niedziela, 10 stycznia 2016

Nam nie grozi bezwietrzna pora - z muzykami krakowskiej grupy Pora Wiatru rozmawia Sławek Orwat

 fot. Artur Biernat
 fot. Artur Biernat
- Jak myślicie, dlaczego właśnie w Krakowie powstało aż tyle wartościowej muzyki, będącej jakże często oprawą do poetyckich, niekiedy bardzo głębokich tekstów, które na trwałe zapadły nam w pamięć? Bycie artystą krakowskim brzmi dumnie, prawda?

Mateusz Antas: Mimo, iż obecnie kultura krakowska jest często określeniem ironicznym, ze względu na jej historię i tradycję, bycie artystą krakowskim brzmi dla mnie bardzo dumnie. Dlaczego właśnie w Krakowie powstało tyle wartościowej muzyki? Może mamy bardziej klimatyczne puby i piękniejsze kobiety niż inne miasta.

Jakub Wiśniewski: To prawda, że krakowski smog stwarza dobre warunki do tworzenia, ale może nie wywyższajmy go nad inne miasta.

- Skąd pomysł na granie akustyczne? 


 fot. Artur Biernat
 fot. Artur Biernat
Jakub Wiśniewski: Od zawsze czułem się dobrze wśród instrumentów, które nie potrzebują prądu.

Mateusz Antas: Byliśmy bardzo młodzi, gdy swoje historie muzyczne rozpoczynaliśmy właśnie od akustycznych instrumentów. Tak nam zostało. Zdecydowaliśmy się rozwijać tworząc akustyczne dźwięki. Czasem tęsknimy do ciężkiego, męskiego grania. Nie można jednak robić wszystkiego.

- Narodziliście się w 2008 roku w składzie: Michał Król, Mateusz Antas, Mirek Gotfryd, Karol Chojecki i Jakub Wiśniewski. Dziś z tego składu pozostaliście już tylko wy dwaj. W ciągu 7 lat zmieniło się więc 2/3 zespołu. Dlaczego?

Jakub Wiśniewski: Życie. Jedna osoba wyjechała budować studio nagrań w Ghanie, druga została śpiewakiem operowym, trzecia szkoli się na realizatora dźwięku. Wciąż utrzymujemy ze sobą bardzo dobry kontakt.


 fot. Artur Biernat
 fot. Artur Biernat
 - Powiedzcie kilka zdań o sobie.

Jakub Wiśniewski: O mojej “muzycznej historii” nie ma co się rozpisywać: ot, zaczynałem od fortepianu, skończyłem na gitarze, w podróż zabieram ze sobą ukulele. Najbardziej odpowiada mi rola singer/songwritera. Lubię czytać długie książki i pisać długie piosenki, ale muszę je skracać, żeby ktoś posłuchał ich do końca. Mam zdecydowanie zbyt dużo muzycznych (i nie tylko) pomysłów i mam nadzieję, że niektóre z nich uda mi się zrealizować.

Mateusz Antas: Już we wczesnej podstawówce zacząłem próbować swoich sił używając do tego pianina. Mimo, iż mój zapał był krótszy niż ten do piłki nożnej, z powodzeniem raczyłem moje ciotki i babcie odgłosami "Cichej nocy" przez dwie Wigilię z rzędu (śmiech). Następnie przez bardzo długie lata mojej wczesnej młodości pierwsze skrzypce grała gitara akustyczna. To z nią na ramieniu zakładałem wraz z Kubą i pozostała bandą Porę Wiatru. Były to również czasy, gdy mocno udzielałem się twórczo w kapeli. Równolegle do tworzenia Pory Wiatru, byłem częścią chóru licealnego "Soli Deo". To tam udało mi się zwerbować - jeszcze wtedy ułożonego - skrzypka (śmiech). Obecnie przeżywam druga młodość u boku narzeczonej i harmonijki ustnej.


fot. Mateusz Tabor


 fot. Artur Biernat
Kacper Szpyrka: Ułożony? Po prostu kiedyś byłem młody, głupi i chodziłem spać po dobranocce. Teraz jestem młody i głupi. Łatwo przewidzieć, co odpadnie w następnej turze. Póki co - gramy.

- Twierdzicie, że w odróżnieniu od większości zespołów, Pora Wiatru nie powstała przypadkowo. Co takiego było więc tą siłą sprawczą, która kazała wam razem grać i czy wiąże się to w jakiś sposób z waszą nazwą?

Mateusz Antas: Powstanie zespołu zdeterminowało coś w rodzaju natchnienia i zaistniałych sprzyjających warunków oraz młodzieńczych pękających w szwach ambicji. Pora Wiatru!

- Mówicie o sobie, że wciąż szukacie tego Wiatru, który kiedyś przywiał was w to samo miejsce o tym samym czasie. Znany krakowski zespół Skaldowie śpiewał przed laty, że nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go. Czy podobnie jest z waszym wiatrem?


 fot. Artur Biernat
 fot. Artur Biernat
Mateusz Antas: Ciągle wierzymy, że nam nie grozi bezwietrzna pora. Nawet jeśli żagle nie będą nadęte, zawsze można narobić trochę szumu.

Jakub Wiśniewski: Cóż, artysta spełniony to artysta skończony. Gońmy zatem króliczka.

Adam Legutko: Z tym “wiatrem” jest trochę trudniej. Próbowałeś kiedyś gonić wiatr? Króliczka łatwiej złapać, więc muzyczna emerytura chyba nam prędko nie grozi (śmiech).

- Wasz debiutancki krążek Pejzaż Zbawienia powstał bardzo krótko po założeniu grupy. Skąd mieliście tak bogaty materiał już na tym etapie działalności?

Jakub Wiśniewski: To było bardzo spontaniczne, naiwne, na oślep. Choć dało nam mnóstwo frajdy.

Mateusz Antas: Praktycznie zespół powstał równo z wydaniem krążka. Pierwszy koncert również odbył się w związku z premierą albumu. Płyta miała być uwiecznieniem zalążków twórczości, jaka z nas zaczynała wówczas wypływać i miała stanowić coś w rodzaju pamiątki dla tych, którymi wówczas się otaczaliśmy. Sprawy zabrnęły jednak (na szczęście!) dalej.


fot. Grzegorz Jasionowicz
fot. Grzegorz Jasionowicz
- W jakiej kolejności pojawiali się kolejni muzycy. Poproszę też o kilka słów o sobie.

Kacper Szpyrka: Zamiłowanie do muzyki skierowało moje kroki do Szkoły Muzycznej, gdzie w 1999 roku rozpocząłem naukę gry na skrzypcach - instrumencie, który najbardziej przypadł mi do gustu. Po ukończeniu sześcioletniego cyklu nie zamknąłem jednak szczelnie smyczka i skrzypiec w futerale, lecz starałem się grać muzykę przy wszelkich możliwych okazjach, takich jak akademie szkolne czy też różnorakie festiwale. W liceum przyłączyłem się na niedługi czas do zespołu Banita grającego poezję śpiewaną, gdzie zdobyłem pierwsze doświadczenie we współtworzeniu piosenek. Udzielałem się również w chórze Soli Deo, gdzie spotkałem Mateusza Antasa, który po jakimś czasie zaproponował mi współpracę z Porą Wiatru. W ten sposób w 2009 roku dołączyłem do zespołu, w którym znalazłem idealne miejsce dla moich muzycznych aspiracji. Staram się rozwijać, nie zamykać się na inne rodzaje muzyki, o czym może świadczyć gościnny występ na nagraniach kapeli Hellhaven, wykonującej nieco ostrzejszą muzykę. Najlepiej jednak czuję się wśród folkowych i bluesowych dźwięków.


fot. Grzegorz Jasionowicz
 fot. Artur Biernat
Bartłomiej Wójcik: Moja przygoda z muzyką zaczęła się od nauki gry na pianinie. Po roku klawisze zamieniłem na bębny. I zaczęło się. Intensywne, konsekwentne i systematyczne nawoływania rodziny i sąsiadów o urywki chwil spokoju i ciszy. Ale nie dałem się. Dążyłem do bycia najlepszym w grze na perkusji. Wiele zespołów, wiele gatunków muzycznych, dużo doświadczeń, plany o akademii muzycznej. A później poszedłem na studia i zacząłem grać z Porą Wiatru. Miałem być na rok, ale jak już w to wdepnąłem, to tkwię do teraz. Myślę, że jest to kara za to, że nie ćwiczyłem z metronomem (śmiech). Ale spoko, chłopaki też nigdy tak nie ćwiczyli, więc jakoś się zgrywamy.

Adam Legutko: Moje pierwsze próby zmierzenia się z muzyką miały się skończyć na graniu tylko dla siebie - pusty pokój, gitara akustyczna i ja. Jednak niedługo później kumpel zaczął mnie namawiać na kupno basu. "Znajdziemy kogoś na perkusję i sami założymy zespół" mówił. Ja zacząłem grać na basie, lecz ze wspólnego zakładania zespołu nic nie wyszło. On chyba stracił zapał. Spotkaliśmy się parę razy, żeby wspólnie pojamować, lecz z instrumentami w ręku ciężej nam się było dogadać. Po jakimś czasie kuzyn podesłał mi informację, że w okolicy jakaś grupa szuka basisty. Stwierdziłem, że warto spróbować. Pierwsze próby w garażu, rockowe covery. White Stripes, Deep Purple, Nirvana, RHCP. Nie potrzebowałem więcej, żeby złapać bakcyla. Oczywiście pierwszy zespół po jakimś czasie się rozpadł, zastąpiony przez następne. Często jeden wynikał z drugiego. Ciągła mieszanka rocka, metalu, punka. Gdy już byłem na studiach, kumple z Pory Wiatru zaproponowali mi zastąpienie swojego poprzedniego basisty. To był dla mnie szok kulturowy. Folk? Country? Wolne żarty. Ale czemu by nie spróbować? Spróbowałem. Wciągnęło mnie na dłużej.


fot. Grzegorz Jasionowicz
Guillermo Caravaca: Zacząłem słuchać muzyki i grać na gitarze prawie w tym samym czasie. Miałem wtedy około 13 lat. Pamiętam, że wszystko rozpoczęło się od krótkiego zainteresowania muzyką metalową, a następnie takimi klasykami jak The Beatles, Stones, The Who i kilkoma zespołami, które grały w tym czasie jak Red Hot Chili Peppers, Blur, Garbage itp. W pewnym momencie zainteresowałem się muzyką ludową. Każda piosenka rodzi się naga i początkowo składa się tylko z instrumentów akustycznych i zaledwie kilku akordów i właśnie muzyka ludowa zachowuje tę prostotę. W hiszpańskiej Granadzie - moim rodzinnym mieście grałem w dwóch lokalnych zespołach. Miałem szczęście do wielu przyjaciół, którzy także byli muzykami i dlatego nigdy nie musiałem dawać reklamy typu "muzyk szuka zespołu" lub czegoś podobnego. Granie z moimi przyjaciółmi było dla mnie po prostu czymś naturalnym. Grałem na gitarze elektrycznej różne gatunki, ale przede wszystkim grałem rock, blues, funk i pop. Kiedy przyjechałem do Polski mając obsesję na punkcie Dylana, Neila Younga, Cat Stevensa, Simona and Garfunkela kupiłem dużą gitarze akustyczną. W końcu spotkałem grającą na ulicy Porę Wiatru i kupiłem banjo, aby do nich dołączyć. Reszta to już historia, którą zawsze opowiadam po kilku piwach po każdym koncercie (śmiech).


 fot. Artur Biernat
- Gracie na ulicach, w kościołach, studenckich klubach, a nawet w pewnym tramwaju. Cóż to za przedziwny tramwaj i gdzie czujecie się z waszą muzyką najlepiej?

Mateusz Antas: Tramwaj był jedyny w swoim rodzaju. Nasz, własny (prawie, bo wynajęty), rozhukany i rozśpiewany, z najbardziej szalonymi fanami na pokładzie. Impreza pod tytułem “Koncert w tramwaju” przyciągnęła w Krakowie na prawdę sporo słuchaczy.

Kacper Szpyrka: Tramwaj ze skrzypkiem przywiązanym paskiem do rurki… Granie w nietypowych miejscach powoduje spontaniczne reakcje u słuchaczy. Jeżeli ktoś się zachwyci muzyką graną na ulicy, folguje pośpiech - być może nawet gdzieś się spóźni. W miejscach, w których zwykło się słuchać muzyki, człowiek wpada w koleinę roli słuchacza. Dzieje się tak choćby w filharmonii z wszystkimi konwenansami wręczania kwiatów, brawami na stojąco, gdy przykładowo koncert był słaby.


fot. Agnieszka Szandula
Jakub Wiśniewski: Wśród uważnych słuchaczy. Bardzo podoba mi się zwyczaj panujący w Portugalii, na koncertach fado: kiedy rozpoczyna się piosenka, rozmowy się kończą. Publika i artysta szanują się nawzajem. Dla takiej muzyki jak nasza, osobistej, intymnej, stwarza to najlepsze z możliwych warunków.

- W Londynie działa pewien śpiewający po polsku akustyczny zespół szalonych muzyków, który zaczął od występów na ulicach, na górnych pokładach londyńskich autobusów, a nawet na dachach domów. Dziś Gabinet Looster rozpoczyna w stolicy Zjednoczonego Królestwa koncerty takich grup jak Kult, Hey, Pidżama Porno czy Strachy Na Lachy i jest najbardziej popularną polską kapelą na Wyspach. Mam czartowski pomysł poznania was ze sobą. Może z tego wyjdzie jakieś nieprzewidziane muzyczne szaleństwo. Co wy na to? 


Mateusz Antas: W Londynie akurat jeszcze nie byłem. Jestem na tak!

Jakub Wiśniewski: Dlaczego nie!

Gabinet Looster, ich Manager (po lewej) oraz (aż dwukrotnie) pewien namolny radiowiec :-) fot. Monika S. Jakubowska
Adam Legutko: To może być dobre spotkanie. W końcu poznamy kogoś, kto gra w dziwniejszych miejscach, niż my (śmiech).

- Przed trzema laty nagraliście wasz drugi album Nielogika. Czym różni się on od Pejzażu Zbawienia i jak oceniacie oba te krążki dziś? 


Jakub Wiśniewski: Mam bardzo krytyczny stosunek do swoich własnych i naszych wspólnych prób twórczych, również z tamtego okresu. Nielogika jest albumem ciekawszym i dojrzalszym, ale podobnie jak Pejzaż nagranym w pośpiechu, bez odpowiedniego podejścia i luzu i potrzebnego czasu. Ma jednak “swoje momenty” i uważny słuchacz będzie umiał je wychwycić. Jedno jest pewne: stać nas na więcej.

fot. Grzegorz Jasionowicz
Mateusz Antas: Z kolei moim zdaniem, Nielogika to 200 % naszych ówczesnych możliwości. Warto zaznaczyć, iż byliśmy sami swoimi wydawcami, bez zainteresowania z zewnątrz. Miało to swoje minusy, ale i plusy, choćby w postaci możliwości umieszczenia na krążku w zupełności naszych pomysłów artystycznych. Płyta w większości zawierała utwory spokojne, z nutą głębszych przemyśleń i zastanowienia się nad wartościami. W porównaniu do poprzedniego krążka, wprowadzała w warstwie muzycznej choćby takie instrumenty, jak: harmonijka ustna, cajon, czy skrzypce. Z całym przekonaniem mogę również stwierdzić, że bardzo namacalna jest w związku z obydwoma albumami para pojęć “chronologia” i “progres”.


Adam Legutko: Nie uczestniczyłem w tworzeniu tych albumów, dlatego wydaje mi się, że mogę być bardziej obiektywny. Pejzaż sprawia wrażenie być niesamowicie spontanicznym tworem, gdy w Nielogice słychać, że wszystko było dopracowywane. Drugi album jest zdecydowanie bardziej dojrzalszy, a jednocześnie bardziej osobisty. Nasza najnowsza EPka z kolei jest chyba trochę pomiędzy. Staraliśmy się dopracować ją jak najlepiej, jednak wciąż udało nam się uchwycić masę spontaniczności i energii.

 fot. Artur Biernat
- Podobno nagraliście już kilkadziesiąt autorskich utworów! Czy wszystkie dostępne są w sieci i kiedy planujecie trzecią płytę?

Mateusz Antas: Czas pokaże. Na pewno będziemy utrzymywać w zwyczaju wypuszczanie do sieci nowych kompozycji.

Jakub Wiśniewski: Co do płyty: nie wiem. Ale nowe utwory cały czas czekają na realizację.


Adam Legutko: Na szczęście nie wszystkie (śmiech). EP ujrzało już światło dzienne końcem zeszłego roku. A jak to Mateusz pięknie gdzieś powiedział, jest ono zapowiedzią czegoś więcej.

- Zagraliście już około 100 koncertów oraz wystąpiliście na kilku festiwalach. Możecie wymienić te najważniejsze?

 fot. Artur Biernat
Mateusz Antas: Myślę, że warto w tym miejscu wspomnieć o naszych występach na Festiwalu Folk&Country w Mrągowie, Suwałki Blues Festival, SlotART, czy Taubertal Openair Festival w południowych Niemczech. Możemy się również pochwalić mianem lauerata X Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Studenckiej we Wrocławiu, wygraną polskiej edycji festiwalu Emergenza, a także uczestnictwem w finale Must be the Music.


- W tym roku zostaliście zwycięzcami polskiej edycji konkursu Emergenza, dzięki czemu przeszliście do etapu międzynarodowego, którego finał odbył się na Taubertal Festival w Niemczech. Powiedziałeś mi kiedyś Adamie, że określono tam wasze granie mianem hipster country. Jak przyjęliście taką etykietkę?

Jakub Wiśniewski: Jak każdą inną: ze śmiechem.

fot. Mateusz Tabor
Kacper Szpyrka: W rzeczywistości depczemy gdzieś po piętach hipster-awangardę. Przede wszystkim z naszego zamiłowania do brzmień harmonijki z zepsutym kanałem i niedostrojonych skrzypiec. Gdzieś tam w mgławicy hipsterskiej czai się za dużo elektroniki.

Guillermo Caravaca: Jesteśmy po prostu zbyt szpetni, żeby nas zaklasyfikować jako hipsterów, więc to musiał być jakiś kawał (śmiech).


Adam Legutko: Ja nawet nie wiedziałem wcześniej, że jest taki nurt w muzyce (śmiech). Ale wydaje mi się, że jeżeli mielibyśmy określić naszą muzykę tylko jednym gatunkiem to ten byłby najbliżej.

- Twierdzicie, że nie da się zmierzyć, ile twórczej energii przez was się przelało, ile zostało przyjęte, a ile wciąż gdzieś krąży, szukając odbiorcy. Czy niespodziewany dla was sukces na Liście Przebojów Polisz Czart nie jest właśnie konkretnym dowodem na niezwykle skuteczne i kompletnie niezależne od was krążenie wasze twórczej energii po ziemskim globie? 

 fot. Artur Biernat
Mateusz Antas: Oczywiście! Nie dość, że byliśmy zaskoczeni umieszczeniem nas na (wówczas w naszym pojęciu) “jakiejś zagranicznej liście”, to następnie natychmiastowym jej wygraniem! Szczerze muszę przyznać, iż jest to dla nas ogromny wyraz uznania słuchaczy, za który z serca dziękujemy!

Kacper Szpyrka: Może to zabrzmi banalnie, ale jestem pod niesamowitym wrażeniem tego, że można dziś docierać z ową energią artystyczną do najdalszych zakątków świata, nie zdając sobie z tego sprawy.


- Muszę wam powiedzieć, że w blisko czteroletniej historii Listy Przebojów Polisz Czart jesteście pierwszym wykonawcą, który wygrał dzięki głosom sympatyków najbardziej liczących się wykonawców, a bardzo niewielka ilość głosów od waszych ludzi nie miała najmniejszego wpływu na sukces. Niedawno powiedziałem na antenie, że tym razem chyba najbardziej zwyciężyła muzyka. Jak wy skomentujecie to, co się stało?

 fot. Artur Biernat
Mateusz Antas: Podoba mi się Twój punkt widzenia. Nie patrzyłem na ten fakt od tej strony. Skomentuję to tak: RE-WE-LA-CJA!

Jakub Wiśniewski: Ogromnie nam miło, że ktoś nas docenił. Dzięki!

- Dwa lata temu w VI edycji programu Must Be The Music zdobyliście "Dziką Kartę" w głosowaniu publiczności dzięki czemu zagraliście w finale. W propozycjach do Listy Przebojów Polisz Czart także znaleźliście się w wyniku "Dzikiej Karty". Chyba ten Wiatr rzeczywiście was lubi (śmiech)? 


Mateusz Antas: Lubimy dzikie karty! Oby szczęście sprzyjało nam nadal.

Kacper Szpyrka: Nie jesteśmy gigantami wirtuozerii, więc nie mamy wyjścia: pozostaje nam pasja, upór, dzikie karty i wiatr. (śmiech)

Jakub Wiśniewski: W Must Be The Music był to nie tylko wiatr, ale też nasi znajomi i rodzina, którzy wspierają nas od lat. Za co jesteśmy dozgonnie wdzięczni.

fot. Grzegorz Jasionowicz
- W biografii Pory Wiatru można przeczytać tajemnicze stwierdzenie: "Będziemy grać naszą muzykę wierząc w to, co jest nie do wiary, by iść tam, gdzie jeszcze nikt nie był, albo przynajmniej nie było tam jeszcze nas". Co takiego w waszej muzyce jest nie do wiary i czy macie jakiś mniej lub bardziej sprecyzowany cel?

Kacper Szpyrka: Mam nadzieję, że w tym życiowym skoku przez płotki nie usuniemy z naszego życia i dalej będziemy się starali dobrnąć z Porą Wiatru do czegoś muzycznie niesamowitego.


Jakub Wiśniewski: Chciałbym stworzyć coś pięknego. Coś, czego wartości artystycznej z czystym sumieniem mógłbym bronić do końca życia, ale jednocześnie nie musiałbym tego robić, bo dzieło obroniłoby się samo. Będziemy nieustannie próbować.

Mateusz Antas: Nie do wiary, że jeszcze istniejemy (śmiech). Pytasz o cel? - Grać, grać i jeszcze raz tworzyć! Bez oglądania się na sukces.


z muzykami Pory Wiatru:
Mateuszem Antasem - wokal, gitara, harmonijka
Kacprem Szpyrką - skrzypce
Jakubem Wiśniewskim - wokal, gitara
Bartkiem Wójcikiem - bębny
Guillermo Caravacą - banjo
Adamem Legutko - bas (któremu dziękuję za wszystkie starania, które doprowadziły do powstania tej rozmowy)
rozmawiał: Sławek Orwat
ps.
Całemu Zespołowi dziękuję za to, że jest :-)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza