środa, 15 października 2014

Mirek Chwedziak: Curcuma - "Gwóźdź" (2013)

Mick Chwedziak to po prostu Mirek z Wrocławia, który nie tak dawno skończył 29 lat. Dobrą muzyką pasjonuje się - jak sam o tym mówi - od tzw. 'gówniarza'. Gdy miał 4 lata, jego wujas Tadeusz (brat mamy, który jest dokładnie w wieku twórcy bloga Muzyczna Podróż), który był najważniejszym mężczyzną w Mirka młodzieńczym życiu i który karmił go muzyką takich bandów jak Scorpions, Deep Purple, Lady Pank, Perfect i swoimi ukochanymi "Zeppelinami", podarował mu gitarę. Gdy Mirek wchodził w wiek nastoletni, słuchał wszystkiego od bluesa (Gary Moore, Dżem, Stevie Ray Vaughn, B.B, King) przez amerykańskiego punk-rocka (The Offspring, Green Day), grunge (Nirvana, Pearl Jam, Alice in Chains) po Metallicę i inne mocniejsze brzmienia. W Anglii (a konkretnie w Londyńskim Hendon) mieszka od ponad 8 lat wraz z żoną i synem. Pracuje jako manager magazynowania i transportu (branża logistyczna to jego specjalizacja od młodych lat), a w wolnych chwilach robi to co siedzi w głębi jego duszy - pisze muzykę. W związku z tym, że praca zabiera Mirkowi większość czasu, jakiś czas temu postanowił, że w końcu spróbuje zrobić coś w kierunku grania zawodowego. Po latach pisania i wyrabiania swojej artystycznej tożsamości niedawno poczuł, że jest już na to gotowy. Jak wielu muzyków. autor poniższego artykułu powtarza sobie jak mantrę: "żyć z muzyki". Jego przygoda z muzyką jako wykonawcy zaczęła się od grania po wrocławskich klubach z nikomu nieznaną punkową kapelą EGGS OF DOOM. Było to głównie supportowanie większych wrocławskich kapel takich jak np. PRAWDA. Były to czasy wczesnego liceum, coś co na dobre popchnęło go w kierunku sceny. Później poznawał coraz więcej ludzi z różnych środowisk muzycznych, grających jazz, reggae czy hip-hop. Rozwijał się głównie jako muzyk, gitarzysta, a w 2006 roku postanowił zacząć pisać własne piosenki i samemu je śpiewać. Wtedy też zdał sobie sprawę, że jego głos nie jest taki znowu pospolity. Nie tylko barwa, ale też barytonowa skala, razem dające mocne niskie brzmienie, co w połączeniu z jego bardzo dobrym angielskim dawało mu poczucie tego, że mógłby w końcu coś z tym zrobić. Więc pisał i pisał i pisał. Mamy rok 2014 i Mirek postanowił wyjść z cienia! Dziś marzy o tym, by grać koncerty i móc nagrać płytę. Uważa siebie za wystarczająco dobrego gitarzystę (wszystkie gitary na swoich nagraniach robi sam), który zna wielu dobrych muzyków, z którymi mógłby nagrywać w Polsce, ale też i takich, z którymi mógłby grać w UK. Jego muzyka brzmi dosyć konkretnie również w wydaniu akustycznym, więc takie występy także bardzo go interesują (a na dzień obecny to nawet przede wszystkim). Jest gotowy na to, żeby w pełni zaangażować się w artystyczną twórczość i spróbować swoich sił w tym jakże trudnym świecie muzycznego biznesu. Jest otwarty na wszelkie propozycje, które pozwolą mu grać i docierać do coraz szerszej publiczności. W Mirka muzyce, siedzi blues, trochę country i trochę folk-rock'a. Chciałby robić muzę organiczną, naturalną, bazującą na klasycznych brzmieniach, pięknych melodiach, z duszą i przesłaniem, z wystarczającą ilością rockowego "brudu" i realizmu, ale nie pozbawioną delikatnego piękna ukrytego w poezji i melodii. Uwielbia brzmienie Les Paul'a tak samo jak i dobrego Strata. Cieszą go riff'y na Mesa'ch, ale kocha też krystaliczne piękno Fendera Twin Reverba. Stara się nigdy nie zamykać na nowe horyzonty i odkrywać wciąż nowe kombinacje brzmienia i estetyki artystycznej. Napisał dziesiątki gotowych numerów, z czego sporo całkiem dobrych (co pokazują choćby wyniki zestawień Polisz Czart). Sam robi swoje aranżacje i wie czego chce jako artysta. 13-go października 2014 Mirek zadebiutował na antenie radiowej. Mam to szczęście, że debiut ten miał miejsce podczas audycji Polisz Czart. Dziś Mirek Chwedziak debiutuje w gronie autorów Muzycznej Podróży, choć... to nie do końca prawda. Jego autobiografię możecie bowiem od dawna przeczytać tutaj. Jej tytuł, to oczywiście moja sprawka. Mirek z powodu skromności nigdy by zapewne o sobie tak nie napisał.




W łapki (oczywiście w przenośni!) dostałem (już nie tak) nowe EP szczecińskiej Curcumy zatytułowane Gwóźdź. A wszystko zaczęło się od Audycji PoliszCzart Sławka Orwata z Radio Verulam. Pierwszy numer Curcumy jaki usłyszałem to "Było", ich najnowszy "singiel". Wiedziałem od razu, że muszę pogrzebać głębiej. No i trafiłem na "Gwóźdź" (...dzisiejszej recenzji).

To czego podjęli się chłopaki z Curcumy to odtworzenie klimatu post grunge'owego alternatywnego grania w realiach polskiej sceny, gdzie przydałoby się śpiewać w języku ojców.. A to sprawa nie prosta. Ich granie charakteryzuje się przejrzystą budową riffów oraz bardzo poukładanym podziałem rytmicznym. Niespodzianek jest niewiele, ale to nie oznacza tego, że są przewidywalni. Często odnosimy wrażenie jakbyśmy to już słyszeli, ale nigdy dokładnie to i na pewno nigdy po polsku. Dla fanów gatunku - gratka, dla słuchaczy spoza kręgu - odkrycie.

Tytułowa piosenka otwiera płytę głównym motywem melodyjnym, robiąc wstęp do potężnego uderzenia, które następuje po kilkunastu sekundach. Grubo brzmiące riffy, solidny bas i poukładana perkusja prowadzą nas rytmicznie przez piosenkę, która może nie odznacza się jakąś głębią liryczną, ale wzbudza pełnię pozytywnych emocji. Nastrój zrobiony, rozumiemy już z jakiego rodzaju brzmieniem mamy do czynienia.

Następny jest "Świt". Tekst bardziej osobisty i wielowarstwowy. Już lepiej jak na mój gust. Dużo melodii, dobrze przemyślane partie gitarowe, zaaranżowane w dynamiczny sposób, tak, że odczuwamy pełen kop każdego przejścia. Wykrzyczane partie wokalne są naprawdę solidne! Coraz bardziej czujemy się jakbyśmy słuchali Puddle of Mudd z czasów świetności. Ciekawe melodie przywołują też na myśl nurt nu-metalowy.

Utwór trzeci to "Kilka Słów o Tobie". Tempo nie zwalnia, uderzenie wciąż takie jak ma być. Wokal zaczyna wkręcać się powoli w umysł. Przenikliwe melodie kontrastują perfekcyjnie z poszarpanymi riffami. Rock and roll na najwyższym poziomie. Solówka w drugiej połowie przywodzi na myśl co lepsze kompozycje z klasyki gatunku. Prosto, ale bardzo dobrze. Instrumentalnie nie brakuje tu niczego.

"Kryzys Ery Terminów Ważności" jest kontynuacją tej samej myśli dynamicznej. Zróżnicowanie muzycy osiągnęli tu poprzez bardziej rozbudowany aranż. Jest interesująco, na tyle, że pomimo niezmiennego klimatu wciąż chcesz słuchać by wyłapać szczegółowo elementy zmieniającego się krajobrazu melodyjnego. A w "Kryzysie" naprawdę dużo się dzieje.

"W Pył" zaczyna się z basem "na flangerze" i mierzy w "upłynnienie" klimatu. Jest spokojniej, ale ciemniej. Muzyka podkreśla przekaz liryczny, który łatwo uznać za uniwersalny. Pod koniec numer się rozkręca, aby zakończyć z przytupem. Dynamika dobrana jest doskonale przez cały czas trwania utworu.

Na koniec zostaje ballada "Nie Wybierałaś Mnie". Jeśli ktoś nie słyszy tu Wes'a i wspomnianego wcześniej PoM to tylko dlatego, że ich nie zna! Ale jest to fantastyczna inspiracja, bo ciężko oprócz tych oryginalnych "amerykańskich pudelsów" znaleźć coś podobnego i równie dobrego. Gitara akustyczna brzmi bardzo przyzwoicie, a wokal Łukasza jest bardzo wyeksponowany. I tu ostatecznie Curcuma osiąga pełnię sukcesu, podkreślając, że są kapelą, która zebrawszy spectrum talentów jakimi dysponują indywidualnie, nie musi kryć się za przesterami.

Granie Curcumy stoi na poziomie światowym, a brzmienie uzyskane na płycie jest niezwykle dobre, szczególnie biorąc pod uwagę, że pochodzi ono z kraju nad Wisłą, a nie z zachodniego wybrzeża Stanów. Jest ciężko, gęsto i klimatycznie. Jest do czego pomachać piórami, ale też nad czym się pozachwycać.

I choć od razu przychodzą na myśl pewne możliwości dalszego rozwoju i dopracowania (jak miejscami lepsze rytmiczne planowanie tekstów, trochę lepszy mix bębnów oraz wzięcie pod uwagę nagrywania gitar na Mesa Boogie Dual Rectifier zarówno jak i obecnym JCM'ie), to nie można nie odnieść wrażenia, że Curcuma jest jednym z ważniejszych rockowych zjawisk muzycznych w Polsce od czasu powstania Luxtorpedy.

Panowie, czapki z głów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz