niedziela, 10 maja 2015

Marcin Czarny - Miałem sen, że grałem na Wembley – Polski underground na brytyjskiej ziemi – PaRT Jeden (Polski Wzrok)

Gdyby lekarze prześwietlili serce Marcina Czarnego, zapewne wykryliby w nim szeroko pojętą rock&roll-ową duszę. Wychowany na Zeppelinach, Niemenie i Deep Purple, których ojciec wtłaczał mu do uszu za pomocą płyt gramofonowych, zespole Hey, Beatlesach, Hendrixie i Doorsach, których odkrył sam przeglądając popularne w tamtych czasach czasopismo młodzieżowe POPCORN, Gawlińskim, Chłopcach z placu broni, Kobranocce i całej zgrai artystów z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, sięgnął po gitarę i po dwóch latach ciężkiej praktyki, od której rodzicom jeżyły się włosy na głowie, założył swój pierwszy amatorski band. Szybko okazało się, że lepiej wychodzi mu darcie japy (czyt. śpiewanie) niż gra na sześciu strunach. Nim zespół znalazł dla siebie nazwę, zdążył się rozpaść. Na szczęście godziny spędzone w sali prób nie poszły na marne i już kilka miesięcy później Marcin znalazł się w garażu GET AWAY. Stara kanapa, porozrywane głośniki i samochód pośrodku tworzyły iście klimatyczny nastrój. Kapela czerpała swoją inspirację z takich artystów jak Green Day, Pidżama Porno, Tool, The Perfect Circle, R.E.M, Spin Doctors, czy Limp Bizkit, co pozwoliło mu rozwinąć skrzydła i poszerzyć swój wachlarz zainteresowań na nowo odkryte rockowe dźwięki. W tym samym czasie rozpoczął współpracę z lokalną Gazetą Średzką i składem MACHO GRANDE, który charakteryzował się ciężkim brzmieniem wzorująco zaczerpniętym z Illusion i Biohazard. Materiał na pierwszy koncert zespołu powstał w trzy miesiące, a 12 utworów, do których udało mi się napisać teksty w niecałe dwa tygodnie, zasiliło godzinny koncert na festiwalu SCREAM ROCK w jego rodzinnym mieście. Po koncercie, pomimo sporego zainteresowania zgromadzonej publiczności, projekt przestał istnieć. Wtedy nadeszła pora na ostatni ze składów w ojczystym kraju – OWIECZKI PASTORA. Potencjalnie grupa zupełnie niepasujących do siebie osób stworzyła wyjątkowo rockowo-alternatywną atmosferę, co zaowocowało pierwszym zapisem ścieżek w profesjonalnym studio nagraniowym. EP-ka zawierała trzy utwory; „Dragonfly”, „Nyga song” i „Światłowód”. W styczniu 2007 „Owieczki” zagrały po raz ostatni na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, a w marcu tego samego roku Marcin przybył na legendarne „pół roku” na Wyspy Brytyjskie. I tak w marcu stuknie 8 lat, jak w pocie czoła zasila brytyjską gospodarkę. Tutaj muzyka nieznacznie zeszła na dalszy plan i poświęcił się pisaniu. W 2009 roku po intensywnej pracy nad tekstem, przy muzyce Norah Jones, Tori Amos, Stingu i kompletnie niepasującym do tej trójki Marylinie Mansonie, powstała jego pierwsza powieść „Po tej samej stronie samotności”, wydana rok później przez wydawnictwo Poligraf. Swoje piętno odbiła na nim również kapela Deftones. Ich twórczość oddziaływała tak mocno, że rozpoczął pracę nad swoją kolejną powieścią. Tym razem kryminałem „Odcienie księżyca”, którą przerwał, zgadzając się na propozycję redaktora naczelnego Gazety Średzkiej, który wpadł na pomysł, aby stworzyć powieść z drugim pisarzem Piotrem Stróżyńskim. Przez dwanaście miesięcy, co tydzień ukazywał się kolejny rozdział powieści i tym sposobem pod koniec 2013 roku panowie ukończyli powieść kryminalno-obyczajową „Niebezpieczne zabawki”. Rok 2014 to eterowa przygoda w lokalnej radiostacji, gdzie w każdy wtorek o 19:00 wraz z Leszkiem Pankowskim i Marcinem Kusikiem Marcin Czarny prowadzi prześmiewczą audycję „Burza Mózgów”, prezentując słuchaczom swój alternatywny gust muzyczny. Od stycznia 2015 Marcin współpracuje z polskiwzrok.co.uk, a wieczorami próbuje ukończyć „Odcienie księżyca”. Dziś mniej gra, więcej słucha, częściej pisze.



Czego, jak czego ale trudno Polakom odmówić przedsiębiorczości, przez wieki zawsze Polak potrafił i potrafi nadal, co nieśmiało, ale jednak coraz głośniej przyznają już nawet Brytyjczycy. Trudno, więc się dziwić, że wraz z napływem na wyspy polonijnej społeczności jak grzyby po deszczu zaczęła kwitnąć cała infrastruktura, potrzebna przeciętnemu Polakowi do normalnego życia. 

Trafnie ujął to Andrzej Ziemiański w książce Ucieczka z Festung Breslau - (…) Jak Niemcowi powiesz „zakazane”, to znaczy „zakazane”. Jak Ruskiemu to powiesz – to samo. Spróbuj powiedzieć to Polakowi. „Zakazane” to są dla niego od razu trzy możliwości: częściowo zakazane i trzeba ściemniać, zakazane, ale nie do końca, tak jakby zakazane i niezakazane jednocześnie. I najprostsza możliwość. Zakazane? Aha, to znaczy nikt nic nie wie i rób, co chcesz.

– Jezu Chryste, nigdy nie zrozumiem tego narodu. Jak wyście przetrwali tyle wieków?

– Właśnie dzięki temu.

Human Control - najdłużej istniejący polski band w UK
Przy takim podejściu nietrudno się dziwić, że flegmatyczni brytyjscy dżentelmeni zostali nieco w tyle i z jakiegoś powodu są z tego faktu bardzo niezadowoleni i głośno to niezadowolenie wyrażają, jednocześnie korzystając z naszych usług, na co dzień i chwaląc polską kuchnię. Ale zmierzając o meritum, dzięki polskiej przedsiębiorczości, która stara się nie ominąć żadnego aspektu naszego życia na wyspach, ostatnimi czasy jesteśmy dość często rozpieszczani muzycznie przez nasze rodzime gwiazdy, które coraz tłumniej zjeżdżają się w ślad za swoją publicznością, aby koncertować i zwiedzać ojczyznę Beatlesów i Queen, czyli łączyć przyjemne z pożytecznym.

Angielsko-polski LynchPyn - jedna z najbardziej dramatycznych historii polskiego rocka w UK

I tak mamy tutaj do wyboru do koloru, od popowych gwiazdek poprzez świeżo wypromowane kapele, aż po starych wyjadaczy grających od kilkudziesięciu lat. Na wyspach działalność swoją prowadzą również imigracyjni muzycy, którzy dokładają własną cegiełkę do brytyjskiej muzycznej świątyni. Grają czasem w składach mieszanych, czasem w składach stricte polskich, robią bluesa, robią jazz i heavy metal. Spotkać ich można w angielskich klubach czy w klimatycznych pubach, posłuchać, pogadać, wypić z nimi piwo i zderzyć się ze ścianą muzycznej pasji, którą zarażają wszystkich wokół. To polski underground w najlepszym wydaniu, dziki, buńczuczny i prący cały czas do przodu, niczym Jacek Krzynówek w latach swej świetności Zapraszamy na cykl artykułów poświęconych polskim muzykom, oraz polskim kapelom na wyspach.

Part Jeden -Transparent Human Creatures i Bright Color Vision

 

Puby w Wielkiej Brytanii przestają być tak popularne jak we wcześniejszych latach. BBC podało, że od początku tego roku z tygodnia na tydzień zamyka się pięć z nich. Oczywistym powodem (są emigranci, haha…taki żart…no dobra…nienajlepszy) jest brak klientów i swoiste dokładanie do interesu zamiast wyciągania profitu. Żeby wyjść naprzeciw problemowi niektóre przybytki przeznaczają określoną część na strefę restauracyjną, serwując domowe specjały szefa kuchni, natomiast inne organizują specyficzne eventy, mające na celu przyciągnięcie konsumentów. Najpopularniejszymi z nich są OPEN MIC (gdzie każdy może na kilka minut stać się gwiazdą małej sceny) i LIVE MUSIC, czyli underground –owi wykonawcy, przedstawiający swoją twórczość mniejszej lub większej liczbie publiczności. Redaktorzy Polskiego Wzroku mieli okazję uczestniczyć w jednym z takich koncertów.

fot. Marcin Czarny
Bishops Strotford to niewielka mieścina, gdzie przy ulicy North Street znajduje się pub o nazwie The Half Moon. Poinformowani o zbliżającym się tam evencie postanowiliśmy odwiedzić ów przybytek i sprawdzić, czy dziennikarze BBC mieli rację. Początkowo ogarnęło nas rozczarowanie, bo wchodząc do środka nie słyszeliśmy muzyki, a goście pubu praktykowali piwne konwersacje w jednej długiej sali, gdzie w końcowej części mieścił się bar. Szybko jednak zostaliśmy pokierowani do bocznej nawy pubu, którą specjalnie przeznaczono na muzyczny zgiełk. Pokonaliśmy wąski korytarz, przeszliśmy obok wyjścia na ogródek piwny i weszliśmy do zaciemnionego pomieszczenia

Transparent Human Creatures

 

fot. Marcin Czarny
Po Annie Scott – eksperymentalnej wiolonczelistce, której pradziadek był Polakiem, a która zaprezentowała na rozgrzewkę krótki, bardzo klimatyczny set, na scenie zainstalowali się Transparent Human Creatures. Trójka muzyków wchodząca w skład mistycznie nazwanego bandu to Jonathan Enyon- gitara basowa i wokal, Łukasz Makowiecki- perkusja i Maciej Gazda – gitara. Jak sami twierdzą ich muzyka to „Face-melting guitar rock chopped and sauteed with heart-wrenching vocals, and groove drum parts”. Głos Jonathana to idealna kopia Maynarda Jamesa Keenana znanego z takich formacji jak Tool, A Perfct Circle, czy Puscifer. Odnieśliśmy wrażenie, że twórczość zespołu zaprezentowana na koncercie inspiracyjnie zaczerpnięta została z wyżej wymienionych bandów.  Nie chcielibyśmy jednak przypinać im etykietki „kopiuj-wklej”, gdyż THC to skład, który przy każdym kolejnym dźwięku zaskakuje cię muzyczną parabolą. Masz czasami wrażenie, że wzlatujesz w powietrze na puchatym obłoku, a za moment spadasz głową w dół, gdzie zderzenie z ziemią jest niczym muzyczny orgazm. Najbardziej zaskakującym faktem staje się myśl, że już koniec, a epileptyczne nuty wżerają się w twój mózg ponownie aż do końcowego aktu spełnienia. Wszystko za sprawą trzech pozornie normalnych członków zespołu, którzy z instrumentem w rękach stają się wirtuozerskimi bestiami. Udało nam się namówić gitarzystę zespołu – Macieja Gazdę na krótką pogawędkę na temat THC i ich twórczości:


Łukasz Makowiecki (fot. Marcin Czarny)
„ Jeśli chodzi o skład, to nasz perkusista Łukasz jest z takiej szkoły mega profesjonalnej. Wszystko jest grane tak, jak zostało kiedyś zrobione, gdzie nie ma miejsca na jakieś improwizacje. My zasadniczo w takim składzie dopiero zaczynamy grać, więc nie robimy cudów na kiju pomiędzy. Mamy trochę pod górkę, bo jest jeden bas, jedna perkusja, a ja robię dwie gitary. Wiesz, różne strojenia, a chciałbym po prostu tylko zmieniać instrument, a nie dostrajać się na scenie. Tutaj graliśmy sześć numerów,  a ja użyłem trzech strojeń. Nie gramy wcale w standardowych stroju, bo to jest za wysoko dla Jon-a, a nie dlatego, że jesteśmy obrażeni na taką tonację. 

Maciek Gazda (fot. Marcin Czarny)
Przecież to co on tutaj zrobił to wiesz… Ja reaguję bardzo impulsywnie na dźwięki i jeśli coś jest aż tak dobre to ja zaczynam się momentami mylić. Skupiam się na tym, co on robi, bo ma gość potencjał. Na koncerty ludzie przychodzą i oczekują pełnej profeski. Choć to nie jest stadion i niektórych rzeczy nie da się obejść, my z tego sprzętu wyciągamy bebechy, żeby im dogodzić. Nawet gdyby przyszła jedna osoba to tak samo byśmy rąbali dla tej jednej, jak dla wszystkich, co tutaj byli. To nie ma znaczenia. Wiadomo, że na próbach gramy nieco luźniej, a na koncercie jest jednak spinka. Na próbach jest inaczej. Numery z trzech minut rozciągają się do piętnastu i po drodze dzieje się wszystko. Jon ma chemię ze mną taką, że to się dzieje samoczynnie, jakbyśmy byli jedną osobą, tylko rozdzielili się na instrumenty. W jednym momencie on robi to, co ja bym chciał żeby tam było. Albo czasem mnie zupełnie zaskoczy i jeszcze polepszy coś, co mam w głowie. Granie w zespole wymaga kompromisów, dostrajania się ze sobą, wyregulowania poziomów głośności. Bo jak to nie działa, to tak naprawdę nic nie działa. Generalnie twórczość jest nasza wspólna, to znaczy moja i Jonathana, bo my jesteśmy jakby „Spółką Z.O.O.” 

Jonathan Eynon (fot. Marcin Czarny)
On przychodzi do mnie z motywem, albo ja do niego. Nie przynosimy kawałka od początku do końca zrobionego tylko przez jednego z nas. To znaczy…on jest w gorszej sytuacji, bo musi pisać teksty (śmiech). Ale czasami pomagam mu układać melodię. Na dzisiejszy wieczór szukaliśmy specjalnie takich aranżacji, które tworzyłyby ostre gitarowe granie. Chcieliśmy wypełnić luki, które gdzieś tam mogłyby się pojawić. Zagrałem jedną gitarę, a na nagraniu masz trzy. Dlatego użyłem efektu stereo Line6-a, który rozdziela sygnał i na jednym kanale ustawiłem set, a na drugim normalne tremolo, po czym dodałem volume background-owe, czyli main riff był głośniejszy od tego tremolo. A to powoduje, że cały czas coś się tam szwenda. Do takiego grania zainspirował mnie brytyjski zespół Royal Blood. Jeśli chodzi zaś o nagrywanie, to Łukasz, nasz perkusista jest również naszym realizatorem. On potrzebuje czyste gitary i bas, by nagrać perkusję. Wszystko ma brzmieć jak muzyka. Bo nagrywanie perkusji do „klika” –metronomu, jak i gitar, czy basu do klika, a nie do żywej perkusji z klikiem oczywiście, bo trzeba grać z klikiem, powoduje, że nagrywasz płytę bez emocji, bez duszy, bez ekspresji. A gdy słyszysz tą perkusję, to wiesz, kiedy jest jebnięcie, wiesz, kiedy pocisnąć. To jest zupełnie inna bajka. Bardzo dużo zespołów nagrywa tylko i wyłącznie do klika i wydaje potem takie, a nie inne płyty. Ja bym nie potrafił tak zrobić. Chcemy, by ta muzyka była żywa, prawdziwa i nie ma znaczenia, czy rzecz będzie się dziać na koncercie, czy na LIVE.”

Bright Color Vision

 

fot. Marcin Czarny

Wojtek Kaldon (fot. Marcin Czarny)
Podobnie zresztą odebraliśmy skład Bright Color Vision. Band, w którego skład wchodzi Paweł Sierpinski – gitara prowadząca, Wojtek Kaldon – gitara rytmiczna, Corrado Mac – wokal, Przemek Podmostko – perkusja, Steven Matejuk – gitara basowa, wcale nie zaniżał poziomu wydarzenia. Mocne metalowe brzmienie gitar w zaprzęgu z bezbłędnymi bębnami, charyzmatycznie prowadzonym basem i chwilami bardzo ostrym, agresywnym wręcz, a momentami subtelnym anglojęzycznym głosem, sprawiały wrażenie jakby wszystko było częścią jakiegoś gigantycznego muzycznego teatru i odczuwać mogłeś jedynie strach o przedwczesne opuszczenie kurtyny. Zresztą muzycy starali się, by do tego nie dopuścić. Ich repertuar, wliczając przerobiony „Smells like teen spirit” Nirvany, czy „Killing in the name” Rage Against The Machine, jak również sporą ilość utworów własnego autorstwa, zapełnił ponad godzinny czas koncertu.


Corrado Mac (fot. Marcin Czarny)
Bright Color Vision to jeden z tych zespołów, które urodziły się na scenie i nigdy nie powinny z niej zejść. Energia płynąca z głośników prosto w uszy odbiorcy wypełnia całe jego wnętrze i jest niestety dla wielu grafomanów nie do opisania. Bo wyobraźcie sobie wysokiego gitarzystę w długich rozpuszczonych włosach, który swym wyglądem przypomina amerykańskiego Indianina i ów Indianin gra bluesowe solo do metalowej muzy mając zamknięte oczy i głowę odchyloną do tyłu w taki sposób, że nawet za milion dolców nie miałby szansy spojrzeć na swoją gitarę, a melodia spod jego palców płynie i unosi cię niesłychanie wysoko. Albo drugiego, bardziej ekspresyjnego gitarzystę, którego: „One! Two! Three! Four!” zagłuszyło resztę zespołu, mimo, że jego głos nie był wzmocniony żadnym sprzętem elektronicznym.



Przemek Podmostko (fot. Marcin Czarny)
Czy też zaistniałą sytuację z aktywnym basem, w którym złośliwa bateria odmówiła posłuszeństwa, a zespół prawie cały utwór grał bez basu, jak gdyby nic się nie stało. Następnie bębniarz. Jego ręce poruszały się tak szybko, że trudno było czasami zauważyć, czy je jeszcze ma. W końcu wokalistę, którego stylowe zarzucanie kręconą grzywą i czystość głosu z wirtuozerią zamykały całość. Oni również opowiedzieli nam trochę o sobie:

„W obecnym składzie gramy ponad rok. Wcześniej graliśmy z innym wokalistą – Wojtkiem, którego można posłuchać na poprzednim albumie(w tej chwili od stolika wstaje bębniarz i za moment stajemy się właścicielami „Carousel” wydanej w 2012 roku). Niestety Wojtek wrócił do Polski i zaczęliśmy szukać kogoś, kto mógłby go ewentualnie zastąpić. Za starzy jesteśmy, żeby do czegoś dojść, a za młodzi, żeby się poddać. Wtedy pojawił się Corrado. Jesteśmy z Londynu, a to małe miasto. Osiem milionów mieszkańców. Ciężko kogokolwiek znaleźć (śmiech). Corrado jest Włochem, ale ma za to bardzo ładny polski akcent (śmiech). 


Paweł Sierpiński (fot. Marcin Czarny)
On zresztą spowodował, że komponujemy troszkę inaczej. Forma jest niby zachowana, ale niektóre rzeczy się zmieniły. Pierwszą płytę nagraliśmy w 2009 roku, potem długo nic, aż przyszła pora na kolejną w 2012 roku. Ta druga jest już bardziej rozwinięta muzycznie. Wydaliśmy ją własnymi siłami, a obecnie jesteśmy w trakcie produkcji kolejnego krążka. Nagranych jest większość utworów. Pozostaje tylko dopieszczenie szczegółów, jak na przykład mastering, czy miksowanie. Jeśli chodzi o koncerty, to rzadko gramy takie gigi jak ten tutaj. Strasznie denerwuje nas forma koncertowania Pay to Play, czyli zapłać, żeby zagrać. W takich przypadkach naganiasz znajomych, żeby przyszli cię posłuchać. Dlatego preferujemy większe projekty, szukamy poważnych ofert. Choć przyjaciołom nigdy nie odmawiamy i zawsze z chłopakami chętnie grać będziemy, bo to doskonali muzycy między innymi. Jeśli chodzi zaś o najbliższe muzykowanie, to odezwał się do nas niedawno jakiś zespół z Grecji, który odbywa tourne po Europie i zaprosili nas, żebyśmy zagrali przed nimi 14 maja na Camden w Londynie. 


Steven Matejuk (fot. Marcin Czarny)
Podobno ich perkusista nas uwielbia. Kiedyś graliśmy support przed Proletariatem. Pierwszy raz widzieliśmy, żeby akustyk ustawiał mikrofony przez dwie godziny. Wyglądało to niesłychanie  komicznie, ale gdy skończył, wszystko tak rewelacyjnie zabrzmiało, że nie wiedzieliśmy, co się dzieje. To był dla nas szok. Myślimy, że w przypadku tego suportu 14 maja, będzie podobnie. Niestety artysta w tych czasach to taka postać, która wydaje na sprzęt pięć tysięcy funtów, który jedzie vanem za tysiąc funtów na giga, za którego dostaje dziesięć funtów, albo dyplom. Chcielibyśmy, aby tutaj było jak w Seattle w latach dziewięćdziesiątych. Tam się zespoły wspierały, dlatego tak wiele kapel wypłynęło.” Wracaliśmy Jabolem(Ford Focus) dość późno w nocy, ale nie odczuwaliśmy zmęczenia, bo w głośnikach rockowo dudniło Bright Color Vision. A tak na marginesie „Drogi Naczelny”, Carousel rewelacyjna i z radością muszę stwierdzić, że jeszcze przez jakiś czas pojeździ Jabolem. – (potwierdzam – dostałem już Carousel z powrotem i ostro jedzie Jabolem – dop. Bezczelny Naczelny)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza