poniedziałek, 13 maja 2019

Jestem normalnym chłopakiem z Sulęcina - z wokalistą zespołu 5 Rano Łukaszem Łyczkowskim rozmawia Sławek Orwat

Z Łukaszem Łyczkowskim na wrocławskim Rynku 1 maja 2019
Daxa
15 czerwca 2014 roku na Muzycznej Podróży pojawił się pewien gościnny artykuł napisany przez sympatyczną Warszawiankę Dagmarę "Daxę" Karbowską, którą - jak mogę przypuszczać, biorąc pod uwagę jego wrodzony szacunek dla swoich wiernych fanów - niespełna 30-letni wówczas Łukasz Łyczkowski powinien doskonale pamiętać z licznych koncertów, na których pojawiał się w roli wokalisty i frontmana aż dwóch zespołów. Dziś po prawie pięciu latach od opisywanych przez Daxę wydarzeń, postanowiłem ów artykuł w całości ponownie udostępnić i potraktować go jako niezwykły - jak sądzę - zarówno dla ówczesnych jak i obecnych fanów Łukasza wstęp do rozmowy, która prawdopodobnie by się nie odbyła, gdyby nie sam... Łukasz Łyczkowski, który rozpoznał mnie w tłumie Wrocławian w dniu 1 maja 2019 podczas załatwiania przeze mnie formalności akredytacyjnych na tegoroczne bicie gitarowego rekordu Guinnessa.

Dawno, dawno temu...
Tytuł artykułu wymyśliła sama autorka, a brzmi on "Sold My Soul - Złodzieje dusz". Przenieśmy się zatem na moment do roku 2014 i oddajmy głos Dagmarze, a następnie zapraszam do lektury mojej rozmowy z jednym z najlepszych polskich wokalistów - Łukaszem Łyczkowskim.

"Moja podróż muzyczna to Mazury i Bieszczady pełne odkryć, zawodów, rozczarowań i uniesień. Dorastać w latach 90' i nie zbłądzić, było wyzwaniem. Przyznaję... błądziłam. Jako nastolatka poznałam co to miłość do Michaela Jacksona, Madonny i innych mniej okazałych gwiazd popu, lecz kiedy dziewczyna dorastać zaczyna… Najbardziej w duszy grał mi rock i blues z małymi porywami do gotyku. Pokonywanie kilometrów, by naładować muzyczne i energetycznie akumulatory, nie stanowi dla mnie problemu. Jest to raczej kolejne wyzwanie. Etat zobowiązuje mnie do odpowiedzialności i obecności w pracy na czas. Wsparcie dla podopiecznych fundacji, w której jestem wolontariuszem, też wymaga poświecenia. Dlatego nieustannie brakuje mi czasu. Aby naładować baterie na kolejnym koncercie, w logistycznych wyzwaniach przechodzę często samą siebie. Te wydarzenia, które są na mojej liście, oddalone są zazwyczaj o setki kilometrów. Ostatnią moją podróżą chcę się z wami podzielić. Moje odkrycie nastąpiło jakieś cztery lata temu [rok 2010 - przyp. autora]. Szukając muzyczki do posłuchania, wędrując po kanale internetowym, wpadła mi w ucho grupa 5 Rano i jej kawałek „Dobry chłopak”.


Pamiętam ten stan euforii... co za charyzma i głos taki brudny, rockowo-bluesowy. Bomba! I wokalista Łukasz „Łyczek” Łyczkowski, wtedy jeszcze taki… po prostu „dobry chłopak”. W tym roku 5 Rano obchodzi 10-lecie działalności [2014 - przyp. autora]. Koncertują i zdobywają rzesze fanów, grając blues-rock, klasyczny rock, rock psychodeliczny, rock’n’roll.

... za górami, za lasami...
To oczywiście tylko pobieżna mapa gatunków chłopaków z 5 Rano. Na koncie mają Grand Prix przeglądu zespołów rockowych na Festiwalu Miłośników Fortyfikacji w Boryszynie i na Lubuskim Derby Muzycznym. Zajęli trzecie miejsce na Spring Rock Festival w Nowej Soli, a Łukasz Łyczkowski uzyskał indywidualną nagrodę dla wokalisty na Las Woda i Blues w Radzyniu. W 2011 roku ukazała się ich pierwsza oficjalna płyta W drugą stronę. Niestety nigdy nie było mi dane wyjść z ram YT i usłyszeć ich na żywo. Łukasz to ambitna bestia. Dwa lata temu [rok 2012 - przyp. autora] można było się o tym przekonać w Chorzowie podczas festiwalu „Ku przestrodze” pamięci Ryszarda Riedla, gdzie 5 Rano wystąpiła na jednej scenie z Leszkiem Cichońskim.

Miło było przekonać się po koncercie, że Łukasz to młody, wesoły i wrażliwy, kochający bluesa i rocka facet, który bez muzyki nie potrafi egzystować i nie potrafi przestać o niej mówić. Dlatego też nie zdziwił mnie kolejny jego projekt. Obecnie [rok 2014 - przyp. autora]  jego wokal można usłyszeć w zespole który skradł moją duszę. W roku 2013 zwyciężyli w konkursie zespołów na Festiwalu RR w Chorzowie. Byli bezkonkurencyjni, absolutnie niewiarygodni, pełni emocji, scenicznej dzikości i podkręconych przez założyciela grupy Smoka Smoczkiewicza dzikich gitarowych solówek i... ta buzująca energia na scenie w takim upale, że stopy przyklejały się do ziemi przez obuwie. Tak... występ Sold My Soul skradł moją duszę. Panowie byli jedynymi, dla których zniosłam skwar na tej patelni, jaką było miejsce koncertu, gdzie nawet aparat fotograficzny się pocił.


I tu zaczyna się podróż… Koncert charytatywny dla mojego przyjaciela w Katowicach. Mimo tak ważnych na początku kariery i drogi scenicznej własnych celów, zespół podobnie jak mój idol, który śpiewał, że „zawsze warto być człowiekiem”, pokazał, że potrafi dostrzec potrzeby innych ludzi i za to zawsze mam do muzyków dużo serca i uznania. Słów uznania i zachwytu nie kryło także wielu moich znajomych i przyjaciół. „Daxa... co za grupa! Jaki performance! Wspaniali muzycy! Mają płytę?” Wiedziałam, że tak będzie. Epidemia ruszyła. Ludzie zaczęli zarażać się muzyką Sold My Soul od Festiwalu. Wraz z przyjaciółmi z Poznania Desą i Łukim uważnie śledzimy losy grupy. W sieci pojawiła się informacja o wydaniu pierwszej płyty. 3-go maja w Krapkowicach w województwie opolskim

Sold My Soul miał swój wielki dzień. Muzycy zaprezentowali swoją debiutancką płytę. Jest plan… Oni są z Poznania., ja z Warszawy. Punkt spotkania Chorzów. Miejsce docelowe Krapkowice. Warszawa - Katowice - Chorzów - Krapkowice - Wrocław - Warszawa. Byłam tam mimo tych wszystkich kilometrów, mimo zimna i deszczu. Proponuję abyście sami sprawdzili, dlaczego przebywałam ponad 11 godzin w podróży, aby przeżyć jedną godzinę koncertu. Na płycie słychać inspiracje ostrym, rasowym rockiem (Black Sabbath, Zaak Wylde, AC/DC). Album jest prawdziwym zbiorem z wrażliwością zaśpiewanych emocji. Słuchając go, czujesz, że nikt tam niczego nie udaje, falujesz od delikatnych drżeń w głosie po porywający wrzask rockowego poweru i czujesz jak ciary przechodzą ci przez kręgosłup.

... żył sobie pewien... dobry chłopak z Sulęcina.
Płyta jest dopieszczona, nagrana z impetem, ostro podkręcona, o europejskim standardzie. Nie może zostać nie zauważona ciężka praca nad warsztatem muzyków. Krążek jest świetnie zagrany, dziki, nieugłaskany, nieodegrany pod publiczkę. Dźwięki pochodzą z duszy, a gitarowy i perkusyjny talent z deserem w postaci niezapomnianego wokalu aż unosi. Nie jestem osobą, która muzycznie zadowoli się szybko. Długo szukałam grupy, która będzie moim zwrotnikiem w muzycznych podróżach. Liczę na to, że uda mi się zarazić ich muzyką chociaż kilkoro z Was. Wiem, że znacie się na rocku i wyczujecie te zagrane z dziką energią, wypływające prosto z duszy emocje.


A jak już zarazicie się… zapraszajcie ich do siebie na przeróżne festiwale i imprezy. Kiedy zejdą ze sceny, będziecie mieli niedosyt, a wiem to z własnego doświadczenia. Dawno nie byłam tak energetycznie naładowana. Dziękuję Wam Sold My Soul, że doceniacie gusta polskich fanów muzyki, Dziękuję za wspaniały koncert. Gratuluję płyty, bo wiem ile Was kosztowała poświęcenia i pracy. Dziękuję wszystkim tym, którzy dali Wam szansę, bo dzięki nim i mi dane było Was poznać i usłyszeć. Jesteście prawdziwi, a prawda i talent obronią się same. Na płycie znajduje się 12 utworów - 3 w języku polskim i 9 w angielskim."
Dagmara "Daxa" Karbowska
-  Blisko 15 ostatnich lat spędziłem w Anglii...

- ...czyli tyle samo, ile istnieje zespół 5 Rano, wraz z którym w piosence "To jest mój Rock & Roll" ubolewam, że tacy ludzie jak ty musieli tam wyjeżdżać. Byli nawet tacy, którzy zarzucili mi wtedy tekstowy populizm, a ja nieustająco zapraszam ich na moją ziemię lubuską, aby naocznie przekonali się, jaka naprawdę jest rzeczywistość, o której ten tekst traktuje.



- Z jakiego miasta pochodzisz?

- Z Sulęcina w województwie lubuskim.

- I cały czas tam mieszkasz?

Herb Sulęcina
- Tak.

- Kiedy po raz pierwszy zorientowałeś się, że posiadasz talent?

- Zawsze uważałem, że mam więcej serca niż talentu i nie jest to wcale fałszywa kurtuazja. Wszystko po prostu wzięło się stąd, że zawsze było mi lżej na sercu, jak sobie pokrzyczałem.

- Ile miałeś lat, kiedy po raz pierwszy wyszedłeś na scenę?

- 19, choć tak naprawdę z pierwszego koncertu ze strachu uciekłem. Po raz pierwszy odważyłem się nie zwiać ze sceny dopiero rok później. Moi koledzy i koleżanki z klasy maturalnej byli w totalnym szoku, ponieważ poza moją mamą nikt tak naprawdę nie miał bladego pojęcia, że śpiewam.

- Miałeś już wówczas własne teksty?

- Geneza moich pierwszych tekstów wywodzi się jeszcze z mojego rozkochania w muzyce hip-hopowej. Można powiedzieć, że mam w sobie coś w rodzaju rozdwojenia jaźni czy konfliktu interesów. Urodziłem się w takim czasie, że kiedy dorosłem, Jarocina nie było, przez co nie miałem w swoim życiu okresu punk rocka, a przecież jakoś trzeba było się buntować. Jedyną formą buntu, jaka wtedy była u nas dostępna był hip-hop, który dumnie stawiał czoła otaczającej nas rzeczywistości. Należę do pokolenia, które przeżyło wybuch hip-hopu i stąd, kiedy mówimy, że w wieku 19 lat po raz pierwszy znalazłem się na scenie, to było to rapowanie, a nie śpiew w tej postaci, z jakiej dzis mnie znasz. Jednocześnie gdzieś tam przecież była też Nirvana, w MTV leciało "Enter Sandman" i wszystko to zaczęło we mnie wchodzić niejako podskórnie i oto masz dziś naprzeciw siebie długowłosego Łyczka rockandrollowca


- Twoja wzmożona popularność datuje się od momentu, kiedy zdecydowałeś się na udział w pewnym programie telewizyjnym. Co to było i jaki wynik wtedy osiągnąłeś?

- Voice of Poland - drugie miejsce.

- Ile miałeś wówczas lat?

- Byłem starym 32-letnim koniem.

 

- Jak sądzisz, czy byłbyś dzis w tym samym miejscu bez udziału w tym programie?

- Niestety, w naszym kraju jest tak, że obecnie jest to w zasadzie jedyna możliwość skupienia na sobie uwagi ludzi i nie będę ukrywał, że w obliczu tej rzeczywistości był to z mojej strony akt desperacji. Nie, na pewno nie byłbym dzis w tym samym miejscu bez tego programu.

fot. Agnieszka Smelka
- Co muzycznie robiłeś pomiędzy 20, a 32 rokiem życia?

- Wpadłem na pomysł, że będę rockowcem i będę miał zespół. W tym roku mija 15 lat od momentu, kiedy to na pięknej ziemi lubuskiej stworzyliśmy uroczy, familijny skład zwany 5 Rano. Nie pytaj mnie o genezę tej nazwy, ponieważ winien jej jest nasz gitarzysta.

- Czyżbyście o tej porze rozeszli się z imprezy?

- (dłuższa konsternacja plus śmiech towarzyszącej Łyczkowi ekipie) Skubany trafił... Długo szukaliśmy nazwy, a że była to wyjątkowo upojna noc, więc w pewnej chwili stwierdziłem - słuchajcie jest 5 rano i ja mam to wszystko już gdzieś. Idę spać.

- Przyznaj się lepiej, że specjalnie czekaliście od czwartej do piątej, bo "Czarny blues o czwartej nad ranem" już był (śmiech).

- I właśnie wtedy gitarzysta głosem nie znoszący sprzeciwu powiedział - i dokładnie tak będziemy się nazywać. To znaczy jak - spytałem. A on, że 5 Rano. Ty chyba głupi jesteś - wypaliłem. Po krótkim śnie rozjechaliśmy się do domów, a za dwa tygodnie zobaczyłem plakaty z napisem... 5 Rano. A teraz ze względu na pragmatyzm sytuacji po"voice"owej nazywamy się jeszcze bardziej beznadziejnie - Łukasz Łyczkowski i 5 Rano.


- Podsumujmy. Byłeś sobie początkującym raperem i nagle strzeliło ci do głowy, że będziesz rockandrollowcem?

- Tak i ten stan chorobowy trwa do dziś. A dziś jesteśmy w miejscu, które na pewno dużo mi w życiu dało oraz blisko osoby, która wywindowała mnie w trochę inne rejony muzyczne, a mianowicie blisko Leszka Cichońskiego, który jest na tyle szalonym człowiekiem, że w 2011 roku podczas Lubuskich Derbów Muzycznych, na których wraz z zespołem 5 Rano startowałem w konkursie, dostrzegł mnie i wpadł na szalony pomysł, że będzie wraz ze mną nagrywał płytę, a ja na tej płycie będę jego wokalistą. No i zaczęło się... Olsztyńskie Noce Bluesowe, Przystanek Woodstock itd...

- Czyli śmiało można powiedzieć, że Leszek Cichoński jest dla ciebie takim muzycznym "ojcem"...


- Tak, Leszek jest moim muzycznym tatą i zresztą często tak do niego mówię, bo to dzięki niemu miałem zaszczyt obcowania z tak wybitnymi muzykami jak Wojciech Karolak, Jorgos Skolias, Tomek Grabowy i wielu innych.

- Ile masz na swoim koncie wydawnictw płytowych?

- Popełniłem kilka płyt zarówno z 5 Rano jak i z zespołem Sold My Soul (demo i pierwsza płyta), z którym nasze drogi rozeszły się w roku 2015. Smok jest tak intensywną osobą, że - owszem - na początku były między nami iskry, ale tak naprawdę poległem ze względu na odległość geograficzną. Dystans Opole - Województwo Lubuskie z czasem zaczął być już dla mnie katorgą i nastąpiło z mojej strony zmęczenie materiału. Odszedłem w związku z moimi problemami ze zdrowiem (wtedy była to akurat operacja kolana), ale poza tym nie wytrzymałem już dłużej tego rozchwiania - tu oficjalna żona, czyli 5 Rano, a tam kochanka, czyli Sold My Soul i w końcu uznałem, że nie mogę na dłuższą metę tak żyć.


- Kiedy ukaże się twoja kolejna płyta?

- Celujemy w rok 2020 rok, bo w związku z tym, że w tym roku obchodzimy 15-lecie istnienia, to na koncertach chcemy jeszcze pograć to wszystko, co na ten czas się składa.

- Tak naprawdę to poznaliśmy się na Facebooku podczas jednej z gorących dyskusji na temat obecnej formuły festiwalu, który kiedyś nosił nazwę Przystanek Woodstock i który przez długie lata był dla mnie wydarzeniem, przed którym do dziś zdejmuję czapkę i kłaniam się nisko. W tej dyskusji ośmieliłem się jednak wyrazić dość krytyczną i zarazem nieco odmienną od hurra zachwytu sporej części rozmówców opinię. 


I nagle nie wiadomo skąd na forum pojawił się niejaki Łukasz Łyczkowski, który postanowił murem stanąć za mną i wyraził o tym wydarzeniu bardzo podobne do mojego zdanie, dzięki czemu hejt, jaki właśnie wszystkimi sieciowymi rynsztokami wylewał się na moją głowę, w jednej chwili zdecydowanie zelżał. I w tym momencie zrodziło się we mnie pytanie - kim jest Łukasz Łyczkowski?


- Jestem starym ,,woodstokowiczem” od ostatniego festiwalu w Żarach w 2003 roku. Niestety latami obserwowałem jego przepoczwarzenie w wielki festiwal, który zatracił swój klimat i w jakiś sposób i ideały tego ,,prawdziwego” Woodstocku z 1969 roku. Wiem, że wszystko się zmienia, młodzi inaczej patrzą na to wszystko. Niestety ja z moimi poglądami, szukający hippisowskiej muzyki i tego typu klimatów nie odnajduję już tego w tym festiwalu. Fasadowe emanowanie pacyfką mnie nie interesuje i wymagam czegoś więcej. Szukam i marzę by w Polsce powstały festiwale wolne od dążenia do zysku, sponsorów bez jakiejkolwiek indoktrynacji. Rock'n'Roll musi, naprawdę musi być od tego wszystkiego czysty. Wiem, że się narażam z takim myśleniem i wiele tracę, ale muszę żyć w zgodzie z sobą.

- Najsmutniejsze w takich dyskusjach jest to, że jeśli ktoś ośmieli się o obecnej formie tej imprezy wyrazić jakąkolwiek negatywną opinię, to natychmiast oblewany jest nie popartym jakimikolwiek argumentami hejtem. I dlatego ogromnie sobie cenię, że nie pojawiłeś się w mojej świadomości jako Łukasz Łyczkowski - finalista Voice of Poland, tylko że zmaterializowałeś się akurat w takim miejscu, w którym opinia takich ludzi jak ty jest niezbędna i pożądana.

- Bo ja nie jestem Łukaszem Łyczkowskim z Voice of Poland. Ja jestem normalnym chłopakiem z Sulęcina.


- Z kilku innych dyskusji, w jakich obaj braliśmy udział, wyczuwam, że posiadasz też bardzo zbliżone do moich poglądy na temat polskiego rynku muzycznego.

- Ja nawet nie nazwałbym tego zjawiska rynkiem. Mówimy tu o dobrze zorganizowanej grupie trzymającej władzę, która w sposób wolny od jakiejkolwiek kontroli spokojnie się rozrasta i bez poczucia winy konsekwentnie blokuje utalentowanym artystom dostęp do dużych mediów i tym samym bezkarnie hamuje ich rozwój. Są to kliki, które wzajemnie się adorują i są to radia, które muszą być opłacane, aby czyjaś sztuka została na ich falach wyeksponowana. Wiesz... kiedy słyszę, że młodzi ludzie mają rzekomo w tych czasach łatwiej, to chce mi się parsknąć śmiechem, ponieważ - i jest to mój największy smutek - nawet w czasach komuny można było o wiele łatwiej dotrzeć do mediów masowych niż ma to miejsce dziś. Poza tym obecnie odpada też selekcja naturalna. Każdy może dziś sobie nagrać płytę, co z drugiej strony jest pozytywem, ale w takim razie nasuwa się pytanie - dlaczego na piedestale jest muzyczny chłam? Ostatnio chciałem nawiązać kontakt werbalny z moją 15-toletnią chrześnicą i zatopić się w tym, czego ona słucha i... jestem przerażony. Należę do pokolenia, któremu w młodości nieobcy był walczący hip-hop, który miał jakiś wyraźnie słyszalny przekaz, natomiast to, co słyszę w muzyce popularnej obecnie, najzwyczajniej mnie przeraża.


- Niedawno od kogoś usłyszałem, że ponoć tylko dwóch wokalistów w Polsce posiada tak silne fan cluby, że jeśli tylko zechcą, to są w stanie spowodować wielomiesięczną dominację swojego idola na jakiejkolwiek liście przebojów. Wiesz o jakie fan-cluby chodzi? Michała Szpaka i Łukasza Łyczkowskiego.

- Tak, mój fan-club to są terroryści! Raz, że serwer ci rąbnie, dwa, że będziesz miał nękanie, spamowanie i groźby karalne... (śmiech)

- Jak udało ci się zorganizować tak sprawnie działającą grupę przestępczą? (śmiech)


- Musisz kiedyś poznać moją mamę i mojego tatę. Wtedy zrozumiesz z czego wynika Łyczek, a Łyczek po różnych przykrych doświadczeniach jako fan stojący przed swoim Panem Muzykiem, do którego wzdychał i miał jego wszystkie płyty i... przez którego został zlekceważony, gdyż nie nastąpił tzw. shake-hand. Jeśli ten brak jakiejkolwiek uwagi i szacunku Pana Muzyka w stosunku do fana, czyli do mnie zdarzył mu się kilkukrotnie, to ja pomyślałem sobie, że jeśli będę kiedyś miał zespół, to nigdy z mojej strony nie może zdarzyć się podobna sytuacja.

Od 15 lat nawet wtedy, kiedy jestem totalnie zmęczony, albo chory, zawsze staram się znaleźć choćby sekundę, aby z moim fanem zamienić przynajmniej kilka słów i nie jest to nigdy sekunda kurtuazyjna. Staram się wtedy chociaż przez chwilę takiej osobie popatrzeć w oczy i podziękować za to, że przejechała aż tyle kilometrów, aby zobaczyć mnie na scenie. Ja dystans z moim fanem skracam do minimum...


- Siła rażenia twojego fan-clubu jak i to, co zauważyłem tuż po twoim występie pozwala mi mieć przekonanie, że z każdym dniem na tych schodach popularności znajdujesz się coraz wyżej.

- Chcę, żebyś wiedział, że ja naprawdę tego nie odczuwam i proszę, abyś nie wziął mnie teraz za jakiegoś zgrywusa, który robi wielkie oczy. Mój status popularności jest obecnie taki, że stoję sobie na jednym z pierwszych stopni tych schodów do nieba. Nie uczestniczę w Męskim Graniu, nie puszcza mnie żadne duże radio, nie chce mnie żadna czołowa wytwórnia, a koncerty załatwiam sobie sam, bo żadna agencja się mną nie zainteresowała.

- Czym zajmujesz się zawodowo?

- Jestem instruktorem terapii zajęciowej w Domu Pomocy Społecznej w Tursku.

- Chciałbyś żyć tylko z muzyki?

- Obecnie na koncertach zarabiam mniej, niż muzyk na weselu. Jeśli traktowałbym muzykę jako sferę ekonomiczną, czyli czysto zarobkowo, to na pewno by mnie to deprymowało, ale w związku z tym, że muzyka jest dla mnie najpiękniejszą formą sztuki, czyli najpiękniejszą formą wyrażania siebie, to cała ta sytuacja nie wpływa aż tak negatywnie na moje samopoczucie. Kiedy 15 lat temu powstawał zespół 5 Rano, już wtedy założyłem sobie, że tu u nas na tym padole łez prawdopodobnie nigdy nie będę mógł żyć z muzyki, dzięki czemu dziś szok jest mniejszy i smutek też.


- Z jednej strony doskonale dostrzegasz to całe zło. Z drugiej strony nie zamierzasz wyjeżdżać za granicę, co notabene bardzo mi się podoba, bo świadczy o twoim przywiązaniu do rodziny i ojczyzny. Rodzi się więc pytanie - jak znaleźć ten złoty środek, czyli w jaki sposób pokonać tę niemoc, która niczym złośliwy nowotwór od lat toczy umysły ludzi, którzy zamiast powiedzieć "stop!", w imię sławy i prostego rachunku ekonomicznego godzą się na artystyczną prostytucję, twórczą bylejakość i na bezkrytyczne podporządkowanie choremu systemowi.

- Od jakiegoś czasu próbuję bić się z tym systemem, szukać jego słabych punktów i o tym wszystkim śpiewać. Jednocześnie mam świadomość, że walczę z czymś, w czym sam w dużym stopniu tkwię. Niejeden raz zadawałem sobie pytanie - dlaczego tyle lat walczę z tą hydrą i nadal jeszcze w tym jestem. Z jednej strony ten system osacza człowieka po to, by poprzez różne kredyty bankowe i inne uzależnienia trzymać go na uwięzi. Z drugiej strony tak bardzo kocham moich bliskich, że nie zamierzam ani na chwilę spuścić ich z oczu i dlatego też nigdy nie przeniosłem się do dużego miasta jak Wrocław, Warszawa czy Gdańsk, choć wielokrotnie miałem taką możliwość.


- Jakie jest największe marzenie Łukasza Łyczkowskiego?

- Budzić się rano i nie iść do pracy niezwiązanej z muzyką, aby móc całkowicie poświecić się komponowaniu i pisaniu tekstów.

- Czego najbardziej ci życzyć?

- Zdrowia i tego, aby moja muzyka była zawsze szczera.

niedziela, 12 maja 2019

Wojtek Olejniczenko zaprasza 25 maja do wrocławskiego klubu Czasoprzestrzeń na koncert wrocławskich kapel ostrego łojenia: Crimson Valley, Issel i Panzerhund oraz James Button Band ze Szczecinka!





Dla mnie zawsze najważniejszy był człowiek - z kamiennogórską malarką Bernadetą Nowak rozmawia Sławek Orwat

Moje spotkanie z Bernadetą Nowak w kamiennogórskiej restauracji "U Leszka"







Kamienna Góra i okolice to rodzinna ziemia oraz miejsce pracy twórczej artystów wielu dziedzin. To tu mieszka i tworzy zwycięzca jednej z edycji Must Be The Music - zespół Sachiel, to właśnie w Kamiennej Gorze możemy na co dzień spotkać sympatycznych młodych ludzi z zespołu Porażeni, a jest to  jedynie "wierzchołek góry lodowej" tego wszystkiego, co artystyczny świat Kamiennej Góry ma do zaoferowania. O twórczości Bernadety Nowak dowiedziałem się dość przypadkowo. Wskutek przeróżnych dziwnych kolei losu, 17 września pojawiłem się w Polsce, a ściślej  mówiąc w Karkonoszach. Aby co nieco dowiedzieć się o środowisku muzycznym regionu, zacząłem regularnie kupować wychodzący w Kamiennej Górze (nieistniejący już) Regionalny Tygodnik Informacyjny (RTI). Bernadeta Nowak zaciekawiła mnie najbardziej faktem, iż pośród wielu innych swoich wspaniałych dzieł, jest też autorką niezwykłego cyklu "Moje Fascynacje Muzyczne", w którym ta urocza artystka uwieczniła twarze największych herosów jazzu i rocka - w tym przede wszystkim tego oldskulowego. Tyle tytułem wstępu, a teraz już z radością zapraszam do lektury.


- Nieprzypadkowo rozpocząłem nasze spotkanie od lampki wina. Powiedziałaś kiedyś, że impreza nie jest dobra bez ludzi z poczuciem humoru i... dobrego wina.

- Święta prawda (śmiech), ale przede wszystkim jednak bez ludzi z poczuciem humoru.

- Twoją maksymą jest cytat z książki Romaina Rollanda "Colas Breugnon".

- Moja ukochana!

- "Nie ma smutnych czasów, są tylko smutni ludzie."

- Tak, to prawda.

- A czy nie uważasz, że widzi się dziś coraz więcej smutnych ludzi? Nie wypominając nam wieku, w czasach naszej młodości chyba więcej radości było w ludziach pomimo, że czasy łatwe przecież nie były?

- Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że współcześni ludzie tak naprawdę nie mają się czym smucić. Zdrowie mają, pieniądze mają, a jak tak dokładniej się przyjrzeć, to najbardziej cieszą się życiem ci, którzy mało mają, ale coś ich tam kręci. Jeżeli życie się jakoś układa, jest zdrowie, rodzina, są dzieci, wnuki, jeśli można realizować swoją pasję i cieszyć się tym, to czego jeszcze nam trzeba?

- Pamiętasz swój pierwszy sprzedany obraz "Senne żeglowanie"?

- Ojoj! To jeden z pierwszych, jakie w ogóle namalowałam.

- W dobre ręce trafił?

- W dobre, za nieduże pieniądze, ale rozpierała mnie radość...

- Czym różniła się tamta twoja zabawa w malowanie od tego, co robisz teraz?

- Były to początki mojego szaleństwa. Wszystko zaczęło się około 10 lat temu tak całkiem na hurra! Spotkałam na portalu Nasza Klasa moją dawną koleżankę, świetną kanadyjską artystkę o międzynarodowej renomie Krysię Sadej, która podobnie jak ja, także pochodzi z Krynicy i tak od słowa do słowa opowiedziałam jej, że od niedawna maluję do szuflady. Ona na to: to pokaż. Wysłałam jej zdjęcia, a ona: rany boskie, rewelacja! I zrobiła mi stronę, gdzie umieściłam moje wszystkie pierwsze obrazy, w tym także "Senne żeglowanie".

- Jak on wyglądał?

- Szczegółowo już nie pamiętam. Był na papierze i był jak sen, jak marzenie. Patrząc na niego czułbyś się, jakbyś skoczył w morską toń.


- Nigdy wcześniej nie malowałaś?

- Zawsze coś tam malowałam, ale wiesz... praca dom, rodzina a przede wszystkim dzieci, które zawsze były dla mnie najważniejsze. Potem to już jakoś samo poszło... Boże kochany... dzień i noc.




- Przeczytam ci pewien tekst. Ciekaw jestem, czy zgadniesz, co to jest.

- (śmiech)

Jesteś dzieckiem księżyca i wkrótce,
Mam wrażenie, że sprawię że uśmiechniesz się na zawsze
Po prostu daj mi znak, a ja pokażę ci mój plan.

Jesteś smutnym dzieckiem, prawdziwym dzieckiem
Postaram się pomalować niebo na zawsze na niebiesko,
Po prostu daj mi znak, a ja pokażę ci mój plan.

Powiedz mi, dlaczego jesteś taka smutna?
Czas przelatuje jak ziarna piasku,
Po prostu powierz swoją przyszłość w moich rękach.


- Nie wiem, co to jest.

- Jest to tłumaczenie utworu "Moonchild" Rory Gallaghera.

- O Boże! To był mój pierwszy obraz z serii wielkich mistrzów rocka.

- To wiem z twojej biografii, ale wiesz, co mnie najbardziej zastanawia? Nie znałaś wcześniej tego tekstu po polsku, nigdy go sobie nie próbowałaś przetłumaczyć, a zauważ, co w nim jest. Jest o malowaniu, jest o smutku, o którym mówiliśmy na wstępie, a teraz padnie pytanie, które nasuwa się samo: co pomimo nieświadomości znaczenia tego tekstu, który dotyka przecież i twojej wrażliwości i samego malarstwa sprawiło, że zaczęłaś swoje fascynacje muzyczne właśnie od Gallaghera?

- Ja kocham rocka we wszystkich jego odmianach, ale z Gallagherem to był jakiś rodzaj impulsu. Usłyszałam "Moonchild" i od razu sobie pomyślałam: muszę go namalować! Ja w ogóle maluję bardzo spontanicznie, więc siadłam i tak się to wszystko zaczęło. Wiesz... to była taka jazda, że potem przez dwie noce w ogóle nie spałam. Zawsze tak mam po namalowaniu obrazu z serii Moje Fascynacje Muzyczne, bo to jest jedna, wielka emocja. Muzyka głośno gra, farby się mieszają, toczę dialog z artystą...

Rory Gallagher - obraz autorstwa Bernadety Nowak
- Gdzie ten obraz teraz wisi?

- Dokładnie teraz do końca stycznia wisi na wystawie w Jeleniej Góry w Domu Kultury Muflon.

- Znasz biografię tego muzyka?

- Wiem tylko, że był samotny i szybko umarł.

- Zmarł w wieku 47 lat w Londynie, a urodził się w niewielkim miasteczku Ballyshannon w najbardziej na północ wysuniętej części Irlandii. Był chyba jednym z najbardziej niedocenionych gitarzystów. Chociaż nigdy nie zbliżył się do popularności takich wirtuozów "wioseł" jak Eric Clapton, czy Jeff Beck, to o jego klasie niech świadczy fakt, że po odejściu Ritchiego Blackmore’a z Deep Purple, właśnie on dostał propozycję dołączenia do tej legendy i co ciekawe... z tego daru losu nie skorzystał.

- Czyli, że był aż takim indywidualistą?

- Można tak to ująć. Z relacji osób, które miały szczęście słuchać jego gry na żywo wynika, że posiadał niesamowitą swobodę w poruszaniu się po skalach oraz ogromną łatwość improwizowania, co predestynowało go - gdyby tylko chciał - do zrobienia kariery jazzowej. Podobno o ile pod względem wirtuozerii Gallagher słusznie porównywany był do Blackmore’a, o tyle pod względem wrażliwości i bluesowego feelingu znacznie go przewyższał, a jego wielkość i wyjątkowy talent najlepiej można było usłyszeć właśnie podczas koncertów, które stanowiły kwintesencję jego życia.


- Kiedy tak słucham tego, co mówisz, to po raz kolejny uświadamiam sobie, że nasze pokolenie posiada szczególną wrażliwość słuchania i delektowania się tymi wszystkimi drobnymi smaczkami, do których współcześni muzycy chyba nie przywiązują aż takiej wagi. Z drugiej jednak strony, być może cechujemy się po prostu wiernością pewnym ideałom i bezkrytycznie hołdujemy tamtym mistrzom, bo przecież i dziś są artyści, którzy tworzą dobrą muzykę, a to, że my słyszymy coś więcej w grze tamtego pokolenia, zwyczajnie może wynikać z naszego sentymentu do młodości chmurnej i durnej, jak i do tego, że tamto pokolenie przecierało w muzyce kompletnie nowe szlaki, wyznaczało nieznane dotychczas kierunki i po prostu stawiało fundamenty rockowego grania i towarzyszącej mu buntowniczej ideologii.

- Rozpoczęłaś od Rory Gallaghera, a potem to już wszystko poszło niejako za ciosem. Czym kierowałaś się wybierając właśnie te, a nie inne postaci i na przestrzeni ilu lat to trwało?

- Półtora roku, niecałe dwa lata...

- Tak krótko i aż tyle wspaniałych portretów!?

- One zawsze powstawały pod wpływem jakiegoś impulsu. Siedzę sobie kiedyś na przykład z moim kolegą - wielkim fanem Pink Floyd, który opowiada mi, że Waters tak świetnie teraz wygląda i daje wspaniałe koncerty, że koniecznie muszę obejrzeć jego koncert. Obejrzałam i... padłam z wrażenia. 72 lata, a taka w nim piękna, młoda energia.


- Ale zauważyłem, że z reguły wolisz malować twarze z czasów ich młodości.

- Nie wszystkich. To zależy. W różnych momentach ich maluję i nie zawsze musi być młody, żeby mnie zafascynował. Coś musi być w jego spojrzeniu i czymś musi mnie ująć. To chyba w Meksyku był ten koncert "Ściana" oczywiście już bez Floydów i wtedy nadszedł ten impuls...

- Wśród tych wszystkich wielkich muzyków bohaterami twoich obrazów są również artyści jazzu... 

Louis Armstrong - obraz autorstwa Bernadety Nowak
- Ja kocham jazz. Zawsze, gdy chcę się trochę wyciszyć, kiedy już zanadto trzymają mnie emocje, to dla ich złagodzenia często włączam właśnie jazz.

- Pamiętam portret Billie Holiday.

- Uwielbiam ją i to tak dzięki synowi trochę, bo on w różnych kierunkach oscyluje muzycznie.

- Jest też Ella Fitzgerald, jest Luis Armstrong, jest nawet Cesaria Evora, którą trudno zaszufladkować gatunkowo.

- Uwielbiam Cesarię Evorę! To jest kobieta - balsam dla duszy, normalna, wspaniała kobieta! Nie mogłabym jej nie uwiecznić. Pozwól, że ci się czymś pochwalę. Odezwała się do mnie pewna pani, która napisała książkę o Cesarii. Kiedy przyjechała do Polski, napisała do mnie maila, w którym było stwierdzenie, że gdyby Cesaria zobaczyła swój portret mojego autorstwa, to na pewno by się jej spodobał i by go kupiła. Chwilę później zapytała, czy mogę jej go sprzedać. Nie zgodziłam się, bo jakoś nie mogę się zdobyć na sprzedawanie moich muzycznych obrazów i przede wszystkim chciałam je powystawiać, pokazać ludziom. Czuję także do nich jakiś szczególny sentyment, a muszę ci powiedzieć, że mają one szczególne branie. Stawiam na razie tak zaporowe ceny, że ludzie dość szybko rezygnują (śmiech).


- Czytelnicy by mi nie wybaczyli, gdybym nie spytał, jaka to jest ta twoja zaporowa cena.

- Z reguły jest to 5000 zł.

- No... powiem ci, że znam ludzi, a może bardziej środowiska, które - kto wie? - mogłyby wysupłać te 1300 funtów, powiesić sobie na przykład Micka Jaggera nad łóżkiem i poczuć ogromną satisfaction (śmiech).

- To daj mi na nich namiary (śmiech). Tu w Polsce jest inaczej. Wielu ludzi myśli kategoriami, że siedzi sobie kobiecina, macha tym pędzelkiem i potem za stówkę, czy za 50 zł. opchnie te swoje malowidła. A to są tak nieopisane emocje i takie odczucia, że nie możesz tego tanio sprzedać. Najpierw obcujesz z tym człowiekiem, gdzieś tam w środku rozmawiasz z nim, słuchasz tej jego muzyki od lewa do prawa, od prawa do lewa... Podobne emocje i odczucia są przy malowaniu przeze mnie obrazu każdej innej treści.

- Patrząc na te wszystkie portrety, można zauważyć, że obok tych muzyków, którzy odeszli już na "Drugą Stronę", wielu z bohaterów twoich dzieł szczęśliwie ma się świetnie, jak choćby Robert Plant, Eric Clapton, James Hetfield, Ian Gillan, wspomniany Mick Jagger, czy Tina Turner. Myślałaś kiedyś, aby wysłać im zdjęcia ich portretów, które wyszły spod twojego pędzla i poczekać na ich reakcję?

- A pomożesz mi znaleźć te kontakty?

- Postaram się. Niedawno mój radiowy kolega z irlandzkiego Dublina Tomasz Wybranowski przeżył niesamowitą ucztę muzyczną w postaci koncertu Roberta Planta, który również jest w twojej kolekcji rockowych herosów.

- A zaczęło się od "Pieśni imigranta", kiedy to wspominałam sobie, jak to chciałam kiedyś wyjechać do Stanów i nie dano mi dwukrotnie wizy... a zresztą może i dobrze.


- "Po prawdzie wielce fascynującą osobą nie jestem... pochodzę z Krynicy Górskiej, gdzie jako dziecko miałam okazję przypatrywać się jak tworzył Nikifor." - napisałaś mi kiedyś o sobie. Popełniłbym poważny grzech zaniedbania, gdybym o ten wczesny etap twojego życia cię nie zapytał bardziej szczegółowo. Spotkać oko w oko człowieka, który nie tylko znał osobiście tego wybitnego artystę, ale jeszcze na dodatek dane mu było go podpatrywać podczas pracy twórczej, to - sama przyznasz - wyjątkowy dla mnie dar losu. Ile miałaś wtedy lat?

- Byłam małą dziewczynką.

Nikifor Krynicki, właściwie Epifaniusz Drowniak
polski malarz łemkowskiego pochodzenia
- Jak to jest obcować z kimś takim jak Nikifor?

- Wówczas była to dla mnie taka postać trochę egzotyczno-dziwaczna. Mieszkał przez jakiś czas na tej samej ulicy, co ja, a była to ul. Kościuszki, w willi Orlęta. Opiekował się nim wtedy krynicki artysta malarz Marian Włosiński, z którego córką Alą chodziłam do szkoły. No cóż... on siedział i - pamiętam - rysował nam różne obrazki, które przynosiłam potem z koleżankami do domu, a ojciec darł się i je wyrzucał do kosza, bo Nikifor miał gruźlicę i wiadomo - ojciec bał się zarazków. Z żadnej artystycznej rodziny się nie wywodzę, w związku z czym nikt w domu nie miał tego czuja, żeby wiedzieć, czy to jest coś warte, czy nie. Nieraz śmiejemy się z koleżankami, że gdybyśmy wtedy zatrzymały chociaż kilka tych obrazków, nasze portfele byłyby o wiele zasobniejsze...

- Czy wspominasz jakieś konkretne rozmowy z Nikiforem?

- Wiesz, on miał problemy z prawidłowym artykułowaniem.

- Trudno mu się w zasadzie dziwić, skoro jego mama, która go samotnie wychowywała, była osobą głuchoniemą.

- Poza tym dodatkowo miał jakieś anatomiczne problemy z narządami mowy.


- W tej owianej mgłą tajemnicy biografii Nikifora najbardziej zainteresował mnie wątek, który - jak przypuszczam - mógł mieć wpływ także i na twoje malowanie. Twórczość Nikifora odkryta została w 1930 roku przez ukraińskiego malarza Romana Turyna, który zapoznał z nią polskich i ukraińskich malarzy kapistów przebywających wówczas na emigracji w Paryżu, którzy przede wszystkim zwracali wówczas uwagę na jego bezbłędne operowanie kolorami. Kiedy patrzę na twoje obrazy, właśnie kolor jest tym elementem, który najbardziej przykuwa moją uwagę. Czy podglądanie Nikifora mogło mieć nieświadomy wpływ na twoje malarstwo w tym konkretnym znaczeniu?

Nikifor podczas pracy
- Ciężko mi jest na to pytanie odpowiedzieć. Podobno albo ktoś się rodzi kolorystą, albo nie. Ja mam takie odczucie, że jak kładę kolory i coś mi w nich nie pasuje, robi mi się niedobrze. Po prostu patrzę i wiem...

- "Czucie i wiara silniej mówi do mnie...

- ...niż mędrca szkiełko i oko"...

- Jak radził sobie Nikifor w tym szarym, codziennym, pozaartystycznym życiu?

- Kojarzę, że niedaleko mojej babci była taka rodzina, która przyjmowała go na zimę. Kiedy się u nich pojawiał, to niejednokrotnie rozcinano na nim ubranie, bo jak powszechnie wiadomo Nikifor był bardzo zaniedbany, nie mył się, przez kilkanaście lat nie zmieniał odzieży, a potem... nagle okazało się, że rozsławił Krynicę na cały Świat.

- No właśnie... Jakie masz odczucia z perspektywy tych kilku dziesięcioleci, kiedy wspominasz tę niezwykłą postać? Czujesz się wyjątkowa, że miałaś okazję z nim tak blisko obcować?

- Czy wyjątkowa? Chyba nie jest to dobre słowo. Ja po prostu cieszę się tym, że dane mi było przebywać z człowiekiem, który tyle obecnie znaczy dla naszej kultury.

- Gdybyś miała sama określić, jaki wpływ tamten niezwykły czas miał na twoje malarstwo i czy w ogóle miał, to czy odnajdujesz coś? 


- Jego wpływ na mnie to chyba najbardziej idea, że można coś robić na przekór wszystkiemu i wszystkim. To jest tak, jak z tym bacą, który "jak mo cas, to myśli, a jak ni mo, to ino myśli". I ja właśnie tak sobie nieraz siądę i myślę (śmiech)... A tak poważnie, to... bardzo trudne momenty miałam nieraz, różne przykrości, ktoś tam próbował złamać moją wartość, obśmiać i skierować mnie na zupełnie inne, obce mi tory. I właśnie w takich chwilach inspiracja Nikiforem dawała mi najwięcej sił do wytrwania. Uparłam się, że będę robiła swoje na przekór wszystkim, którzy chcieliby mnie widzieć inaczej. Przychodziłam do domu, brałam farby, płótna, robiłam i głęboko czułam, że to jest właśnie to, że to jest to moje szczęście i że życia już sobie bez tego nie wyobrażam. Ja się podczas malowania bardzo uspokajam. Nawet mąż i synowie zadają mi nieraz pytanie, gdy długo nie maluję: co się z tobą dzieje? A ja wtedy odpowiadam: odpoczywam.

Obraz autorstwa Bernadety Nowak
- "Jestem mamą, babcią, a od maja szczęśliwie na emeryturze - szczęśliwie bo myślałam, że dostanę rozdwojenia jaźni od tej mieszaniny - pasja i praca w sanepidzie... Nijak nie konweniowało" - zwierzyłaś mi się kiedyś.

- "Bigos i sernik w jednej szklance" - jak mawiał dziadek Poszepszyński (w tej roli Jan Kobuszewski) w humorystycznym słuchowisku radiowym, napisanym prze Macieja Zembatego i Jacka Janczarskiego...

- Pamiętam! Lata 80-te i codzienny bieg ze szkoły, aby koniecznie zdążyć na trójkową Powtórkę z rozrywki (śmiech).

- Pracując, malowałam przez te 10 prawie lat. Kiedy jednak opuszczałam jedno miejsce, aby znaleźć się w tym drugim, to dostawałam jakiegoś rozdwojenia jaźni. Zdarzało się, ze ktoś przychodził, coś ode mnie chciał, a ja właśnie w głowie malowałam obrazy. Na szczęście miałam w pracy świetną koleżankę, która niejednokrotnie mnie "ratowała". Jestem jej wdzięczna do dziś...

- Mam wrażenie, że w twoich obrazach często jest impresja, że nieustannie starasz się uchwycić będącą w nieustannym ruchu rzeczywistość. Chociażby ci fantastyczni muzycy, którzy podczas ich scenicznego szaleństwa zastygli na twoich obrazach w bezruchu, a jak doskonale wiesz, w przypadku artystów rocka, złapanie ich w jakiejś szczególnie atrakcyjnej dla widza pozie wymaga niesamowitych zdolności także w przypadku mistrzów obiektywu, a cóż dopiero złapać tę ulotną chwilę pędzlem.

- O to mi właśnie chodzi. Emocja u człowieka tak mnie zachwyca, że mogłabym nawet tłuc głową o ścianę, ale i tak pokaże ją światu. Nieraz siadam i płaczę, albo malując cały tydzień, potrafię nieraz zamalować cały obraz, jak mi coś nie wyjdzie i maluję go od nowa.


- "Kieruje mną tylko intuicja i wielka miłość do malowania." - powiedziałaś kiedyś.

- Tylko!

- Kiedy odkryłaś u siebie ten zew do malowania? Czy zanim po raz pierwszy wzięłaś do ręki pędzel, to już wiedziałaś, że będziesz to robić, czy był to impuls?

- Ja zawsze malowałam. Już w szkole podstawowej malowałam dzieciom zadane przez panią tematy na lekcji. Rodzice jakoś u mnie tego nie wyczaili, a jeżeli już, to nie traktowali tego poważnie. Kiedy chciałam iść do szkoły plastycznej w Zakopanem, do Kenara, to ojciec mi powiedział: "nie będziesz mi tu sklepów dekorować!". Poszłam wiec do technikum chemicznego, a po technikum znowu nie udało mi się pójść w tym kierunku, ponieważ tuz przed maturą trochę żeśmy z klasą narozrabiali (śmiech).

- Cóż takiego zmalowałaś? (śmiech)

- Poszliśmy nad Dunajec poskakać do wody, mieliśmy piwo i... zawiesili nas. Teraz nic by z tego nie było, ale wtedy czasy były inne i tolerancja także. No i tak oto pożegnałam się z marzeniami o szkole plastycznej, a miałam już nawet przygotowane pewne prace, które miały mi pomóc, aby się tam dostać. Pamiętam nawet przemówienie dyrektora: "w naszej szkole są wrzody! Ale my te wrzody poprzecinamy!" I zaraz potem poleciały nazwiska. Pamiętam też, że w ramach buntu ubrałam wówczas ojca GOPR-owski sweter i dżinsy sztruksowe, na których były "wyskubane" nazwy zespołów: Deep Purple i Black Sabbath. Było tam jeszcze ok 10 takich Wrzodów jak ja i wszyscy usłyszeliśmy od dyrektora: "my wam nie będziemy stać na przeszkodzie w zdaniu matury, ale droga na studia jest dla was zamknięta". Przez ten wilczy bilet prawie wszyscy ci ludzie niemal natychmiast powyjeżdżali i kiedy po latach wszyscy spotkaliśmy się, to właśnie to spotkanie klasowe było to dla mnie takim pierwszym impulsem do malowania portretów.


- Od kiedy mieszkasz w Karkonoszach?

- Od 30 lat. Cała młodość przypadła mi na Krynicę, ale zanim osiadłam w Kamiennej Górze, najpierw wyjechałam na Górny Śląsk. Wiesz dlaczego? Bo tam odbywały się fajne koncerty.

- Zauważyłem, że muzyka od zawsze musiała być istotnym elementem twojej codzienności. Kiedyś powiedziałaś takie słowa: kolory, światło, radość, smutek, zachwyt, oszołomienie urodą Świata sprawiają, że sięgam po pędzel próbując uwiecznić "muzykę mojego serca".

- No tak... kolory, smutek, radość, czyli to wszystko, co w danej chwili w duszy nam gra. Maluję, kiedy jestem szczęśliwa, maluję, kiedy jestem smutna, zawsze jest jakaś motywacja. Jak jestem radosna, to kolory wtedy same idą, a jak jestem smutna, to tak długo maluję, aż stanę się radosna.

- Częściej jesteś...

- Zdecydowanie radosna. Owszem, miewam czasem takie doły, że wygrzebać się z nich nie mogę i wtedy zawsze sobie mówię: Bernatka weź się zbierz się do kupy durna babo! (śmiech).

- "Wierzę, że na widok moich prac zaczynają patrzącym błyszczeć oczy i wypełniają się wzruszeniem" - napisałaś kiedyś. Często to widzisz?

- Tak i jest to dla mnie ogromna nagroda. Ważne dla mnie też jest, kiedy ktoś coś do mnie napisze. Ja bardzo potrzebuję dobrych słów. Bardzo mnie ranią złe słowa, chociaż teraz już znacznie mniej, niż kiedyś. Najgorsze jest mówienie oszczercze.

- Tak, hejt jest trudny do przyjęcia. Zawsze powtarzam, że jeśli ktoś ma coś do mnie, to zapraszam go do rozmowy na argumenty. Niestety, w dobie Internetu hejtowanie jest na porządku dziennym, a rzucanie oszczerstw i obrażanie kogoś jest praktycznie bezkarne. Dawniej istniało pozytywne zjawisko zwane krytyką. Ignacy Krasicki napisał w Monachomachii, że "prawdziwa cnota krytyk się nie boi". Dziś tę zdrową, rzetelną formę dysputy coraz częściej zastępuje ordynarny hejt i jest to rzeczywiście dramat naszych czasów.


- Nieraz trzeba by mieć słoniową skórę, żeby przejść nad tym do porządku dziennego.

- "Malowanie mnie uszczęśliwia i uskrzydla powodując, że staję się silna wewnętrznie i potrafię pokonać prawie wszystko co mnie zasmuca"- znalazłaś w końcu antidotum na zło tego świata.

- Czasami jest to zło, które nie dotyka bezpośrednio mnie. Nieraz wystarczy nawet, że obejrzę wiadomości i jestem czymś głęboko poruszona, a jeśli już coś złego dotyka moich najbliższych, to działa to na mnie okropnie, działa do bólu, chociaż zazwyczaj nigdy tego nie okazuję, bo po co im jeszcze mam dokładać. Kiedy przypomnę sobie nieraz moją śp. mamę, to ona też taka była. Nieraz słyszałam jak w nocy płakała. Była taką ostoją, wsparciem, a kiedy wchodziła do domu, to wszystkie problemy same znikały

- "Inspiruje mnie gwałtowne, chwilowe wzruszenie". Co najbardziej cię wzrusza?

- Ludzka twarz, z której wszystko można wyczytać. Jej malowanie to dla mnie swoista terapia. Uwielbiam wieczory i noce! Są bardzo inspirujące. Jest noc, siedzę szczęśliwa przed sztalugami, a kolory wirują mi w głowie.

- "Bach, Elvis czy Madonna Obojętnie. Byle 'wcisnęło w ziemię' i spowodowało chwilową utratę tchu". Jaka muzyka wciska cię najgłębiej?

- Przede wszystkim jest to głos. W głosie jest coś takiego, co mnie zatrzymuje. Czasem jak stanę zasłuchana w czyjś głos, to nie ma końca. Poza tym mimika twarzy wykonawcy podczas koncertu, w której odbija się każdy najdrobniejszy element przeżywania.

- Pierwsza wystawa twoich prac odbyła się w kamiennogórskiej Galerii "Lotos" w roku 2010 i chociaż z każdym kolejnym rokiem było ich coraz więcej, to miały one wciąż charakter lokalny. Jednak już w roku 2014 twoje prace pojawiły się po raz pierwszy w zakopiańskim Art Parku i we wrocławskiej Bibliotece Letniej.


- Koleżanka z Kanady, o której wspominałam ci na wstępie, miała wystawę w Zakopanem, którą zorganizowała jej zakopiańska artystka Ewa Bartosz-Mazuś pracująca w Centrum Kultury. Zaproszono mnie, pojechałam i pozmawiałam z dyrektorem galerii z panem Krzysztofem Jędrzejowskim. Krysia i Ewa zareklamowały mnie... Dyrektor zaproponował mi wystawę i tak to się wszystko zaczęło. Miałam w Zakopanem dwie wystawy. A jeśli chodzi o Wrocław, to kilka wystaw w tym okresie tam miałam. Nie pamiętam już dokładnie ile. Może 5, może 6. To było Dolnośląskie Stowarzyszenie Artystów Plastyków, to była Galeria "YPSOS" i "Promyk" oraz Dom Kultury "Bakara", dwie biblioteki i Klub 4 - Regionalnej Bazy Logistycznej...

- W 2016 twoje obrazy po raz pierwszy pojawiły się we Francji.

- Tak, nasze miasto współpracuje z francuskim Vierzon, a człowiek, który tam działa jest szefem organizacji La Palette du Monde (Paleta Świata), do której należą malarze z całego świata. Zostałam tam zaproszona na XXII Międzynarodowy Festiwal Sztuk - Salon Jesienny. Pomijając już, że zostałam wtedy zwerbowana do tej organizacji, to na dodatek moja praca "Akt w zieleni i fiolecie" otrzymała wówczas Drugie Grand Prix


- Tego samego roku była jeszcze Bawaria.

- Bawaria to był plener na Zamku w Adelsdorf. Wiesz... kiedy wchodzi się w ten świat, to dość szybko tworzy się taki łańcuch informacji i w błyskawicznym tempie poszerzają się możliwości promowania siebie i prezentowania swoich prac. Oczywiście jeżeli podobają się one organizatorom.

- Wspomniałaś rok 2016 i francusko-niemieckie sukcesy twoich obrazów, ale tak naprawdę po raz pierwszy poza granicami Polski twoja twórczość pojawiła się w roku 2015 w czeskim Lanckorun.

- Gdybyś o tym nie wspomniał, to - uwierz mi - umknęłoby mi to uwadze. W pewnym momencie nabrało to wszystko takiego tempa, że straciłam już trochę rachubę i rzeczywiście kojarzę teraz to wydarzenie. Muszę ci powiedzieć, że mieszkam na IV piętrze w bloku, a moje obrazy są dosyć duże i z każdym rokiem mam coraz mniej sił, w związku z czym coraz częściej proszę zainteresowane moimi pracami galerie o fizyczną pomoc w transporcie w obie strony. Mąż już zaczął nawet kiedyś z tego powodu żartować - weź ty zacznij w końcu pocztówki malować (śmiech).

- Co jest dla ciebie w malarstwie najważniejsze?

- Dla mnie zawsze najważniejszy był człowiek. Czasami maluję też portrety na zamówienie. Uwieczniłam już wielu ludzi z Kamiennej Góry w tym byłego Burmistrza, ludzi z Niemiec, Kanady, USA, Ukrainy, Włoch, Szwajcarii.

 - Gdzie i w jakich okolicznościach rozpoczęła się promocja twojej twórczości?

- Ten świat malarski zaczął się dla mnie od kamiennogórskiej kawiarni "Lotos" i jej właścicielki pani Bożenki Ziemiańskiej, która jest w naszym mieście szanowanym mecenasem sztuki. Tam mnie zarekomendowano, tam przyniosłam po raz pierwszy swoje prace i tam się ta moja przygoda tak naprawdę zaczęła. Konkluzja nasuwa się sama - bez ludzi nie ma nic.

- Napisałaś kiedyś, że Album "Moje fascynacje muzyczne" powstaje pod wpływem wspomnień, kontaktów z ludźmi, oczarowania poszczególnymi utworami i jeszcze z wielu innych względów. Przed i pomiędzy jest jeszcze trochę do opowiedzenia. Może na zakończenie tej naszej rozmowy zdradzisz te tajemnicze "inne względy", czyli to, co jest "przed i pomiędzy"?

- Przed i pomiędzy powstają nowe fascynacje i "świeże" oczarowania. Malowanie uczy mnie pokory. Im więcej maluję, tym bardziej widzę, jak wiele jeszcze nie umiem.

sobota, 11 maja 2019

Teatr przenika do DNA - z mieszkającą w Polsce ukraińską śpiewaczką, aktorką, kompozytorką i eseistką Roksaną Vikaluk rozmawia Sławek Orwat

Roksana Vikaluk (fot. Wolfram Spyra)

Sławek Orwat: Znajdujemy się w Teatrze Polskim we Wrocławiu - scena im. Jerzego Grzegorzewskiego. Zagrasz dziś główną rolę muzyczną w spektaklu "Xięgi Schulza" w reżyserii Jana Szurmieja. Jak trafiłaś do Wrocławia i z czym kojarzy ci się ten dzień?


Roksana Vikaluk: To był marzec 2018. Poranek był chłodny, ale słoneczny i wspaniały pod każdym względem. Przyjechałam do Wrocławia wczesnym świtem tuż po premierze "Chumesz lider" w Teatrze Żydowskim w Warszawie, z którym współpracuję od wielu lat. Jan Szurmiej powiedział - odsapnij. Wypiłam kawę i już po chwili oprowadzał mnie po Teatrze, opowiadał mi jego historię i podkreślał swoje przywiązanie. Opowiedział mi także o tym, jak paliła się scena główna oraz o jej odbudowie. I rzeczywiście przód sceny Teatru Polskiego jest nowy, ale jego serce jest stare.

Z mamą i tatą w rodzinnym Ternopilu - 1978
- Jako licealista, w latach 1979 - 1983 obejrzałem tu niemal wszystkie spektakle z tego okresu. Należałem wtedy do pamiętnego "Klubu 1212", którego nazwa pochodziła od ilości miejsc na widowni. Dzięki przynależności do tego klubu mogłem spotykać się z takimi znakomitościami teatru tamtych czasów jak: Kazimierz Dejmek, Igor Przegrodzki czy Jerzy Krasowski.

- O tych osobistościach Jan Szurmiej także wspominał.


- Urodziłaś się w Tarnopolu. Jakie posiadasz korzenie narodowościowe i w jakich okolicznościach znalazłaś się w granicach Polski. 

- Z pochodzenia częściowo jestem Ukrainką, częściowo Żydówką, a że w Polsce spędziłam już niemal połowę życia, Polskę traktuję jak swoją drugą ojczyznę. 


Ternopil 1980


- Jakim miastem jest Tarnopol?

- Jest to pełne zieleni, zadbane miejsce wypoczynku i rekreacji z jeziorem i zamkiem położonymi w samym centrum. Turystów w Tarnopolu jest więcej, niż hotele są w stanie pomieścić. W 1939 roku miasto zostało sowietyzowane. O jego polskich korzeniach mówiło się tyle co nic, i że nazwa Tarnopol pochodzi od "tarnowe pole", nie od jego założyciela hetmana Jana Amora Tarnowskiego.


Jednak duch sowiecki był tam mało wyczuwalny, a teraz zanika całkowicie. Ternopil (nazywa się tak od 1945 r.) należał i należy nadal do najbardziej świadomej części Ukrainy, czyli do zachodniej. Obecnie mieszkańcy znają historię swojego miasta i szanują jego polskie korzenie. Wiele mieszkańców swobodnie posługuje się też językiem polskim.

Ternopil 1984
- Mówiłaś płynnie po polsku, kiedy tu przyjechałaś?

- Orientowałam się w języku polskim. W związku z tym, że moja rodzina - tata i mama są wielkimi miłośnikami Polski, a zwłaszcza polskiej kultury, radio zawsze grało u nas po polsku. Mieliśmy też polskie czasopisma. Podobnie jak dzieci w Polsce, zawsze mieliśmy z bratem Misia, rodzice natomiast czytali Przekrój, Urodę i Szpilki.


- Posiadasz polskie obywatelstwo?

- Tak, od dwóch lat.

Szkoła średnia - 1986
- Zawsze byłaś świadoma swojego talentu, czy ktoś pomógł ci go odkryć?


- Nikt z rodziny nie mówił mi - "dziecko, masz talent", natomiast zawsze słyszałam - "dziecko, musisz dużo pracować". Jednocześnie zawsze szanowano moje zdolności, podkreślano, że warto się rozwijać, a rodzice ogromnie wspierali i wspierają mnie w tym do dziś.

Roksana Vikaluk - obraz N. Kyrylovej
- Wcześniej śpiewałaś, czy grałaś na fortepianie?

- Najpierw śpiewałam. Dziadek uczył mnie piosenek ukraińskich, a babcia żydowskich. W tych dwóch kulturach wyrastałam. Polska też była. Tato nucił polskie piosenki i chociaż nie wszystko jako dziecko rozumiałam, to coś tam pod nosem sobie pszepszpszepszałam (śmiech). A potem chciałam już wszystkiego. Kochałam tańczyć, kochałam teatr, chciałam grać na fortepianie... Dość dobrze to pamiętam, miałam wtedy 4 latka, jak gdzieś widziałam tańczących ludzi, to i ja chciałam tańczyć, jak widziałam grających, to chciałam grać. Tata i mama zawsze to wyczuwali i pytali - a ty chcesz? Rodzice i brat obserwowali mnie i jak tylko widzieli, że coś próbuje robić, pytali - chciałabyś tańczyć?, albo - chciałabyś grać? Z mojej strony zawsze była odpowiedź - tak! Śpiew w mojej rodzinie był zawsze, więc na początku śpiewu się nie uczyłam. Owszem, chodziłam na zajęcia do szkolnego zespołu dziecięcego i do chóru, natomiast od czwartego roku życia i przez kolejne 5 lat profesjonalnie zaczęłam zajmować się baletem. Bardzo dużo mi to w życiu dało i wciąż daje. Równolegle rozpoczęłam naukę gry na fortepianie. Nadszedł jednak taki czas, że musiałam wybierać i wybrałam fortepian.


Co do śpiewu, to profesjonalnie naukę zaczęłam pobierać dopiero w wieku 19 lat. Były to lekcje prywatne u genialnego pedagoga, wspaniałego tenora klasycznego Mykoły Bolotnoho, w Tarnopolu. To ten wspaniały człowiek pomógł mi uwierzyć, że będę mogła śpiewać. Notabene, na początku zajęć raczej nic na to nie wskazywało.

fot. Wolfram Spyra
- Ukraina wydała wielu znakomitych artystów. 

- Tak, nasza ziemia jest niezwykle żyzna dosłownie i w przenośni. Taki mamy klimat, takie mamy powietrze. Nie wiem, jak to określić... chyba mamy to w genach. Ukraina, podobnie jak Włochy, zawsze śpiewała. To jest bardzo rozśpiewany naród. Mamy tak przepiękne pieśni i tak niesłychanie bogate dziedzictwo kulturowe, że jest mi zawsze smutno, kiedy ludzie, którzy niezbyt dobrze się w tym orientują, mówią – o, pieśń np. rosyjska – to super. A ukraińskie... a co to tam, to nic takiego.


Teatr Żydowski w Warszawie
A dzieje się tak dlatego, że kultura Pramatki mów słowiańskich po prostu nie jest znana na Świecie. Takie są realia. Polski naród też ma kolosalny twórczy potencjał, a co najważniejsze, Polacy są tego świadomi. To chyba taka nasza słowiańska natura... Na przykład, tradycję polskiego plakatu uważa się za jedną z najlepszych na Świecie. Polska specjalizuje się w filmie, w latach 80-tych była też znakomita epoka teatru. Obecnie Teatr w Polsce jak najbardziej przechodzi metamorfozę, rozwija się, obfituje w nowe formy wyrazu, tyle że do mojego gustu niewiele przemawia z tego, co jest proponowane, zwłaszcza na tych bardzo dużych, znanych scenach. A polski jazz!!! Każdy naród ma jakieś swoje mocne strony artystyczne. Naród ukraiński posiada typowe, bardzo silne w swym potencjale, ale że historia nigdy nas nie oszczędzała, często nasz dorobek był niszczony, a nowe style były prześladowane, wraz z ich prekursorami. Teraz odradzamy się, a wojna z Rosją odgrywa w tym procesie swoją bardzo istotną rolę.

- Jak poznałaś Józefa Skrzeka?

- Byłam wtedy bardzo młoda, miałam 23 lata. Józek zauważył mnie na jakimś jamie, a potem znalazł mnie w szkolnej bursie w Gliwicach, gdzie mieszkałam. Pamiętam, że zadzwonił na centralny numer, bo w połowie lat 90-tych nie było jeszcze komórek i natychmiast zaproponował mi współpracę. Wówczas raczej nie do końca zdawałam sobie sprawy z tego, co to dla mnie oznacza. Nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić, po pierwsze – z przyczyn wiekowych, jak i w wyniku zerowego doświadczenia w polskich realiach. Dziś z perspektywy lat oczywiście doskonale wiem, jak ważne dla mojego rozwoju muzycznego było tamto spotkanie, a samego Józefa Skrzeka uważałam i nadal uważam za mojego ojca artystycznego. Bardzo dużo od niego się nauczyłam i gdybym miała w kilku słowach określić jego wielkość, to powiem tak - kolosalna, nieprawdopodobna i czasami ponadludzka siła wewnętrzna. Ogień olimpijski!


- Jak trafiłaś na Górny Śląsk?

fot. Aleksandra Mleczko
- Kiedy zamknięto w Tarnopolu klub jazzowy, zdążyłam już wcześniej zakosztować sceny i nie chciało mi się pracować wyłącznie w szkole w charakterze nauczycielki. Dla mnie istniał już tylko jazz i muzyka klasyczna! Nic poza tym. Był początek lat 90-tych. Było nas kilkoro i zastanawialiśmy się, co z sobą począć.


Wszyscy w tamtych czasach gdzieś wyjeżdżali grać i pamiętam, że wówczas do Polski już się nie jeździło. Nasza czwórka jednak stwierdziła, że pojedziemy właśnie tam. Byłam najmłodsza.

Teatr Żydowski w Warszawie
Oni byli około dziesięć - kilkanaście lat starsi. Ponieważ niedaleko Tarnowskich Gór prowadził firmę pewien człowiek, który chciał, żebyśmy dla niego robili prezentacje koncertowe, przez kilka miesięcy współpracowaliśmy. Niestety, ciągle słyszeliśmy od niego narzekania, że nie ma pieniędzy. Moi znajomi porozjeżdżali się po Ukrainie, Turcji, zatrudnili się na statkach. Dla mnie nic oprócz jazzowej Polski już nie istniało i tak jak stałam, pojechałam wprost na Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Mimo, że bez problemów zdałam egzamin z wokalistyki jazzowej, w związku z tym, że nie posiadałam polskich papierów, musiałabym zapłacić ponad 5 tysięcy dolarów za rok szkolny. Takie były warunki Ministerstwa Kultury. Początki miałam więc potwornie ciężkie. Były nawet momenty, że nie miałam co jeść. Byłam pełna rozterek. Do teatralnego chóru nie chciałam iść, bo chciałam śpiewać solo, a śpiewać solo wtedy jeszcze nie potrafiłam. Na szczęście z czasem jakoś wszystko zaczęło się układać. Dość znany muzyk Wojtek Sanocki zauważył mnie jako pierwszy, jeszcze zanim pojawił się kontakt z Józefem Skrzekiem. To od Wojtka dowiedziałam się wiele o podstawach jazzu oraz improwizacji. Wspólnie też zagraliśmy kilka koncertów, występowaliśmy ze standardami jazzowymi. Notabene, w tamtym czasie odkryłam dla siebie wyjątkową perłę, którą jest Śląski Blues. Jan "Kyks" Skrzek, Jerzy "Kawa" Kawalec, Michał Giercuszkiewicz, Andrzej Urny... i klub "Leśniczówka" a parku Chorzowskim... a jeszcze był w Tarnowskich Górach wspaniały zespół Mr Koala, teraz Koala Band. Miałam wielki zaszczyt oraz byłam po prostu po ludzku szczęśliwa poznać tych wszystkich niesamowitych muzyków oraz też z niektórymi grać.

- Jak znalazłaś się w Warszawie?

- Pamiętam trzy takie momenty. Pierwszy z nich to połowa lat 90-tych. Dostałam się akurat na Akademię Muzyczną w Katowicach i wraz z moimi znajomymi z Tarnopola pojechałam do Warszawy. Tam poszłam do Ministerstwa Kultury w sprawie przyznania stypendium.


Był koniec lata. Wysiadłam na dworcu ubrana w hinduską spódnicę i klapki, przez co wyglądałam tak, jakbym dopiero co wróciła z plaży (śmiech). Miałam wtedy 22/23 lata i doskonale pamiętam ten zdziwiony wzrok elegancko ubranej, w wysokich szpilkach pani z Ministerstwa, kiedy tak ubrana dopytywałam się o możliwości dofinansowania mojej edukacji muzycznej.

Józef Skrzek i Roksana Vikaluk - 1997
Druga wizyta w Warszawie to rok 1998. W Filharmonii Warszawskiej odbywał się koncert zespołu SBB. Był Józek Skrzek, Anthimos Apostolis i Mirek Muzykant (bębny), a ja wystąpiłam wtedy przed nimi jako support, a że wówczas przechodziłam swoją pierwszą fazę zakochania w instrumentach elektronicznych, miałam wystąpić z towarzyszeniem właśnie elektroniki.


W ostatniej chwili dowiedziałam się, że niezbędny instrument klawiszowy niestety nie dojedzie (własnego wtedy nie posiadałam) i będę zmuszona całą suitę, jaką przez miesiąc aranżowałam, zagrać z fortepianem.

Teatr Żydowski, "Marzec '68. Dobrze żyjcie - to najlepsza zemsta"
fot.Magda Hueckel
Miałam na tamtą chwilę niewiele doświadczenia plus godzinę czasu na przełożenie mojego programu na fortepian. Ostatecznie wystąpiłam, przypłaciwszy za tamten koncert ciężką nerwicą. Występ został bardzo dobrze przyjęty, ale mnie ta sytuacja wówczas przerosła. Jednocześnie zdobyłam kolosalne doświadczenie. Rok później miało miejsce moje trzecie spotkanie z Warszawą, a powodem ponownie był... Józef Skrzek. Tym razem było to 25-lecie SBB w Sali Kongresowej. Ogromna, wielogodzinna impreza. Zostałam zaproszona do zaśpiewania wokalizy do pieśni Józka Skrzeka "Erotyk". Była tam także Halina Frąckowiak, był śp. Tadeusz Nalepa, Tomasz Szukalski i wiele innych znakomitości, w tym także Ewa Bem. Józek wówczas podprowadził mnie do pani Ewy i powiedział - Roksi, Ewa, poznajcie się, bo warto. Spojrzałyśmy na siebie i pani Ewa powiedziała - posłucham twojego śpiewu dzisiaj.


Berlin 2013
Potem zawiązała się dłuższa rozmowa, byłam szczęśliwa wyrazić swoją wdzięczność pani Ewie, zwłaszcza za płytę Żyj kolorowo, która podtrzymywała mnie na duchu w bardzo trudnych chwilach, gdy... nagle ta kobieta, od której buchało nieopisane ciepło i dobra energia, z niesamowitym uśmiechem i czarnymi, błyszczącymi oczami, powiedziała - chciałabyś się uczyć? Odpowiedziałam - chciałabym, ale jestem właśnie po ciężkich przejściach związanych z uczelnią w Katowicach i po prostu się boję, na co ona - wykładam akurat w szkole na Bednarskiej, nie bój się i idź na te egzaminy. Pozbierałam się więc do kupy, pojechałam na egzaminy i dostałam się do jej klasy, a później za dobrą naukę zostałam zwolniona z opłat. Oficjalnie Ewa Bem była moją wykładowczyni w Policealnym Studium Jazzowym przy ul. Bednarskiej, ale nieoficjalnie był to mój dobry, matczyny duch, który mnie wspierał. Bardzo wiele dobrego doświadczyłam współpracując z panią Ewą, ogrom nauczyłam się i bardzo wiele jej zawdzięczam.

- Chyba dopiero zespół Mizrah zakorzenił cię w Warszawie na dobre?

Koncert dyplomowy Roksany Vikaluk:: przy pianie - A.Jagodziński, Bass - A. Cegielski, drums.- C.. Bartkowski, flet R. Borowski, tp. - R. Majewski, ss.- M. Kulenty
- Dziewięć miesięcy po tamtym spotkaniu z Ewą Bem znalazłam się na stałe w Warszawie. W szkole prowadzili wykłady muzycy, których znałam wyłącznie z okładek winyli jeszcze z dzieciństwa, na przykład, Kazimierz Jonkisz, Trio Jagodzińskiego, z którym później częściowo zagrałam mój dyplom czy prowadzący zajęcia big-bandu Zbigniew Namysłowski...


Był to też czas, kiedy te wszystkie obecnie znane nazwiska, które porozjeżdżały się po świecie, można było spotkać wśród studentów w szkole na Bednarskiej. Znakomici Agnieszka Skrzypek, czyli Aga Zaryan, Michał Jaros, Jan Smoczyński i wiele innych.

Jazz in Kyiv 2016 (fot. Olexandr Zubko)
Dzięki byciu w tamtej niesamowitej atmosferze, dzięki moim nauczycielom, weszłam głęboko w tajniki jazzu. Pamiętam moment, kiedy nauczyłam się, złapałam nerw swingowania. Boże drogi... ile Michał Tokaj, wspaniały muzyk, mój nauczyciel od fortepianu, włożył w to serca! On mi wtedy całą duszę oddał, ale nauczyłam się. Zapaliłam się wtedy do nauki do tego stopnia, że nawet jak wychodziłam ze szkoły, to tylko na krótko. Przesiadywałam w niej od rana do nocy. Nareszcie dorwałam się do uczelni, czego całe życie pragnęłam.

Teatr Polski we Wrocławiu - spektakl "Xięgi Schulza"
Chodziłam bardzo szczęśliwa, a z tej radości świeciłam tak, że mogłabym być elektrownią (śmiech). Pamiętam nawet jak Jasiu Smoczyński, znakomity pianista, zapytał mnie kiedyś - Roksi, dlaczego ty taka szczęśliwa ciągle chodzisz, a ja mu na to - Janek, ja bym ci powiedziała, ale to jest długa i bardzo smutna historia. To właśnie tam doznałam po raz pierwszy szczęścia w sposób świadomy. Jednak już wówczas, zaczynając naukę w szkolę bardzo dobrze wiedziałam, że chcę pójść własną ścieżką muzyczną. Kiedy przyjechałam do Warszawy, miałam tylko trzy skomponowane przez siebie utwory, ale to właśnie na Bednarskiej powstały następne. Tak, jazz już wówczas był mocno we mnie. Tyle że im więcej nim nasiąkałam, tym bardziej czułam się zainspirowana, żeby robić coś swojego i tak powoli rodził się mój Mizrah, co po hebrajsku oznacza Wschód. Motywem głównym do zrodzenia się we mnie tamtych, jak i obecnych kompozycji, służy Jego Wysokość Kontrast doświadczeń. Ten wątek naświetlę trochę później.

- Jaki był skład tego zespołu?

- Ryszard Borowski na flecie, Piotr Aleksandrowicz na gitarze, Wojciech Traczyk na kontrabasie i Michał Trela na bębnach. Oprócz doświadczonego muzyka Ryszarda Borowskiego, każdy z tych młodzieńców był wyjątkowy, fantastyczny. To był nie tylko mój pierwszy zespół, ale też wraz z nimi nagrałam swoją pierwszą płytę Mizrah. Graliśmy etniczna muzykę zainspirowaną jazzem.


Powstanie płyty? To wszystko działo się bardzo szybko, wręcz błyskawicznie. Założyliśmy zespół, przez rok graliśmy standardy jazzowe w moich opracowaniach, dochodziły też moje własne kompozycje, a coś aranżowaliśmy wspólnie. 

Teatr Rampa Warszawa - spektakl "Jaskółka" (fot. Jacek Szymczak)
Pozbieraliśmy potem to wszystko do kupy i w konsekwencji na moim dyplomie w połowie zagraliśmy jazzowe standardy w moich oraz częściowo Andrzeja Jagodzińskiego opracowaniach – jak już wspominałam, z Triem Jagodzińskiego – a w połowie moje kompozycje z zespołem Mizrah.

Magazyn "Jazz Forum", 2002
Kiedy kończyliśmy szkołę, materiał na płytę już prawie w całości był gotowy. Podczas egzaminów końcowych z polecenia Giny Komasy trafiliśmy na festiwal Nowa Tradycja, którego przewodniczącym był wówczas Czesław Niemen, na rok przed śmiercią. I to właśnie on wręczył nam wtedy Nagrodę Specjalną w postaci nagrania płyty.

- Jak trafiłaś do teatru?

- To był rok 2006. Tak naprawdę Teatr zawsze mnie pociągał, ale znając swoją emocjonalność, bałam się w nim zatracić. Najbardziej bałam się ról dramatycznych i tego, że nie wytrzymam ich psychicznie. Zaczęło się od niewielkich występów z koryfeuszami starej Warszawskiej Romy Witem Michajem oraz Lacym Wiśniewskim, wybitnym tenorem klasycznym Gennadym Iskhakovem wraz z wspaniałą roztańczoną i rozśpiewaną grupą artystów, z cygańskim programem muzycznym w Warszawskim Teatrze Żydowskim.


"Taki jeden dzień" Teatr Rozrywki w Chorzowie 2013 fot. Mirosława Łukaszek
Po tych występach Szymon Szurmiej, ówczesny dyrektor Teatru, zaprosił Witta, Gennadya, Lilianę Cercel oraz mnie do udziału w spektaklu "Tradycja". Z Teatrem Żydowskim współpracuję do dziś. Później przez dwa sezony w Teatrze Rampa grałam w spektaklu "Jaskółka" według Turgieniewa w reżyserii Żanny Gerasimowej. Zrobiłam muzykę do spektaklu oraz wcieliłam się w jedną z dwóch postaci głównych. Tam po raz pierwszy odkryłam teatr w sobie, czyli odnalazłam to "coś", co w pełni mogę dać teatrowi. Wiele zawdzięczam też żonie Szymona Szurmieja, obecnej dyrektor Teatru Żydowskiego Goldzie Tencer, dzięki której odkryłam dla siebie poezję żydowską, na przykład takich autorów jak Itzik Manger, Icyk Fefer, czy Lejb Kvitko. No i mojemu zespołowi Teatru, wspaniałej rodzinie o niepowtarzalnym klimacie i potencjale. Teatr ma to do siebie, że jeśli już zatrzymasz się w nim na dłużej, to on zaczyna wchodzić w każdy twój zwój, w każdą twoją żyłę, w całą twoją osobowość i zaczyna być częścią twojego DNA. Kiedy po raz pierwszy przyszłam do teatru, dostałam warunek - żadnej statyczności, a wówczas, jak większość muzyków, miałam problem ze zrobieniem na scenie kroku w prawo lub w lewo! A w teatrze na scenie trzeba umieć robić wszystko.


Kiedy odnalazłam teatr w sobie, to za każdym razem wychodząc na scenę jako muzyk, nie potrafię już ustać w jednym miejscu. Mnie nosi! Teatr też daje ci swobodę do tego stopnia, że na scenie nie istnieje dla ciebie pojęcie "pomyłka". Pomyłkę po prostu musisz ograć i jest to wręcz super okazja, żeby zobaczyć, na jakim poziomie aktualnie jesteś, bo teatr to także improwizacja.

"Xięgi Schulza" Teatr Polski we Wrocławiu
- W jakiej konwencji utrzymana jest sztuka "Xięgi Schulza"?

- Zamysł tego spektaklu powstał w wyobraźni Jana Szurmieja, czyli jego twórcy, około pięciu lat temu, i przez kolejne lata dojrzewał. Jest to sztuka muzyczno-dramatyczna. Wielowarstwowa, wieloplanowa. Mistyczna, ukazująca w pełni substancję subtelnego piękna całej postaci, którą jest Bruno Schulz. Jest w niej dużo śpiewu i tańca, ale jest też dużo monologów i dialogów.


Około 50 osób, w tym zespół techniczny, tworzą całość spektaklu, a jeszcze do tego fantastyczna scenografia (Wojciech Jankowiak) oraz nieprawdopodobna ilość przepięknych kostiumów (Marta Hubka). Tak naprawdę, Jan stworzył planetę teatralną "Schulz" i zaludnił ją nami. A my podchwyciliśmy ideę i tak powstał ten wspaniały organizm "Xięgi Schuza". Jan Szurmiej jako wielki wizjoner teatru, ciągle poszukuje.

Teatr Polski "Xięgi Schulza" (fot. Jan Oborski)
Zawsze oryginalny, pełen świeżych pomysłów pozostaje jednak wierny swojemu unikalnemu stylowi. Jest człowiekiem, który ciągle się uczy i nieustannie stawia sobie coraz to nowe wyzwania, a charakter wyobraźni Jana jest wprost zdumiewający. Dzięki "Xięgom Schulza" miałam wspaniałą okazje, aby w najdrobniejszych szczegółach obserwować, jak powstaje jego dzieło.


Chodziłam na próby dramatyczne, czyli wówczas, kiedy nie byłam potrzebna na scenie i byłam świadkiem unikalnego procesu, którym jest praca aktorów nad ich rolami.

- Jak aktorki poradziły sobie z wszechobecną schulzowską cielesnością?

Teatr Polski "Xięgi Schulza" (fot. Jan Oborski)
- Z przyjemnością (śmiech). Chociaż najpierw doświadczały pewnego rodzaju oporu. Schulz bez erotyzmu to nie jest Schulz, a Jan potrafił to przekazać i przekonać aktorów. W jego sztukach mnóstwo jest erotycznych metafor, a i tym razem miał w tej dziedzinie ogromne pole do popisu przy okazji pokazania ulicy czerwonych latarń, nazwanej przez Schulza Ulicą Krokodyli. Ta oto nazwa została przeniesiona do spektaklu. Poza tym, doskonale został pokazany w sztuce świat narkotycznych marzeń sennych, oniryzmu i świadomego odrealnienia.


Notabene, powszechnie wiadomo, że świat realny po prostu Schulza przerażał. Chciałabym skupić szczególną uwagę na języku spektaklu. Otóż, są to oryginalne, tzw. żywcem wyjęte fragmenty tekstów Schulza, tyko nieznacznie opracowane. Język schulzowski jest wielce szczególnym językiem, pełnym unikalnych idiomów. Nawet profesjonalni aktorzy dramatyczni biorący udział w spektaklu mieli kłopoty. A ja?! O tym – dalej.

Teatr Polski "Xięgi Schulza" (fot. Jan Oborski)
- Kto w tej sztuce jest odpowiedzialny za muzykę?

- Autorem muzyki jest genialny, młody kompozytor Marcin Partyka. W związku z tym, że ja wykonuję w tej sztuce główną rolę śpiewaną, Marcin zapytał mnie - czego bym chciała? Ja na to - wszystkiego! plus wyzwania. Dobrze - odparł. Tak się stało: klasyka, jazz, motywy ludowe ukraińskie oraz żydowskie – Marcin po mistrzowsku skomponował, poukładał te wątki, a do tego miałam możliwość improwizacji.


Nie dość, że te pieśni posiadają niesłychany ładunek emocjonalny, to na dodatek śpiewam je w takich rejestrach, w jakich dotychczas tylko wokalizowałam, ale nigdy jeszcze nie śpiewałam z tekstem i do tego z tekstem, żywcem wyjętym z tworów Schulza! Kiedy zobaczyłam materiał, to wiedziałam, że ostro muszę brać się do pracy, zbytnio nie rozmyślając nad poziomem jego trudności. Do premiery wówczas pozostawały tylko dwa miesiące.

Teatr Polski "Xięgi Schulza" (fot. Jan Oborski)
Gdybym wtedy zastanowiła się trochę dłużej, na przykład, czy zdołam nauczyć się tych wszystkich tekstów na pamięć, to na pewno bym się ich nie nauczyła. Wcieliłam się w tej sztuce w postać Lunarnej Bogini, na której spoczywa ogromna odpowiedzialność. Ten spektakl jest kilku-wymiarowy, dzięki czemu jest bardzo skontrastowany w swoich emocjach.


Przez większość sztuki stoję nieruchomo na specjalnym podeście, zawieszonym około 3 - 5 metrów nad sceną i śpiewam sama lub z zespołem, który żyje własnym życiem, tuż pode mną. Jednak razem i tylko razem tworzymy całość, jednym organizmem jesteśmy. Statyczna jestem, zachowuję neutralność mimiki praktycznie aż do jednej z ostatnich scen, sceny Chasydów, kiedy w końcu się uśmiecham i podnoszę rytualnie ręce.

fot. Phil Booth
Jest to wszystko bardo trudne, biorąc pod uwagę wspomniany już ładunek emocjonalny pieśni, ale dzięki właśnie statyczności fizycznej, przekaz pieśni nabiera niesłychanej mocy. I nawiasem mówiąc, jest to kolejne moje nowo zdobyte doświadczenie. 



- Wkrótce premiera twojej nowej płyty.

- Album nosi tytuł Personnages, czyli Postacie i jest to starannie dopracowane resume ostatnich siedmiu lat mojej scenicznej twórczości.

Albumem tym zapoczątkowałam kilku-płytowy cykl, a to wydawnictwo to jego pierwszy volumen. Drugi krążek z tej serii ukaże się jeszcze prawdopodobnie w tym roku. W ciągu ostatnich kilku lat pracy w teatrach oraz przy różnych innych okazjach nazbierało mi się około 50 utworów, które staram się teraz tak porozmieszczać na poszczególnych płytach, aby jak najlepiej pasowały do mojego zamysłu. Wszystkie utwory z tej płyty powstawały w bardzo różnych okolicznościach oraz w różnych momentach mojego życia i kiedy tego materiału uzbierało się już dość dużo, uznałam, że pora już zrobić podsumowanie w postaci płyty. W ciągu dwóch godzin powstała cała koncepcja albumu, zdjęcia na okładkę oraz jego tytuł, natomiast dobór utworów zajął mi aż dwa miesiące. Trudność polegała na tym, że każda z tych pieśni jest jak mini spektakl, jak opowieść wychodzącej na scenę postaci, stąd taki, a nie inny tytuł albumu. Muzyka to moje kompozycje oraz opracowane przeze mnie pieśni ludowe, zarówno, jak i wiersze awangardowych poetów ukraińskich i żydowskich.


Płyta powstała dzięki współpracy z wieloma wspaniałymi muzykami i teatrami oraz dzięki moim osobistym doświadczeniom. W porównaniu z moimi poprzednimi płytami na Personnages znacznie więcej jest ciszy, improwizacji, oraz zanurzenia w sakralnej muzyce żydowskiej, której próbkę można usłyszeć w końcowej scenie "Xiąg Schulza", kiedy śpiewam "Eyli, Eyli lomo azavtoni" - "Boże mój, czemuś mnie opuścił". No i zdecydowanie postawiłam tu na śpiew, mniej na kompozycję, aranżację. Z ogromną miłością pracowałam nad tą płytą.

Moon&Melody z Wolframem Spyrą - Berlin 2013 (fot. Marek Śliwowski)
- Od kilku lat współpracujesz z niemieckim instrumentalistą Wolframem Spyrą.

- Tak, jest to bardzo interesujący rodzaj współpracy. Nie tylko koncertujemy wspólnie, ale też prowadzimy warsztaty o prze-ciekawej tematyce, organizujemy oraz uczestniczymy w wystawach dźwiękowych. Ciągle się uczymy od siebie na wzajem! Wydaliśmy wspólnie dwie płyty:


Overture z muzyką osadzoną w twórczości ludowej i tekstami po polsku, ukraińsku, rosyjsku oraz w jidisz oraz Requiem – forma mszy żałobnej, lecz o światłym klimacie (analogowa elektronika, śpiew, fortepian, saksofon, melodyka). W kwietniu tego roku dzięki staraniom Holenderskiego wydawnictwa Groove Unlimited ukazała się następna nasza wspólna płyta InSPYRAtion... featuring ROKSANA, w której nie zabraknie brzmień elektronicznych analogowych, fortepianu oraz wątku ludowego śpiewanego.

Wolfram Spyra i Roksana Vikaluk .Prezentacji albumu inSPYRAtion... w Holandii (fot. Phil Booth)
Z Wolframem dużo razem jeździmy, dzięki czemu odnajdujemy wiele ciekawych inspiracji. Wolfram jest muzykiem elektronicznym klasy europejskiej wywodzącym się ze Starej Szkoły Berlińskiej. Spotkaliśmy się dzięki Józefowi Skrzekowi w roku 2009 podczas Festiwalu "Schody do nieba" odbywającego się w Chorzowskim Planetarium, gdzie jako jedyna kobieta na tym wydarzeniu reprezentowałam Ukrainę.


Był tam także Wolfram Spyra z Robertem Golą - Śląskim gitarzystą od lat mieszkającym w Niemczech. Od tamtego momentu minęło już dziesięć twórczych, spędzonych wspólnie z Wolframem lat.

- Jak postrzegasz to, co dzieje się w Ukrainie?



- Przeżywam to bardzo. Moi niektórzy koledzy aktorzy i reżyserzy, muzycy są teraz na froncie, ponieważ nie potrafią siedzieć w spokoju, kiedy trwa rosyjska agresja. Oni są także wdzięczni nam wszystkim - ukraińskim artystom działającym poza ojczyzną, bo w ich pojęciu dzięki temu, co tu robimy, tworzymy bardzo ważny propagandowy front, który buduje w Europie świadomość tego, czym jest Ukraina.


Już widać efekty naszej pracy, bo przecież jeżeli na płycie belgijskiego muzyka (Galactic Underground Johan Geens, 2017) pojawia się kompozycja napisana do słów naszego poety Iwana Franko, to jest to żywy dowód, że, w tym wypadku, moja misja przynosi efekty. Ukraina musi być promowana. Słychać o każdym kraju Europejskim oraz o tych, przybliżonych do Europy.

A co z Ukrainą? My, Ukraińcy, sami jeszcze nie wiemy, na co nas stać - powtarzam te słowa z wywiadu na wywiad. Sytuacja w moim kraju jest bardzo ciężka, ale dzięki niej dowiadujemy się, czym jest dla nas niepodległość i niezależność, w tym od Rosji. To nieprawda, że nasza tożsamość narodowa jest krótka. Ukraińskość była w nas od dawna, tylko skutecznie była niszczona. Na przykład, Rosjanie nigdy nie dopuszczali, aby nasza tożsamość rosła, narzucając nam od setek lat swoją wolę. W czasach sowieckich moi rodzice byli wykładowcami na Akademii Medycznej i swoje zajęcia prowadzili wyłącznie w języku ukraińskim, za co byli strasznie "bici" przez kierownictwo Akademii. Natomiast ojca nie mogli ani wyrzucić, ani wyzwać od ekstremistów czy nacjonalistów, bo częściowo był Żydem i dlatego nie wiedzieli, co z nim zrobić. Przez setki lat nie wolno było Ukraińcowi przejawiać miłości do swojego kraju, co najważniejsze – język był prześladowany, a każda pro-ukraińska inicjatywa twórcza karana była ostro do końca lat 80', w tym gnoili ludzi w lagrach. Nie wolno było pisać wierszy o miłości do Ukrainy, bo natychmiast takich śmiałków wysyłano na Syberię. Ukraina zawsze stanowiła dla Rosji kolosalne niebezpieczeństwo z powodu genetycznie uwarunkowanej olbrzymiej siły świadomości i dlatego z taką mocą i tak brutalnie i konsekwentnie ta świadomość była niszczona. Ukrainiec miał żyć w ciągłym strachu. Teraz Kreml również pozostaje wierny swoim krwawym "tradycjom": w dniu dzisiejszym szacuje się około 75 ukraińskich więźniów politycznych przebywających w więzieniach okupanta, a niektórzy, jak reżyser Oleg Sencow, już są w lagrach.


Droga Ukraińców do odbudowania własnej niezależności, niepodległości, własnej tożsamości jest jeszcze długa i bardzo mozolna. Powinniśmy znać swoją historię. Nauczyć się żyć ze świadomością tych bardzo ciężkich jej wątków, ale przy tym nie emanować nienawiścią, by móc budować kraj z sercem, pełnym wiary. Na dzień dzisiejszy jest to niewyobrażalnie trudne.

Roksana podczas wywiadu w foyer Teatru Polskiego we Wrocławiu (fot. Sławek Orwat)
- Jak oceniasz wasze relacje z Polską?

- Aby wszystko między nami się zabliźniło, potrzeba czasu. Trudno jest mówić o równoprawnym dialogu Ukrainy z Polską w momencie, kiedy nasze kraje dzieli ekonomiczna przepaść, a na dodatek trwa wojna w Ukrainie. My, Ukraińcy, sami musimy zbudować naszą hierarchię wartości i chcemy to zrobić bez podpowiadania.


W naszej wspólnej historii po obu stronach zawsze były postacie, które dla jednych byli bohaterami, a dla drugich zbrodniarzami. Podobnie działo się w historii wielu innych narodów.  Z kolei w historii naszych relacji do dziś istnieje też wiele niewyjaśnionych sytuacji, które, wierzę, z czasem wyjaśnimy sobie. Moim zdaniem trzeba dużo dobrej woli i zrozumienia z obydwu stron, aby nasze relacje stawały się coraz lepsze.

Festiwal "Etniczne inspiracje 24 listopada 2011 (fot. Marek Śliwowski)
Jeszcze jedno spostrzeżenie. Na dzień dzisiejszy, w Polsce od czasu do czasu czuję się obdarzona uwagą specjalną, kiedy mówię w każdym innym języku, niż polski, na przykład będąc w transporcie miejskim. Nawiasem mówiąc, w Niemczech czy w Anglii, w Holandii czy w Belgii nikt nie akcentuje uwagi na człowieku, rozmawiającym w języku obcym. Tu jeszcze tak. Naród ma taki odruch. Po prostu jeszcze ma. Chociaż zdarza się to dużo rzadziej, niż lat 20 temu. Polska, chociaż z wielkim trudem, ale jednak otwiera się na obcokrajowców.

- Od jakiegoś czasu częściej przebywasz w Niemczech.

- Ja nie dlatego wyjechałam do Niemiec, że tak bardzo chciałam opuścić Polskę, tylko dlatego, że wówczas prawie przestałam czuć się wspierana w Polsce jako artystka, a moje, zarówno jak i pewne wspólne ukraińsko-niemiecko-polskie projekty też nie dostały żadnego wsparcia. Udało się w Berlinie. Dlaczego w pewnym momencie Polska przestała wspierać ukraińskie inicjatywy kulturalne?

"Moon&Melody Minimalistic", Roksana Vikaluk i Wolfram Spyra. Berlin, 2019
Dlaczego znowu obserwujemy eskalacje fal ostrych, wręcz brutalnych nastrojów, w tym też antysemickich w kraju? Skąd te prowokacje, niechęć? Po tym, jak, na przykład, wspierali Polacy mój kraj podczas Rewolucji Godności na Majdanie? Zastanawiam się, jaki jest cel wyższy tego wszystkiego? Na szczęście, w Polsce bardzo wielu jest też życzliwych ludzi pośród tych, którzy nie dzielą innych pod kątem pochodzenia.


Wśród nich są również osoby medialne, całe radiostacje, działacze społeczni zarówno, jak i tzw. średnio statystyczni obywatele. Wierzę, że pozytywne, progresywne, cywilizowane siły w Polsce wezmą gorę. Wierzę w renesans, w tym w stosunkach polsko-ukraińskich. A ja jestem związana z Polską przeogromnie i raczej tak już pozostanie, niezależnie od tego, jak często i na jaką skalę będę tu działać.

Diystwo Ternopil 2013 (fot. Taras Ivankiv)
- Jak oceniasz obecny rząd Ukraiński?

- Kolejne wybory prezydenckie przyniosły oraz wzmogły rozterki: "Nie ma odpowiednich kandydatów". W Ukrainie zauważa się wahania zaufania do rządu, bo ludzie widzą różnice pomiędzy obietnicami, a rzeczywistością. Właśnie przed chwilą dopiero zostało przyjęte w Parlamencie prawo, dotyczące języka ukraińskiego w Ukrainie jako jedynego państwowego. Tak czy tak, prawdą też jest, że rosyjskojęzyczni fani Rosyjskiego Imperium znikają, jak rosa na słońcu, nie patrząc na chwilową – chociaż przerażającą! – ich eskalację przedwyborczą.


Niestety, problem tych ludzi polega na tym, że oni chcieliby nie tyle do Rosji, ile do Związku Radzieckiego. Niemniej, w zaistniałej sytuacji w kraju coraz bardziej zmienia się świadomość. Za Sowietów mówienie w języku ukraińskim było niemodne, kojarzyło się z prowincjonalnością, a obecnie poziom ludzi mówiących w Ukrainie w języku ukraińskim wzrasta. Ponieważ wzrasta świadomość. Problem językowy jest jednak wciąż mocny.

Teatr Żydowski. Spektakl "Ach!Odessa-Mama", fot.Andrzej Wencel
- Jest w Ukrainie miasto, o którym moglibyśmy mówić godzinami. Nazywa się Odessa.

- Republika w Republice (śmiech). Oni nawet język mają swój - odeski. Jest to mieszanina ukraińskiego, rosyjskiego i jidysz.


Znam Odessę. Od lat mieszkała tam część mojej rodziny. Mój tata zaszczepił we mnie miłość do tego miasta. Oprócz Ukraińców i Żydów, mieszkają tam także Grecy, Rosjanie, Niemcy, Polacy, Tatarzy, Francuzi... Boże mój, kogo tam nie ma!? Odessa zawsze miała więcej niezależności niż cała reszta Ukrainy.

Koncert w Uzhhorodzie (fot. Yaroslav Makar)
Tam nawet rewolucyjne zmiany nie przyszły w roku 1917, tylko w 1919, a władza sowiecka ukorzeniła się tam dopiero w roku 1920. I tak jest do dziś. Taka kolorowa wyspa na mapie Ukrainy.


W Odessie jest wszystko – tak mawiają Odessyci, ze stuprocentową powagą. I tak jest na prawdę! Jestem szczególnie zachwycona przepiękną szkołą kompozytorska dla dzieci i młodzieży im. Stolarskiego, gdzie wykłada moja znajoma wspaniała kompozytorka.

Często mam możliwość obserwacji dziejów szkoły, dzięki nagraniom video, realizowanym przez kulturalny program telewizyjny w Odessie. Jedna rzecz zaszokowała mnie dogłębnie: szkoła do dziś czerpie z sowieckich programów nauczania. Nie zaprzeczam, było w nich dużo dobrego. Ale przecież chodzi o świadomość, młodzi kompozytorzy powinni znać autorów swojego kraju w pierwszej kolejności. Kiedy pytam dlaczego tak jest, słyszę odpowiedź - bo nie ma ukraińskich. Cóż za bzdura, są! Tylko trzeba chcieć czerpać z tego bogactwa.

- Twoje największe marzenie?

- Przede wszystkim, by być zdrową i żeby moi najbliżsi byli żywi i zdrowi. A dalej – samorealizacja, spełnienie w każdym jego wyrazie. Ostatnio coraz bardziej ciągnie mnie do ludzi i wiem, że dużo mogę przekazać, pomóc w sensie profesjonalnym. Na tym etapie mojego życia będąc, chciałabym bardziej zakotwiczyć się w Teatrze, z tym wszystkim, co potrafię, czyli jako aktorka, wokalistka "wielostylowa", kompozytorka, aranżerka, pianistka, elektronistka... i eksperymentatorka. Chcę burzy mózgów we współpracy, chcę współtworzyć i katalizować! Mam pewne pomysły. Jednym z nich jest mój autorski program relaksacyjny "Energetyczny Kamerton".


- Na czym dokładnie ten program polega?

Autor Maik Springer
- Są to spotkania odbywające się bez żadnego słowa. Wszystko, co musi uczestnik takiego seansu, to przyjść z własnym stanem wewnętrznym, z całym wachlarzem odczuć i uczuć i... nic nie mówić. Zatem usiąść czy położyć się, a ja w ciszy wychwytuję energię, jaką pomieszczenie, w którym jesteśmy, zaczyna się wypełniać. Następnie intuicja zaczyna mi podpowiadać, co i na jakim instrumencie powinnam zagrać, albo co zaśpiewać, aby uzdrowić tę atmosferę i aby ci ludzie poczuli się lepiej. Ale tak naprawdę, to my wszyscy wspólnie w takim pomieszczeniu znajdując się "współpracujemy", świadomie lub nie splatając się falami energii. Najlepiej jako instrument sprawdza się pianino lub fortepian, ze względu na bardzo bogate spektrum rezonansowe. Zajęcia odbywają się indywidualnie lub w grupie do 12 osób. Jest możliwość stworzenia personalnej tzw. mandali dźwiękowej. Przedstawiłam ten program pewnemu doświadczonemu psychoterapeucie, który wyraził pogląd, że jest to bardzo dobre rozwiązanie i że mogę takie spotkania prowadzić, nie będąc zawodowym psychoterapeutą. W Niemczech pomysł chwycił natychmiast. Niemcy mają zaufanie do podobnych rzeczy i posiadają kolosalne doświadczenie, na przykład w dziedzinie muzykoterapii.


Sama idea, zanim nabrała kształtów programu, dojrzewała w ciągu ostatnich 6-7 lat. Wszystko zaczęło się od tego, że niejednokrotnie po zakończeniu moich koncertów podchodzili do mnie różni ludzie ze słowami - odlecieliśmy... albo - ta muzyka ma uzdrawiający efekt.

Koncert w Uzhorodzie (fot. Yaroslav Makar)
Z początku odbierałam to jedynie jak miłe komplementy, ale z czasem zaczęłam się nad tym głębiej zastanawiać. Jednocześnie praca nad sobą, zarówno jak i współpraca z artystami, obserwowanie relacji pomiędzy nimi w podstawowej mierze sprzyjała powstaniu programu "Energetyczny Kamerton".

Roksana Vikaluk podpisuje swoją nową płytę (fot. Slawek Orwat)
Dedykuję mój program wszystkim, lecz w pierwszej kolejności – aktorom. Prototypem do jego stworzenia posłużył mój rodzinny zespół Teatru Żydowskiego. Kocham aktorów i rozumiem ich problemy. To środowisko to niesamowita planeta. Uwierz mi, że nikt podobnym życiem nie żyje. Są przeogromnie skontrastowani w swoich uczuciach i emocjach. Żyją w maksymalnym napięciu emocjonalnym oraz fizycznym, a na ich ramionach spoczywa bardzo wielka odpowiedzialność... w tym za widza. Aktor potrafi dać widzowi tak mocną nadzieję, której nie potrafi czasami dać najlepszy psychoterapeuta. Taka niesamowita misja spoczywa na aktorze. Życie na najwyższych obrotach emocjonalnych i fizycznych jednak sprawia często, że opanowuje człowieka pewien specyficzny rodzaj przemęczenia. Wówczas traci się kontakt z intuicją, a przemęczone jestestwo dobrych rozwiązań, jak wiadomo, nie przynosi. Pojawia się natomiast panika i każdy większy czy mniejszy problem staje się wtedy nie do zniesienia, jeszcze solidniej wyczerpując siły wewnętrzne. Wiem dokładnie, o czym mówię, zwłaszcza, kiedy na przykład jestem świadkiem rozmów w kuluarach i palarniach. Ciągłe mówienie o problemach, zadręczanie się w kółko do niczego dobrego nie prowadzi, tylko rozjątrza jeszcze bardziej.


I teraz wyobraź sobie, że taki człowiek wejdzie na pół godziny lub chociaż na 10 minut do mojego pomieszczenia, gdzie będzie pięknie, gdzie w powietrzu będzie wyczuwalna miłość i akceptacja i nie padnie żadnych zapytań, gdzie wczuwając się w muzykę będzie mógł sobie posiedzieć, coś narysować, ulepić, a nawet zasnąć, odreagować.

Autor wywiadu z Roksaną Vikaluk po zakończeniu rozmowy
Pewnie wszyscy wiemy, jak ciężko jest dzisiaj o te kilka minut spokoju dla siebie. A przecież siła ich jest wręcz życiodajna. 



- Życząc ci spełnienia wszystkich marzeń, dziękuję za piękną rozmowę.

- Dziękuję, również dla mnie była to wielka przyjemność.