poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Antoni Malewski: Tomaszów Mazowiecki - Moje miasto w Rock’n’Rollowym widzie - CZĘŚĆ 1

„Zaszwargotanych zaułków twych
Kurz, zaduch, błoto i gwary
Piękniejsze są mi niż stolic szych
I niż paryskie bulwary!...”

                                     Julian Tuwim

3.Tomaszów Mazowiecki - moje miasto

Plac Kościuszki z widoczną gwiazdą wdzięczności
Ilekroć wracam pamięcią do lat 40/50-tych XX wieku, lat mojego dzieciństwa, mojej młodości widzę szarość, brud miasta, kilkanaście codziennie dymiących kominów i słyszę cykliczne „wycie” fabrycznych syren od godziny 5.25 do godziny 22.00, informujące ludzi pracy o wyjściu z domów do fabryk, o rozpoczęciu i jej zakończeniu, budząc innych, jeszcze śpiących mieszkańców miasta i okolic. Większość ulic w mieście posiadała nawierzchnie brukowe lub bazaltową kostkę (np. część ulicy Warszawskiej od św. Antoniego do Szerokiej). Jedno co było pozytywne to uliczne, drążone rynsztoki, dzięki którym w czasie ulewnych deszczy nadmiar wody szybko odprowadzany był do koryt naszych rzek.


Miasto Tomaszów Mazowiecki. od początku powstania, było zawsze satelitą Wielkiej Fabrycznej Łodzi czyli klasycznym, ponurym zarzewiem wczesnego kapitalizmu. Gdy do ręki biorę arcydzieło literackie Władysława Reymonta czy oglądam wielkie dzieło filmowe Andrzeja Wajdy o tym samym tytule „Ziemia obiecana”, wzruszam się do łez. Przed oczyma ukazują się moi rodzice, przedwojenni włókniarze, matka (tkaczka) a ojciec (przędzarz, farbiarz). To ONI swą ciężką pracą wykształcili we mnie tolerancję i miłość do mojego grodu. Miasta o pięknej rzeźbie terenu położonego w dolinie trzech rzek - Pilica, Wolbórka, Piasecznica/ Czarna - otoczone wokół od północy, wschodu, południa lasami; las starzycki przechodzący w Puszczę Spalską i lasy smardzewickie, a od zachodu lasy piotrkowsko-tomaszowskie. Bogactwo krajobrazowe naszej ziemi to, przede wszystkim zjawiska krasowe występujące w akwenie wodnym Niebieskie Źródła, na prawym brzegu Pilicy, a na przeciw po drugiej, lewej stronie rzeki, Groty z piaskowca w Nagórzycach.

Przemysłowy Tomaszów Mazowiecki
W górze rzeki Pilicy kopalnia kwarcowego piasku Biała Góra. To nasze rzeki zadecydowały, że na początku XIX wieku, po przegranych powstaniach narodowych (listopadowe 1830r, styczniowe 1863r), gdy zaborca, carska Rosja, zabronił Polakom posiadania liczących się majątków, przedsiębiorstw a uczestnikom zrywów narodowych wprost odbierał majątki, osadnicy z Niemiec, Austrii, Francji, korzystając z nadarzającej się okazji, tworzyli nad nimi podwaliny przemysłu włókienniczego. Wybudowane przez nich fabryki, odprowadzanymi „odchodami technologicznymi” truły wody tych rzek i niszczyły dziewiczą przyrodę miasta i okolic.


Zakłady włókiennicze i inne istniejące nad rzekami: Czarna/Piasecznica – ZPW ”Nowotki”, ZPW „Tomtex”, ZWCH „Chemitex-Wistom”, Wolbórka – Fabryka Dywanów „Weltom”, zakłady A,B,C - ZPW „ Mazovia”, Fabryka Filców Technicznych i inne małe fabryczki, nie tylko włókiennicze, zlokalizowane wokół ulic; Pl. Kościuszki, Grunwaldzka, Tkacka, Farbiarska. Za miastem w kierunku wschodnim, na Łąkach Henrykowskich na odcinku niespełna jednego kilometra łączą się rzeki, Czarna/Piasecznica z Wolbórką by po kilkudziesięciu metrach, połączyć się z rzeką Pilicą a ta z ogromem chemicznego skażenia płynęła przez SPAŁĘ - największy kurort i sportowa baza centralnej Polski.

Ruiny nieistniejącego (dziś SCh TOMY), kultowego kina „Mazowsze”
Proces skażania przyrody i naturalnego środowiska człowieka przez nie tylko tomaszowskie przedsiębiorstwa, odbywał się za cichym przyzwoleniem władz. Trwał długo, bo praktycznie do końca lat 60-tych. Wiele gatunków roślin i fauny nieodwracalnie zniknęła a Spała jako kurort turystyczno-wypoczynkowy na długo straciła swoją atrakcyjność. W mieście istniały trzy kina; „Mazowsze”, Włókniarz”, „Chemik”, które w pełni zaspakajały potrzeby ludności, choć bywały okresy, że równolegle wyświetlano w trzech kinach filmowe przeboje, na które trudno było zdobyć bilet na każdy z seansów (trzy projekcje dziennie). W każdą środę i sobotę na scenie kina „Włókniarz” odbywały się spektakle teatralne, kabarety, występy artystyczne łódzkich teatrów czy estrady muzyczne w postaci koncertów, recitali. Również w późniejszych latach podobną rolę co kino „Włókniarz”, ze względu na posiadaną scenę, pełniło w mieście kino „Chemik” w dzielnicy Wilanów. W starym budynku Straży Pożarnej przy ul. P.O.W. mieściła się duża sala, w której w latach 50/60 – tych ubiegłego wieku odbywały się mecze bokserskie. W tamtych latach Tomaszów posiadał dwie bardzo silne drużyny w tej dyscyplinie – K.S. Pilica (dawna Unia) i R.K.S. Lechia (dawna Spójnia).

Wrzesień 1939r. Pierwsza bomba jaka padła na nasze miasto (dziś stoi tu DH „Niedźwiedź”)




Dwie restauracje „Tomaszowianka”, „Mazowianka” w centrum miasta, były wystarczającym wyszynkiem dla robotniczej ferajny a dodatkowo dla kochających tańce, dancingi, wystarczały restauracja i kawiarnia „Jagódka” oraz kawiarnia „Literacka” w ZDK „Włókniarz”. Dla knajpowego „ukrycia się”, można było skorzystać z restauracji podmiejskich, w Białobrzegach „Białobrzeżanka”, w Jadwigowie „Jarzębinka” czy restauracja na Brzustówce. Na początku lat 60-tych powstały w mieście trzy nowe kawiarnie młodzieżowe; w parku Rodego „Liliput”, później po przebudowie zmieniono nazwę na „Klubową”, w parku XX-lecia PRL na Muszli Koncertowej, „Zacisze” oraz w Hotelu Mazowieckim „Błękitna”. Działalnością kulturalną zajmowały się domy kultury, ZDK „Włókniarz” i ZDK „Chemik” a dzieci i młodzież tomaszowskich szkół spotykały się w Młodzieżowym Domu Kultury mieszczącym się w przejściu ulicznym z ul. Polnej do ul. Św. Antoniego. Bardzo ważną funkcję kulturalno-oświatową w mieście, pełniły przyzakładowe świetlice istniejące praktycznie przy wszystkich większych zakładach pracy.


Skłamałbym gdybym krytycznie wyrażał się o działalności tych instytucji, choć wiele złego można powiedzieć o socjalistycznym systemie, to wymienione miejsca funkcjonowały doskonale, wypełniając i zabezpieczając czas wolny dzieciom i młodzieży. Nic podobnego nie mogę powiedzieć o czasie teraźniejszym, bo podobne przedsięwzięcia na tak masową skalę nie istnieją. Po upadku stalinizmu w 1955r w ZSRR, w Polsce do władzy dochodzi Gomułka, następuje „odwilż” polityczna (1956r), po której wyczuwało się, że od zachodu wieje jakiś dziwny „wiatr historii”, że coś „przywieje”, że drogą wodną, lądową i powietrzną zbliża się do Europy potężne „tsunami”, pokonując „żelazną kurtynę” obozu socjalistycznego, również granice mojego państwa, mojego miasta. Bliżej nieokreślone zjawisko, „cuchnie” z dala rewolucją kulturalno – oświatowo – obyczajową. Zjawisko, które na zawsze ma zmienić pojałtański świat, dać wolność osobistą, wyzwolić społeczeństwa, narody z totalitaryzmów. To dziecko amerykańskiej subkultury, zwie się – Rock’n’ Roll.

Parafrazując Tuwima pozwolę sobie przytoczyć fragment wiersza:

„A ja Tomaszów wolę! Jego brud i dym
Szczęściem mi są i rozkoszą!
Kocham twych ulic szarzyznę mdłą,
Najdroższe miasto na świecie!
                                       Julian Tuwim

4. Starzyce

Widok na Niebrów i Starzyce
Dzielnica na krańcu miasta u wylotu do Łodzi, kierunek zachodni i do Warszawy, kierunek północny, leżąca nad rzeką Piasecznica/Czarna, nad którą usytuowane były dwa zakłady włókiennicze, ZPW Tomtex i ZPW Nowotki (stary zakład). Zakłady dawały pracę, utrzymanie mieszkańcom dzielnicy, miasta i okolic. Dzielnica ogrodów, sadów, skwerów, działek. Kiedyś mój nieżyjący, wspaniały przyjaciel, Zbyszek Trachta, po obejrzeniu filmu francuskiego pt. „Porte de Lilas” (Dzielnica pachnących bzów) tak sparafrazował tytuł filmu, „Starzyce – dzielnica pachnących bzów”. Wcale się nie pomylił, gdy przyszedł miesiąc maj, czerwiec, faktycznie wieczorne zapachy jaśminów, maciejki, kasztanów czy kwitnących bzów, przedzierały się przez otwarte okna do mieszkań, przenikały powietrze i atmosferę całej dzielnicy.


Roślinna wonność i aromaty, neutralizowały fetor wydobywający się z ulicznych rynsztoków, dymiących kominów fabryk i domów. W trzy miesiące po zakończeniu II wojny światowej, (29 sierpnia w 1945r), u zbiegu ulic Zawadzkiej i Warszawskiej, stał dom, posesja nr.101 (dziś zakład wulkanizacyjny), w którym przyszedłem na świat w wielodzietnej rodzinie. Bracia, starszy Andrzej (nieżyjący) i młodszy Tadeusz oraz najmłodsza, siostra Barbara (nieżyjąca dzis), od ponad 30 lat mieszkanka górnego Śląska.

Autor wczoraj i dziś
W Starzycach istniały blisko siebie, dwie szkoły podstawowe, na tak zwanej „górce” nr.3 przy ul. Warszawskiej 95 oraz w „pałacu Bornsteina” nr.7 przy ul. Warszawskiej 103, na wprost wylotu ul. Głównej do Warszawskiej. Również przy ul. Warszawskiej był Zakład Oczyszczania Miasta (ZOM), w którym istniała Rakarnia (zwany popularnie hycel). W 1956r. rakarnię zamieniono na Miejski Zakład Komunikacji z zajezdnią autobusową. W dniu 15 września 1956r Tomaszów Mazowiecki – NARESZCIE – otrzymał linie autobusowe.

Życiorys

Gdy robiąc swe wieczorne siusiu
Na nocnik jeszcze pupką siadał
O krok już był od geniuszu,
Bardzo się dobrze zapowiadał

A kiedy wyrósł na studenta
I wągry nad książkami zjadał,
Miał już niezbite argumenta,
Że się najlepiej zapowiadał.

Potem w kawiarniach – czy prywatnie,
O wszystkich jak najgorzej gadał,
I zawsze zdanie miał ostatnie,
Bo tak się dobrze zapowiadał.

Posiwiał, zmarszczył się, zestarzał
I zęby wszystkie już postradał,
A jeszcze wszystkim się odgrażał
Jeszcze się dobrze zapowiadał.

I wreszcie starczą śmiercią umarł,
I wtedy naród cały biadał,
Że taka chluba, taka duma,
Że tak się dobrze zapowiadał.

Światopełk Karpiński

Ulica Warszawska w Starzycach vis a vis po prawo ZPW „Nowotki”

Na początek ruszyły trzy, nr.1 trasa Dw. PKP – przez Dworcową, Główną, Warszawską, Pl. Kościuszki, Legionów – Smugowa, nr.2 trasa Dw. PKP – przez Dworcową, Spalską, Nowowiejską, św. Antoniego – Brzostówka, trasa nr.3 Białobrzegi – przez Mireckiego, Mościckiego, Plac Kościuszki, Piłsudskiego, Legionów, Hallera – Rolandówka W połowie lat 60-tych szkoła nr.7 spaliła się, długo zrujnowany budynek straszył mieszkańców. Pod koniec XX wieku odbudowano zgliszcza i dziś m.in. znajduje się w nim apteka pp Saleskich, dalej w głąb posesji pałac fabrykanta Bornstaina a w nim przedszkole nr. 17, do którego ja, moje rodzeństwo chodzili. W 1954 r. szkoła nr.3 przeobraża się w „jedenastolatkę”, do klas podstawowych (1-7), dołączyły klasy licealne (8-11), zmieniając nazwę szkoły na LO 29, które to klasy licealne są protoplastą istniejącego dziś na ul. Jałowcowej, II LO. W 1959r liceum „wyprowadza” się z ul. Warszawskiej nr. 95 do budynku przy ul. Św. Antoniego nr. 29 (obecnie Technikum Mechaniczne). Bardzo ważną, rolę w życiu mieszkańców dzielnicy odgrywała świetlica przyzakładowa ZPW Nowotki przy ul. Warszawskiej 105/107. Dziś stoi tu fragment budynku, a w nim sklep spożywczy Ogmet. Miejsce codziennych spotkań, kulturalno-sportowych rozrywek, a na przeciw budynku świetlicy, „pole fabryczne”, służące jako boisko sportowe, miejsce wszelkich zawodów, imprez i rozgrywek sportowych starzyckiej młodzieży. Dziś na polu fabrycznym znajdują się budynki firmy JOKA.

Pałac Bornsteina. Dawna szkoła podstawowa w Starzycach,
dzisiaj posesja pp Saleskich
Jednak najpiękniejszym, najbardziej atrakcyjnym miejscem dla wszystkich mieszkańców dzielnicy, od dziecka do wieku starczego, emerytalnego, był akwen wodny, zwany Stawem Starzyckim. Staw powstał po spiętrzeniu wód dwóch rzek, Piasecznicy i Bieliny płynących od zachodu, zamknięty od północy stawidłami, od wschodu ograniczony placem i budynkiem zakładu ZPW „Nowotki”, z wejściem na zakład od ul. Warszawskiej 105/107, a od południa, uprawnymi polami Krycha ciągnącymi się do ulicy Zawadzkiej. Służył nie tylko procesowi technologicznemu w produkcji tkanin w fabryce włókienniczej. Był też miejscem wypoczynku i rekreacji dla szerokiej rzeszy mieszkańców Starzyc. Latem nad jego brzegi przybywały, po obu stronach stawu, całe rodziny ze swymi pociechami, młodzież, nie tylko z dzielnicy ale także z okolicznych ulic miasta i miejscowości (Komorów, Zaborów, Lubochnia, Glinnik, Luboszewy, Małecz, Sangrodz). Wymiary stawu w przybliżeniu, to długość około 550 - 600 metrów a szerokość od 150 do 200 metrów. Przez cały rok – wiosną, latem, jesienią zimą - wielkie „żniwa” mieli tomaszowscy wędkarze. Ryby w stawie było w bród. W okresie letnim był tu raj na ziemi dla dzieci i młodzieży, o ironio, nie chciało się jechać na kolonie, obozy. Było tu wszystko co potrzebne jest w lecie człowiekowi, woda, słońce, cień koron starych drzew, trawa, plaża, tak, tak plaża!!!. Bywało, że w niektórych miejscach w wodzie był żółty piasek, a na brzegu południowym od strony ulicy Zawadzkiej przy Końskim Dole (najgłębsze miejsce w stawie) wypożyczalnia kajaków. Co roku na rozpoczęcie wakacji na 3 -5 dni, wody stawu były „spuszczane”, oczyszczano i naprawiano fabryczne urządzenia, wzmacniano groble i stawidła. Staw bez wody odkrywał swoje tajemnicze „dno” i wszyscy zaopatrywaliśmy swe domy w ryby, raki. Nie pamiętam czy był w Starzycach choćby jeden chłopak z mojego pokolenia, który by nie potrafił pływać? Wątpię, a jeżeli się taki znalazł, był to rzadki nieudacznik Dla małych dzieci i ich matek było na północnym brzegu stawu miejsce z płytką wodą na dużej przestrzeni, zwane Babskim Morzem.

Willa Bornstaina w Starzycach.
Ja w wakacje po ukończeniu II klasy podstawówki, przepłynąłem staw na wysokości stawideł, w jedną i drugą stronę bez odpoczynku, to znaczy odcinek około 350 metrów. Ambicją każdego z nas było jak najszybciej nie tylko nauczyć się pływać ale przepłynąć szerokość stawu choćby tylko na wysokości stawideł w jedną stronę. Było to normą, miarą odwagi i tak zwanej „męskości”. Zbyteczni byli „nauczyciele” pływania a utonięć w naszym stawie nie pamiętam. Często organizowaliśmy zawody pływackie, zwycięzcy chodzili w „glorii” po dzielnicy, byli ważni i wszyscy wyrażali im szacunek a przegrani żądni byli rewanżu, co przysparzało zdrowej rywalizacji. Toczyliśmy pojedynki w kajakowych wyścigach, to była wspaniała rywalizacja. Często zwyciężał Andrzej Tokarski albo Czesiek Kabziński. Oni byli najlepsi w tej dyscyplinie. W pływaniu o palmę pierwszeństwa ja walczyłem z Andrzejem Tokarskim, do rywalizacji przyłączał się również Marian Kot. W tej dyscyplinie było różnie, co jakiś czas pierwszeństwo przechodziło z jednej osoby na drugą czy trzecią. Po drugiej stronie stawu od północy między szosą ulicy Ujezdzkiej (nie było jeszcze zakładu „Tomtex”) a stawidłami, były krzewy, zarośla, stare drzewa i pola, nieużytki, na których mieliśmy boisko do gry w piłkę nożną, siatkową. W wakacje na tych polach organizowaliśmy „małą starzycką olimpiadę”, w której poza grą w piłkę nożną czy siatkową były dyscypliny lekkoatletyczne jak skoki (w dal, wzwyż, trójskok), rzut kulą (wyszukany odpowiedni kamień) i oszczepem (odpowiednio dobrany i wystrugany konar, gałąź).

Rycina fabryki Bornsteina przyszłe ZPW „Nowotki” w Starzycach
Nie było czasu na nudzenie się, wakacje zleciały nam jak z bicza strzelił. Również zimą gdy wody stawu zamarzały, organizowaliśmy w okresie ferii bożonarodzeniowych, konkurencje zimowe; ściganie się na łyżwach i gra w hokeja. Andrzej Gilzak i Andrzej Tokarski byli championami nie do pokonania, tak w biegach jak i w jeździe figurowej na łyżwach. W zimowym okresie można było zarobić parę groszy. Po zamarznięciu wody, prywatni producenci lodów spożywczych, cięli tafle lodu na bryły, przewozili na miejsce składowania, układając je w pryzmy, które zasypywano trocinami. Pomagaliśmy za drobne wynagrodzenie ciąć tafle lodu, przewozić furmankami i układać w pryzmy. Zasypywane trocinami bryły lodu, tworzyły i spełniały warunki dzisiejszej lodówki, zabezpieczając je przed topnieniem, przez całe lato. Następnie okładano pojemniki z lodami spożywczymi, napojami, utrzymując w upalne dni stałą, chłodną temperaturę. Dziś staw, serce dzielnicy nie istnieje.


Zaniedbania i niefrasobliwość administracji miasta doprowadziła do przerwania grobli w północnej części stawu. Wody akwenu przedostały się do rzeki Czarnej i Staw Starzycki odpłynął w przysłowiową „siną dal”, niszcząc po drodze zakłady istniejące nad rzeką, nadtapiając domy i gospodarstwa domowe istniejące po obu brzegach rzeki Czarna. Skończył się raj dla starzyckiej młodzieży, tomaszowskich wędkarzy z Polskiego Związku Wędkarzy. Zamiast wypoczywać, uprawiać sport, w okresie wakacji, ferii, młodzież z dzielnicy mojego dzieciństwa, mojej młodości w najpiękniejszym okresie swego życia, znudzona swoją bezradnością, gnuśnieje topiąc swe znużenie w rozprowadzanych na tzw „melinach” w pseudo alkoholach, pseudo piwach, w narkotykach. Czy znajdzie się w moim mieście jakaś siła, jakaś władza, która przywróci pierwotny stan rzeczy? Nieoczekiwanie dla mojego pokolenia przyszedł czas, że opisywaną zimowo – letnią sielankę, „zakłócił” przedzierający się do naszej dzielnicy, zamieniając w epidemię muzyczny styl nazwany Rock’n’Roll. Przeniknął do mojego domu, do naszych pomieszczeń szkolnych, sali przyzakładowej świetlicy a szczególnie zawładnął „nieuleczalnie” moją duszę i serce, o czym dalej na łamach tej książki.

Najstraszniejsze są grzechy,
Z których nie ma uciechy.
Stanisław Jerzy Lec




Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz