wtorek, 4 grudnia 2012

Grzegorz to był utalentowany facet - Rozmowa ze Zbigniewem Krzywańskim (JAZZPress Grudzień 2012)

http://www.jazzpress.pl/

Dziękuję Ani Sztuczce i Karolinie Owsiannikow za pomoc w realizacji wywiadu.


- Grzegorz Ciechowski w jednym z wywiadów powiedział następujące zdanie: „Słuchając w roku 1980 rzeczy starych wiedzieliśmy, jak grać już nie można. Słuchając rzeczy nowych zauważyliśmy, że trzeba ruszyć tą samą drogą, ale z głową uniesioną wysoko, nie spoglądając na świeże koleiny po poprzednikach.” Jakiej muzyki nie można było Waszym zdaniem grać, gdy powoływaliście do życia Republikę?

- Zapłodnieni tym, co działo się na świecie, wiedzieliśmy jak nie należy grać. Wyrzucając do kosza stary hard rock, nie wyrzuciliśmy jednak tego wszystkiego, co kojarzyło się z rockiem lat 60-tych i 70-tych. Nie usunęliśmy wpływów Bowiego, King Crimson, czy naszego ulubionego Franka Zappy. To wszystko zawsze w nas tkwiło. Poza tym w przeciwieństwie do młodych punkowców, każdy z nas wychowywał się na tym, co było w muzyce rockowej na przestrzeni dziejów najbardziej wartościowe. To czym nas zapłodnili nowi twórcy, a zwłaszcza środowisko nowojorskiej bohemy skupionej wokół Davida Byrna, Briana Eno, Laurie Anderson, zespołów typu Television czy Doll by Doll wyrastało tak czy inaczej z najlepszych tradycji rocka amerykańskiego.

- W mojej opinii Republika nie była zwykłym zespołem rockowym lecz niepowtarzalnym jak na tamte czasy zjawiskiem artystycznym. Zgadzasz się z tym?


- Tak. Tak było. Najlepiej powiedzą o tym ci, których zainspirowaliśmy do sięgnięcia po instrumenty, albo do zdecydowania się aby być w ogóle muzykiem. Na ten temat mogą więcej powiedzieć Leszek Możdżer, czy Tymon Tymański, bo oni się przyznają do przynajmniej intelektualnej inspiracji. Jest wielu takich, którzy się do tego nie przyznają, chociaż w ich przypadku również tak było.

- Powiedziałeś kiedyś, że Grzegorz był jak super bezpieczny okręt, a Ty zajmowałeś na tym okręcie luksusową kabinę. Jesteś ojcem chrzestnym jego córki, nazywano cię prawą ręką Ciechowskiego. W jaki sposób ta braterska bliskość z Grzegorzem wpłynęła na Twoje życie?

- Grzegorz był talentem samorodnym i jako kompozytor i jako wybitny poeta. Nasz przyjaciel i zarazem producent i realizator dźwięku Leszek Kamiński zawsze mówił, że Grzegorz ma ten „czternasty zmysł”, że wie jak. Ja przez wiele lat uczyłem się jak znaleźć w sobie kompozytora. Przy Grzegorzu się doświadczałem takiej nauki „mimo woli”. To był przede wszystkim taki nauczyciel wrażliwości. W pewnym momencie mogłem sobie wreszcie powiedzieć: Tak jestem kompozytorem i to już nie tylko utworów rockowych, ale też muzyki teatralnej itd. Wiele przy Grzegorzu można się było nauczyć i ci, którzy z nim pracowali wiedzą, jakie to było nie do przecenienia doświadczenie. Bycie z Grzegorzem, bycie w Republice powodowało komfort. Nazwałem go Titanicem, bo to jednak on odszedł, a ja w szalupie ratunkowej jakoś dopłynąłem do brzegu.

- Gdybyś miał określić jedną cechę wspólną, która pozwalała tak doskonale Wam się porozumiewać ze sobą - co by to było?

- Podobnie patrzyliśmy na życie, podobne mieliśmy poglądy, podobnie podchodziliśmy do spraw czysto osobistych, do życia rodzinnego itd. Byliśmy w tym wszystkim praktycznie jednej myśli. Co do artystycznego rozumienia się, to na tym właśnie polegało to bezpieczeństwo z Grzegorzem, iż wiadomo było, że z tego co przyniosę, na tamtym etapie zostaną na pewno wyeliminowane wszystkie błędy i że dostanie to jeszcze większego kopa. Czułem się bezpiecznie, że będzie z tego jakiś pozytywny efekt. To był właśnie ten element uczenia się.

- W czasach, gdy cenzura utrudniała życie wielu wykonawcom, metaforyka tekstów Grzegorza była tak wyrafinowana, że mimo, iż ewidentnie piętnowały one system zniewolenia, nie budziły aż takich podejrzeń, chociaż stanowiły zjadliwą satyrę na totalitarną rzeczywistość. Zgodzisz się z tą opinią?

- Sprawa jest prosta. Grzegorz był po prostu bardzo inteligentnym człowiekiem. Można tu podawać mnóstwo przykładów na to, jak potrafił manipulować cenzorami. Trzeba było być bardzo lotnym umysłowo, aby się do tekstów Grzegorza doczepić, natomiast większość cenzorów to byli ludzie mało inteligentni. Podam przykład. Na pierwszej płycie Republiki jest taka piosenka „System nerwowy”. Pierwotnie refren brzmiał: „Każde państwo, każdy kraj system napięć taki ma nadawania swoich kłamstw”. Wiadomo było, że to nie przeszłoby przez cenzurę. Grzegorz powiedział: „luzik… zamienimy kłamstw na prawd, co nie razi, a sens jest jeszcze mocniejszy”.

- Kiedyś wygłosiłeś o Grzegorzu następującą opinię: „Na zewnątrz robił wrażenie człowieka dość twardego, który nie przejmuje się rzeczami, jakie o nim wypisują. Ale był ogromnie wrażliwy”. Czym najbardziej przejmował się Grzegorz Ciechowski?

- Pokazywał to tylko w gronie najbliższych. Potrafił przejąć się niesprawiedliwą oceną tego, co robił albo niedocenieniem. To oczywiście rzadko się zdarzało, bo tak akurat się działo, że Republika to było raczej pasmo sukcesów. Pamiętam taką sytuację, że mieliśmy chyba włącznie z teledyskiem siedem nominacji do Fryderyków. Otrzymaliśmy tylko jednego. To było po płycie „Masakra” i on naprawdę był tym przejęty. Powiedział: „cholera jasna przegraliśmy z tymi, z którymi nie powinniśmy przegrać”. Miał jakieś ukryte pretensje do branży. Kolejna sytuacja: Wieńcząc nasze dwudziestolecie w roku 2001, mieliśmy otrzymać Grand Prix w Opolu za całokształt. To było wręcz postanowione. Ba, nawet w koncercie zostaliśmy z tego powodu umieszczeni na końcu. Okazało się jednak że ktoś, kto miał „złotą akcję”, a był to prawdopodobnie ówczesny prezes telewizji w tej kapitule, który powiedział: nie, Republika nie. Dostanie Rynkowski. Grzegorz najnormalniej w świecie się wkurzył. Oczywiście to było tylko i wyłącznie we własnym gronie, ale poczuł, że to nasze ukochane dziecko Republika nie zostało w właściwy sposób docenione. „cholera… dwudziestolecie. Jedno wielkie pasmo sukcesów, koncert ułożony, a jakaś jednoosobowa decyzja powoduje, to że wcześniejsze ustalenia idą do kosza”. Oczywiście my go uspokajaliśmy. „Zagrałeś fajny koncert. Daj sobie spokój”. „Nie, bo to nie jest tak jak być powinno”. To był normalny ludzki bunt przeciwko tego typu sytuacjom. To nie były jakieś wielkie przeżycia i na zewnątrz Grzegorz nigdy tego nie pokazywał. Patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia w kontekście tego, że to był ostatni rok twórczości i życia Grzegorza, tamto Grand Prix ma dziś zupełnie inny wymiar. Najbardziej wkurzało go to, co dotykało jego dzieci. Mam na myśli „dzieci” w sensie twórczości, bo jakby ktoś nacisnął mu na odcisk i zrobił krzywdę jego rodzinie, to wtedy zamieniłby się w terminatora.

- Jesteś współkompozytorem niektórych utworów Republiki. Jak wyglądała praca z Grzegorzem podczas ustalania ostatecznego kształtu albumów?

- Nie odpowiem na to pytanie, bo w zależności od przypadku różnie to wyglądało. Opowiadanie o procesie twórczym, to jest tak jakby opowiadać z detalami jak doszło do poczęcia dziecka. Można o tym opowiadać, ale to wydaje mi się trochę bez sensu. Każda płyta i każda piosenka ma swoją historię powstawania i to było bardzo, bardzo różnie.

fot. Andrzej Świetlik
- Jaki obraz Grzegorza zabrałeś ze sobą na resztę życia?

- (śmiech) Jest to inaczej zadane pytanie „jakim Grzegorz był facetem?” Odpowiadałem na to już milion razy i trochę brakuje mi słow, aby powiedzieć coś nowego. Był to jeden z moich najbliższych przyjaciół. Traktowaliśmy się wręcz jak bracia. Nasze kontakty nie polegały tylko i wyłącznie na kontaktach zawodowych, ale również na kontaktach rodzinnych. Poruszaliśmy się po naprawdę wielu obszarach, które dotyczą relacji przyjacielskich. Zapamiętam go przede wszystkim jako jednego z najbliższych przyjaciół i osobę, która nieświadomie była w wielu sprawach artystycznych moim nauczycielem. Dzięki niemu nabrałem odwagi jako kompozytor, jako aranżer, jako producent. Mówił niekiedy rzeczy zdawałoby się śmieszne. Kiedyś przy pracy nad czymś tam siedział przy tym swoim Pro Toolsie i ja mówię: „Grzegorz, czy Twoja wiedza na temat Pro Toolsa sięga tak daleko, że możesz mi powiedzieć, że to, to ,to, czy tamto?”, a on mi odpowiedział „nie”. „Acha, tak też myślałem”. On wtedy powiedział: „Nie, po prostu moja wiedza tak daleko nie sięga. Stary, ja jestem jedną lekcję przed Tobą”. Ta sytuacja trochę obrazuje, jaki to był utalentowany facet, a jednocześnie z dużą pokorą wobec samego siebie. Nigdy nie uważał, że zjadł wszystkie rozumy, że jest mistrzem, a przynajmniej w niektórych obszarach tym mistrzem można było go nazwać. Był mistrzem – nazwijmy to - męskiej intuicji. On naprawdę wiedział jak. On miał takie wyobrażenie o tym co robi, że efekt tego był spodziewany. Tam gdzie był zmuszony pracować z kimś, a był to okres środkowego Obywatela G.C., gdzie nie do końca on sam był producentem tych płyt, to te efekty – sam zresztą o tym mówił – nie do końca wytrzymują próbę czasu. Tam gdzie to on miał do postawienia kropkę nad „i”, czyli generalnie sam nad tym wszystkim panował, to kolokwialnie mówiąc, tam bąk nie był puszczany. Można pracować z zaufanym producentem i realizatorem dźwięku, ale konsekwencje zawsze będzie się ponosiło samemu. Jeżeli w zespole było nas czterech plus manager i cos tam razem robiliśmy, to wiadomo, że konsekwencje tego zarówno te pozytywne jak i negatywne, będziemy ponosili my razem. Jeżeli się nad tym samemu panuje, to obdarzając się nawzajem zaufaniem, robi rzeczy najważniejsze.

- Czy opowiadający o nietrwałości związków uczuciowych album Depresjoniści z roku 2005 był logiczną kontynuacją „Masakry”, w powstaniu której miałeś znaczący udział i czy w tekstach Jacka Bończyka ujrzałeś pierwiastek sposobu myślenia Grzegorza?

- Jacek ma podobne pióro do Grzegorza. Jest pod tym względem niezwykle utalentowany. Pisząc dla naszego zespołu, rzucił się na bardzo głęboką wodę. Po tym jak zaczęliśmy razem pracować, zaczął również pisać dla innych. Pisał dla Michała Bajora, dla Kasi Groniec, napisał mnóstwo tekstów piosenek do sztuk teatralnych, które razem robiliśmy. Ma spojrzenie, raczej tego późniejszego Ciechowskiego, niż wcześniejszego. Jeśli chodzi o stronę muzyczną, to nie jest do końca tak, że Depresjoniści to kontynuacja „Masakry”. Faktem jest - ośmielę się powiedzieć - że gdyby Republika nadal istniała, to poszłaby w takim kierunku, jak dziś grają Depresjoniści, ponieważ z roku na rok miałem coraz większy wpływ na repertuar Republiki, a Grzegorzowi też się ten ruch podobał. Kilka utworów z płyty „Depresjoniści” było planowane na kolejną płytę Republiki. Zresztą Grzegorz pomysł na te piosenki znał. Niektórzy traktowali to jako pochwałę, niektórzy jako zarzut, że to jest takie późno republikańskie No cóż, to są moje korzenie. Ja stamtąd pochodzę, więc dlaczego miałbym być raptem inny. Oczywiście, od czasów „Deprejonistów” poprzez „Ideologię snu”, to wszystko poszło bardziej w stronę muzyki progresywnej. W tym kontekście album Depresjoniści jest bliżej „Masakry”, niż innych płyt, bo „Masakra” jest ewidentnie progresywną płytą i zresztą, jak wspólnie komponowaliśmy, to Grzegorz właśnie tego pierwiastka karmazynowego ode mnie oczekiwał. To jestem nadal ja ten sam, tylko starszy o doświadczenia i zdecydowanie o większe umiejętności. Przede wszystkim jestem coraz bardziej kompozytorem niż wykonawcą. Oczywiście, że to co skomponuję trzeba również wykonać, ale obecnie nie gram zbyt wielu koncertów, natomiast komponuje bardzo dużo. W tej chwili finalizuje się już moja ósma sztuka teatralna. Dawniej byłem bardziej wykonawcą niż kompozytorem.

- Czy „Ideologia snu” jest rozliczeniem ze zjawiskiem celebryctwa?

- Tam jest jedna taka piosenka wprost, natomiast ta płyta jest takim reportażem bez komentarza, bez oceny sytuacji. Reporter pokazuje to co jest, ale niekoniecznie chce mu się to oceniać. Ocenę pozostawia słuchaczowi.

- Wielu krytyków muzycznych porównuje Twój sposób gry na gitarze do gry Roberta Frippa z King Crimson.

- No i trochę mają rację. Przede wszystkim jednak zauważam u siebie jego podejście do kompozycji, do dźwięków i do interakcji między dźwiękami. Tak, dziś jestem bardziej karmazynowy, niż blues rockowy

- Jakie są Twoje najbliższe plany artystyczne?

- Niedawno odbyła się premiera musicalu dla dzieci „Zorro” w Teatrze Muzycznym w Łodzi. Olbrzymia scena, balet, chór. Być może będzie z tego płyta. Teatr chce nagrać piosenki, które są w tym musicalu na płytę. Musical jest autorstwa Jacka Bończyka i mój. Jacek napisał libretto, a ja całą muzykę. Robimy to z Grześkiem Policińskim - scenografem od wielu lat związanym z Republiką znanym skądinąd z „Kombinatu”. Inga Pilchowska robi choreografię. To jest nasza stała ekipa, z którą już kilka sztuk zrobiliśmy, między innymi częściowo zrobiliśmy „Terapię Jonasza”, a w całości z tą ekipą „Kota w butach” zarówno w Horzycy w Toruniu jak i w Syrenie w Warszawie. Szykują mi się też dwie produkcje płytowe. Przy jednej już jestem w trakcie pracy, druga jest planowana, aczkolwiek już troszeczkę zaczęta Jak się dogadam, może będzie trzecia produkcja, no i oczywiście kolejna płyta naszego zespołu, za którą się powolutku chyba trzeba zacząć brać. Trochę materiału jest już zebranego. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się zrobić z Jackiem to, co planujemy jeżeli chodzi o kolejną jakąś muzyczną sztukę teatralną. Mówię jakąś, chociaż mniej więcej wiemy jaką, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. Tęsknię do koncertów. Pewnie trochę jakichś koncertów pogramy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza