niedziela, 25 października 2015

Marek Jamroz - Bajki o Misiach i Opowieści o Smokach. Wywiad z Hubertem Dobaczewskim „Spiętym” z zespołu Lao Che

Marek Jamroz - Muzyka była w jego domu od zawsze, ale zawsze gdzieś w tle. Rodzice nie kupowali płyt, tylko słuchali radia, a to co muzycznego działo się w pokoju jego starszej siostry, było tajemnicą. Na szczęście, choć dorastał w typowo śląskiej rodzinie, rodzice nie katowali go słuchaniem jakże popularnych wśród sąsiadów, niemieckich szlagierów i tyrolskich polek. Pierwsze utwory jakie Marek pamięta to piosenki z niedzielnego Koncertu Życzeń takich wykonawców jak Irena Jarocka, Urszula Sipińska Jerzy Połomski i nieśmiertelna Mireille Mathieu z przebojem Santa Maria. Po słusznie minionym okresie Fasolek i Zająca Poziomki, jego pierwszą dojrzałą muzyczną fascynacją była twórczość Jeana Michelle Jarre'a. Po skutecznej próbie przedarcia się do pokoju siostry,  Marek po raz pierwszy usłyszał jego Equinoxe, Marka Bilińskiego, The Beatles i Andreasa Vollenweidera. Marek zawsze był wzrokowcem - i jak miał nie trafić po latach do Polskiego Wzroku - i prezentowane Przez Krzysztofa Szewczyka w programie Jarmark klipy "Money for Nothing" Straitsów, "Take on Me" A-HA wbijały go w fotel. W późniejszych latach osiedlowa telewizja kablowa emitowała piracko MTV (to prawdziwe, gdzie kiedyś puszczano muzykę). Marek chłonął każdy gatunek - pop, rap, rock, metal, wszystko co brzmiało. Słuchał Trójki i listy w każdy piątek, kupował "pirackie oryginały", jakby chciał się tym wszystkim udławić. Nigdy nie identyfikował się z żądną subkulturą. Jako jeden z niewielu na podwórku lubił Guns'n'Roses i nikt nie wiedział jaka przyczepić mu łatkę. W szkole średniej zaczął słuchać muzyki bardziej świadomie. Wsłuchiwał się w teksty polskich wykonawców i nieudolnie starał się tłumaczyć tych anglojęzycznych. Wtedy to kolega pożyczył mu album Meddle Pink Floyd i tak zaczęła się jego wielka przyjaźń z muzyką brytyjskiej czwórki (a później trójki). Pojawiły się też kolejne fascynacje - Metallica, Biohazard, Smashing Pumpkins, Type O Negative, Sepultura, Dżem, Ira, Kazik, Piersi, Hey ale i Turnau, Grechuta, Soyka i Grupa pod Budą. Dżem był mu zawsze bliski, bo to lokalny patriotyzm i przy ognisku śpiewało się Whisky i Wehikuł Czasu, a porem namacalnie odczuł tragedię śmierci Pawła Bergera, gdy wykonywał napis na jego płycie nagrobnej pracując jako liternik w zakładzie kamieniarskim. Później przyszedł czas emigracji. Marek wyjechał na trzy miesiące w listopadzie 2005 roku i... ten kwartał ciągnie mu się do dziś. Największą pasją Marka jest robienie zdjęć. Zaczynał, gdy jeszcze nikomu nie śniło się o aparatach cyfrowych, a na wywołanie zdjęć (o ile nie miało się własnej ciemni) czekało się parę dni. Łapanie momentów upływającego czasu i zamiana ich w obrazy zawsze było dla niego jakimś rodzajem magii. Oprócz fotografowania lubi stare polskie filmy, absurdalny humor, historię i książki. W wolnym czasie czyta co popadnie i sprawia mu to nieznośną frajdę. Jakiś czas temu zupełnie przypadkowo poznał pewnego mechanika samochodowego, który najpierw okazał się całkiem fajnym gościem, a później gościem z ogromną wiedzą muzyczną. Tym mechanikiem jest Kuba Mikołajczyk, który wraz z Mateuszem Augustyniakiem założyli portal Polski Wzrok, dzięki któremu Marek w tempie pędzącego ekspresu dostał się w sam środek najważniejszych polskich wydarzeń kulturalnych na Wyspach. Zaczął fotografować dla portalu na koncertach, co sprawia mu wielką przyjemność i dzięki czemu poznaje wielu ciekawych ludzi.
 

fot. Marek Jamroz
Zespół Lao Che Nie spoczął na laurach jednego albumu Powstanie Warszawskie. Kolejnymi płytami udowadnia swoją siłę kreatywności i utrzymuje się w czołówce polskiej sceny rockowej. Ich najnowszy krążek Dzieciom otrzymuje pozytywne recenzje i świetnie się sprzedaje. Potwierdza to fakt że dwie piosenki trafiły na listę przebojów Trójki a Opowieść o Misiu (Tom Pierwszy) znalazł się na pierwszym miejscu, po zaledwie trzech tygodniach w notowaniu. Podczas poznańskiego festiwalu LuxFest, redaktor Polskiego Wzroku miał okazję rozmawiać z wokalistą i twórcą tekstów piosenek Lao Che, Hubertem „Spiętym” Dobaczewskim.


fot. Marek Jamroz
Marek Jamroz: W rozmowie z moim znajomym padły słowa, że o Lao Che nie da się powiedzieć że grają źle. Można ich lubić albo nie lubić, ale nie są nijacy. Jak ty to odbierasz ?

Spięty: To opinie, które przychodzą z zewnątrz, więc nie nam to oceniać. Trudno nam się wobec tego ustosunkować.

MJ: Macie na pewno swoich fanów, których twarze już rozpoznajecie na kolejnych koncertach.

Spięty: Tu chyba nie jesteśmy wyjątkiem. Skoro zespół funkcjonuje przez ileś tam lat, ma jakąś drogę, ma wydawnictwa. Ludzie to obserwują, przychodzą na koncerty, czasem są przez dwie, trzy płyty, nieraz odchodzą. Pojawiają się nowi fani, ale na pewno zauważalne jest to, że ludzie pochylają się nad tym co robimy.

MJ: Czy to prawda, że w statucie zespołu jest zapis, mówiący że każda kolejna płyta będzie się różnić od poprzedniej? Czy to kaczka dziennikarska?

fot. Marek Jamroz



Spięty: Było takie założenie na początku, choć teraz odchodzimy od tego żeby się napinać, i nie robimy nic na siłę. Czasem jeden element przy tworzeniu nowego materiału sprawia, że brzmimy tak a nie inaczej. Zwykle robimy więcej piosenek niż wchodzi na płytę, i wybieramy to co się nam podoba. Wcześniejszy przykaz tego by robić coś zupełnie innego już nie jest taki ważny, mogłoby wyjść coś nienaturalnego. Grając z sobą tyle czasu, na przestrzeni lat, trzeba szukać takich rozwiązań, by się sobą nie znudzić. Gdy obserwuje się kapele wydające album, którym muzycy się dobrze wyrazili, a później starają się kultywować sukces podobnym brzmieniem, to często z płyty na płytę jest coraz słabiej.

MJ: Albumem, który was wyniósł było Powstanie Warszawskie. Ale ja wolałbym zadać dziś kilka pytań o najnowszy krążek, Dzieciom. Wspominasz tam córkę w co najmniej trzech utworach…

Spięty: Może dlatego że mam córkę, (śmiech) nawet dwie.


fot. Marek Jamroz
MJ: Tak, dotarłem do tych informacji. Chodzi mi o to, czy tytuł to jakaś osobista dedykacja?

Spięty: Nie. Nie dedykuję tej płyty swoim dzieciom, jako twórca tekstów. Dzieci były zapalnikiem, do pewnych rozmyślań przy powstawaniu materiału.

MJ: Pamiętam zeszłoroczne napięcia z naszym wschodnim sąsiadem. Czy tekst Wojenki powstał na fali tych wszystkich nieprzyjemnych wiadomości, płynących z mediów?

Spięty: Tak, oczywiście. Śledziłem te wiadomości, miałem je w głowie. Mając małe dzieci i budując dom czuło się niepokój.


MJ: Bardzo lubię piosenkę Bajka o Misiu (tom pierwszy). Czy mogę to interpretować, jako opowieść o przysłowiowym Kowalskim sterowanym przez media ?

fot. Marek Jamroz
Spięty: W pewnym sensie tak. Ja co prawda jestem człowiekiem trochę wycofanym z medialnego życia, polityczno - społecznego i nie śledzę tego zbytnio, ale trudno się przed tym obronić. Choć nie oglądam telewizji, nie mam telewizora, i tak jestem atakowany, choćby przez Internet. Jest dużo bodźców, które nas oblegają i nie wiadomo co z tym zrobić. Trudno dziś określić co jest prawdą, a co nie, i niełatwo się do tego ustosunkować. Kiedyś były to tylko media, dziś w dobie portali społecznościowych, każdy ma opinię i musi dać upust temu żeby ją wyrazić i zaistnieć. Ludzie przez to czują się specjalistami w każdej sprawie, i łatwo wydają wyroki.


MJ: „Powierzam dzieci stwórcy, choć grząski to trop, bo ojciec jest ojciec. A Bóg? Toż obcy chłop…” To cytat z piosenki Dżin. Nie pierwszy raz odbierasz nadprzyrodzoność, postaciom i zjawiskom nadprzyrodzonym. Co jest tego motorem? I czy spotkałeś się z negatywną reakcją ze strony kościoła?

Spięty: Żyję w Polsce w kraju katolickim, ale żartuje z mojego, osobistego podejścia do religii i z tego, że u mnie się to jakby rozsypało. Idee zawsze są szczytne i symbol Chrystusa który przyświeca
religii chrześcijańskiej, szeroko pojętej, jest nie do ruszenia. Postać taka jak Jezus na pewno istniała, tak wielka historia nie bierze się znikąd. Ale samo zdanie „zbudujmy kościół” ktoś potraktował zbyt dosłownie i zbudował gmach, który jest coraz bardziej pusty. Co do reakcji ze strony kościoła, to bardziej dochodziły do nas sygnały pozytywne. Graliśmy kiedyś w Toruniu, na jakimś festiwalu quasi religijnym. Było to w 2008 roku i wtedy materiał z płyty Gospel księża przyjęli całkiem fajnie.

fot. Marek Jamroz
MJ: Chcę Ci zadać pytanie, które nurtuje moją znajomą. W piosence Drogi Panie z płyty Gospel, pojawia się adres: Rajska 888. Rozumiem odniesienie do raju, ale co oznacza ta liczba?

Spięty: Trzy ósemki to symbol Chrystusa. Nie zgłębiałem nigdy tej symboliki, zasłyszałem to po prostu. Graliśmy na Woodstocku i spotkaliśmy się z grupą Tymoteusz, Litzy. Zespół promował wtedy płytę 888 i dowiedziałem się wtedy o znaczeniu tej liczby.


MJ: „Kroczy sól ziemi, w nogę noga”. To cytat z piosenki Legenda o Smoku. Czy to twój jakiś rodzaj manifestu anty radykalnego? A jeśli tak, to czy zauważasz wzrost takich nastrojów w społeczeństwie?

Spięty: Przy okazji wszelkich manifestów, ludzie stają się masą bez sumienia, ani indywidualnego rozrachunku. Ta masa krzyczy, daje upust jakimś swoim rozterkom, pragnieniom, lękom. Jest to niebezpieczne zjawisko. Świat niejednokrotnie się dowiedział że takie zjawiska postępują jak lawina. Z ludzi tworzy się jakaś bryła, skorupa, bez refleksji. Świat jest zbudowany z paradoksów. Idziemy przeciw czemuś, a z czasem stajemy się tym, z czym walczyliśmy. Samo zjednoczenie jest dobre. Ludziom przyświeca wtedy jakaś idea, ale często przekraczają granicę, poza którą stają się niesterowalnym motłochem.


fot. Marek Jamroz
MJ: Mówisz że nie piszesz tekstów do szuflady. Tymczasem przeczytałem, że podczas pracy nad płytą Dzieciom powstało ponad 30 piosenek, a na krążku jest ich 10. Czy pozostałe 20 to spadki czy jednak gdzieś leżą i czekają?

Spięty: Mówimy tu o muzycznej sferze i ta trzydziestka odnosi się do melodii. Rzeczywiście byliśmy w Bieszczadach i muzykowaliśmy sobie tak spontanicznie. W kontrze do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej, żeby płyta była inna i żeby albumy się różniły. I to się wpisuje w to założenie. Nie chcieliśmy muzycznie zrobić radykalnie innego albumu od naszej ostatniej płyty Soundtrack. W tym sensie że są tam jakieś elementy, bitowe, pocięte, trochę chłodne. Przy pracy nad materiałem do albumu Dzieciom nie napinaliśmy się zbytnio, żeby się odbijać w lustrze, w stosunku do Soundtracku. Po prostu wyszło nam to bardzo naturalnie i uważam że cały album Dzieciom jest właśnie bardzo naturalny. W dwa tygodnie skomponowaliśmy muzykę, pisanie tekstów zajęło mi dużo czasu. Część miałem gdzieś przygotowanych do mojego solowego projektu, i właściwie ten pomysł Dzieciom przetransponowałem na Lao Che.

MJ: Czy zatem twój drugi solowy album przesunie się w czasie?

Spięty: Ja już przestałem przejmować tym, że mam jakiś solowy projekt do wykonania, i że muszę się tam wyrazić. Niech się po prostu dzieje.

MJ: Czy istnieje szansa, że jako Lao Che powrócicie do swoich pierwotnych korzeni, czyli grania metalu?

Spięty: Nie, raczej nie. Były takie pomysły, żeby tam przyłoić, ale jesteśmy starsi, a z wiekiem hałas zaczyna przeszkadzać. Hałasowi służy młodość, to że człowiek czuje się nie do końca dopasowany, ma w sobie potrzebę buntu i jest to naturalne. A gdy jest starszy, to już nie bardzo to wychodzi. My znamy te riffy, ale już brak nam tej iskry żeby to robić, i taki powrót pewnie spaliłby na panewce.
W metalu głównie chodzi o formę, zawsze było trudno żeby jakieś sensowne treści tam wpleść. Niewielu się to udało. Nie ma sensu napinać się na taki hałas skoro tego hałasu nie ma w nas.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza