poniedziałek, 23 lutego 2015

Mateusz Augustyniak i Marcin Kuchta, czyli... Ezoteryczny Londyn (Polski Wzrok) Fot. Marek Jamroz

Mateusz Augustyniak  
Jest zwycięzcą II edycji Jubileuszowego Konkursu Muzycznej Podróży dzięki ironicznemu, acz niezwykle wnikliwemu artykułowi, który można przeczytać tutaj.  Muzyka była z nim od zawsze. Po maturze trafił do Krakowa, gdzie znalazł pracę jako szklankowy w Tower Pub - mrocznej spelunie dla typów spod ciemnej gwiazdy. Jego jakże odpowiedzialna praca polegała na zbieraniu szklanek ze stolików i obserwowaniu kamery skierowanej na wejście do pubu, a wszystko to działo się w rytmach mocnych metalowych brzmień. Zabawił tam niedługo, ale wspomina to miejsce z wielkim rozrzewnieniem. Po kilku zawirowaniach wylądował w studenckim klubie Studio, gdzie spędził blisko cztery lata, awansując na stanowisko menadżera. Do Anglii - jak wielu innych - przyjechałem na kilka miesięcy, aby sobie dorobić i... został na stałe. Powrotu do Polski sobie nie wyobraża. Przedkłada - jak sam mówi - szarość aury nad szarością nastrojów. Obecnie pracuje w lokalnym Radio Betford, gdzie bez przeszkód naśmiewa się z wszystkiego, co go śmieszy. Mateusz wychodzi z założenia, że w obecnym świecie trzeba śmiać się z otaczającej nas pokracznej rzeczywistości, gdyż inaczej trzeba by się jej bać. Gra także na gitarze w kapeli, z którą spodziewa się odnieść w niedalekiej przyszłości oszałamiający sukces, doskonale zdając sobie sprawę z beznadziejności owych zamierzeń. Codzienne osiem godzin w jego mało ambitnej pracy, wydaje mu się celem samym w sobie. Mateusz wraz z Kubą Mikołajczykiem prowadzi od niedawna portal muzyczny www.polskiwzrok.co.uk, który na razie dopiero się rozkręca, a plany z nim związane są ogromne. Dzięki Mateuszowi czuję wielką radość i sens organizowania cyklicznych konkursów na muzyczny artykuł. Szykujcie się więc już teraz do kolejnej jego edycji, którą ogłoszę z okazji 300-tysięcznej wizyty na Muzycznej Podróży. Podróż Mateusza - jak sam zainteresowany mówi o swojej muzycznej przygodzie - dopiero się zaczyna... 

Marcin Kuchta 
Muzyka w jego domu była od zawsze. Na siódme urodziny dostał w prezencie singla 2 plus 1 i longplay Odział Zamknięty. Potem były Lady Pank, Perfect, Republika i… Boney M. W nagrodę za świadectwo z wyróżnieniem Marcin dostał adapter i nie musiał już chodzić do Dużego Pokoju żeby puścić sobie „Andzię”. Potem pracował w wakacje, aby jak najszybciej uzbierać na „jamnika”, Kto wtedy miał kompakt, ten był gość. Marcin nie miał. W wiek młodzieńczego buntu wchodził słuchając Depeche Mode. Potem przyszły The Cure. Pearl Jam. U2, Blur i dziesiątki innych. Starsi koledzy z LO opowiadali mu o swoich fascynacjach. Dostał o nich płytę z pryzmatem na okładce i od tego momentu zaczęło się całkiem inne słuchanie muzyki. Potem przynieśli mu King Crimson, The Doors, Genesis i Petera Gabriela i przede wszystkim Polskie Radio Program Trzeci a w nim Piotra Kaczkowskiego. Radio i jego magia porwały Marcina z całą mocą. Było dla niego jasne, że także musi spróbować swoich sił. Stało się to w 1995 roku kiedy jako student I roku pedagogiki poszedł do „Afery”, studenckiego radia Politechniki Poznańskiej. W życiu Marcina zaczęło się dziać tyle, że opowieści starczyłoby na kilka  takich bio. New Model Army, R.E.M. The Clash, Dead Can Dance… Było to najmilsze i najintensywniejsze kilka lat jego życia. Przywilej odsłuchania krążka przed jego premierą i palące policzki wynikające już tylko z trzymania go w dłoni. Takiego czegoś się nie zapomina. Marcin przekazuje tę miłość dalej. Jego dzieci już w wieku 3 lat wiedziały jak łapie się kompakt, aby go nie pobrudzić i nie zniszczyć, a jego kolekcja płyt tylko przez chwilę musiała stać poza ich  zasięgiem.




fot. Marek Jamroz
Marcin Kuchta:
Bardzo ucieszyłem się na wieść, że w ramach podsumowania swej 30 letniej kariery, Grabaż postanowił ponownie wyjść na scenę pod starym szyldem. Pozwoli mi usłyszeć i zobaczyć repertuar jaki mnie ominął, gdyż Pidżamę live widziałem ostatni raz w 2000 roku, więc to szmat czasu temu. Nie miałem szans na przebadanie jak wypada na scenie materiał z Marchewki, czy Bułgarskiego Centrum i w snach najśmielszych nie przypuszczałem, że będzie mi to dane. Krzysztof Grabaż Grabowski z kolegami ruszyli w trasę. W swej łaskawości nie zapomnieli o rodakach mieszkających na wyspach. Zagrali w Dublinie, zagrali i w Londynie. Londyńczykom się nie śniło jaka energia napędzała około tysięczną rzeszę Polaków zebranych ostatniej niedzieli w klubie Scala. Widownia dopisała, tak frekwencją jak i entuzjazmem. Nie widziałem w tej sali tak wielkiego tłumu a muszę powiedzieć, że bywam tu w miarę regularnie. 

fot. Marek Jamroz
Przed główną gwiazdą wystąpił Gabinet Looster. Nasza lokalna londyńska kapela rozbujała publiczność skocznym reggae – ska. Świetnie wprowadziła nas w klimat dobrze zapowiadającego się wieczoru. Są i oni. Pidżama Porno. Zaczęli delikatnie a tłum i tak popłynął. Zafundowali mi, i jestem pewien że nie tylko mi, sentymentalną podróż do czasu i miejsc w jakich od dawna nie bywałem. Skakałem i kołysałem się z przyjaciółmi jakbym ponownie miał 20 lat. 

fot. Marek Jamroz
 Śpiewałem, choć absolutnie nie powinienem, bo fałszuję okropnie, lecz zważając na okoliczności, całe szczęście i tak nikt tego nie słyszał. Były momenty, że nawet i oczy się zaszkliły. Pełna gama emocji. Grabaż nigdy nie miał problemów by nawiązać kontakt z publiką. Tym razem też nie mogło być inaczej. Porwał mnie. Porwał nas. Ci którzy spodziewali się analizy koncertu i wyliczenia w punktach kolejnych numerów przepraszam. Nie będę wymieniał gdzie, kto przeciągnął nutę.

fot. Marek Jamroz
Ta muzyka od wielu lat nie musi bronić się sama. Opowieści ich piosenek nadal wywołują te same emocje, tyle że po latach w dużo większym wymiarze. Jak dla mnie, spowodowali, że Londyn dzięki polskim nutom, też może stać się ezoteryczny

Mateusz Augustyniak:
Jako nieco młodszy pokoleniowo i życiowo, ja osobiście musiałem czekać na koncert Pidżamy Porno, kapeli która nomen omen powstała w roku mego przyjścia na świat, długie siedem lat. W 2007 roku podczas swej ostatniej trasy przebywałem w Krakowie, a Grabaż grał 500 metrów od mojego miejsca zamieszkania – biletów zabrakło jakoś miesiąc przed terminem, czym byłem nie tyle lekko zdegustowany, ile grubo wkurzony.

fot. Marek Jamroz
Zgodnie z zapowiedziami, Pidżama Porno konsekwentnie mnie unikała, ich nieliczne koncerty były niezapowiedziane albo bardzo kameralne, pozostawało mi jedynie słuchanie Strachów na Lachy, czyli alter ego grabażowej twórczości, licząc na strzępki z jego pidżamowego dorobku. Sytuacja zmieniła się diametralnie całkiem niedawno. Niemal równolegle z premierą wydawnictwa „Grabaż 30″ świętującego trzydziestolecie aktywności scenicznej Krzysztofa Grabowskiego, podjęta została decyzja o reaktywacji działalności koncertowej tej legendarnej już grupy. Nie mogło mnie zatem zabraknąć 15 lutego w Londyńskim klubie Scala, na pentonville road. Bilety na koncert zostały, podobnie jak przed siedmioma laty, wyprzedane jakoś miesiąc przed imprezą, ja jednak nauczony doświadczeniem zaopatrzyłem się w niego odpowiednio wcześniej. Nie przeszkodziło to oczywiście mojemu roztargnieniu zawieruszyć ów cenny kartonik i na dzień przed terminem niemal zdzierałem tapety ze ścian w poszukiwaniu biletu.

fot. Marek Jamroz
Okazało się na szczęście, że aby dostać się do klubu wystarczy potwierdzenie zapłaty, tak więc krótko po 19.00, po odstaniu swojego w niemożliwie długiej kolejce do szatni, czekałem już na występ supportu, którym był londyński zespół „Gabinet Looster”. „Siedząca” kapela w składzie Adam Szczebel, Robert Wiktorowicz, Rafał Wrona i Piotrek Wróbel, zaprezentowała niesamowicie smakowitą syntezę reggae, ska a nawet bluesa.

fot. Marek Jamroz
Podczas ich występu naprawdę nie sposób było wystać w miejscu. Mimo nawoływań Adama krzyczącego „Spokojnie”, w wypełnionym do ostatniego miejsca klubie wcale spokojnie nie było. Pidżama kazała na siebie czekać do godziny 20.30, zespół po reaktywacji gra jako trio czyli Grabaż na wokalu, Kozak na gitarze i Kuzyn na perkusji. Podczas londyńskiego koncertu zespół wspomagali znani ze Strachów na Lachy gitarzysta Maniek, oraz basista Longin Lo.

fot. Marek Jamroz
Podbródek Grabaża obsypany srebrzystą brodą zdawał się trząść ze wzruszenia podczas występu. Daleko od ojczyzny, po siedmiu latach przerwy, okazało się że jego twórczość jest nadal aktualna, a może nawet jeszcze bardziej niż kiedyś. Publiczność śpiewała z całych sił, bawiąc się wyśmienicie, każdy znał na pamięć prawie wszystkie z zaprezentowanych utworów, a było ich razem z bisami niemal dwadzieścia. Mogliśmy się pobawić przy największych hitach z dorobku Pidżamy Porno, liczącego osiem płyt studyjnych.

Dodaj napis
Nie zabrakło takich numerów jak „Ezoteryczny Poznań”, „Bułgarskie Centrum Hujozy” czy „Marchew w Butonierce”, a przy ostanim kawałku kończącym ten niesamowity wieczór, czyli coverze hitu Iggy’ego Pop – „Pasażer” klub prawie eksplodował. Grabaż w swoim szapoklaku, fryzurą mohawk i pomarańczowych bojówkach za kolano, jest tym samym grabażem znanym z końca XX wieku, a jednocześnie jest on tym drugim grabażem, z mocno posiwiałą brodą i zmarszczkami w kącikach oczu, znanym z teledysku do reedycji swego hitu „Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości”.

fot. Marek Jamroz
Stary – nowy grabaż wie co robi, jak zawsze konsekwetnie idzie do przodu, nie zważając na zmieniające się trendy i przeciwności losu i wychodzi mu to wspaniale. Chciałbym z tego miejsca podziękować serdecznie Pidżamie Porno, Grabażowi oraz Buch IP za, mam nadzieję nie jedyną i nie ostatnią możliwość zobaczenia ich na żywo. Oby więcej takich kapel i takich koncertów, w niedzielę Londyn naprawdę stał się ezoteryczny i jestem pewien że Grabaż przestanie nienawidzić naszej generacji po wiosennej trasie koncertowej.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza