wtorek, 9 czerwca 2015

Mirek Chwedziak - Wspomnienie o Królu. B.B. King (1925-2015) Nowy Czas - Londyn

Wędruję dziś po ponurych, przesiąkniętych mżawką ulicach Londynu i zastanawiam się czym właściwie jest dla mnie blues? Wielu z nas nie poradziło by sobie bez niego. Niektórzy, jak Rysiek Riedel, byli lub są na niego skazani. Gdzieś w mojej duszy znajduje się dziura, którą wypełnia tylko ta muzyka. I chociaż dziur w duszy mam wiele, na tę konkretną jest tylko jedno lekarstwo. W ręku dzierżę więc Pale Ale Nicholson'sa i łyk za łykiem próbuję ubrać w słowa rzeczy nieopisane. Ktoś kiedyś powiedział, że można żyć bez muzyki - tylko wtedy po co w ogóle żyć? Dla wielu z nas muzyka to całe życie, ale B.B. King był muzyką wcieloną.


O śmierci B.B. Kinga dowiedziałem się z audycji radiowej podczas porannej jazdy do pracy. Zatkało mnie. Choć to przecież ani śmierć tragiczna, ani szokująca. King miał 89 lat więc był syty dni. Był to jednak pierwszy raz gdy któryś z moich wielkich herosów umierał, a ja byłem tego świadomy. Kilku pozostałych wciąż żyje, inni odeszli zanim poznałem ich twórczość. Przełknąłem ślinę z trudem, zatrzymałem się na poboczu i pozwoliłem nostalgii przejąć kontrolę nad chwilą. Po jakimś czasie, spowrotem na drodze, wyobrażałem sobie uśmiechniętą twarz Kinga i rozmyślałem nad jego dokonaniami i tym co nam zostawił. Lecz gdzie właściwie możemy umiejscowić jego dziedzictwo? I dlaczego wpływ jego twórczości stał się fundamentem dla tak wielu wybitnych muzyków? B.B. grał przez siedemdziesiąt lat. I nigdy nie stracił do tego serca. Jego muzyka była do bólu szczera, a ów ból był tym co gwarantowało jej autentyczność. King był, pomimo swojej muzycznej wielkości, człowiekiem skromnym co było jedną z jego najpiękniejszych wartości. Artyści współpracujący z nim na przestrzeni lat zawsze podkreślali, że pomimo tego skąd się wywiódł (południowe stany w czasach segregacji) i co przeszedł (rasizm i dyskryminacja), nigdy nie można było od niego odczuć zgorzknienia czy urazy. Kiedy oglądałem materiały archiwalne porównując jego występy na przestrzeni dziesięcioleci, jedna rzecz nigdy nie ulegała zmianie – wrażenie, że z gitarą był szczęśliwy, a blues był jego terapią. Blues nie jest gatunkiem wybitnym, nie jest to muzyka wirtuozów, blues to przede wszystkim prawda, najczęściej ta bolesna. Blues to historia, to obraz życia. B.B. King zawsze brzmiał tak samo, ale choć słyszałem „Thrill Is Gone” po tysiąckroć, nigdy nie przestałem wierzyć w autentyczność przekazu i wykonania. Gdy po raz setny podróżował palcami po pentatonice w kluczu B, ja słyszałem kolejną odsłonę tej samej historii, której – pomimo, że znana – zawsze chętnie słuchasz z powodu magii jaką wydaje się ze sobą nieść. Bo jeśli muzyka ma w sobie coś z magii, to blues jest tego najlepszym przykładem.


Gdy zaczynałem swoją przygodę z muzyką i blues wypełniał sporą część mojego dnia, trzech wielkich bluesmanów stanowiło dla mnie największą inspirację: Gary Moore, Stevie Ray Vaughan i B.B. King. Ale bez Kinga nie byłoby SRV, bez Kinga nie było by też Claptona, bez Kinga blues nie był by taki sam. Bez Kinga... nie byłoby również i mnie. To on uczył nas – muzyków w bluesie osadzonych – tego, że jeden dźwięk zagrany w odpowiedni sposób, we właściwym momencie potrafi bardziej zdefiniować utwór niż kompleksowe przejście oparte na piętnastu nutach. To on pokazał nam jak sprawić by gitara zapłakała. To on wyrażał smutek w sposób tak przejrzysty i oczywisty, że ten udzielał się nam i sprawiał, że chcieliśmy doświadczyć tego samego... tej zdolności komunikowania naszego wnętrza również bez słów. Każdy kto z bluesem trochę posiedział wie, że z wiekiem staje się on bliższy. Bo z wiekiem ból staje się zwierzem bardziej oswojonym. Z wiekiem staje się on wręcz przyjacielem. Towarzyszy ci w końcu zawsze i wszędzie.


B.B. zdobył nasze serca, ukształtował naszą muzykę i przekonał nas o słuszności naszego wyboru. Ojciec chrzestny muzyki, która splotła się na stałe z moim kręgosłupem. Muddy Waters był wielki, John Lee Hooker śpiewał jak nikt inny, ale z klasyków to właśnie King był niezmiennie tym, który nauczył mnie, że uczuć nie można się wstydzić. Że męskim jest uwolnić serce i wyśpiewać co w duszy gra. To wielki B.B. wskazał nam drogę, na której każdy z nas odnalazł się w sposób taki lub inny. John Mayall dał nam nowe brzmienie bluesa, SRV wytoczył ciężkie działa walki muzyką z niedającą spokoju rzeczywistością, Gary Moore pokazał, że "niebieski" to kolor wielu emocji. Wszystko to by dziś Joe Bonamassa mógł kontynuować dziedzictwo wielkich mistrzów "malując" dźwiękiem różne odcienie „błękitu”. A wszystko dzięki temu, że w 1941 roku szesnastoletni wówczas Riley B. King posłuchał głosu serca, który ścielił w młodej głowie marzenia o byciu muzykiem radiowym. Z plantacji bawełny do serc milionów ludzi. Amerykański sen dla kogoś komu nie dawano do niego prawa. Bo w tym wszystkim nigdy nie chodziło o Amerykę. W tym wszystkim zawsze chodzi o muzykę. B.B. King – nie zapomnimy ciebie i twojej muzyki. Jesteś legendą, a te żyją wiecznie.

Mirek Chwedziak (23.05.2015)


Mirek Chwedziak
jest urodzonym we Wrocławiu, a mieszkającym w Londynie gitarzystą, wokalistą, kompozytorem i autorem tekstów. W jego muzyce, siedzi blues z domieszką country i folk-rock'a. Od jakiegoś czasu Mirek realizuje swoją kolejną pasję i stał się współpracującym z blogiem Muzyczna Podróż recenzentem wydawnictw muzycznych. Więcej o Mirku możecie przeczytać tutaj.

https://www.youtube.com/watch?v=JSGIiEvyE_k

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza