środa, 2 września 2015

Marcin Kuchta - Pierony z drugiej strony (świata)


Marcin Kuchta. Muzyka w jego domu była od zawsze. Na siódme urodziny dostał w prezencie singla 2 plus 1 i longplay Odział Zamknięty. Potem były Lady Pank, Perfect, Republika i… Boney M. W nagrodę za świadectwo z wyróżnieniem Marcin dostał adapter i nie musiał już chodzić do Dużego Pokoju żeby puścić sobie „Andzię”. Potem pracował w wakacje, aby jak najszybciej uzbierać na „jamnika”, Kto wtedy miał kompakt, ten był gość. Marcin nie miał. W wiek młodzieńczego buntu wchodził słuchając Depeche Mode. Potem przyszły The Cure. Pearl Jam. U2, Blur i dziesiątki innych. Starsi koledzy z LO opowiadali mu o swoich fascynacjach. Dostał o nich płytę z pryzmatem na okładce i od tego momentu zaczęło się całkiem inne słuchanie muzyki. Potem przynieśli mu King Crimson, The Doors, Genesis i Petera Gabriela i przede wszystkim Polskie Radio Program Trzeci a w nim Piotra Kaczkowskiego. Radio i jego magia porwały Marcina z całą mocą. Było dla niego jasne, że także musi spróbować swoich sił. Stało się to w 1995 roku kiedy jako student I roku pedagogiki poszedł do „Afery”, studenckiego radia Politechniki Poznańskiej. W życiu Marcina zaczęło się dziać tyle, że opowieści starczyłoby na kilka  takich bio. New Model Army, R.E.M. The Clash, Dead Can Dance… Było to najmilsze i najintensywniejsze kilka lat jego życia. Przywilej odsłuchania krążka przed jego premierą i palące policzki wynikające już tylko z trzymania go w dłoni. Takiego czegoś się nie zapomina. Marcin przekazuje tę miłość dalej. Jego dzieci już w wieku 3 lat wiedziały jak łapie się kompakt, aby go nie pobrudzić i nie zniszczyć, a jego kolekcja płyt tylko przez chwilę musiała stać poza ich  zasięgiem.


Doleciałem, dojechałem, do siebie jeszcze dochodzę. I przez chwil kilka jeszcze będę.

Zalogowałem się w hostelu, jak żywo, przywodzącym mi wystrojem, umeblowaniem i ogólnie klimatem, altanki działkowe z lat 80-tych ubiegłego stulecia, w naszym cud-PRL'u. To było najciekawiej wydane 130 złotych w moim życiu. Czteropiętrowa kamienica w centrum Warszawy, tego wieczoru wypełniona mieszanką studenckiej braci z całego świata, oraz fanów elektryki i prądów stałych i zmiennych. Również z całego świata, jak się potem okazało. Szybka kąpiel w zbiorowej łazience (łezka w oku się zakręciła na wspomnienie DS Jagienka w Poznaniu) i w te pędy na Stadion Narodowy. Przemiła obsada recepcji wyjaśniła mi wszystko, krok po kroku, jak na stadion się dostać i jak z niego wrócić. Gdzie zjem coś na szybko, gdzie kupię bilet na metro i ile mnie to będzie kosztowało. Obsługa godna polecenia. W drogę więc! Przy stacji Świętokrzyska, tak jak zostało mi to polecone, kebab, ten nasz, w bułce a nie w picie, ze słuszną ilością surówek. Pycha! Zaserwowany z uśmiechem i życzeniami dobrej zabawy dzisiejszego wieczora. W wagonie metra wymiana grzeczności ze sporym tłumkiem odzianym w garderobę przeróżną, z jedną cechą wspólną, z jednym symbolem w absolutnie wszystkich konfiguracjach świata - AC/DC . Tuż przed samym koncertem rozległy się potężne grzmoty a błyskawice co i rusz przecinały niebo. Australijczycy zaklinali pogodę na swoją modłę bardzo skutecznie. Fani, pomimo że na sam stadion docierali kompletnie przemoczeni skakali zachwyceni, jak małe dzieci ku uciesze stewardów, rozstawionych po drodze ze stacji metra aż pod samą scenę, uprzejmie informując tłumy jak, gdzie, którędy. Ufff! Dobrze, że zamknęli dach. Przed głównym artystą, wystąpili Vintage Troubles, grupa dosyć ciekawa. Rockabilly, boogie, blues i rock wyśmienicie zmiksowane i podane w dosłownie vintage stylu przez haryzmatycznego wokalistę. Sam wybór takiego przedskoczka moim zdaniem bardzo ciekawy. Sprawdźcie z resztą sami.


No i jest! Nadszedł ten moment dla którego wszyscy się na Stadionie Narodowym zebraliśmy. Zamiast uwetury, krótka animacja udowadniająca, że Amerykanie wcale pierwsi nie wylądowali na księżycu, a ich mały krok człowieka, zwanym wielkim krokiem ludzkości, to manipulacja. AC/DC byli pierwsi! Zaczęli potężnie kawałkiem tytułowym trasy, a jakże. Z fajerwerkami! W zamkniętym dachem stadionie! Samo to już robiło wrażenie. Drugie, to siła dźwięku. W zasadzie, cała scena, jej wystrój, dosłownie cała scenografia, to był jeden wielki głośnik! Setki, ba! Tysiące migoczących czerwonych różków zamocowanych na opaskach do włosów, zaczęło pląsać i nie przestało aż do ostatniej nuty.

Angus Young rządził sceną i całą widownią. Jeden z nielicznych przykładów doskonałego frontmana, który nie jest wokalistą. Co ciekawe, Angus nie wypowiedział do mikrofonu ani jednego słowa, a publika wykonywała jego "rozkazy" bez mruknięcia. Mistrz!

Piotr Metz kiedyś powiedział, że AC/DC to zespół jednej nuty. Wystarczy, że zagrają jeden ton i już wiesz, że to oni. Złośliwi lekko parafrazują tę wypowiedź. Twierdzą, że wszystkie ich kawałki brzmią tak samo i identycznie się kończą. W gruncie rzeczy z obiema tezami się zgadzam. Serio. Z resztą kto zna AC/DC dobrze o tym wie, ale czy z którejkolwiek z tych opinii można by zrobić zarzut? Śmiem twierdzić, że nie. Każdy z ich numerów automatycznie podrywa i każe tupać nóżką. No nie da się inaczej. Taka energia jaka spływa z ich utworów, nawet jeśli by ktoś chciał nazywać to rzemiosłem, niech mu będzie, jest autentyczna i nie pozostawia obojętnym. Więc jeśli rzemiosło, to w najrzetelniejszym wydaniu. Dodatkowo, te ich zakończenia utworów. Nie każdy musi lubić mocny akord dopieprzony na finiszu, ale każdy musi się zgodzić, że biegać po scenie przez 20 utworów, tak, biegać, i na koniec każdego przy tym właśnie pieprznięciu sobie solidnie podskoczyć, to w wieku 60 lat wyczyn godny podziwu. Ma Angus Young zdrowie co najmniej jak mój 61-letni tata. Winszuję.

W czasie całego koncertu nie zabrakło, ikonicznych już, momentów. Był "krok Angusa" przy Thunderstruck, rozpoczętym skandowaniem tysięcy gardeł "THUNDER!" wywołujących ciarki na plecach. Na ekranach można było zobaczyć ten oryginalny taniec z gitarą filmowany z dołu sceny, przez szklaną podłogę. Przy Hells Bell nad sceną musiał zawisnąć ogromny dzwon z logo AC/DC. Angus Young przez cały koncert konsekwentnie pozbywał się elementów swojego mundurka. Solówka zagrana krawatem pozostanie ze mną do końca życia. Jego solowe 10 minut, gdy zespół odpoczywał przed bisami, to była przebogata uczta dla kochających riffy. Tego nie da się opisać, to trzeba usłyszeć, zobaczyć ten dialog z publicznością, bez wypowiedzianego jednego słowa. Kiedy przyszło do głośno i wytrwale wywoływanych bisów, wyśpiewanych gromko w całości przez fanów razem z Brianem Johnsonem, na scenie pojawiły się armaty. W ostatnim numerze wieczoru For those about to rock (we salute you), kilkanaście salw huknęło potężnym echem w Narodowym.

To był wspaniały wieczór. Niestety nie bez mankamentów. Nie, to nie jest gorzki żal malkontenta. To kilka faktów, niestety, dokładających łyżkę dziegciu do beczki miodu. Wybudowano nam wspaniały obiekt jakim jest Stadion Narodowy. Tak, świetny. Dzięki temu że przybyłem odrobinę wcześniej, oraz dzięki przemiłej ochronie, która przymykała oko, patrząc na cyferki i literki na moim bilecie, zwiedziłem sobie większość obiektu. REWELACJA! Z mizerną akustyką. Wydając tyle pieniędzy na nowoczesny obiekt, nie pomyślano, że oprócz meczy i innych wydarzeń sportowych, będą tam się odbywać koncerty. Plastik i szkło, tony plastiku i szkła. 12-sekundowy pogłos (wg. Eksperta, wypowiadającego się w PR3) to zabójstwo na nutach. Dlatego AC/DC musieli zagrać tak głośno, by ten pogłos zniwelować. Za głośno. A i tak nie dali rady akustyce obiektu. Szkoda…
Ale, wiecie co? I tak mi się ogromnie podobało!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza