wtorek, 3 września 2013

Songsuite Vocal Festival w Londynie już po raz drugi (JazzPRESS wrzesień 2013)


W dniach 21-23 czerwca już po raz drugi Anicie Wardell i Tomkowi Furmankowi udało się przyciągnąć na 238-246 King Street w Londynie liczną rzeszę fanów jazzowego śpiewania. Niewątpliwy sukces ubiegłorocznej – pierwszej edycji Songsuite Vocal Festival potwierdzony znakomitymi recenzjami, które można było znaleźć nie tylko w prasie polskojęzycznej, pozwalał mieć nadzieję, że kolejna odsłona tego wydarzenia przyniesie organizatorom równie przychylne oceny i podobne emocje oraz że kolejne jego edycje na stałe znajdą się w notesach bywalców takich klubów jak Ronnie Scott czy The Pheseantry. Drugi dzień Festivalu i zarazem jedyny, jaki miałem okazję spędzić na muzycznej uczcie wydanej przez Anitę i Tomasza, nie pozostawił żadnych wątpliwości. Organizatorzy z uśmiechem mogą wznieść toast z optymizmem myśląc o przyszłorocznej – trzeciej już edycji.

To, co niemal od razu rzuca się w oczy podczas lektury plakatu tegorocznego Songsuite Vocal Festival, to brak wokalistów. Mimo, że zaproszenie odznaczających się nie tylko pięknym głosem, ale także potrafiących oczarować swoją urodą publiczność pań nie było – jak mniemam – zabiegiem celowym, nie tylko nie zamierzam przez to obniżać oceny wydarzeniu, a wręcz przeciwnie – uważam, iż był to niezwykle intrygujący zbieg okoliczności. Skoro bowiem przed laty Piotr Łyszkiewicz wpadł na pomysł organizacji corocznego „Ladies' Jazz Festival” nad Bałtykiem, to dlaczego raz na jakiś czas nie przeżyć podobnych wrażeń nad Tamizą? Wszak Ludwig Van Beethoven miał rzekomo kiedyś powiedzieć, że muzyka powinna zapalać płomień w sercu mężczyzny i napełniać łzami oczy kobiety.

Agata Kubiak (fot. Monika S. Jakubowska)
Agacie Kubiak, Alice Zawadzki, Juliet Kelly i Brigitte Beraha sztuka ta udała się znakomicie, a gaszenie rozpalonego przez wyżej wymienione damy płomienia odbywało się jeszcze długo przy suto zaopatrzonym barze Polish Jazz Cafe.

Agata Kubiak, to moje tegoroczne odkrycie. Ta mieszkająca w Londynie polska skrzypaczka i wokalistka nawiązująca stylistycznie do kilku z pozoru odległych nurtów muzycznych, posiadająca niezwykle zmysłowy i działający na wyobraźnię głos, w dobrym stylu otworzyła festiwalową sobotę na King Street.


Agata Kubiak (fot. Monika S. Jakubowska)
W jej repertuarze można dopatrzeć się elementów fusion, jazzu, rocka, folku, a przede wszystkim dostrzec jej nieukrywaną fascynację poezją śpiewaną, która wskutek oszczędnej aranżacji była w Polish Jazz Cafe jeszcze bardziej wyczuwalna niż podczas słuchania jej rewelacyjnej EPki „Bipolarity” nagranej z towarzyszeniem świetnych instrumentalistów, spośród których Ralph Brown w opinii brytyjskiego pianisty Anthony Englanda jest jednym z najbardziej utalentowanych wirtuozów tego instrumentu na Wyspach. Tuż przed rozpoczęciem występu Agaty, udało mi się zamienić kilka słów z tą uroczą wokalistką, która dzięki swej młodzieńczej aparycji, mimo iż nastolatką już nie jest, przez siedzących obok mnie widzów za takową była odbierana. Ta łącząca delikatność urody z kobiecą zmysłowością i niepospolitą barwą głosu oraz rzadkim darem wplatania do wokalu skrzypcowych solówek artystka ma - jak sądzę – sporą szansę stać się wkrótce jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich wokalistek londyńskiej sceny jazzowej. Nie jest łatwo w dzisiejszych czasach znaleźć zbyt wielu artystów, o repertuarze których można byłoby powiedzieć, że jest unikalny i trudny do zaszufladkowania. Agata jest na dobrej drodze, aby w taki właśnie sposób być postrzeganą i z ogromną niecierpliwością czekam na jej pierwszy longplay i jego koncertową promocję. Krótko po festiwalu dowiedziałem się, że w wieku piętnastu lat Agata śpiewała w kapeli punkrockowej. Nie pierwszy raz okazało się - jak widać - że od punka do jazzu nie jest aż tak bardzo daleko, jak mogłoby się to wydawać. Wszak podczas opublikowanej przed rokiem na łamach JazzPRESS-u mojej rozmowy z Tymonem Tymańskim można odnaleźć następującą wypowiedź twórcy yassu: „U Coltrane’a znalazłem to wszystko, co w punku było bardzo surowe. Potężna dawka energii, świetna instrumentalistyka, jakaś wyjątkowa muzyczna przestrzeń i głębia”.

Alice Zawadzki (fot. Monika S. Jakubowska)
Alice Zawadzki jest dobrze znana Czytelnikom JazzPRESS-u. W marcowym numerze ukazał się obszerny wywiad z tą sympatyczną Angielką z polskimi korzeniami, które zauważalne są prawie w każdej sferze jej życia – od żywiołowego charakteru i braku typowego dla Anglików dystansu podczas pierwszej rozmowy, aż po jej kompozycje, sposób zachowania na scenie i technikę gry na skrzypcach. Nie wiem, czy było to przez organizatorów zamierzone, ale tuż po Agacie Kubiak na scenie pojawiła się kolejna wokalistka ze skrzypcami w ręku.

Wywiad z Alice Zawadzki, jaki ukazał się w marcowym numerze JazzPRESS-u pod:
http://slawek-orwat.blogspot.co.uk/2013/03/w-jazzie-chodzi-przede-wszystkim-o-mnie.html

Alice Zawadzki (fot. Monika S. Jakubowska)
Na tym jednak wszelkie podobieństwa obu pań się kończą, a muzyka Alice wybiega daleko poza ramy jazzu, co nie oznacza, że nie mieści się w ramach muzyki improwizowanej. Nie będę ukrywał, że był to dla mnie bezdyskusyjnie najlepszy i jedyny w swoim rodzaju występ podczas tego wieczoru. Alice nie tylko potwierdziła swoją klasę i należne jej miejsce na londyńskiej scenie jazzowej, ale przede wszystkim tym co wraz z towarzyszącymi jej instrumentalistami pokazała, zahipnotyzowała publiczność od pierwszych do ostatnich chwil występu. Koncert Alice Zawadzki to mieszanina jazzu, folku, muzyki etnicznej i rocka progresywnego, a nieprzewidywalność poszczególnych kompozycji, muzyczne wycieczki do najdalszych zakątków świata oraz rzadko spotykana umiejętność jednoczesnego śpiewu i gry na skrzypcach powodowały nieustanne wybuchy braw i entuzjazm, którego nie widziałem chyba od czasu występu Leszka Możdżera w londyńskim South Bank Centre w roku ubiegłym. Jej koncert to podróż w nieznane, nieustannie zmieniające się klimaty i zaskakujące zmiany tempa. Alice emanuje zmysłowością, a jej silny głos harmonijnie łączy się z charakterystycznym brzmieniem skrzypiec. Krytycy muzyczni porównują ją do Björk, Kate Bush czy Tori Amos, ale po tym co usłyszałem podczas festiwalowego występu, odnoszę wrażenie, że Alice Zawadzki podąża jedynie sobie wiadomą drogą i na pewno nie powiedziała ostatniego słowa w temacie muzycznych poszukiwań.

Juliet Kelly (fot. Monika S. Jakubowska)
Juliet Kelly to artystka wulkan. Odznacza się gorącym temperamentem i zdecydowanie najlepiej z wszystkich występujących tego wieczoru pań potrafi nawiązywać kontakt z publicznością. W opinii londyńskiego Time Out, Juliet to Jedna z tych rzadko spotykanych wokalistek, które poprzez muzykę opowiadają szczere historie, a dzięki połączeniu namiętnego głosu i naturalnego ciepła, któremu trudno się oprzeć, Juliet jawi się jedną z najciekawszych obecnie wokalistek na Wyspach, która mogłaby osiągnąć sukces w niemal każdym gatunku.


Juliet Kelly (fot. Monika S. Jakubowska)
Trudno nie zgodzić się z tą opinią, gdyż stylistyczna różnorodność repertuaru Juliet Kelly - zarówno tego, który wykonała podczas koncertu jak i tego z albumu „Licorice Kiss”, którego nawet piąte wysłuchanie podczas tego samego dnia nie nudzi, stanowi niezaprzeczalny dowód na to, że artystka znakomicie odnajduje się w rytmach od bossanovy („Back To Life”), poprzez balladę w rytmie beguine („Mutual Attention”) aż po reggae („I'm Still Here”). Jej interpretacje takich standardów jak „Here Comes The Rain Again” grupy Eurythmics czy „Tainted Love” Glorii Jones, najbardziej popularnego w wykonaniu Soft Cell, to prawdziwe perełki w niczym nie przypominające bezsensownych kopii oryginałów, jakie często można usłyszeć w wykonaniu wielu przedstawicieli współczesnej popkultury.

Bridget Beraha (fot. Monika S. Jakubowska)
Niewątpliwym atutem Bridget Beraha, której występ zamknął festiwalową sobotę, jest jej wszechstronność i umiejętność takiego operowania głosem, iż sprawia on wrażenie bardziej instrumentu niż typowego wokalu. Jedynym mankamentem tej znakomitej artystki jest znacznie lepszy odbiór jej perfekcyjnie dopracowanych albumów, z których „Red Skies” firmowany wspólnie z pianistą Johnem Turville powalił mnie wręcz na kolana, niż jej występ na żywo. Odbiór audiowizualny występu Bridget pozostawił u mnie niewielki niedosyt. Koncert bowiem to rodzaj show, cokolwiek można pod tym pojęciem mieć na względzie. Nieodzownym elementem udanego show jest umiejętność nawiązania kontaktu z publicznością, co bez wątpienia było udziałem Juliet Kelly oraz owacyjny entuzjazm, jaki towarzyszył występowi Alice Zawadzki. Bridget Beraha zaśpiewała znakomicie i nie pozostawiła cienia wątpliwości, że jest artystką wybitną. Jednocześnie trudno było oprzeć się wrażeniu, że przyznanie jej roli finalistki dnia, nie było najszczęśliwszym rozwiązaniem, zwłaszcza że musiała ona wyjść na scenę tuż po Juliet Kelly, której nieustający dialog z widownią stanowił podstawę jej występu.


Bridget Beraha (fot. Monika S. Jakubowska)
Dzień wcześniej – w piątek na scenie pojawiły się: Trudy Kerr, Anita Wardell wraz ze swym kwartetem oraz znana nie tylko publiczności jazzowej, lecz także słuchaczom Programu III Polskiego Radia Monika Lidke. W ostatnim dniu festiwalu wystąpiła wybitna sława jazzu i niewątpliwie największa gwiazda festiwalu Norma Winston z towarzyszeniem Marka Lockhearta i Garetha Williamsa, artyści związani z Loire Music Showcase oraz po raz kolejny współorganizatorka wydarzenia Anita Wardell.

Popularne jest w Anglii powiedzenie: „third time's a charm”. Z niecierpliwością czekam na przyszłoroczną – trzecią edycję spotkania wokalistów, na którą Anita Wardell i Tomasz Furmanek – jak mogę przypuszczać – szykują atrakcje, których zapewne nie zdradzą aż do ostatniej chwili.

Organizatorzy Tomasz Furmanek i Anita Wardell (fot. Monika S. Jakubowska)
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że przyszłoroczny festiwal będzie ponownie wielkim świętem jazzu. Tak było przed rokiem, o czym nie omieszkał napisać w London Jazz jeden z najbardziej znaczących brytyjskich dziennikarzy muzycznych Sebastian Scotney. Tak było i w tym roku, o czym osobiście mogę zaświadczyć. Największym osiągnięciem obu edycji festiwalu bezsprzecznie jest fakt, że dzięki współpracy Tomasza Furmanka z Anitą Wardell polscy wokaliści mają możliwość regularnego prezentowania swoich umiejętności przed wymagającą międzynarodową publicznością, a obecność na tej samej scenie czołowych wokalistów brytyjskich nie tylko podnosi rangę wydarzenia, ale przede wszystkim daje naszym artystom możliwość zaistnienia na łamach brytyjskiej prasy oraz w najlepszych salach koncertowych Londynu. Tomasz Furmanek przyznał na łamach czerwcowego JazzPRESS-u, że jednym z założeń festiwalu jest integracja brytyjskiej i polskiej sceny jazzowej ze szczególnym uwzględnieniem tych polskich artystów, którzy żyją i tworzą na terenie Wielkiej Brytanii. Songsuite Vocal Festiwal w zamyśle organizatorów służy także przyciągnięciu międzynarodowej publiczności do znanego dotychczas głównie wśród polskich fanów jazzu klubu, co w konsekwencji stanowi szansę na skuteczną promocję polskiego jazzu na Wyspach. Dodatkowego smaczku przyszłorocznej edycji festiwalu dodaje owiane - jak na razie - mgłą tajemnicy i będące ulubionym tematem do rozważań w polskim środowisku jazzowym miejsce tego wydarzenia. Dokąd Anita i Tomasz zaproszą nas w przyszłym roku? Myślę, że na to pytanie odpowiedź poznamy niebawem.

 Wywiad z Tomkiem Furmankiem, jaki ukazał się w czerwcowym numerze JazzPRESS-u pod:

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza