poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Jasiu, pokaż mediom, jak się u nas zachowuje Politbiuro przy pracy (Nowy Czas nr 213)


Sytuacja, z którą chcę się dziś zmierzyć jest kuriozalna i przypomina powstałą w czasach głębokiego PRL-u scenkę kabaretu Dudek. Czytelnicy, którzy przekroczyli pięćdziesiątkę pamiętają ją doskonale. Młodszym rocznikom postaram się w skrócie przybliżyć jej fabułę. Klient Michnikowski przychodzi do majstra Kobuszewskiego i mówi: "Kran mi się zepsuł... Trzeba wstawić nową rurkę, kranik przelotowy i wyjście do baterii...". Scenka sobie płynie, niczym okręt w kierunku mielizny.  Widz od początku dokładnie wie, że klient niczego nie załatwi, a jedyną zagwozdkę stanowi fakt, jakie za swoje "natręctwo" poniesie konsekwencje. W ósmej minucie sprawa się wyjaśnia. Klient słyszy z ust pana majstra: "Pan jest cham, ćwok, nieuk, swołocz i woda na młyn odwetowców z Bonn! Won!!! (najmłodszym czytelnikom śpieszę wyjaśnić, iż niewielkie miasteczko Bonn było kilkadziesiąt lat temu stolicą tych Niemców, którzy do Berlina mieli daleko). "A pan się zachowuje jak kelner, proszę pana" ripostuje zmieszany z błotem klient. "O Jasiu - zwraca się do młodego adepta hydrauliki Gołasa majster Kobuszewski: "Pokaż panu, jak się u nas zachowuje kelner przy pracy. Jasiu - Gołas brutalnie wyrzuca klienta Michnikowskiego poza kurtynę i zadowolony z siebie powraca do dumnego ze swego ucznia pana majstra.


Londyńskie serce polskiego jazzu
22-go marca po raz pierwszy odbył się w Bedford polski festiwal. Impreza dopisała nie tylko pod względem liczby widzów, którzy przybyli tłumnie, często całymi rodzinami. Dopisała także pogoda, Swoją obecnością rangę wydarzenia podnieśli szefowie dwóch ogromnie zasłużonych dla polskiej kultury w UK instytucji. Uważny obserwator mógł na widowni dostrzec Tomka Likusa  zwanego "Dzikim" powszechnie znanego jako BUCH - organizatora ponad dwustu największych polskich eventów w Londynie, Dublinie oraz innych dużych miastach obu Wysp.

Tomasz Żyrmont Trio podczas 50-lecia POSK
Na festiwalu pojawili się także Grzegorz Małkiewicz - Redaktor Naczelny najwyżej ocenianego polskojęzycznego pisma w UK - miesięcznika Nowy Czas oraz jego wydawca Teresa Bazarnik. Licznie zebrani mieszkańcy Bedford, którzy dotychczas nie mieli okazji dowiedzieć się o istnieniu Nowego Czasu, brali najnowszy numer niczym ciepłe bułeczki, a zasłyszane przeze mnie komentarze wyrażały niedowierzanie, że polskojęzyczna gazeta na tak wysokim poziomie w Anglii istnieje. Z niedowierzaniem powszechnie przyjęto także informację, że wydawane od wielu lat pismo zostało brutalnie wyrzucone - niczym "namolny" klient z przytoczonej powyżej scenki przez pomagiera pana majstra z siedziby mającej służyć wszystkim Polakom - w tym także czytelnikom Nowego Czasu - instytucji zwanej POSK. Wiadomość nie tylko przyjąłem z niesmakiem, ale postanowiłem zbadać sprawę głębiej. Dlaczego akurat ja?

Dokładnie rok temu napisałem na łamach Nowego Czasu następujące słowa: „POSK to ogrom przedsięwzięć i organizacji, o których nie posiadając choćby minimalnej wiedzy, nie mogę czuć się osobą kompetentną do wypowiadania się ani na temat sukcesów ani tym bardziej porażek, jakie na na przestrzeni pięćdziesięciu lat zapisały się na koncie instytucji mieszczącej się na 238-246 King Street w Londynie. Mam jednak pewien osobisty powód, aby niezależnie od braku kompetencji, odczuwać do dostojnego jubilata trudny do racjonalnego wyjaśnienia rodzaj sympatii. Tak się składa, że wkrótce ja także będę obchodził swoje osobiste 50 lat istnienia, które również naznaczone było nieustanną walką z przeciwnościami, a liczba sukcesów i porażek, jakie przytrafiły mi się w ciągu pięciu dekad życia, podobnie jak w przypadku POSK, jest trudna do zbilansowania. Każdy jubileusz jest okazją do posumowań." Na koniec artykułu dodaję: "Podsumowania dotyczącego POSK-u jako instytucji z przyczyn podanych przeze mnie powyżej nie będzie. Posiadam jednak minimalną wiedzę na temat londyńskiego serca polskiego jazzu. Minimalną, gdyż pomimo, że nie należę do stałych bywalców Polish Jazz Cafe, na przestrzeni ostatnich lat miałem okazję uczestniczyć w kilku ważnych wydarzeniach odbywających się na terenie tego zasłużonego dla polskiej kultury klubu. Polish Jazz Cafe to nie tylko historia i rocznice.

Alice Zawadzki podczas 50-lecia POSK
Największym dobrodziejstwem tego miejsca w mojej opinii jest magnetyzm, jaki przyciąga do Jazz Cafe POSK z każdym rokiem powiększającą się publiczność oraz kolejnych artystów, którzy poczytują sobie za zaszczyt i powinność pokazanie się właśnie w tym miejscu".

Myślę, że po tych słowach nie muszę nikomu - w tym także włodarzom POSK - udowadniać, że nigdy nie należałem do grupy negatywnie nastawionych do tego miejsca dziennikarzy. Tym większe rozczarowanie wzbudziła we mnie niechlubna decyzja władz POSK. Okazało się, że bezpośrednią przyczyną tej decyzji jest artykuł Mirka Malevskiego zatytułowany "POSKowe POLITBIURO. Pętla się zaciska". Zacząłem szczegółowo wyszukiwać zdań i opinii, które wywołały aż tak nerwową reakcję ze strony władz Polskiego Ośrodka Społeczno Kulturalnego w Londynie.

Zarzut nr 1: POSK nie udostępnił zaktualizowanego, oficjalnego rejestru członków POSK wraz z listą wszystkich darowizn i spadków.
Moje pytanie: Czy to jest aż tak trudne i niewykonalne?


Spotkanie z Krystyna Pronko w Jazz Cafe POSK
Zarzut nr 2: Istnieją podejrzenia, że POSK wysyła do swoich członków ograniczoną liczbę broszur dotyczących walnego zebrania, a w jego dniu zaniżana jest liczba członków faktycznie w nim uczestniczących, co może stanowić realne narzędzie do manipulacji liczbą oddawanych głosów.
Moje pytanie: Czy nie można przeprowadzić zebrania przy otwartych dla prasy i reprezentantów polskich organizacji społecznych drzwiach, aby powyższe podejrzenia raz na zawsze zniknęły?

Dodatkowym smaczkiem całej sytuacji jest informacja, jaką wyczytałem w znajdującym się na tej samej stronie artykule Zygmunta Łozińskiego "Wiadomości (nieoficjalne) dla członków POSK-u". Znajduje się tam następujące zdanie: "Obecna ekipa rządząca przygotowuje już od kilku lat nowy statut. Niektóre propozycje napawają mnie - pisze autor - a może i innych też wielkim niepokojem.  Jedną z nich jest ustanowienie permanentnych członków  (czytaj DOŻYWOTNICH!). Na tym zakończę analizę obu artykułów, gdyż nie jest moim zamiarem bicie piany czy roztrząsanie o sprawach, na których się nie znam i którymi nie mam najmniejszej ochoty się zajmować. Niniejszy artykuł nie jest głosem żadnej ze stron, a jedynie głosem oburzenia. W wyniku jakiejś kompletnie dla mnie niezrozumiałej polityki i lekceważenia zapytań ze strony niezależnych mediów, ogromna ilość naszych czytelników, którzy jednocześnie odwiedzają POSK, w wyniku braku rzetelnej odpowiedzi na zarzuty zostało pozbawionych swojej gazety.

Rozmowa z Janem Pietrzakiem na terenie POSK

Domyślam się drodzy Włodarze POSK, że słowo Politbiuro do łatwych do przełknięcia nie należy. Jest to bowiem słowo w tradycji narodu polskiego o wydźwięku pejoratywnym i chluby nie przynosi. Czyż jednak Wasza decyzja o wyrzuceniu Nowego Czasu z prasowej półki POSK nie budzi skojarzeń z przytoczoną przeze mnie scenką kabaretową? Aż chce się powiedzieć: "Jasiu, pokaż mediom, jak się u nas zachowuje Politbiuro przy pracy". A wystarczyłoby tylko w cywilizowany sposób  odeprzeć zarzuty i byłoby po sprawie. Nieprawdaż? Po tak kuriozalnej decyzji mam moralne prawo wyrazić osobisty niepokój, że oto dziś wyrzuciliście moją gazetę z półek, a jutro możecie zabronić członkom redakcji (w tym także mi) przekraczania Waszych progów nawet jeśli moja wizyta dotyczyłaby jedynie muzycznej uczty w Jazz Cafe POSK, którą szanuję i która - jestem o tym głęboko przekonany -  restrykcyjnej decyzji, jaką podjęliście, nie podziela. Na łamach Nowego Czasu w ciagu ostatnich lat ukazało się wiele sylwetek znakomitych muzyków oraz recenzji z koncertów tam się odbywających.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza