poniedziałek, 23 lutego 2015

Marcin Kuchta - Od momentu płyty z pryzmatem zaczęło się całkiem inne słuchanie muzyki

Muzyka Była w moim domu od zawsze. Tata kupował mamie czarną płytę Anny Jantar (nie mylić z Czarnym albumem Metallica), a ona jemu Budkę Suflera. Ja na 7 (serio!) urodziny dostałem singla 2 plus 1 i longplay Odział Zamknięty. Potem były Lady Pank, Perfect, Republika i… Boney M. W nagrodę za świadectwo z wyróżnieniem dostałem swój adapter. Nie musiałem już chodzić do Dużego Pokoju żeby puścić sobie „Andzię”. Praca w wakacje i ciułanie każdego zaskórniaka, aby jak najszybciej uzbierać na „jamnika”, jakie nasi rodacy zwozili z Berlina Zachodniego, by sprzedać z koców czy z leżaków poustawianych rzędem na miejskim deptaku. Wraz z kolorowymi puszkami napojów gazowanych i niemieckimi detergentami, napłynęły kasety i płyty, również te nowe, CD.
 
Kto miał kompakt, ten był gość. Nie miałem. Dwukasetowy samsung musiał wystarczyć. Nastała dla mnie era kaset. Kupowane "oryginalne podróby”, czyli niemiłosiernie piracone z oryginalnych nośników i nagrywane na kasety, powoli zaczęły mi wypełniać obszerną szufladę mojej meblościanki. W wiek młodzieńczego buntu wchodziłem słuchając Depeche Mode. Chłopaki z Basildone byli pierwsi jakich dyskografię miałem w komplecie. Potem przyszło The Cure. Pearl Jam. U2, Blur i dziesiątki innych.

W międzyczasie, poznani w liceum starsi koledzy i koleżanki opowiadali o swoich fascynacjach. - Masz, puść sobie. Najlepiej głośno i po ciemku. Koniecznie na słuchawkach. Dostałem płytę z pryzmatem na okładce. Od tego momentu zaczęło się całkiem inne słuchanie muzyki. Przyszli jeszcze kilkukrotnie darując mi świat dźwięków King Crimson, The Doors, Genesis i Petera Gabriela oraz przede wszystkim Polskie Radio Program Trzeci a w nim Piotra Kaczkowskiego. Radio i jego magia mnie porwały z całą mocą. Jeśli dodać do tego piorunujący efekt filmów „Więcej czadu” i „Good morning Vietnam”, było dla mnie jasne, że w radiu po prostu muszę spróbować swoich sił. Stało się to 1995 roku kiedy jako student I roku pedagogiki poszedłem do „Afery”, studenckiego radia Politechniki Poznańskiej. Ach jaka to była przygoda! Ileż się wtedy działo w moim życiu! Dla trzech następnych Marcinów wystarczyłoby emocji. Chłonąłem nowe znajomości a wraz z nimi nowe postacie ze świata muzyki. 
New Model Army, R.E.M. The Clash, Dead Can Dance… Z resztą, po co ta to wymieniam, nie wkleję przecież tutaj całej „Encyklopedii Rocka” Wiesława Weissa. To było najmilsze i najintensywniejsze kilka lat mojego życia. Ilość koncertów na jakich dane mi było zdzierać gardło, spotkań z artystami nie zliczę. Przywilej odsłuchania krążka przed jego premierą i te palące policzki wynikające już tylko z trzymania go w dłoni. Takiego czegoś się nie zapomina. Przekazuje tę miłość dalej. Moje dzieci już w wieku 3 lat wiedziały jak łapie się kompakt, aby go nie pobrudzić i nie zniszczyć, a moja kolekcja płyt tylko przez chwilę musiała stać poza zasięgiem wszechciekawskich brzdąców. Ulubiona płyta rockowa mojej córki (8) to Pulp Hits, tak dobrze pamiętacie. To ta z różowym grzbietem. Syn (5) kocha The Police Synchronicity. Pierwszy raz głowa zaczeła mu przy tym podrygiwać chwilę po 2 urodzinach. Myślę że udało mi się w nich zaszczepić tego bakcyla. Dzięki Tato!

Moje polskie top 10 (kolejność bez znaczenia)
Pidżama Porno - Ezoteryczny Poznań
Kult - Kulcikriu
Kości - Konrad
Oddział Zamknięty - Obudź się
Myslovitz - Sprzedawcy marzeń
Lao Che - Czarne kowboje
Hey - Nadzieja
Perfect - Wyspa, drzewo, zamek
Armia - Niezwyciężony
Waglewski, Maleńczuk, Abradab - Wszyscy muzycy to wojownicy

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza