czwartek, 16 października 2014

Antoni Malewski - Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim. Część 11 - Prywatki

Autor z Markiem Gaszyńskim
Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem i dobiega 70-tki. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie. Miał 12/13 lat, kiedy po raz pierwszy usłyszał termin rock’n’roll. Egzotyka tego słowa, wzbogacona negatywnymi artykułami Marka Konopki - stałego korespondenta PAP w USA jeszcze bardziej zwiększyła – jak wspomina - nimb tajemniczości stylu określanego we wszystkich mediach jako „zakazany owoc”. Starszy o 3 lata brat Antoniego na jedynym w domu radioodbiorniku Pionier słuchał nocami muzycznych audycji Radia Luxembourg, wciągając autora „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” w ten niecny proceder, który - jak się później okazało - zaważył na całym jego życiu. Na odbywającym się w 1959 roku w tomaszowskim kinie „Mazowsze” pierwszym koncercie pierwszego w Polsce rock’n’rollowego zespołu Franciszka Walickiego Rhythm and Blues, Antoni Malewski znalazł się przypadkowo. Po roku w tym samym kinie został wyświetlony angielski film „W rytmie rock’n’rolla” i w życiu młodego Antka nic już nie było takie jak dawniej. Później przyszły inne muzyczne filmy, dzięki którym Antoni Malewski został skutecznie trafiony rock'n'rollowym pociskiem, który tkwi w jego sercu do dnia dzisiejszego. Autor „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” wierzy głęboko, że rock’n’roll drogą ewolucyjną rozwalił w drobny pył wszystkie totalitaryzmy tego świata – rasizm, faszyzm, nazizm i komunizm. Punktem przełomowym w życiu Antoniego okazały się wakacje 1960 roku, kiedy to autor poznał Wojtka Szymona Szymańskiego, który posiadał sporą bazę amerykańskich płyt rock’n’rollowych. W jego dyskografii znajdowały się takie światowe tuzy jak Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Dion, Paul Anka, Brenda Lee, Frankie Avalon, Cliff Richard, Connie Francis, Wanda Jackson czy Bill Haley, a każdy pobyt w jego mieszkaniu był dla Antoniego wielką ucztą duchową. W lipcu 1962 roku obaj wybrali się autostopem na Wybrzeże. W Sopocie po drugiej stronie ulicy Bohaterów Monte Casino prowadzającej do mola, był obszerny taras, na którym w roku 1961 powstał pierwszy w Europie taneczny spęd młodzieży zwany Non Stopem, gdzie przez całe wakacje przygrywał zespół współtwórcy Non Stopu Franciszka Walickiego - Czerwono Czarni. Młodzi tomaszowianie natchnieni duchem tego miejsca zaraz po powrocie wybrali się do dyrektora ZDK Włókniarz, w którym istniała kawiarnia Literacka i opowiedzieli mu swoją sopocką przygodę. Na ich prośbę dyrektor zezwolił do końca wakacji na tańce, mimo iż oficjalne stanowisko ówczesnego I sekretarza PZPR Władysława Gomułki brzmiało: "Nie będziemy tolerować żadnej kultury zachodniej". Taneczne imprezy w Tomaszowie rozeszły się bardzo szybko echem po całej Polsce, a podróżująca autostopem młodzież zatrzymywała się, aby tego dobrodziejstwa choć przez chwilę doświadczyć. Mijały lata, aż nadszedł dzień 16 lutego 2005 roku - dzień urodzin Czesława Niemena. Tomaszowianie zorganizowali wówczas w Galerii ARKADY wieczór pamięci poświęcony temu wielkiemu artyście.

Wśród przybyłych znalazł się również Antoni Malewski. Spotkał tam wielu kolegów ze swojego pokolenia, którzy znając muzyczne zasoby Antoniego wskazali na jego osobę, mając na myśli organizację obchodów zbliżającej się 70 rocznicy urodzin Elvisa Presleya. Tak oto... rozpoczęła się "Subiektywna historia Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim", którą postanowiłem za zgodą jej Autora udostępniać w odcinkach Czytelnikom Muzycznej Podróży. Zanim powstała muzyka, która została nazwana rockiem, istnieli pionierzy... ludzie, dzięki którym dziś możemy słuchać kolejnych pokoleń muzycznych buntowników. Historia ta tylko pozornie dotyczy jednego miasta. "Subiektywna historia Rock’n’Rolla..." to zapis historii pokolenia, które podarowało nam kiedyś muzyczną wolność, a dokonało tego wyczynu w czasach, w których rozpowszechnianie kultury zachodniej jakże często było karane równie surowo, jak opozycyjna działalność polityczna. Oddaję Wam do rąk dokument czasów, które rozpoczęły wielką rewolucję w muzyce i która – jestem o tym głęboko przekonany – nigdy się nie zakończyła, a jedynie miała swoje lepsze i gorsze chwile. Zbliżamy się – czego jestem również pewien – do kolejnego muzycznego przełomu. Nie przegapmy go. Może o tym, co my zrobimy w chwili obecnej, ktoś za 50 lat napisze na łamach zupełnie innej Muzycznej Podróży.

Bogato ilustrowane osobiste refleksje Antoniego Malewskiego na temat swojej życiowej drogi można przeczytać tutaj Cześć 1 "Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim" można przeczytać tutaj. Część 2 tutaj  Część 3 tutaj  Część 4 tutaj  Część 5 tutaj  Część 6 tutaj Część 7 tutaj  Część 8 tutaj 
Część 9 tutaj 
Część 10 tutaj



Najpiękniejszy okres mojej młodości, całego mojego pokolenia, któremu najwspanialszy okres życia przypadał na początek dekady lat sześćdziesiątych XX wieku, były niezapomniane spotkania przy muzyce, nas młodych, w prywatnych domach, mieszkaniach, popularnie nazwanych - prywatkami. By nie nadużywać zbędnych przymiotników dla zobrazowania tej umierającej, w skali lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku „instytucji”, pozwolę zacytować sobie wielki przebój Wojtka Gąssowskiego o tym retrospektywnie, podniecającym tekście;

Gdzie się podziały tamte prywatki niezapomniane/ Elvis, Sedaka, Speedy Gonzales albo Diana/ pod paltem wino a w ręku kwiaty/ wieczór, bambino i Ty/ same przeboje Czerwonych Gitar/ tak bardzo chciało się żyć. Refren - Gdzie się podziały tamte prywatki/ gdzie te dziewczyny, gdzie tamten świat/ gdzie się podziały tamte wspomnienia/ naszych szalonych, wspaniałych lat. – Rodzina w kinie na drugim seansie już z nudów ziewa/ tutaj Paul Anka, Stonsi, Beatlesi, Cliff Richard śpiewa/ tuż przed maturą kwitły kasztany/ żyło się tak jak we śnie/ gdzie te prywatki niezapomniane/ czy jeszcze pamiętasz mnie.


Nasze prywatkowe spotkania wyglądały nieco inaczej, choć również były podniecające, czy aż tak?

Autor z Markiem Gaszyńskim
Tą przepiękną melodią do słów dziennikarza radiowo/telewizyjnego obchodzącego w tym (2013) roku 55 lat pracy w zawodzie - Marka Gaszyńskiego – skomponował nasz były lider zespołów Czerwono Czarni, Trubadurzy wspaniały wykonawca piosenek, muzyk i kompozytor - Ryszard Poznakowski. Utwór ten może być tak piękny, nostalgiczny, autentycznie brzmiący tylko dlatego, że wszyscy trzej (kompozytor, autor słów i wykonawca) tworzący to muzyczne dzieło, reprezentują jedno pokolenie i tamten czas, czas prywatek, mówiąc kolokwialnie, oni wszyscy tworząc ten utwór, czuli bluesa.

R. Poznakowski z synem autora Muzycznej Podróży
Dziś kiedy analizuję swoją młodość, ten najwspanialszy okres życia każdego człowieka, to stwierdzam, że dla rozwoju i rozpowszechniania rock’n’rolla, prywatki miały ogromny jeśli nie decydujący wpływ. Jakość domowych, muzycznych spotkań zależała, na pewno od uczestniczących osób (chłopców, dziewcząt), rodzaju mieszkania (chaty), w której miało odbyć się spotkanie ale przede wszystkim od rodzaju muzyki i sprzętu do jej odtwarzania.

By obiektywnie przedstawić, opowiedzieć o epoce prywatek, koniecznie trzeba podzielić je na dwa etapy, pierwszy to, kiedy jeszcze nie istniał magnetofon a muzykę odtwarzał gramofon (adapter). Wówczas liczyły się tylko płyty, właściwie wybór dotyczył, czy to singiel (dwa lub cztery nagrania po obu stronach, „A i B”, płyty) czy płyta długogrająca (longplay), która na stronie miała od 5/8 nagrań czyli do 16 utworów, i nieraz więcej na całej płycie. Jeśli chodzi o obsługującego prywatkę, przeważnie był to gospodarz, wygodniej było mieć na imprezie same longplaye, mniej pracy przy obsłudze adapteru. Puściło się płytę i … z głowy.

Ale płyta długogrająca miała również swoje mankamenty, na danej stronie nie zawsze wszystkie utwory były tanecznie ciekawe czy melodyjne. Prostsza sprawa była z singlem, jeżeli był to hit, nie było problemu, tyle, że trwało to zbyt krótko. W tym układzie wymagane było częściej zmieniać krążki. Kłopoty występowały później, kiedy obecni na prywatce wzmocnieni tańcami, szczyptą alkoholu, rozkręcali się, zaczęli czuć się bardziej na luzie, swobodniej. Wówczas sytuacja stała się inna, tańczące pary wymagały teraz serii nagrań, by non stop leciały piosenki tak zwane, nagrania migdałowe. I to był główny problem płyt analogowych, długogrających. W takich momentach nic gorszego nie było jak ciągła zmiana rytmu, wolny, szybki, wolny, szybki … i tak na przemian, bo tak układane było stopniowanie napięcia przez decydenta konstruującego kolejność utworów na danej płycie.

Inaczej działo się kiedy nastała era magnetofonów czyli drugi etap prywatek, wówczas każdy mógł być decydentem, co do układania kolejności i jakości utworów. Przeważnie wszystkie prywatki rozpoczynały się hitchcockowskim trzęsieniem ziemi czyli puszczane utwory na początku spotkania były najbardziej rytmicznie szalonymi, by po jakimś czasie, kiedy wszystko się ułożyło i wiadomo, kto z kim, właściwe było puszczenie w ruch migdałowej strony taśmy. Był to utarty stereotyp każdej prywatki, żadna ze stron, dziewczyna czy chłopak, nie miała pretensji do zmiany rytmu, utrzymania na dłuższy czas a nieraz do końca imprezy migdałowych rodzynków. Wszyscy wiedzieliśmy tak dziewczyny czy chłopcy, po co organizuje się tego typu spotkania. Miały one na celu między innymi wprowadzić młode osoby w ciemności pomieszczenia w pierwsze, erotyczne inicjacje (pocałunki, ściskanie, dotykanie się w czułe miejsca). Mogło tak się dziać tylko dzięki temu, że taniec w tamtych latach był tańcem (trzymanie się za ręce) kontaktowym. Czy dzisiaj jest inaczej? hm, hm?


Nasza grupa chłopaków z lokalizowana wokół Wojtka Szymona w okresie magnetofonowej posuchy miała w mieście, w tym czasie, przewagę nad resztą grup młodzieży, ponieważ byliśmy w posiadaniu największej aktualnie liczby krążków ze światowymi przebojami. Byliśmy zapraszani na wiele różnych, nieznanych prywatek z prośbą o zabezpieczenie strony muzycznej. Osobiście z racji muzycznego zabezpieczenia spotkania, zapraszany byłem przez nieznane mi dotychczas dziewczyny czy chłopaków na prywatki w różnych dzielnicach miasta jak; Ludwików, Karpaty, Wilanów czy Kaczka. Cudowne były sobotnie wieczory, szczególnie w okresie karnawału, w ferie czy wakacje, gdzie grupy chłopców, dziewcząt przemieszczały się przez ulice miasta z jakąś torbą kulinarnych zakupów w ręku, z dumą i ostentacyjnie trzymając jakiś longplay. Jeżeli była to zachodnia płyta, a nie daj Bóg, na czasie jakiegoś Cliffa, Fatsa, Jerryego czy Elvisa zatrzymywaliśmy się by choć przez chwilę z chwalić się swoim, muzycznym skarbem. Choć niejednokrotnie na tą chwilę zazdrościliśmy sobie wzajemnie posiadania rodzynkowego krążka, to jednak takie zaskakujące spotkania w drodze na prywatkę miało pozytywne znaczenie. Bo na kolejną wieczornicę była szansa na wymianę płyt. Tak się zresztą często działo. W owych latach wymiana płyt była czymś normalnym, naturalnym i z punktu widzenia rynkowego wakatu, drożyzny, ekonomicznie zasadna. 

Autor z Wojtkiem "Szymonem"
Najbardziej zapamiętane przeze mnie i moją grupę przyjaciół prywatki, były u Wojtka Szymona. Wojtka babcia często i to na dłuższy czas (dwa, trzy tygodnie) wyjeżdżała do swojej córki (matki Szymona) czy swojej siostry do Warszawy. Był to czas świetnie przez nas wykorzystany. Baza muzyczna w domu przy Placu Kościuszki zawsze przyciągała nowe dziewczyny, nowych chłopaków. Jedynym mankamentem była ilość pomieszczeń, choć bardzo duże ale tylko dwie izby, pokój i kuchnia. Najwspanialsze warunki były u nieżyjącego Jacka Michalskiego na Wąwale (stacja kolejowa Jeleń) … można kolokwialnie określić bazę u Jacka jak tytuł serialu telewizyjnego, Daleko od szosy. Jacek posiadał (mieszkał tylko z matką często wyjeżdżającą na dłużej do rodziny, znajomych czy sanatorium) piętrowy, piękny dom z kilkoma nagłośnionymi muzyką pokojami, tak na parterze czy piętrze.


Prywatkowe warunki do pozazdroszczenia. Nie bez kozery Jacek nazwał swoją willę; Fan Club Fats Domino. W tym czasie był w Tomaszowie jego największym fanem, posiadał najwięcej nagrań tego piosenkarza. Przyjeżdżała tu przeważnie nasza ekipa, Jacek był serdecznym przyjacielem wszystkich przychodzących do Szymona na seanse muzyczne. Był ich stałym słuchaczem. Posiadał również magnetofon, z którym często przyjeżdżał do Wojtka by przegrywać nowości muzyczne z magnetofonu na magnetofon. Tak, że muzycznie nie miało znaczenia czy to spotkanie odbyło się u Jacka na Wąwale czy na chacie u Szymona. Jedyną trudnością tych prywatek, to pokonanie drogi z Tomaszowa na Wąwał a były trzy. Jedna to jazda od PDT-u (dziś DT TOMASZ) autobusem linii nr. 2 na krańcówkę w Ludwikowie i dalej pieszo przez dzisiejszą ulicę Szymanówek (około 2,5 km), druga to jazda autobusem linii nr. 3 do Białobrzeg i dalej pieszo kierunek Wąwał (około 2 km) a najwygodniejsza to trzecia droga koleją, z dworca PKP jedną stację do Jelenia (mankament - mała częstotliwość pociągów wg rozkładu jazdy) i od tej stacji około 200/250 metrów do Jacka posesji. Prywatki u Jacka - wspominane do dzisiaj przez jeszcze żyjących jej uczestników - trwały po dwa, trzy a nieraz kilka dni. Kiedy edukowałem się w odległych Skierniewicach dowoziłem do stacji Jeleń grupę dziewcząt i chłopaków z tego miasta i okolic.


Bywałem też na przepięknych prywatkach w odległej, nieistniejącej dziś dzielnicy Kaczka. Kaczka to dzielnica za Wilanowem, za zakładem ZWCh Wistom w kierunku Spały, początek dzielnicy za mostem rzeki Czarna, w widłach dzisiejszych ulic Spalska/Luboszewska/ Piaskowa. Specjalnie nie wymieniam imion dziewczyn, mieszkanek Kaczki, które w swoich domach organizowały prywatki, by nie stwarzać jakichkolwiek podejrzeń. Wymienię ulice - Młynarska, Stawowa – przy których stały nieistniejące dziś prywatkowe posesje. Pamiętam powracające, rozśpiewane, poranne kilkuosobowe grupy udające się w kierunku odległego od centrum miasta (autobusy w niedzielny ranek jeszcze nie kursowały) z ciężkim sprzętem (magnetofon) w ręku i innymi, prywatkowymi akcesoriami. Gdy się dzisiaj spotykamy, np. na moim cyklu spotkań Herosi Rock’n’Rolla, w Galerii ARKADY czy w naszych mini kawiarenkach, zawsze sentymentalnie wspominamy nieistniejącą dzielnicę i wspaniałe prywatki. Wiele osób, dziewcząt i chłopców z Kaczki, uczestniczyło w pierwszych fajfach w Literackiej, tym samym swoimi postawami, obecnością, wniosły duży wkład w rozwój i rozpowszechnianie rock’n’rolla w naszym mieście. Samo organizowanie przez tomaszowską młodzież przeróżnych spotkań, imprez sportowych, wspólne opalanki i kąpiele na nadpilicznych przystaniach, wyprawy do grot, bywanie na oddolnie organizowanych fajfach w Literackiej, organizowanie i uczestniczenie w prywatkach to najwspanialsze, integrujące przedsięwzięcia, które tworzyły przyjaźnie trwające po dzień dzisiejszy. Z wielkim smutkiem nie zauważam dzisiaj tego typu działań u swoich, dorosłych dzieci a tym bardziej u wnuków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz