niedziela, 3 lutego 2019

Sinatra wiecznie żywy, czyli niezapomniany wieczór w Vertigo.

Michał Bober wokal i prowadzenie koncertu, Bartek Chojnacki - bas, Adam Bławicki - saksofon, Szymon Rybitw - puzon, Jan Chojnacki - trąbka  (fot. Sławek Orwat)
Francis Albert Sinatra urodził się 12 grudnia 1915 roku w położonym w stanie New Jersey niedużym miasteczku Hoboken. Przyszły król swingu przyszedł na świat w rodzinie posiadającej włoskie korzenie, co według niektórych zwolenników spiskowej teorii dziejów, nie było bez znaczenia dla rozwoju nieprzeciętnego talentu młodego Franka. Nazywany był The Voice, bo też głos posiadał nieprzeciętny, a jego niepowtarzalną, aksamitną barwę do dziś trudno jest pomylić z kimkolwiek innym. Jego muzyka uznawana jest przez krytyków muzycznych oraz zwykłych odbiorców jako ponadczasowa, a on sam po ponad dwudziestu latach od śmierci nieustannie uważany jest za najwybitniejszego amerykańskiego piosenkarza XX wieku.


Choć niezwykle trudno jest dokładnie wyliczyć ilość płyt z muzyką Franka Sinatry, jakie rozeszły się po niemal całym świecie, liczbę tę szacuje się na ponad 150 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z tych artystów, którzy sprzedali największą liczbę albumów w historii muzyki rozrywkowej oraz jednym z najwyżej docenionych wokalistów wszech czasów. Frank Sinatra najbardziej zasłynął takimi przebojami jak: "Strangers In The Night", "New York, New York" czy "My Way", które stanowią już dziś klasykę światowego dziedzictwa kultury i są niedoścignionym wzorem dla tysięcy młodych adeptów sztuki wokalnej. Artysta nagrał blisko 60 albumów studyjnych i wydał 300 singli!

Frank Sinatra
Frank Sinatra rozpoczął swoją muzyczną karierę w drugiej połowie lat 30-tych ubiegłego stulecia, współpracując ze świetnym trębaczem i zarazem liderem popularnych zespołów jazzowych ery swingu Harrym Jamesem oraz - co finansowo było dla niego bardziej opłacalne - ze znakomitym puzonistą, kompozytorem i kierownikiem orkiestry jazzowej, bratem słynnego Jimmy’ego Dorseya - Tommy Dorseyem. W 1943 roku Sinatra podpisał kontrakt z legendarną wytwórnią Columbia Records i tym samym rozpoczął pełną sukcesów karierę solową, stając się w zawrotnym tempie idolem dziewcząt  nazywanych w kulturze amerykańskiej bobby soxers. Były to głównie nastolatki, a także dziewczęta poniżej 25 roku życia, które ubierały tzw. poodle skirts i charakterystycznie zawinięte skarpetki podobne do tych, w jakich w filmie "The Bachelor and the Bobby-Soxer" z roku 1947 paradowała niezapomniana Shirley Temple. Frank Sinatra - co koniecznie należy podkreślić - był pierwszym amerykańskim piosenkarzem, który zdobył popularność nie tylko wśród dorosłej publiczności, ale także wśród nastolatków, co upoważnia nas do stwierdzenia, że był on pierwszą ikoną w dziejach popkultury, a używając języka współczesnego - pierwszym celebrytą show biznesu. Był on także aktorem filmowym.


W 1945 roku Sinatra wystąpił w kasowym musicalu "Podnieść kotwicę" opowiadającym o dwóch marynarzach, którzy mając cztery dni przepustki zwiedzają Hollywood, gdzie pomagają młodej, atrakcyjnej piosenkarce dostać się na casting do prestiżowej wytwórni filmowej. Rok później Sinatra otrzymał honorowego Oscara za krótkometrażowy film "The House I Live In".

Frank Sinatra, Kathryn Grayson i Gene Kelly w filmie "Podnieść kotwicę"
W 1934 roku Frank Sinatra poznał Nancy Barbato, która podobnie jak on, posiadała włoskie korzenie, a prezentem ślubnym jaki podarował swojej wybrance było nagranie swojej pierwszej piosenki zatytułowanej "Our love". Nancy była niezwykle gospodarną panią domu i kochającą żoną, która ogromnie wspierała swojego utalentowanego męża w początkach jego kariery, wyruszając z nim nawet w trasę, kiedy to koncertował z orkiestrą Harry Jamesa. To właśnie Nancy zasugerowała Sinatrze noszenie charakterystycznie wiązanej muszki, która bardzo szybko stała się jego znakiem rozpoznawczym.


Niestety, Frank Sinatra bardzo ulegał ponoć opiniom i zachciankom swojej matki, co jego małżonce ze zrozumiałych względów niezbyt odpowiadało, a dodatkowo po przeprowadzce do Hollywood artysta wdał się w liczne romanse, co spowodowało, że rozczarowana i poniżona Nancy zażądała w końcu rozwodu. Tyle na dziś faktów z przebogatej biografii wielkiego Franka Sinatry, gdyż wydarzenie, o którym pragnę dziś opowiedzieć dotyczy jedynie pierwszej części wieloletniej kariery muzycznej tego popularnego artysty obejmującej lata 1939 - 1942, czyli czasu, kiedy to na europejskie miasta sypały się hitlerowskie bomby, a niemiecka okupacja ogromnych połaci starego kontynentu w poważnym stopniu zatrzymała jej rozwój kulturowy oraz pozbawiła życia milionów ludzi, w tym także wielu artystów.

Vertigo Jazz Club & Restaurant - jak sami o swoim klubie głoszą jego twórcy - jest miejscem, w którym miłośnicy  muzyki czują się jak u siebie. To jedyny taki klub we Wrocławiu i w całym regionie, elegancki i przytulny, został przygotowany ze starannością i myślą o każdym szczególe. Vertigo w założeniu jego twórców ma się kojarzyć z tym, co w jazzie, w sztuce, w życiu jest najlepsze i właśnie temu mają służyć organizowane pod tym szyldem koncerty i wystawy. I rzeczywiście trudno się z powyższymi słowami nie zgodzić. 30 stycznia 2019 roku miałem możliwość tę wrocławską świątynię jazzu zobaczyć po raz pierwszy, a znakomitą do tego okazją była pierwsza część cyklu koncertów piosenek Franka Sinatry, która wprowadziła mnie do zaczarowanego świata swingu z przełomu lat 30-tych i 40-tych ubiegłego stulecia, czyli do czasu, kiedy to panowie obowiązkowo zakładali na scenę i nie tylko na nią eleganckie garnitury, a panie jeszcze nie piszczały na ich widok, jak miało to miejsce w nieco późniejszej epoce rock and rolla, a jedynie taktownie i wrodzoną godnością oklaskiwały swojego idola. Jakie emocje kryły się pod ich pięknie uszytymi sukienkami oraz w ich rozgrzanych głowach? Była to ich słodką tajemnica, co - jak myślę - w samych idolach musiało jeszcze bardziej rozbudzać nieokiełznaną wyobraźnię niż u późniejszych herosów rocka, którym to przeróżne części damskiej garderoby spadały podczas występów na głowę niczym krople jesiennej ulewy.


Do świata, w którym gramofonowe płyty roiły się od swingowych evergreenów (jak dawniej nazywano przeboje), a zjawisko popkultury dopiero nieśmiało rodziło się w głowach muzycznych producentów, licznie zebraną tego dnia we wrocławskim klubie Vertigo publiczność wprost ze sceny zaprosił jeden z managerów i organizatorów koncertów w tym uroczym zakątku stolicy Dolnego Śląska - Piotr Karwat.

Piotr Karwat (fot. Sławek Orwat)
"Witam państwa bardzo serdecznie w środowy wieczór w Vertigo Jazz Club & Restaurant. Dzisiejszy koncert jest koncertem otwierającym cykl, który wymyśliliśmy razem z Michałem pod koniec 2018 roku. Bardzo się cieszę, że jesteście państwo tym wydarzeniem zainteresowani, bo już w lutym odbędzie się jego część druga, a w marcu trzecia i tak długo, jak państwo będziecie chcieli słuchać Michała, tak długo - mam taką nadzieję - Michał śpiewać będzie. Pierwszemu z cyklu koncertów poświęconych historii twórczości Franka Sinatry, Michał nadal nazwę The Voice. W czasie, kiedy zespół będzie wychodził na scenę, akustyk Paweł wypuści z głośników piosenkę "Our Love" - pierwszy zarejestrowany utwór w wykonaniu Franka Sinatry. Przed państwem Michał Bober z zespołem!"


W tym momencie pośród rozbrzmiewających braw licznie zebranej publiczności z głośników klubu Vertigo rozbrzmiało trzeszczące nagranie "Our Love" nagrane przez Franka Sinatrę dla jego pierwszej żony Nancy - a na scenie pojawili się bohaterowie tego niezwykłego wydarzenia: Michał Bober pieszczotliwie nazywany przez kolegów konduktorem - wokal i prowadzenie koncertu, Tomasz Jędrzejewski - piano, Bartek Chojnacki - bas, Adam Bławicki - saksofon, Szymon Rybitw - puzon, Jan Chojnacki - trąbka oraz Tomasz Garbera - perkusja.

Adam Bławicki - saksofon i Jan Chojnacki - trąbka (fot. Sławek Orwat)
Młodzi muzycy rozpoczęli koncert od dedykowanej przez kompozytorkę i autorkę tekstu - Ann Ronell George'owi Gershwinowi piosenki "Willow Weep For Me" - jazzowego standardu skomponowanego przez nią w roku 1932. Utwór ten po raz pierwszy został nagrany przez Orkiestrę Teda Fio Rito z wokalem Muzzy Marcellino w październiku 1932 roku, a miesiąc później przez Orkiestrę Paula Whitemana z wokalistką Irene Taylor. Obie wersje stały się ogromnymi przebojami, a wykonanie tej piosenki przez brytyjski duet Chad & Jeremy rozszerzyło jej popularność na kontynent europejski. Frank Sinatra włączył tę piosenkę do swojego repertuaru w roku 1939.


Kolejny "All or Nothing at All" to utwór skomponowany w 1939 roku przez Arthura Altmana z tekstem Jacka Lawrence'a, a nagrany przez Franka Sinatrę w ostatnim dniu dwudziestolecia międzywojennego, czyli 31 sierpnia 1939. Ze względu na ówczesny konflikt pomiędzy organizacją zrzeszającą twórców muzycznych, a rozgłośniami radiowymi (strajk muzyków 1942-1944), dopiero cztery lata później, kiedy to został on ponownie wydany przez Columbia Records, utwór ten stał się wielkim przebojem magazynu Billboard, gdzie utrzymywał się aż przez 21 tygodni!

Bartek Chojnacki - bas i Adam Bławicki - saksofon (fot. Sławek Orwat)
"It's Funny to Everyone but Me" to piosenka ze słowami i muzyką napisanymi przez Jacka Lawrence'a w 1939 roku, która została nagrana przez The Ink Spots 17 maja 1939 roku. Przez Franka Sinatrę z Harrym Jamesem i jego orkiestrą została ona zrealizowana 17 sierpnia 1939 roku i szybko stała się jedną z bardziej znaczących piosenek rozwijającego się z rozmachem repertuaru The Voice'a. Utwór doczekał się także wielu wykonań w latach 60-tych. 1960 roku Dinah Shore umieściła go na swoim albumie Dinah Sings Some Blues with Red. W roku 2017 Bob Dylan nagrał wersję tego utworu na swoim albumie Triplicate.


"Night and Day" to popularna piosenka napisana przez Cole'a Portera, a wykorzystana w filmowym musicalu "Gay Divorce" ("Wesoła rozwódka") z 1932 roku. Jest to prawdopodobnie najpopularniejszy wkład Cole'a Portera w Great American Songbook, który został potem nagrany przez dziesiątki znakomitych muzyków. Fred Astaire wystawił "Noc i dzień" na scenie, a jego nagranie tego utworu z orkiestrą Leo Reismana przez dziesięć tygodni utrzymywało się na listach przebojów. Istnieje hipoteza, że kompozycja ta była inspirowana modlitwą islamską, kiedy jej twórca odwiedzał Maroko. Piosenka tak bardzo kojarzyła się z Cole Porterem, że kiedy Hollywood sfilmował w 1946 roku jego historię życia, film zatytułowany został "Noc i dzień". Frank Sinatra nagrał ten utwór przynajmniej 5 razy w swojej karierze, a po raz pierwszy uczynił to z Orkiestrą Tommy'ego Dorseya.

Jan Chojnacki - trąbka (fot. Sławek Orwat)
"Someone to Watch Over Me" to utwór skomponowany w latach dwudziestych XX wieku przez George'a Gershwina z tekstem jego żony Iry Gershwin. Utwór został napisany dla piosenkarki Gertrude Lawrence i wykorzystany w musicalu "Oh, Kay!" z roku 1926. Początkowo "Someone to Watch Over Me" było szybką muzyczną huśtawką, ale potem George Gershwin tak długo eksperymentował z tą piosenką, przerabiając ją na tkliwą balladę, że od tego czasu utknął z jej ostateczną wersją w martwym punkcie. Piosenkę wykonywało wielu znakomitych wokalistów, w tym Ella Fitzgerald oraz nieodżałowana Amy Winehouse.

"Street of Dreams" to niezwykle taneczny foxtrot skomponowany w 1932 roku przez Victora Younga z tekstem Sama M. Lewisa. Trzech udanych nagrań tego utworu w 1933 roku dokonali Guy Lombardo, Ben Selvin i Bing Crosby, natomiast wykonanie Franka Sinatry zostało zarejestrowane z towarzyszeniem Orkiestry Tommy'ego Dorseya.


"Moon Love" to natomiast piękna piosenka nagrana przez Franka Sinatrę dwukrotnie, najpierw w 1939 roku z Harry James Orchestra, a po latach w 1966 roku na albumie Moonlight Sinatra, zaaranżowanym przez Nelsona Riddle'a dla Reprise Records. Piosenka została zaadoptowana z Piątej Symfonii Czajkowskiego, a tekst do niej napisali Mack Davis i Andre Kostelanetz. Ta niezwykła piosenka zakończyła pierwszą część przeglądu wczesnej twórczości Franka Sinatry, a ja wykorzystując 20-minutową przerwę w koncercie, poprosiłem Michała Bobera o krótką rozmowę.

Z Michałem Boberem podczas rozmowy w garderobie klubu Vertigo
- Jaka idea przyświecała wam podczas rozmyślań nad koncepcją tego koncertu?

- Idea zrodziła się jeszcze w minionym roku, kilka miesięcy temu. Piotr Karwat, który w klubie Vertigo zajmuje się organizacją koncertów, kiedy już trochę lepiej mnie poznał, ponieważ kilka razy już tutaj występowałem, zaproponował mi, żebyśmy wspólnie stworzyli cykl koncertów, który będzie trwał przez kilka kolejnych miesięcy i będzie nosił tytuł "Historia życia i twórczości Franka Sinatry". Dziś właśnie zainaugurowaliśmy ten cykl pierwszym koncertem.

Michał Bober - wokal i prowadzenie (fot. Sławek Orwat)
- Dlaczego akurat Frank Sinatra?

- Twórczość Franka Sinatry dobrze poznałem w liceum. Pomimo, że mój tato zawsze Sinatrę lubił i słuchał, do mnie jego repertuar dotarł dopiero po ukończeniu szkoły podstawowej, a w liceum stałem się już jego ogromnym fanem. Pamiętam, że na studiach miałem nawet okazję wyjechać do Stanów zjednoczonych, a konkretnie do Hollywood, do Los Angeles i tam starałem się szukać śladów Franka Sinatry.

- Znalazłeś?

- Przede wszystkim znalazłem jego gwiazdę na Hollywood Walk of Fame - chyba najbardziej popularne miejsce, gdzie Frank Sinatra jest wciąż symbolicznie obecny, ale najbardziej jest on wciąż obecny przede wszystkim w amerykańskiej popkulturze, co czuć tam niemal na każdym kroku.

- Jest niekwestionowanym królem swingu, od którego na dobre rozpoczęły się notowania najprzeróżniejszych list przebojów i zestawienia popularności płyt.

- Mówi się, że jest to pierwsza gwiazda w historii muzyki pop na tak wielką skalę. Sprzedał niewyobrażalną ilość płyt, a przygotowując się do tego koncertu, znalazłem nawet informacje, że Frank Sinatra potrafił tygodniowo wykonywać kilkanaście, a czasami nawet kilkadziesiąt różnego rodzaju koncertów. Były to koncerty dla publiczności, ale były to również koncerty radiowe lub telewizyjne, więc jak widać, był on  bardzo płodnym, czynnym i aktywnym artystą.


- Był też artystą kontrowersyjnym, Krążą - jak pewnie doskonale wiesz - przeróżne legendy na temat jego powiązań z tajemniczym światem amerykańskich Włochów.

- Jeśli chodzi ci o mafię, to oczywiście, ze istnieje słynna teoria spiskowa, a już Amerykanie szczególnie uwielbiają takie historie tworzyć. Wydaje mi się, że w takich spiskowych teoriach może znajdować się jakaś odrobina prawdy.

- Myślisz, że ktoś mu pomógł w rozwoju kariery?

- Myślę, ze mogło tak być, bo rzeczywiście nie jest tajemnicą, że posiadał wysoko postawionych przyjaciół, a Hollywood lat 20-tych, 30-tych i 40-tych podobno w dużym stopniu było pod wpływem mafii, więc kto wie, czy Frank Sinatra posiadając jakieś określone układy czy znajomości, mógł mieć ułatwioną drogę do sukcesu i być może to jest właśnie to szczęście, o którym w jego przypadku często się mówi.

Adam Bławicki - saksofon oraz Michał Bober nazywany przez kolegów konduktorem (fot. Sławek Orwat)
- Pozwól, że posłużę się tytułem pewnej piosenki. Czujesz go pod swoją skórą?

- Ja go czuje i uwielbiam, natomiast dla mnie swing nie jest rzeczą pierwszorzędną. Ja wciąż się go uczę i dla mnie ten koncert jest bardzo stresujący, czego nie ukrywam, ale sprawia mi on też wiele przyjemności, bo czuje, że dzięki temu cyklowi koncertów mam szansę się rozwinąć.


- Kiedy tak patrzę na ciebie i na twoich kolegów z zespołu, dostrzegam, jak bardzo jesteście młodzi. Skąd w orbicie zainteresowań tak młodych ludzi znalazł się ktoś taki jak Frank Sinatra?

- Moi koledzy z zespołu są  to młodzi, utalentowani muzycy z Akademii Muzycznej i nie tylko, a poza tym swing i Frank Sinatra są głęboko zakorzenieni w muzyce jazzowej i stanowią podstawy muzyki rozrywkowej.

Michał Bober - wokal, Adam Bławicki - saksofon, Jan Chojnacki - trąbka oraz Szymon Rybitw - puzon (fot. Sławek Orwat)
Drugą część koncertu Michał i jego utalentowani instrumentaliści rozpoczęli piosenką "Fly Me to the Moon", o której śmiało można powiedzieć, że jest już absolutnym standardem muzyki popularnej i jazzowej. Została ona skomponowana w 1954 roku przez Barta Howarda i choć przez autora została ona zatytułowana "In Other Words", powszechnie jako tytuł przyjęły się pierwsze słowa tekstu utworu. Frank Sinatra umieścił to nagranie na albumie It Might as Well Be Swing z roku 1964, który został przez niego wykonany z towarzyszeniem orkiestry Counta Basiego.


"This Love of Mine" to niezwykle popularna piosenka, którą po raz pierwszy w 1941 roku nagrał Frank Sinatra z orkiestrą Tommy Dorseya. Autorami muzyki tego utworu są Sol Parker i Hank Sanicola, natomiast autorem tekstu jest podobno sam Frank Sinatra, choć krążą na ten temat pewne kontrowersje. Nagranie zostało wydane jako singiel, który osiągnął 3 miejsce na liście Billboardu, a na przełomie lat 1941/1942 przebywał na niej aż 24 tygodnie! W roku 1955 Sinatra ponownie nagrał tę piosenkę tym razem z z orkiestrą Nelsona Riddle i umieścił ją na albumie In The Wee Small Hours.

Tomasz Jędrzejewski - piano i Bartek Chojnacki - bas (fot. Sławek Orwat)
"The Song Is You" to popularna piosenka skomponowana przez Jerome Kerna z tekstem Oscara Hammersteina II, a napisana dla potrzeb musicalu "Music in the Air" w roku 1932 i zaśpiewana w tym spektaklu przez Tullio Carminatiego. Z uwagi na rewelacyjne wykonanie tej piosenki przez The Voice'a w latach późniejszych, piosenka ta w powszechnej opinii zaczęła się kojarzyć już tylko z Frankiem Sinatrą.


Kolejna piosenka tego koncertu to "I Couldn’t Sleep A Wink Last Night" i pochodzi ona z filmu "Higher and Higher", gdzie została wykonana przez debiutującego wówczas w roli aktora Franka Sinatrę z towarzyszeniem Dooleya Wilsona na fortepianie.

Tomasz Garbera - perkusja (fot. Sławek Orwat)
"Come Fly with Me" to natomiast popularna piosenka z 1957 roku skomponowana przez Jimmy'ego Van Heusena z tekstem Sammy'ego Cahna. Utwór został napisany dla Franka Sinatry i pochodził z jego albumu z 1958 roku o tej samej nazwie. Piosenka nadaje ton całej reszcie tego krążka, opisując liczne przygody jego bohatera w tak egzotycznych miejscach jak Bombaj, Peru czy Zatoka Acapulco. Piosenka przebojem weszła na stałe do koncertowego repertuaru Franka Sinatry.


Na koniec Michał Bober zostawił sobie jeden z największych przebojów nie tylko samego Sinatry, ale całej światowej muzyki rozrywkowej. Piosenka "My Way" powstała w 1968 roku i jest anglojęzyczną wersją francuskiej piosenki "Comme d'habitude" z roku 1967 napisanej przez Claude'a François i Jacques'a Revaux. Autorem tekstu anglojęzycznego jest Paul Anka, a jej pierwszym i zarazem najbardziej popularnym wykonawcą Frank Sinatra.

Bartek Chojnacki - bas, Adam Bławicki - saksofon, Szymon Rybitw - puzon, Jan Chojnacki - trąbka (fot. Sławek Orwat)
Jest to klasyczny wyciskacz łez, w którym żegnający się z życiem człowiek staje w prawdzie z samym sobą i stwierdza, że jest zadowolony z tego, jak je przeżył. W Stanach Zjednoczonych "My Way" jest jednym z najczęściej wykonywanych utworów na pogrzebach, jak również jednym z najczęściej wykonywanych coverów. Swoją wersję nagrał także sam autor tekstu Paul Anka. W Polsce utwór ten jest popularny w wykonaniu zespołu Raz, Dwa, Trzy do tekstu Wojciecha Młynarskiego, a  zatytułowany "Idź swoją drogą". Wykonywali go także min. Michał Bajor i Zbigniew Wodecki.


To, co dla mnie w tym koncercie było najważniejsze, to szczera pasja młodych muzyków i liczne popisy poszczególnych instrumentalistów, z których nie chcę kogoś szczególnie wyróżniać, bo każdy z nich to fachowiec w swojej dziedzinie i każdy z nich świadomy jest zapewne swoich technicznych umiejętności. Istotą koncertu było w mojej opinii nie tylko samo oddanie hołdu wielkiemu Frankowi. To, co było w nim najbardziej wartościowe, to jego głęboko przemyślana koncepcja. Nie było bowiem chyba zamiarem pomysłodawców tego wyjątkowego cyklu li tylko odegranie największych przebojów mistrza, lecz przede wszystkim obszerne pokazanie jego twórczości ze szczegółowym podziałem na etapy jego życia artystycznego, dzięki czemu dzieło, jakie zaplanowali Piotr i Michał to show nie tylko stricte rozrywkowe, lecz - co niezwykle istotne - edukacyjne.

Michał Bober - wokal, Adam Bławicki - saksofon, Szymon Rybitw - puzon, Jan Chojnacki - trąbka (fot. Sławek Orwat)
W smutnej epoce medialnego królowania muzycznej tandety i coraz powszechniejszym odchodzeniu największych stacji radiowo-telewizyjnych od stanowiącej ich moralny obowiązek misji edukacyjno-kulturotwórczej, młodzi wrocławscy pasjonaci dobrej muzyki swoją piękną ideą nie tylko zawstydzili tych, których - jak to śpiewał niegdyś Grzegorz Ciechowski - pożarła galopująca "prostytucja", lecz przede wszystkim wpompowali w moje serce niepoliczalny litraż nadziei, że być może (albo jak to chcieli pamiętni decydenci do spraw propagandy z filmu "Miś" - Z PEWNOŚCIĄ!) nadejdzie dla polskiej kultury (nie tylko tej muzycznej) czas przebudzenia i tryumfalnego powrotu pod nawet najbardziej zapomniane strzechy.


Już nie mogę doczekać się kolejnej części tego pięknego i niezwykle wartościowego cyklu, który szefostwo klubu Vertigo przewidziało na 20 lutego i który już dziś uroczyście wszystkim fanom swingu i nie tylko swingu gorąco rekomenduję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz