piątek, 23 listopada 2018

Łukasz Orwat - Bosch po raz trzeci, ostatni. "Śmierć skąpca" (Wrocław, 25 stycznia 2012)

Witam Państwa serdecznie, dzisiejszą, trzecią już odsłonę malarstwa Hieronima Boscha rozpoczniemy nie przedstawieniem obrazu, ale średniowiecznego wiersza „Skarga umierającego”, będącego prawdopodobnie polskim przekładem czeskiej pieśni. Oto odchodzący człowiek wypomina sobie źle przepędzone życie i prosi Boga o zmiłowanie. Lektura tego wiersza przybliży nam mentalność człowieka epoki średniowiecza tak za jego życia jak i w chwili śmierci, co będzie odniesieniem do omawianego obrazu, „Śmierci Skąpca”.


Ach! Moj smętku, ma żałości!
Nie mogę się dowiedzieci,
Gdzie mam pirwy nocleg mieci,
Gdy dusza z ciała wyleci.

Byłżem s młodości w rozkoszy,
Nie usłałem swojej duszy,
Już stękam, już mi umrzeci,
Dusza nie wie, gdzie się dzieci.

Com miał jimienia na dworze,
Com miał w skrzyni i w komorze,
To mi wszytko opuścici,
Na wieki się nie wrocici.

Dziatki s matką narzekają,
Bracia mię w rzekomo żałują,
Ku jimieniu przymierzają,
Na mą duszę nic nie dbają.

Eja, eja, dusza moja,
Ocuci się, długoś spała,
Nie masz wierniejszego k sobie,
Uczyń dobrze sama w sobie!


Fałszywy mi świat powiedał,
Bych ja długo żyw byci miał,
Wczora mi tego nie powiedał,
Bych ja długo żyw byci miał.

Gdzie ma siła, ma robota,
Głupiem robił po ty lata:
Ośm miar płotna, sidm stop w grobie,
Tom tylo wyrobił sobie.

Halerzem łakomo zbierał,
Swoj żywot rozpustnie chował:
Prze ty dwa bogi przeklęta
Nie czciłem żadnego święta. 

Jałmużnym nędznem nie dawał,
Ofierym Bogu nie czynił,
Ni z pirwiny, ni z nowiny
Bogum nie dał z siebie winy. 

Kaki to moj rozum głupi,
Sobiem był szczodr, Bogu skąpy:
Com kiedy Bogu poślubił,
Tegom nigdy nie uczynił. 

Leży ciało, barzo stęka,
Duszyca się barzo lęka,
Bog się z liczby upomina,
Diabeł na grzechy wspomina. 

Młotem moje pirzsi biją,
Dusza nie śmie wynić szyją;
Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.

Nie gdzie się przed Bogiem skryci,
Dusza nie śmie przed sąd jici;
Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.

O duszyco, drogi kwiecie,
Nic droszego na tem świecie,
Tanieś się diabłu przedała,
Iżeś się w grzeszech kochała.

Pamiętaj coś na chrzcie ślubowała,
Gdyś się diabła otrzekała,
Jego pychy, jego działa –
Toś wszytko przestępowała.

Kwap się rychło ku spowiedzi,
Kapłany w swoj dom powiedzi,
Płacz za grzechy, przymi świątość,
Boże Ciało, święty olej!

Rolą z domem dziatkam podaj,
Coś urobił za duszę daj,
S jimienia przyjacioł nabywaj,
Coć przyłączą twą duszę w raj.

Zbierz gniewliwe i dłużniki,
Odproś, zapłać pieniądz wszelki:
Za jeden pieniądz w piekle być –
Na wieki stamtąd nie wyniść.

Tam sam oczy moje głądzą,
Toć już trzy złe duchy widzą,
Na mię me grzechy wzjawiają,
Mej duszy sidła stawiają.

Wircę się, wołam pomocy,
Nikt za mię nie chce umrzeci,
Nikt przyjaciel na tym świecie,
Jedno w Bodze nadzieję mieci.

Kryste, przez twe umęczenie,
Rozprosz diable obstąpienie,
Daj duszycy przeżegnanie,
Daj ciału dobre skonanie!

Ja twoj synek marnotrawny,
Tyś moj ociec miłosierny,
Żal mi tego, iżem cię gniewał,
Ale ciem się nie otrzekał.

Zażżycie-ż mi świeczkę ale,
Moji mili przyjaciele!
Dusza jidzie z krawym potem;
Co mnie dzisia, to wam potem.
Amen.

Dusza z cieła wylecieła,
Na zielone łące stałe.
Stawszy, silno, barzo rzewno zapłekałe.
K nie przyszedł Święty Piotr a rzeknęcy:
Czemu, duszo, rzewno płaczesz?
Ona rzekłe:
Nie wola mi rzewno płakać,
A ja nie wiem, kam sie podzieć.
Rzekł święty Piotr je:
Podzi, duszo moje miła!
Powiedę cie do rejskiego,
Do krolestwe niebieskiego.
Do ktorego krolestwa dowiedzie nas
Ociec Bog, Syn i Duch Święty.
Amen.

Apollo rażący strzałami zarazy
Spójrzmy teraz na obraz Boscha. Jego dość nieforemny, wydłużony kształt wskazuje na bycie w przeszłości częścią jakiegoś tryptyku, niestety do dziś już niezachowanego. Na samym zaś obrazie widzimy bladego, konającego, tytułowego skąpca. U jego boku klęczy jego anioł stróż, usiłując nakierować myśli umierającego na wiszący gdzieś pod sufitem krzyż. Wokół kłębią się charakterystyczne dla twórczości Boscha maszkary – złe duchy, rozpraszające uwagę na sprawach duchowym doczesnościami – jeden z nich podsuwa wypełniony pieniędzmi mieszek. Do pomieszczenia wchodzi śmierć. Ukazana w charakterystyczny dla średniowiecznej symboliki sposób, jako owinięty w łachmany kościotrup, dzierży w dłoni strzałę. Wnioskować po tym można, że nasz skąpiec umiera od zarazy. Od antycznych bowiem czasów Apollo, który godził morowymi strzałami w Achajów oblegających Troję jednoznaczny był z chorobami i wszelką zarazą. Do średniowiecza przeniknął ten wizerunek, a strzała symbolizowała zarazę uderzającą znienacka w swoją ofiarę. Dostrzegamy też inną postać, najprawdopodobniej tego samego skąpca, w okresie kiedy jeszcze nie zmogła go choroba, jak nachyla się nad skrzynią wypełnioną dobrami. W niej również harcują diabliki, ukryte w dobrach doczesnych. Dlaczego zamieściłem najpierw ów anonimowy, średniowieczny wiersz? Pomoże on nam w odpowiedzi na pytanie, co czeka naszego skąpca. Umierający z wiersza również całe życie przetrwonił na doczesności, ale jednak dostał się do Raju. Czy i więc postać z obrazu Boscha ma szanse się tam znaleźć? Przekonajmy się:

„Byłżem s młodości w rozkoszy (…)” 

„Com miał jimienia na dworze,
Com miał w skrzyni i w komorze,
To mi wszytko opuścici,
Na wieki się nie wrocici.”

„Halerzem łakomo zbierał,
Swoj żywot rozpustnie chował:
Prze ty dwa bogi przeklęta
Nie czciłem żadnego święta.”

Umierający widzi, że cielesne uciechy, pozycja na dworze i zgromadzone bogactwa nijak nie pomogą mu teraz – w godzinie śmierci. Co więcej, to, co przydawało mu splendoru za życia zdaje się być w chwili śmierci tylko przeszkodą – Rozkosze i bogactwa oddalały go od Boga, o którym moribundus (człowiek na łożu śmierci) zdaje się dopiero teraz poważnie myśleć.


Jego ziemska egzystencja była taka sama jak skąpca z obrazu Boscha. Ten jednak zamiast w kierunku krzyża spogląda na mieszek wypełniony trzosem.

„Eja, eja, dusza moja,
Ocuci się, długoś spała,
Nie masz wierniejszego k sobie,
Uczyń dobrze sama w sobie!” 

„Kaki to moj rozum głupi,
Sobiem był szczodr, Bogu skąpy:
Com kiedy Bogu poślubił,
Tegom nigdy nie uczynił.”

Umierający z wiersza zdaje sobie sprawę na łożu śmierci ze swoich grzechów i żałuje za nie. Niestety, skąpiec wydaje się być zatwardziały aż po kres.

„Leży ciało, barzo stęka,
Duszyca się barzo lęka,
Bog się z liczby upomina,
Diabeł na grzechy wspomina.” 

(…)Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.”

W swoich ostatnich chwilach moribundus widzi już otwierające się przed nim piekielne wierzeje. Nie ma nadziei na ratunek, droga do raju jest przed nim zamknięta. Ale czy aby na pewno?


Spowiedź, sakramenty, a także modlitwa – zarówno przez rodzinę, jak i specjalnie do tego celu wynajętych „modlących się”, uregulowanie długów mają w ostatniej chwili pomóc umierającemu zawrócić. Do domu skąpca wchodzi już śmierć. Anioł stróż bezsilnie próbuje pobudzić konającego do poprawy swego losu. Na próżno. Śmierć zabierze go wprost w piekielną otchłań.

„Tam sam oczy moje głądzą,
Toć już trzy złe duchy widzą,
Na mię me grzechy wzjawiają,
Mej duszy sidła stawiają. 

Wircę się, wołam pomocy,
Nikt za mię nie chce umrzeci,
Nikt przyjaciel na tym świecie,
Jedno w Bodze nadzieję mieci.

Kryste, przez twe umęczenie,
Rozprosz diable obstąpienie,
Daj duszycy przeżegnanie,
Daj ciału dobre skonanie!”

Nad jego ciałem trwa zaciekła wojna. Wojna między siłami dobra i zła, której łupem dla zwycięskiej strony przypaść ma dusza nieszczęśnika. I chociaż za życia ów potwornie nagrzeszył i żył bez Boga wciąż może jeszcze trafić do Raju.


Wokół skąpca kłębią się diabły, kusząc go, podsuwając myśli mające odciągnąć go od Boga, podtrzymujące jego przywiązanie do ziemskiego padołu i nagromadzonych dóbr doczesnych. Umierający nie zwraca uwagi na anioła, starającego się nakierować jego myśli na wiszący gdzieś wysoko, zapomniany krzyż. Skąpiec miast na zbawienie spogląda gasnącym wzrokiem na trzymany przez diabła trzos.

Ja twoj synek marnotrawny,
Tyś moj ociec miłosierny,
Żal mi tego, iżem cię gniewał,
Ale ciem się nie otrzekał.

Umierający zawierzył ostatecznie swego ducha Bogu, wydając ostatnie tchnienie. Teraz wszystko w rękach Boga, i, jak możemy dostrzec, siły dobra zwyciężyły tą psychomachię – dusza trafia w końcu do Raju. A nasz skąpiec? Konając z dala od Boga, otoczony przez demony swego życia doczesnego, głuchy na głos anielskiego patrona, niestety skończy zapewne na wiecznych mękach w piekle. Na tym skończę moją podróż po średniowiecznym świecie boschowej alegorii.


Poprzednie dwa wpisy (ten oraz ten) w połączeniu z omawianym dziś dziełem oraz zamieszczony wyżej wiersz wpasowujący się doskonale w ogólnoeuropejską, uniwersalną konwencję stanowią razem spójny obraz kultury i mentalności średniowiecza, epoki pełnej kontrastów, przesyconej Bogiem, śmiercią, pruderią i moralnością, ale także i rozpustą, brzydotą i brutalnością. Zapraszam też jednocześnie na przyszłotygodniowy wpis poświęcony o wiele późniejszemu autorowi, jakim jest John William Waterhouse.

Tekst „Skargi umierającego” zaczerpnięta z portalu www.staropolska.pl

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.

W ramach trasy koncertowej The Tour Into The Unknown grupa Heat 23 listopada zagra w Krakowie!


czwartek, 22 listopada 2018

Skorup & JazBrothers prezentują wideo koncertowe

Skorup podczas koncertu w Ruinach Teatru Victoria w Gliwicach. Fot. Marlena Nowakowska



Najnowsza publikacja Skorupa i braci Jaz to nie lada gratka dla fanów. Mimo że od jakiegoś czasu na MaxFloRecTV dostępny jest pełny odsłuch płyty „Absolutna flauta”, to dziś (22.11) playlistę zasilił wideoklip do utworu „Grube chude lata”. Teledysk nakręcono podczas wyjątkowego koncertu w Ruinach Teatru Victoria w Gliwicach


Nieco ponad miesiąc temu, 19.10, w rodzinnym mieście Skorupa i braci Jaz odbył się koncert promujący wydany w czerwcu br. album artystów. Na scenie w Gliwicach spotkali się niemal wszyscy zaangażowani w powstanie „Absolutnej flauty”.

Podczas koncertu Skorupa & JazBrothers w Gliwicach na scenie pojawiło się liczne grono gości z płyty ABSOLUTNA FLAUTA. Fot. Kadr z klipu
Wśród gości nie zabrakło m.in.: Kuby Knapa, Gano, Biaka, DJ-ów – HWR-a i Hopbeata, Karo Glazer oraz większości instrumentalistów, którzy zarejestrowali swoje partie na płycie. Wydarzenie w nietypowej, jak na rapowe koncerty, przestrzeni Ruin Teatru Victoria zgromadziło liczne grono słuchaczy, których nie trzeba było specjalnie zachęcać do zabawy.

Utwór „Grube chude lata”, do którego powstało powyższe wideo, to 3. pozycja z tracklisty „Absolutnej flauty”. Gościnnie w numerze na fagocie udzielił się Wojciech Front. Zdjęcia do premierowego klipu zrealizowała ekipa filmowa Tworzywo. Nowe wydawnictwo Skorupa & JazBrothers ukazało się 22.06 br. „Absolutną flautę” w wersji standard znaleźć można w Empikach w całej Polsce oraz w MaxFloSklepie. Jednak wyłącznie pod tym adresem: https://bit.ly/2DSe1fx dostępna jest dwupłytowa edycja krążka, w skład której wchodzi dodatkowe CD z wersjami instrumentalnymi wszystkich utworów.

Tekst: Anna Grabowska (MaxFloRec)

Łukasz Orwat - "Chrystus dźwigający krzyż" – część druga boschowskiego tryptyku (Wrocław, 18 stycznia 2012)

Dziś przyjrzymy się kolejnemu obrazowi Hieronima Bosha o tytule „Chrystus dźwigający krzyż”. Samej osobie malarza przyjrzałem się w poprzednim odcinku (tutaj), więc nie powtarzając się zbędnie przejdę do meritum. Tym co jako pierwsze rzuca się w oczy jest nawała nieprzyjaźnie wyglądających facjat, groteskowo wykrzywionych, o dzikim wejrzeniu, nie budzących skojarzeń z niczym dobrym. I tak w istocie jest, ale o tym za moment. Spójrzmy najpierw na całą scenę rozgrywającą się na naszych oczach. Oto widzimy Jezusa niosącego krzyż; ma on zamknięte oczy i pogodną twarz, jakże kontrastującą ze szpetnymi wizerunkami go otaczającymi. Dostrzec da się także postać podtrzymującą belkę, niewątpliwie Szymona z Cyreny.


W tłumie idą także dwaj łotrzy, którzy zawisnąć na krzyżach mają obok Chrystusa – jeden stoi w prawym górnym rogu, nagabywany przez szczerbatą postać, drugi, spętany powrozami zdaje się kłócić lub wygrażać szydzącym zeń gapiom (prawy dolny róg).

Jest tu jeszcze jedna postać wyróżniająca się z niepokojąco łypiącego tłumu, mianowicie kobieta trzymająca chustę z odbitym wizerunkiem Chrystusa (lewy dolny róg). Oczywiście jest to znana z tradycji chrześcijańskiej Weronika, która otrzeć miała twarz Jezusa, a pot zmieszany z krwią odbija się na płótnie. To, co dostrzec można od razu to spokój Jezusa, Weroniki oraz jednego z łotrów w morzu agresywnych i szyderczych gąb, których szpetota nie jest przypadkowa – w średniowieczu panowało przekonanie, że brzydota, zdeformowanie ciała czy choroby świadczą o zepsuciu moralnym człowieka. To, co negatywne czy szpetne „wewnątrz” objawiać się miało na zewnątrz. Dlatego też ludzie, jako grzesznicy, ukazani są tu jako ohydne, odrażające pokraki, o niemal zwierzęcym wejrzeniu, szyderczo spoglądające w kierunku prowadzonego na śmierć Chrystusa.

„Dobry łotr”, któremu apokryficzna Ewangelia Nikodema nadaje imię Kosma nie jest wolny od brzydoty – w przeciwieństwie do Jezusa lub świętych, tak jak Weronika – wszak jest zbrodniarzem, który w życiu z pewnością naznaczył się wieloma przewinami. Jednak jego ostatecznie zawierzenie w godzinie śmierci na krzyżu zabrało go wraz z Jezusem do Ojca, stąd też i rysujący się na jego twarzy spokój i obojętność na szykany tłumu. Warto zwrócić uwagę także na wizerunek Jezusa odbity na płótnie trzymanym przez Weronikę – ma on otwarte oczy i zdaje się patrzeć na oglądającego. Wyrażać to może milczącą zachętę do podążenia w jego ślady i wzięcie własnego krzyża na barki. Co charakterystyczne dla obrazów średniowiecznych, postacie wyglądają nie jak ludzie żyjący w Palestynie okresu Heroda, lecz jak przeciętni mieszkańcy miast niderlandzkich. Widzimy tu w górnym prawym rogu wspomnianego szczerbatego duchownego, kupców, zwykłych mieszczan, rzemieślników i innych, ubranych w charakterystyczne dla epoki stroje. Nawet „rzymski” żołnierz okuty jest w średniowieczną, rycerską płytę.

Na dziś tyle. W przyszłym tygodniu zamknąć mi przypadnie nasz boschowski tryptyk obrazem „Śmierć skąpca”. Wszystkie trzy dzieła zebrane razem pokażą nam wiele o mentalności ludzi okresu średniowiecza. Zapraszam w kolejną środę i przepraszam za brak tekstu w poprzednią, niestety studencka dola skradła mi czas potrzebny do napisania tekstu. Do usłyszenia za tydzień!

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.

Łukasz Orwat - Średniowieczny świat Hieronima Boscha, odsłona pierwsza: "Wóz z sianem" (Wrocław, 4 stycznia 2012)


Wpisem dzisiejszym mam przyjemność otworzyć trzyczęściowy tryptyk poświęcony malarstwu Hieronima Boscha. Nieprzypadkowo pojawiło się tu słowo „tryptyk”, zajmiemy się dziś bowiem właśnie jednym z licznych, wykonanych na zlecenie Kościoła tryptyków, dziełem „Wóz z sianem”. Nie bez przyczyny także chciałbym poświęcić twórczości Boscha aż trzy tygodnie, twórczość bowiem niderlandzkiego malarza doskonale oddaje ducha średniowiecznej Europy i każdy z trzech obrazów które mam zamiar przedstawić odsłoni nam jeden z jej aspektów, a łącznie dadzą kompletne i przenikające się świadectwo owej epoki.


Zacząć wypadałoby od zaznaczenia, że malarz szerzej znany jako Hieronimus Bosch faktycznie nosił miano Jeroen Anthoniszoon van Aken. Skąd więc ów przydomek? Twórca, członek szacownej rodziny malarzy van Acken posługiwał się zawsze skrótem od nazwy swego rodzinnego miasta, w którym spędził całe swoje życie, mianowicie Hertogenbosch.

Jeroen zaś jest niderlandzką wersją imienia Hieronim. Zatem kwestie pochodzenia przydomku mając za sobą a nie chcąc zanudzać biograficznymi faktami z życia Jeroena przejdźmy może od razu do tego, co najważniejsze, czyli do samego dzieła. Wspomniałem wcześniej, że tryptyk „Wóz z sianem” nie jest jedynym tego typu dziełem Boscha. Najsłynniejsze chyba z dzieł autora, „Ogród ziemskich rozkoszy” (nawiasem mówiąc zachęcam do obejrzenia, i to wnikliwego, charakterystyczną cechą twórczości Hieronima jest przeładowywanie obrazów licznymi postaciami, scenami i przedmiotami, z których niemal każda stanowi alegorię lub jest symbolem.) jak i wiele innych tryptyków powstały na zamówienie Kościoła i zazwyczaj traktują o podobnej tematyce – obrazy Raju i Piekła ukazane na dwóch skrzydłach tryptyku oraz w tym przypadku tytułowy wóz siana będący alegorycznym wizerunkiem życia doczesnego pośrodku. Każda ze scen przepełniona własną symboliką, którą teraz spróbujemy rozwikłać. Przyjrzyjmy się najpierw lewemu skrzydłu przedstawiającemu wizję Raju. Dostrzec zdają się tu cztery sceny obrazujące najdawniejsze momenty historii. Na szczycie widzimy Boga zasiadającego na tronie strącającego z niebios hufce upadłych aniołów, ukazanych tu pod postaciami owadów i gadów, istot nieprzyjaznych człowiekowi, zatruwających, kąsających, będących zwiastunem zarazy.


I jako takie właśnie ohydne stworzenia kojarzone były z siłami ciemności, zła czy piekieł, co znajduje odbicie w wyobrażeniach średniowiecznych demonologów przydających cechy gadzie i owadzie właśnie złym duchom.

Za przykład posłuży niech rycina demona Agaresa. (po lewej). Niżej dostrzegamy stworzenie pierwszych ludzi. Bóg z żebra śpiącego Adama kształtuje Ewę. Wszystko w scenerii rajskiego ogrodu. Następnie oglądamy moment kuszenia pierwszej kobiety przez węża (przedstawionego z głową kobiety, co symbolizować ma zapewne jego kłamliwość i chęć do odwrócenia człowieka od Boga, echa filozofii Tomasza z Akwinu). Na samym dole wygnani przez anioła z Raju. Znane dobrze wydarzenia z początków księgi Rodzaju oraz tradycji chrześcijańskiej (upadek aniołów) odnaleźć można nie tylko w „Wozie z sianem”, ale także w innym tryptyku Boscha, „Sądzie ostatecznym”. Pomińmy na razie środkową część obrazu i obejrzyjmy prawe skrzydło, ukazującą wizję piekła. Widzimy tu grzeszników cierpiących wieczne katusze z rąk diabłów i rozmaitych potworów symbolizujących grzechy. U dołu dostrzec można ropuchę (w średniowiecznej symbolice utożsamiana z lubieżnością) pożerającą nieszczęśnika, i inne maszkary prowadzące mężczyznę ku bliżej nieokreślonym piekielnym katuszom i kolejnego, kąsanego boleśnie przez stado ogarów. (fragment obrazu z lewej)


Ponad nimi diabły (pokazane tu pod postacią małp, których zwierzęce kształty, podobne jednak do ludzkich, w mentalności średniowiecznych kojarzyły się z siłami nieczystymi) budują wieżę, nawiązującą tu do biblijnej wieży Babel. (z prawej) W oddali, pośród ruin szaleje pożoga. Typowe przedstawienie piekła jako miejsca wiecznych mąk dla grzeszników.

Skupmy się teraz na tytułowej, środkowej części tryptyku. W oczy rzuca się od razu wielki, ciągnięty przez groteskowe stwory stóg siana. Nie bez przyczyny ciągnięty właśnie przez te dziwolągi wóz posuwa się w prawo, ku piekielnemu skrzydłu. Dlaczego tam właśnie? O tym zaraz. I dlaczego właściwie na wozie znajduje się ogromna sterta siana? Otóż w średniowiecznych Niderlandach popularna była ludowa przyśpiewka: „Świat jest wozem siana, z którego każdy bierze ile może”. Nie inaczej jest tutaj. Owe siano, które nęci wszystkich wokół to nic innego jak ziemskie, doczesne dobra i przyjemności, które odwracają uwagę od Boga i sprowadzają człowieka na drogę potępienia. Widzimy wielkich możnych (z lewej) na koniach, którzy skuszeni owym dostatkiem podążają za toczącym się ku piekielnej otchłani wozem. Nie inaczej czyni pospólstwo – tłoczy się i kotłuje wokół siana, walcząc między sobą o skrawki dobrobytu, uciekając się nawet do mordu. Na szczycie wozu siedzi kilka postaci – zakochani oraz zajęci sobą młodzi. Przygrywa im na flecie błękitny demon. Cielesne uciechy także znajdują się pośród oddalających od zbawienia rozkoszy (z prawej). Żadna warstwa społeczna nie jest obojętna na nęcący wóz z sianem. Nawet zakonnice gromadzą wory nim wypełnione przed grubym mnichem, uosabiającym obżarstwo, opilstwo i chciwość. Chęć posiadania dóbr doczesnych odsuwa w niebyt dobra duchowe, czego doskonałym przykładem jest ów właśnie mnich i towarzyszące mu siostry zakonne. Jak na ironię, siano, które jest niewiele warte ciągnie za sobą rzesze istnień ku potępieniu.


I tak dobra doczesne, symbolizowane tu przez owe siano nie są wiele warte w porównaniu z dobrem najwyższym, życiem wiecznym, Rajem, od którego ludzie odwracają się i ślepo zmierzają ku zatraceniu. Całej scenie przygląda się z góry Chrystus, na którego nikt jednak nie zwraca uwagi.

Wszystkie części tryptyku zdają się być już wnikliwie obejrzane. Nic bardziej mylnego. Zamknijmy teraz lewe i prawe skrzydło. Oczom naszym ukazuje się czwarta część dzieła, pielgrzym zmierzający przed siebie drogą – jak się okazuje – pełną niebezpieczeństw. Nastaje na niego pies, którego ów odgania kosturem (przypomnijmy sobie sforę kąsającą jednego z potępionych – pies jest symbolem czyhającego grzechu. Ogary w piekle już dopadły nieszczęśnika i wiodą go ku męce wiecznej). Tuż obok w błocie leży sterta kości dziobanych przez ptaki, przypominając o marności żywota. Dalej w oddali banda rzezimieszków przywiązuje do drzewa jakiegoś nieszczęsnego podróżnego, a w oddali błękit nieba przełamuje widok szubienicy. Postać pielgrzyma w oparciu o stóg siana symbolizować może ludzką wędrówkę przez świat. Wszak nasze życie nie jest niczym innym jak doczesną drogą ku zbawieniu. Lub też potępieniu. I droga łatwą nie jest, ale na wytrwałych, którzy nie podążą za doczesnym zbytkiem i nie zlękną się przeciwności czeka najwyższa nagroda w niebie. W kolejnym odcinku przyjrzymy się obrazowi męki pańskiej na przykładzie kolejnego dzieła Hieronima Boscha. Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie dzisiejszego tekstu i zapraszam ponownie w kolejną środę.

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.

sobota, 17 listopada 2018

17 listopada w Berlinie zagra Fallen Outcast



Katedra - Człowiek za dużo myślący (Polska 2018)

"Wiedza jest niebezpiecznym doradcą, kiedy wszystko wymyka się spod kontroli" - słyszymy w tekście nieśmiertelnego "Epitaph" grupy King Crimson z krążka In the Court of the Crimson King. Dlaczego przywołuję właśnie to legendarne wydawnictwo w pierwszym zdaniu recenzji drugiej płyty wrocławskiej grupy Katedra zatytułowanej Człowiek za dużo myślący? Po pierwsze... wystarczy spojrzeć na jej okładkę, po drugie posłuchać utworu nr 7, a po trzecie... Zacznijmy jednak od początku, a na początku było... Słowo, które niczym wisząca w pierwszym akcie sztuki na ścianie strzelba, wypali - jak zwykle - w najmniej oczekiwanej chwili. Okładka albumu koncepcyjnego - a takim krążkiem niewątpliwie jest Człowiek za dużo myślący - prawie zawsze jest pełna odniesień i symboli nawiązujących do tekstowej warstwy takiego wydawnictwa. Okładka drugiego longplaya Katedry zawiera dwie wyraziste aluzje, które każdy wielbiciel muzyki progresywnej oraz słuchacz pierwszej płyty młodych muzyków z Wrocławia powinien zauważyć już na pierwszy rzut oka. Dół to wspomniana już aluzja do karmazynowego albumu pionierów muzyki progresywnej rodem z Wielkiej Brytanii, góra natomiast to - jak dla mnie - wyraźny sygnał, że tym razem te wszystkie kolorowe kwiaty z tytułowych łąk debiutanckiego krążka Katedry zastąpione zostaną cierniami, wywołującymi ból malujący się na twarzy mężczyzny z dolnej części tej sugestywnej grafiki.


Maciek "Jim" Stępień (fot. Łukasz Daczewski)
Pierwszy utwór ukryty na płycie pod numerem 2 zatytułowany "Dziewczyna z obrazka" powstał w głowie basisty zespołu Maćka Stępnia zwanego Jimem dziesięć lat temu, kiedy był on jeszcze uczniem drugiej klasy licealnej. Każdy maturzysta, nawet taki, który przeżył ten egzamin - jak piszący te słowa - 35 lat temu, doskonale pamięta, że druga klasa licealna to pozostawiające trwały ślad na duszy wrażliwego człowieka poznawanie literatury doby romantyzmu pełnej demonów, szaleńczych miłosnych porywów, związanych z nimi samobójstw i zmartwychwstań, a w polskiej odmianie pełnej patriotyzmu i cierpień za miliony, a nawet symboli proroczych jak choćby tajemnicze imię wskrzesiciela narodu "Czterdzieści i Cztery", które dla sporej grupy analityków jest niczym innym jak przepowiednią Powstania Warszawskiego i związaną z nim martyrologią niezliczonych zastępów młodych bohaterów. Urocza sekcja smyczkowa, czyli Zuzanna Siepietowska - wiolonczela i Agnieszka Rusiecka - skrzypce oraz ekspresyjnie wyśpiewany wyrzut: "Przestań śmiać się z miłości, oszukana zostałaś, mówisz: miłość ze śniegiem przeminie, że nie warto odkrywać siebie." ubrane w grechutowską stylistykę rodem z Korowodu spowodowały u mnie ogromną chęć poznania dalszych losów niepoprawnego romantyka, któremu na początku drogi zabrakło odwagi, aby spojrzeć w owe tajemnicze oczy, w których skrył się ten magiczny błysk - mistyczne źródło jego natchnienia. Czy są to owe ukwiecone oczy z okładki albumu?


Bardzo breakoutowski, acz niezwykle nowocześnie zagrany i ze smakiem ozdobiony saksofonem Igora Pietraszewskiego "Ptak" z wykrzyczanym przesłaniem: "Jak pusta może być pustka, ten tylko się dowie, kto miłości pragnąc zdobyć jej nie może" to jedynie znakomicie przemyślane i podkreślające koncepcyjność tego wydawnictwa preludium przed zapierającym dech w piersiach najbardziej poruszającym "Listem" w historii polskiego rocka już od pierwszych słów nawiązującym do jednej z najważniejszych postaci literackiej doby Romantyzmu.

Fryderyk Nguyen (fot. Ania Michowska)
Wszak „Cierpienia młodego Wertera” to powieść epistolarna, a jej tytułowy i nieszczęśliwie zakochany w Lotcie bohater nie tylko zbyt łatwo ulegał wzruszeniom, ale przede wszystkim czuł się odrzucony, choć tak naprawdę podobnie jak szekspirowski Hamlet czy Pink z "The Wall" Floydów sam z własnego wyboru odizolował się od otoczenia. "Niełatwo żyć tak daleko, z każdą godziną pamiętać cię mniej, wiecznie śpiewać smutną pieśń i już nigdy nie skończyć jej". Te przeszywające do szpiku kości słowa nie tylko opisują stan duszy romantycznych bohaterów, lecz doskonale znane są też każdemu, kto odważył się pokochać kogoś, z kim z rozmaitych powodów nie mógł potem dzielić codzienności. Jak często taki stan niemocy, czy też używając innej terminologii stan wewnętrznej emigracji prowadzić może do obłędu, a nawet do samobójstwa? "Teraz wiem, że tylko miłość czyni człowieka potrzebnym, dlaczego więc ten dar boży krynicą niedoli staje się?" - to retoryczne pytanie ozdobione uzależniającą progresywną muzyką osadzoną w stylistyce najpiękniejszych rockowych suit Niemena, King Crimson czy SBB to istota i zarazem motto tej - nie boję się użyć tego określenia - jednej z najważniejszych polskich płyt wszech czasów, zawierającej przeraźliwe błaganie: "Przestań już grać tę melodię na zatracenie moje, nie przywołuj chwil straconych, po których nawet modlić się nie mogę! Nie umiem tak żyć, nie umiem umierać, jak Armar rzucał się w morze. Płynę niesiony przez fale, a za rękę prowadzi mnie Pan." Wszak już antyczny Seneka głosił, że tylko "dwie rzeczy dają duszy największą siłę: wierność prawdzie i wiara w siebie".


A czyż właśnie wierność prawdzie nie jest sednem tożsamości każdego artysty? "Evviva l’arte" Przerwy-Tetmajera niczym manifest określający gradację wartości, jest przecież czymś na wzór katechizmu każdego artysty, a jego młodopolski neoromantyzm wyśpiewany na krążku Katedry ustami Jima i przyprawiony doskonałą trąbką Wojtka Lizureja jest w moim przekonaniu w stanie zdobyć serce nawet najbardziej zatwardziałych zwolenników "szkiełka i oka", bo... "chociaż życie nasze nic niewarte: evviva l'arte! Dumna poezjo już zapomniałaś o dzieciach swych wyklętych w dziurawych butach i mokrych paltach, kapeluszach, bo ty wolisz pamiętać o Apollina synach - ulubieńcach bogów grających na Olimpu wzgórzach..." - słyszymy w pierwszych słowach mojego najbardziej osobistego fragmentu tej płyty. Dlaczego akurat tego? Ponieważ miałem nieopisane szczęście podczas jednej z prób Katedry być naocznym świadkiem jego powstawania. Doskonale pamiętam moment, kiedy Maciek przerywając proces twórczy powiedział nagle do mikrofonu patrząc mi w oczy: "dedykuję go tobie". Dlaczego mi? Czy dlatego, że "my ostatni romantycy kochać będziemy róże i nigdy nie pojmiemy świata...".

Paweł Drygas
Pewnie jest w tym szczypta prawdy, bo rzeczywiście z coraz większym trudem pojmuję działania tych, którzy zarządzają naszym globem, ale tak naprawdę sedno tej dedykacji niechaj na zawsze pozostanie moją słodką tajemnicą. Świetnie brzmiąca waltornia Juliusza Tkacza prowadząca rewelacyjny dialog z klawiszami Michała Zasłony, tekstowe nawiązania Maćka do In the Court of the Crimson King przerywane diabolicznym śmiechem, którego personaliów niestety nie rozpoznałem, drapieżna, przesterowana gitara Fryderyka Nguyena i trzymająca władzę fenomenalna sekcja rytmiczna, czyli Paweł Drygas i Maciek "Jim" Stępień sprawiły, iż od kilku dni zarzynam "Ostatnich romantyków" tak bezlitośnie, że gdyby był to duży, czarny krążek winylowy, trzeszczałby już zapewne niczym stare, patefonowe płyty znalezione przed laty na strychu dziadka. "Jam jest Polak, wiem skąd pochodzę, ostatni polski romantyk, oto jest mój hołd, mój hołd dla bohaterów!" - tym patosem Jim zamyka to blisko 10-minutowe dzieło podkreślając tym samym fakt, że polski romantyzm bez martyrologii i zastępów Kordianów nie tylko prawdopodobnie nigdy by nie powstał, ale przede wszystkim, że bez szalonego i z takim trudem rozumianego na Świecie polskiego ducha, nie przetrwalibyśmy ani 123 lat zaborów, ani 6 lat sowiecko-hitlerowskiej okupacji, ani ponad 40 lat komunistycznego totalitaryzmu.


In the Court of the Crimson King
To, co odróżnia drugi album Katedry od nieustannie przewijającego się w tej recenzji legendarnego krążka King Crimson, do którego nawiązanie dolnej części okładki jest niezwykle czytelne, to przekaz. O ile In the Court of the Crimson King to swoisty nagrobek wystawiony nadziei, o tyle Człowiek za dużo myślący pomimo swojej nieustannej wewnętrznej walki i wielu zwątpień, dzięki pielęgnowanej od pokoleń wierze nieoczekiwanie podsuwa nam niezwykle mocne przesłanie: "Nie skończę się, sztukę gna czas. Nie skończę się, słowo wciąż trwa, a gdy zamilknę, usłyszysz dzieła wrzask: Gdzie jest mój Pan?!". I w tym właśnie momencie pojawia się zapowiedziany przeze mnie we wstępie strzał symbolicznej strzelby, którego istotę dobrze znamy z nieśmiertelnych kart Biblii: "Na początku było Słowo, a wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła". Bo przecież skoro "Słowo wciąż trwa", jak twierdzi Człowiek za dużo myślący, to jego wewnętrzne przekonanie: "nie skończę się", jest tylko logiczną konsekwencją takiej postawy.


"Kiedy zgasło serce" to niewątpliwie najbardziej radiowy utwór tej płyty, a jednocześnie tekstowo bardzo nawiązujący do poprzedzającego go "Nie skończę się". "Ale wierzę mimo to, kiedyś przyjdzie taki czas, drugi człowiek poda dłoń, zapłoną świece, których płomień zgasł". Te słowa to już jednak nie tylko kontynuacja apoteozy wiary i nadziei, ale jednoznaczna negacja nihilizmu i zatracenia, który często dominował w przekazie wielu znaczących progresywnych albumów końca lat 60-tych i początku 70-tych ubiegłego stulecia.

Podczas kiedy w "Epitaph" słyszymy: "Gdy każdy z nas jest rozdarty przez nocne koszmary i sny, nikt nie założy laurowego wieńca, gdy cisza zagłusza krzyk", w "Kiedy zgasło serce" pomimo zalatujących pesymizmem słów: "Czy słyszysz smutny głos sprzedanych marzeń za mniejsze zło? Swoje myśli do szuflady włóż nim zgaśnie marzenie", docieramy do samego sedna tej niezwykłej w swej formie i treści płyty "Już nie myślę, wiem, raj to miejsce obok mnie. Ile serca innym damy, tyle nieba w nas."


Jaki tak naprawdę jest ten katedralny Człowiek za dużo myślący? Z początku podobnie jak prawie każdy znany z kart literatury bohater romantyczny - bardzo osamotniony i zagubiony, pełen rozterek i dylematów, niezdecydowany, świadomy swoich słabości i niepohamowanych emocji, które niebezpiecznie pobudzają jego wybujałą wyobraźnię. Są jednak i takie chwile, kiedy kompletnie mnie zaskakuje swoją zdrową przyziemnością i szczerym pragmatyzmem: "Ja artysta wielki światu niepoznany chciałem sławy i szmalu też piosenki moje chociaż w radiu nie puszczane śpiewam sam, śpiewam je wam. Usłysz mój głos!" - słyszymy nagle i niespodziewanie w jakże ważnym utworze "Nie skończę się"  traktującym wszak przede wszystkim o sile Słowa, które wciąż trwa po to, abyśmy w ostatniej odsłonie zatytułowanej "Zwyciężymy" najzwyczajniej w świecie mogli odkręcić symboliczną butelkę i uczcić wraz z chłopakami ich niekwestionowane zwycięstwo.

Michał Zasłona  (fot. Łukasz Daczewski)
Przedziwny numer "Zwyciężymy" niczym black sabbath'owski "Fluff" sączy się leniwie przy dźwiękach gitary akustycznej na koniec tego znakomitego wydawnictwa, aż tu nagle... "To był zespół Katedra. Trzymam kciuki i wszystkiego dobrego" - kończy to koncepcyjne dzieło własnym głosem wiecznie młody... Piotr Kaczkowski. A mi pozostaje się tylko do słów pana Piotra przyłączyć i dodać od siebie na tym swoistym backstage'u, że szmalu Wam Szanowni Artyści obiecać nie mogę, gdyż gdybym to uczynił, moglibyście kiedyś w słodkiej zemście znów mi coś romantycznego zadedykować. Jedno jednak obiecać Wam mogę: Wasze piosenki będą puszczane w radiu, żebyście nie musieli potem tworzyć takich protest songów, jak ci panowie: