalistą i harmonijkarzem, uczymy teraz w jednej szkole. Nie wiem, czy się nie będzie na mnie gniewał, że to podam do publicznej wiadomości, ale zagraliśmy kiedyś razem na dwóch wyjątkowych studniówkach w Mławie.


Koncert 12.10.2014 w HRP Pamela. Igor Nowicki, Mark Olbrich, Waldemar Franczyk, Eddie Angel (fot. Agata Jankowska)

- Czy podczas wyliczania twoich muzycznych kooperacji, pominąłem kogoś szczególnie ważnego dla ciebie?

- Jeśli mówimy o moich kolaboracjach, to nie mogę nie wspomnieć o zespole Whiff, w którym również chórkowałam, a do którego zaprosił mnie Ariel, o którym dziś mówiliśmy przy okazji chórów. Żałuję bardzo, że już nie istniejemy. To był świetny projekt, choć może zbyt niszowy. Umarł śmiercią naturalną. Współpracuję również z producentami muzyki elektronicznej. Napisałam do ich kompozycji kilka melodii, np. Maybe I'm shoudn't do muzyki Marka Truszkowskiego [ktorej mozna wysluchac tutaj - przyp.red], Still in love with you (Van Yorge), Higher with U (Eddie D.). Wiele osób mogłabym wymienić, wszystkich się nie da. Może jeszcze kilku znakomitych pianistów związanych z moim rodzinnym miastem – Toruniem, których postanowiłam zebrać razem na jednym krążku. Ci, z którymi miałam okazję kiedykolwiek pomuzykować, zauważając przy tym, że każdy z nich jest jedyny w swoim rodzaju: Igor Nowicki, Bartek Staszkiewicz, Tomek Lewandowski, Michał Maciudziński, Andrzej Frołow, Sebastian Zawadzki, Mateusz Sobiechowski, Sławek Uniatowski i creme de la creme – Bogdan Hołownia. Być może jeszcze ktoś do tego grona dołączy. Wymarzyłam sobie płytę, na której oni zagrają (każdy osobno), a ja zaśpiewam (z każdym osobno). To marzenie pomału staje się rzeczywistością, otrzymałam stypendium kulturalne od Miasta na ten projekt i mam nadzieję, że płyta o wdzięcznym tytule Pianissima ukaże się z końcem roku.


Warsztaty wokalne w Pameli (fot. Agata Jankowska)
- Wspominałaś, że lubisz jamować...

- Bycie muzykiem umożliwia wiele wspaniałych dźwiękowych spotkań, czy to przy okazji koncertów i festiwali, czy to na jamach. Nie sposób wymienić wszystkich fantastycznych jamowych towarzyszy sceny, choć wiele z tych chwil jest naprawdę niezapomnianych. Najbardziej chyba utkwił mi w pamięci jam we wrocławskiej Nietocie, w którym przyszło mi dźwiękami pogadać z Leszkiem Możdżerem. Nie pamiętam dokładnie, co graliśmy, wiem, że przeplataliśmy motywy z Summertime, Stawki większej niż życie i W grocie króla gór Griega. No i najważniejsze – to, co pomiędzy. Grał oszczędnie, tak mądrze i ze świadomością każdego dźwięku, że oniemiałam. Oczywiście dopiero po zejściu ze sceny, bo na niej stan euforii sięgał zenitu. To było piękne przeżycie i wielka nauka: móc choć przez chwilę grać z tak wspaniałym artystą.

Z Michałem Maciudzińskim - Soul Behind 3 (fot. Zbigniew Siudowski)
- Podobno jeden z najpiękniejszych okresów w swoim życiu spędziłaś w szkole, pracując z dziećmi i młodzieżą jako wychowawca i nauczyciel języka polskiego. Czy czujesz się pedagogiem z powołania?

- Tak się czuję. Poczułam to, kiedy będąc na studiach polonistycznych, zaczęłam praktyki w szkole. Złapałam bakcyla. Potem, jak tylko obroniłam licencjat, miałam szansę uczyć polskiego, i to od razu z wychowawstwem i na półtora etatu – zastąpiłam dziewczynę, która zaszła w ciążę. Pożegnanie ze szkołą po dwóch latach było bardzo smutne. Ale widocznie tak miało być, żebym mogła zająć się muzyką. Wierzę, że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo. Teraz także uczę, ale śpiewu. Pomagam ludziom odnaleźć ich głos i traktować go z należytym szacunkiem.


- Łatwiej jest śpiewać samemu, czy uczyć śpiewu innych?

Koncert w Pameli 12.10.2014 (fot. Ryszard Szczepankiewicz)
- Ciężko to porównać. Żyłka pedagoga we mnie jest i mam nadzieję, że potrafię się dzielić wiedzą i doświadczeniem, które udało mi się zdobyć i których z każdym dniem przybywa, choć nigdy nie będzie tego na tyle, bym mogła powiedzieć, że wiem i umiem już wszystko i teraz to proszę ze mnie brać przykład. Nie ma nic gorszego niż nauczyciel, który przestaje inwestować w swój własny rozwój. Staram się nie robić z siebie arbitra, który mówi, co jest dobrze, a co źle. Sama jestem na początku drogi, o karierze wcale nie myślę, chcę po prostu śpiewać. A że kilka osób uznało, że umiem to robić, obdarzyło mnie zaufaniem i zechciało, bym pomogła im pracować nad głosem – to tylko powód do dumy. Są wśród nich bardzo różni ludzie – od wokalistów ze scenicznym doświadczeniem, traktujących muzykę jako sposób na życie, przez takich, którzy zawodowo zajmują się czymś zgoła innym, a pragną rozwijać pasję i spełniać marzenia; przez nastolatków, którzy po prostu uwielbiają śpiewać, po siedmio- i ośmiolatki, z którymi nauka to bardziej zabawa dźwiękami, rytmem i śpiewanie piosenek, i gdzieś pomiędzy tym nienachalne kształtowanie prawidłowych nawyków emisyjnych. Raczej pomagam odnaleźć każdemu własną drogę do bycia muzyczną indywidualnością, w ramach oczywiście pewnej estetyki i wartości, które pozostają w zgodzie z moimi. I daję zestaw narzędzi do tego, by ze swoim głosem, z piosenką móc coś ciekawego zrobić, zaśpiewać ją po swojemu. Ale czy mi się to udaje, musiałbyś spytać tych, którzy przychodzą na zajęcia. Lub przyjechać na jakiś koncert uczniów.

fot. Maciej Grabowski
- Do jakiego stopnia nauczyciel śpiewu jest w stanie ukształtować wokal drugiej osoby? Ile w efekcie końcowym tak naprawdę jest twojej pracy, a ile po prostu talentu twojego ucznia?

- Talent to coś, co dostajemy. Pytanie, co my z tym zrobimy. Możemy nie robić nic i do końca życia zostać nieoszlifowanym diamentem, którym ktoś czasem się zachwyci. Możemy też popracować i talenty pomnożyć. Są osoby mniej zdolne, ale takie, które bardzo chcą coś osiągnąć. Im dużo trudniej przychodzi to, co tym zdolnym łatwo i bezboleśnie. Jeśli będą się rozwijać, mają szansę dogonić tych, którzy swoje talenty zakopali głęboko. Mam taką myśl na temat uczenia śpiewu – ostatnio uczestniczyłam w warsztatach wokalnych z Mietkiem Szcześniakiem, który powiedział niesłychanie mądrą rzecz – że nikt nikogo nie jest w stanie nauczyć śpiewać.

Koncert Soul Behind 2 w Lizardzie (fot. Zbigniew Siudowski)
Myślałam o tym długo, bo gdyby potraktować tę wypowiedź dosłownie, to tak naprawdę zawód, który obecnie wykonuję, traciłby rację bytu. Ale tu chodzi o coś innego, i ja się z tym zgadzam: nikt z nas nie uczyni wokalistów, jeśli sami nie wykonamy pewnej pracy. Nauczyciel, owszem, jest potrzebny, bo może wiele rzeczy podpowiedzieć. Jest w stanie wyłapać coś, co my usłyszymy dopiero gdy nagramy swój głos, a też nie zawsze. Dopasuje nam ćwiczenia, skoryguje błędy. Ale jeśli nie będziemy ćwiczyć, błędy powrócą szybciej niż zdołaliśmy je usunąć. Ostateczna konkluzja jest więc taka: jedno i drugie jest łatwe, gdy mamy do czynienia z prawdziwą pasją. Jeśli ktoś naprawdę chce śpiewać i chce być w tym dobry, będzie pracował nad głosem i rozwijał swoją muzykalność przez ćwiczenie i słuchanie dobrej muzyki w niemal każdej wolnej chwili. I takie osoby uczy się łatwo i przyjemnie, bo efekty są zauważalne. A jeśli ja kiedyś nie daj Boże straciłabym serce i zapał do śpiewania (choć nie wiem, co musiałoby się wydarzyć), to nie będzie mi łatwo ani śpiewać ani uczyć. Bo jak przekazać miłość, jeśli się samemu jej nie czuje? Technika to jedno, ale w muzyce, jak w każdej innej sztuce, zawsze będzie chodziło najbardziej o emocje.

- Jak godzisz nauczanie śpiewu z karierą wokalną?

- Jaką karierą? (śmiech). Myślę, że to bardzo dobrze, kiedy nauczyciel śpiewu jest czynnym wokalistą. Nie ma potrzeby tego argumentować. Jedyny mankament jest taki, że jeśli wyjeżdżam na koncerty lub mam inne obowiązki, lekcje odrabiamy i zwyczajnie doba staje się byt krótka.

- Powiedziałaś kiedyś, że śpiewanie to opowiadanie historii, przekazywanie emocji i wartości trafiających w poczucie estetyki odbiorcy, ale też tych głębszych - zawartych m.in. w tekście. Trudno jest w piosence stworzyć równowagę pomiędzy formą i treścią?

W HRP Pamela (fot. Agata Jankowska)
- Myślę, że całe życie wokaliści uczą się tego balansu między opowiedzeniem tekstu a ozdobną formą, która uwypukli ich walory wokalne. Ideałem byłoby połączyć treść i formę związkiem przyczynowo-skutkowym, bez uszczerbku na żadnej z nich. Mimo tego, że wiem co jest ważne i myślę o każdym zdaniu, każdym słowie, które śpiewam, jestem tylko niedoskonałą istotą ludzką i obawiam się, że śpiewając utwory, które prowokują do snucia pięknych fraz, miewam momenty „mentalnego odpływania”, niemyślenia o tym, o czym śpiewam, a skupiania się na czysto muzycznej interakcji – np. gdy improwizuję. Jednak piękne dźwięki są tylko piękne. Jeśli nie idzie za nimi interpretacja tekstu, stają się puste. Forma SŁUŻY przekazaniu treści – jedno bez drugiego nie istnieje. I o tej służebnej funkcji melodii dla słów staram się pamiętać. Paradoksalnie w procesie tworzenia bywa (przynajmniej u mnie) odwrotnie.

Jam w HRP Pamela (fot. Krzysztof Marcińczak)
Czasem najpierw wymyślam melodię osadzoną w konkretnej harmonii, a dopiero potem do tego układam tekst. W tym procesie oczywiście melodia ulega różnym zmianom, również tekst modyfikuję na bieżąco. Ostatnio długo pracowałam nad piosenką, która znajdzie się jako bonus na płycie, o której mówiliśmy. Melodia przyszła do mnie pewnej nocy, tuż przed zaśnięciem, kiedy już leżałam w łóżku. Nie chciało mi się wstać, ale nauczona doświadczeniem, że jeśli czegoś nie nagram od razu, to znika bezpowrotnie, wstałam, pobiegłam z telefonem do garderoby, żeby nie hałasować i nagrałam linię melodyczną zwrotki z roboczymi słowami. Wiele z tych słów zostało w ostatecznej wersji piosenki.

- Jakimi projektami jeszcze nas zaskoczysz?

- Drzwi przyszłości stoją przed nami otworem, ale za nimi jest tajemnica. Nie wiem, z kim jeszcze przyjdzie mi wystąpić, daj Boże, że z samymi fantastycznymi i inspirującymi muzykami, z którymi będę mogła wymienić dobrą energię i dobre dźwięki. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza