30 lat temu, na korytarzu akademika w Zielonej Górze trójka młodych ludzi zagrała pierwsze wspólne dźwięki i zaczęła się historia. Historia zespołu, który pozostał wierny sobie i swojej muzycznej drodze, konsekwentnie krocząc z boku głównego nurtu. Historia zespołu, który w tylko sobie znany sposób potrafił połączyć talent literacki Adama Nowaka z muzyczną finezją i fantazją, wytwarzając swój własny, charakterystyczny i rozpoznawalny muzyczno - literacki język. Zespołu, który w niedościgniony sposób zinterpretował piosenki A.Osieckiej i W.Młynarskiego - z pełnym szacunkiem dla pierwowzorów. Nadto zespołu, który przez te wszystkie lata zbudował ogromną więź ze słuchaczami, grając tysiące koncertów – od małych klubów po wielkie sale koncertowe. To właśnie koncerty stały się znakiem rozpoznawczym „Raz, Dwa, Trzy” - jego swoistym DNA. Koncertami również - bez wielkich fet, akademii i transmisji, pragniemy uczcić Naszą z Wami przyjaźń i wyrazić wdzięczność za to, że z nami jesteście. Te 30 lat minęło nam jak jeden koncert !
Niezapomniana rozmowa z Adamem Nowakiem, za którą jestem wdzięczny Opatrzności i Adamowi znajduje się tutaj
Jak to się stało, że znalazłam się na blogu muzycznym Sławka Orwata? Otóż połączyła nas miłość do wartościowej muzyki i ludzi, którzy ją tworzą. Inny powód to fakt, że mam muzyczne korzenie, jestem artystką i tworzę mini dzieła sztuki, m.in. kolekcję unikatowej biżuterii „Rock&Nature” inspirowanej rock&rollem. Oczywiście jeszcze kilka powodów mogłabym wymienić.
Im dłużej jestem tu na ziemi, tym bardziej uświadamiam sobie, że nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko ma swój sens. Jako jednostka
jestem tylko na chwilę i stanowię jedynie ogniwko w łańcuchu
przyczynowo-skutkowym naszej ludzkiej egzystencji. Jak twierdzą
ewolucjoniści to podobieństwa przyciągają się, choć nie zawsze jesteśmy
tego świadomi. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa, które jest
podstawową potrzebą każdego z nas. Lgniemy więc do podobnych sobie,
ponieważ człowiek jest istotą stadną, a razem łatwiej realizować cele
życiowe. Natomiast przeciwieństwa wybudzają w nas ducha odkrywcy, a
potrzeba staje się matką wynalazku. Tak więc dla poczucia bezpieczeństwa
jesteśmy w stanie uczynić bardzo wiele, tak dobrego, jak i złego
świadomie i nieświadomie.
Będąc naukowcem z pasji o artystycznej duszy odkrywcy i wynalazcy życie nieustannie wodzi mnie na pokuszenie prowadzenia moich własnych badań na podstawie osobistych doświadczeń nie tylko tych życiowych, ale i związanych z tym wielkim światem nauki, z którym byłam związana przez lata. Nauka jak każda inna dziedzina naszego życia obecnie także cierpi na upadek systemu wartości i zanik autorytetów, tak jak to dzieje się z rzadkimi, ginącymi gatunkami w świecie dzikiej przyrody. Ale miałam to wielkie szczęście, że zdążyli mnie jeszcze wychować wielcy i wspaniali profesorowie zanim odeszli z tego świata.
Do napisania tego tekstu bardzo zainspirowała mnie niezwykle głęboka rozmowa Sławka z Adamem Nowakiem, wokalistą i gitarzystą zespołu Raz Dwa Trzy, której przewodnim tematem jest poszukiwanie szczęścia. Sławek powiedział, że „aby teraźniejszość bezpiecznie wprowadziła nas w przyszłość, najpierw należy wyciągnąć wnioski z przeszłości”. Tym samym w tej krótkiej myśli zamknął wielką prawdę życiową i naukową. Myślę, że warto zatrzymać na chwilę w tym miejscu.
Carl G. Jung, ojciec psychologii analitycznej twierdził, że „człowiek zawsze nosi z sobą całą swą historię, a także historię ludzkości”. Z całą pewnością, jako jeden z wielkich tego świata dobrze wiedział, co mówi, bo cała rzecz w tym, by wiedzieć, co się mówi, nie mówić, co się wie… I aby „żyć bez znieczulenia, bez niepotrzebnych niespełnienia myśli złych” (Maciej Balcar).
Z racji mojej twórczości artystycznej często jestem pytana w wywiadach o to, czy sama żyję w zgodzie z naturą opowiadając o niej poprzez sztukę. W tym miejscu należy zadać sobie kolejne pytanie – zasadnicze: z czyją naturą? Każda żyjąca istota ma swoją własną, związaną z przynależnością do gatunku i osobniczą, a także preferencje. Tak, jak każdy z nas jest wielką indywidualnością. Co dla jednego człowieka jest lekarstwem, dla innego może okazać się trucizną. Obserwując zwierzęta zarówno dzikie, jak i te udomowione można wskazać wiele różnic w zachowaniach, w temperamencie – różnic w charakterach poszczególnych osobników. To właśnie ta różnorodność w przyrodzie jest najpiękniejsza i najcenniejsza, a także chroniona najbardziej przez prawdziwych ekologów, którzy znają się na ekologii roślin i zwierząt oraz specjalistów ochrony przyrody, których nie należy mylić z pseudoekologami. I o to właśnie tyle kłótni i wojen się toczy. Jestem w samym sercu jednej z nich, więc ta kwestia jest mi wyjątkowo bliska.
A jak jest w świecie naszych ludzkich serc? Wciąż tępimy indywidualności, a każda wielka prawda z ust mędrca dla tłumu brzmi jak herezja. Nasze myśli i pragnienia podsycane są tysiącami kolorowych, pięknie brzmiących reklam, które zaburzają odczyt głosu płynącego wprost z głębi serca i duszy. Choć epokę średniowiecza dawno mamy już za sobą, to takie wybitne indywidualności stale palone są na stosie tandety, zakłamania, głupoty i ciemnoty ludzkiej machiną napędzaną przez władzę i pieniądze. Cywilizacyjnie rozwijamy się w szalonym tempie, jednak emocjonalnie jesteśmy na poziomie dość prymitywnym. Jakież to smutne. Jakże ta przedziwna sytuacja przypomina mi zwyczajną amputację tyle, że nie części ciała, a duszy i serca. Kim więc stajemy się jako gatunek? Dokąd zmierzamy? Im bardziej nowoczesne technologie nas odrywają od naszej prawdziwej natury, tym większe frustracje przychodzi nam przeżywać każdego dnia. Zamiast patrzeć na drugiego człowieka mając go obok coraz częściej spoglądamy w migające okienka. Nie odnajdziemy w nich oczu, które są drzwiami do duszy, ani nie odnotujemy ruchu tęczówek, w czym zapisane są informacje piękne i pierwotne.
W końcu dwoje zakochanych ludzi, którzy zamiast dotykać swoich rąk, rozkoszować się ich ciepłem dotykają plastikowo-metalowych urządzeń, które nic nie czują. Służą jedynie, by wykonywać nasze polecenia. Jak więc w takich okolicznościach rozbudzić serce i pierwotne instynkty? Czy to możliwe? Jakże sami podcinamy gałąź, z której wyrastamy, która jest filarem naszego bycia w każdej przeżywanej sekundzie naszego życia – naszych korzeni. Tym samym wchodzimy na drogę bezrefleksyjnej konsumpcji stymulowanej przez napędzające obecnie świat korporacje i jakże silne ich oddziaływanie na nasze zmysły i psychikę. Oto jeden z wielkich tego świata – Steve Jobs powiedział przed śmiercią: "…Doszedłem na szczyt sukcesu w biznesie. W oczach innych, samo moje życie jest symbolem sukcesu. Jednak poza pracą mam też trochę radości. Moje bogactwo jest po prostu faktem, do którego przywykłem. W tym momencie, leżąc na szpitalnym łóżku, rozpamiętując całe moje życie, zdaję sobie sprawę, że wszystkie pochwały i bogactwo, z których kiedyś byłem tak dumny, stały się nieistotne z powodu nadchodzącej do mnie śmierci… W ciemności, kiedy patrzę na zielone światła sprzętu do sztucznego oddychania i słyszę dźwięk tych wszystkich machin, czuję oddech zbliżającej się śmierci. Dopiero teraz rozumiem, że kiedy zgromadzisz wystarczająco dużo pieniędzy, tak dużo by wystarczyło do końca życia, trzeba też realizować cele, które nie są związane z pieniędzmi. To powinno być coś ważniejszego: na przykład opowieści o miłości, sztuce, dziecięcych marzeniach…”
Sama zastanawiałam się nad tym wiele razy i zatrzymałam się na dłużej, kiedy odchodził mój ojciec zupełnie niedawno. Kiedy to święty spokój zakłócały szpitalne monitory, a zielone światełka i sztuczne dźwięki stały się trudne do zniesienia. Popłynęłam w głębiny refleksji nad ludzkimi potrzebami takich chwil, a w wyobraźni zamieniłam się z moim ojcem na miejsce. Położyłam się na szpitalnym łóżku i pozwoliłam unieść się fali. Wtedy zapragnęłam jednego, by w ostatnich chwilach mojego bycia tutaj mieć obok kochających ludzi, by móc wyrazić wdzięczność, by czuć jedynie wiarę, nadzieję i miłość oraz spokój, ten całkowicie święty pod rozgwieżdżonym niebem.
Pomijam już fakt stale obniżającej się jakości urządzeń, które coraz częściej musimy wymieniać na nowe modele napędzając jednocześnie całą machinę niemającą kompletnie nic wspólnego z naturą, ani naszą ludzką, ani żadnej istoty żyjącej obok nas. Jednak każdy sam powinien odnieść się do tego, bo może dla współczesnego przedstawiciela Homo sapiens obcowanie z coraz bardziej zaawansowanymi technologiami jest szczęściem samym w sobie. Może właśnie dlatego tak często nie zauważamy drugiego człowieka, jego potrzeb i uczuć, a z czasem bezwiednie wpadamy w wir totalnego konsumpcjonizmu zatracając zdolność dawania i budowania prawdziwych naturalnych relacji. W konsekwencji zaczynamy odczuwać lęk przed bliskością i budowaniem więzi. W ten sposób pozwalamy dobrowolnie wtrącić się do celi własnej bezsilności wobec pędzącej machiny zmian. Takich zdolności nie zatraciły dziko żyjące zwierzęta, więc warto je czasem trochę poobserwować, by wybudzić w sobie naturalne instynkty.
Choć sama zgłębiłam podstawy wiedzy o środowisku naturalnym i sposobach jego ochrony z racji mojego wykształcenia i pracy w instytucie naukowym, to jednak nie czuję się specjalistką od natury wszystkich istot, ale swoją własną, kobiecą, a także bardziej i mniej ludzką oraz tą zwierzęcą jej stronę poznałam dogłębnie korzystając z tajników szerokiego wachlarza dostępnej wiedzy. Myślę, że każdy z nas miał albo ma taki czas w swoim życiu, że odzywa się w nim tzw. „zew krwi”. Taki głos, który wyrywa się z głębi nas, potrzeba szczęścia i spełnienia. To głos, który krzyczy z całych sił często zagłuszając zdrowy rozsądek. I co wtedy zwykle robimy? Sama w takim momencie życia wyruszyłam w pogoń za tym dziwnie znajomym głosem. Nie znając pewnych prawideł szukałam właściwej drogi gubiąc się w tysiącu innych.
A kiedy już zagubiłam się niczym błędny rycerz w mojej samotnej wędrówce, postanowiłam wrócić do korzeni, bo o to chodzi w naturze, by do nich wracać. Im bardziej moje drogi plątały się w gąszczu nowoczesnych technologii i rozwoju cywilizacji, tym większe osamotnienie ogarniało mnie i tęsknota za dzikością, która doskonale była mi znana z dzieciństwa. Tak już jest, że „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”, choć daleka jestem od myślenia o sobie w kontekście starości. Wtedy pojawiło się zielone światełko z napisem „dzikość”, „historia”, „prehistoria”. Kiedy już odkryłam historię moich przodków, moich rodziców i zagłębiłam się w swojej własnej, wtedy uświadomiłam sobie, że dusza artystyczna musi wieść życie twórcze i nie ma innej drogi, a każda inna będzie napiętnowana brakiem spełnienia. Tak mi podpowiadało to, co było wkoło mnie i we mnie – moje tęsknoty i marzenia. Właściwie, to na ich bazie ustaliłam cele długoterminowe i te krótkoterminowe, które sukcesywnie realizuję. No i oczywiście wymyśliłam sobie moją własną misję artystyczną oraz język wyrazu i technikę, jako narzędzie. Jestem wierna temu do dziś, a każdy kolejny nawet najmniejszy sukces utwierdza mnie w przekonaniu, że to jedyna słuszna droga. Nie obyło się oczywiście bez analiz słabych i mocnych stron oraz możliwości i zagrożeń, czego nauczyłam się w szkole menadżerskiej dawno temu. Dziś dobrze wiem, że nauka to potęgi klucz i cieszy mnie ogromnie, że zebrałam na to dowody. Tym kluczem otworzyłam sobie wiele drzwi, także do ludzkich serc i właśnie to daje mi największą radość.
W moim przypadku poszukiwanie szczęścia wkoło okazało się ciemnym i ślepym zaułkiem, który sprowadził mnie na manowce. Odkryłam że szczęście mieszka w moim sercu na samym dnie i mnoży się, kiedy dzielę się nim z drugim człowiekiem. Ale wcześniej musiałam je odgruzować z niespełnienia, bólu, goryczy oraz żalu do innych i do siebie za własne wybory tysiąca różnych dróg.
Więc może dlatego „wypatrujemy za szczęściem nawet wtedy, gdy chwieje się nasza wiara w jego istnienie” (Sławek Orwat). „A szlachetność zjawisk jakimi są wiara, nadzieja i miłość polega nie tylko na tym, żeby mieć dobre serce. Również, a przede wszystkim, na tym, żeby serce mieć łagodne. Jest naprawdę co robić z sobą przez całe życie.” (Adam Nowak, Raz Dwa Trzy).
Ważne byśmy podawali dalej to najlepsze, co otrzymujemy od drugiego człowieka i potrafili cieszyć się jak dziecko zamiast pogrążać w połówce pustej szklanki, która zawsze jest do połowy pełna. I pukać trzeba do ludzkich serc, bo kto puka temu otworzą.
Wszystko, co tu powiedziałam, to TYLKO słowa i AŻ słowa jak dzika, czasem rwąca rzeka w swych meandrach, zasilana wieloma dopływami – nauką, obserwacjami i doświadczeniami, które otworzyły wiele ran w moim sercu i duszy, a potem w swej dojrzałości stały się cudownie czułym balsamem na niespełnienie…
Marzanna Szkuta
Autorzy zdjęć:
Kasia Czajkowska
Tomasz Kamiński
Marzanna Szkuta
Elwira Szuma
***
Marzanna Szkuta mówi o sobie „dziewczyna z lasu” i bez wątpienia nią jest. Wystarczy
spojrzeć na jej dzieła, aby niemalże poczuć przyrodę i tajemnicę
puszczy. Urodziła się i wychowała w malutkiej wiosce Teremiski, ukrytej w
samym sercu Puszczy Białowieskiej. Rodzice Marzanny zbudowali dom
rodzinny na uboczu tuż przy lesie i dlatego las stanowił dla niej nie
tylko odskocznię od trudnego życia na wsi, ale i poczucie
bezpieczeństwa. Po ukończeniu liceum rozpoczęła pracę. Jej kariera
zawodowa miała swój początek w Stacji Geobotanicznej Uniwersytetu
Warszawskiego w Białowieży, gdzie po raz pierwszy zetknęła się z
botaniką. Pracowała tam tylko pół roku, ale był to bardzo ważny okres w
jej życiu. Wtedy to po raz pierwszy ujrzała Rezerwat Ścisły
Białowieskiego Parku Narodowego. Zobaczyła też, jak bardzo różni się to
miejsce od lasu, który znała z dzieciństwa. Następnie zainwestowała w
Roczne Studium Menadżerskie w Białostockiej Szkole Biznesu. Po
ukończeniu szkoły otrzymała propozycję pracy w Białymstoku. Wybrała
jednak przygodę i wyjechała do Wrocławia. Czuła - jak sama to podkreśla -
że musi „przełamać fale” i zmierzyć się z życiem w pełnej cywilizacji, z
dala od rodzinnych stron. We Wrocławiu uczyła się wielkomiejskiego
życia, pracowała w biznesie i poznawała nowych ludzi. Jej przygoda z
miastem swój dalszy ciąg miała w Białymstoku, gdzie podejmowała kolejne
wyzwania w świecie biznesu. Podczas spaceru po Parku Szczytnickim
we Wrocławiu pod starym dębem po raz pierwszy w życiu poczuła, czym
jest „zew krwi”. Łzy popłynęły jej po policzkach z żalu, że jest tak
daleko od domu, i że to nie jest ten jej jedyny, ukochany dąb, pod
którym spędziła wiele dni, wieczorów i nocy razem z gitarą, nieraz w
towarzystwie pasących się obok żubrów. Poczuła też, że brakuje jej
znacznie więcej - ciszy, szumu drzew, muzyki świerszczy, zapachu
zawilców i towarzystwa dzikich zwierząt. Po niecałym roku przeprowadziła
się do Białegostoku, ale kilka lat później sytuacja ta powtórzyła się i
był to kolejny sygnał. Wtedy podjęła decyzję o powrocie do swojej
ukochanej Puszczy.
Po powrocie z miasta nie bardzo wiedziała,
czym będzie się zajmować w rodzinnych Teremiskach. Chciała robić coś
pożytecznego dla Puszczy, dla której wróciła. W czasie wakacji pracowała
w schronisku młodzieżowym w Białowieży, a następnie przez kilka lat
przy realizacji projektu „Puszcza Białowieska” duńskiej firmy COWI,
dzięki czemu bardziej poznała specyfikę regionu i jego mieszkańców. To
właśnie wtedy zrodziła się w jej głowie myśl na temat idealnego produktu
lokalnego. Wtedy też zaczęła poznawać różne grupy interesów, które
wypowiadały się na temat ochrony Puszczy Białowieskiej i... zupełnie nie
wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Aby lepiej to zrozumieć,
rozpoczęła studia na kierunku Ochrona Środowiska na Politechnice
Białostockiej, a następnie podjęła pracę w Instytucie Biologii Ssaków
Polskiej Akademii Nauk w Białowieży. Bardzo inspirował ją wówczas do
przemyśleń profesor Zdzisław Pucek, wieloletni kierownik tego Instytutu.
Z pasją też podglądała swoich kolegów naukowców w prowadzonych przez
nich badaniach naukowych i chłonęła ile tylko mogła. Kochała zwierzęta,
również te dzikie i trudno było jej przełamać się do prowadzenia na nich
badań, czy doświadczeń. Dlatego też nigdy nie myślała poważnie o
doktoracie z zoologii. Jednak stopniowo uświadamiała sobie jak bardzo ta
nauka jest ważna dla naszego codziennego funkcjonowania w zdrowiu,
szczęściu i urodzie, ale też i to, w jak wielkim stopniu nie zdajemy
sobie z tego sprawy. W końcu przyszedł czas na wielkie zmiany. Odchodząc
z pracy po prawie 12 latach czuła, jakby odcinała się od pępowiny, ale
temu rozstaniu towarzyszyło także niezwykle silne uczucie, które
nakazywało jej podjąć to nowe wyzwanie.
W pracy artystycznej
inspiruje ją zarówno świat dzikiej przyrody jak i świat czysto ludzki.
Jej wykształcenie oraz doświadczenia życiowe i zawodowe uświadomiły jej,
w jak wielkim stopniu brak elementarnej wiedzy na temat podstawowych
zależności może mieć destrukcyjny wpływ na kształtowanie charakteru
człowieka i na piękną, dziką przyrodę, w której wyrosła i którą wciąż ma
wkoło siebie. Dlatego zafascynowało ją zagłębianie się w podstawy
ekologii, fizjologii i ewolucji zwierząt, ponieważ odnalazła w tym wiele
związków z jej codziennym życiem. Nie zauważyła momentu, kiedy stało
się to jedną z jej pasji. Biżuteria, to tylko język, którym opowiada o
tym, co jest dla niej naprawdę ważne. Przez ostatnie lata wnikliwie
obserwowała dokąd w pędzie technologicznym zmierza świat i dlatego
bardzo dotyka ją masowa produkcja tanich przedmiotów marnej jakości i
ich bezrefleksyjna konsumpcja. Boli ją także świadomość, że bylejakość
leży u podstaw czasów, w których przyszło jej żyć, ponieważ taki stan
rzeczy bezpośrednio przekłada się również na duchową i uczuciową sferę
naszego codziennego życia. Bardzo brakowało jej oryginalnych,
ekskluzywnych dzieł z duszą wykonanych ręcznie opisujących bogactwo
miejsca, w którym wyrosła, które ją inspiruje i którym przesiąkła.
Brakowało jej też drobiazgu, w którym dla kontrastu zamknięta jest
wielka wartość, takiego by można było z łatwością przewieźć go do
każdego zakątka świata i tam promować bogactwo miejsca, z którego się
pochodzi. Jako projektantka biżuterii potraktowała Marzanna Puszczę
Białowieską jak kopalnię diamentów, które postanowiła „szlifować” na
swój sposób, by olśniły świat.
Przywiozła wiele inspiracji z podróży do
Szkocji, jednak najbardziej zachwyciła ją różnorodność biologiczna tu,
gdzie są jej korzenie i tę wartość i piękno wychwala jak i gdzie tylko
może. Studia przyrodnicze i praca w placówce naukowej okazały
się kopalnią wiedzy o jej ukochanym lesie i o mechanizmach, jakimi
rządzi się świat dzikiej przyrody. Swoją twórczość Marzanna Szkuta
kieruje do tych, którzy pragną zagłębić się w taki niekonwencjonalny
sposób w ważne kwestie dla otaczającego nas środowiska naturalnego. U
podstaw jej determinacji leży fakt, że jest nie tylko „dziewczyną z
lasu”, ale też Podlasianką, a Podlasie to zagłębie przyrodnicze o
wyjątkowej urodzie i wartości. Postanowiła więc zamknąć swoją świadomość
i emocje w miniaturze, by piękne, inteligentne i ambitne kobiety mogły
prezentować ten zasób wartości i wiedzy nosząc jej dzieła blisko swoich
ciał. Zależy jej także na tym, by potrafiły coś opowiedzieć o tym innym.
Taki ma pomysł na edukację w połączeniu ze sztuką oraz modą, a
właściwie stylem opartym na elegancji szeroko rozumianej, dlatego też z
wielką radością obserwuje reakcję odbiorcy, kiedy opowiada o idei jej
twórczości prostym językiem, pełnym osobistych uczuć i doświadczeń.
Cieszy ją także tworzenie do szuflady nawet w wymiarze minimalnym.
Adam Nowak – lider, wokalista, tekściarz i kompozytor grupy Raz Dwa
Trzy. Zespół znakomicie łączy rock, jazz i blues z piosenką autorską i
poetycką frazą. Raz Dwa Trzy ma na koncie dziewięć albumów, z czego dwa
ostatnie – „Osiecka” i „Młynarski” – sprzedały się w łącznym nakładzie
ponad 200 tys. egzemplarzy. To jeden z najważniejszych polskich twórców.
W 2005 r. otrzymał nagrodę im. Jacka Kaczmarskiego za całokształt
twórczości. Nowak to dusza i sumienie współczesnych 30- i 40-latków. Za
kilka tygodni ukaże się kolejna, autorska płyta zespołu.
Są rzeczy, które artysta musi przewidzieć. Nieważne, czy człowiek gra, śpiewa, czy pisze książki. Musi przewidzieć, jakie będą konsekwencje jego działań.
fot. Zbigniew Warzyński
– „Piosenka – mimo że sztuka mniejsza to pod względem proporcji – bije na głowę wszystko inne” – tak brzmi twoja definicja twórczości Raz Dwa Trzy.
– Nieco tę próbę definicji uprościłem. Teraz mówię: „Piosenka jest sztuką mniejszą, która czasem wiele może”. To znacznie lepiej brzmi, zgrabniej. Bliskie mi jest poszukiwanie. W związku z tym i piosenki nie mają stałych aranżacji. Coraz częściej dokonuję zmian, które pasują albo nie pasują, ale odpowiadają temu stanowi ducha, myśli, intelektu oraz odczuwania, jaki obecnie prezentuję. Z tego powodu na naszej nowej płycie pojawią się takie piosenki, które w momencie premiery już będą zmienione. Już teraz mają po kilka wersji. Ja mam nieustający głód zmian. To mnie kiedyś zje (śmiech). Przypuszczam, że ten głód doprowadzi do jakiejś dekonstrukcji. Ale on jest teraz nieodzowny. Nabraliśmy jako zespół pewnej sprawności manualnej wydobywania dźwięków z instrumentów. Przychodzi to teraz znacznie łatwiej i szybciej. Często na koncercie wykonujemy jakiś utwór i już więcej w ten sam sposób tego nie powtarzamy. Nie dlatego, że było coś skopane. Przypomina mi to nieco granie jazzowe, aczkolwiek Raz Dwa Trzy nie gra muzyki jazzowej. Stosujemy elementy myślenia jazzowego. Miksujemy folk z jazzem, bluesem, rocka z tzw. piosenką poetycką.
– Dla wielu fanów waszej muzyki sztandarowym utworem jest „Pod niebem (pełnym cudów)”. Song delikatny, w którym każdy znajdzie i wolę życia, i uspokojenie, i relaks. Powiedziałeś, że napisałeś ją w strasznym dołku, w jakimś chorobowym stanie, z gorączką.
– Gdzieś na początku lat 90. cierpiałem na przewlekłe bóle głowy. Co tylko zabierałem się do zrobienia czegoś, to zaraz ten ból. Z reguły bierzesz pigułkę, chwilę odczekujesz i już… W moim przypadku tak nie było. Tych bólów nie dało się niczym uśmierzyć. Na szczęście wszystko przeszło, ale piosenka powstała właśnie w bardzo złym stanie samopoczucia, to ból doprowadził mnie do tych słów. Wszystko odbyło się właściwie w niespełna 20 minut. Razem z tekstem, muzyką i aranżacją gitarową. I jest do dziś. Gramy ją od 17 lat. Mógłbym wyjść dzisiaj i ją zaśpiewać. I ona niczym by się nie różniła od tamtej pierwszej wersji. Ręczę za nią głową i mogę ją sobie nawet zaśpiewać na pogrzebie. Mówię to świadomie, bo to taki utwór, w którym intuicyjnie słowo doprowadziło mnie do końca. Podążyłem za nim i stało się.
– Ostatnio pokazałem teledysk do piosenki „Trudno nie wierzyć w nic…” młodym dziewczynom i nobliwym paniom, które chorują na stwardnienie rozsiane. Niektóre już ją znały. Ale song podbity obrazem zrobił na nich kolosalne wrażenie. I stwierdziły, że zaraz „biorą się za siebie”, bo trudno nie wierzyć w nic.
– To dość niesamowite. Ja w ogóle nie chciałem kręcić teledysku do tej piosenki. Dla mnie sama w sobie była już tak wyraźnym obrazem, że nie powinno się go komentować. Ale tych pięć czy sześć scenariuszy się pojawiło. Po przeczytaniu chyba trzech uznałem, że wszystkie są absolutnie nie na temat.
I wtedy Anna Maliszewska, która przedstawiała nam dwa inne scenariusze, miała gdzieś z tyłu na kartce napisane jedno zdanie, że „można znaleźć bezrękiego malarza, którego można byłoby opowiedzieć w tym teledysku”. Gdy przeczytałem to zdanie, powiedziałem: „Robimy!”. Sam jednak nie wiedziałem, jak to będzie wyglądało. Ania tak to nakręciła, że nie ma w tym teledysku ani epatowania inwalidztwem, ani nachalnego umoralniania, że jak nauczysz się czegoś, to wtedy… itd. Jest ciepło i jest najzwyczajniejsza w życiu akceptacja. To obrazek o akceptacji i o miłości, i o przywiązaniu. W tym wszystkim najważniejszy jest dotyk. Jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do dotyku dłońmi, to tam, w klipie, jest on zastąpiony stopami. Są oczywiście różni ludzie. Czytałem różne komentarze na ten temat. Pisali je ludzie, którzy byli wrażliwsi, gdy byli dziećmi. Natomiast teraz są niewrażliwi i uważają, że dotykanie kogoś stopami jest obrzydliwe. Ale oni kompletnie nie rozumieją współistnienia ludzi między sobą. Bo zauważ, że to już jest zapowiedź takiego stylu bycia correct. To znaczy: „zawsze jestem czysty, zawsze jestem ubrany, nigdy nie będę chorował, obiecuję, że nie będziesz musiał się mną zajmować na starość”. Jedno wynika z drugiego! To, czy on jest czysty, brudny, przystojny, czy śmierdzi, bo coś mu się przydarzyło, jest nieważne. Po prostu jesteś z nim.
fot. Zbigniew Warzyński
Przegrałem bitwę, wygrałem wojnę
– Zaraz zahaczymy o ludzkie przeznaczenie. Dawno temu byłeś chuliganem. Twój „pierwszy raz” zdarzył się z panią lekkich obyczajów.
– Uprzedzam zawsze, odpowiadając na pytania związane z przeszłością, że życiorys jest jak ogon: nie wiadomo, kto ci go przytrzaśnie. Chodzi o to, że wykonując pewne czynności w życiu, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że zostawiamy po sobie ślady. Dobrze, jeśli zostawiamy same dobre, ale nie ma takich ludzi na świecie. Bo każdy musi zostawić jakiś zły ślad. No i niektóre ślady, z których wcale nie jestem dumny, za mną idą. Nigdy nie będę się tłumaczył z tego, że mnie poderwała prostytutka. Ale gdybym miał to drugi raz zrobić, tobym tego nie zrobił. Jednak ta
konkretna chwila dla mnie, wtedy nastoletniego chłopaka, była
prowokująco-urzekająca.
Jeśli oddzieli się cały brud z tej sytuacji, przeżycie samo w sobie było interesujące (śmiech). Dzisiaj wiem, że nie zrobiłbym tego drugi raz. To, co mi się przydarzyło, jest jak oddanie swojej skóry komuś, kto nie powinien jej dostać. Z pozycji męża, ojca czwórki dzieci, to jest zupełnie inny temat, inaczej się go ogląda i analizuje.
– A potem była fascynacja teatrem. Z osoby nieśmiałej, mającej problemy z mówieniem, wypowiadaniem się z powodu jąkania, nagle…
– To nie było nagle, ale rzeczywiście same działania teatralne były czymś ożywczym. Tak było w pewnym teatrze amatorskim w Poznaniu. Później przez chwilę byłem w Zielonej Górze w innym teatrze. Zdawałem trzykrotnie do szkół teatralnych i trzykrotnie się nie dostałem. Czyli można uznać, że ten werdykt był słuszny. Wtedy jednak miałem do tego inny stosunek. Dzisiaj wiem, że ta odmowa była dla mnie korzystna. Przegrałem bitwę, ale wygrałem wojnę. Zawsze wiedziałem jednak, że będę coś robił w tym kierunku, ale kompletnie nie wiedziałem, co to będzie. Trzy lata później, trafiwszy do Zielonej Góry na studia pedagogiczne, poznałem świetnych ludzi. Oddanych czynnościom artystycznym, które funkcjonowały w sposób naturalny jako komunikaty między ludźmi. Była to wymiana ludzkich życzliwości i nieżyczliwości, głupoty i miłości, i wielu innych rzeczy. Ale to wszystko grało w nas… Były kabarety, grupy muzyczne, działania plastyczne. To był naprawdę wielki ruch. Jak na Zieloną Górę ruch bardzo duży i – jak się potem okazało – także ważny, bo oddziałujący na całą Polskę. Z Zielonej Góry wyszło naprawdę dużo „dzieci” – tak to mogę określić.
fot. DeKaDeEs Kroniki Poznania
Tylko własne słowa
– Ponad 100 tys. słuchaczy kupiło krążek „Osiecka”, co zważywszy na kryzys w polskiej branży muzycznej, jest wynikiem niesamowitym. Potem „Młynarski” i kolejne 100 tys. sprzedanych płyt. I nagle z przerażeniem czytam, że może Raz Dwa Trzy nagra płytę z piosenkami Marka Grechuty.
– A może Kofty? A może Ciechowskiego? A może kogoś tam jeszcze? W tym wszystkim kryje się bardzo duże niebezpieczeństwo. Nazywam to „przerabianiem polskiej historii muzyki rozrywkowej” i to jest złe. Z tematem piosenek Agnieszki Osieckiej zmagałem się bardzo długo. Trzeba zacząć od tego, że stało się to wybitnie na zaproszenie radiowej Trójki. Ale źle się z tym czułem, bo uznałem, że to nie była nasza estetyka. Po wielkich wewnętrznych zmaganiach uznaliśmy, że zagramy koncert. I tak naprawdę na jednym koncercie miało się skończyć.
fot. Sławek Przerwa
Koncert zarejestrowano i wydano płytę. To była trochę droga przez mękę. W tamtym czasie przyplątała mi się choroba. Ta płyta dla mnie rzęzi, jest zapisem bólu i cierpienia. Ale ten ból i cierpienie są na tyle atrakcyjne, że album kupiło ponad 100 tys. ludzi. To naprawdę zadziwiające. Z piosenkami Wojciecha Młynarskiego z kolei było tak. Razu pewnego pan Wojtek sam nam zaproponował taki pomysł. Było to pół roku po wydaniu płyty z piosenkami Agnieszki Osieckiej i wtedy nie mogłem się tego podjąć. Po pierwsze, byłoby to koniunkturalne. Ja mam w nosie opinie, które krążą o mnie czy o zespole. Ale są rzeczy, które artysta musi przewidzieć. Bez tego szybko osiada się na mieliźnie. Wtedy ten ktoś będzie postrzegany jedynie w kategorii osoby, która kieruje się tylko zarobkiem… Myśli pana Wojtka, cóż… Podjęliśmy bardzo duże ryzyko, bo zrezygnowaliśmy całkowicie z satyry, która jest w jego piosenkach. Przedstawiliśmy go jako mędrca, poetę i człowieka niezwykle wrażliwego. I ten zamysł według mnie udało się nam wykonać. Mnie interesował ten „sos”, który jest w piosenkach pana Wojciecha. Po prostu.
– Kiedyś powiedziałeś: „Najważniejsze jest to, by dotrzymywać obietnic”.
– To jest bardzo istotne, nie zawsze się udaje, nie zawsze się udawało. Ale jeśli daje się słowo, jest to czymś bardzo ważnym. Po prostu ręczy się sobą. Za siebie.
– Jaką swoją piosenkę wskazałbyś mężczyźnie czy kobiecie chcącym się uwieść na całe życie?
– Tylko ich własne słowa. Tylko…
fot. Tomasz Szustek
Tomasz Wybranowski.
Roztoczanin z serca Zamojszczyzny, rocznik 1972. Absolwent polonistyki
na UMCS (specjalność edytorsko – medialna). Studiował także jako wolny
słuchacz filozofię i politologię. Doktorant wydziału Nauk Politycznych
UMCS. Pracował w radiu Centrum, Puls, Top, oraz kieleckim TAK, był
korespondentem radiowej „Trójki”. Publikował (i publikuje) w pismach
„Próba” , „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski” , „Praca i Życie Za
Granicą”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”,
magazynie „Kontury”, miesięczniku „Dziś”. Korespondent tygodnika
„Przegląd” w latach (2006 – 2012), redaktor dwumiesięcznika „Imperium
Kobiet i kwartalników Kontury oraz Zamojski Kwartalnik Kulturalny.
Publikuje w tygodniku „Uważam Rze”. Od 2005 roku w Irlandii. Na
przełomie 2005/2006 był redaktorem naczelnym tygodnika „Strefa Eire”. W
latach 2006 – 2008 wydawca i redaktor naczelny miesięcznika „Wyspa”.
Wydał trzy przewodniki po Irlandii „Irlandzki Niezbędnik. Irish ABC”. W
latatch 2008 - 2012 nieprzerwanie redaktor naczelny tygodnika (później
miesięcznika) „Kurier Polski”. W latach 2008 – 2009 był także irlandzkim
korespondentem Polskiego Radia i Informacyjnej Agencji Radiowej.
Współpracował także z Radiem Vox. Obecnie nieprzerwanie wydawca i
prezenter programu „Polska Tygodniówka” (ponad 270 wydań) nadawanego
w każdą środę w dublińskiej rozgłośni NEAR 90, 3 FM. W każdy piątek
(10.00 – 11.00) w Radiu WNET (Polska) pojawia się jego autorski program
„Irlandzka Polska Tygodniówka”. Cykl programów o historii muzyki
światowej „Muzyczne Terapie” gości także w austriackim Radiu FRO. Autor
czterech tomików wierszy („Oczy, które...” 1990, „Czekanie na świt” 1992, „Biały”
1995 i najnowszy „Nocne Czuwanie”). Jego wiersze drukowano w ponad
dwudziestu antologiach poetyckich (ostatnio „Harmonia Dusz” Warszawa
2011). Na początku roku 2013 ukaże się specjalna wersja zbioru „Nocne
Czuwanie” wraz z audiobookiem (wydawnictwo Kontury). Rok 2011 przyniósł
nominację do nagrody „Polak roku w Irlandii”. Tomasz Wybranowski
wyróżniony został przez środowiska polonijne w Irlandii nagrodą
„dziennikarz roku 2010”. Doktorant wydziału Nauk Politycznych UMCS.
Przygotowuje dwie publikacje na temat polskiej muzyki rockowej w czasie
zrywu wolnościowego 1977 – 1990. Do tej pory ukazało się jego pięć
artykułów naukowych poświęconych mediom, głównie imigracyjnym. Od czerwca 2015 tomek prowadzi Listę Przebojów Polisz Czart, która dzięki niemu rozpoczęła swoje drugie życieAby
poczuć klimat audycji Tomka, zapraszam do wysłuchania znakomitego
programu poświęconemu Grzegorzowi Ciechowskiemu. Można posłuchać gotutaj
Huczy już o tym cały Londyn, cały internet, a nawet u mnie na prowincji bardowie śpiewają o tym pieśni. Chodzi oczywiście o Buch Fest. Promotor z Londynu przyzwyczaił nas, ze na początku marca odbywał się koncert kilku wykonawców, a właściwie wykonawczyń. Muzyczny Dzień Kobiet już niemal zapisał się na koncertowym kalendarzu, a tu Buch! i niespodzianka. W tym roku rajstop ani goździków nie będzie, za to będziemy rozpieszczani jeszcze większą ilością doskonałej muzyki. Aby opowiedzieć o artystach występujących na Buch Feście, zebrałoby się materiału na całkiem spory księgozbiór traktujący o polskim rocku. Ja jedynie skromnie zarysuję ich sylwetki. Po dżentelmeńsku zakłócę nieco chronologię zdarzeń i zacznę od pań. Właściwie jedynej przedstawicielki płci pięknej, występującej na londyńskim festiwalu, Katarzyny Nosowskiej.
Nosowska
fot. Mark Jamroz
Przychodzą mi na myśl słowa: ikona, legenda polskiej sceny, i jest to jak najbardziej prawdziwe. Ale te słowa to za mało. Kasia Nosowska jest jedyna w swoim rodzaju. Znana najbardziej jako wokalistka zespołu Hey, jednak od wielu lat równolegle prowadzi karierę solową. Wydała 6 albumów, z czego większość pokryła się platyną lub złotem. Nosowska współpracowała z takimi zespołami jak Pidżama Porno, Voo Voo, Świetliki, czy Dezerter. Od 2012 roku objęła funkcję dyrektora artystycznego Męskiego Grania. Jest laureatką Paszportu Polityki, otrzymała wiele nagród rynku fonograficznego, w tym niezliczoną ilość Fryderyków. Występując na scenie, Katarzyna ma w sobie zamknięte dwie osobowości. Jej charyzmatyczny, mocny wokal, jest jest jakby kontrą do zachowania artystki na scenie. Kasia śpiewa niemal zastygła w bezruchu, sprawiając wrażenie obecności w innym świecie. To tyle w temacie pań na Buch Feście. Resztę imprezy zdominują męskie składy.
Gabinet Looster
fot. Monika S. Jakubowska
Festiwal otworzy koncert londyńskiego Gabinetu Looster. Do niedawna kwartet, tym razem w pięcioosobowym składzie. Gabinet Looster nie trafił na line up z przypadku.Tych pięciu młodych muzyków, to nie jakaś tam sobie grupka grajków, która robi za wypełniacz. To pięć osobowości, silnych zarówno muzycznie jak i tekstowo. Od kilku lat rozgrzewają publiczność przed takimi gwiazdami jak Kult, Pidżama Porno czy Hey. Tym razem Adam, Piotrek, Rafał Robert i Bartek nie będą supportem, są jednym z wykonawców na Buch Feście. Chłopaki grają z pazurem, muzykę świeżą, żywą i buntowniczą, wierzę że piosenki: Spokojnie, Wojenka, Megafony czy Milicja wpiszą się do kanonu polskiej muzyki.
Dezerter
Po Inauguracyjnym koncercie miejscowych, czas na kolejnych gości. Będzie to grupaDezerter. Korzenie tego zespołu sięgają początku lat 80tych, początkowo jako SS-20. Nazwa wzięta od typu radzieckiej rakiety balistycznej nie spodobała PRLowskiemu reżimowi, i aby grać muzycy musieli przyjąć inne miano, padło na Dezertera. Warszawska formacja występowała w Jarocinie i tam stała się legendą polskiej sceny undergroundowej. Trio w obecnym składzie: Robert Matera, Krzysztof Grabowski i Jacek Chrzanowski ma w dorobku 13 albumów studyjnych. Za wydawnictwo”Prawo do bycia idiotą”, Dezerter otrzymał Fryderyka.
Pidżama Porno
fot. Mark Jamroz
Po występie Dezercji w sobotę zaśpiewa wspomniana na początku Kasia Nosowska, zaś po niej zagra Pidżama Porno. To właśnie w Londynie, w zeszłym roku, pierwszy raz od 2007 roku Grabaż zdjął z kołka szapoklak i włożył go na głowę, tym samym kończąc epokę „pidżamowego nicnierobienia”. Zespół z Poznania jest jednym z najbardziej znaczących bandów polskiej sceny rockowej, a Krzysztof „Grabaż” Grabowski, jednym z najzdolniejszych polskich tekściarzy. Historia Pidżamy nie jest usłana różami. Rotacje personalne, odejścia i powroty, oraz chronologia dyskografii, która wprawia w zakłopotanie najwierniejszych fanów. Ale charyzma i siła tej muzyki jest porywająca. Spektrum treści rozpościera się od Punkowego buntu, poprzez opowieści egzystencjalne aż po niezwykłe ballady o miłości. Ezoteryczny Poznań, Kochankowie w Ciemności, Bułgarskie Centrum Hujozy, Twoja Generacja… to są piosenki na których na koncertach Pidżamy zdziera się gardło i uwalnia się od czegoś co uwiera gdzieś głęboko w głowach i w sercach.
Na tym zakończy się Buch Festu dzień pierwszy, ale pozostajemy przy twórczości Grabaża. Buchową niedzielę rozpocznie bowiem formacja Strachy na Lachy.
Strachy Na Lachy
fot. Sławek Nakoneczny
Jest to zespół z Piły, który śpiewa między innymi piosenkę o swoim mieście. Dlaczego wspominam akurat Piłę Tango? Powodów jest kilka. Płyta Piła Tango pokryła się ostatnio platyną, wydano ją niedawno na winylu, piosenka tytułowa posiada akcent nawiązujący do Buch Festu. Dla mnie jednak największym fenomenem tej piosenki jest taka jej konstrukcja słowna, że czuję się jakby słowa były pisane dla, i o odbiorcy. Strachy są nieco inną formą wyrazu dla Grabaża, który poza wspomnianym Tangiem stworzył takie hity jak Dzień Dobry Kocham Cię, żyję w Kraju, czy BTW (Mamy tylko siebie).
Maciej Maleńczuk
fot. Monika S. Jakubowska
O Strachach mógłbym pisać jeszcze długo, ale ten skromny artykuł jak i Buch Fest ma swój line up i w kolejce czeka jużMaciej Maleńczuk. Bard, poeta, artysta niepokorny. Idący własną ścieżką i nie uznający kompromisów. Maleńczuk od młodych lat odrzucał próby zdominowania go przez system. Nie ujarzmił go ani PRLowski system edukacji, ani Ludowe Wojsko Polskie. Karierę muzyczną zaczął od grania na ulicy, później dołączył do zespołu Pudelsi. Na początku lat 90tych założył zespół Homo Twist. Maciej Maleńczuk solo wydał 12 albumów, od 2006 roku , kolejne wydawnictwa zyskiwały miano platynowej, bądź złotej płyty. Współpracował z Wojciechem Waglewskim w projekcie Męskie Granie, był też członkiem supergrupy Yugopolis. Maleńczuk należy do tej grupy artystów którzy są albo kochani, alebo nienawidzeni, ale takie emocje może wzbudzić jedynie wykonawca pełen autentyzmu i kolorytu a nie bezbarwny odtwórca.
Raz, Dwa, Trzy
fot. Sławek Przerwa
Trzecim wykonawcą podczas Buch Festowej niedzieli będzie zespół RazDwa Trzy. Muzycznie na granicy rocka i poezji. Teksty autora i wokalisty grupy, Adama Nowaka to podróż w zakamarki ludzkiej duszy i serca. Sam autor mówi o sobie „Mógłbym śpiewać o miłości, ale po co skoro większość robi to z lepszym, czy gorszym skutkiem. Piszę i śpiewam o swoich wątpliwościach na temat różnych pewności, których nabrałem do tej pory.” Zespół Raz Dwa Trzy nie mieści się w określonych ramach, czy szufladach, tak uwielbianych przez krytyków muzycznych. Przez lata wypracował sobie swój własny niepowtarzalny styl, którym zyskuje sobie rzesze fanów.
Voo Voo
fot. Adam Pańczuk
Gwiazdą która zamknie festiwal w Londynie będzie Voo Voo. Lider i założyciel zespołu Wojciech Waglewski, jest postacią legendarną na polskiej scenie. Współpracował chyba ze wszystkimi znaczącymi postaciami polskiej muzyki, nie tylko rockowej. Jego dwaj synowie, Fisz i Emade to znane postacie sceny hip hopowej. Twórczość zespołu Voo Voo przez lata ewoluowała od mrocznych w sferze lirycznej, do coraz pogodniejszych i bardziej dynamicznych klimatów. Muzyka Voo Voo jest niezwykle eklektyczna i ma swoje źródło w bardzo różnorodnych miejscach muzycznego świata. Pomimo tej różnorodności zespół wypracował rozpoznawalny dla siebie styl. Wojciech Waglewski uważa że w utworze najważniejsza jest muzyka, zaś tekst piosenki jest jakby dodatkiem.
fot. Marek Jamroz
Jak już wspomniałem, występ zespołu Voo Voo zakończy dwudniowe święto muzyki w Londynie. Buch Fest to bardzo znaczącą impreza na mapie tegorocznych wydarzeń. Myślę że w Wielkiej Brytanii nic nie będzie w stanie jej przebić. Rangę tego wydarzenia podnosi fakt objęcia patronatu medialnego przez Polskie Radio. W zeszłym tygodniu mieliśmy okazję wysłuchać w radiowej Trójce wypowiedzi organizatora festiwalu Tomka Likusa. Będzie kilka niespodzianek podczas Buch Festu. Jedna można już zdradzić, otóż Kasia Nosowska ma zaśpiewać z Grabażem. Czy bedą inne kolaboracje? Być może… Niech to pozostanie tajemnicą artystów i organizatora. Polski Wzrok również ma swój skromny udział w tym wydarzeniu. Oczywiście do kalibru Polskiego Radia nam daleko, ale również jesteśmy w gronie patronów medialnych. Przeprowadziliśmy wywiady z Krzysztofem „Grabażem” Grabowskim i z grupą Dezerter. Pozostałe gwiazdy również zostały przepytane przez niezrównanego Sławka Orwata. Najlepszy dziennikarz muzyczny w UK będzie też konferansjerem Buch Festu. Dwudniowy festiwal z londyńskim The Forum na Kentish Town, to coś więcej niż tylko koncerty. To doskonała okazja by spotkać się ze znajomymi, i powrócić do czasów gdy muzyka niosła ze sobą przesłanie, gdy brzmiała buntem i uderzała autentycznością. Dobór wykonawców gwarantuje że każdy znajdzie dla siebie kawałek muzycznego tortu z wisienką. W imieniu Organizatora i wszystkich gwiazd serdecznie zapraszamy wszystkie zainteresowane osoby.
Marek Jamroz
Buch Fest to dwudniowy festiwal, który odbędzie się 5 i 6 marca 20016 w O2 Forum Kentish Town, dokładny adres poniżej.
O2 Forum Kentish Town
9-17 Highgate Road
Kentish Town
London, NW5 1JY
Drzwi, zarówno w sobotę jak i w niedzielę otwierają się o 16.00. Muzyka zaczyna grać od ok. 17.00 a cisza nastąpi o 23.00. Pierwszego dnia, w sobotę wystąpią: Gabinet Looster, Dezerter, Katarzyna Nosowska i Pidżama Porno. Drugiego dnia, w niedzielę grać i śpiewac będa kolejno: Strachy na Lachy, Maciej Maleńczuk, Raz Dwa Trzy i Voo Voo. Bilety wciąż dostępne na www.buch.co.uk ,oraz facebookowej stronie Bucha Możliwy jest zakup karnetu dwudniowego oraz biletu jednodniowego na dowolny dzień Buch Festu. Polski wzrok zachęca też do lektury wywiadów z gwiazdami festiwalu które znajdziecie klikając poniższe odnośniki.
Marek Jamroz - Muzyka była w jego domu od zawsze, ale zawsze gdzieś w tle. Rodzice nie kupowali płyt, tylko słuchali radia, a to co muzycznego działo się w pokoju jego starszej siostry, było tajemnicą. Na szczęście, choć dorastał w typowo śląskiej rodzinie, rodzice nie katowali go słuchaniem jakże popularnych wśród sąsiadów, niemieckich szlagierów i tyrolskich polek. Pierwsze utwory jakie Marek pamięta to piosenki z niedzielnego Koncertu Życzeń takich wykonawców jak Irena Jarocka, Urszula Sipińska Jerzy Połomski i nieśmiertelna Mireille Mathieu z przebojem Santa Maria. Po słusznie minionym okresie Fasolek i Zająca Poziomki, jego pierwszą dojrzałą muzyczną fascynacją była twórczość Jeana Michelle Jarre'a. Po skutecznej próbie przedarcia się do pokoju siostry, Marek po raz pierwszy usłyszał jego Equinoxe, Marka Bilińskiego, The Beatles i Andreasa Vollenweidera. Marek zawsze był wzrokowcem - i jak miał nie trafić po latach do Polskiego Wzroku - i prezentowane Przez Krzysztofa Szewczyka w programie Jarmark klipy "Money for Nothing" Straitsów, "Take on Me" A-HA wbijały go w fotel. W późniejszych latach osiedlowa telewizja kablowa emitowała piracko MTV (to prawdziwe, gdzie kiedyś puszczano muzykę). Marek chłonął każdy gatunek - pop, rap, rock, metal, wszystko co brzmiało. Słuchał Trójki i listy w każdy piątek, kupował "pirackie oryginały", jakby chciał się tym wszystkim udławić. Nigdy nie identyfikował się z żądną subkulturą. Jako jeden z niewielu na podwórku lubił Guns'n'Roses i nikt nie wiedział jaka przyczepić mu łatkę. W szkole średniej zaczął słuchać muzyki bardziej świadomie. Wsłuchiwał się w teksty polskich wykonawców i nieudolnie starał się tłumaczyć tych anglojęzycznych. Wtedy to kolega pożyczył mu album Meddle Pink Floyd i tak zaczęła się jego wielka przyjaźń z muzyką brytyjskiej czwórki (a później trójki). Pojawiły się też kolejne fascynacje - Metallica, Biohazard, Smashing Pumpkins, Type O Negative, Sepultura, Dżem, Ira, Kazik, Piersi, Hey ale i Turnau, Grechuta, Soyka i Grupa pod Budą. Dżem był mu zawsze bliski, bo to lokalny patriotyzm i przy ognisku śpiewało się Whisky i Wehikuł Czasu, a porem namacalnie odczuł tragedię śmierci Pawła Bergera, gdy wykonywał napis na jego płycie nagrobnej pracując jako liternik w zakładzie kamieniarskim. Później przyszedł czas emigracji. Marek wyjechał na trzy miesiące w listopadzie 2005 roku i... ten kwartał ciągnie mu się do dziś. Największą pasją Marka jest robienie zdjęć. Zaczynał, gdy jeszcze nikomu nie śniło się o aparatach cyfrowych, a na wywołanie zdjęć (o ile nie miało się własnej ciemni) czekało się parę dni. Łapanie momentów upływającego czasu i zamiana ich w obrazy zawsze było dla niego jakimś rodzajem magii. Oprócz fotografowania lubi stare polskie filmy, absurdalny humor, historię i książki. W wolnym czasie czyta co popadnie i sprawia mu to nieznośną frajdę. Jakiś czas temu zupełnie przypadkowo poznał pewnego mechanika samochodowego, który najpierw okazał się całkiem fajnym gościem, a później gościem z ogromną wiedzą muzyczną. Tym mechanikiem jest Kuba Mikołajczyk, który wraz z Mateuszem Augustyniakiem założyli portal Polski Wzrok, dzięki któremu Marek w tempie pędzącego ekspresu dostał się w sam środek najważniejszych polskich wydarzeń kulturalnych na Wyspach. Zaczął fotografować dla portalu na koncertach, co sprawia mu wielką przyjemność i dzięki czemu poznaje wielu ciekawych ludzi.
- Pewna duża firma wydawnicza zerwała z wami umowę w trakcie nagrywania krążka Trudno nie wierzyć w nic,
a mimo to płyta sprzedała się znakomicie. Mówi się o tym albumie, że
jest osadzony gdzieś pomiędzy poezją śpiewaną, a muzyką chrześcijańską.
24-go maja 2012 spotkaliśmy się w poznańskim Centrum Kultury Zamek tuż
po waszym koncercie. Powiedziałeś mi wówczas następujące słowa: "Nie
ma poezji śpiewanej. To jest jakiś sztuczny twór, który nie ma prawa
istnieć, tak samo jak nie ma piosenki chrześcijańskiej. Jestem daleki od
egzaltacji, nie lubię egzaltacji i w związku z tym starałem się do tego
albumu podejść jak moglem najuczciwiej i rozumowo". Jak to jest, gdy rozumowo podchodzi się do takich cnót jak Wiara, Nadzieja i Miłość?
Adam Nowak: Tak. Firmy, partie, politycy, sezonowe gwiazdy zniknęły i
znikają. Był czas, że wierzyli w swoją siłę oddziaływania za bardzo. Ta
“wiara” zmieniła się i zmienia w chęć decydowania i rządzenia. I to jest
początek równi pochyłej. Jak się nie ma wyczucia, wrażliwości, nosa,
intuicji, dobrze używanej inteligencji, to trzeba zejść, zniknąć z rynku.
Rynek bardzo szybko weryfikuje. Można powiedzieć o nurcie
chrześcijańskim w piosence. Czy użycie słowa związanego z religią, czyni
piosenkę chrześcijańską? Moim zdaniem nie. W piosenkach o zabarwieniu
erotycznym wykonawcy też szepcą “Och My God!” Czy to chrześcijańskie? Z
pewnością jednak współprzyjemność osiągana przez obojga jest doznaniem
boskim. Bo taka jest natura ludzka. I tak człowiek w swej naturze został
stworzony przez Boga. Wiara to przede wszystkim łaska.
To w tym najbardziej tajemniczym ujęciu. Duchowni mówią, że można ją
pielęgnować poprzez modlitwę, konsekwentną obecność w obrzędach
religijnych. Pewnie można. Wiemy, że nie jest napiętym aktem woli. Bez
dziecięcej naiwności wymieszanej z czynnie działającym na potrzeby
drugiego człowieka rozumem, może być tylko słowem użytkowym.
fot. Sławek Przerwa
fot. Zbigniew Warzyński
Pytają mnie
ludzie o te trzy zjawiska, których reprezentujące słowa użyłem w
tekstach piosenek, jakbym był specjalistą w tej dziedzinie. A ja
śpiewam, opowiadam o swoich wątpliwościach. Trudno jest wierzącemu
wypełnić zadane przez Transcendencję zadania. To praca na całe życie, a
efekt, skutek niepewny. Na własne potrzeby zamieniłem słowo “Wiara” na
“Zdaję sobie sprawę z istnienia Tajemnicy”. I do tej tajemnicy się
odnoszę, dziękuje, proszę i jeśli przeprosiłem poszkodowanego i zadość
uczyniłem, dopiero przepraszam Tajemnicę. Powinienem jednak zacząć
odpowiedź od Miłości. Bo bez niej nie ma i nie nie dzieje się w naszym
życiu nic godnego uwagi. Całą resztę można wypracować, dostać. A bez
oddania siebie - co stanowi o istocie miłości - można ją traktować jako
zjawisko przelotne, którym w istocie nie jest, bo jest najważniejsza.
Pokochać nad życie (nad swoje życie) to najtrudniejsze do wykonania.
W
efekcie – z najpiękniejszym efektem jaki możemy osiągnąć. Pozbyć się
siebie. To “ja” , “my” to najbardziej upierdliwy w życiu balast
przeszkadzający w byciu tym, kim mogłoby się być, gdyby nie właśnie
własne “ja”. Wzorem mistrzów duchowych i sztuk walki wschodu można
powiedzieć, że doprowadzenie sztuki walki do perfekcji jest kwestią
treningu. I można dojść do biegłości, która pozwoli pokonać przeciwnika.
Na końcu tej drogi, po osiągnięciu wszelkich możliwości fizycznych i
duchowych celów zostajemy z najgroźniejszym przeciwnikiem, który czeka
na końcu drogi. Tym przeciwnikiem jestem ja sam. I to łączy praktyki
wschodu z religią chrześcijańską. Z tą różnicą, że pierwszy przykład
służy pokonaniu samego siebie. Drugi posiłkuje się wyzbyciem siebie.
Łącznikiem może być rozumienie, zrozumienie wynikające z doświadczenia. Podzieliłem
kiedyś ludzki żywot przez pryzmat trzech zjawisk w kolejności: wiara,
miłość, nadzieja. Kiedy jesteśmy młodzi (nieznośna chęć uporczywie
poszukiwanego poczucia sprawiedliwości) chcemy naprawiać świat, a
najlepszym orężem metafizyczno-ideologicznym jest właśnie źle i
nadmiernie używana wiara.
Później większą część życiorysu wypełniamy
poszukiwaniem miłości, konsumowaniu jej, łataniu, naprawianiu,
pielęgnowaniu, zbyt często i ze zbyt wielką chęcią otrzymywania jej, niż
dawania. Miłość otrzymana ma coś zaspokoić w nas. Dać oczekiwane
poczucie bezpieczeństwa, bo słusznie przypuszczamy, że w miłości zawarta
jest akceptacja. To nam się podoba i tego oczekujemy zapominając, że
inni również oczekują od nas. I dwie strony popełniają ten sam błąd
oczekiwania czegoś od kogoś. Być może bardziej żyjemy lękiem kochania
całkowitego. Boimy się wykorzystania. Zamiast kochać boimy się nie
kochać, bośmy istoty zalęknione. Nadzieja zaś zastaje nas prawdopodobnie w
swojej pełni u schyłku życia. Z bilansem tego, co nam się udało-nie
udało. Jakby ktoś w górze miał infantylnie zajmować się układaniem
przysłowiowych źdźbeł słomy przyznawanych za dobre uczynki... “Pokładam
nadzieję” czyli “Zdaję sobie sprawę”, że czeka mnie, moją duszę
“przejście”. Zgadzam się na zrozumiane “przejście duszy tam, gdzie już
wyzbywać się siebie nie trzeba. Jest się zaproszonym do przylgnięcia.
Transcendencja czeka. Po takich pytaniach, chyba napiszemy książkę,
zamiast wywiadu?
fot. Sławek Przerwa
- Namówiłeś mnie (śmiech). Wróćmy jednak do Transcendencji. Poszukiwaniu prawdy często towarzyszy zwątpienie lub niezrozumienie
tego, co dla innych stanowi sacrum. Dokonując życiowych wyborów
niejednokrotnie stajemy oko w oko z ryzykiem zdrady samych siebie i
sprzeniewierzenia się własnym ideałom. Dotykając tak nierozrywkowych i trudnych do zyskania poklasku tematów, udało się
tej płycie - o dziwo - zdobyć popularność masową. Jak sądzisz dlaczego?
Adam Nowak: Może dlatego, że większość z nas ma
podobne rozterki? Może udało się zsyntetyzować w piosenkach kilka
ważnych wątpliwości? A w tle jednak jest poczucie akceptacji dla
posiadania wątpliwości. Może słuchaczy zainteresowała próba językowego
zmierzenia się z gigantem pojęciowym, jakim jest Prawda? Niekiedy tak
mocno i zawzięcie prawdy poszukujemy, że z oczu znika normalne życie i
stajemy się napuszonymi poszukiwaczami, którzy nie mogą z tego
poszukiwania wrócić z niczym, więc w którymś momencie jesteśmy zmuszeni
do ogłoszenia, że oto prawdę znaleźliśmy. A jeśli ją znaleźliśmy to
jesteśmy wyjątkowi.
Wszyscy nie mogą być wyjątkowi, a zwłaszcza ci,
którzy prawdy nie poszukiwali. Zostajemy zatem strażnikami prawdy
znalezionej-nie znalezionej, uznając się za bardziej wyjątkowych od
innych. I mamy gotowego przedstawiciela pychy. Napuszonego ortodoksją
strażnika “prawdy”. Lub strażnika norm religijnych wyznaczającego
innym, co jest dobre, a co złe. Znamy takich? Znamy, znamy. Na wszystkich
kontynentach i we wszystkich religiach. A szlachetność zjawisk jakimi
są wiara, nadzieja i miłość polega nie tylko na tym, żeby mieć dobre
serce. Również, a przede wszystkim, na tym, żeby serce mieć łagodne. Jest
naprawdę co robić z sobą przez całe życie. Jakimś rodzajem szczęścia
może być przecież ta ulga spowodowana “przejściem” i radością, że więcej
tego robić nigdy nie będzie trzeba. Dla mnie to będzie ulga.
- Czy po śmierci nadal gdzieś jesteśmy i czy dostajemy jakąś nową
powłokę, czy też stanowimy jedynie cząstkę energii z zapisaną historią
poprzedniego bytu? Czy myślimy i czujemy TU i TERAZ to samo, co odczuwaliśmy
WTEDY i TAM ? Czy to o tym jest utwór "Mam imię nazwisko i pracę"?
Adam Nowak: To tekst Justyny Korn-Suchockiej. Gdy wyraziła
zgodę, bym zajął się tym tekstem, zdałem sobie sprawę z tego, że gdybym
chciał opisać taki zamysł, to nie zrobiłbym tego, ani inaczej, ani
lepiej, ani w ogóle. To chyba rodzaj najpiękniejszej czułości do tego
wszystkiego o co zapytałeś. I zrozumienia. I wyobrażenia. I przeżycia. I
zgody. Zobacz, ilu potrzebowałem słów, żeby odpowiedzieć na pierwsze
pytania, a jak niewielu potrzebowała Justyna, by wyczerpać opisany przez
siebie temat. Nie znam odpowiedzi na twoje pytanie. Odpowiedzi
przekraczające pojęcie czasu, materii i przestrzeni są tylko
wyobrażeniem do chwili, w której zaczniemy podróżować w czasie,
przenikać w przestrzeniach i rozumieć materię. Czyli do czasu, gdy ludzie
znajdą uniwersalny wzór łączący prawa makrofizyki z mikrofizyką. Wtedy
się dowiemy. Mam tylko nadzieję, że mnie już nie będzie. Z dobra sił
drzemiących w atomie człowiek stworzył broń, która nigdy nie powinna
była powstać. Z religii potrafimy zrobić narzędzie opresji. Mizerni
jesteśmy. Mali. Odkrywcy poszukują w dobrej wierze. Szalbiercy
wykorzystują przeciw nam.
- Ja Trudno nie wierzyć w nic odczytałem
jako wasz głos w
odwiecznej dyskusji na temat: Dlaczego wypatrujemy za
szczęściem nawet wtedy, gdy chwieje się nasza wiara w jego istnienie?
Słyszę w tej płycie także przypomnienie prostej prawdy, że aby
teraźniejszość bezpiecznie
wprowadziła nas w przyszłość, najpierw należy wyciągnąć wnioski z
przeszłości. Zgodzisz się z taką interpretacją?
Adam Nowak: Pewnie, że się zgodzę. Trafnie krótko i na temat.
Dodam tylko, że ja nie poszukuję szczęścia. Wierzę w drobne, małe
zjawiska kojarzone z przyjemnością. Z ich wyobrażeniem, przeżyciem,
wspomnieniem. Być może większa ilość zebranych w ten sposób przyjemności
daje jakieś ogólne szczęście, ale wcale nie musi. Przyjemności
wystarczą. Niech ten poszukiwany Graal Szczęścia znajduje się gdzieś
nieodkryty dla tych, którzy muszą go szukać. Szukając go można całe
życie przeżyć nieszczęśliwie.
fot. DeKaDeEs Kroniki Poznania
fot. Sławek Orwat
- Po koncertowym albumie Czy te oczy mogą kłamać pojawiły się głosy, że jesteście poetyckim cover bandem. Album Trudno nie wierzyć w nic
pokazał, że najlepsze jest dopiero przed wami. Jest to nie tylko wasz
najlepszy album, ale w mojej opinii jedna z najlepszych polskich płyt w
ogóle i nie będę ukrywał, że już po pierwszym jej wysłuchaniu bardzo
chciałem z tobą kiedyś o niej porozmawiać. Dziś spełniasz to moje
marzenie. Jak ty Adamie po tuzinie lat od jego wydania oceniasz ten
ponadczasowy krążek.
Adam Nowak: Na cóż mu ponadczasowość...? Być może brzmi tak
archaicznie, że zawsze będzie aktualny. To dobre piosenki. Śpiewają się
same. Taka jest siła dobrej piosenki. Zrozumienie tego przez wykonawcę
pozwala mu się nieść przez piosenkę. Nie zastępuję jej własnymi
możliwościami wokalnymi, interpretacją, czy zbyt intensywną obecnością
ponad piosenkę. Każdy z kolegów miał tu swój udział. Świetna zespołowa
praca. Myslę, że akurat radość z tego zajęcia, które wykonujemy powinna
wynikać z samej możliwości jego wykonywania. Lubię grać, bo lubię grać.
Granie jako czynność biologicznie zintegrowana z duchem, stanem umysłu,
postawą życiową, wrażliwością, kreatywnością, transcendencją itd...
Granie to my. My to granie. Zespołowa maszyneria do zaspokajania tego,
co chcemy usłyszeć. Ważna jest otwartość na nowe w tym zamkniętym
środowisku jakim jest zespół. Pilnowanie, by nie powielać ulubionych
zagrywek. Otwieranie głów. Szczerość, Cierpliwość. Wyrozumiałość.
Konsekwencja. Czas. Praca. Praca i czas.
- Zawsze
wydawało mi się, że zamiast o miłości rozprawiać, lepiej po prostu
kochać. Wyśpiewałeś jednak pewne słowa, które wbiły mi się prosto w
serce. "Nim zerkniesz w prawdy oblicze, żyj, ale kochaj nad
życie. A gdybyś pokochał nad życie, to wiedz, że to prawdziwa jest miłość
i taka ma sens". Te słowa kojarzą mi się z pewną sentencja z Apokalipsy "Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni
i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust". Czy trudno
jest śpiewać o miłości w czasach, ekonomicznej emigracji, kultu
giełdowych transakcji, funtomanii i przekrętów wielkich korporacji?
Adam Nowak: Ale “jeśli kochasz, jak umiesz to dobrze, resztę
później zrozumiesz”. Bez tego zdania istnieje ryzyko zbyt oczywistego
zacytowywania tego językiem teologicznym. A to jednak piosenka świecka. Nie pisana z potrzeb rozterek teologicznych tylko najzwyklej ludzkich.
Bo nie tyle chciałem “nauczać” słuchaczy, ile śpiewam to sobie prosto w
twarz.
Napisałem to dla siebie. Żeby tego nigdy nie zapomnieć. Żeby
zawsze pamiętać. W miłości od czegoś trzeba zacząć. Chociaż na początku
jako dzieci kochane kochamy tak jak nigdy później. Pioruny sycylijskie
są bardzo atrakcyjne. Są jednak udziałem niewielu. A i tych “niewielu”
nie zawsze potrafi sprostać próbie czasu. Nie ma nic na stałe. Mamy
wzór, ideał do którego można dążyć. To dążenie jest bardzo ważne. Trzeba
pamiętać, że nikt nam nigdy nie odpowie na pytanie, czy ta miłość,
która była moim udziałem, była tą i taką miłością, którą i jaką powinna
być. To zdarzenia losowe, wyroki opatrzności, zbiegi okoliczności
weryfikują naszą miłość, nasze wyobrażenie o niej, nasze dążenie do
niej, przebywanie w niej, z nią. Często mamy do czynienia ze zdaniem
“odczuwam potrzebę miłości”. Jak do tego podejść? Najprościej. Chcę
kochać. Potrzebuję kochać. Zamiast chcę być kochanym. Każdy być może
chce. Chcąc, oczekując zamieniamy się w stronę bierną. A miłość to
napęd, życiowa siła, której po zrozumieniu tematu może się stać, że
nikomu by jej nie brakowało. To jest jakiś życiowy cel. W pojedynkę
bardzo trudny do osiągnięcia. W grupie - do usiłowania. Tu już bardzo
dużo. Usiłowanie jest ważne.
- Jedni zaliczają
was do nielubianej przez ciebie szufladki pod nazwą poezja śpiewana,
inni widzą was jako zespół rockowy. W Poznaniu przed trzema laty
wyraziłeś się w tym temacie jasno: "Zamiast robić poezje śpiewaną, lepiej śpiewać dobre piosenki. Piosenka jest sztuką mniejszą która czasem wiele może." Kazik Staszewski powiedział mi kiedyś następujące słowa: "Znam tylko jedną piosenkę, która była siłą sprawczą, żeby zmienić system
polityczny. Było to w Portugalii podczas Rewolucji Goździków w 1974
roku, kiedy to na sygnał piosenki Zeca Afonso - Grândola, Vila Morena... Dla wojska był to sygnał, aby iść i obalić dyktaturę następcy Salazara - Caetano." Co dokładnie masz na myśli mówiąc, że piosenka czasem, wiele może?
Adam Nowak: A śpiewane przez Kaczmarskiego “Mury”? Nie była ta
piosenka siłą sprawczą? Nie sprawiła ta piosenka czegoś w dłuższym może
okresie? Wydaje się, że tak. Orzeczona została w cytowanej odpowiedzi
Kazika spektakularność możliwości piosenki. Piosenka ma wpływ na
mentalność. Dlatego źli ludzie nie powinni umieć pisać piosenek. Wiadomo
zaś, że czasem jesteśmy, źli, a czasem dobrzy. Inaczej. Postępujemy
dobrze. Czasem źle. Inteligencja nie wystarczy do napisania dobrej
szlachetnej, poruszającej najgłębsze emocje piosenki. W mniej
spektakularnym wymiarze piosenki mogą być jak krople wody drążące skałę.
Są twórcy, którzy marzą o wspomnianej spektakularności, bo ta dawałaby
im szansę na przejście do historii. Wiesz: podręczniki, tablice na
pomnikach, cytaty w encyklopediach... To dla niektórych bardzo łechcące. Na temat piosenki zresztą polecam bardzo ciekawą pozycję “Apologia
piosenki” Joanny Maleszyńskiej. Wielce pouczająca lektura dotycząca
historii piosenki, jej funkcji, użytkowości, możliwości sprawczych.
Treść sączona z melodią do ucha potrafi wywołać u niektórych kompletnie
nieprzewidywalne reakcje. Bliska jest mi zasada użytkowości piosenki.
Oprócz tego, że może być piosenka sama dla siebie czymś skończonym,
pięknym, dobrym, czasem trudnym, chropowatym, to oprócz tego, żeby
zachować jak najdalej idącą pokorę twórcy/wykonawcy wobec piosenki, to
sama piosenka może służyć. To jej zachwycające piękno. Opowieść o
moim/czyimś doświadczeniu może być pomocna komuś innemu. Piosenka może
naprawdę dużo. Dużo dobrego i dużo złego. Wybrałem opcję pierwszą, bo
lubię dawać i lubię poruszać. Może jako oksymoron, czyli sceptyk pełen
nadziei, czy spokojnie intensywny człowiek mogę wykorzystywać tę cechę
do poruszania wrażliwości innych. Tych, którzy słyszą i słuchają i
dokonują zwrotu w postaci dobrych, potrzebnych emocji. Tak mógłbym
widzieć siebie. A gdybym nie zajmował się tym co robię od dwudziestu
pięciu lat, byłbym tak samo intensywny w innych dziedzinach. Taki chip
od losu. Intensywność jest potrzebna.
- Basista
Mirosław Kowalik i perkusista Jacek Olejarz stworzyli jedyną tak grającą
sekcję rytmiczną w Polsce, co z czasem stało się waszym znakiem
rozpoznawczym. Czy taki swingująco-latynsoki nazwałbym sposób grania był
jednym z filarów podczas zakładania zespołu, czy też wykrystalizował
się dopiero w trakcie prac nad repertuarem?
Adam Nowak: Będzie im miło, że zauważyłeś ich
rozwój. Myślę, że to wynik pracy, talentu, rozumienia, poszukiwania.
Słuchania się nawzajem. Rozmów. Taka wymienna zasada. Zanim pogramy -
pogadajmy. Zamiast gadania - zagrajmy. Bycia gotowym poprzez pracę na
improwizację. Umiejętność odnalezienia siebie jako jednego z elementów
maszyny zespołowej z nieustannie włączoną czujką sprawdzającą, czy ego
nie wyskakuje za bardzo. A wierz mi, że przy nieustannym aplauzie, który
jest nam ofiarowany przez słuchaczy czujki takie powinny być
pozakładane w busie, garderobach, pokojach hotelowych, domach,
prywatnych samochodach, restauracjach do których chodzimy czasem.
Wszędzie. Nawet pod skórą. Bardzo łatwo dać się ponieść i zbudować swoją
za dużą wartość opartą na poklasku. A jakaś tajemnica tkwi w tym, żeby
wartość naszą jako kolegów grających w jednym zespole była budowana
osobiście, dyskretnie, intymnie, w odosobnieniu od zgiełku sceny,
popularności, aplauzu. Te ostatnie elementy sa wynikiem zbudowanej,
wypracowanej, osiągniętej wcześniej wartości opartej na szlachetnych
cechach, cnotach, których istnienie każdy sam powinien dostrzec zanim
wyjdzie na scenę. Tworzysz i grasz dlatego, że jesteś tym kim jesteś.
Czy odwrotny mechanizm nie niósłby niebezpieczeństw?
- Nasza rozmowa przed trzema laty zeszła w pewnym momencie na temat Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. "Nie jest to najprzyjemniejsze zdarzenie w życiu, bo już kilka razy tam byliśmy" - powiedziałeś wtedy. Określiłeś wręcz to wydarzenie słowem rezerwat.
Czy podobnie jak wielu innych artystów ty także uważasz, że w ostatnich
latach festiwal opolski odszedł od prezentacji tego, co jest najlepsze w
polskiej muzyce rozrywkowej na rzecz niskich lotów komercji?
Adam Nowak: Z rozmów z wieloma wykonawcami w kraju wniosek mam
następujący. To co jeszcze w latach 70-tych, a 60-tych zwłaszcza było
nobilitacją i wyróżnieniem, stało dzisiaj niejednokrotnie przykrym
medialnie obowiązkiem, który może przydać popularności pod warunkiem, że
się wykonawca zgodzi na sztafaż taneczno-realizacyjny. Jeśli ktoś marzy
o swojej obecności na scenie wspólnie z przebiegającymi końmi,
fruwającymi dronami, tancerkami, tancerzami całym tym popowym jarmarkiem,
to to jest właśnie miejsce dla takiego wykonawcy. Scena amfiteatru
stała się miejscem do osiągnięcia wszelakimi metodami jak najszybszego,
spektakularnego efektu medialnego. Piosenka przestaje tam być potrzebna.
Przestają tam nawet wybrzmiewać te starsze piosenki w nowych
wykonaniach i aranżacjach, które stanowiły o sile tego miejsca.
Kto by
dziś dopuścił choćby do konkursu Debiutów Marka Grechutę, czy Ewę
Demarczyk? Usłyszeliby, że to co robią jest mało festiwalowe.
Zaprzestano pokazywania ludzi podczas wykonywania zajęcia, a pokazuje
się miejsce, jakby samo sobie miało wystarczyć. Dla wykonawców
funkcjonujących na co dzień w przestrzeni własnych, komercyjnie
dochodowych wydarzeń scena amfiteatru, jako miejsce zdarzenia
prawdziwego stało się trudne do zaakceptowania. Na szczęście można jak
się okazuje funkcjonować bez festiwalowej rozrywki, bo sama idea
konkurowania treścią, jakością piosenek jest zbędna. Jedni lubią
disco-polo inni ciężkiego rocka. Jak bez jednoczącej wykonawców idei
pogodzić znoszące się style muzyczne na jednej scenie? Na scenie
Zaczarowanej Piosenki Ani Dymnej mogą obok siebie stać i wspólnie
śpiewać wykonawcy, którym z reguły stylistycznie jest nie po drodze..
Mogą, bo robią coś dla innych i z innymi. W tym wypadku z
niepełnosprawnymi. Łączy wykonawców idea i pozwala im na krótkie,
usprawiedliwione współistnienie. Opole dziś oprócz wymuszonej
efekciarskiej popularności nie niesie żadnego głębszego przekazu. To
miejsce rozrywki podporządkowane prawidłom i wymogom telewizyjnym.
Publiczność została zmieniona w machającą chorągiewkami i balonikami nic
nie znaczącą scenografię. Za nazwą Festiwalu stoi jego historia. Kto ma
potrzebę nurkowania w tym blichtrze niech ją realizuje. Mamy wolny
rynek muzyczny. I miejsca jest pod dostatkiem dla wielu.
fot. DeKaDeEs Kroniki Poznania
- "Organizowanie dobrze płatnych koncertów masowych zabija
ciekawość ludzi, którzy tak naprawdę przychodzą na festyn, na karuzelę,
piwo i kiełbasę. Obojętne jest dla nich kto zagra. Byle była stopa, bas
i… dzieciaki cyrk przyjechał! Nie ma przez to już dziś czegoś takiego,
że idę na ten zespól, bo ja chcę tam być! Na festyn przychodzi pan Bolek
i pan Gienek z panią Eugenią i mówią - Ty, ale Dody nie ma..." Tymi
jakże gorzkimi słowami podsumowałeś podczas naszej poznańskiej rozmowy
politykę koncertową w naszym kraju. Co należy zrobić od zaraz, jakie
wprowadzić zmiany i czy w ogóle jest jeszcze szansa na uzdrowienie tej
sytuacji?
Adam Nowak: Francuzi
sobie wymyślili procentowy udział rodzimej twórczości w mediach. Z
przewagą procentową dla twórczości rodzimej. Czy reklamodawcy
ucierpieli? Nie. Anglicy i Amerykanie opierają się na całkowicie wolnym,
komercyjnym rynku, bo większość znanych piosenek na świecie jest w
języku angielskim. Nas nieustannie prowadzi tęknota za wzorcem
zachodnim. Część twórców zamiast proponować swoje, posiłkuje się polską
odpowiedzią na hit z zachodu. Zamiast chcieć być tym kim się powinno
być, milusińscy twórcy i wykonawcy upodabniają się do zachodniego
wzorca. Owszem, trzeba słuchać i słyszeć, mieć oczy szeroko otwarte i...
robić swoje. Czy Adamowi Strugowi potrzebny jest wzorzec Madonny?
Lechowi Janerce - Kim Wilde? Kazikowi - Justin Bieber? Waglewskiemu -
Spice Girls? Nie.
To są ludzie niosący swoją opowieść. Wlekący czasem
własną charakterystyczność. Również zmagający się z nią. Ich głos,
składnia językowa, treść, budowanie napięć są unikatowe. Bo oni – to
oni. Personalna unikatowość, odwaga, praca, kreatywność, osobność,
uczciwość twórcza i wykonawcza. To i wiele innych cech tak właśnie ich
wyróżnia. Ich opowieść jest ciekawa, bo na co dzień są ciekawymi ludźmi.
Odważnymi. To powoduje, że są słuchani. A nie to, że są jak ktoś kim
nie są, ale ktoś decydujący dla zysku każe im takimi być. I część
niewspomnianych wykonawców się na to godzi. Również dlatego, żeby nie
ryzykować tylko bezpiecznie i z całą mocą medialnej machiny wystartować
spektakularnie. Zajęcie, które wykonujemy to droga. Nie jednorazowy
fajerwerk. Chociaż większa część wybiera to drugie. Błyszczą pięknie i
na bogato. Tylko krótko. I najczęściej nie oni zarabiają przysłowiowe
miliony. Pozostaje im najeść się szybko przemijającą popularnością.
Posiłek
tyleż atrakcyjny, co raczej niestrawny. Puste kalorie.
- Posiadasz niezwykle rzadki dar osobistego kontaktu ze słuchaczami waszych koncertów...
Adam Nowak: Hm... Nie nazwałbym tego darem. To wypracowana umiejętność, która
rodziła się od zera. Od momentu, w którym zdałem sobie sprawę z tego, że
publiczność można potraktować jako jedną, napotkaną osobę. Zamieniam z
tą osobą słowo i idę dalej. Spotykam następną osobę po jakimś czasie.
Rozmawiam z nią. To jest inna osoba. Rozmawiamy o czymś innym. Nie będę
na siłę kierował uwagi kolejnej osoby na zdania i tematy, które
wystąpiły w trakcie poprzednich spotkań. Gdy to zrozumiałem, kontakt z
publiczność stał się pozbawiony ciężaru odpowiedzialności. To rodzaj
rozmowy. Za każdym razem innej. Bo za każdym razem spotykam kogoś
innego. A że nie mam kłopotów z komunikatywnością i lubie spotykać
nowych, ciekawych ludzi, to spotykam za każdym razem nową, ciekawą
publiczność. My słuchamy jej-ona nas. Proste. Wzorem kontaktu artysty z
publicznością jest dla mnie Paul Anka. Widziałem taki koncert, gdzie on
siedział przy fortepianie i rozmawiał z 4 tysiącami ludzi tak, jakby
siedzieli u niego w kuchni. Zagrał jakąś piosenkę, opowiedział jakąś
historie i widać było, że nie jest to wyuczone. On nie zapowiadał, on do
nich mówił. Jest dla mnie wzorem.
fot. Andrzej Winiarski / www.andrzejwiniarski.pl
-
Podczas poznańskiego koncertu, żartobliwie powiedziałeś, że jest was
dwóch - Adam Nowak ze sceny i ten Adam Nowak, który ze mną teraz
rozmawia.
Adam Nowak: Ja się chronię w ten sposób, ponieważ muszę pełnić rolę
oficjalną wykonawcy, który jest raczej popularny i wtedy jestem Adamem
Nowakiem. Wzięło się to stąd, że mój najmłodszy syn mając 4 lata
zobaczył mnie kiedyś w telewizji i mówi - mama, mama, Adam Nowak w
telewizji! I tak już zostało, że w domu jestem tato, a w telewizji Adam
Nowak. Oczywiście, że zawsze jestem Adamem Nowakiem i nie mam rozdwojenia
jaźni, ale chronię prywatną przestrzeń, a oddaje siebie tyle ile muszę,
mogę i chcę w przestrzeni publicznej.
- Był to jeden z najlepiej nagłośnionych koncertów, w jakich uczestniczyłem.
Adam Nowak: Tym człowiekiem, który to sprawił jest nasz akustyk
Leszek Palczak. Dobrze nagłośniony koncert to współdziałanie muzyków i
akustyka. Jeśli muzycy graja źle i nie na temat, to się tego nie da
nagłośnić Jeżeli grają na temat i graja ze sobą, ale jest za cicho lub
za głośno to jest to też problem. Trzeba nagłaśniać adekwatnie do
miejsca i komunikatywnie. Jeśli nie ma komunikatywności, to nie można
tego nagłośnić. Leszek wszystko wie i zna na pamięć, ale w tym wszystkim
ma też dużo przestrzeni improwizacyjnej i świetnie się w tym wszystkim
zorganizował. Wszystko jest przez niego dobierane do miejsca i na
gorąco. Nie ma żadnej reżyserii.
- Nie tak dawno
miałem okazję wysłuchać zwierzeń Sławka Kwiatkowskiego, który był
niegdyś gitarzystą zespołu Raz, Dwa, Trzy. Powiedział następujące
słowa: :[...] płyta, „Sufit”, powstawała praktycznie w biegu, na
próby nie było czasu. Adam nie jeździł prawie do własnego domu, tylko
mieszkał u mnie. Mieszkanie miałem jak tramwaj, ciągle ktoś wchodził i
wychodził. Z czasem zmęczenie zaczęło dawać znać o sobie, moje relacje z
Adamem zaczęły się psuć i ostatecznie opuściłem zespół „Raz, Dwa,
Trzy”. Jak ty wspominasz tamten okres i czy chciałbyś odnieść się do słów Sławka?
Adam Nowak: Pewnie trafnie Sławek to ujął. To było
tak dawno. każde rozstanie z kimś, kto się decydował na wspólny udział w tej
przygodzie było trudne. Myślę, że wspólnie przeżyliśmy intensywny i
ciekawy wspólny rok z okładem. Ludzkie drogi się rozchodzą. Tak bywa.
- Ile razy mieliście okazję zagrać w Londynie i jakie uczucia wam towarzyszą przed BUCH Festem?
Adam Nowak: Kilka razy lataliśmy na Wyspy. Ten
rodzaj wyjazdów spełnia moje marzenia o turystyce. Mogę poznawać świat z
powodu i w wyniku zajęcia, które wykonuję. Nie muszę siedzieć w
autokarze i na rozkaz i za pozwoleniem przewodnika iść do ubikacji, czy
wypić kawę na stacji. Ludzie są nas ciekawi. My ich. Część z nich nie
może, tak jak będąc w Polsce, kupić bilet na koncert, przejachać kilka
kilometrów i pójść na koncert. W kraju jesteśmy dostępni. Na Wyspach
gramy okazjonalnie, więc i spotkania koncertowe i pokoncertowe są
bardziej niż okazjonalne. Świetny zestaw artystów. W większości wypadków
znamy się. Bywało-wspólnie koncertowaliśmy. Czekam z cierpliwą
niecierpliwością.
- Czego życzyć tobie i zespołowi
Raz, Dwa, Trzy z okazji waszego 25-lecia istnienia. Rozpoczęliście to
istnienie z rozmachem, bo wygrana Studenckiego Festiwalu Piosenki w
Krakowie w 3 miesiące po założeniu grupy, to jest - przyznasz sam -
wyczyn godny podziwu. Jakie macie plany na kolejne 25 lat?
Adam Nowak: Następnych 25-ciu lat. Bez wózków
inwalidzkich, prywatnego lekarza, butli tlenowych, toreb medykamentów.
Dobrej formy. Siły życiowej. Pogody ducha. Punktualnej inteligencji
współpracującej z nieegzaltowanym sercem. W odwecie życzę tego samego.
- Pozostaje mi jedynie podziękować ci za te życzenia oraz za to, że tą rozmową zechciałeś spełnić tkwiące
we mnie 12 lat marzenie. Dziękuję też za propozycję wspólnego napisania
książki, a przede wszystkim za to, że w tak skuteczny sposób
utwierdzasz mnie w przekonaniu, że... trudno nie wierzyć w nic.
***
Autor wywiadu dziękuje następującym autorom i instytucjom za udostępnienie fotografii:
Walbrzyszek.com, DeKaDeEs Kroniki Poznania, Centrum Kultury Zamek w Poznaniu oraz Andrzejowi Winiarskiemu (www.andrzejwiniarski.pl), Katarzynie Szwarc, Maciejowi Kaczyńskiemu, Maciejowi Margielskiemu, Sławkowi Przerwie i Zbigniewowi Warzyńskiemu