poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Mateusz Augustyniak - Happysad w Garażu. Wywiad z Panem Latawcem

Mateusz Augustyniak  Jest zwycięzcą II edycji Jubileuszowego Konkursu Muzycznej Podróży dzięki ironicznemu, acz niezwykle wnikliwemu artykułowi, który można przeczytać tutaj.  Muzyka była z nim od zawsze. Po maturze trafił do Krakowa, gdzie znalazł pracę jako szklankowy w Tower Pub - mrocznej spelunie dla typów spod ciemnej gwiazdy. Jego jakże odpowiedzialna praca polegała na zbieraniu szklanek ze stolików i obserwowaniu kamery skierowanej na wejście do pubu, a wszystko to działo się w rytmach mocnych metalowych brzmień. Zabawił tam niedługo, ale wspomina to miejsce z wielkim rozrzewnieniem. Po kilku zawirowaniach wylądował w studenckim klubie Studio, gdzie spędził blisko cztery lata, awansując na stanowisko menadżera. Do Anglii - jak wielu innych - przyjechałem na kilka miesięcy, aby sobie dorobić i... został na stałe. Powrotu do Polski sobie nie wyobraża. Przedkłada - jak sam mówi - szarość aury nad szarością nastrojów. Obecnie pracuje w lokalnym Radio Betford, gdzie bez przeszkód naśmiewa się z wszystkiego, co go śmieszy. Mateusz wychodzi z założenia, że w obecnym świecie trzeba śmiać się z  otaczającej nas pokracznej rzeczywistości, gdyż inaczej trzeba by się jej bać. Gra także na gitarze w kapeli, z którą spodziewa się odnieść w niedalekiej przyszłości oszałamiający sukces, doskonale zdając sobie sprawę z beznadziejności owych zamierzeń. Codzienne osiem godzin w jego mało ambitnej pracy, wydaje mu się celem samym w sobie. Mateusz wraz z Kubą Mikołajczykiem prowadzi od niedawna portal muzyczny www.polskiwzrok.co.uk, który na razie dopiero się rozkręca, a plany z nim związane są ogromne. Dzięki Mateuszowi czuję wielką radość i sens organizowania cyklicznych konkursów na muzyczny artykuł. Szykujcie się więc już teraz do kolejnej jego edycji, którą ogłoszę z okazji 300-tysięcznej wizyty na Muzycznej Podróży. Podróż Mateusza - jak sam zainteresowany mówi o swojej muzycznej przygodzie - dopiero się zaczyna...


fot. Artur Grzanka

W połowie kwietnia bieżącego roku, „wesołosmutni” muzycy ze Skarżyska Kamiennego powrócili na wyspy, zgodnie z zapowiedziami poczynionymi przeszło 7 lat temu w Londyńskim klubie „Cargo”. Od czwartku do niedzieli przebyli dziesiątki mil, aby zagrać dla swoich fanów w Leeds, Liverpoolu, Southampton i Londynie.

fot. Artur Grzanka
Mnie osobiście najbliżej było do stolicy, więc właśnie w Londyńskim garażu znalazłem się w pewną pochmurną, acz ciepłą sobotę, aby posłuchać Happysadu promującego swą nową płytę. Każdego, kto z oburzeniem stwierdził właśnie, że to nie przystoi takiemu zespołowi grać w pierwszym lepszym – choćby i londyńskim, ale jednak – garażu chciałbym uspokoić. „The Garage” to bowiem pełnoprawny klub mieszczący się na ulicy Highbury Crescent tuż obok stacji metra Highbury & Islington. Z prawdziwym garażem ma wspólnego jedynie to, że właściwie składa się tylko z sali koncertowej z barem usytuowanym naprzeciwko sceny oraz wnęką na sklepik (był, można było kupić sporo suwenirów) i toaletami dostępnymi bezpośrednio z sali. Klub bardzo przypadł mi do gustu, posiada całkiem solidny zestaw świateł koncertowych i choć momentami było bardzo gorąco, to można przecież było się nawadniać nie tracąc nic z imprezy, a w połowie koncertu obsługa włączyła przyjemny nawiew chłodzący rozgrzane głowy. A było co chłodzić, bo frekwencja dopisała; mimo dość dużej konkurencji ze strony innych polskich artystów i publiczności składającej się głównie z płci pięknej, to przy bardziej żywiołowych numerach pod sceną rozpętywało się całkiem srogie pogo, które jednak szybko zanikało, aby po kilkunastu minutach pojawić się ponownie.

fot. Artur Grzanka
Zespół ze Skarżyska zaprezentował się bez suportu, który według mnie nie był nawet potrzebny, bo większość audiencji była już dobrze rozgrzana, gdy muzycy pojawili się na scenie. Koncerty na wyspach były częścią trasy promującej nowy krążek Happysadu pt. Jakby nie było jutra, stąd też sporą część setlisty stanowiły właśnie nowe utwory, które radzą sobie na koncertach bardzo dobrze. Kuba jak zawsze, charyzmatyczny i uprzejmy, trzymał doskonały kontakt z publicznością. Niestety nie udało się uniknąć problemów technicznych. Przez większą część koncertu perkusista Jarek Dubiński miał problemy z hi-hatem, czy też werblem. Trudno to było jednoznacznie stwierdzić, bo niezrażony niczym bębniarz walił w gary z właściwą sobie żywą ekspresją i odganiał machnięciami ręki technicznego, który starał się naprawić usterkę. Drugą część koncertu stanowiły klasyczne, znane i lubiane piosenki, które publiczność zdzierając gardła wyśpiewywała razem z Kubą. Zespół zagrał kilka kawałków na życzenie publiczności i pod naporem rzęsistych owacji, zagrał jeszcze dwa bisy po raz kolejny obiecując, że „wrócimy tu jeszcze”, czego mam nadzieję doczekać, życząc tego zarówno sobie jak i naszym czytelnikom.


fot. Artur Grzanka
Po koncercie zanim zespół spakował się i wyruszył w drogę do Southampton, aby zagrać ostatni koncert w swej wiosennej trasie, udało mi się wśliznąć na zaplecze i zadać kilka pytań gitarzyście Panu Latawcowi, czego efekt do przeczytania poniżej.

Mateusz Augustyniak: To już druga wasza wizyta na Wwyspach. Pamiętasz jak było podczas pierwszej?

Łukasz Cegliński: To było 7 lat temu, w 2008 roku, tuż po wydaniu Nieprzygody. Pamiętam, że graliśmy wtedy w Cargo, również na zaproszenie Megayogi.

MA: A jak frekwencja? Londyński koncert to już wasz trzeci gig w tej mini trasie po UK prawda?

ŁC: Tak, w tej trasie trzeci i faktycznie frekwencyjnie najlepszy, natomiast wczoraj graliśmy w Leeds w klubie, który mieści może z 200 osób i faktycznie te 200 osób tam było, tak, więc wydaje mi się, że frekwencja jest dobra. Nas to osobiście bardzo cieszy, choćby, dlatego że fajnie jest, jeśli organizator zaprasza zespół i potem dzięki temu zespołowi wychodzi na swoje. Bo jakoś głupio przyjechać i narobić długów, tak więc cieszymy się, że jesteśmy w stanie ściągnąć taką publiczność.


fot. Artur Grzanka
MA: Pytam o to, ponieważ każdy wasz koncert w tej trasie był organizowany przez inną osobą, inną agencję koncertową i każdy organizator promował wasz koncert niezależnie od innego.
ŁC: Nie sądzę żeby była jakaś konkurencja między nimi, bo jednak ciężko byłoby ściągnąć publiczność z Liverpoolu do Londynu na koncert. Są trasy, które skleja jeden promotor i wszystko jest z głowy, natomiast ten Liverpool na przykład został dodany na sam koniec do tej trójki (Leeds, Southampton i Londyn – przyp. red.), ale cieszymy się, że mogliśmy tam zagrać, bo Patryk, czyli osoba odpowiadająca z koncert w Arts Klubie ma zamiar jakoś rozkręcić to miejsce i cieszymy się, że mogliśmy dołożyć swoją cegiełkę, pomóc właśnie w uruchamianiu tej inicjatywy. Tutaj w Londynie jest to już najbardziej profesjonalny klub, przypominający te, w których gramy, na co dzień w Polsce, więc cieszymy się z tak dużej liczby osób i że mogliśmy dla nich zagrać.

MA: W trakcie koncertu na prośbę publiczności o „Kostuchnę”, Kuba stwierdził, że ten numer zostanie już chyba na zawsze przekleństwem Jarka, można prosić o krótkie wyjaśnienie, o co chodzi? 



ŁC: A, bo gramy tę Kostuchnę na każdym koncercie chyba od premiery tej płyty, czyli od 2009 roku i już od dawna zamierzaliśmy od niej odpocząć, ale Kuba zawsze torpedował tę decyzję i summa summarum zawsze ten numer graliśmy. Tym razem na koncerty w Anglii udało się wyrzucić Kostuchnę z setlisty, ale na pytanie publiczności, co by dodatkowo chcieli usłyszeć na bisy, ta Kostuchna pojawiała się chyba w każdym mieście (śmiech). No, więc mimo wcześniejszych ustaleń ją graliśmy.

fot. Artur Grzanka
MA: W październiku ubiegłego roku ukazała się wasza nowa płyta Jakby nie było jutra. Przyznam się, że ja na tę płytę trafiłem z dużym opóźnieniem. Mimo że krążek w mgnieniu oka osiągnął status złotej płyty, to jakoś nie przedarł się do mainstreamu, a w wielu radiach nadal królują hity z waszej debiutanckiej płyty i tylko z niej. 


ŁC: Cóż, to jest oczywiście nie nasz problem, tylko stacji radiowych. Nie zajmujemy się tym, co chcą puszczać, a czego nie chcą, natomiast promocja płyty się odbyła razem z teledyskami i według nas wszystko było na swoim miejscu.

fot. Artur Grzanka
MA: Słyszałem, że jednak nie obyło się bez problemów podczas produkcji nowego longplaya.

ŁC: Tak to prawda, wszystko się po prostu sprzysięgło przeciwko nam. Najgorzej dała nam się we znaki pogoda obfitująca w ulewne burze i deszcze, które zalały studio. Zniszczyło się sporo śladów, niektóre rzeczy trzeba było nagrywać od nowa, inne odzyskiwać. W związku z tym wszystko się poobsuwało, przesunęła się premiera płyty, cały proces produkcyjny się wydłużył. W pewnym momencie była nawet groźba, że będziemy musieli jechać w trasę koncertową bez płyty. Na szczęście w ostatniej chwili udało się wszystko jakoś naprostować i po kilku koncertach trasy promocyjnej płyta pojawiła się na rynku.


fot. Artur Grzanka
MA: Macie już jakieś konkretne plany na przyszłość?

ŁC: Jasne, po tej trasie po Wielkiej Brytanii mamy dosłownie dwa dni przerwy w Polsce i wyjeżdżamy na taki „obóz kompozycyjny” jak my to nazywamy. Jedziemy do domku w górach żeby się zamknąć i komponować, wymyślać nowy materiał. Liczymy, że coś fajnego tam powstanie i mam nadzieję, że może w następnym roku, może za dwa lata będzie kolejna płyta.

MA: Kuba określił kiedyś waszą muzykę, jako „rock regresywny”, nowa płyta natomiast jest już bogatsza aranżacyjnie, słychać trochę elektroniki. Czy to nadal jest rock regresywny? 

fot. Artur Grzanka
ŁC: To jest raczej bardzo spóźnione Indie, natomiast ciężko jest grać w kółko to samo. Rzadko gramy kawałki z naszych starych płyt, pomijając numery oczywiste, które muszą być grane na koncertach właśnie z dwóch powodów. Po pierwsze trochę się one zestarzały, gramy je od jedenastu lat z okładem – jest to kawał czasu. Niektóre kawałki muszą być na każdym koncercie i jest to dla nas troszkę nużące. Będąc cały rok w trasie musimy coś nowego, coś świeżego grać – sami dla siebie; żeby każdy kolejny koncert nie był jak odtworzenie płyty czy DVD z koncertu. Chcemy żeby każdy koncert dawał nam jednak jakąś radość z grania, żeby to nie było odgrzewanie kotleta mówiąc kolokwialnie.


MA: Za czasów, kiedy pracowałem jeszcze w pewnym krakowskim klubie, wśród barmanów krążyła taka anegdota, że koncerty Happysadu są bardzo przyjemne, bo przychodzi na nie dużo ładnych dziewczyn.

fot. Artur Grzanka
ŁC: Tak, ja mam wrażenie, że ochroniarze też się cieszą, zwłaszcza Ci, którzy stoją w fosie pod sceną, bo mogą połapać te wszystkie fajne dziewczyny jak z fali spadają. To prawda u nas na koncertach pod tym względem jest bardzo przyjemnie (śmiech).


MA: A czy macie w związku z tym jakieś „psychofanki”?

fot. Artur Grzanka
ŁC: Nie, to się nie zdarza. To zależy, co masz na myśli mówiąc „psycho”. Nikt pod naszymi oknami hotelowymi ani przed domami nie wystaje, więc z tym jest spokój. Jeśli chodzi o jakieś wciskanie się na zaplecze to już bardziej, natomiast na każde takie akcje jesteśmy jak najbardziej otwarci i zupełnie nas to nie zraża.

MA: Dziękuję bardzo za rozmowę, powodzenia jutro w Southampton.

ŁC: Dzięki również

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz