środa, 6 marca 2019

Agnieszka Kostuch - Moje okno na muzykę.

„Po pierwszych stronach wymiękłam kompletnie. Zdecydowanie najlepsza z tych biografii muzycznych, które miałam dotąd w rękach. Wojciech Bonowicz nie przepytuje Waglewskiego <na kolanach>, a ten odpowiada <bez certolenia się>, czy zabrzmi to dyplomatycznie, czy kogoś urazi itd. I co najważniejsze - to jest O CZYMŚ, nie tylko o kimś, i dobrze się czyta.”

Taka była moja pierwsza ocena książki „Jeszcze wszystko będzie możliwe. Wagiel. Wojciech Waglewski w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem” (Wydawnictwo Znak, Kraków 2017) na początku jej lektury, a po jej zakończeniu tylko w niej się utwierdziłam. Nie ośmielam się pisać recenzji tej książki (chociaż strasznie mnie kusiło), głównie ze względu na to, że Wojciecha Bonowicza uważam za autorytet w dziedzinie literatury i każdą książkę, która wychodzi spod jego ręki, za majstersztyk.


Ale ponieważ ta rozmowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie, chciałabym podzielić się z Wami swoimi odczuciami i kilkoma jej fragmentami.

* * * 

Nie jestem specjalistką od biografii, ale jedna z nich ustawiła moje myślenie o tym gatunku literackim. Jest nią książka Krystyny Czerni „Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego” (Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, II wydanie – Wydawnictwo WAM, Kraków 2018). Z perspektywy czasu widzę, że jej siłą jest m.in. przeprowadzona przez Autorkę mądra selekcja informacji, która polega na nieomijaniu tematów trudnych w życiorysie profesora, ale także na odrzuceniu wielu – zapewne interesujących – wiadomości, celem nieprzeciążenia nimi czytelnika.

Ostatnio zrobiłam rozeznanie w biografiach muzyków i z kilku, które przejrzałam, właśnie rozmowa Bonowicza z Waglewskim najbardziej mnie zaintrygowała. Są książki, które na dzień dobry zrażają mnie, głównie swoją przeładowaną zawartością, obszernością i (wiążącą się z nią) niewygodą czytania.

Wojciech Bonowicz
Niestety, wydana w zeszłym roku biografia Grzegorza Ciechowskiego autorstwa Piotra Stelmacha, której tak byłam ciekawa, właśnie tym przesytem treści mnie zraziła. Jak wspomniałam wcześniej, selekcja informacji dokonywana przez biografa wydaje się być rzeczą kluczową przy konstruowaniu tego typu opowieści. Czytając wspomnienia bliskich Ciechowskiego, miałam odczucie bycia wciągniętą w wir włączonej pralki i po kilku stronach z ulgą ją opuściłam.

I jeszcze jedna dygresja. Niedawno na spotkaniu promującym książkę – wywiad-rzekę Anny Goc z ks. Adamem Bonieckiem - „Boniecki. Rozmowy o życiu” (Wydawnictwo Znak, Kraków 2018) - ks. Adam powiedział, że miał duże obiekcje, co do zgody na stworzenie tej książki, m.in. z powodu jej formy. Uważa, że wywiad-rzeka to trudny do uprawiania gatunek literacki, oczywiście jeśli chce się uprawiać go dobrze. Bo w rozmówcy istnieje naturalna tendencja do “wybielania” siebie, do przedstawiania swojej osoby w świetle pozytywnym.


Zakończył tę refleksję stwierdzeniem, że spotkał się z rzadkimi przypadkami, kiedy wywiad-rzekę uznał za dobrze zrobiony. I właśnie te jego słowa miałam w głowie, gdy zaczynałam lekturę wywiadu Bonowicza z Waglewskim.

Wojciech Waglewski (fot. Damian Chrobak)
Przeczytałam tę książkę w ekspresowym tempie. Podczas jej lektury towarzyszył mi (i nadal towarzyszy) syndrom “otwartego okna”. Tak jak kiedyś “oknem na sztukę” stał się dla mnie wspomniany „Nietoperz...” Krystyny Czerni, tak teraz „Wagiel...” odbieram jako moje “okno na muzykę”. Poza nieudolnymi próbami gry na gitarze w podstawówce i szkolnym chórem nie miałam dotąd do czynienia z “przewodnikami po muzyce” z prawdziwego zdarzenia. A takim kimś rysuje się Waglewski w tej rozmowie. Co ciekawe i dla mnie zaskakujące, opowiada mądrze nie tylko o muzyce, ale i o sztuce, literaturze, życiu. Jest w tych jego wypowiedziach wspomniana na wstępie otwartość, bezpośredniość, ale przede wszystkim ogromna dojrzałość - zarówno artystyczna, jak i po prostu ludzka.

Wojciech Waglewski (fot. Damian Chrobak)
I mimo że Waglewski podkreśla swoje – anty moralizatorskie - intencje przy tworzeniu tekstów do piosenek, unika patetycznych określeń, to jednak w jego wypowiedziach wybrzmiewa ton mentora, ale w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Zresztą, sam podkreśla w wywiadzie potrzebę autorytetów dzisiaj, więc chyba nie do końca musi się bronić przed określaniem go jednym z nich. Biorąc pod uwagę popularność Voo Voo zapewne zdaje sobie sprawę, że dla wielu ludzi słuchających ich muzyki takim mentorem był i jest. Jak zresztą przystało na mądrego przewodnika, mówi o odpowiedzialności za słowa, również swojej odpowiedzialności, która przejawia się m.in. w większym wyważaniu słów i emocji w tekstach, które pisze. Bardzo nie chce, żeby one dołowały słuchaczy, nawet jeśli nawiązują do trudnych tematów. Mówi, że granie na negatywnych emocjach ludzi jest bardzo łatwe, ale też może być dla nich bardzo szkodliwe. Myślę, że już za samo takie podejście do tworzenia tekstów zasługuje na ogromny szacunek.


Wojciech Waglewski (fot. Damian Chrobak)
Na koniec dodam, że książka powstawała na przestrzeni 10 lat. Wklejam kilka fragmentów książki, które najbardziej mnie zaintrygowały, otworzyły mi na coś oczy...

O MUZYCE

„muzyka ma tę siłę, że naraz, w jednym momencie może unieść ludzi w górę.” (s. 7)

„Dla mnie muzyka jest przede wszystkim sposobem wyrażania emocji. (...) A równocześnie jest formą komunikowania się - bo te emocje chcesz przecież komuś przekazać.” (s. 9)

„Muzyk może być odkrywcą, może świadomie szukać nowych obszarów, nowych możliwości tkwiących w dźwiękach. Wtedy im ma więcej warsztatu, tym jest lepszy. Ale może być i tak, że bez całej tej teoretycznej wiedzy ktoś jest muzykiem genialnym, bo potrafi intuicyjnie przekładać emocje na dźwięki.” (s. 9)

Wojciech Waglewski (fot. Damian Chrobak)
„W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie ma nic prostszego niż działać na takich złych emocjach i spowodować u ludzi załamanych jeszcze większe załamanie, śpiewać o tym, że jest się nieszczęśliwym, że ma się ochotę odebrać sobie samobójstwo. To jest najprostsze. A najtrudniejsza rzecz, gdy chodzi o przekaz, to dawać ludziom radość.”

„Najlepsze w polskiej muzyce rozrywkowej było i jest to, czego nie da się do niczego porównać: Niemen, Grechuta, Demarczyk. Wtórność jest dla artysty nieszczęściem, a niestety - w Polsce niektórzy piszący o muzyce uczyli tej wtórności przez całe swoje życie.” (s. 20)

„Muzyk (...) jest jak wojownik. Bywa tak, że musi walczyć ze wszystkimi właściwie: z kolegami, z rodziną, z gościem, który zorganizował koncert, ale nie ma ochoty płacić. A przede wszystkim z samym sobą, z własną niemocą, zmęczeniem.” (s. 26)

O SZTUCE

„[w Polsce po ‘89r.] Sztuką nie zajmujemy się w ogóle - od szkoły począwszy. W przestrzeni publicznej sztuki nie ma prawie wcale, dominuje chaos, przypadkowość i brzydota. Piękne pomysły giną w masie kiczu i przeciętności. A tymczasem sztuka - także w postaci pięknego budynku czy pięknego placu - daje człowiekowi oddech, formuje go, kształtuje jego postawę wobec świata i innych ludzi.” (s. 248)


„przecież prawdziwym dorobkiem Polski jest dorobek kulturalny. Mamy wielkich artystów niemal w każdej dziedzinie. (...) To, że w Polsce są jeszcze jacyś artyści, domaga się jakiejś zbiorowej Nagrody Nobla, bo bycie artystą tutaj wymaga ogromnego samozaparcia.” (s. 249)

„Bez zaświatów, bez jakiegoś “ponad”, trudno myśleć serio o sztuce. Musi być coś, co pobudza wyobraźnię. Dla mnie najciekawsze jest to, co z owego “ponad” jest obecne w naszym życiu. Innymi słowy - cały duchowy wymiar codzienności. Staram się docierać do tego przez muzykę.” (s. 299)

A resztę doczytajcie sami :) Warto.

Agnieszka Kostuch

***

Agnieszka Kostuch ur. w 1978 r. w Trzemesznie. Mieszka w Trzebini. Laureatka ogólnopolskich konkursów literackich. Autorka dwóch tomów poezji Niemocni (2015) i Który odchodzisz (2017). Publikuje teksty literackie i publicystyczne w różnych pismach i w sieci (czasami pod panieńskim nazwiskiem Sroczyńska), w licznych, pokonkursowych i nie tylko, antologiach. Miłośniczka gór. Mama dwójki nastoletnich dzieci.

Sebastian Sikora: While She Sleeps - So What? (UK 2019)


 "Nie jestem antyspołeczny, po prostu mam awersję do głupiego gadania.
Mam dość dźwięku,
Mam dość rąk, które nas karmią na niby,
Chce mi się rzygać
od narkotyków,
które każą mi jeść.
Nie mogę patrzeć na leki, które bierzemy,
Aby wszcząć bunt
Mam dość zepsucia w bogactwie
Dość korupcji samej w sobie
Dość podziału na kolor i religie
Kiedy wszyscy
jesteśmy tacy sami."

While She Sleeps – Anti-Social




Czasy, w jakich przyszło nam żyć, są niezaprzeczalnie ciężkie. Na każdym kroku możemy spotkać się z zakłamaniem, chciwością i pogonią za pieniądzem. Ludzkość chyba nie do końca zdaje sobie sprawę ze swoich poczynań nie tylko wobec siebie, ale także w stosunku do planety, na której żyjemy. I kiedy czas nieubłaganie leci, my jak zwykle, orientujemy się o swoich błędach za późno. Takie właśnie egzystencjalno-społeczne kwestie porusza nowe wydawnictwo While She Sleeps zatytułowane So What? które swoją premierę miało 1 Marca 2019. While She Sleeps wykonuje szeroko pojęty Metalcore. Zespół powstał w 2006 roku w Sheffield, w Wielkiej Brytani. Tworzą go:

Lawrence "Loz" Taylor – Wokal
Sean Long – Gitara prowadząca, Wokal wspierający
Mat Welsh - Gitara rytmiczna, Wokal wspierający
Aaran McKenzie – Bass
Adam "Sav" Savage - Perkusja

fot. Sven Mandel
Debiutowali albumem This Is the Six wydanym w 2012. Kolejne wydanie Brainwashed pojawiło się trzy lata później i warto tutaj wspomnieć, że pomiędzy tymi płytami Loz przeszedł operację gardła. O tej kapeli zrobiło się naprawdę głośno za sprawą płyty You Are We wydanej w 2016, na której w utworze "Silence Speaks" gościnnie wystąpił Oliver Sykes (Bring Me the Horizon). Panowie z Sheffield nie tylko utrzymali przy sobie wiernych fanów, ale także zrzeszyli nowych i nic w tym dziwnego, bowiem takie było przesłanie tej płyty – Wy to My. Żaden zespół nie istnieje bez publiki.


"Będę czekał na moment
Kiedy znajdziesz się poza swoją strefą komfortu
Boisz się uświadomić sobie, że jesteśmy poza kontrolą?
Czy wiedziałeś, że nigdy nie będziesz wiedział?
Czy wiedziałeś, że nigdy nie będziesz wiedział?"

While She Sleeps – So What?

So What? rzuca na kolana. Tutaj znajdziemy brutalność, melodyjność i przede wszystkim prawdę. Jeśli jeszcze nie zastanawiałeś/łaś nad piekłem na ziemi, ten album z pewnością Ci uświadomi, w jakim miejscu żyjesz. Na dzień dobry mamy do czynienia z gitarą prowadzącą, która jest mocno przesterowana, grającą bardziej środkiem, przez co nie jest siarczysta. Efekt który dodaje jej agresywności i oryginalności to pitchshifter, a konkretniej Digitech Whammy – spokojnie, tego efektu jest tu naprawdę bardzo dużo i to zdecydowanie na plus. Dodatkowo możemy wychwycić bardzo krótki delay. Dzięki takim zabiegom Sean bardzo wyraźnie wybija się ponad brzmienie Mat'a. Perkusja jest mocno skompresowana, przez co jest selektywna. Talerze jaskrawe i krótkie, tomy z kolei głębokie. Stopa i werbel mocno wyciągnięte na wierzch. Bass przesterowany, w większości schowany pod gitarą rytmiczną, dodając jej jeszcze większej agresji, ale znajdziemy momenty w których słychać go bardzo wyraźnie (chociażby wtedy, kiedy gitary przesterowane zmieniają się na rozmyte clean'y z dużą ilością reverbu i delay'u). Można by powiedzieć, że na tym krążku dominują bardziej czyste/ochrypnięte partie wokalu Mat'a, podczas gdy Lawrence'a słyszymy tylko miejscowo. I tak, i nie, ponieważ to wszystko zależy od poszczególnych utworów.


Dodatkowo, mamy do czynienia z dwoma rodzajami chórków – są tak zwane "gang vocals" wykonywane przez chłopaków, które dokładają nam harmonicznych na zwrotkach czy refrenach, ale są też chórki kobiece przypominające anielski śpiew. Dla słuchaczy While She Sleeps, którzy są trochę bardziej zaznajomieni z ich twórczością, raczej nie jest zdziwieniem miejscowo pojawiający się fortepian. Zaskoczeniem może być za to elektronika w postaci sampli/syntezatorów. W tym miejscu ogromny ukłon w stronę zespołu, bo jest to elektronika, która nie jest tandetna, nie jest na siłę, a naprawdę dodaje smaku. Cały album okraszony jest dźwiękami z życia codziennego jak na przykład, wywiady telewizyjne, syreny policyjne, odgłos kasy fiskalnej czy wciągania kreski kokainy. To wszystko po to, aby słuchacz mógł wejść jeszcze głębiej w problematykę tego albumu i zastanowić się nad otaczającą go rzeczywistością. Coś, czego nigdy wcześniej w twórczości While She Sleeps nie mieliśmy okazji uświadczyć to elementy nawiązujące do rapu. Znajdziemy tu parę dykcyjnych "nawijek" ("Back of My Mind") i jest to trafione, bardzo ciekawe połączenie.


"Nie znajdą mnie modlącego się o kolejnego bohatera.
On się ukrywa, jak nasze łzy wywołane bólem
Podczas gdy aniołowie śpiewają
"Wszystko będzie w porządku"
Skrzyżuję palce, i wskażę winowajcę
Bo nie wierzę w ani jedno ich słowo."
While She Sleeps – Back of My Mind

Podczas słuchania So What? odniosłem wrażenie pewnej powtarzalności. Jest parę riffów, szczególnie w sekcji rytmicznej, które brzmią bardzo podobnie do siebie, a znajdują się na osobnych utworach. To chyba jedyny mankament, który mi przeszkadza. Podoba mi się ogrom efektów i skala dźwięków, jakie możemy tu znaleźć. 8-bitowe syntezatory, które są mocno zniekształcone, glitche, vocader tworzą klimat przerażającego miejsca, jakby post-apokaliptycznego. Najgorsze jest to, że takie miejsce istnieje, a Ty właśnie w nim oddychasz. While She Sleeps zagrało w tym roku już dwa koncerty, promujące album przedpremierowo w naszym kraju:

9 lutego 2019 Warszawa, Proxima
11 lutego Kraków, Zet Te Pe

Miejmy nadzieję, że wrócą do nas niebawem.

Oficjalna storna zespołu:

Sebastian Sikora 

Jestem Sebastian. Swoją Muzyczną Pasję rozpocząłem jeszcze wcześniej, niż zacząłem pojmować co się dzieje wokół mnie. Ponoć położny powiedział mojej mamie, zaraz po moich narodzinach, że mam długie palce niczym Eric Clapton. Wyrok? Przeznaczenie. Płytą, do której stawiałem swoje pierwsze kroki, było Brave New World od Iron Maiden. Do dnia dzisiejszego pamiętam każdy wers utworów The Wicker Man i Out of The Silent Planet. Radośnie dorastałem przy dźwiękach Ozzy’ego i mojego pierwszego instrumentu, jakim był PRL-owski keyboard od dziadka. Widząc we mnie potencjał, rodzice zapisali mnie do ogniska muzycznego. Fortepian nie sprawiał bólu fizycznego, więc cieszyłem się nim przez te kilkanaście minut każdego tygodnia w cieszyńskiej PSM. W wieku pięciu lat, kiedy mój ojciec przyniósł do domu kopię Welcome to the Videos od Guns N' Roses po prostu się zakochałem. Nigdy później nie czułem tego samego. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem gitarę Les Paul i grającego na niej Slash’a. To był zapalnik, który uaktywnił się dopiero po trzech latach. Skończyłem I stopień szkoły muzycznej, z II mnie wylali – no cóż, bywa. Dwa lata w czeskiej akademii gitary elektrycznej wystarczyły mi, aby dojść do siebie i zacząć tworzyć po swojemu. W 2016 założyłem swoją rodzinę: RUMORE. Nie wyobrażam sobie życia, bez obecnych członków (Konrada – Bass i Adama – Perkusja). Od października 2018 studiuję Dziennikarstwo i Komunikację Społeczna na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach (tak, mieszkam w „Mieście neonów” i dobrze mi z tym). Podsumowując, składam się z klasyków Rocka (kości), wszelkich możliwych odmian metalu, najlepiej z końcówką -core (krew), niezależnych klimatów około rokowych (skóra) i wszystkiego tego co tworzę, lub chciałbym stworzyć (dusza).

poniedziałek, 4 marca 2019

"Ciągła zmiana jest nieunikniona" - z Tomkiem Gębarowskim, wokalistą i gitarzystą Klubu Zdesperowanych Romantyków - zwycięzcy 39 Notowania Listy Polisz Czart rozmawia Sławek Orwat



- Czy dorastanie w Płocku - mieście takich gigantów jak Lao Che czy Farben Lehre bardziej motywuje młodych muzyków, czy deprymuje?

Tomek: Myślę że motywuje. Wiesz... to jest taki bodziec, że tobie też może udać się spełnić muzyczne marzenia. Wydaje mi się że fajnie zaznaczyć, że nasze miasto ma naprawdę wiele ciekawych muzycznych osobowości.


- Przygodę z gitarą rozpocząłeś w młodym wieku. Była to własność twojego brata, a twoimi herosami były wtedy grunge'owe kapele z Seattle: Nirvana, Soundgarden i Pearl Jam. Jaka to była gitara, i o czym wtedy marzyłeś?

Tomek: Jeśli nie myli mnie pamięć, była to klasyczna gitara polskiej produkcji, którą mój brat dostał kiedyś na święta. Był to chyba koniec podstawówki. Wtedy usłyszałem Nevermind Nirvany i to mnie totalnie poskładało. Największym marzeniem było wtedy mieć zespół i po prostu grać swoją muzykę, chyba tak zostało do dziś.

- Powiedziałeś kiedyś, że twoim celem zawsze było pisanie własnych kompozycji i tworzenie muzyki autorskiej. Stawiałeś to zdecydowanie wyżej od żmudnych ćwiczeń nad warsztatem gitarowym. Jeszcze nie potrafiłeś dobrze grac, a już z kolegami z gimnazjum założyłeś swoje pierwsze kapele. Pamiętasz jeszcze nazwy tych bandów? Jaką muzykę wówczas graliście i z jakim przyjęciem otoczenia spotykaliście się?


Tomek: Dokładnie tak było. Zawsze poruszały mnie zespoły, które grały bardziej “sercem” niż wirtuozerskimi popisami. Pierwsze muzyczne przeżycia wspominam z wielkim sentymentem. Garaże, piwnice i inne miejsca, gdzie tylko można było pohałasować i ten wielki entuzjazm zdecydowanie przerastający nasze umiejętności (śmiech). To były magiczne chwile, kiedy czuliśmy, że powstaje coś naszego. Nazwy zespołów zmieniały się często i większości z nich nie sposób wyjawić bez nutki zawstydzenia, więc pozwól że zachowam je dla siebie (śmiech). Przyjęcie otoczenia? Nasze rodziny chyba patrzyły na to z uśmiechem na zasadzie “młodzieńczy bunt jest niczym grypa - kiedyś przejdzie”, jednak mimo upływu lat ciągle czuje że ta choroba mnie trzyma (śmiech).

- Pierwszym twoim poważnym zespołem był Borderline. Byłeś wówczas uczniem szkoły średniej i dziwnym zrządzeniem losu zacząłeś śpiewać. Nie mogliście podobno znaleźć żadnego wokalisty, więc tymczasowo zająłeś się tym ty. Jak dla mnie, masz bardzo ciekawą barwę głosu, a momentami przypominasz mi trochę Grzegorza Markowskiego. Kiedy zaakceptowałeś siebie  jako wokalistę?


Tomek: Próbowaliśmy długo znaleźć kogoś, kto mógłby u nas pośpiewać. Po kilku próbach i przesłuchaniach chętnych osób w trakcie przerwy zaprezentowałem pomysł na kawałek, który ułożyłem i zanuciłem chłopakom. No i tak zostało.

Wokalne początki były bardzo trudne i stresujące. Pamiętam, że przed pierwszymi publicznymi występami jako wokalista, dobre dwa dni nie mogłem zmrużyć oka i znaleźć sobie miejsca. Co do akceptacji... hmmm… chyba taka chwila, w której powiedziałem sobie “jestem wokalistą” nigdy nie przyszła. Po prostu używam swojego głosu, żeby otworzyć serducho. Staram się ciągle pracować nad tym, żeby poprawiać swoje umiejętności wokalne.

- Z zespołem Borderline przeżyłeś pierwsze przeglądy i koncerty. Podsumowaniem tego czasu było 4-utworowe wydawnictwo Happier Thane Ever nagrane własnym sumptem. Czy zachowały się te kawałki na jakimś nośniku?

Tomek: Tak, w moim rodzinnym domu jest jeden egzemplarz płyty. Od jakiegoś czasu zbieram się, żeby to zarchiwizować na jakimś dysku, ale z racji, że jestem mistrzem świata prokrastynacji, pewnie jeszcze chwilę będzie trzeba na to poczekać (śmiech).


- W związku ze studiami znalazłeś się w Poznaniu, gdzie rozpocząłeś współpracę z zespołem Heavy Breathers, z którym zagrałeś sporo koncertów i nagrałeś demo. Co to była za muzyka i czy zachowała się gdzieś?

Tomek: Niestety osobiście nie posiadam nic, co mógłbym przedstawić. Na tamten czas był to dość nowoczesny rock. Dla mnie był to okres zbierania nowych doświadczeń, ciągłej nauki. Wspominam go bardzo dobrze.

- Kiedy wróciłeś do Płocka, postanowiłeś powołać do życia Klub Zdesperowanych Romantyków - akustyczną alternatywę rockowego grania. Skąd wzięła się ta niezwykle rozbudowana nazwa i jak spoglądasz dziś na KZR?

Tomek: Nazwa zespołu to wariacja na temat albumu Marzenia Zdesperowanych Romantyków zespołu Die Last który swego czasu oczarował mnie swoją mocą. Dla mnie osobiście było to też odniesienie do tego, czym kierowali się Romantycy w literaturze, zwrócenia się do wnętrza człowieka, duchowości, buntu przeciw ustalonym regułom społecznym i wielkiej namiętności, jaką osobiście dla mnie jest muzyka. Pierwotny kierunek miał być odmienny, ale poddaliśmy się energii wszystkich osób tworzących skład i tak powstała nasza muzyka.


- Wasze pierwsze demo Kilka słów o prawdzie i trwaniu spotkało się z na tyle dobrym odbiorem, że udało wam się zagrać sporo koncertów i wygrać kilka przeglądów. Czy był to dla ciebie moment przełomowy?

Tomek: Przede wszystkim były to wielkie emocje i radość. Pewnie że dodało nam to skrzydeł, ale chyba każdy z nas zdawał sobie sprawę, że był to zaledwie mały kroczek w całej podróży.

-  Wkrótce ukazało się kolejne demo Ćwierć wieku samotności, z którego pochodzą „Cmentrze marzeń” - wasz pierwszy wideoklip nad którego stworzeniem pracował ś.p Yach Paszkiewicz. "Nie mogę poddać się, póki ogień się tli" to powtarzające się kilkukrotnie przesłanie tego świetnego moim zdaniem kawałka. Czy takie motto przyświecało ci, kiedy poczułeś, że w końcu twoje odwieczne marzenia mogą się spełnić? Czy utwór odniósł jakiś sukces w rozgłośniach radiowych?


Tomek: “Cmentarze marzeń” to bardzo osobisty tekst, próba rozliczenia się z niektórymi sprawami, własnymi lękami i obawami, które tak naprawdę w mniejszy bądź też większy sposób trawią każdego z nas. Szczerze, to pisząc go, zupełnie nie myślałem o spełnieniu marzeń - to była potrzeba duszy żeby coś z siebie wykrzyczeć. Sukcesy? Poza rozgłośniami internetowymi i dobrym przyjęciem na koncertach nie wydarzyło się nic szczególnie spektakularnego.

- Do pracy nad debiutancką płytą KZR przystąpiłeś po zmianach personalnych. Basistą został Maciek Rzymkowski, odszedł też człowiek odpowiedzialny za perkusjonalia, a za klawiszami zasiadł Kuba Jabłoński. W zespole poza tobą i wymienionymi muzykami są jeszcze: gitarzysta Krzysiek Kaźmierczak oraz perkusista Piotrek Kosowski. Mógłbyś pokrótce przedstawić wszystkich muzyków KZR?

Tomek: Tak naprawdę prawie cały materiał na płytę i przygotowanie do niej rozpoczęło się jeszcze z poprzednim składem, jednakże finalnie do studia weszliśmy w obecnym składzie. Michał oraz Wojtek, pomimo tego, że nie nagrywali jej z nami, też odcisnęli swój ślad na tym albumie, dlatego też nie chciałbym ich pominąć. Obecny skład poza mną to Krzysztof - współzałożyciel zespołu, jest naszym gitarzystą i autorem wysokoenergetycznych partii gitarowych. Następnie mamy Piotra  - naszego perkusistę, motor napędowy zespołu, który uzupełniany jest niskimi wibracjami Macieja basisty, który jest najmłodszym stażem członkiem zespołu. No i oczywiście Kuba - nasz klawiszowiec, który pięknie “spina” wszystkie nasze gitarowe wybryki.


- Muzyka grupy oparta jest na twoich kompozycjach autorskich, twojej gitarze, głosie oraz tekstach i lawiruje gdzieś pomiędzy popem a rockiem alternatywnym. Czy w zespole bardziej potrzebujesz wysokiej klasy instrumentalistów, którzy doskonale odtworzą wszystkie twoje muzyczne pomysły, czy też kreatywnych aranżerów?

fot. Tomasz Miecznik
Tomek: Hmm… opowiem ci, jak przebiegał zawsze proces twórczy zespołu. Przynosiłem na próbę kompozycję w wersji roboczej, a potem braliśmy to wszyscy na warsztat. Finalnie zdarzało się, że pierwotny pomysł był totalnie odmienny od końcowej wersji. Także po części w każdej z tych kompozycji każdy mógł przelać cząstkę siebie.

- Jak ty i twoi koledzy z zespołu odbieracie zwycięstwo numeru „Dopóki serce bije” w 39 Notowaniu Listy Polisz Czart? Pamiętam, że w pierwszym podejściu utwór przeszedł bez echa, a największym waszym mankamentem, jaki zauważyłem, jest dość słaba promocja. Zamierzasz coś z tym zrobić i na ile może przyczynić się do tego wasz sukces u nas?


Tomek: Jesteśmy ci za to bardzo wdzięczni Sławku. Zdecydowanie masz racje, zawsze nasze działania promocyjne były delikatnie mówiąc słabe. Skąd się to bierze ? Chyba w naturze każdego z nas kiepsko jest z autopromocją, zdecydowanie bliżej nam było do samego grania muzyki. Możliwe też, że nie ogarniamy współczesnego modelu promocji.

- Jak powstał projekt D_light i dlaczego kompozycja "Baltic Sea Dancing" nigdy nie weszła do czołówki Polisz Czart. Utwór znakomicie miksuje muzykę new romantic z klimatem początku lat 90-tych. Czyżby znów zawaliła promocja?


Tomek: Wszystko zaczęło się od płyty rapera Zeusa Jest Super. W czasie, kiedy na nią trafiłem, bardzo mocno mnie poruszyła i urzekła brzmieniowo. W związku z tym zadzwoniłem do Roginiego - producenta tego albumu i efektem naszego poznania się, było zaproszenie do zaśpiewania Baltica. Myślę, że tutaj promocja była przeprowadzona jak najlepiej przeprowadzona, jak tylko można było to zrobić biorąc pod uwagę możliwości tego projektu. No i był to dla mnie olbrzymi krok w rozwoju, czego efektem był kolejny utwór “Elektryczna Mgła”.

- "Prawdopodobnie nie zmienimy świata, nie wprowadzimy wielkiej rewolucji, być może za kilka lat nikt nawet nie będzie wiedzieć kim byliśmy, a nam samym nie pozostanie nic oprócz kilku mglistych wspomnień, ale będąc tu i teraz mamy wielką nadzieję, że zatrzymacie się na chociaż na chwilę i posłuchacie jak pięciu zwykłych facetów oddaje się temu, co kochają najbardziej... Muzyce". Mam nadzieję, że to tylko kokieteria. Nie wierzę, że nie macie ochoty zapisać się w historii polskiego rocka.

Tomek: Oczywiście, myślę że każdy człowiek, muzyk, każdy z nas gdzieś w środku bardzo chce zapisać się trwale w historii. Z drugiej jednak strony nigdy nie mamy pewności, czy nie zdarzy się coś, co nie porwie nas na inny biegun życiowych przygód i tam pozwoli nam się bardziej spełnić. Ta płyta jest udokumentowaniem nas samych w konkretnym okresie czasu. Ciągła zmiana jest nieunikniona, dlatego też mimo ogromu serca i energii włożonej w muzykę, staram się też mieć do tego dystans.

- Kiedy mogę spodziewać się nowego hitu, który ponownie wdrapie się na szczyt Polisz Czart i czy będzie to coś utrzymanego w podobnej stylistyce, czy zaskoczysz mnie czymś kompletnie z innej planety? 


Tomek: Nie chcąc rzucać słów na wiatr, pozwól, że ograniczę się do tego, że będziesz w ścisłym gronie pierwszych osób które usłyszą nowe rzeczy (śmiech). Cierpliwości.

Ze Sławkiem Kurkiem
- Trafiłeś na mnie dzięki popularnemu w płockim światku muzycznym liderowi punkowej załogi Reszta Pokolenia Sławkowi Kurkowi, który od roku 2012 jest jednym z najwierniejszych słuchaczy naszej Listy. Jakie związki muzyczne was łączą i w jakich okolicznościach pojawił się wątek naszej Listy?

Tomek: Z racji że Sławek ze swoją Resztą Pokolenia działają w Płocku i bardzo cenie ich twórczość, śledziłem ich poczynania. Na profilu facebookowym rzuciło mi się zachęcenie do słuchania listy, więc posłuchałem. Dalszym krokiem było już tylko nawiązanie kontaktu z tobą. Nie mieliśmy ze Sławkiem okazji wspólnie pograć, ale kto wie co przyniesie czas ? (śmiech).


- Jakie są twoje marzenia na najbliższą przyszłość? Przystanek Woodstock, Festiwal w Opolu, Jarocin, a może coś zupełnie innego?

Tomek: Jest jedno. Grać jak najwięcej, a czy będzie to Woodstock czy malutka miejscowość jest już sprawą drugorzędną.

 ***

Fotografie pochodzą z profilu Fb Artysty i zostały wykorzystane za jego zgodą.

4 marca w toruńskim Hard Rock Pubie Pamela wystąpi kanadyjska formacja Cliff Stevens Band. Wieczór otworzy toruński duet Wiktoria Gołuńska & Piotr Pokutycki.

Kanadyjska formacja Cliff Stevens Band ponownie wystąpi w toruńskim Hard Rock Pubie Pamela (poniedziałek 4.03.2019). Wieczór otworzy toruński duet Wiktoria Gołuńska & Piotr Pokutycki. Wydarzenie jest biletowane. Rozpocznie się o godzinie 19. Ilość wejściówek jest ściśle limitowana. Bilety w cenie: 20 zł (przedsprzedaż do 3.03.2019), 30 zł (w dniu koncertu). Wejściówki można kupić w Hard Rock Pubie Pamela (Toruń, ul. Legionów 36). Można je również zarezerwować pisząc na adres mailowy hrppamela@gmail.com i po uprzedniej wpłacie na konto odebrać przed koncertem.


Wiktoria Gołuńska – wokalistka –samouk, stypendystka miasta Torunia w dziedzinie kultury, absolwentka Wydziału Nauk Ekonomicznych i Zarządzania– UMK w Toruniu. Swoją przygodę z muzyka zaczęła od projektu PORANANS, z którym to miała przyjemność wystąpić na koncercie „Toruńskie Gwiazdy 2011-Tribute to Republika”. Następnie śpiewała w zespole CT-Tones, z którym to współpraca zaowocowała nagraniem płyty i podwójnym udziałem w międzynarodowym festiwalu „OSTRÓDA REGGAE FESTIVAL” - za drugim razem będąc w finałowej piątce konkursu polskiego radia „Czwórka Reggae Contest”.

W międzyczasie udzielała się również w projekcie OFDD (Omnes Filii Dei Domini)- neo-gospelowym chórze Bartka Staszkiewicza, nagrała utwór „Jazz Life Love” z zespołem jazzowo-hiphopowym Groove Gravity, który ukazał się w 2014r. na ich debiutanckiej płycie, a także utwór „Czas mieszkańców”, który wykonała wraz z Tomaszem Cebo oraz „Wrong Place” w ramach projektu współtworzonego z toruńskim DJ’em Adrianem Chmielewskim Viki&Ratata – który został wyemitowany na antenie polskiego radia PIK oraz polskiego radia Czwórka. Jest laureatką konkursu „Zaśpiewaj w Hollywood ze Smolikiem i Kevem Foxem” – w ramach którego podczas koncertu wykonała z nimi utwór „Hollywood” oraz jednym z 20 wykonawców zaproszonych do konkursu Piosenki i ballady filmowej w Toruniu. Obecnie pracuje nad projektem muzyki elektronicznej.

Piotr Pokutycki - gitarzysta, pedagog, nauczyciel gry na instrumencie, muzykoterapeuta. Obecnie na stałe związany z zespołem Sunny Side oraz Adelibanda. Jest absolwentem instrumentalistyki jazzowej Akademii Muzycznej w Bydgoszczy w klasie gitary dr. Piotra Olszewskiego. Jest także magistrem politologii, którą ukończył na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Posiada dyplom muzykoterapeuty studiów podyplomowych Akademii Muzycznej im Karola Szymanowskiego w Katowicach. Swoje umiejętności poszerzał w Conservatorium Maastricht, czy w Krakowskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Pobierał lekcje u wielu wybitnych muzyków takich jak: Artur Lesicki, Piotr Domagała, Krzysztof Bolek, Jan Formanoy czy Adam Motyka. Obecnie przede wszystkim naucza i udziela się w wielu projektach muzycznych charakteryzujących się zróżnicowanymi składami. Oprócz tego prowadzi warsztaty muzyczne. Jego Zainteresowania to szeroko pojęta muzyka, nie ograniczona jednak do konkretnego stylu. Ponadto jest ogromnym fanem lotnictwa, motoryzacji i podróżowania. W swojej grze inspiruje się głównie gitarzystami stricte jazzowymi, ale także tymi z pogranicza rocka progresywnego i fusion.

niedziela, 3 marca 2019

Premiera „25% EP” Vixena. 1. odcinek serialu z udziałem rapera już w sieci!









19 lutego trafiła na MaxFloRecTV 1. odsłona klipowego serialu z udziałem Vixena. Wideo powstało do utworu „Melodio” pochodzącego z 1. tegorocznej EP artysty. Krążek zatytułowany „25% EP” dostępny jest na www.MaxFloSklep.pl oraz serwisach z muzyką cyfrową. Zgodnie z wcześniejszymi komunikatami Vixena dziś premierę ma jego 1. z 4 EP-ek zapowiedzianych na 2019 r. Równocześnie w sieci pojawił się teledysk do utworu „Melodio”, promujący minialbum „25% EP”. Wideoklip jest również częścią większego projektu zrealizowanego wspólnie z ekipą 9LITER FILMY.


– Z ekipą 9LITER miałem okazję współpracować już jakiś czas temu. Wiedziałem, że przykładają dużą wagę do szczegółów, ale to w jaki sposób podeszli do tematu nowych rzeczy zasługuje na najwyższe uznanie. Cieszę się, że mogliśmy odświeżyć współpracę – tak pracę na planie zdjęciowym wspomina Vixen.

Premierowe wideo jest 1. odsłoną serii teledysków połączonych wspólną fabułą. Podobnie jak dziś, publikacji każdej następnej EP-ki towarzyszył będzie klip, będący kontynuacją historii z poprzedniego odcinka. Razem stworzą coś w rodzaju miniserialu. Kolejna jego część pojawi się na MaxFloRecTV jeszcze tej wiosny. Za produkcję utworu „Melodio”, jak i pozostałych numerów z „25% EP” odpowiada JRS. Nagrań dokonano w studiu Domofonia, natomiast miksem i masteringiem całości zajął się Kwazar. Emocją przewodnią „25% EP” jest nostalgia. Zostało to również uchwycone na okładce EP-ki. Jej autorem jest Kamil Bartosz. Wśród 3 pozycji na trackliście minialbumu znalazł się numer pt. „Kim”, w którym gościnną zwrotkę położył reprezentant podziemia, Skip. Vixen zapowiada, że w kolejnych odsłonach projektu pojawi się jeszcze więcej niespodzianek.

Tekst: Anna Grabowska (MaxFloRec)

Gural na nowej płycie Pokahontaz! Klip Fokusa do „Niflheim” już w sieci

Rahim i Fokus pracują nad 5 w karierze wspólnym krążkiem, który ukaże ie w tym roku. Fot. Mateusz Szeliga.



donGURALesko fot. Mateusz Szeliga
5. wspólny krążek Rahima i Fokusa jest w drodze. Kilka dni temu gościnny udział na nim zapowiedział donGURALesko. Tymczasem na MaxFloRecTV pojawił się właśnie klip do „Niflheim” Fokusa. Utwór znalazł się na ostatnim albumie Pokahontaz. Na YT kanał wytwórni MaxFloRec trafił teledysk do solowego numeru Fokusa. Wideo powstało do utworu pt. „Niflheim”. Singiel pochodzi z wydanego pod koniec 2017 r. „REsetu”. Za klip odpowiada Krzysztof Kruk. Utwór, jak i cały album, z którego pochodzi „Niflheim” wyprodukował Magiera z White House. „REset” to 4. wydawnictwo w karierze Pokahontaz. Rahim i Fokus powoli odkrywają szczegóły związane z jego następcą. 1. singiel zapowiadający ich nową płytę nosi tytuł „Z innej bajki”. Wiadomo, że panowie pracują intensywnie nad kolejnymi zwiastunami albumu. Pod koniec ub. tygodnia donGURALesko na swoim Instagramie ujawnił, że zagości na nowym krążku grupy. Więcej informacji pojawi się już niebawem.

Tekst: Anna Grabowska (MaxFloRec)

sobota, 2 marca 2019

Ponurego Przesadnik Niecodzienny.

Ponury jest kimś w rodzaju mojego przyjaciela. Po pierwsze, słowo to dla każdego oznacza co innego, a po drugie, nigdy nie zdefiniowaliśmy z Ponurym naszych relacji. Jedno jest pewne - znamy się bardzo długo i na różnych niwach (ciekawie ilu ludzi używa jeszcze słowa "niwa"). Nie pytałem nigdy o to Ponurego, ale stawiam funta, że o jednej z tych niw obaj chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć). Ponury nie funkcjonuje dobrze bez kawy. Jest samozwańczym webmasterem (ludzi w pewnym wieku uprasza się o wpisanie tego terminu w Google, co znacznie zaoszczędzi proces domysłu). Ponury to także fotograf-amator (z naciskiem na... spust... migawki rzecz jasna, bo rzecz mroczna to jego wciąż jeszcze niezbadany do końca umysł), grafik (i to całkiem, całkiem) i oddany fan mocnego uderzenia (i wcale nie chodzi mi o to, że bije tylko dwa razy: raz w mordę, a drugi w wieko trumny). Preferuje rock, metal i pochodne z wykluczeniem nu-metalu i emo (to chyba taki struś). W czasach szkoły podstawowej zdarzyło mu się słuchać rapu, popu i tym podobnych (nie wiedziałem, że Ponury zaliczył podstawówkę, bo jest tak bystry, że z powodzeniem mógłby zrobić maturę z marszu). Uwielbia dobrą fantastykę, FPS-y (nie wiem, co to jest, ale będę udawał, że wiem) i chińskie żarcie (to już teraz rozumiem, dlaczego tak kocha zwierzęta domowe). Jego pierwszy kontakt z informatyką miał miejsce w okolicach czwartej klasy szkoły podstawowej (a jednak dobrze, że zrobił tę podstawówkę). Wtedy nastąpił też jego pierwszy kontakt z komputerem (oh f...!), pierwsze bardzo nieśmiałe próby programowania w Basicu (gdzie on k... właził?!). Oczywiście, prym wiodły gry, nieco później pojawiło się zainteresowanie programowaniem i nieśmiałe zaprzyjaźnianie się z programami graficznymi (o wiele śmielej zaprzyjaźnia się z istotami długowłosymi, cokolwiek to oznacza). Gdzieś w czasach studiów (bo wbrew pozorom ten facet ma wyższe wykształcenie) padła propozycja stworzenia strony www dla pewnej firmy (dobrze że Waglewski nie ma na drugie Władek, bo jego zespół brzmiałby z nazwy podobnie). Projekt ten nigdy nie doczekał się niestety realizacji, ale zainteresowanie tematem pozostało do dzisiaj (strach się bać...). Tyle Ponury o sobie (z moimi na jego temat komentarzami). 

Ale do rzeczy... Ponury zaczął pisać bloga! A, że główną postacią tego dzieła literackiego jest on sam, od teraz już nic w cyberprzestrzeni nie będzie takie samo, jak dawniej. To, że Ponury jest osobnikiem trudnym do wytrzymania dałoby się jakoś obejść. Posiada on jednak pewną nieuleczalną przypadłość, która - niestety - włazi w osobowość do końca żywota, a nawet utrzymuje się po powrocie takiego osobnika do kraju urodzenia - jest emigrantem! Tyle na dziś z mojej strony wystarczy. No, może jeszcze jedna kwestia.. Dlaczego ja stary blogger robię Ponuremu reklamę? Ponieważ jestem jedną z tych osób, które przegrały zakład i ku szczeremu niedowierzaniu tak zwanego otoczenia... znoszą go. I nie mam tu na myśli znoszenia ze schodów po upojnej emigracyjnej imprezie, która tym się różni od nieemigracyjnej, że taksówkarz odwożący takiego osobnika do miejsca zamieszkania jest zazwyczaj dziwnie ubrany i mówi sori zamiast sorry. Miłej lektury!

A oto źródło:
https://ponuryprzesadnik.blogspot.com/