poniedziałek, 6 czerwca 2011

Miło szaleć kiedy czas po temu (Nowy Czas nr 167)

Witek Węgrzyn na czele polskiej grupy
Początki karnawałowego szaleństwa w Luton sięgają 1976 roku. Ówczesne, bardzo skromne wydarzenie o zasięgu lokalnym, było jedynie częścią obchodów setnej rocznicy powstania miejscowego Borough Council i w niczym nie przypominało widowiska, którego byliśmy  świadkami w tym roku. Status międzynarodowy Luton Carnival otrzymał w 1998 roku i dzięki doskonale zorganizowanemu przez władze miasta dofinansowaniu, z czasem stał się największą jednodniową imprezą tego typu na świecie.
Spora część językoznawców doszukuje się genezy słowa „karnawał” w łacińskim określeniu wozu w kształcie okrętu. Ów carrus navalis używany w starożytnych procesjach ku czci Izydy i Dionizosa, jeśli nawet był inspiracją dla pionierów karnawałowych parad, obecnym fanom ulicznych pląsów zapewne nie kojarzy się już z niczym. Współczesna popkultura wykreowała za to zupełnie inne statki, a ich załogi od kilku lat rozgrzewają wyobraźnię milionów kinomanów.
Idąc więc z duchem czasu, jedna z grup przemierzała uliczki Luton okrętem do złudzenia przypominającym słynną fregatę Piratów z Karaibów. Starający się wyglądać niezwykle groźnie korsarze, którym towarzyszyły piękne morskie rozbójniczki, stanowili jedną z najbardziej wyrazistych grup tej imprezy, w której wzięło udział – podobnie jak w latach ubiegłych – ponad 100 tys. uczestników.
Luton to miasto etnicznie bardzo zróżnicowane, co przekłada się na widowiskowość całego wydarzenia i daje możliwość zamanifestowania narodowej przynależności – i tym lustoński karnawał różni się od karnawału np. w Notting Hill. Prawie 30 proc. około 200-tysięcznej społeczności miasta to imigranci lub ich potomkowie. Od kilku lat coraz większy procent ciągle rosnącej ludności napływowej stanowią Polacy, którzy już drugi rok z rzędu czynnie zaznaczyli swoją obecność podczas Luton Carnival. W tym roku polska grupa zaprezentowała się godnie, a kroczący na jej czele Witek Węgrzyn, z dumą niósł ogromnych rozmiarów białego orła w koronie. Nasze sarmackie serca zabiły mocniej, gdy po celtyckich, afrykańskich, latynoskich, karaibskich i azjatyckich rytmach w uszach zabrzmiały melodie znad Wisły. Roztańczone polskie dziewczęta znów udowodniły, że są najpiękniejsze na świecie, a grupa młodych piłkarzy w narodowych barwach, swoją postawą starała się przekonać działaczy PZPN, że przyszłych reprezentantów kraju powinni szukać wśród Polaków kopiących piłkę w ligach angielskich.
Jako że większą część życia spędziłem w niemiłościwie panującej nam PRL-owskiej rzeczywistości, do majowych pochodów jakoś sentymentu nigdy nie miałem. Z rozrzewnieniem natomiast wspominam zorganizowany we Wrocławiu przez legendarną Pomarańczową Alternatywę „Karnawał Robotniczy”, zwany też „Śledzikiem na Świdnickiej” w 1989 roku. Tegoroczny karnawał w Luton był więc po tamtym wrocławskim, drugim karnawałem i jednocześnie pierwszym majowym pochodem, w jakim miałem przyjemność uczestniczyć. I chociaż pogoda w Luton tego dnia nie sprzyjała, a strugi deszczu moczyły nie tylko piękne stroje tancerek i ich fryzury, dzień 30 maja pozostanie zapewne w pamięci Polaków z Luton jako jeden z radośniejszych momentów emigracyjnej, jakże często monotonnej rzeczywistości.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza