niedziela, 24 czerwca 2018

Dla takich chwil się żyje! Polish International Musicmakers Hall of Fame po raz pierwszy.

Z Chrisem Dreja i Alexem Dmochowskim tuż po wręczeniu im Polish International Musicmakers Hall of Fame (fot. Dominik Witosz)
Przez ostatnie miesiące wydawało mi się, że wszystko, co jest do zrobienia na Wyspach w dziedzinie muzyki jest już za mną. Przez 9 lat mojej radiowo-dziennikarsko-konferansjerskiej działalności miałem przecież okazję zapowiadać takie gwiazdy polskiej sceny jak: Kazik Staszewski, Kasia Nosowska, Krzysztof "Grabaż" Grabowski, Renata Przemyk, Wojciech Waglewski, Maciej Maleńczuk, Adam Nowak czy Edyta Bartosiewicz.


Wywoływałem też na deski londyńskich scen zespoły, które albo swoją niepodważalną pozycję na rynku od dziesięcioleci posiadają (Dezerter, Pidżama Porno, Raz Dwa Trzy, Hey, Strachy Na Lachy) jak i te, które śmiało można nazwać wschodzącymi gwiazdami (Metasoma, Gabinet Looster). Wszystkie te nazwy i nazwiska, które w tym krótkim intro zdołałem przywołać w pamięci, to rzecz jasna nasza muzyczna elita narodowa, bo przecież tych, co zapowiadałem podczas koncertów, o których mówiłem z radiowej anteny lub o których pisałem było znacznie więcej.

Spotkanie z Johnem Mayallem w St. Albans
Podsumowując wszystkie najpiękniejsze muzyczne karty, jakie zdarzyły mi się w ciągu minionej dekady, nie sposób także nie odnotować spotkań twarzą w twarz z takimi gigantami światowej klasy jak Mick Box z zespołu Uriah Heep, znakomici Nigel Kennedy i Leszek Możdżer, charyzmatyczny Phil Mogg - frontman UFO, czy Jego Wielkość John Mayall, z którym podobnie jak ze wspomnianym Leszkiem Możdżerem udało mi się nawet zrealizować wywiad. Koncertów, festiwali, rocznic i innych mniejszej rangi eventów, jakie albo zapowiadałem, albo obserwowałem od strony back stage'a trudno jest mi dziś wyliczyć i nie o statystykę tu przecież chodzi.

16 czerwca w londyńskiej Jazz Cafe POSK wywołując na scenę takich herosów światowego rocka jak podpora grupy The Yardbirds i niedoszły basista Led Zeppelin - Chris Dreja oraz współtwórca bogatej spuścizny i wielkości takich gigantów jak Frank Zappa, Peter Green, John Mayall i zespołów rangi Black Sabbath czy Aynsley Dunbar Retaliation - Alex Dmochowski miałem okazję po raz pierwszy w historii wręczyć im prestiżową nagrodę Polish International Musicmakers Hall of Fame. Wydarzenie uświetniły swoim występem zespoły, których albumy zostały wydane przez ogromnie doceniany w bluesowym świecie toruński label HRPP Records Darka Kowalskiego - Mark Olbrich Blues Eternity z Londynu i Stara Szkoła z Inowrocławia.


Pierwsze spotkanie z Markiem Olbrichem (fot. Tomasz Woźniak)
Przy tej okazji dodam, iż niezwykle zasłużony dla polskiej kultury muzycznej w UK Mark Olbrich - trzeci tegoroczny laureat Hall of Fame, który pod koniec lat 60-tych wraz ze Zbigniewem Hołdysem i Wojciechem Waglewskim budował początki polskiego rocka w pierwszym (niewywodzącym się z etosu big bitu) polskim rockowym bandzie o krwistej nazwie RH-, a po latach wichrów nieokiełznanej młodości, z której pozostał mu do dziś z powodzeniem funkcjonujący przydomek "Bestia", osiadł na stałe w Londynie, gdzie oprócz intratnej posady księgowego z pasją kontynuuje nabytą w Polsce wiedzę z obsługi gitary basowej.

16 czerwca w londyńskiej Jazz Cafe POSK specjalnie dla nas pojawili się muzycy, którzy - jak już wspomniałem - dla takich legend światowego rocka jak Frank Zappa, Peter Green, John Mayall, Black Sabbath zrealizowali dziesiątki kompozycji i współtworzyli ich zespoły, a dziś dobiegają sędziwego wieku. Dlaczego ci wielcy muzycy zostali tego dnia do POSK-u zaproszeni? Ponieważ są oni jednymi z najważniejszych artystów polskiego pochodzenia na Świecie i decyzją Kapituły Polish International Musicmakers Hall of Fame otrzymali nagrodę, która w założeniu Kapituły co roku ma trafiać do rąk najbardziej zasłużonych muzyków polskich tworzących poza granicami naszej Ojczyzny urodzonych w Polsce lub w jakimkolwiek innym kraju Świata, ale posiadających polskie korzenie.


Chris Walenty Dreja

Chris Dreja (fot. Dominik Witosz)
Urodził się w Surbiton, a wychował w Kingston upon Thames. Jego ojciec był Polakiem z Bytomia. Chris Dreja wraz ze swoim kolegą Anthonym "Top" Tophamem rozpoczynali w bluesowym kwartecie Metropolitan. W ciągu roku do grupy dołączyli Keith Relf, Jim McCarty i Paul Samwell-Smith. W roku 1963 przekształcili się w legendarny zespół The Yardbirds - czołowy band należący do nurtu powszechnie nazywanego Brytyjską Eksplozją, a po podbiciu rynku amerykańskiego Brytyjską Inwazją. W tym samym roku The Yardbirds zastąpili grupę The Rolling Stones jako klubowy zespół w legendarnym Crawday Club i to właśnie wtedy narodziła się ich sława. The Yardbirds zadebiutowali koncertem z Dusterem Bennettem i bardzo młodym wówczas Jimmy Pagem. 


fot. Dominik Witosz
15-letni Topham opuścił grupę, kiedy zespół stał się formacją zawodową. Chris kontynuował grę na gitarze rytmicznej, a pracę na gitarze solowej w jego zespole dostali tacy wirtuozi "wioseł" jak Eric Clapton, a później Jeff Beck i Jimmy Page. Unikalnym nagraniem w dorobku Chrisa jest "Stroll On", gdyż tylko w nim wspólnie z naszym laureatem zagrali razem Jimmy Page i Jeff Beck. Po odejściu pierwszego basisty Paula Samwell-Smitha, Chris zmienił gitarę rytmiczną na basową. Nasz znakomity Laureat jest współautorem wielu kompozycji grupy The Yardbirds, a szczególnie tych z albumu Roger the Engineer z roku 1966. Po rozpadzie Yardbirds, Jimmy Page zaproponował Chrisowi pozycję basisty w nowym zespole, który otrzymał później nazwę... Led Zeppelin! Chris Dreja jednak odmówił, aby oddać się fotografii. To właśnie dzieło naszego laureata możemy podziwiać na tylnej okładce debiutanckiego albumu grupy Led Zeppelin. W latach 80-tych Chris Dreja grał także w spin-offowym zespole Yardbirds Box of Frogs i był częścią reaktywowanego The Yardbirds od 1992 do 2013 roku. W roku 2002 pojawił się nowy album The Yardbirds zatytułowany Birdland. W sezonie 2012/2013 Chris Dreja przeszedł serię udarów, przez co nie występował z The Yardbirds od połowy 2012 roku. W lipcu 2013 roku ogłoszono, że oficjalnie opuścił zespół z powodów medycznych.


Alex Zygmunt Stanisław “Akinola” Dmochowski

Alex Dmochowski (fot. Dominik Witosz)

Syn żołnierza gen Andersa zaczął być uznawany w Wielkiej Brytanii od czasów gry dla Aynsley Dunbar Retaliation. Byli absolutnie kultowym zespołem bluesowym, a wydane przez nich albumy, które szybko stały się hitami do dziś sprzedają się za poważne pieniądze w sklepach muzycznych - cena niektórych dochodzi nawet do 60 funtów! W konsekwencji Alex został zaproszony do John Mayall Bluesbrakers, z którym grał w Anglii, na kontynencie europejskim i w USA. Następnie Alex dołączył do zespołu Franka Zappy, gdzie grał, nagrywał i tworzył często pod pseudonimem z powodu sytuacji kontraktowej ze swoją wytwórnią. Kultowe albumy Franka Zappy jak Waka Jawaka, Hot Rats (recenzja tutaj), Grand Wazoo, Quaudiophiliac i Apostrophe są także produktami geniuszu naszego laureata. Praca Alexa Dmochowskiego jest również obecna na albumach The Lost Episodes 1972, 1974, 1996, 2004. Aleks Dmochowski grał także z takimi legendami jak Long John Baldry i Graham Bond. Nasz laureat utworzył też własny zespół, do którego min. należał Peter Green (ex. Fleetwood Mac) i ponownie dodał swój geniusz do wielkości takich krążków jak The End of the Game. Wielkość Alexa Dmochowskiego można dodatkowo podkreślić faktem, że jego numer “Warning” został nagrany przez Black Sabbath na ich debiutanckiej płycie!


Tyle o naszych laureatach można znaleźć w anglojęzycznych kronikach i dyskografiach, które niniejszym po raz pierwszy zostały zebrane i opublikowane w języku ich ojców. Nasi Mistrzowie to jednak nie tylko suche encyklopedyczne fakty. Nie zaznałbym spokoju, gdybym nie podzielił się przy okazji tej miłej uroczystości osobistymi wrażeniami i refleksjami ze spotkania twarzą w twarz i uściśnięcia dłoni, które po mistrzowsku latami potrafiły wydobywać dźwięki zapisane złotymi nutami w historii światowego rocka, bluesa i wszystkich gatunków im pokrewnych. Obaj są różni pod względem charakteru, ale obaj posiadają też pewne cechy wspólne. Chris jest niezwykle dostojny i charyzmatyczny i nie wiem w jakim stopniu wynika to z jego cech osobowości, a w jakim z wieloletniego oglądania świata z pozycji siedzącej.

fot. Dominik Witosz
Aleks zaś to przecudowny gaduła, którego gawędziarstwo przerasta wszelkie możliwości oraz zjednoczone siły Antka Malewskiego z Tomaszowa Mazowieckiego, Miśka Sędzielewskiego z Metasomy i moje razem wzięte! Podczas nagrywania rozmowy z Aleksem kilkukrotnie byłem zmuszony łapać go na wdechu i zdecydowanie wejść mu w słowo, aby trzymać kontrolę nad poruszanymi tematami. Chris Dreja natomiast to bardzo serdeczny i niezwykle ciepły człowiek, który kilkukrotnie obdarował mnie swoją radością i wdzięcznością za docenienie go przez polską społeczność, a wzruszył mnie niemal do łez, kiedy w jego rękach pojawił się nieduży aparat fotograficzny, którym nasz znakomity laureat postanowił sfotografować zgromadzoną w Polish Jazz Cafe publiczność oraz moją osobę.


Był to ten szczególny moment, w którym uświadomiłem sobie, że oto właśnie tu i teraz współtwórca tej rangi światowych przebojów jak "For Your Love", "Heart Full Of Soul", czy "Dazed and Confused" oraz fotograf i niedoszły basista Led Zeppelin uznał za stosowne uwiecznić to wszystko, co wokół niego się dzieje i najzwyczajniej w świecie niczym małe dziecko się wzruszył.

Być sfotografowanym przez Giganta rocka... bezcenne (fot. Dominik Witosz)
Z Alexem natomiast omówiłem najdrobniejsze szczegóły niezbędne do odwiedzenia Polski, gdyż... okazało się, że nigdy jeszcze w niej nie był. Powiedziałem mu, że koniecznie to niedopatrzenie musi nadrobić i osobiście zobowiązałem się pokazać mu kiedyś w skrócie najważniejsze miejsca Ojczyzny jego dzielnego taty, który wraz z Armią Generała Andersa wyzwalał uciemiężoną niemiecką agresją Europę. Obaj dostojni panowie językiem polskim wprawdzie nie posługują się, ale czy są tego świadomi, czy też nie, wiele polskich cech - i tych morfologicznych i tych charakterologicznych bez większego trudu zdołałem podczas tych niezapomnianych chwil w nich odnaleźć.


Ogromne podziękowanie i gratulacje należą się także naszym gwiazdom wieczoru - zespołom: Mark Olbrich Blues Eternity z Londynu i Stara Szkoła z Inowrocławia. O ile wielkość tego pierwszego jest wszystkim fanom bluesa na Wyspach doskonale już od lat znana i wielokrotnie przeze mnie opisywana, o tyle inowrocławski zespół Stara Szkoła to pomimo wielu lat istnienia formacja jeszcze niezbyt szeroko popularna acz - co jest unikalne i niezwykle interesujące - składająca się z muzyków, którzy założyli ją już po ukończeniu 50-go roku życia. Grający w zespole Stara Szkoła na instrumentach perkusyjnych i wszelkiej maści "przeszkadzajkach Heniu Chyła o niedawno wydanym i odnoszącym niemałe  sukcesy debiutanckim krążku swojego bandu powiedział następujące słowa: 

Stara Szkoła (fot. Dominik Witosz)
"Po 7 letniej działalności, wydaliśmy swoją pierwszą płytę pt. „Coraz bliżej”. Wydawcą krążka jest HRPP Records. 2 października 2017 roku, na początek dobrej muzycznej jesieni, zagraliśmy koncert – premierę płyty w Hard Rock Pubie Pamela w Toruniu! Wybór materiału na płytę po siedmiu latach grania, delikatnie mówiąc nie był łatwy. Ostatecznie ułożyliśmy kompozycję zapisków mężczyzny opisujących jego znaczące przeżycia z „mocno dorosłego życia”. Jesteśmy znani z prostoty muzycznego i treściowego przekazu. Na płycie staraliśmy się zbliżyć do bardziej wyrazistego, osadzonego brzmienia. Fundamentalnie ważny dla nas jest przekaz myśli, dlatego wyrażamy je po polsku, po prostu. Jesteśmy z Inowrocławia i bardzo cieszymy się i podkreślamy, że nasze miasto wsparło wydanie naszej płyty! Cytat z okładki płyty: …Po raz pierwszy spotykamy się z Państwem tak osobiście, kameralnie. Mamy nadzieję, że choć przez chwilę będziemy z Wami… 'coraz bliżej'."


Na koniec ostatnia już moja osobista refleksja. Chris Dreja, Aleks Dmochowski i Mark Olbrich w tym roku. Kogo wskaże szacowna Kapituła  Polish International Musicmakers Hall of Fame za rok? Zobaczymy...

Antoni Malewski - Epitafium na śmierć MARKA KAREWICZA (1938 – 2018)













Przedwczoraj, 22 czerwca 2018 roku dla mnie, moich wszystkich przyjaciół, nie tylko z mojego miasta, „grupy osób” zjednoczonych wokół WIELKIEGO, Człowieka ze złotym obiektywem, polskiego artysty fotografika Złotego Fryderyka - Marka Karewicza pewna epoka przyjacielskich spotkań dobiegła końca. Było gorące, piątkowe popołudnie, gdy otrzymałem bardzo smutną informację o śmierci MISTRZA. Zadzwonił do mnie około godziny 16.00 jeden z „grupy osób”, Krzysiek Jochan - Antoni przed chwilą, od kobiety opiekującej się Markiem Karewiczem, otrzymałem bardzo przykrą i smutną informację nie tylko dla nas, że przed niespełna godziną odszedł do krainy wieczności nasz ukochany Mistrz Fotografii.


Przyznam, że przez dłuższy czas nie mogłem wydobyć słowa, nie mogłem ogarnąć myśli z kuluarowych wspaniałych, twórczych spotkań z polskim artystą fotografii, zanim uruchomiłem „komórkę” by poinformować najbliższych przyjaciół, znajomych o JEGO śmierci. Pozwoliłem sobie za sprawą „Fb” poinformować wszystkich użytkowników tego portalu o śmierci artysty. Marek Karewicz zmarł, a właściwie usnął w spokoju – jak przekazała JEGO opiekunka - w swoim mieszkaniu przy ulicy Nowolipki w Warszawie.

Obok mnie Krzysztof Jochan, człowiek, który pierwszy powiadomił (w pół godziny) mnie o śmierci mistrza fotografii Marka Karewicza









Moja prawdziwa przygoda z Markiem Karewiczem zaczęła się w tomaszowskiej Galerii ARKADY w dniu 4 grudnia 2009 roku na autorskim spotkaniu z mistrzem fotografii. Spotkanie zaaranżowane było przez Danusię Mec – Wypart (siostra Bogusława Meca) i państwo Sobańskich właścicieli Galerii. Na tym spotkaniu była również solenizantka, Barbara Goździk, która dystrybuowała od blisko 40 lat książki w pobliskiej, słynnej tomaszowskiej KSIĘGARNI przy Placu Kościuszki 22, w pobliżu miejsca spotkania z M. Karewiczem. Barbara Goździk była wydawcą i sprzedawcą mojej pierwszej publikacji - „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”.


Nazajutrz po spotkaniu w Galerii, Barbara na księgarskie zaplecze zaprosiła na „imieninowe poprawiny”, niektóre osoby uczestniczące w spotkaniu z Markiem Karewiczem. Wśród zaproszonych był mistrz fotografii ze swoim długoletnim opiekunem Wiesławem Śliwińskim (Wiesław pełnił funkcję wiceprzewodniczącego Fundacji Sopockie Korzenie w Sopocie), Danusia Mec – Wypart, redaktor Pampuch z lokalnej gazety „TIT”, Zygmunt Dziedziński, Marek Michalak tomaszowski muzyk (puzonista) przyjaciel Karewicza, jubilatka i moja skromna osoba.

Sławek Orwat z Markiem Karewiczem w Zakościelu 2017
W trakcie „imieninowego przyjęcia” na zapleczu księgarni, Barbara, Markowi i Wiesławowi z dedykacją, sprezentowała moją pierwszą w/w publikację. W trakcie towarzyskich rozmów, Wiesław czytał na rewersie okładki książki, fragment tekstu, w którym opisuję jak w lutym 2006 roku w imprezie „My z XX wieku” w Krzywym Domku w Sopocie poświęconej Krzysztofowi Klenczonowi, wytańczyłem z partnerką Pierwszą Nagrodę (Puchar Bałtyku) w konkursie tańca rock’n’rolla im. Elvisa Presleya. Po chwili, zaczytany Wiesław głośno wykrzyczał, - Antek ty wąchalu, to ty, o Boże jaki ten świat jest mały. Przecież ja tę imprezę współorganizowałem. Widziałem ten taniec. Słuchaj, prześlij tę książkę na adres Fundacji Sopockie Korzenie, bo organizujemy po raz drugi konkurs pt. „Wspomnienia miłośników Rock’n’Rolla”, wystartuj w nim. I …. stało się, moja pierwsza publikacja „Moje miasto w rock’n’rolowym widzie” zajęła II Miejsce – publikacja roku - w tym konkursie. Tak to wszystko niespodziewanie, niezamierzenie się potoczyło. Przez okres (2009 – 2018) dziewięciu lat, jako konkursowy VIP, brałem udział we wszystkich imprezach organizowanych (konkursy, rocznice Fundacji, koncerty, wystawy) przez sopocką Fundację Sopockie Korzenie. We wszystkich imprezach również brał udział MAREK KAREWICZ. Upiększał swoimi FOTO dziełami (w postaci projektów okładek płyt, banerów, rollapów najwybitniejszych artystów w dziedzinie jazz, rock’n’roll) w/w imprezy.


Każde sopockie spotkanie poprzez rozmowy, ugruntowywało z Markiem naszą przyjaźń, która objawiała się, mówię odważnie i śmiało, WIELKĄ MIŁOŚCIĄ nie tylko do samych siebie, ale szczególnie do ukochanego przez artystę miasta Tomaszów Mazowiecki i jego okolic. Postanowiłem, by nie utracić tej przyjaźni i w naszym mieście (Karewiczowie spędzili w Tomaszowie Maz. 11 lat życia, Marek swoje dzieciństwo i okres szkolnej młodości) organizować w ramach możliwości spotkania z Karewiczem.

Marek Karewicz na tle swoich fotogramów. Galeria we wsi Niebrów. Ściana prawa w garażu z pierwszymi, zdobytymi przez Krzyśka Jochana fotografiami. Od lewej Grzegorz i Bożena Grabowscy, ja, Ola Grabowska (synowa), Iwona Czapniewska, Gosia Viresco Trzcińska i Marek Karewicz











Pozwolę sobie wymienić kilka wspólnych, sopockich imprez, jakie miały miejsce na przestrzeni czasu, cementujących naszą przyjaźń. Pierwsze spotkanie po tomaszowskiej „inicjacji” zaczęło się w listopadzie 2010 roku w sopockim „Złotym ulu” przy Bohaterów Monte Casino, podczas ogłoszenia wyników i przyznania nagród w konkursie „Wspomnienia miłośników Rock’n’Rolla” i zostało zakończone wieczorem w Krzywym Domku, budynek na tej samej ulicy, poniżej w kierunku morza na tej samej ulicy, na jubileuszowym koncercie istnienia – 45 lat – zespołu Czerwone Gitary (ostatni koncert z udziałem Henryka Zomerskiego).


Udział w tych spotkaniach, towarzysząc mi, brał mój przyjaciel z Tomaszowa (od 40 lat mieszkaniec Gdańska) Czarek Francke. Kolejne spotkanie to kwiecień 2011 na okoliczność 30 rocznicy śmierci Krzysztofa Klenczona, w których to uroczystościach było nadanie nazwy ulicy im. Krzysztofa Klenczona (miejsce III Non Stopu przy stacji kolejowej Sopot Wyścigi), odsłonięcie muralu z wizerunkiem K. Klenczona (miejsce II Non Stopu w widłach ulic Traugutta, Chopina, Drzymały) a uroczystości zakończyły się w Krzywym Domku prapremierą filmu Heleny Giersz o Klenczonie „10 w skali Beauforta” (tu za sprawą Marka Karewicza zbliżyłem się do Franciszka Walickiego, który znał moją osobę za sprawą przeczytanych, moich publikacji).

Pod muralem z Krzysztofem Klenczonem (Non Stop II) od lewej: Wiesław Wilczkowiak, Helena Giersz, moja osoba Hanna siostra Klenczona oraz Marek Karewicz











Sopockie, pośmiertne spotkanie poświęcone idolowi polskiego rock’n’rolla zakończyło się kolacją w kuluarach Grand Hotelu, z udziałem reżyserki Heleny Giersz i jej trzyosobową grupą filmową, Marka Karewicza z Wiesiem Śliwińskim i jego żoną Anną, redaktora Dariusza Michalskiego, Hanią Erez, Piotrkiem Stajkowskim (perkusista „Trzech Koron”) wraz z małżonką, Iwoną Thierry (reprezentująca Polskie Nagrania MUZA) siostrą Klenczona, Hanną i moją osobą. Był to wieczór wspomnień, plotek o… i wspaniałych anegdot okraszonych słonymi dowcipami nieskromnie powiem również z moim udziałem. W lipcu tegoż (2011) roku przybyłem do Sopotu z moją koleżanką od lat Marylą Tejchman na jubileuszową uroczystość, rewolucyjnego pawilonu tanecznego, czyli historyczne „50 lat Non Stopu w Sopocie”, którego obchody miały miejsce na wspomnianym placu z muralem KK (II Non Stop) z koncertem ze starego, rock’n’rollowego repertuaru (lata 50/60-te wieku minionego), czyli silnej grupy „POLANIE All Stars” z udziałem „dinozaurów” polskiego rock’n’rolla, Włodzimierza Wandera, braci Bernolak, Adama Zimnego i Andrzeja Nebeskiego.


Na tym spotkaniu pan Franciszek Walicki obchodził swoje 90 urodziny. Kolejne sopockie spotkania z Karewiczem miały miejsce co roku, niejednokrotnie dwukrotnie, a to za sprawą rocznic powstania Fundacji, a z tym związany był konkurs „Wspomnienia miłośników Rock’n’Rola” (brały w konkursie udział pozostałe,moje publikacje: „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina LITERACKA ‘62”, „Marek Karewicz Złoty Fryderyk w Tomaszowie Maz” czy dwie części „Subiektywnej Historii R&R w Tomaszowie”). Bardzo ważne było jubileuszowe V spotkanie, na które dotarł z Nowego Jorku przyjaciel Karewicza, Wojtek „Szymon” Szymański. To za sprawą darowizny (1087 płyt analogowych (LP) o wadze łącznej sięgającej pół tony które do kraju dowiozła, drogą morską firma CH „HARTWIG”), przekazując ją Fundacji Sopockie Korzenie.

Marek Karewicz w Zakościelu, w tle modrzewiowa willa do której przyjeżdżał na letnisko Julian Tuwim
W Tomaszowie zorganizowałem dla pana Karewicza kilka oficjalnych i nieoficjalnych, można by powiedzieć – prywatnych spotkań. Wszystkie były wielkimi wydarzeniami, nie tylko dla mieszkańców miasta, ale – tak wyrażał się szczęśliwy po każdym spotkaniu – mistrz fotografii, Marek Karewicz. Przy każdym pożegnaniu ściskając z łezką w oku moją dłoń, wypowiadał cudowne dla mnie słowa – Antoni dziękuję bardzo za każde zaproszenie do ukochanego, mojego miasta. Miasta dzieciństwa, dojrzewania, któremu zawdzięczam to co w życiu osiągnąłem – miłość do fotografii. To wszystko zaczęło się w studio atelier pana Tadeusza Ulikowskiego. To w Tomaszowie wykonałem trzy pierwsze fotografie na światłoczułym papierze będąc jeszcze uczniem, bez użycia aparatu fotograficznego.


Trzy wystawy JEGO dzieł upiększały poczekalnie kina „Włókniarz” czy pomieszczenie kultowej kawiarni LITERACKA, dwukrotna wystawa w holu Starostwa Powiatowego i w pomieszczeniach byłego kina „Mazowsze”, czyli dziś Społeczności Chrześcijańskiej TOMY były dla mnie cudowną realizacją, za którą jestem sobie wdzięczny do dzisiaj, szczególnie gdy dowiedziałem się o JEGO śmierci. Ale najbardziej sobie cenię, organizowane dla Karewicza, czterokrotne, szczególne spotkania w ukochanym przez mistrza fotografii pobliskim Zakościelu n/Pilicą (okolice Spały i Puszczy Spalskiej) Marek miał specjalny sentyment do tego miejsca, jako chłopiec przyjeżdżał tu z ojcem Julianem do modrzewiowej willi, gdzie na letnisko przyjeżdżał z nieodległej Łodzi poeta – Julian Tuwim.

Sala gdyńskiego GROMU podczas koncertu „W rytmie rock’n’rolla”. Sławek Orwat i Monika Fiszer z Markiem Karewiczem
Dwie panie, gospodynie tego domku, znajome pana Juliana Karewicza, zapraszały go często do Zakościela w okresie pobytu polskiego poety. Marek miał okazję jako 8/9-letni chłopiec poznać polskiego poetę, o czym na każdym spotkaniu, szczególnie w tym ośrodku (Stowarzyszenie Chrześcijańskie PROEM) wspominał. Bardzo sobie chwaliłem te spotkania, bo właśnie w tym miejscu, Marek błyszczał świetną pamięcią, inteligencją, a ponieważ był niesamowicie dowcipnym gawędziarzem, spędzaliśmy z nim, słuchając go całe wieczory niejednokrotnie do białego rana. Właśnie stąd moja duża wiedza, której nie uzyskałbym z publicznych mediów, o życiu kilkuletniego chłopaka w naszym mieście.


Nasze ostatnie spotkanie w Zakościelu miało miejsce we wrześniu 2017 roku, gdzie zorganizowałem spotkanie dla przyjaciół w ramach mojego muzycznego cyklu spotkań „Herosi Rock’n’Rolla” na okoliczność „40 lat po śmierci ELVISA PRESLEYA”. Na spotkanie przybył z Nowego Jorku nasz wspólny przyjaciel Wojtek „Szymon” Szymański. Nikt z nas nie przypuszczał, że będzie to oficjalne spotkanie z mistrzem fotografii. Marek wyglądał na osobę zmęczoną życiem. Był już mniej rozmowny, często się powtarzał, ale nadal cieszył się z pobytu nad przepięknym załomem rzeki Pilica, z zawiklinowaną, niedostępną, dziewiczą wyspą z plażą, na którą prowadził wiszący most. Odjeżdżając po spotkaniu do Warszawy kolejny raz cicho wypowiedział z łezką w oku znane słowa, ale zawsze po nich przechodziły dreszcze po moim ciele, - Kochany Antku dziękuję raz jeszcze za Zakościele!!! Zabrzmiało to tak, jakby czynił to po raz ostatni.

Monika Fiszer (zebrała ponad 220 podpisów) i Wiesław Wilczkowiak podczas nadania Markowi Karewiczowi w OK. TKACZ Honorowego Obywatela Miasta Tomaszów Mazowiecki.
Bardzo ważne, nie tylko dla mnie, dla Marka, dla Tomaszowa było przedsięwzięcie Krzysztofa Jochana, który „zaraził” mnie, wydawało się karkołomnym pomysłem, by zgłosić naszego mistrza do plebiscytu, konkursu na Honorowego Obywatela Tomaszowa Mazowieckiego za rok 2015. Ponieważ istniejąca Rada Miasta przyznająca taki tytuł była młoda wiekiem i nie znała osoby Karewicza, JEGO dokonań, osiągnięć na rzecz miasta, rozsławiających nasz gród na szczeblu krajowym, zmuszony byłem ze swoich publikacji, artykułów, felietonów, „wyciągnąć” esej o Marku Karewiczu, związany z naszym miastem. Uczyniłem to dla Rady Miasta, drukując w formie (A-4) zbindowany skrypt z życia i późniejsze dokonania rozsławiające nasze miasto, w tym również za granicą. Miałem okazję uczestniczyć z Markiem także w wydarzeniu w stolicy Szkocji EDYNGURGU.


Zaproszeni byliśmy tam przez szkocką Polonię na spotkanie TERAZ POLSKA, na którym to była wystawa dzieł mistrza fotografii, a Marek w swojej prelekcji, dużo opowiadał o Tomaszowie Mazowieckim, o swoim dzieciństwie i początkach swojej kariery związanej z naszym miastem. Nastąpiła tam pewna  piękna chwila. Podeszła do nas starsza kobieta, była mieszkanka pobliskiego Wolborza, która ze łzami w oczach dziękowała Markowi za te wypowiedzi o miejscach jej bliskich, wymieniając tomaszowskich, wspólnych znajomych, tak moich jak i Marka, mieszkańców naszego miasta. Jednak najważniejszym warunkiem zgłoszenia do konkursu osoby było zebranie 300 podpisów mieszkańców naszego miasta na rzecz startującego. Zbieranie podpisów stało się najtrudniejszym, konkursowym przedsięwzięciem.

W hotelu ”Mazowieckim” z Moniką Fiszer
Na wysokości zadania stanęła Monika Fiszer, serdeczna koleżanka Karewicza, uczestniczka wielu spotkań z Markiem, bywalczyni na urodzinach w Jazz Klubie TYGMONT, na spotkaniach w Zakościelu. Monika w tym czasie pracowała, sprzedając w Barze Tyskim lody. Wykorzystała swoją sezonową funkcję i w okienku wydającym zimne smakołyki zbierała podpisy informując przy okazji (mając sporą wiedzę) podpisujących, kim jest Karewicz, co uczynił, by rozsławić ukochane przez artystę miasto.


Monika zebrała ponad 220 podpisów i tym samym była główną „sprawczynią” przyznania Markowi Karewiczowi szlachetnego, zasłużonego honorowego tytułu. Jak mnie informowała, uczyniła to z RADOŚCIĄ i wielką miłością do najważniejszej osoby w polskim show businessie jakim niewątpliwie był zmarły w piątek 21 czerwca 2018 roku polski artysta fotografik, WIELKI MAREK KAREWICZ. Żegnaj PRZYJACIELU, niech dobry BÓG wynagrodzi Ci cierpienia z jakimi borykałeś w JESIENI SWOJEGO ŻYCIA. Cześć Twojej pamięci, wdzięczny tomaszowianin, przyjaciel

Antoni Malewski




Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Łukasz Orwat - Kalendarz Majów a rok 2012 (Wrocław 8.01.2012)

Witam Państwa serdecznie w tym szczególnym roku. Dlaczegóż szczególnym? Otóż rok 2012 przez wielu pożywiających się teoriami spiskowymi ma być ostatnim rokiem cywilizacji człowieka. Na czym opierają swoje przypuszczenia? Poszlak jest wiele. Wskazać należałoby chociażby przepowiednie Nostradamusa czy świętego Malachiasza lub głosy o nadchodzącym przebiegunowaniu Ziemi. Najwięcej jednak mówi się o zawartej w tajemnym kalendarzu Majów, jednej z mezoamerykańskich cywilizacji dacie 21 grudnia 2012, która to jakoby miałaby być ostatecznym kresem znanego nam świata. Czy będzie tak w istocie? Przyjrzyjmy się bliżej zawiłościom rachuby czasu, ostrzegam, że pojawi się tu nieco liczb i działań matematycznych, nic jednak co wykraczałoby ponad możliwości zdającego maturę. I to podstawową. Zbadajmy na samym początku sam sposób mierzenia przez Majów rachuby czasu. Już na początku zaczynają się schody. Majowie posługiwali się nie jednym, a trzema kalendarzami. Choć ściślej rzecz biorąc każdy z nich był ze sobą ściśle powiązany i nie można mówić tu o nich w oderwaniu od siebie. Podstawową rachubą był cykl rytualny (tzolkin) liczący 260 dni, przejęty od dawniejszej cywilizacji Olmeków. Polegał na sprzężeniu się trzynasto i dwudziestodniowych okresów, dzięki czemu łącząc nazwy dni z pierwszego i drugiego otrzymujemy układ, w którym każdy dzień roku ma inną nazwę.


Drugim kalendarzem jest 365-o dniowy cykl słoneczny (haab), podzielony na osiemnaście dwudziestodniowych miesięcy oraz jeden, pięciodniowy, uznawany za pechowy. Te sposoby rachowania jednak nie są nam konieczne do wyliczenia dnia kresu, więc pominiemy jego detale i przejdziemy do trzeciego, czyli tzw. „długiej rachuby”. Polegała ona na podawaniu liczby dni upływających od określonego dnia zerowego – czyli daty początkowej. W cywilizacji Majów używano systemu dwudziestkowego w odróżnieniu od używanego przez nas obecnie dziesiętnego. I tak każdy dzień miał swój unikalny zapis oparty na pięciu różnych jednostkach czasu. I tak mamy:

1 dzień – 1 kin
1 uinal – 20 kin (dni)
1 tun – 18 uinal (czyli 360 dni)
1 katun – 20 tun (360 uinal, 7200 dni)
1 baktun – 20 katun (400 tun, 7200 uinal, 144000 dni)

W oparciu o to podawana jest data. Na przykład dzień 12.19.18.18.13 oznacza 12 baktunów, 19, katunów, 18 tunów, 18 uinali i 13 kin. Po przeliczeniu daje nam to:

12 baktunów: 12×144000=1728000
19 katunów: 19×7200=136800
18 tunów: 18×360=6480
18 uinali: 18×20=360
13 kin: 13×1=13 

Po zsumowaniu otrzymamy:
1728000+136800+6480+360+13=1871653

Czyli mamy tu milion osiemset siedemdziesiąt jeden tysięcy sześćset pięćdziesiąt trzy dni po dniu zerowym. Datą początkową kalendarza majów jest jednocześnie kres „starej ery” – dzień 13.0.0.0.0. I dniem kresu ery obecnej będzie także 13.0.0.0.0. Nietrudno więc policzyć, że „nasza era” składa się z (13×144000) 1872000 dni. Jak łatwo obliczyć (1872000-1871653), zakładając iż nieszczęsny 21 grudnia jest datą końca, od „kresu” dzieli ów dzień 347 innych. Liczmy więc dalej: (365-10[dni dzielące 21 grudnia od końca roku 2012]-347) jest to ósmy dzień naszego roku. Czyli dzisiejsza data. Zachęcam też do własnych zabaw kalendarzem, wyliczenia dnia, w którym się urodziliśmy czy odnalezienia na przykład dnia bitwy pod Grunwaldem. Doprawdy, przednia rozrywka.


Ale, nasuwa się pytanie, skąd wiemy właściwie, że nasz nieszczęsny dwudziesty pierwszy grudnia jest owym dniem fatalnym? Kilka wskazówek odnaleźć możemy w zbiorze mitów zwanym Popol Vuh [czyt: Popol Wuj]. Wyczytać zeń możemy, że żyjemy obecnie w czwartej erze świata. Trzy poprzednie okazały się być nieudane i dopiero w tej narodzić się mógł człowiek. Każdy z cyklów trwać miał 13 baktunów. Ale wciąż nie daje nam to odpowiedzi kiedy zaczęła się i kiedy powinna skończyć nasza era. Otóż dzięki zachowanym m.in. w świątynnym kompleksie Palenque zapisom dotyczącym panowania poszczególnych władców udało się wyliczyć daty „długiej rachuby” dla ich panowania i w efekcie także początku i końca naszej ery. Według wyliczeń (najczęściej przyjmowana wersja) początek przypadł 11 sierpnia 3114 p.n.e. , zaś koniec wypada owego 21 grudnia 2012.

Piramida Kukulkana w Chichén Itzá podczas równonocy wiosennej. Schodzący wąż symbolizuje powrót boga Kukulkana.
Co prawda niektórzy badacze przesuwają tą datę na 24 grudnia lub nawet 11 stycznia 2013 roku, ale zadać sobie należy pytanie: Co dla nas znaczy trzynaście baktunów i przepowiadany koniec ery? Prawdę powiedziawszy, wygląda na to, że niewiele. Wbrew bowiem głosom tropicieli sensacji i amatorów zjawisk nadprzyrodzonych sami Majowie niewiele uwagi przykładali do kresu ery, nie postrzegając jej jako zagłady ludzkości, a jako przejście w kolejną, lepszą. Apokaliptyczne konotacje są efektem nabytym w wyniku europeizacji Indian pod hiszpańskim panowaniem, zastępującej rdzenne mity. Czy grudzień tego roku rzeczywiście przyniesie nam zagładę? Myślę, że nie ma sensu gdybać i popadać w niepotrzebną panikę, przebiegunowanie Ziemi według słów naukowców nie jest zjawiskiem nagłym a trwającym tysiące lat naturalnym zjawiskiem a złowroga Planeta Nibiru nie otrze się o nasz glob, dawno bowiem byłaby widoczna w kosmosie. A domniemanych swoich kresów ludzkość przeżyła już wiele, grudzień pokaże, czy przetrwa też i kolejny.


Działanie kalendarza Majów na bazie tego linku. 

***

Łukasz Orwat, urodzony w roku pańskim 1992, prywatnie syn Sławomira Orwata, niezależnego redaktora periodyku muzyczno-kulturowego Muzyczna Podróż. Domorosły pasjonat literatury oraz historii, które to fascynacje przekuł w działalność akademicką na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się literacko głównie w literaturze antycznej oraz epice rycerskiej, historycznie w dziejach starożytnego Rzymu, Bizancjum oraz historii Imperium Osmańskiego, kulturoznawczo w historii metafizyki, filozofii i magii, zwłaszcza w kręgu kultury biskowschodniej. Tłumaczył z łaciny zbiór poezji humanistów polskich oraz zachodnich, Żałoba Węgier (Pannoniae Luctus) powstały po zdobyciu Budy (ówczesnej, pozbawionej jeszcze Pesztu, stolicy Węgier) w 1544 roku. Ciągoty zainteresowań akademickich korelują także z zainteresowaniami natury fantastycznej.

czwartek, 14 czerwca 2018

Antoni Malewski - Roman Kłosowski (1929 - 2018)

W poniedziałek 11 czerwca 2018 roku w wieku 89 lat odszedł od nas na zawsze „mały, wielki człowiek”, w/g Romana Bratnego filmowy „Kolumb rocznik XX” - IKONA polskiej sceny, polskiego teatru, polskiego kina, niezapomniany aktor, reżyser - pan Roman Kłosowski. Tak się złożyło w moim życiu, że dorastałem wraz z rozwojem polskiego kina, aktorskiego kunsztu pana Romana (debiut w 1953 roku - „Celuloza” Jerzego Kawalerowicza, „Człowiek na torze” Andrzeja Munka). Ze względu na nieciekawą aparycję, „napoleoński” niski wzrost wydawałoby się, że nie będzie wielkim aktorem, filmowym amantem, że stanie się zwykłym, drugoplanowym filmowym gagiem. Poniekąd mógł - jak wielu aktorów polskiego kina - zostać „zaszufladkowany” na zawsze. Jednak wbrew naturze stało się inaczej. Koniec lat 50-tych to początek światowej, wielkiej „nowej fali polskiego kina”, w której jako aktor uczestniczył w wybitnych rolach pan Roman Kłosowski: „Eroica” (rola por. Szpakowskiego) Andrzeja Munka, filmowa satyryczna ballada „Ewa chce spać” (rola studenta Lulka) Tadeusza Chmielewskiego czy niezapomniane arcydzieło, w/g opowiadania Marka Hłaski („Następny do raju”) w reżyserii E.C. Petelskich, „Baza ludzi umarłych” (rola Orsaczka). JEGO aktorstwem zawsze interesowali się wielcy twórcy polskiego kina: Andrzej Munk, Jerzy Kawalerowicz, Jerzy Gruza, małżeństwo Petelskich.


Roman Kłosowski zagrał w „dziesiątkach” filmów, teatralnych sztukach. Każda odtwarzana rola, nawet epizodyczna, drobna, była niezapomniana i WIELKA. „Zatrudniano” Go do wspaniałych, satyrycznych, cyklicznych programów telewizyjnych (między innymi.”Poznajmy się” reż. Jerzego Gruzy z udziałem Bogusława Kobieli, Jacka Fedorowicza). 

Gruza na kanwie satyrycznych, aktorskich „wyczynów” Kłosowskiego zrealizował super serial „Czterdziestolatek”. I przyszedł taki czas (1976/81), gdy pan Roman Kłosowski został dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Powszechnego w pobliskiej Łodzi. Dokonał w nim największego, teatralnego wydarzenia, myślę, że nie tylko krajowego. Zrealizował i zagrał główną rolę w teatralnym przekładzie literackiego światowego dzieła Jarosława Haszka, „Dzielny wojak Szwejk”. Rolę Szwejka w wykonaniu Pana Romana mogę subiektywnie przyrównać do roli Jourdaina w wykonaniu Bogusia Kobieli w sztuce Moliera „Mieszczanin szlachcicem”. Miałem okazję dwukrotnie obejrzeć w Teatrze Powszechnym „kłosowskiego Szwejka”. Ulica Więckowskiego 13 (tu znajdował się Teatr Powszechny) podczas afiszowego trwania Szwejku przybrała szczególny wystrój w gadżety, rekwizyty przypominające epokę austro-węgierskiego cesarza Franciszka Józefa I. Wejście do budynku, poczekalnia teatru wystrojona była na wzór minionej epoki a… a wewnątrz poczekalni orkiestra w uniformach austro-węgierskich przygrywała słynne melodie, walce, marsze wiedeńskie. Kiedy wypełniła się sala teatralna, kiedy nastąpił ostatni gong, kurtyna się nie podniosła, a przed nią wyszedł jako Szwejk, pan Roman. Nic nie mówiąc, rozglądał się po sali, aż do skutku (raz w lewo, raz w prawo) tzn do całkowitego rozśmieszenia widowni i... wówczas kurtyna podniosła się w górę i zaczęła się „prawdziwa” sztuka.

Eroica
Zapomniany, osamotniony (wcześniej w 2013 roku zmarła żona Krystyna - ciągle mówił, powtarzał -"brakuje mi żony") Roman Kłosowski zmarł utraciwszy całkowicie wzrok w łódzkim domu opieki - „To prawda, tato nie żyje. Nie chciałbym o szczegółach mówić, powiem tylko, że w ostatnich dniach życia bardzo ciężko chorował. Odszedł spokojnie” -€“ powiedział syn Tomasz



Antoni Malewski urodził się w sierpniu 1945 roku w Tomaszowie Mazowieckim, w którym mieszka do dziś. Pochodzi z robotniczej rodziny włókniarzy. Jego mama była tkaczką, a ojciec przędzarzem i farbiarzem. W związku z ogromną fascynacją rock'n'rollem, z wielkimi kłopotami ukończył Technikum Mechaniczne i Studium Pedagogiczne. Sześć lat pracował w szkole zawodowej jako nauczyciel. Dziś jest emerytem. O swoim dzieciństwie i młodości opowiedział w książkach „Moje miasto w rock’n’rollowym widzie”, „A jednak Rock’n’Roll”, „Rodzina Literacka ‘62”, a ostatnio w „Subiektywnej historii Rock’n’Rolla w Tomaszowie Mazowieckim” - książce, która zajęła trzecie miejsce w V Edycji Wspomnień Miłośników Rock’n’Rolla zorganizowanych w Sopocie przez Fundację Sopockie Korzenie.

niedziela, 10 czerwca 2018

23 czerwca w ciechocińskim Teatrze Letnim odbędą się kolejne Prezentacje Artystyczne "Sztuka bez barier".

W sobotę 23.06.2018 w ciechocińskim TEATRZE LETNIM, odbędą się kolejne Prezentacje Artystyczne "Sztuka bez barier". W tym roku w koncercie wystąpią: Skołowani & Przyjaciele, pARTyzant, Krzysztof Misiak & Ryszard Wolbach oraz grupa Mark Olbrich Blues Eternity. Organizatorem wydarzenia jest Stowarzyszenia Centrum Niezależnego Życia "Sajgon". Patronuje mu Burmistrz Ciechocinka - pan Leszek Dzierżewicz. Wspiera HRPP Records. Koncert rozpocznie się o godzinie 19. Poprowadzi go charyzmatyczny Mark Olbrich. Wstęp na to wydarzenie jest wolny.

Jerzy Szymański (pomysłodawca, muzyk zespołu Skołowani) o wydarzeniu:

" Prezentacje Artystyczne "Sztuka bez barier" to wydarzenie mające charakter integracyjny, którego celem jest zwrócenie uwagi na różne formy aktywności i popularyzowanie twórczości artystycznej, w tym również osób z niepełnosprawnościami. Impreza jest otwarta dla wszystkich. Dla każdego, kto interesuje się sztuką zarówno przez duże, jak i małe "s". Dla każdego, kto chce poznać świat wyobraźni i wrażliwości drugiego człowieka."