poniedziałek, 13 maja 2019

Jestem normalnym chłopakiem z Sulęcina - z wokalistą zespołu 5 Rano Łukaszem Łyczkowskim rozmawia Sławek Orwat

Z Łukaszem Łyczkowskim na wrocławskim Rynku 1 maja 2019
Daxa
15 czerwca 2014 roku na Muzycznej Podróży pojawił się pewien gościnny artykuł napisany przez sympatyczną Warszawiankę Dagmarę "Daxę" Karbowską, którą - jak mogę przypuszczać, biorąc pod uwagę jego wrodzony szacunek dla swoich wiernych fanów - niespełna 30-letni wówczas Łukasz Łyczkowski powinien doskonale pamiętać z licznych koncertów, na których pojawiał się w roli wokalisty i frontmana aż dwóch zespołów. Dziś po prawie pięciu latach od opisywanych przez Daxę wydarzeń, postanowiłem ów artykuł w całości ponownie udostępnić i potraktować go jako niezwykły - jak sądzę - zarówno dla ówczesnych jak i obecnych fanów Łukasza wstęp do rozmowy, która prawdopodobnie by się nie odbyła, gdyby nie sam... Łukasz Łyczkowski, który rozpoznał mnie w tłumie Wrocławian w dniu 1 maja 2019 podczas załatwiania przeze mnie formalności akredytacyjnych na tegoroczne bicie gitarowego rekordu Guinnessa.

Dawno, dawno temu...
Tytuł artykułu wymyśliła sama autorka, a brzmi on "Sold My Soul - Złodzieje dusz". Przenieśmy się zatem na moment do roku 2014 i oddajmy głos Dagmarze, a następnie zapraszam do lektury mojej rozmowy z jednym z najlepszych polskich wokalistów - Łukaszem Łyczkowskim.

"Moja podróż muzyczna to Mazury i Bieszczady pełne odkryć, zawodów, rozczarowań i uniesień. Dorastać w latach 90' i nie zbłądzić, było wyzwaniem. Przyznaję... błądziłam. Jako nastolatka poznałam co to miłość do Michaela Jacksona, Madonny i innych mniej okazałych gwiazd popu, lecz kiedy dziewczyna dorastać zaczyna… Najbardziej w duszy grał mi rock i blues z małymi porywami do gotyku. Pokonywanie kilometrów, by naładować muzyczne i energetycznie akumulatory, nie stanowi dla mnie problemu. Jest to raczej kolejne wyzwanie. Etat zobowiązuje mnie do odpowiedzialności i obecności w pracy na czas. Wsparcie dla podopiecznych fundacji, w której jestem wolontariuszem, też wymaga poświecenia. Dlatego nieustannie brakuje mi czasu. Aby naładować baterie na kolejnym koncercie, w logistycznych wyzwaniach przechodzę często samą siebie. Te wydarzenia, które są na mojej liście, oddalone są zazwyczaj o setki kilometrów. Ostatnią moją podróżą chcę się z wami podzielić. Moje odkrycie nastąpiło jakieś cztery lata temu [rok 2010 - przyp. autora]. Szukając muzyczki do posłuchania, wędrując po kanale internetowym, wpadła mi w ucho grupa 5 Rano i jej kawałek „Dobry chłopak”.


Pamiętam ten stan euforii... co za charyzma i głos taki brudny, rockowo-bluesowy. Bomba! I wokalista Łukasz „Łyczek” Łyczkowski, wtedy jeszcze taki… po prostu „dobry chłopak”. W tym roku 5 Rano obchodzi 10-lecie działalności [2014 - przyp. autora]. Koncertują i zdobywają rzesze fanów, grając blues-rock, klasyczny rock, rock psychodeliczny, rock’n’roll.

... za górami, za lasami...
To oczywiście tylko pobieżna mapa gatunków chłopaków z 5 Rano. Na koncie mają Grand Prix przeglądu zespołów rockowych na Festiwalu Miłośników Fortyfikacji w Boryszynie i na Lubuskim Derby Muzycznym. Zajęli trzecie miejsce na Spring Rock Festival w Nowej Soli, a Łukasz Łyczkowski uzyskał indywidualną nagrodę dla wokalisty na Las Woda i Blues w Radzyniu. W 2011 roku ukazała się ich pierwsza oficjalna płyta W drugą stronę. Niestety nigdy nie było mi dane wyjść z ram YT i usłyszeć ich na żywo. Łukasz to ambitna bestia. Dwa lata temu [rok 2012 - przyp. autora] można było się o tym przekonać w Chorzowie podczas festiwalu „Ku przestrodze” pamięci Ryszarda Riedla, gdzie 5 Rano wystąpiła na jednej scenie z Leszkiem Cichońskim.

Miło było przekonać się po koncercie, że Łukasz to młody, wesoły i wrażliwy, kochający bluesa i rocka facet, który bez muzyki nie potrafi egzystować i nie potrafi przestać o niej mówić. Dlatego też nie zdziwił mnie kolejny jego projekt. Obecnie [rok 2014 - przyp. autora]  jego wokal można usłyszeć w zespole który skradł moją duszę. W roku 2013 zwyciężyli w konkursie zespołów na Festiwalu RR w Chorzowie. Byli bezkonkurencyjni, absolutnie niewiarygodni, pełni emocji, scenicznej dzikości i podkręconych przez założyciela grupy Smoka Smoczkiewicza dzikich gitarowych solówek i... ta buzująca energia na scenie w takim upale, że stopy przyklejały się do ziemi przez obuwie. Tak... występ Sold My Soul skradł moją duszę. Panowie byli jedynymi, dla których zniosłam skwar na tej patelni, jaką było miejsce koncertu, gdzie nawet aparat fotograficzny się pocił.


I tu zaczyna się podróż… Koncert charytatywny dla mojego przyjaciela w Katowicach. Mimo tak ważnych na początku kariery i drogi scenicznej własnych celów, zespół podobnie jak mój idol, który śpiewał, że „zawsze warto być człowiekiem”, pokazał, że potrafi dostrzec potrzeby innych ludzi i za to zawsze mam do muzyków dużo serca i uznania. Słów uznania i zachwytu nie kryło także wielu moich znajomych i przyjaciół. „Daxa... co za grupa! Jaki performance! Wspaniali muzycy! Mają płytę?” Wiedziałam, że tak będzie. Epidemia ruszyła. Ludzie zaczęli zarażać się muzyką Sold My Soul od Festiwalu. Wraz z przyjaciółmi z Poznania Desą i Łukim uważnie śledzimy losy grupy. W sieci pojawiła się informacja o wydaniu pierwszej płyty. 3-go maja w Krapkowicach w województwie opolskim

Sold My Soul miał swój wielki dzień. Muzycy zaprezentowali swoją debiutancką płytę. Jest plan… Oni są z Poznania., ja z Warszawy. Punkt spotkania Chorzów. Miejsce docelowe Krapkowice. Warszawa - Katowice - Chorzów - Krapkowice - Wrocław - Warszawa. Byłam tam mimo tych wszystkich kilometrów, mimo zimna i deszczu. Proponuję abyście sami sprawdzili, dlaczego przebywałam ponad 11 godzin w podróży, aby przeżyć jedną godzinę koncertu. Na płycie słychać inspiracje ostrym, rasowym rockiem (Black Sabbath, Zaak Wylde, AC/DC). Album jest prawdziwym zbiorem z wrażliwością zaśpiewanych emocji. Słuchając go, czujesz, że nikt tam niczego nie udaje, falujesz od delikatnych drżeń w głosie po porywający wrzask rockowego poweru i czujesz jak ciary przechodzą ci przez kręgosłup.

... żył sobie pewien... dobry chłopak z Sulęcina.
Płyta jest dopieszczona, nagrana z impetem, ostro podkręcona, o europejskim standardzie. Nie może zostać nie zauważona ciężka praca nad warsztatem muzyków. Krążek jest świetnie zagrany, dziki, nieugłaskany, nieodegrany pod publiczkę. Dźwięki pochodzą z duszy, a gitarowy i perkusyjny talent z deserem w postaci niezapomnianego wokalu aż unosi. Nie jestem osobą, która muzycznie zadowoli się szybko. Długo szukałam grupy, która będzie moim zwrotnikiem w muzycznych podróżach. Liczę na to, że uda mi się zarazić ich muzyką chociaż kilkoro z Was. Wiem, że znacie się na rocku i wyczujecie te zagrane z dziką energią, wypływające prosto z duszy emocje.


A jak już zarazicie się… zapraszajcie ich do siebie na przeróżne festiwale i imprezy. Kiedy zejdą ze sceny, będziecie mieli niedosyt, a wiem to z własnego doświadczenia. Dawno nie byłam tak energetycznie naładowana. Dziękuję Wam Sold My Soul, że doceniacie gusta polskich fanów muzyki, Dziękuję za wspaniały koncert. Gratuluję płyty, bo wiem ile Was kosztowała poświęcenia i pracy. Dziękuję wszystkim tym, którzy dali Wam szansę, bo dzięki nim i mi dane było Was poznać i usłyszeć. Jesteście prawdziwi, a prawda i talent obronią się same. Na płycie znajduje się 12 utworów - 3 w języku polskim i 9 w angielskim."
Dagmara "Daxa" Karbowska
-  Blisko 15 ostatnich lat spędziłem w Anglii...

- ...czyli tyle samo, ile istnieje zespół 5 Rano, wraz z którym w piosence "To jest mój Rock & Roll" ubolewam, że tacy ludzie jak ty musieli tam wyjeżdżać. Byli nawet tacy, którzy zarzucili mi wtedy tekstowy populizm, a ja nieustająco zapraszam ich na moją ziemię lubuską, aby naocznie przekonali się, jaka naprawdę jest rzeczywistość, o której ten tekst traktuje.



- Z jakiego miasta pochodzisz?

- Z Sulęcina w województwie lubuskim.

- I cały czas tam mieszkasz?

Herb Sulęcina
- Tak.

- Kiedy po raz pierwszy zorientowałeś się, że posiadasz talent?

- Zawsze uważałem, że mam więcej serca niż talentu i nie jest to wcale fałszywa kurtuazja. Wszystko po prostu wzięło się stąd, że zawsze było mi lżej na sercu, jak sobie pokrzyczałem.

- Ile miałeś lat, kiedy po raz pierwszy wyszedłeś na scenę?

- 19, choć tak naprawdę z pierwszego koncertu ze strachu uciekłem. Po raz pierwszy odważyłem się nie zwiać ze sceny dopiero rok później. Moi koledzy i koleżanki z klasy maturalnej byli w totalnym szoku, ponieważ poza moją mamą nikt tak naprawdę nie miał bladego pojęcia, że śpiewam.

- Miałeś już wówczas własne teksty?

- Geneza moich pierwszych tekstów wywodzi się jeszcze z mojego rozkochania w muzyce hip-hopowej. Można powiedzieć, że mam w sobie coś w rodzaju rozdwojenia jaźni czy konfliktu interesów. Urodziłem się w takim czasie, że kiedy dorosłem, Jarocina nie było, przez co nie miałem w swoim życiu okresu punk rocka, a przecież jakoś trzeba było się buntować. Jedyną formą buntu, jaka wtedy była u nas dostępna był hip-hop, który dumnie stawiał czoła otaczającej nas rzeczywistości. Należę do pokolenia, które przeżyło wybuch hip-hopu i stąd, kiedy mówimy, że w wieku 19 lat po raz pierwszy znalazłem się na scenie, to było to rapowanie, a nie śpiew w tej postaci, z jakiej dzis mnie znasz. Jednocześnie gdzieś tam przecież była też Nirvana, w MTV leciało "Enter Sandman" i wszystko to zaczęło we mnie wchodzić niejako podskórnie i oto masz dziś naprzeciw siebie długowłosego Łyczka rockandrollowca


- Twoja wzmożona popularność datuje się od momentu, kiedy zdecydowałeś się na udział w pewnym programie telewizyjnym. Co to było i jaki wynik wtedy osiągnąłeś?

- Voice of Poland - drugie miejsce.

- Ile miałeś wówczas lat?

- Byłem starym 32-letnim koniem.

 

- Jak sądzisz, czy byłbyś dzis w tym samym miejscu bez udziału w tym programie?

- Niestety, w naszym kraju jest tak, że obecnie jest to w zasadzie jedyna możliwość skupienia na sobie uwagi ludzi i nie będę ukrywał, że w obliczu tej rzeczywistości był to z mojej strony akt desperacji. Nie, na pewno nie byłbym dzis w tym samym miejscu bez tego programu.

fot. Agnieszka Smelka
- Co muzycznie robiłeś pomiędzy 20, a 32 rokiem życia?

- Wpadłem na pomysł, że będę rockowcem i będę miał zespół. W tym roku mija 15 lat od momentu, kiedy to na pięknej ziemi lubuskiej stworzyliśmy uroczy, familijny skład zwany 5 Rano. Nie pytaj mnie o genezę tej nazwy, ponieważ winien jej jest nasz gitarzysta.

- Czyżbyście o tej porze rozeszli się z imprezy?

- (dłuższa konsternacja plus śmiech towarzyszącej Łyczkowi ekipie) Skubany trafił... Długo szukaliśmy nazwy, a że była to wyjątkowo upojna noc, więc w pewnej chwili stwierdziłem - słuchajcie jest 5 rano i ja mam to wszystko już gdzieś. Idę spać.

- Przyznaj się lepiej, że specjalnie czekaliście od czwartej do piątej, bo "Czarny blues o czwartej nad ranem" już był (śmiech).

- I właśnie wtedy gitarzysta głosem nie znoszący sprzeciwu powiedział - i dokładnie tak będziemy się nazywać. To znaczy jak - spytałem. A on, że 5 Rano. Ty chyba głupi jesteś - wypaliłem. Po krótkim śnie rozjechaliśmy się do domów, a za dwa tygodnie zobaczyłem plakaty z napisem... 5 Rano. A teraz ze względu na pragmatyzm sytuacji po"voice"owej nazywamy się jeszcze bardziej beznadziejnie - Łukasz Łyczkowski i 5 Rano.


- Podsumujmy. Byłeś sobie początkującym raperem i nagle strzeliło ci do głowy, że będziesz rockandrollowcem?

- Tak i ten stan chorobowy trwa do dziś. A dziś jesteśmy w miejscu, które na pewno dużo mi w życiu dało oraz blisko osoby, która wywindowała mnie w trochę inne rejony muzyczne, a mianowicie blisko Leszka Cichońskiego, który jest na tyle szalonym człowiekiem, że w 2011 roku podczas Lubuskich Derbów Muzycznych, na których wraz z zespołem 5 Rano startowałem w konkursie, dostrzegł mnie i wpadł na szalony pomysł, że będzie wraz ze mną nagrywał płytę, a ja na tej płycie będę jego wokalistą. No i zaczęło się... Olsztyńskie Noce Bluesowe, Przystanek Woodstock itd...

- Czyli śmiało można powiedzieć, że Leszek Cichoński jest dla ciebie takim muzycznym "ojcem"...


- Tak, Leszek jest moim muzycznym tatą i zresztą często tak do niego mówię, bo to dzięki niemu miałem zaszczyt obcowania z tak wybitnymi muzykami jak Wojciech Karolak, Jorgos Skolias, Tomek Grabowy i wielu innych.

- Ile masz na swoim koncie wydawnictw płytowych?

- Popełniłem kilka płyt zarówno z 5 Rano jak i z zespołem Sold My Soul (demo i pierwsza płyta), z którym nasze drogi rozeszły się w roku 2015. Smok jest tak intensywną osobą, że - owszem - na początku były między nami iskry, ale tak naprawdę poległem ze względu na odległość geograficzną. Dystans Opole - Województwo Lubuskie z czasem zaczął być już dla mnie katorgą i nastąpiło z mojej strony zmęczenie materiału. Odszedłem w związku z moimi problemami ze zdrowiem (wtedy była to akurat operacja kolana), ale poza tym nie wytrzymałem już dłużej tego rozchwiania - tu oficjalna żona, czyli 5 Rano, a tam kochanka, czyli Sold My Soul i w końcu uznałem, że nie mogę na dłuższą metę tak żyć.


- Kiedy ukaże się twoja kolejna płyta?

- Celujemy w rok 2020 rok, bo w związku z tym, że w tym roku obchodzimy 15-lecie istnienia, to na koncertach chcemy jeszcze pograć to wszystko, co na ten czas się składa.

- Tak naprawdę to poznaliśmy się na Facebooku podczas jednej z gorących dyskusji na temat obecnej formuły festiwalu, który kiedyś nosił nazwę Przystanek Woodstock i który przez długie lata był dla mnie wydarzeniem, przed którym do dziś zdejmuję czapkę i kłaniam się nisko. W tej dyskusji ośmieliłem się jednak wyrazić dość krytyczną i zarazem nieco odmienną od hurra zachwytu sporej części rozmówców opinię. 


I nagle nie wiadomo skąd na forum pojawił się niejaki Łukasz Łyczkowski, który postanowił murem stanąć za mną i wyraził o tym wydarzeniu bardzo podobne do mojego zdanie, dzięki czemu hejt, jaki właśnie wszystkimi sieciowymi rynsztokami wylewał się na moją głowę, w jednej chwili zdecydowanie zelżał. I w tym momencie zrodziło się we mnie pytanie - kim jest Łukasz Łyczkowski?


- Jestem starym ,,woodstokowiczem” od ostatniego festiwalu w Żarach w 2003 roku. Niestety latami obserwowałem jego przepoczwarzenie w wielki festiwal, który zatracił swój klimat i w jakiś sposób i ideały tego ,,prawdziwego” Woodstocku z 1969 roku. Wiem, że wszystko się zmienia, młodzi inaczej patrzą na to wszystko. Niestety ja z moimi poglądami, szukający hippisowskiej muzyki i tego typu klimatów nie odnajduję już tego w tym festiwalu. Fasadowe emanowanie pacyfką mnie nie interesuje i wymagam czegoś więcej. Szukam i marzę by w Polsce powstały festiwale wolne od dążenia do zysku, sponsorów bez jakiejkolwiek indoktrynacji. Rock'n'Roll musi, naprawdę musi być od tego wszystkiego czysty. Wiem, że się narażam z takim myśleniem i wiele tracę, ale muszę żyć w zgodzie z sobą.

- Najsmutniejsze w takich dyskusjach jest to, że jeśli ktoś ośmieli się o obecnej formie tej imprezy wyrazić jakąkolwiek negatywną opinię, to natychmiast oblewany jest nie popartym jakimikolwiek argumentami hejtem. I dlatego ogromnie sobie cenię, że nie pojawiłeś się w mojej świadomości jako Łukasz Łyczkowski - finalista Voice of Poland, tylko że zmaterializowałeś się akurat w takim miejscu, w którym opinia takich ludzi jak ty jest niezbędna i pożądana.

- Bo ja nie jestem Łukaszem Łyczkowskim z Voice of Poland. Ja jestem normalnym chłopakiem z Sulęcina.


- Z kilku innych dyskusji, w jakich obaj braliśmy udział, wyczuwam, że posiadasz też bardzo zbliżone do moich poglądy na temat polskiego rynku muzycznego.

- Ja nawet nie nazwałbym tego zjawiska rynkiem. Mówimy tu o dobrze zorganizowanej grupie trzymającej władzę, która w sposób wolny od jakiejkolwiek kontroli spokojnie się rozrasta i bez poczucia winy konsekwentnie blokuje utalentowanym artystom dostęp do dużych mediów i tym samym bezkarnie hamuje ich rozwój. Są to kliki, które wzajemnie się adorują i są to radia, które muszą być opłacane, aby czyjaś sztuka została na ich falach wyeksponowana. Wiesz... kiedy słyszę, że młodzi ludzie mają rzekomo w tych czasach łatwiej, to chce mi się parsknąć śmiechem, ponieważ - i jest to mój największy smutek - nawet w czasach komuny można było o wiele łatwiej dotrzeć do mediów masowych niż ma to miejsce dziś. Poza tym obecnie odpada też selekcja naturalna. Każdy może dziś sobie nagrać płytę, co z drugiej strony jest pozytywem, ale w takim razie nasuwa się pytanie - dlaczego na piedestale jest muzyczny chłam? Ostatnio chciałem nawiązać kontakt werbalny z moją 15-toletnią chrześnicą i zatopić się w tym, czego ona słucha i... jestem przerażony. Należę do pokolenia, któremu w młodości nieobcy był walczący hip-hop, który miał jakiś wyraźnie słyszalny przekaz, natomiast to, co słyszę w muzyce popularnej obecnie, najzwyczajniej mnie przeraża.


- Niedawno od kogoś usłyszałem, że ponoć tylko dwóch wokalistów w Polsce posiada tak silne fan cluby, że jeśli tylko zechcą, to są w stanie spowodować wielomiesięczną dominację swojego idola na jakiejkolwiek liście przebojów. Wiesz o jakie fan-cluby chodzi? Michała Szpaka i Łukasza Łyczkowskiego.

- Tak, mój fan-club to są terroryści! Raz, że serwer ci rąbnie, dwa, że będziesz miał nękanie, spamowanie i groźby karalne... (śmiech)

- Jak udało ci się zorganizować tak sprawnie działającą grupę przestępczą? (śmiech)


- Musisz kiedyś poznać moją mamę i mojego tatę. Wtedy zrozumiesz z czego wynika Łyczek, a Łyczek po różnych przykrych doświadczeniach jako fan stojący przed swoim Panem Muzykiem, do którego wzdychał i miał jego wszystkie płyty i... przez którego został zlekceważony, gdyż nie nastąpił tzw. shake-hand. Jeśli ten brak jakiejkolwiek uwagi i szacunku Pana Muzyka w stosunku do fana, czyli do mnie zdarzył mu się kilkukrotnie, to ja pomyślałem sobie, że jeśli będę kiedyś miał zespół, to nigdy z mojej strony nie może zdarzyć się podobna sytuacja.

Od 15 lat nawet wtedy, kiedy jestem totalnie zmęczony, albo chory, zawsze staram się znaleźć choćby sekundę, aby z moim fanem zamienić przynajmniej kilka słów i nie jest to nigdy sekunda kurtuazyjna. Staram się wtedy chociaż przez chwilę takiej osobie popatrzeć w oczy i podziękować za to, że przejechała aż tyle kilometrów, aby zobaczyć mnie na scenie. Ja dystans z moim fanem skracam do minimum...


- Siła rażenia twojego fan-clubu jak i to, co zauważyłem tuż po twoim występie pozwala mi mieć przekonanie, że z każdym dniem na tych schodach popularności znajdujesz się coraz wyżej.

- Chcę, żebyś wiedział, że ja naprawdę tego nie odczuwam i proszę, abyś nie wziął mnie teraz za jakiegoś zgrywusa, który robi wielkie oczy. Mój status popularności jest obecnie taki, że stoję sobie na jednym z pierwszych stopni tych schodów do nieba. Nie uczestniczę w Męskim Graniu, nie puszcza mnie żadne duże radio, nie chce mnie żadna czołowa wytwórnia, a koncerty załatwiam sobie sam, bo żadna agencja się mną nie zainteresowała.

- Czym zajmujesz się zawodowo?

- Jestem instruktorem terapii zajęciowej w Domu Pomocy Społecznej w Tursku.

- Chciałbyś żyć tylko z muzyki?

- Obecnie na koncertach zarabiam mniej, niż muzyk na weselu. Jeśli traktowałbym muzykę jako sferę ekonomiczną, czyli czysto zarobkowo, to na pewno by mnie to deprymowało, ale w związku z tym, że muzyka jest dla mnie najpiękniejszą formą sztuki, czyli najpiękniejszą formą wyrażania siebie, to cała ta sytuacja nie wpływa aż tak negatywnie na moje samopoczucie. Kiedy 15 lat temu powstawał zespół 5 Rano, już wtedy założyłem sobie, że tu u nas na tym padole łez prawdopodobnie nigdy nie będę mógł żyć z muzyki, dzięki czemu dziś szok jest mniejszy i smutek też.


- Z jednej strony doskonale dostrzegasz to całe zło. Z drugiej strony nie zamierzasz wyjeżdżać za granicę, co notabene bardzo mi się podoba, bo świadczy o twoim przywiązaniu do rodziny i ojczyzny. Rodzi się więc pytanie - jak znaleźć ten złoty środek, czyli w jaki sposób pokonać tę niemoc, która niczym złośliwy nowotwór od lat toczy umysły ludzi, którzy zamiast powiedzieć "stop!", w imię sławy i prostego rachunku ekonomicznego godzą się na artystyczną prostytucję, twórczą bylejakość i na bezkrytyczne podporządkowanie choremu systemowi.

- Od jakiegoś czasu próbuję bić się z tym systemem, szukać jego słabych punktów i o tym wszystkim śpiewać. Jednocześnie mam świadomość, że walczę z czymś, w czym sam w dużym stopniu tkwię. Niejeden raz zadawałem sobie pytanie - dlaczego tyle lat walczę z tą hydrą i nadal jeszcze w tym jestem. Z jednej strony ten system osacza człowieka po to, by poprzez różne kredyty bankowe i inne uzależnienia trzymać go na uwięzi. Z drugiej strony tak bardzo kocham moich bliskich, że nie zamierzam ani na chwilę spuścić ich z oczu i dlatego też nigdy nie przeniosłem się do dużego miasta jak Wrocław, Warszawa czy Gdańsk, choć wielokrotnie miałem taką możliwość.


- Jakie jest największe marzenie Łukasza Łyczkowskiego?

- Budzić się rano i nie iść do pracy niezwiązanej z muzyką, aby móc całkowicie poświecić się komponowaniu i pisaniu tekstów.

- Czego najbardziej ci życzyć?

- Zdrowia i tego, aby moja muzyka była zawsze szczera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz