poniedziałek, 9 lutego 2015

Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 27 - Rock’n’Roll w wojsku

Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj  Część 9 tutaj  Część 10 tutaj Część 11 tuta jCzęść 12  tutaj  Część 13 tutaj  Część 14 tutaj  Część 15 tutaj   Część 16 tutaj  Część 17 tutaj  Część 18 tutaj  Część 19 tutaj  Część 20 tutaj Część 21 tutaj   Część 22 tutaj  Część 23 tutaj  Część 24 tutaj   Część 25 tutaj  Część 26 tutaj Część 90 tutaj Artykuł z okazji zdobycia nagrody tu


Alek Ciotucha
Był koniec ostatniej dekady kwietnia 1965 roku, w późnych godzinach popołudniowych wraz z kolegą z Rolandówki, Jankiem Szewczykiem (Alek Ciotucha jadący z nami tym samym pociągiem do Słupska udał się dalej, do wojskowych koszar w Szczecinku) znaleźliśmy się wokół naszych jednostek wojskowych. Choć o różnych numerach, mieściły się na tym samym placu. Janek miał powołanie do „niebieskich beretów”, ja natomiast do „pułku czołgów średnich”. Jednostki znajdowały na peryferiach Słupska przy wylocie do miejscowości Bytów, pod „górką” ulicy Obrońców Westerplatte. Długi czas spacerowaliśmy tą ulicą, pod strachem przed wejściem na ich teren, mieliśmy świadomość czterodniowego spóźnienia się do armii. Ogrodzeniowym prześwitem ze współczuciem przyglądaliśmy się jak wokół placu, w dużym tempie, podoficerowie robiąc wrażenie znęcania się, gonili kilka grup młodych, ostrzyżonych ludzi. Byli to rekruci, tak jak my, powołani do czynnej służby wojskowej. Wiedziałem, że niebawem do nich dołączę, że będzie to koniec mojej, rock’n’rollowej wolności. Za kolejnym, trzecim a może czwartym podejściem do bram Wojska Polskiego, Janek skierował do mnie te słowa, - Antek nie wychodzimy pod bramą jednostki w ten sposób 24 miesiące naszej służby, już nie wytrzymuję, co będzie to będzie, ja wchodzę a ty rób jak uważasz. Bramy wejściowe do naszych jednostek były obok siebie, w nie większej odległości jak 50 metrów jedna od drugiej. Pożegnaliśmy się przed wejściem, pokonując je zdecydowanym krokiem, każdy z nas swoją bramę.



Bardzo trudno było przyzwyczaić się do nowych, jakże innych warunków niż te, które jeszcze nie tak dawno miałem w cywilu. Pierwszy miesiąc w wojsku całkowicie wyłączony był z życia, tak zwanego cywilnego. Musztra goniła musztrę, gonitwa za gonitwą, porządki, porządki i tylko porządki, nie tylko w miejscu zakwaterowania ale w całej jednostce. Wszystko czynione było rękami młodego żołnierza, zwanego w nomenklaturze wojskowej, kotem. Okres rekruckich ćwiczeń i czas wolny poświęcaliśmy przygotowaniom do uroczystej przysięgi, która miała się odbyć w trzecią niedzielę czerwca na terenie jednostki. Wszystko podporządkowane było temu wydarzeniu. Jedyną ulgę mieliśmy w niedzielę, bez ćwiczeń, bez gonitwy, bez tak zwanej, szczególnej opieki podoficera, po prostu dano nam więcej luzu.

Roman Waschko
Przed przysięgą we wszystkie niedziele czas wolny spędzaliśmy na kompanijnej świetlicy, nareszcie był dostęp do prasy, radia, telewizji. Wśród gazet, Trybuny Ludu, Żołnierza Wolności i wojskowego barachła, był rodzynek, Sztandar Młodych, sobotnio niedzielne wydanie a w nim moja, cywilna strona pana redaktora Romana Waschki, Od waltorni do saksofonu (zmieniona na Muzyka niepoważna), na której to, choć werbalnie, nie słysząc muzyki mogłem przeczytać krótkie informacje o zespołach, piosenkarzach, obserwować rankingi światowych, również polskich list przebojów, tak zagranicznych jak i krajowych. A był to rok 1965, w którym to roku, w miesiącu styczniu powstał - po zespołach Czerwono Czarnych, Niebiesko Czarnych i mniej znanych, popularnych jak Chochoły, Pięciu, Dzikusy, Pesymiści, Tajfuny – polski zespół wszech czasów, Czerwone Gitary.


Któregoś dnia przeglądając lokalny Głos Słupska, natrafiłem w rubryce Co? Gdzie? Kiedy? na repertuar słupskiego kina Millenium, w którym widniała informacja, że w najbliższą niedzielę (była to ostatnia niedziela przed moją przysięgą) o godzinie 11.00 (poranek) odbędzie się prapremiera angielskiego, muzycznego filmu The Beatles (A Hard Day’s Night). Informacja ta zelektryzowała wszystkich żołnierzy na kompani młodego rocznika. Byłem jedynym wśród rekrutów, który ten film obejrzał. Moje opowiadanie, chwalenie się niezwykłym, obfitującym w wiele aktualnych przebojów, z dużą szczyptą humoru, fantastycznymi zdjęciami światowej sławy operatora filmowego Gilberta Taylora, dla osób kochających rock’n’roll, fanów czy miłośników Beatlesów, było wielkim marzeniem i wyzwaniem by ten film za wszelką cenę obejrzeć. Na dużym ekranie, w przybytku X Muzy, chłopcy z Liverpoolu, stworzyli widowisko jak na prawdziwym, rock’n’rollowym koncercie.


Kino Millenium w Słupsku
Z informacją w gazecie podszedł do mnie kolega z kompanii, z którym nadawaliśmy na jednych falach (Włodek Kopytek z Gorzkowic k/Piotrkowa Tryb), z pomysłem, - Antek a co byś powiedział gdybyśmy poszli w tym dniu na „lewiznę”, w niedzielę mamy dyscyplinarny luz, by w „Millenium” obejrzeć ten film? Pomysł był nie z tej planety, karkołomny, młody rocznik bez przysięgi, samowolne opuszczenie koszar, bez opieki podoficera, niesamowite, brr. Pomyślałem sobie, - To grozi kryminałem. Pomimo dużych obaw i strachu przed wpadką, przygotowaliśmy w gronie chętnych kolegów plan, strategię wyjścia z jednostki na lewiznę i powrotu. W czterech rekrutów wybraliśmy się w niedzielny poranek do kina Millenium. Usatysfakcjonowani zaliczeniem filmu, z wielką obawą, tą samą drogą (skok przez płot niczym Wałęsa), przed obiadem powróciliśmy do jednostki. Udało się, nikt nas nie wydał. Nie podpadliśmy. Po niedzielnej, filmowej eskapadzie, wykrystalizowała się grupa chłopaków interesująca się muzyką młodzieżową, rock’n’rollem.



Słupsk 1965
Kiedy po przysiędze stałem się bardziej wolnym żołnierzem, mogłem w sobotę czy niedzielę, nieraz w tygodniu, wyjść na przepustkę na ulice przepięknego miasta jakim był Słupsk (przed wojną mówiono o tym mieście niemiecki, mały Paryż). Miasto sprawiało, rozwiązaniami ulic, architektoniczną urbanistyką, kolorystyką kamienic wrażenie wielkomiejskości. Kulturalnymi wydarzeniami w tym grodzie nie powstydziłoby się niejedno, kilkunastotysięczne, polskie miasto. Połowa lat 60-tych ubiegłego wieku, właśnie kiedy ja odbywałem zaszczytną służbę dla ojczyzny, na koncerty do Polski przyjeżdżało wielu rock’n’rollowych wykonawców, tych z najwyższej półki popularności (jak The Animals, Gary and The Pacemakers, Johnny Hallyday, The Rolling Stones) jak również średniej klasy zespoły. Właśnie takim zespołem była grupa muzyczna z Anglii, The London Beats czy szkocki zespół The Phantoms. W krótkim po sobie czasie wystąpili w Słupsku, miałem okazję być na koncertach tych zespołów w widowiskowej Sali w miejscowym Domu Kultury. Przeżyłem, pierwsze tak rock’n’rollowo profesjonalne widowisko, na którym przysłowiowe kapoty, marynary poszły w ruch. Choć wcześniej, jeszcze przed wojskiem zaliczyłem koncerty włoskiego zespołu Marino Mariniego (w swoim repertuarze miał również elementy rock’n’rolla), Paula Anki czy Helen Shapiro, to słupskie wydarzenia, na krztę, swoją dynamiką, ekspresją nie przypominały tamtych koncertów. Pobudziły we mnie uśpioną dotychczas muzyczną energię i aktywność.


Amerykańska grupa rockowa THE BEACH BOYS. Wypłynęła na
„wielkie wody” kiedy odbywałem służbę wojskową.
Przebojem wówczas był utwór „Good Visbrations”
Zapoznałem, również szalonych jak ja rock’n’rollowców, kolegów z kompanii łączności, którzy na swoim kompanijnym stanie dysponowali, jak na tamte czasy, super sprzętem radiowym i radiolokacyjnym. Chodziłem do nich w trakcie trwania capstrzyku (cisza nocna), słuchaliśmy łatwe na tym sprzęcie do zlokalizowania pirackie stacje, również BBC, Głos Ameryki, Wolna Europa czy Radio Luxembourg. Dobra słyszalność, brak zakłóceń czyniła, że nie czuło się z niedospania zmęczenia, wręcz przeciwnie, słuchanie sprawiało mi dużą przyjemność i satysfakcję. W tym czasie na światowych listach grasowały trzy wielkie hity; grupy rockowej z Los Angeles The Monkees, w utworze I’m Believer, amerykańskiej grupy surf rockowej The Beach Boys, Good Visbrations i szkockiego gitarzysty, piosenkarza Donowana, Mellow Yellow. Bywało niejednokrotnie, że oczarowany tymi utworami (wielokrotnie powtarzane jednej nocy, na tym polegało lansowanie przeboju) słuchaliśmy prawie do rana, tak by przed pobudką znaleźć się na swojej kompanii. Od kolegów z łączności dostałem prezent w postaci specjalnie skonstruowanego radia, do tego unikatową antenę, dzięki której mogłem z dużym powodzeniem u siebie na kompanijnej świetlicy lokalizować i słuchać swoje ulubione stacje. Mogę powiedzieć, dzięki temu prezentowi, w drugim roku służby a praktycznie w ostatnim półroczu nie tylko wyrównałem zaległości powstałe w trakcie jej trwania ale byłem na bieżąco w ukochanej, muzycznej branży.


Nigdy nie zapomnę bardzo mroźnej, obfitującej w duże opady śniegu zimy 1967 roku. Z dnia 7 na 8 stycznia, moja kompania obejmowała 24 godzinną wartę garnizonową. Wśród wartowników, znalazłem się również ja. Garnizon oddalony był od Słupska około pięciu kilometrów (drogę pokonywało się marszem) w głąb sosnowego lasu. Byłem już starym żołnierzem, do cywila mój rocznik wychodził w kwietniu. Wybrałem celowo tą wartę (a nie musiałem), tylko dlatego, że miałem wpływ na wybór posterunków. Posterunki były dwuzmienne (stało się na nim tylko dwa razy nocą, dwie godziny stania, dwie odpoczynku i na przemian, w godzinach 22.00/6.00 rano) i trzyzmienne (co cztery godziny, dwie godziny stania na posterunku, dwie czuwania na wartowni i dwie odpoczynku i tak przez 24 godziny, od 18.00 do 18.00). Wybrałem posterunek dwuzmienny świadomie, bo 8 stycznia urodził się Elvis Presley. Miałem wiedzę, że na wielu stacjach europejskich i nie tylko, zapowiadane były benefisowe, muzyczne audycje obfitujące w wiele przebojów, na okoliczność urodzin króla rock’n’rolla. Umówiłem się ze swoim zmiennikiem, że stać będziemy po cztery godzinny (czyli tylko raz tej nocy). Ja stanąłem na pierwszej zmianie, od godziny 22.00 do 2.00 w nocy. Po zejściu z posterunku położyłem się spać, prosząc zmianę czuwającą o obudzenie mnie o 7.00 rano. Nigdy tak długo nie miałem okazji słuchać w radio Elvisa, czy jakiejkolwiek, innej muzycznej audycji. Mieliśmy na wartowni bardzo dobre radio ze świetną anteną. Słyszalność była głośna i wyraźna bez żadnych zakłóceń radiowych fal. W cieple wartowniczego pomieszczenia, choć na zewnątrz panował siarczysty mróz, ja żonglowałem radiową skalą po UKF-ach, falach krótkich, średnich i długich, z audycji na audycję, raz w języku czeskim, to w niemieckim, hiszpańskim czy angielskim, upajając się cudownym głosem, przepięknymi piosenkami, mojego ukochanego Presleya. Nigdy wcześniej na garnizonowej wartowni nie było tak rock’n’rollowo.


Zbyszek Cybulski
Przed godziną 18.00, po zrobieniu porządków w pomieszczeniach, opuściliśmy budynek ustawiając się w dwuszeregu na zewnątrz. Przyszli zmiennicy, chłopcy z niebieskich beretów z rozprowadzającym zmiany wart, tomaszowianinem, kapralem Jankiem Szewczykiem. Staliśmy kilka minut na zewnątrz pomieszczenia w dwuszeregu, oczekując na przekazanie zmiennikom budynku i wartowniczych obowiązków. W pewnej chwili podszedł do mnie Janek Szewczyk, przekazał mi strasznie tragiczną informację, - Antek dzisiaj przed południem na dworcu PKP we Wrocławiu tragicznie zginął pod kołami pociągu, Zbyszek Cybulski. Nogi po tej wiadomości ugięły mi się w kolanach. Zbyszek (miał zaledwie 40 lat) był jednym z najwybitniejszych aktorów, młodej, polskiej szkoły filmowej. Moje pokolenie kochało go nie tylko za wspaniałą kreację Maćka Chełmickiego w kultowym filmie Popiół i diament ale za szczególną postawę, buntownika bez powodu, wobec panującego systemu. W środowisku ludzi interesujących się kulturą, Polską, filmem zwany był polskim James Deanem. Dzisiaj mając przed sobą dystans czasu, gdy wspominam styczeń 1967 roku, dla mnie, dla mojego pokolenia data 8 stycznia, zawsze kojarzona będzie z dwoma moimi idolami, buntownikami wobec panujących totalitaryzmów (rasizm, nazizm, komunizm, faszyzm) - urodziny Elvisa Presleya (zmarł równe 10 lat później - 1977- mając 42 lata) i śmierć Zbyszka Cybulskiego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza