czwartek, 17 sierpnia 2017

Antoni Malewski: Tomaszów Mazowiecki - Moje miasto w Rock’n’Rollowym widzie - CZĘŚĆ 3

8. Oszołomstwo czy Miłość?

Ulica Kamienne schodki na warszawskiej Starówce
Kiedy „Szymon” zaczął studiować w Warszawie, nasze kontakty były ograniczone, częstotliwość spotkań muzycznych zmniejszyła się do minimum. Wyczuwało się w naszej „paczce” muzycznych fanów, głód muzyki i spotkań na Pl. Kościuszki 17. W tym okresie wszyscy spragnieni byliśmy słuchać Fats’a Domino. Fats’a kochała młodzież, kochały go dziewczyny, kochaliśmy go wszyscy. Choć jego płyt i nagrań magnetofonowych w muzycznej skarbnicy mieliśmy dużo, jednak nie było utworu, za który by go usłyszeć, poszedłbym na przysłowiowy koniec świata, chodzi o utwór „Margie”.


Nie wiem co w tej piosence tak mnie urzekło, podziałało na moje uczucia, rozpaliło wyobraźnię. Gdy tylko usłyszałem pierwsze takty czy wejście po pierwszym refrenie saksofonu, cały byłem „grogi”. Nasłuchiwałem radia, przeróżnych audycji, koncertów życzeń ale nigdy moje ucho nie natrafiło na „Margie”. Jednej soboty, gdy Wojtek przyjechał na weekend, przekazał nam, że na warszawskiej starówce jest kawiarnia Kamienne Schodki, w której zainstalowano pierwszą w Warszawie szafę grającą a w niej znajdował się nasz ukochany przebój „Margie”.

Fats Domino
To było wezwanie do działania, wraz z moim przyjacielem ze Starzyc, Andrzejem Tokarskim przez całe popołudnia, po lekcjach, zbieraliśmy złom metalowy, szmaty, butelki, zamieniając to wszystko na złotówki w Skupie Złomu. Kiedy uzbieraliśmy odpowiednią kwotę zabezpieczającą przejazd, pobyt i grającą szafę, szybko informowaliśmy Wojtka o swoim przyjeździe. W tym czasie, Wojtek mieszkał u rodziny na Saskiej Kępie i nie mógł nas przenocować. Pozostał nam tylko nocleg na Dworcu Głównym. Przeważnie przyjeżdżaliśmy w piątki późnym popołudniem, wałęsaliśmy się po Warszawie, na noc szliśmy do poczekalni dworcowej, „ucinaliśmy” drzemkę, bo trudno to nazwać spaniem, wśród oczekujących na pociąg. Ciągle kontrolowani byliśmy przez Milicję Obywatelską i dworcową służbę ochrony obiektu dworca, SOK. Około 6-tej rano „pobudka”, toaleta w dworcowej WC, w barze mlecznym śniadanie, bułka z mlekiem i wymarsz na Starówkę, by po godzinie dotrzeć do celu. Kawiarnia KAMIENNE SCHODKI w rynku Starego Miasta czynna była od godz. 9.00 do 22.00. Czekaliśmy na „Szymona” by razem bardzo podekscytowani wejść do lokalu. Pierwsze kroki czyniliśmy do szafy, by szybko napełnić przygotowanymi dwuzłotówkami „kieszeń” grającego mebla i oczywiście po kilkanaście razy naciskaliśmy przycisk „Margie” i „Coquette” (drugi utwór na tej stronie płyty)


Kiedy uzbieraliśmy odpowiednią kwotę zabezpieczającą przejazd, pobyt i grającą szafę, szybko informowaliśmy Wojtka o swoim przyjeździe. W tym czasie, Wojtek mieszkał u rodziny na Saskiej Kępie i nie mógł nas przenocować. Pozostał nam tylko nocleg na Dworcu Głównym. Przeważnie przyjeżdżaliśmy w piątki późnym popołudniem, wałęsaliśmy się po Warszawie, na noc szliśmy do poczekalni dworcowej, „ucinaliśmy” drzemkę, bo trudno to nazwać spaniem, wśród oczekujących na pociąg. Ciągle kontrolowani byliśmy przez Milicję Obywatelską i dworcową służbę ochrony obiektu dworca, SOK. Około 6-tej rano „pobudka”, toaleta w dworcowej WC, w barze mlecznym śniadanie, bułka z mlekiem i wymarsz na Starówkę, by po godzinie dotrzeć do celu.

Kawiarnia KAMIENNE SCHODKI w rynku Starego Miasta czynna była od godz. 9.00 do 22.00. Czekaliśmy na „Szymona” by razem bardzo podekscytowani wejść do lokalu. Pierwsze kroki czyniliśmy do szafy, by szybko napełnić przygotowanymi dwuzłotówkami „kieszeń” grającego mebla i oczywiście po kilkanaście razy naciskaliśmy przycisk „Margie” i „Coquette” (drugi utwór na tej stronie płyty). Jeśli chodzi o zamówienia konsumpcyjne to ograniczaliśmy je do minimum, pamiętając o ciągłym napełnianiu „kieszeni” szafy. Ponieważ młodzież przychodząca do kawiarni w większości słuchała tego samego utworu, bo „Margie” było na topie w tym czasie, to łatwo można sobie wyobrazić jak potwornie oszołomieni wracaliśmy do swej „noclegowni”. Nazajutrz rano, w niedzielę, następowała sobotnia, muzyczna powtórka z Fatsem Domino. Po powrocie do domu nie przyznawałem się w jakim celu byłem w Warszawie, na pytania rodziców lakonicznie ucinałem, byłem u Wojtka na Saskiej Kępie. W październiku 2008r, pojechałem z przyjaciółmi z naszego Stowarzyszenia Abstynenckiego „ALA” na wycieczkę do Warszawy by zwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego. Po wyjściu z muzeum, mając dużo wolnego czasu, udaliśmy się grupą przyjaciół na warszawską Starówkę. Czas wolny poświęciliśmy zwiedzaniu Starego Miasta ale moją myślą przewodnią, było za wszelką cenę odnaleźć restaurację mojej młodości, Kamienne Schodki.

Restauracja „Kamienne schodki” na warszawskiej Starówce
Nie byłem pewien czy lokal ten jeszcze istniał i nie pamiętałem, w której części Starego Rynku się znajdował. Rozeszliśmy się po rynku w poszukiwaniu. Pierwsza odkryła lokal Bożena Dulas. Weszliśmy do środka, Jacek Buczyński, Bożena Dulas i ja, szatnia znajdowała się w tym samym miejscu, wnętrze lokalu prawie bez zmian, tylko wystrój i meble inne. Bufet w tym samym miejscu, wszystko prawie takie same, jak 45 lat temu. Nie było tylko najważniejszego mebla, grającej szafy. Zamówiliśmy kawę, lody, ciasto. Ludzi prawie wcale, dwie starsze panie, młode małżeństwo z dwojgiem dzieci i my. Przed moimi oczami stanął tamten czas. Opowiadałem moim przyjaciołom o tamtej atmosferze, o zatłoczonej, zadymionej i zagłuszonej rockandrollem sali. Wyrażałem swoje opowieści

szafa grająca w restauracji „Kamienne schodki
dość głośno, taki mam tembr głosu, odezwała się szatniarka, na oko wyglądała na mój wiek, na moje pokolenie. Proszę pana – kierując słowa w moją stronę – ja tutaj będąc młodą, spędzałam pół życia, przychodził tu mój kolega, Wojtek Gąssowski, bywał Bogusław Wyrobek a nawet raz był sam pan Franciszek Walicki. Pamiętam ten utwór o którym pan mówi, to był wielki przebój, sama wrzucałam monety do szafy, by usłyszeć „Margie”. Wzruszyłem się do łez rozmawiając z panią szatniarką. Wyglądała na mądrą kobietę, dystyngowaną, ze smakiem ubraną. Była na postkomunistycznej emeryturze, by przeżyć musiała dorabiać. Bardzo miło wspominam ten dzień, który przysporzył mi dużo wspomnień i wzruszeń. Wyszliśmy z lokalu a ja czułem się bardzo spełniony przeżyciami wyniesionymi z przed południa z Muzeum Powstania Warszawskiego i nostalgicznymi wspomnieniami wyniesionymi z restauracji „Kamienne Schodki”. Dziś kiedy najbliższym, dzieciom, przyjaciołom, opowiadam tamte wydarzenia sprzed czterdziestu kilku laty, są drwiące uśmieszki, niedowierzania i określenia, może nie zawsze słowem wyrażane ale myślą, mimiką, OSZOŁOM. Nie wysilam się zbytnio, nie tłumaczę, nie prostuję, że tak mogła wyglądać moja MIŁOŚĆ do Rock’n’Rolla, do Fatsa Domino. Przeżyte doznania były piękne są moje i tylko moje, zanim zabiorę je do grobu chciałbym przelać na papier i podzielić się, bez względu na opinię czytających, by zachować dla kolejnych pokoleń siłę wyrzeczeń – do jakich doprowadzał młodego entuzjastę, fana, żyjącego w socjalistycznym systemie - Rock’n’Roll.

Wybornie z sobą byliśmy dobrani,
Ty do innego pana, ja do innej pani.
                              Jan I. Sztaudynger

9. Kino „Mazowsze”

Ruiny kultowego kina „Mazowsze” przy ulicy Jerozolimskiej
Kino dla mieszkańców miasta w latach 50/60-tych było wszystkim; jedyne medium, które w „komunistycznej szarzyźnie” mogło przenieść w inny świat, nawet gdyby był to świat iluzji, młodzieńczej fantazji i odskocznia od smętnej rzeczywistości. Kochałem kino, byłem jego wielkim miłośnikiem, każdy film zapisywałem w grubym brulionie. Notowałem tytuł filmu, reżysera, muzykę, główne role. Forma ta wykształciła we mnie wiedzę i pamięć o filmie, o kinie co w życiu towarzyskim stało się dla mnie przydatne, z resztą skrupulatnie to wykorzystywałem. Rocznie oglądałem ok.150/160 filmów, to duża liczba, telewizja była jeszcze w powijakach.


Uchodziłem w swoich gremiach za wyrocznię filmową, rozstrzygałem wszelkie spory z wiedzy o filmie. Miałem nawet zamiar poświęcić się historii kina i kinematografii, stało się jednak inaczej. Zwyciężyła miłość do Rock’n’Rolla, ale ja nie chcę pisać o kinie, o filmie, chcę opowiedzieć o wydarzeniu z jesieni 1959r jakie miało miejsce w kinie MAZOWSZE. Była pierwsza niedziela października, wybrałem się na poranek a tu poranka nie ma (zupełnie jak w stanie wojennym 13.12.1981r). Sala kinowa i poczekalnia wypełniona na „full”, bileterzy zamykają drzwi wejściowe nie wpuszczając już nikogo na salę.

W poczekalni kina słychać ogromne, głośne okrzyki, wydobywające się z sali kinowej. Trwa hałaśliwy tumult, szczątkowe odgłosy jakie dobiegały na poczekalnię kina, potwierdziły, że te dźwięki, to Rock’n’Roll.. Pod koniec koncertu ktoś otworzył boczne drzwi sali kinowej. Wkroczyłem z grupą chłopaków do środka. Na scenie, grający zachowali stoicki spokój a sala wrzała, rzucała kapotami, gwizdała, krzyczała, piszczała, szalała. To było moje pierwsze spotkanie na „żywo” z profesjonalnym rockandrollem.


Jak się okazało później, to był młodzieżowy zespół rockandrollowy, pierwszy w Polsce zarejestrowany w Estradzie Polskiej. Założony przez Franciszka Walickiego – Rhythm and Blues. Na scenie kina śpiewali pierwsi idole polskiego rock & roll’a: Marek Tarnowski, Michaj Burano i Bogusław Wyrobek. Dziś wiem, że zespół istniał tylko 7 miesięcy a opisywany koncert, był ich ostatnim, pożegnalnym koncertem i to właśnie w Tomaszowie. Pierwszą dekadę października uważa się za początek istnienia w Tomaszowie Maz. tej formacji muzycznej.

Tommy Steele
W roku 2009 mija 50 lat jak w moim mieście „zamieszkał” na zawsze rock’n’roll. Za mniej więcej rok, również jesienią (1960r), na ekran kina „Mazowsze” wszedł fabularny film, o polskim tytule „W rytmie rock’n’rolla” (Tommy Steele Story). Tommy Steele („Elewator Rock”, „Singing The Blues”) to pierwsza, wielka, brytyjska gwiazda Rock’n’Rolla na światową skalę. Było to wydarzenie dla nas młodych szczególne, bywałem na tym filmie codziennie, przez okres 10 dni (bo tyle trwała projekcja filmu), po wyjściu z każdego seansu nie wracałem do domu. Pan kierownik kina, Roman Warchoł był dobrym i wspaniałomyślnym dla nas młodych (miał syna Tadeusza w moim wieku) człowiekiem. Na balkonie, na zewnątrz kina zainstalował głośnik, przez który wydobywały się cudowne rytmy z filmu. Film - jakby to dziś powiedzieć – to muzyczne teledyski. W czasie wyświetlania filmu , ulica Jerozolimska była wypełniona fanami rock’n’rolla wśród, których byłem również ja, tak było codziennie. Za dwa lata (1962) ponowne wielkie wydarzenie w mieście, na ekran kina „Mazowsze” wchodzi kolejny rockandrollowy film o polskim tytule „Zabawa na 102”, w roli głównej światowe gwiazdy rock&roll’a, Helen Shapiro i Craig Douglas, które w filmie spacerując po różnych klubach i studiach nagrań płytowych, przedstawiają kolejnych herosów rockandrolla i ich wielkie przeboje m.in. Del Shannon („Runway”, „Keep Searching”), Chubby Checker („The Twist”), Mr. Acker Bilk („Stranger On The Shore” i „Frankie & Johnny”), John Leyton („Lonely City”) i wielu innych.


Film ukazuje rockandrollowych wykonawców „na żywo”, zupełnie jak na koncercie. Po projekcji byłem przekonany, że już jestem stałym fanem muzycznym tej formacji, że nigdy jej nie zdradzę, że nie zdradzę rock & roll’a. Kino „Mazowsze” pełniło również funkcję, przysłowiowego „magla”.

Budynek po rewitalizacji SCh „TOMY” - byłe kino „Mazowsze”
Codziennie na 5 minut przed rozpoczęciem każdego seansu, gdy sala kina była „świetlnie przyćmiona”, tak by poszukujący swojego miejsca, spokojnie mógł je odnaleźć, na ekran kinowy „rzucane” były reklamowe zdjęcia, slajdy oraz informacje z kolegium karnego o wykroczeniach „dyscyplinarnych” mieszkańców naszego miasta. Na przykład :

"Nie uratujecie naszej gospodarki w ten sposób, nawet
jeśli wywieziecie za granicę swoje jaja!" miał towarzysz
Wiesław powiedzieć do jednego ze swoich współpra-
cowników. (źródło: Antoni Dudek, Zdzisław Zblewski,
 Utopia nad Wisłą. Historia Peerelu
„Pan Jan Kowalski 13 maja 1957r w parku przy ul. Grunwaldzkiej, będąc w stanie wskazującym na spożycie alkoholu połamał młode drzewka i skazany został na grzywnę….”,

„Pani Maria Kociubińska i Genowefa Żelazek pobiły się w pralni o prawo pierwszeństwa korzystania z balii i skazane zostały na grzywnę….”,

„W noc sylwestrową 1957/58 pan Franciszek Niemorski będąc w stanie nietrzeźwym „siusiał”, bezczeszcząc na Pl. Kościuszki GWIAZDĘ, pomnik wdzięczności Armii Czerwonej, skazany został na grzywnę…”.

Wielu ciekawskich przybywało na salę kinową wcześniej, tylko po to by zapoznać się z miejskimi aktualnościami z kolegium wykroczeń: Co? Gdzie? Kiedy? Dlaczego? i na Ile? Znałem osoby, również z mojej dzielnicy Starzyce, które pieszo pokonywały 3 kilometrowy odcinek np. z ulicy Ujezdzkiej na ulicę Jerozolimską, niekoniecznie będąc zainteresowanym samym filmem a przede wszystkim informacją przed seansem. Znałem przypadki, że za przysłowiową „złotówkę”, wręczaną bileterce mogły swobodnie „zaliczyć” slajdową informację i przed rozpoczęciem seansu opuścić salę kinową. Ten „kinowy magiel” trwał przez lata 50-te do wczesnych lat 60-tych, za „panowania” I Sekretarza PZPR Władysława Gomułki. AAALE KINO!!!


Płaszczył się dopóty,
Dopóki nie utył
             Jan Czarny

10. Świetlica Fabryczna ZPW „Nowotki”

Były świetlicowy w ZPW „Nowotki”, dziś nieżyjący Radny Miasta pan Marian Kotalski
Jak wspominałem wcześniej, świetlice przyzakładowe w PRL-u, również w moim mieście pełniły funkcje kulturalne, oświatowe i wychowawcze. W Tomaszowie Maz. było ich wiele, te które zapamiętałem i w nich bywałem pozwolę sobie wymienić: świetlice: ZPW Mazovia ul. Barlickiego, Fabryka Filców Technicznych ul. Warszawskiej (po schodach na górze obecnie bawialnia dla dzieci Kajtek), Fabryka Wyrobów Skórzanych dziś ul. Konstytucji 3-go Maja, Fabryka Dywanów ul. Waryńskiego (dziś Hallera), ZWCH Wistom ul. Zubrzyckiego (obecnie Spalska). Pamiętam, że w dzielnicy Brzustówka w pomieszczeniach obecnej hurtowni zabawek też coś się działo, raz byłem na filmie z Kinem Objazdowym, nie zapominając o świetlicy w Starzycach. Tu kształtował się, mój „kręgosłup” ideologiczny, psychofizyczny, moje zamiłowania, przyjaźnie i pierwsze miłości. Cała władza była w rękach świetlicowego, który musiał być kompetentny w sprawach pedagogicznych, bo do świetlicy przychodzili nastolatkowie, młodzież dorosła - paląca i pijąca - ale też przychodzili dorośli i małżeństwa. Musiał być dobrym organizatorem imprez tak kulturalnych, oświatowych czy sportowych. Czy ci, których pamiętam ze swoich chłopięcych lat, spełniali te kryteria? Nie odpowiem, ale wiem jedno, że każdy świetlicowy otaczał się młodzieżą starszą, co ułatwiało mu pracę i organizację dnia. Ja również w którymś okresie bywania w świetlicy, służyłem swoimi spostrzeżeniami, uwagami, które nabyłem uczestnicząc w jej życiu.

Pałac Bornstaina założyciela fabryki włókienniczej (przyszłe ZPW „Nowotki”)
Organizowane były różnego rodzaju kółka zainteresowań, od recytatorskiego do dyskusyjnego o teatrze, filmie, o muzyce. Podstawowym sprzętem świetlicowym był stół pingpongowy i stół bilardowy. Przynajmniej dwa razy w miesiącu przyjeżdżało Kino Objazdowe gdzie można było „zaliczyć” film, którego z różnych powodów nie oglądałem wcześniej w kinie w mieście. „Przeżyłem” wielu świetlicowych ale ja chciałem się skoncentrować na panu Marianie Kotalskim. Byłem już dorosłym nastolatkiem jak pan Kotalski przyszedł do świetlicy. Był młodym człowiekiem, tuż po odbytej służbie wojskowej a ja byłem już po inicjacji rockandrollowej, może dlatego, że wiedziałem o co chodzi w życiu i zajęciach świetlicowych, wybrałem tę osobę przybliżając ją państwu na łamach książki. Był dla nas młodych bardzo przyjazny i kontaktowy, w wielu sprawach dogadywaliśmy się np. przy organizowaniu potańcówek. Kiedy nastała era magnetofonów i świetlica takowy zakupiła, ja wspólnie z „Szymonem” nagrałem dużo dobrego rockandrolla. Mając taką bazę muzyczną, łatwiej uzyskiwało się kompromis ze świetlicowym, co do organizowania tanecznych spotkań. Wydaje mi się, że nasza świetlica była wzorcową, bo dołączali do nas koledzy z innych, konkurencyjnych świetlic, może to rock&roll był tym magnesem? Odpowiedzi już nie znajdę ale dystans czasu i doświadczenie w tej branży pozwala domniemywać, że to rock’n’roll jednoczył młodych. Nie bez kozery mówi się, że roczniki lat 40-tych XX wieku to, roczniki Ery Rock’n’Rolla.

Widok z lotu ptaka na przemysłową dzielnicę Starzyce z świetlicą przy ZPW „Nowotki”
Chciałbym tą drogą przypomnieć i wymienić niektórych kolegów starszych jak i moich rówieśników, którzy swoją obecnością przyczyniali się do rozwoju kulturalnego życia świetlicy i dzielnicy, wielu z nich już nie żyje: Andrzej Małagocki, bracia Zenek i Stasiek Pecyna, bracia Józef i Stasiek Skorupińscy, Waldek Chrobot, Józek Krajewski, Heniek Urbański, Zdzisiek Cichoń, Marian Kot, Zbyszek Trachta, Andrzej Matysiak, Bogdan Kurzawa, Andrzej Tokarski, Zbyszek Zygmunt, Zbyszek Bartos, Kaziu Cychner, Włodek Bożyk, Wojtek Steinbach, Janek Jankowski, Włodek Lewandowski, Józek i Stasiek Skorupińscy, Piotrek i Dzidek Migała, Marian Piasta, Janek Morawski. Byli też moi bracia i wielu, wielu innych o których autentycznie zapomniałem. Przepraszam tych, którzy uczestniczyli w życiu świetlicy a przez moją niepamięć nie zostali wymienieni, w szczególności dziewczyny. Praca świetlicowego dawała pewną nobilitację społeczną i była doskonałym przedsionkiem do kariery, awansów. Tak było w przypadku pana Mariana Kotalskiego, który awansował na przewodniczącego Związku Młodzieży Socjalistycznej przenosząc się do siedziby organizacji przy ulicy Barlickiego 9, pociągając za sobą na swego zastępcę, mojego kolegę, uczestnika świetlicowych spotkań w Starzycach, nieżyjącego - Henryka Urbańskiego.

Debil debila wiedzą zapyla.
Jan I. Sztaudynger


Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza