sobota, 13 października 2012

Ola Bieńkowska – z drugiego planu do sławy (Nowy Czas nr 184)

- Jesteś pierwszą znaną mi wokalistką, która otwarcie podkreśla swoją zachłanność na doznania zmysłowe. „Dobra muzyka, dobre towarzystwo, dobre jedzenie, dobry seks... Przeżywam je równie silnie“. Z czego wynika to, że posiadając tak znakomite warunki głosowe, kierujesz uwagę słuchaczy na najbardziej intymną sferę swojej osobowości. Czyżby to ta chemia organiczna, która fascynowała Cię w dzieciństwie?

- Rzeczywiście użyłam takich słów i odpowiadałam szczerze. Moim zdaniem świat jest zbyt ciekawy i bogaty, żeby spoglądać nań jednostronnie. Jestem osobą, która to dostrzega i na to reaguje. Nie należę do muzyków, którzy nie widzą niczego poza swoją pasją i nie sądzę, żebym była jedyną wokalistką mającą podobne zdanie. Moja wypowiedź nie miała jednak nic wspólnego z jakimkolwiek ekshibicjonizmem czy odwracaniem uwagi od muzyki i śpiewania.

- „Występowanie jest dla mnie organiczne i naturalne. Śpiewanie to doświadczenie niemal metafizyczne.”. Czy te dwa stwierdzenia nie stanowią wobec siebie swoistej opozycji?

- Nie. Występowanie jest naturalne i organiczne, ponieważ na scenie czuję się jak ryba w wodzie. Jest to w równym stopniu kwestia instynktu, jak i doświadczenia scenicznego. A metafizyka pojawia się w chwilach, kiedy wszystko działa idealnie, kiedy występując z innymi na scenie udaje nam się być najprawdziwszymi i dotykać najgłębszych emocji.

- „Mam w sobie potrzebę udowadniania, że dam radę.” Czy urodziłaś się z taką potrzebą, czy wynika ona z jakiegoś zdarzenia w Twoim życiu?

- Mam to od dzieciństwa. I dotyczy to raczej chęci robienia wszystkiego po mojemu, a niekoniecznie według przyjętych zasad, chociaż potrafię je uszanować. Nie lubię, kiedy narzuca mi się, że coś ma wyglądać konkretnie tak i tak. Stwierdzenie „napisz hit na jutro, najlepiej po niemiecku i zmieść się w 3 minutach” działa na mnie jak płachta na byka. Chcę czuć, że wszystko, co robię jest zgodne ze mną i moją osobowością. Udowadniać, że „w swoim rytmie” dam radę osiągać założone przeze mnie cele, chcę najbardziej sobie, a nie innym.

- Zagrałaś główną rolę w „Tańcu Wampirów” Romana Polańskiego. Czy Twoje dotychczasowe największe osiągnięcie jakim jest udział w Tribute Show Floydów, zawdzięczasz właśnie tej roli, czy bardziej temu że jako absolwentka Liverpool Institute for Performance Arts dostałaś to co na zachodzie jest niezbędne przy stawianiu pierwszych poważnych kroków zawodowych – referencje?

- Udział w „Tańcu Wampirów” nie miał nic wspólnego z wygraniem castingu do TAPFS. Jeśli już, to na pewno wzmocnił moją pewność siebie, ponieważ tak się złożyło, że castingi do obu przedsięwzięć odbywały się niemalże równolegle. L.I.P.A. i nauka w Liverpoolu spowodowały, że znalazłam się w odpowiednim miejscu i czasie, aby móc przystąpić do castingu na wokalistkę śpiewającą „The Great Gig In The Sky”. I to bez poczucia, że bycie z dalekiej Polski jest jakąkolwiek przeszkodą.

- A tak szczerze… Gdzie nauczyłaś się więcej w dziedzinie wokalu: w Liverpoolu, czy pod okiem Ewy Bem w szkole muzycznej im. F. Chopina?

-To były dwa zupełnie inne doświadczenia – i pod względem metod nauczania, jak i moich mentorów. Ewa Bem – Pierwsza Dama Polskiego Jazzu - to instytucja. Już samo przebywanie z Nią to nauka zawodu i cudowne doświadczanie muzyki. Dodatkowo Pani Profesor „ćwiczyła nas w terenie”, to znaczy kilkakrotnie wystąpiłam z Nią na koncertach jako chórzystka. Miałam dzięki temu szansę wykorzystać w praktyce to, czego się dowiedziałam. Przyznam jednak, że więcej nauczyłam się w Liverpoolu. Odpowiednio prowadzona i zmotywowana przez cudowną Jennifer John, pracowałam głównie sama. Miałam tylko jedną lekcję tygodniowo i często spędzałam ją z moją nauczycielką po prostu rozmawiając o życiu. Jennifer kompletnie zmieniła moje myślenie o śpiewaniu – o tym co potrafię, co mogę, a czego nie uda mi się nigdy osiągnąć. Przestałam się bać, że czegoś nie będę umiała, albo że mam barwę głosu, która pewnie nie pozwoli mi śpiewać gospel czy r&b. Oswoiłam swoje lęki i niedoskonałości i przekułam je w walory. Dodatkowo w Liverpoolu byłam już troszkę starsza – umiałam ćwiczyć sama, a przede wszystkim odróżnić to, co mi się przyda i co jest dla mnie dobre, od rzeczy, które były kompletnie nie dla mnie.

- Słuchając Diggin’ po raz pierwszy, miałem pewną myśl. Tacy wokaliści jak Ty, stoją przed realną szansą przywrócenia polskiego popu do poziomu jaki uważam za niezbędny do tego, żebym mógł o nim pisać lub prezentować na antenie radiowej. W moim odczuciu współczesna muzyka komercyjna jest do tego stopnia obciachowa i aż tak żenująco słaba, że już dawno przekroczyła granicę dobrego smaku. Jaki jest Twój stosunek do tego i jak oceniasz szanse swojej - w mojej opinii dobrej piosenki - wśród muzycznego chłamu, który od lat zalewa współczesne stacje masowe?


- Dziękuję za komplement. Przyznam, że ciężko jest mi to oceniać. Nauczyłam się, że ile jest osób, tyle jest gustów i że narzucanie ludziom czegokolwiek zawsze źle się skończy. Myślę, że na świecie jest miejsce dla różnych artystów – w końcu jest nas 7 miliardów!!! Ktoś z nich będzie chciał posłuchać Diggin’, a także moich wcześniejszych pop-jazzowych piosenek, tak samo jak kto inny będzie chciał posłuchać czegoś kompletnie różnego. I to jest bardzo dobre. Natomiast rzeczywiście trudno jest funkcjonować w stacjach masowych w dobie ujednolicania piosenek radiowych. Bardzo lubię Diggin’, ale bynajmniej nie jest ona ulubioną z moich piosenek. Jednocześnie jestem świadoma, że żadne komercyjne radio nie puści siedmiominutowych utworów z długim wstępem i bardzo poetyckim tekstem. Takie kawałki zagra stacja niszowa. Przy każdym singlu odbiorca może się nieco różnić. To kwestia wyboru, właściwej decyzji przy promocji danej piosenki i danego artysty – jego wartości i poglądów na muzykę i sztukę. Temat jest wbrew pozorom dość trudny! Ale dzięki internetowi i stacjom niszowym rodzi się alternatywa dla tradycyjnych metod zabiegania o słuchacza. Bardzo mnie to cieszy.

- Fabuła teledysku do Diggin’ bardzo kojarzy mi się z clipem ilustrującym „Angels” zespołu Within Temptation. Nie obawiasz się takich porównań? A tak przy okazji, trzeba mieć sporo odwagi, aby wystartować do solowej kariery wcielając się w swoim debiutanckim teledysku w rolę aż tak negatywną. Podzielasz moja opinię?

- Fabuła klipu Diggin’ jest bardzo luźno oparta na tekście piosenki. Słowa były zabawą z powiedzeniem o „zakopywaniu topora wojennego” – zastanawiałam się, w jakich okolicznościach ktoś chciałby go „wykopać” i dlaczego. Piosenka mówi o chęci dodania pikanterii i energii w statycznym, z pozoru układnym związku. Rozmowy o klipie z reżyserem i scenarzystą, Piotrem Onopą szybko przerodziły się w chęć nakręcenia małej fabuły o bardziej drapieżnym charakterze. Dla mnie było to ciekawe zadanie aktorskie, więc zgodziłam się szybko, bez specjalnego zastanawiania się, co sobie ktoś pomyśli. Uważam, że nie można i nie wolno próbować zadowolić wszystkich, czy zbyt „bezpiecznie” podchodzić do działań twórczych. Artysta nie jest restauracją, która przyjmuje zamówienie według zachcianek klienta - nie trzeba oglądać teledysku, jeśli się nie chce… A poza tym to tylko klip, jeden z - mam nadzieję - wielu następnych. Nie reprezentuje moich prywatnych poglądów na rozwiązywanie problemów w związku. Przy okazji powiem Ci, że absolutna większość opinii o klipie, które dostaję jest pozytywna, więc chyba mam potwierdzenie, że nie należało się tego obawiać.

- Słuchając tego co prezentujesz w Brit Floyd, chylę czoła przed Twoimi umiejętnościami wokalnymi. W Diggin’ tych warunków jednak w pełni nie wykorzystujesz. Czy mając tak dobry glos nie powinnaś bardziej iść w kierunku takiego repertuaru, który w pełni pokaże Twoje możliwości wokalne? Nie chciałbym, abyś popełniła podobny błąd, jaki zrobiła Edyta Górniak, która z jednej z najlepiej zapowiadających się polskich wokalistek, zaczęła w związku z niewłaściwie dobranym repertuarem kojarzyć się z przeciętnością.

- To miłe, że chwalisz moje dokonania z Floydami. Ale nie każdy numer to „Great Gig In The Sky”. Jeden utwór nie może być traktowany jako wyznacznik umiejętności wokalisty. Diggin’ to dopiero mój pierwszy singiel. Nie należy od razu pokazać wszystkiego, co się potrafi, zresztą nie ma moim zdaniem takiej potrzeby. A co będzie z moim repertuarem? Być może o tym nie wiesz, ale na razie piszę piosenki sama i to z różnych pobudek. Najczęściej powstają najpierw teksty, a potem dopiero muzyka. Widzę siebie nie tylko jako wokalistkę, ale również jako kompozytorkę i twórcę. Patrzę na piosenkę „holistycznie” – zwracam uwagę na tekst, muzykę, instrumentację, głos, wykonanie… Do tej pory moim priorytetem było stworzenie spójnej całości, a nie podkreślanie swoich walorów wokalnych. To dopiero początek mojej drogi, przyjdzie czas i na to.

- Mając sześć lat znalazłaś się w USA. Ukończyłaś szkołę muzyczną w Liverpoolu i odebrałaś dyplom z rąk samego Paula Mc Cartney’a. Wielu polskich mużyków emigracyjnych, z którymi współpracuję, rzuciło polskie sukcesy, aby w UK zacząć wszystko od nowa. Ty mając ułatwioną pozycję startową wybrałaś tworzenie i nagrywanie w Polsce i do tego po angielsku. Czy według Ciebie to dobry wybór? Listy przebojów ostatnich dekad wyraźnie pokazują, że Polacy preferują piosenki wykonywane w języku ojczystym.

- Nie piszę pod radio ani pod listy przebojów. Oczywiście będę bardzo szczęśliwa, jeśli stacje komercyjne będą chciały moje utwory grać, a słuchacze na nie głosować. W końcu piszę piosenki po to, żeby komuś sprawiły przyjemność, skłoniły do myślenia, wzruszyły, ucieszyły… a radio może w tym wszystkim bardzo pomóc. Ale to nie znaczy, że moje piosenki są dla wszystkich. Jeśli chodzi o pracę za granicą, to zawsze było dla mnie jasne, że Polska to mój dom, tu chciałabym mieszkać i tworzyć. Moje doświadczenia z Floydami i praca za granicą potwierdziły tylko, że mogę śpiewać wszędzie jednocześnie mieszkając w Warszawie. A w dobie internetu jestem w pewnym sensie na wyciągnięcie ręki dla słuchaczy na całym świecie. Moje pierwsze wydawnictwo kupują właśnie przez internet fani z Finlandii, Brazylii, Gorzowa Wielkopolskiego czy Gniezna. Zagrałam dopiero pierwszy koncert w Warszawie, a już szykują się kolejne solowe i w Polsce i w Anglii czy Portugalii. Wierzę, że jedno z drugim można pogodzić.

- Dlaczego po 500 koncertach zrezygnowałaś ze współpracy z Australian Pink Floyd?

- Zespół przeszedł poważne zmiany i nie widziałam dla siebie miejsca w jego obecnej formule. Zresztą przejście do Brit Floyd wcale nie było dla mnie tak ogromną rewolucją – wszyscy jego członkowie należeli kiedyś do APF, występowali głównie na trasach po USA. W pewnym sensie w ogóle nic się dla mnie nie zmieniło.

- Śpiewałaś w Royal Albert Hall, w paryskiej Olympii i na największym festiwalu rockowym w Glastonbury. Występując z zespołem wykonującym muzykę Pink Floyd, byłaś tam jednak ciągłe gwiazdą drugiego planu. Jak sądzisz, czy uda Ci się zdobyć publiczność jako Ola Bieńkowska? Jaki stawiasz sobie cel, rozpoczynając karierę solową?

- Przede wszystkim chcę mieć ciągłą przyjemność ze śpiewania i poczucie, że się rozwijam muzycznie jako wokalistka, kompozytorka i artystka. Jeśli jednocześnie będę mogła zapewnić byt sobie i swojemu zespołowi, to będę bardzo szczęśliwa. Mam nadzieję, że uda mi się spotkać na swojej drodze i współpracować z wieloma ciekawymi, utalentowanymi ludźmi i tworzyć coraz to lepszą muzykę. To są moje główne cele. A jeśli przy okazji da się zahaczyć o słynne sceny, festiwale i dać się zapamiętać, to będzie to tylko kolejny powód do radości.

- Czego życzyć młodej, ładnej i ambitnej dziewczynie o niepospolitym glosie?

- Ciekawego, szczęśliwego, satysfakcjonującego i długiego życia zawodowego i prywatnego. Bo jak już wiesz, wszystko to jest dla mnie równie ważne.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza